Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-03-31

"Spowiedź Śpiącej Królewny" Mariusz Sieniewicz

Mariusz Sieniewicz to pisarz, który – podobnie jak Hubert Klimko - Dobrzaniecki – potrafi zaskoczyć każdą nową książką. Za każdym razem jest to jakość dobra i świeża, za każdym razem inne pisanie, ale takie, którego się nie zapomina. Nazwałem kiedyś Sieniewicza moim prywatnym współczesnym geniuszem groteski i to właśnie na grotesce opiera się symboliczna opowieść o walce płci zatytułowana „Spowiedź Śpiącej Królewny”. Poprzednia pozycja autora – „Miasto Szklanych Słoni” – była dość statyczna. Tymczasem Śpiąca Królewna, choć sama wciąż zapada w sen z powodu swej narkolepsji, pobudzi nas już od pierwszych stron. Emi, narratorka i bohaterka opowieści, swoje życie traktuje obecnie jak worek z dobrymi wspomnieniami, który ktoś jej kiedyś przedziurawił i przez to niewiele jest już spraw, jakie by ją cieszyły.

„Umieram, choć umrzeć nie umiem, zasypiam, choć zasnąć nie mogę. Taki stosunek przerywany z własnym trupem, żeby tylko nie zajść w prawdziwą śmierć”. Emila w swoich snach przeżywa kolejne próby samobójcze. Każda kończy się niepowodzeniem, kiedy na jej drodze staną ludzie lub symbole, negujące prawo Emi do śmierci. Po co żyć? Dotychczasowe życie to pasmo udręk i cierpienia, rozpaczliwych prób wieszania się na ramionach coraz to nowych męskich Miśków, którzy po pewnym czasie w końcu żegnali naszą zasypiającą królewnę jako niegodną miana towarzyszki ich życia. Mężczyźni są dla Emili powodem do żalu i rozczarowania, ale także wielką niewiadomą. Bo w sumie bez Misia w życiu wygodniej i lepiej, ale z Misiem przynajmniej bezpieczniej i milej. Bohaterka Sieniewicza ucieka w sen przed wizjami z przeszłości. Tymi, w których wraca niechlubny ciąg nieudanych związków, ale także przed wizjami z rodzinnego piekiełka, które spowodowało, że Emi jest właśnie taka, a nie inna i że przy tym dodatkowo cierpi.


Obserwujemy dwa domowe widma. Widmo pierwsze to tatuś z nocnikiem i przerośniętą prostatą, w obsranych pampersach i udawanym wstydem przy przewijaniu przez córkę. Tatuś, który całe życie był daleko od córki, a po latach chce ją mieć na nowo, a może zdobyć jej bliskość po raz pierwszy. Drugim widmem jest matuchna – cycaty upiór w oparach tytoniowego dymu, który co rusz zakłada na głowę nowe peruki będące substytutem kobiecości, jakiej matuchna nigdy nie zaznała. Bo przecież było dziecko, socjalizm, mąż – gdzie tu miejsce na odkrywanie subtelności i radości bycia płcią piękną?


Domowe widma rzutują na to, w jaki sposób dorosła Emi postrzega kobiety i mężczyzn. Sama uważa, że jest kobietą z krwi i kości, która nie wstydzi się zaspokajać swoich potrzeb. „Mogę nie mieć pracy, mogę nie mieć na chleb, ale orgazm muszę mieć zawsze”. Z Misiem, bez Misia, ze spoconym ciałem na sobie albo i bez niego. Od pierwszych słów „Spowiedzi Śpiącej Królewny” poznajemy to, co dla kobiecości ważne – wilgoć, podniecenie, delikatność i subtelność. Z drugiej strony Emi to przecież kobieta stracona, a przynajmniej za taką się uważa. Żaden Miś nie sprostał zadaniu przywłaszczenia jej sobie, dostosowania się do niej, żaden nie chciał też iść na kompromis i nie dostosowywać, lecz po prostu tolerować i dawać wolność. Co pozostaje? Przyjaciółki z nickami na Facebooku jak z bajek i baśni, które zakładają BBC – Bandę Bajkowych Cipek i wypowiadają wojnę dominującym Misiom, którzy nie rozumieją, czym jest „homo cobietus” i jawnie kpią z wszystkiego, co nie wiąże się z piwem, meczami, testosteronem, spermą i żarciem podanym o wskazanej porze. Emi z przyjaciółkami kpią sobie z Misiów na fejsie, obnażają ich słabe strony i cieszą się jak małe dziewczynki, kiedy widzą, jak mogą nimi manipulować w cyberprzestrzeni.


Tymczasem życiowa diagnoza Emi nie jest najlepsza. „Spóźniona o całe trzydzieści osiem lat życia, jestem radosną uciekinierką w samym środku śnienia!”. Siedemdziesiąt dwa kilo żywej wagi pasztetu, postępujący cellulit, życiowe zderzenie dyplomowanej polonistki z prozą pracy w hurtowni składu wszelakiego; wyłącznie przyjaciółki, a jedyny męski substytut przyjaciela to Eryk – sson, ukochany aparat telefoniczny. Od takiego życia trzeba uciekać, chociaż dość późno zdecydowało się o tym, że uciec trzeba. Czy jest to możliwe? Czy metamorfoza Królewny w Wiedźmę i dorwanie latającej miotły załatwią wszelkie problemy i pozwolą od nich po prostu zwiać?


Emi wraz z tajemniczą siostrą z Białorusi poznaje po raz kolejny swoich byłych. Może Swietłanie się z nimi uda, skoro Emi nie wyszło? Otrzymujemy wielobarwny obraz Misiów, do których wrócić się nie da. Faszyzujący wegetarianin, który kończy jako wypomadowany „ekometro”. Aktor od siedmiu boleści, egocentryk i patriota – fanatyk. Kwitnący niegdyś radością życia adwokat, który z głębi depresji nawołuje swym szlochem kochaną mamusię… Te i inne postacie Misiów przypominają, że w polskiej prozie współczesnej mieliśmy już takie symboliczne galerie zakwestionowanej męskości. Wystarczy wspomnieć Kociaki z „Placu zabaw” Marka Kochana lub bohaterów „Biało – czerwonego” Dawida Bieńkowskiego. Połączmy z nimi Sieniewicza, a otrzymamy barwną galerię „Misiaków”, których Emi w swym pijackim widzie chce – na jawie – unicestwić i pożegnać.


„Spowiedź Śpiącej Królewny” to ciekawa rozprawa o płciowości, jej granicach i o sprawach, które determinują, czy kobiety naprawdę muszą być nieporadnymi Dziuńdziami, a mężczyźni równie, choć inaczej niepozbieranymi Misiami. Ważna jest rola groteski, bez której nie udałoby się autorowi „Rebelii” opowiedzieć o przecież bardzo poważnych kwestiach w tonie dowcipnym i przykuwającym uwagę. Miłej lektury, dobrej zabawy i … smacznego ptasiego mleczka, które oddala wszelkie utrapienia.


Wydawnictwo Znak, 2012

2012-03-28

"Widma" Łukasz Orbitowski

Wcześniej nieco sceptyczny, teraz bardzo sobie cenię pisanie Łukasza Orbitowskiego. Myślę, że przede wszystkim dlatego, iż w jego fantastyce zasadza się zaskakująco wyrazisty realizm, a „Widma” – kolejna ciekawa pozycja po „Świętym Wrocławiu” – tylko potwierdzają tę tezę. Autor czyni w swych powieściach miasta niemymi bohaterami, które są tłem zdarzeń często brutalnych, ale głównie symbolicznych. „Święty Wrocław” był chyba mniej poważny niż „Widma”, lecz obie książki doskonale wpisują się w nurt rozliczeniowo – metafizyczny, dla którego obecność złowrogiego miasta ma kluczowe znaczenie.

„Widma” prezentują alternatywną wersję historii Warszawy. Takiej, w której nie będzie mieć miejsca powstanie warszawskie, ale gdzie po latach mroki komunizmu zaciemnią się jeszcze bardziej, gdy Warszawa zacznie naprawdę krwawić i pożerać swych mieszkańców – w dosłownym i symbolicznym znaczeniu. A wszystko przez zwykłe pudełko i spotkanie przy strumieniu w podwarszawskim Gnojniku. Poznajemy dwie kobiety, które będą odgrywać w powieści bardzo ważną rolę. Basia, żona Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, daje się zwieść pewnemu tajemniczemu mężczyźnie, który ofiarowuje jej pudełko i nakazuje, by nigdy go nie otwierała, a w zamian za to może co roku liczyć na pokaźne sumy wypłacane w złocie. Poddana urokowi nieznajomego Basia staje się tak samo uległa jak Hania – kobieta mająca stać się Jaszczurką. Ona natomiast przeżywa specyficzne spotkanie z dumnym mężczyzną wyłaniającym się z gromady Niemców, który zawróci bieg strumienia i wieścić będzie zdarzenia, o których Hania nie ma żadnego pojęcia. Obaj namieszają w Historii, obaj będą w niej odgrywać rolę pośrednią i obaj zmuszą kobiety Orbitowskiego do tego, by niczym Pandory sprowadziły na najbliższych oraz otoczenie śmierć, zniszczenie i przeraźliwy ból istnienia, którego nie ukoi nawet śmierć.


Kiedy 1 sierpnia 1944 roku ma dojść do walk na ulicach Warszawy, okazuje się, iż można je przeprowadzić jedynie za pomocą pięści i kamieni, bo broń nie chce działać. Potem, po latach, chichot Historii będzie już nie do zniesienia i stolica pogrąży się w koszmarze, który został jedynie odroczony w czasie. Orbitowski zastanawia się, czy walka z bronią to walka polska. Czy walczyć po polsku nie oznacza po prostu niszczyć się psychicznie, opluwać latami, gardzić i żywić zawiść, której nic nie jest w stanie usunąć z polskich serc? W rozważania o polskości i o tym, czym jest polska historia, wpleciony jest dość istotny wątek zakwestionowanej, ośmieszonej, zlekceważonej męskości. Oto bowiem Krzysztof Kamil Baczyński zderza się z czymś, czego nie przewidział. Nie będzie powstania, skończy się wojna, dopadnie go proza życia u boku oddanej żony, która z czasem nijak nie jest w stanie zrozumieć rozterek uduchowionego poety. Po drodze pojawi się syn, kochanka i szereg zdarzeń, które nie tyle zmienią Krzysia, co czas oraz miejsce, o którym pisze swe wiersze i powieści.


No właśnie, Krzyś. Nie Krzysztof, nie Krzysiek, lecz Krzyś. Konsekwentnie od początku do samego końca. Wieczny chłopiec, który pracuje nad książką „Strach przed ciemnością” i który z czasem w tej ciemności zanurzy się zupełnie, ignorując kochające go kobiety i ludzi, z którymi kiedyś był blisko. Krzyś w oczach żony Basi „przypomina łagodne, głupie zwierzę, które myśli, że warto uciekać z zoo, że cokolwiek na wolności na nie czeka. (…) Tylko widma i cienie, które nie mają dokąd pójść”. Baczyński to symbol uciekającego przed odpowiedzialnością mężczyzny, będącego wciąż chłopcem, ale także symbolizuje wyraźny eskapizm, bo przecież w świecie, który otacza Krzysia nie można żyć i tworzyć. Poeta u Orbitowskiego to miałki mężczyzna, taki bez jaj, bez charakteru i bez testosteronu. Ma to wszystko za to Wiktor – komunista, partyjniak i milicjant, który wraz z diabolicznym Szczepanem Poderwornym pracują nad zagadką Cudu Dnia Pierwszego, posuwając się coraz dalej w głąb piekła Historii, z którego nie uda im się już uciec. „Widma” zderzają dwa typy męskości z dużo bardziej ciekawie portretowanymi kobietami, które kierują się miłością, ale same miłości nie zaznają.


„Widma” to batalistyczna wizyjność na wysokim, literackim poziomie. To w sferze symboliki opowieść zapierająca dech w piersiach. Książka, która kwestionuje polskie mity narodowe, ale także wchodzi z nimi w dialog. Tu dość istotna jest postać Janka, nieznośnego romantycznego cierpiętnika, który wdziera się do Belwederu i chce zabić polskiego króla jak niegdyś Kordian chciał pozbawić życia cara. Janek jest wytrzymały na cierpienie, ale jednocześnie słaby. To jemu widmo króla mówi o tym, czym jest nasz kraj. „Polska jest krwawym teatrem. Jaka jest nadzieja dla krwawego teatru? Nie można zmienić go w dom, w sklep, w łąkę. On może stać się tylko burdelem. To jedyny ratunek”. I niezły burdel opisuje Orbitowski, ale to książka nie tylko o pomieszaniu i konsekwencjach ingerencji w bieg historii. To panoramiczna i wielowątkowa opowieść o niespełnieniu oraz goryczy. I trudno doprawdy orzec, czy więcej w niej fantastyki czy realizmu. Lepiej byłoby się postrzegać „Widma” jako totalne zmyślenie, ale wtedy nie można już zadawać pytań o istotę polskości, której – niestety – często musimy się wstydzić.


Wydawnictwo Literackie, 2012

2012-03-22

"Życie seksualne muzułmanina w Paryżu" Leїla Marouane

Powieść Leїli Marouane otwiera nową serię Wydawnictwa Claroscuro „Z innej perspektywy”, która ma przybliżyć polskim czytelnikom problemy różnego rodzaju migrantów – z celowym pominięciem „e” oraz „i” na początku. Myślę, że ta książka jest interesującą zapowiedzią, bo to przykład jednej z niewielu powieści, przy której tak często perlisty śmiech łączy się z bezradnym rozkładaniem rąk i przejmującym smutkiem, jakie na przemian towarzyszyć mogą lekturze. Na dobry początek poznawania tak zwanej literatury migranckiej przenosimy się do francuskiej stolicy, w której czterdziestoletni muzułmanin Mohamed Ben Mokhtar będzie starał się zerwać ze swoim życiem prawiczka u boku dominującej matki i zdecyduje się na to, by stać się pełnoprawnym paryżaninem, bez znamion mówiących o jego muzułmańskiej przeszłości. No tak, ale czy można po prostu wyskoczyć z siebie, ze swej kultury, religii i dotychczasowego życia, by jak na zawołanie stać się kimś innym, rzekomo lepszym? O tym i o wielu innych ciekawych kwestiach rozprawiać będzie Leїla Marouane w powieści – relacji, bowiem narrator jest jednocześnie człowiekiem z krwi i kości, komu autorka poświęciła czas oraz uwagę, pisząc barwnie, frapująco i niepowtarzalnie.

To taki rodzaj prozy, który przy omówieniu prosi się o nieustanne cytowanie. Smaczków bowiem w tej książce co nie miara, miary za to różnej, wagi także i kolorytu niezwykłego. Zacznijmy od samego początku i od tego, jak Mohamed postrzega swoje życie. „Jesteś w Paryżu, nie będąc w nim. Jak cień, który przechodzi przez miasto. Każdego ranka. By wieczorem wrócić do szarości przedmieścia. Paryż błyszczy dla innych. Ty u swoich gaśniesz. Oto twoje życie, stary. Ocierasz się o przepych, nie zaznając go. Istniejesz, nie istniejąc”. Mężczyzna postanawia powiedzieć „dość” tak żenującej wegetacji. Wybiela skórę za pomocą kremów, prostuje niesforne loki, zmienia imię i nazwisko, stając się Basilem Tocquardem. Postanawia porzucić paryskie przedmieście, by w samym centrum miasta wynająć wypasione i stylowe mieszkanie, w którym gościć będzie kobiety, jakie posmakuje, powącha i którym zapewni raj na ziemi samym swoim towarzystwem, swym testosteronem i niezwykłym, niemuzułmańskim urokiem osobistym.


„Kimże jestem, jeśli nie cieniem? Kim, jeśli nie człowiekiem spętanym?”. Zmiany, jakich chce dokonać nasz bohater, nie będą jednak takie proste. Jak cień snuje się za nim islam i koraniczne nakazy. Ręce wiąże matka, która nieustannie telefonuje, ingeruje w jego życie i natrętnie wypytuje, kiedy syn wreszcie znajdzie sobie żonę, by jego brat – podległy rodzicielce, wzorowy muzułmanin – także mógł wstąpić w święty związek małżeński. Tymczasem Mohamed alias Basile wcale nie zamierza się żenić. Jakie partnerki go interesują? „(…) Białe kobiety, oswojone z pigułką i prezerwatywą, wyzwolone obyczajowo i światopoglądowo, które świadomie, z radością i w dobrym samopoczuciu, bez skrupułów i wyrzutów sumienia wybierają życie bez małżeństwa”. Być może zainteresuje się nim Agnès Papinot, agentka nieruchomości, dzięki której znajduje piękne lokum przy Saint-Placide? Może warto zainwestować w znajomość z pewną starszą nieco, ale interesującą panią, która przejawia względem bohatera dość ambiwalentne uczucia? Chadidża, Dżamila, a nawet pisarka Loubna Minbar – kobiety znajdujące się w sferze wpływów Mohameda są tak różne, jak zróżnicowane są jego oczekiwania względem płci pięknej. Tak naprawdę przecież matczyne „światło życia” i „oczko w głowie” to siwiejący stary kawaler, dla którego kobiety wciąż są zagadką. Głównie w sferze seksualnej, ale nie tylko.


No właśnie, opowieść ta w seksualności się zasadza i wokół niej koncentruje, ale tak naprawdę odnieść można wrażenie, że w tej całej szalonej, słodko-gorzkiej narracji chodzi o coś zupełnie innego. Doznania nowego rodzaju. Powiązane z seksualnością, ale i odeń różne. Marouane pisze o skomplikowanym procesie odcinania się od własnych korzeni na tyle, na ile pozwalają na to okoliczności. Po co? By poczuć się bardziej świadomym samego siebie i skończyć z pustką, którą przez lata wytworzył kostyczny świat muzułmańskich powinności. Powinności wobec rodziny, religii, tradycji, wobec ludzi żyjących w Paryżu, ale tak naprawdę mentalnie pozostających gdzieś w kurzu uliczek Algieru. Rodzina staje się tutaj synonimem uzależnienia. Nic to, że nasz muzułmanin jest już uzależniony od środków nasennych i alkoholu. Bardziej boli go świadomość, że przez czterdzieści lat nie miał na tyle odwagi, by wreszcie przeciąć pępowinę łączącą go z matką i zrobić to, na co ma ochotę, a nie to, co nakazują mu inni. Czy można stać się szczęśliwym, unieszczęśliwiając rodzicielkę? Czy można odnaleźć się w świecie, którego tak naprawdę się nie rozumie? I czy bycie innym koniecznie oznacza dla muzułmanina odcięcie się od tak wielu spraw, które utrudniają egzystencję w cywilizowanym świecie?


„Życie seksualne muzułmanina w Paryżu” to nie jest książka mówiąca o tym, że islam jest gorszy, że bycie muzułmaninem to jakiś stygmat i że życie imigranta w Paryżu jest generalnie bardzo trudne (choć jest). To opowieść, która zadaje pytania o to, w jaki sposób łączyć coś, czego pozornie łączyć się nie da i udowadnia, że mądry kompromis to przejaw dojrzałości. Mohamed nie chce „pola uprawnego”, jak Koran określa żonę. Nie chce się wiązać, bo przez lata związany był ze zbyt wieloma osobami, sprawami, pojęciami i dogmatami. Wystarczy, że wiąże go intratna praca w bankowości, której może mu pozazdrościć niejeden rdzenny mieszkaniec Paryża. To z jednej strony książka buntownicza, z drugiej głównie ironiczna. Zabawna, chociaż przecież o tak poważnych sprawach traktująca. Inteligentna i dwuznaczna. Taka literatura stawia pytania, próbuje na nie odpowiadać i definiuje problemy na nowo. Warto przyjrzeć się temu, czy naprawdę nie można pogodzić nowoczesności z tradycją. Zachęcam do czytania i rozważań. Odkrywania tego, co kryje się za odważną, różową okładką.


tłum. Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro, 2012

2012-03-20

"Na fejsie z moim synem" Janusz L. Wiśniewski

Z najnowszą książką Janusza Leona Wiśniewskiego męczyłem się przez kilka dni. Autor zagrywa trochę nie fair z odbiorcami. Oto bowiem mamy do czynienia z prozą bardzo osobistą, swoistym hołdem złożonym nieżyjącej matce, z książką nasyconą emocjami i bardzo osobistą. Jak ją zatem skrytykować? Przecież jest tak prywatna, tak bardzo prawdziwa. I to mi się nie podoba już na wstępie. Że Wiśniewski na emocjach gra i emocjami manipuluje. Literatura bowiem ma emocje budzić, ale one same nie powinny być jej fundamentem. Fundamentem za to tej powieści jest rozbuchane do granic możliwości „ego” autora, który stara się sportretować siebie z każdej możliwej strony, a swoją książką sprawia jedynie wrażenie, iż matka jego, nieżyjąca od 35 lat Irena, wydaje się nieznośną gadułą, przy której doprawdy chyba tylko synowie i trzeci mąż mogli wytrzymać.

Mark Zuckerberg z pewnością zatarłby ręce, albowiem czymś na kształt bohatera książki staje się Facebook. Używając bowiem tego nowoczesnego narzędzia komunikacji, matka Wiśniewskiego prosto z Piekła opowiada synowi o sobie, swym życiu; snuje refleksje o tym, jak wygląda współczesny świat, ale przede wszystkim piekielnie (sic!) nudzi. Dodatkowo nasuwa się pewna myśl natury technicznej, która skłania do wniosku, że chyba tylko moce piekielne pozwalają matce Wiśniewskiego pisać do syna tak długie epistoły, skoro – jak wszyscy wiemy – fejs ma swoje ograniczenia znaków zarówno w wiadomościach prywatnych, jak i tych, które umieszcza się na tablicy użytkownika. Wiem, czepiam się. Autor swoje zdanie o krytykach także wyraża. To niby literaccy impotenci, którzy sami niczego nie napiszą, a innym dogryzają. Taaa… W ten sposób można też powtarzać „mądrości” o tym, że nauczyciele to nieroby, lekarze są łapówkarzami, a policjanci zasługują tylko na to, żeby im „ChWDP” (przez samo h, oczywiście) na murach wypisywać. Wiśniewski w swojej książce pisze praktycznie o wszystkim i mało jest grup zawodowych, sfer, problemów i pojęć, których nie tyka. A jak już tyka to pobieżnie, powierzchownie i niczego mądrego nie wnioskując. „Na fejsie z moim synem” to w gruncie rzeczy dobry usypiacz, choć uczciwie trzeba przyznać, iż momentami jest książką nawet dość zabawną.


Irena Wiśniewska to barwna postać. Przeżyła trzy związki małżeńskie, za życia tańczyła z SS – manami i odmówiła komunistom prześwietlenia jaj! To są drobne grzeszki, bo przecież nie one spowodowały, że znalazła się w piekielnych czeluściach. Niemniej jednak nie smaży się tam w ogniu, a ma dużo wolnego czasu, który stara się zapełnić, pisząc do swego, wciąż jeszcze żyjącego syna. Chce naprawić wielki błąd. „Opowiedzieć Ci wielu rzeczy za życia nie zdążyłam z przeoczenia, z zaniedbania, z zaniechania lub – najczęściej – z tej śmiesznie naiwnej, ale głębokiej wiary mojej, że będę żyć wiecznie, więc zawsze jeszcze zdążę”. Okazuje się, iż nie zdążyła, ale teraz, po latach, może ogarnąć zarówno przeszłość jak i nawiązywać do tego, co ostatnimi czasy się z ludźmi i światem podziało. A Piekło jej niestraszne tak jak wszystkim Polakom, bo przecież ono bardzo polskie z natury, swojskie prawie, odczuwalne za życia na każdym kroku. Polskość też jest jedną z kwestii, o których Wiśniewska chce opowiadać i mówi sporo. „Polskość mnie ciągle kręci. Jest pociągająca, atrakcyjna i ciekawa ogromnie”. Może gdyby do niej się tylko ograniczyła, ciekawa byłaby ogólnie ta książka. A nie jest. Przypomina symboliczny wielki gar, do którego wrzucono tysiące słów, żeby ugotować w zamierzeniu wyborny wywar dla czytelników, a wyszła potrawa nie tyle niesmaczna, co pozbawiona chyba jakichkolwiek właściwości.


Wiśniewski ustami nieżyjącej matki wypowiada się o Bogu i religii. Bóg był kiedyś bardzo samotny i stworzył wokół siebie życie, po czym za jakiś czas złapał się za głowę i swego czynu pożałował. Podobno wcale nie trzeba ćpać, żeby poczuć jego obecność, ale poczucie to wiąże się z tak wieloma różnymi odczuciami, że doprawdy trudno ten cały boski świat pojąć. Poznamy nawet ideę iBoga, dopasowaną do współczesności. Poczytamy o jego synu Jezusie, niedoścignionym celebrycie, który – gdyby tylko mógł – biłby swym profilem na fejsie rekordy popularności. Dodatkowo dowiemy się, że Bóg chyba nienawidzi kobiet, że Biblia jest seksistowska i że najlepszym antidotum na boskie niedoskonałości jest genetyka, biologia i biochemia, a także wielkie i ponadczasowe DNA.


Co jeszcze? Poczytamy o bogonach, neutrino, rozważania o Dawkinsie i ateizmie (niczego doprawdy nowego nie wnoszące). Po raz kolejny Wiśniewski pokaże swe antyamerykańskie oblicze, pobajdurzy trochę o żywotach mieszkańców Piekła (a są tam przecież i Hitler, i Wyspiański, i bin Laden, i Marylin Monroe oraz wielu znanych intelektualistów), ale przede wszystkim snuć będzie historie rodzinne z sobą w roli głównej. Bo choć matka pisze, że synek jest gruby i brzydki, to przecież wyjątkowy. Tę wyjątkowość mamy dostrzegać w prawie każdym akapicie. Omijając setki tych, które są zupełnie niepotrzebnymi dygresjami o tym, o czym Wiśniewski albo nie ma zielonego pojęcia, albo próbuje stworzyć wrażenie, że jest ekspertem. Jest. Ekspertem od męczenia czytelnika. W tej książce wyjątkowego, bo umocnionego przestawną składnią, której czytanie po kilkudziesięciu stronach zaczyna być irytujące.


Może i jest to najbardziej osobista książka w dorobku autora. Może i dzięki niej w jakiś sposób powalczył z pustką po stracie ukochanej matki. Może. Tylko po co to wszystko tak pakować w słowa, które niosą ze sobą naprawdę niewiele? Gwarantują za to ziewanie i pewność, że takiego rozmówcy na Facebooku jakim jest Irena Wiśniewska, nikt o zdrowych zmysłach raczej nie mógłby znieść.


Wierzę, że Janusz Leon Wiśniewski bardzo kochał swą matkę i był do niej przywiązany. Wierzę, że i ona darzyła go wielką miłością. Nie wierzę natomiast, iż jego nowa powieść jest literaturą. Wiśniewski pobawił się w publicystę, lichego felietonistę. Zupełnie niepotrzebnie wykorzystał do tego pamięć o tej, która nieba by mu uchyliła, choć w piekle ją umieścił…


Wydawnictwo Wielka Litera, 2012

2012-03-16

"One za tym stoją" Aleksandra Boćkowska

Wywiad z ośmioma kobietami sukcesu, wydanie 8 marca (nieco później udało mi się przeczytać), osiem opowieści o pasjach i zaangażowaniu, osiem kobiecych historii o dochodzeniu do tego, kim chce się być naprawdę. Taki to feministyczny psikus Wydawnictwo MG sprawiło wszystkim tym panom, którzy kiedyś w Dniu Kobiet wręczali goździki, potem zamienili je na tulipany, a obecnie uważają, że kwiatek plus oklepana formułka załatwia sprawę pamiętania o kobiecości i wyróżnia kobiecość w ogóle. Czy wywiady Aleksandry Boćkowskiej, dziennikarki ELLE, mają być orężem przeciw polskiemu szowinizmowi, czy też może mają dać kobietom – czytelniczkom możliwość ujrzenia siebie w nieco innym świetle i w rzeczywistości, w jakiej trudno im się odnaleźć, bo należy do mężczyzn? To świat sięgania po coś, zdobywania tego i gruntowania sobie mocnej pozycji w określonej dziedzinie. „One za tym stoją” to tytuł dość prowokacyjny i sugerujący jakiś spisek. One dobrze wiedzą, za czym stoją i czego dokonały, a nam - facetom, przydałby się na Międzynarodowy Dzień Mężczyzny podobny zbiór rozmów z męskimi pasjonatami tego, co robią i dobry słuchacz, który umiałby z nimi o tym porozmawiać. Panowie, kto się weźmie za taki zbiorek?

Tymczasem warto przeczytać, co mają do powiedzenia kobiety, które na swą pozycję pracowały w różnych dziedzinach bardzo ciężko i dla których życie to droga nieustannego doskonalenia się. Pewnie, że chodzą na zakupy, malują się, spędzają czas z dziećmi i lubią pichcić (z małymi wyjątkami). Poza tym jednak mają wiele do powiedzenia, ucierają nosa pewnym siebie panom, ale przede wszystkim mówią o tym, co dla nich najważniejsze. Nie wszystkie mogłyby się polubić. Nie widzę drogi porozumienia między uwielbiającą gotowanie Anetą Kręglicką a Beatą Stasińską, prezesem wydawnictwa W.A.B., która akurat gotowanie uważa za stratę czasu. Trudno powiedzieć, czy cokolwiek połączyłoby artystkę i biznesmenkę Kayah z Anną Streżyńską, byłą prezeską Urzędu Komunikacji Elektronicznej, która opowiada o intensywności swojego życia na każdej płaszczyźnie. Myślę, że Boćkowskiej nie chodzi o to, by rozmówczynie zestawiać ze sobą i porównywać, ale by wskazać to, co najważniejsze – wszystkie są kobietami odważnymi, konsekwentnymi w działaniu i przede wszystkim spełnionymi.


Z oczywistych względów z największą ciekawością czytałem rozdział poświęcony Beacie Stasińskiej. Opowiada o odkrywaniu dla Polaków Grocholi, Mankella i Houellebecqa. Dowiadujemy się, że to ona wprowadziła feminizm w książkowy obieg. Nie ukrywa zresztą swego feminizmu i lewicowości tak jak Ewa Wanat, redaktor naczelna radia TOK FM. Są w tej publikacji jednak rozmowy, wspomnienia i tezy (autorka rozmawia bowiem także z ludźmi z otoczenia kobiet, o których jest jej książka) nie tyle interesujące, co w pewnym stopniu inspirujące – nie tylko dla kobiet, które nie widzą się w rolach związanych z dowodzeniem, odpowiedzialnością za zespół, z presją otoczenia pragnącego w gruncie rzeczy upadku, a nie awansu tej, którą obserwuje.


„One za tym stoją” to także opowieść o perfekcjonizmie w każdym calu. Jest o nim mowa w rozmowie z Anetą Kręglicką, która otwiera zbiór. Podobne rozważania, o dokładności i skupianiu się na szczegółach pracujących kobiet, znajdziemy w wywiadzie ostatnim, z Beatą Stelmach, która od 20 lat zajmuje poważne stanowiska w firmach do spraw rynku kapitałowego. Perfekcyjna w tym, co robi jest też Ewa Wanat, kobieta niezniszczalna i „niesformatowana”, krnąbrna i zawsze osiągająca cel, ale nade wszystko miłująca wolność pod każdą postacią.


To także historie o tym, że wszystko jest możliwe. Tak twierdzi Agnieszka Odorowicz, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Udowadnia to Irmina Kubiak, współtwórczyni polskiego tygodnia mody, która opowiada o ekstremalnym doświadczeniu, jakim był pokaz mody… na Syberii, gdzie zdobywała życiowe doświadczenie. Pod tą tezą może także podpisać się Kayah, której los przez lata podrzucał kolejne kłody pod nogi i która obecnie jest piosenkarką pierwszego planu choćby dlatego, że nie zraziło jej któreś tam z kolei śpiewanie w chórkach i polska rzeczywistość świata muzyki, jaka przecież długo jej nie chciała.


Chwilami można odnieść wrażenie, iż pracoholizm niektórych pań jest doprawdy czymś przerażającym. Wszystkie one jednak poświęcają się słusznym w ich mniemaniu sprawom. Prawie każda decyduje się na macierzyństwo i opisuje jego uroki, kiedy stara się łączyć opiekę nad dzieckiem z tytaniczną pracą. Rozmówczynie Boćkowskiej chwilami nie wiedzą, kiedy zwolnić, ale to przecież życiowy pęd jest tym, co je charakteryzuje i tym, czym mogą zarazić – inne kobiety, ale także i mężczyzn.


Wydawnictwo MG, 2012

2012-03-13

„Láska nebeská” Mariusz Szczygieł

Czego Polacy mogą nauczyć się od Czechów? Pogody ducha, którą można zastąpić tradycyjną polską odpowiedź „stara bida” na pytanie, co słychać. Poszanowania dla inności w każdym możliwym wymiarze. Grzeczności na co dzień. Tego, że można się śmiać z samych siebie, a życie przyjmować z całą dobrocią inwentarza dnia powszedniego. Szacunku dla słowa pisanego i dla książek. Ale przede wszystkim – w miejsce nadmuchanej dumy narodowej i kompleksów, które zrodziła Historia – swobody mówienia o tym, co istotne dla państwowości i dla nas samych, obywateli z jarzmem wiecznych cierpiętników. Mariusz Szczygieł, znawca czeskiej kultury i literatury, ma dla nas książkę lekką, przyjemną, dowcipną i przede wszystkim bardzo wyrazistą. O Czechach i czeskim życiu, ale tak naprawdę o zwykłych ludziach i o tym, jak potrafią znaleźć swoje miejsce w świecie.

„Láska nebeská” to zebrane w jednym zbiorku felietony Szczygła, które z jednej strony nawiązują głównie do literatury czeskiej, z drugiej prowadzą od niej drogę do tego, co poza literackimi światami, co kształtuje życie przeciętnego Czecha teraz, w XXI wieku. Komizm słowny i sytuacyjny to chyba największa wartość tej książki, niemniej jednak mówi ona często, a właściwie cały czas o sprawach ważnych i poważnych, które można przecież traktować z przymrużeniem oka. Szczygieł wychodzi od tego, co przeczytał i kończy na tym, co zobaczył, usłyszał i sam jako człowiek doświadczył. Czechy to kraina absurdów, które bawią Polaka, ale jednocześnie kraj, w którym pozycja literatury i nawyk czytania książek sytuują ten zakątek Europy w czołówce państw. „Literatura czeska kocha szczegół, życie i zwykłego człowieka. Uszlachetnia zwyczajne”. Szczygieł oddaje jej hołd, starając się właśnie uszlachetnić wszystko, co wydaje się pozbawione szlachetności. Czym się w gruncie rzeczy zachwycać? Tym, że Czesi wielbią postać pábitela, czyli przeciętnego piwosza, który jest konformistą i nie patrzy dalej niż poza czubek swojego nosa? Tak, bo jest to inne patrzenie niż polskie. Mimo wszystko głębsze. Bardziej wartościowe? Niekoniecznie. Inne. I przez to fascynujące.


Szczygieł wychodzi od rozważań na temat czeskiego jazzu, a kończy przedstawieniem charyzmatycznej postaci Jára Cimrmana, starając się oddzielić fakty od mitów związanych z tą niezwykłą postacią dramaturga, wynalazcy, czeskiego „Człowieka renesansu”. Pomiędzy tym dużo rozważań o literaturze i jej wpływach na życie, o społecznym życiu Czechów i ich specyficznym poczuciu humoru. O tym, że radość można czerpać ze wszystkiego, a śmiech jest dobrym antidotum nawet na trudy radzenia sobie z odejściem bliskiej osoby. Bo chociaż niektórzy Czesi to tacy palacze zwłok Fuksa, którzy stawiają sobie na półce urny z prochami bliskich ludzi, mają dystans i do umierania, i do życia. Do życia przede wszystkim.


O czym poczytamy u Szczygła? Na przykład o Václavie Havlu, którego wiecznie śledzono i któremu kobiety wyrządzały medialne krzywdy. O tym Havlu, o którego pogrzebie niczego nie można było napisać, bo dziennikarzy zamknięto w brudnym i zimnym pomieszczeniu ponad głowami tłumów w katedrze praskiej. O Hrabalu, jego pojmowaniu honoru, ale także o tym, że jest bogiem w zastępstwie i o fatalnej miłości do kotów. O tym, że depresyjny twórca jak Ota Pavel spełnił się, tworząc najbardziej chyba antydepresyjną twórczość, która rozchmurzy każdego. I jeszcze o tym, jak w Czechach pisarz staje się celebrytą i o wysiłku, który trzeba włożyć w to, by najpierw poznać jego twórczość, a potem zaczytywać się w tabloidach, które obsmarowują jego życie prywatne.


Nawet jeśli Czesi są konformistami i nawet jeśli pojęcie "szwejkizmu" odnosi się do sporej grupy tej narodowości, nie musi być tak, że Czechom nic się nie chce i nie mają poglądów. Nic bardziej mylnego. Szczygieł ukazuje także nieco schizofreniczną stronę poglądowości tego narodu, który kiedyś funkcjonował pod nazwą „Czechosłowacy”, a teraz jakoś nie jest po drodze ani Czechom ani Słowakom, chociaż żyją w zaskakująco dobrej symbiozie. To przecież naród, który nawet z napisów klozetowych może zrobić gatunek literacki! I naród, któremu potrafi śpiewać prawdziwy idol, czyli Gott oraz idol z przypadku, czyli Neckář.


Opowieści i rozważania Szczygła to lektura rozweselająca, ale i skłaniająca do zastanowienia się. Choćby nad tym, jak bardzo wiązać się może nasze codzienne życie z tym, co o nim piszą albo pisali literaci. Autor pokaże nam oblicze czeskiego undergroundu i opowie o represjach politycznych, które wykuwały twarde czeskie charaktery. Wskaże ścieżki, po których możemy podążać, interpretując literaturę czeską. Przede wszystkim jednak opowie o doświadczeniach Polaka ze smutnego kraju nad Wisłą, który nie potrafi znaleźć w życiu tyle radości, co jego południowy sąsiad. Felietony Szczygła są żywe, ciekawe i fantastycznie nieobiektywne. To takie Czechy w pigułce zaserwowanej przez tego, który od Czechów wiele się uczy. Dodatkowo ubarwione fantastycznymi fotografiami, które z prozy życia czynią zabawną o tym życiu opowieść.


Wydawnictwo Agora, 2012

2012-03-12

"Huragan" Laurent Gaudé

Latem 2005 roku huragan „Katrina” spustoszył Nowy Orlean. Pięć lat po tym zdarzeniu opublikowana została w ojczyźnie autora książka, której tłem jest dzikie uderzenie żywiołu. Siedem lat później polski czytelnik ma okazję zapoznać się z polskim tłumaczeniem „Huraganu”. W powieści Laurenta Gaudé siła wiatru i deszczu zestawiona jest z siłą ludzkich uczuć, których moc jest równie silna i destrukcyjna. To opowieść o życiu, śmierci, o odradzaniu i unicestwianiu. Historia wielowątkowa, ale jednocześnie bardzo jasna i czytelna. Symboliczny huragan rozpęta się w umysłach tych, którzy przez całe życie starali się tłumić emocje. U Gaudé mamy zatem do czynienia z podwójnymi siłami. Dodatkowo z sugestywną siłą oddziaływania jego książki na czytelnika. Wartą poznania.

Autor buduje swoją narrację jak scenariusz klasycznego amerykańskiego filmu katastroficznego. Mamy zatem kilka biografii zwykłych, szarych obywateli i siłę wielkiego żywiołu, który je połączy. Śledzimy losy każdego z osobna i jednocześnie przyglądamy się temu, jak huragan „Katrina” nadciąga, niszczy i odchodzi. Tymczasem biografie pozostają z nami. Nie da się bowiem przejść obojętnie wobec psychologicznej głębi, z jaką zarysowane są te sylwetki. A to już zdecydowanie odróżnia powieść Gaudé od hollywoodzkiego obrazu o destrukcji.


Jest ich piątka. Różni od siebie, ale w obliczu kataklizmu stają się podobni. Tak samo bezradni i tak samo przerażeni. A każde pójdzie w swym strachu w zupełnie inną stronę. Poznajemy wiekową Murzynkę Josephine, która jako pierwsza przeczuwa nadejście huraganu i dla której jest on pewnym punktem granicznym, poza którym nie będzie już buntu i wstydu, jakie towarzyszyły jej przez długie życie. Josephine przeżyła własne dzieci i nie dane jest było pochować zamordowanego męża. Pielęgnuje w sobie nienawiść do białych taką samą, jakiej przez lata od nich doświadczała. To, co się dzieje w Nowym Orleanie, nie zniszczy jej. Josephine uległa duchowej zagładzie dawno temu. Teraz pozostaje jej jedynie złość i żal, które stają się dla bohaterki jedynymi uczuciami, jakich doświadcza.


Poznajemy bezimiennego księdza, który poświęca także nieco swego czasu na pełnienie obowiązków kapelana więziennego. Huragan paradoksalnie daje mu szczęście i spełnienie, bo gromadząc wokół siebie biednych i poszkodowanych w kościele, czuje się wreszcie ważny i słuchany. Ów człowiek tak naprawdę nie rozumie roli, jaką Bóg mu wyznaczył w życiu. Jest zagubiony i w tym zagubieniu przerażony. Z trudem udaje mu się pełnić swe obowiązki. A kiedy widzi prawdziwe oblicze kataklizmu, uznaje fakt, iż jego pan wyznaczył mu inną, bynajmniej nie pokojową misję…


Buckeley zaś to więzień z piętnem morderstwa na sumieniu. On i jego ośmiu kompanów wykorzystują chaos wprowadzony przez atak huraganu, by uciec z więzienia i przez chwilę poczuć się panami całego Nowego Orleanu. Buckeley tylko pozornie odzyskuje wolność. Więźniowie podczas huraganu zrozumieją, że nie mogą uciec. Nie da się uciec od mrocznej strony samych siebie… Od tego także próbuje oddalić się Keanu Burns. Sześć lat wcześniej porzucił Rose dla źle pojmowanego poczucia wolności i pracy na platformie wiertniczej. Nękany traumą wspomnień postanawia wrócić do kobiety. Nie bacząc na to, że drugim pasem autostrady ciągną się samochody uciekinierów z Nowego Orleanu, on wjeżdża w sam środek piekła, by odnaleźć Rose. Tylko czy kobieta, która nie umie kochać swego syna i czuje jedynie smutek wraz ze zgorzknieniem będzie w stanie przyjąć na nowo byłego kochanka?


”Piękno świata zostało zbrukane i szaleńcy się radują”. Tak sytuację niszczenia miasta przez żywioł postrzega jeden z jego bohaterów. Paradoksalnie jednak – choć huragan zabija – jest to w gruncie rzeczy symboliczna opowieść o życiu. Josephine czuje, że żyje za długo i nie jest w stanie tego znieść. Podczas huraganu wstępuje w nią nowa siła. Nie odwróci okrutnej przeszłości, ale może bez mrugnięcia powieką patrzeć w oczy tych, których do tej pory się wstydziła. Keanu i Rose chcą rozpocząć nowe życie, zerwać z bolesną przeszłością i wreszcie zacząć czuć coś naprawdę. Buckeleyowi i jego kompanom huragan życia nie odbiera, ale ofiaruje. Ksiądz natomiast rewiduje poglądy o tym, kim był i z lękiem spogląda na to, kim się staje. Wszyscy bohaterowie tej książki muszą zdefiniować życie na nowo. To życie, które w zetknięciu z potęgą żywiołu wydaje się być tak kruche i ulotne.


„Huragan” to wyrażona oszczędnymi środkami głęboka rozprawa o istocie ludzkiej natury i o tym, jak bardzo pragniemy tego, czego nie mamy i czego mieć nie możemy. To opowieść o konfrontacji z żywiołem, ale przede wszystkim z mrocznymi stronami psychiki, z którymi nie nawiązujemy na co dzień kontaktu. Czy możliwe jest nadanie życiu innego, lepszego sensu? Czy może być tak, że w obliczu morderczego wiatru i deszczu ktokolwiek, cokolwiek może się odrodzić i stać się inne?


tłum. Hanna Igalson - Tygielska
Wydawnictwo W.A.B., 2012

2012-03-08

"Ojciec nieświęty" Piotr Szumlewicz

Kiedy w ubiegłym roku recenzowałem „Antypapieża” Tomasza Piątka, bałem się, że krytyka Jana Pawła II, która wreszcie widzi światło dzienne, będzie powiązana z jadem i złością, a tego w Piątku było i jest najwięcej. Znalazł się on także wśród piętnastu rozmówców Piotra Szumlewicza, którzy w „Ojcu nieświętym” pokazują ciemne strony pontyfikatu Karola Wojtyły. Wywiad z autorem „Pałacu Ostrogskich” to także ciemna strona tej książki. Wszyscy ludzie, z którymi rozmawia redaktor, wyrażają opinie sensowne, zwykle stonowane i podparte racjonalnymi argumentami. Rozmowa z Tomaszem Piątkiem zdecydowanie rozsadza ten zbiór. Rozumiem, że Szumlewicz obskoczył wszystkie redakcje i salony, w których bywał, w związku z tym zajrzał też do „Krytyki Politycznej”, ale w moim odczuciu kolejnych agresywnych wywodów Piątka, który po publikacji swej książki nie mówi o papieżu niczego nowego, nie powinno w „Ojcu nieświętym” być.

Bo mamy przecież do czynienia z publikacją ciekawą, mądrą i bardzo potrzebną. W przestrzeni publicznej nigdy nie pojawił się nurt krytyczny myślenia czy wypowiedzi względem tego, co robił i czego nauczał polski papież. Krytykować Wojtyłę? Absurd. Nie robi się tego, bo nie przystoi, ale także z wygodnictwa, żeby się po prostu nie narażać. Nie mam pojęcia, komu i jak narażą się rozmówcy Piotra Szumlewicza, ale wszyscy – poza wspomnianym wyjątkiem – starają się przede wszystkim racjonalnie i z wyczuciem spojrzeć na lata jednego z najdłuższych pontyfikatów człowieka, który od dawna uchodzi w Polsce za autorytet. Rozumienie tego słowa Szumlewicz we wstępie podpiera znajomością Johna Stuarta Milla i pisze: „Autorytetem nie jest ten, kto za takowy uchodzi, ale ten, kto potrafi swoimi czynami i argumentami obronić poglądy, które głosi, kto jest otwarty na dyskusję i chętny do prezentowania swoich przekonań”. W takim rozumieniu Karol Wojtyła nie jest autorytetem. Zbudowano mu pomnik trwalszy niż ze spiżu już za życia, uznawano za postać wielką i ponadczasową, nadal kultywuje się jego pamięć, ostrożnie pomijając wszystko to, co może go postawić w złym świetle i jak mantrę powtarzając „Ojciec święty”. Chciano go widzieć świętym już za życia, nie sposób było zatrzymać przyspieszenia machiny beatyfikacyjnej, od zawsze uchodził za wzorowego patriotę, genialnego myśliciela, charyzmatycznego przywódcy Kościoła, który stara się żyć wciąż blisko ludzi. Co z tego zostało? Całkiem sporo. Głównie wspomnienia. O myśli filozoficznej byłego papieża przeciętny Polak nie ma zielonego pojęcia. Odgórnie narzucony jest nam etos wielkiego Polaka jako remedium na polskie kompleksy narodowe. To ten, któremu się udało, którego znał i słuchał cały świat, który był mądry i dobry… Pozytywne określenia można mnożyć, powtarzając za opinią publiczną. Szumlewicz i jego rozmówcy postanowili położyć temu kres. Opowiedzieć o tym, co niewygodne i dotychczas niemożliwe do powiedzenia. Odważyli się postać Karola Wojtyły pokazać w innym świetle. Tym, o którym nie chcą myśleć wielbiący go Polacy.


Smutne jest to, że w rzeczową i konstruktywną krytykę Jana Pawła II włączają się w Polsce przede wszystkim ateiści i to oni są głównie rozmówcami Szumlewicza. Przykre jest, że tego typu publikacje polski Kościół chętnie paliłby na stosie, a Wydawnictwu Czarna Owca niejeden „katolik” życzy teraz piekielnego końca. Tymczasem „Ojciec nieświęty” to dyskusje ludzi światłych, inteligentnych, znanych w sferze publicznej (żałuję jedynie, iż autor nie poświęcił każdemu z nich choć krótkiego biogramu obok rozmowy) i … mających odwagę powiedzieć, co nie podobało im się i nie podoba w byłym papieżu. Ogólnie rzecz można streścić, używając kilku tez, które pozwolę sobie jedynie wymienić bez komentarza.


Papież wędrujący po całym świecie, kochający ludzi, uwielbiający być w centrum zainteresowania udawał tak naprawdę, że jego Kościół to instytucja otwarta na dialog. Agnieszka Zakrzewicz mówi o tym, że to nowoczesny papież zacofanego kościoła. Magdalena Środa rozważa jego myślowe poglądy, które wędrowały od personalizmu do kostycznego tomizmu i rygoryzmu. Wojtyła wcale nie był otwarty na świat. Jego Kościół tym bardziej. Jednoznaczne i wyraźne „nie” dla aborcji, rozwodów, metody zapłodnienia „in vitro”, homoseksualizmu, celibatu czy zwiększenia roli kobiet w społeczeństwie oraz kościele. Tuszowanie afer pedofilskich wśród duchownych. Nad tymi problemami rozmyślają ludzie, których Szulewicz pyta rozważnie, bez sugerowania odpowiedzi.


Groźna prawicowość i konserwatyzm. Wykorzystywanie uwielbienia tłumów dla załatwiania interesów Kościoła. Próba klerykalizacji licznych, zbyt licznych sfer życia. Nieprzystępność. Tak. Nieprzystępność i brak otwartości na zmiany w świecie XXI wieku, którego głowa kościoła starała się utrzymać w ryzach kościelnych dogmatów. Sprawca wielu cierpień – rodzących Bośniaczek, które po gwałcie zostały wezwane do tego, by niosły swój krzyż, rodziły dzieci i jeszcze je pokochały. Umierających na AIDS mieszkańców Afryki, gdzie papież stanowczo sprzeciwiał się jakimkolwiek formom antykoncepcji. Popełniających samobójstwa homoseksualistów, którzy byli przez niego napiętnowani. Wszystkich tych, którzy zmuszali się do wyrzeczeń ponad ludzkie siły w imię tego, co głosił ten, który z codziennym ludzkim życiem niewiele miał wspólnego…


Padają w wywiadach Szumlewicza różne określenia. Joanna Senyszyn uznaje papieża za produkt marketingowy, Jerzy Krzyszpień nazywa go toksycznym ojcem gejów i lesbijek. Najmocniej wyraża się chyba Adam Cioch, ale jego określenie „dyktatora Kościoła” broni się w tym, o czym opowiada. Ludzie, z jakimi rozmawia Szumlewicz, odcinają się od zbiorowej narodowej traumy bezkrytycznego uwielbienia Wojtyły. Bo jest ono traumatyczne i szkodzi nam społecznie. Rozmówcy z tej książki generalnie zakładają, iż następować będzie postęp laicyzacji polskiego społeczeństwa. To ma być drogą odnowy i leczenia traumy. Niech komentarzem do tej kwestii będą słowa Jerzego Urbana: „Wydaje mi się, że Polska w znacznie większym stopniu jest laicyzowana przez obojętność, przez malejące zainteresowanie nauczaniem kościelnym, przez krytykę funkcjonowania Kościoła katolickiego jako organizacji, a nie przez krytykę papieża”.


Mnie natomiast wydaje się, iż lekturze „Ojca nieświętego” powinni poświęcić czas nie tylko ateiści i agnostycy. Żadne ze słów, które pada w tej książce, nie ma na celu obrażenia postaci tak w Polsce uwielbianej. Wiele z nich natomiast dotyka bolesnych i czasem wstydliwych prawd, o których wciąż mówi się w tym kraju za mało. A jeśli Polacy naprawdę czynili to, o czym mówił papież, dlaczego społeczeństwo, którego rodak nawołuje do pacyfizmu pcha się do Afganistanu czy Iraku? Dlaczego papieski sprzeciw wobec kary śmierci nie jest słyszany, gdy ten czy ów w kraju nad Wisłą nawołuje, by ją przywrócono? Pomyślmy o tym i o wielu innych frapujących kwestiach, które porusza "Ojciec nieświęty".


Wydawnictwo Czarna Owca, 2012

2012-03-05

"Wyznanie" Roman Gren

Lubię „Linie Krajowe” Wydawnictwa Czarne. To seria, w której ukazały się książki błyskotliwe, mądre, bardzo wartościowe… i nasze, rodzime. Takie, które dają nadzieję na to, iż polska literatura współczesna niesie z sobą coś naprawdę ważnego. Książki Ignacego Karpowicza, Ewy Kujawskiej czy Justyny Bargielskiej to świetne świadectwo serii. Myślę, że również twórczość Romana Grena podniesie wartość tego, co ukazuje się w „Liniach Krajowych”.

Autora poznaliśmy przed rokiem, kiedy to ukazało się „Schronisko” – zbiór refleksyjnych reportaży z życia francuskich bezdomnych, który przede wszystkim wieloaspektowo przedstawiał samotność i różne jej oblicza. Autor w „Schronisku” skrył się za cudzymi biografiami. Tymczasem „Wyznanie” to książka niezwykle osobista, o czym świadczy chociażby jej tytuł. To także – jak „Schronisko” – szczuplutki wolumin, ale po raz kolejny Gren przekonuje, iż nie potrzeba wielu słów, by sugestywnie opowiadać. I tak się składa, że teraz także pisze o samotności. Tym razem własnej. O dziecięcej alienacji, dzięki której otaczający świat żyje specyficznie poetyckim życiem. O samotności dorastającego do wiedzy o sobie samym młodzieńca, któremu pewnej nocy siostra zadała pytanie, na jakie przez lata nie mógł sobie odpowiedzieć.


To pytanie o tożsamość i rozumienie tego, kim się jest. Pytanie o bycie Żydem. Autor opisuje swe dziecięce przerażenie. „Jakże mogę być Żydem, skoro Żydzi mają rogi i kopyta, i świński ogonek, skoro Żydzi przemykają w chałatach pod ścianami domów, szepcząc „sza! sza!” i ściskając w rękach sakiewki z pieniędzmi zdobytymi na lichwie?”. A jednak jest nim, chociaż tego do końca nie czuje. Dopiero po latach jest w stanie uchwycić moment, kiedy jego żydostwo stało się istotne dla dalszego rozwoju i postrzegania świata. „Wyznanie” bowiem to historia zgłębiania przeszłości, do której autor dopiero w dojrzałym wieku ma prawdziwy dostęp i wie, jak poruszać się pośród zdarzeń, osób i przedmiotów, które minęły.


Gren pyta o boskość i szuka tej boskości. Skarcony przez matkę, gdy spogląda urzeczony w święty obrazek, potem już niewiele będzie w stanie o Bogu powiedzieć. Jest i nie ma go przy nim. Z jednej strony o jego obecności świadczy cała żydowska obrzędowość, do której Gren powraca z sentymentem. Z drugiej jednak strony Stwórca jest nieobecny i w żaden sposób nie można się do niego zbliżyć. Zresztą jak tu zbliżyć się do Boga, kiedy koleżanka z podwórka syczy do ucha, że Żydzi ukrzyżowali Jezusa… Myślę, że autor pozwala sobie na dość późny kontakt z Absolutem, wskrzeszając wszystko to, czego kiedyś nie rozumiał, a co było drogą pewnych znaków. Cmentarz z jego mroczną symboliką. Dom Modlitwy, który chwilami przerażał, ale najczęściej jednak był miejscem dość obojętnym dla Grena. Dzień Zaprzysiężenia i krwawy rytuał, który z malca uczynił młodzieńca. W końcu postać ojca i barwni ludzie z bliższej oraz dalszej rodziny. Młody Gren jest jakby obok nich. Słucha, przypatruje się. Z tego wszystkiego próbuje wykrzesać odpowiedź na pytanie, kim był i kim jest teraz. Ożywi zmarłych, by wśród żywych znaleźć się po latach. Odnajdzie zaginione wspomnienia, by wraz z nimi pożeglować przez teraźniejsze życie, w którym trudno o znalezienie bezpiecznej przystani.


„Wyznanie” to książka o poczuciu inności. Takim, które początkowo ma charakter opresyjny, potem zaś zmienia się w narzędzie poznawania rzeczywistości. Dla Grena samo odstawanie od świata nie jest niczym niezwykłym. Niezwykłe jest raczej to, że świat nie udziela odpowiedzi na żadne z dręczących pytań. Robią to drobiazgi, zapisane po latach i zapamiętane jako niezwykłe. Noce spadających gwiazd. Kamienie, których nie chciała przyjąć ziemia. Kukułka w pożarze domu. Lekcja anatomii podczas nocnego wertowania ksiąg ojca. W zasadzie to od tego wszystkiego „Wyznanie” się zaczyna i ten początek ma chyba największą wartość, choćby z tego względu, iż to proza prawdziwego wzruszenia, która nie ociera się o banał, a po prostu zachwyca.


„Wyznanie” to także specyficzne wchodzenie w głąb samego siebie. Skoro brak jest jakichś szczególnych różnic w wyglądzie, to może o tym, że młody Gren jest Żydem, ma świadczyć jego wnętrze? Jeśli tak, co się tam naprawdę kryje? Proza ta jest i odrobinę mistyczna, i całkiem świadomie odrealniona. Tylko po to, by ukazać osobliwe związki między szarą codziennością a światem doznań wrażliwego umysłu, tak przecież otwartego i tak jednocześnie pozostawionego samemu sobie.


Powtórzę się - pisanie Romana Grena wzrusza i zastanawia. Nieważne, czy spod jego pióra wychodzą reportaże, czy też miniatury opowiadające o dzieciństwie. To pisarz przekonujący i wyrazisty. A to dla mnie najważniejsze. Jeśli ktoś nie poznał go przed rokiem, najwyższy czas, by teraz się to zmieniło.


Wydawnictwo Czarne, 2012

2012-03-04

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson

Czy stuletni Szwed błąkający się po korytarzach domu opieki w swoich wilgotnych od moczu kapciach może zwrócić czyjąś uwagę? Owszem, jeśli to bohater skreślony piórem Jonasa Jonassona i człowiek, który zwiewa przez okno w dniu swych setnych urodzin, by przeżyć kolejne niesamowite przygody, które ubarwią i tak już pasjonujący życiorys staruszka. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” to lektura wyborna nie tylko dlatego, że rozpromienia i śmieszy. Mimo wykorzystania komizmu słownego, charakterologicznego i sytuacyjnego ta opowieść nie jest tylko zabawna. Jonasson napisał książkę o przewrotności ludzkiego losu i o nienasyceniu, które każe wciąż czerpać z życia pełnymi garściami. Nawet wówczas, gdy stąpa się po tym świecie ponad wiek. I nie zawsze ma się czyste sumienie.

Zanim Allan Karlsson trafił do domu opieki, musiał jakoś przeżyć swe życie. A od roku 1905 do 2005 dane mu było doświadczyć bardzo wiele. Osamotniony w domu rodzinnym (surowy i wciąż nieobecny ojciec, matka zajęta głównie swymi sprawami) zalicza tylko trzy lata edukacji, co nie powoduje, że przestaje ciekawić go świat. Bynajmniej. Po śmierci rodziców zajmuje się tym, czego nauczył się do niedawna, czyli produkowaniem rozmaitego rodzaju ładunków wybuchowych. Kiedy przez przypadek rodzinny dom Allana wyleci w powietrze, nasz rezolutny bohater będzie musiał udać się w podróż. Nie będzie przypuszczał, iż zwiedzi nie tylko większą część Szwecji, ale także Hiszpanię, Chiny, Koreę Północną, Himalaje, Iran, Stany Zjednoczone czy Francję.


Jonasson posługuje się ciekawym chwytem, stawiając na drodze Allana ważne i znane w historii postacie, z którymi Szwed wchodzi w różne relacje. Pije z generałem Franco i prezydentem Trumanem. Wkurza Stalina i generała de Gaulle’a. Otrzymuje sporą sumę pieniędzy do przetracenia od Mao Zedonga czy szwedzkiego premiera Erlandera. Za każdym razem Allan jest sobą, podczas gdy inni, ważni tego świata, usiłują przed nim odegrać jakieś role. Nie sposób także nie zauważyć, że wszyscy ci wielcy pragną się zaprzyjaźnić z Allanem, albowiem może on znacząco pomóc w produkcji broni jądrowej. Poznając bowiem życiorys Karlssona, poznajemy jednocześnie historię przemian, w której broń wojenna zmienia swój charakter, a po tym, jak Amerykanie w bazie Los Alamos dokonują odkryć, których zazdrości im cały świat, rzeczywistość staje się niepewna i złowroga.


Wykładnia Jonassona jest dość czytelna – zbrojący się świat jest groźny, ale można go pokonać. Poczuciem humoru rzecz jasna. Bo jeśli coś naprawdę nas lęka, może warto się z tego pośmiać, żeby strach nas choć przez chwilę opuścił? Chociaż Allan Karlsson wielokrotnie winien się bać, nie działo się tak. Zamiast mówić, słuchał. Zamiast szkodzić, starał się unikać wszelkich działań mających na celu niszczenie innych. Na wszystkie problemy i bolączki świata miał jeden, prosty sposób. Zamiast się spierać, trzeba wypić trzy ćwiartki wódki i popatrzeć w przyszłość. Wtedy wszystko stanie się inne, lepsze. Naiwne? Naiwność Allana wraz z jego prostolinijnością i pociągiem do wódki, tworzą postać barwną i wzbudzającą zaufanie. Bo przecież nawet jeśli Allan tego czy owego człeka wysadzi w powietrze, stanie się to przez przypadek i nieżywy nie powinien mieć o to do Allana pretensji.


Szczegółowo opisane dzieje stulatka pozwalają nam wybrać się w barwną podróż po świecie XX i XXI wieku. To świat ułomny, naznaczony krzywdą i niesprawiedliwością. Jednocześnie jednak fascynujący i pozwalający Allanowi na to, by w każdej sytuacji czuł się jak ktoś, kto ponownie się narodził i przygląda się wszystkiemu z uwagą. Tak też dzieje się w momencie, kiedy wiekowy jubilat ucieka i dojeżdża autobusem do prowincjonalnego Byringe, taszcząc ze sobą ciężką walizkę z pieniędzmi. Tam poznaje życiowego nieudacznika i oszusta Juliusa Jonssona, by wraz z nim udać się w niezwykłą podróż, podczas której zetkną się między innymi ze smålandzką pięknością, z jej ukochanym słoniem oraz bossem organizacji przestępczej, w którym pod wpływem zdarzeń nastąpi spektakularna metamorfoza.


Autor drwi sobie nieco zarówno ze szwedzkiego systemu sprawiedliwości, jak i ironicznie ocenia dziennikarskie środowisko w swoim kraju. Niezwykłe losy stulatka i jego przyjaciół, których poznaje w podróży, stanowią dowód na to, iż można zniknąć oraz pojawić się wtedy, kiedy się chce, snując kilka alternatywnych historii życia. I chociaż pada nam trup za trupem i to, co robi Allan ze swoimi znajomkami mocno wykracza poza granice dozwolone prawem, mamy tutaj w gruncie rzeczy rubaszną i dosadną historię o tym, w jaki sposób sprytnie unikać odpowiedzialności za swe czyny. W powieści Jonassona wszystko wydaje się być dozwolone, niemniej jednak nie jest to książka o złych ludziach albo złych uczynkach. To barwna opowieść o tym, że świat niejedno ma oblicze i nawet żyjąc sto lat, nie można poznać każdego.


Nie traktujmy „Stulatka” tylko jako dowcipną opowieść. Warto zajrzeć głębiej. Przyjrzeć się temu, w jaki sposób Jonasson rozprawia się ze Szwecją i tym, co mu się w niej nie podoba. Warto zobaczyć, że w jego powieści Historia przegląda się w krzywym zwierciadle i wtedy nie jest już ani tak straszna, ani też okrutna.


tłum. Joanna Myszkowska - Mangold
Wydawnictwo Świat Książki, 2012

2012-03-01

"Przekąski - Zakąski" Wojciech Albiński

Wojciech Albiński to Wojciech Albiński. Ten, a nie inny. Nie ten, którego wyszukiwarka googluje w pierwszej pozycji, prezentując nam życiorys w Wikipedii. To ten, co nie jest taki sam. Bardzo chce podkreślić, że jest inny. Nie tylko dlatego, że jakoś nie leży mu zbieżność nazwisk z Tym Albińskim, o czym dość dowcipnie opowiada w tekście „Ukradzione nazwisko”. Zanim do tego, przedostatniego w zbiorze opowiadań tekstu, dotrzemy, zmęczymy się solidnie i dojdziemy do wniosku, że w większości przypadków miniaturki Albińskiego to taka proza tramwajowa. Wsiadasz, jeśli stare babska pozwolą, to siadasz, nos w lekturę, wyświetlacz przystanków mówi, że jeszcze osiem, no to lecimy. Kończysz, wysiadasz… i nic nie pamiętasz, bo wszystko uleciało, pozostawiając jedynie świadomość, iż coś tam się jednak przeczytało.

„Przekąski – Zakąski” to nie jest książka zła. To – mimo starań autora – książka po prostu nijaka. Ma traktować w sumie o upływie czasu, o zmaganiach z nim, czasami o świadomości swojej egzystencji lub cielęcej nieświadomości tejże. Zaczyna się to wszystko dość dziarsko, intrygująco, wyraźnie. Małym manifestem. Oto mamy polubić antybohatera, który oszukuje MPK, drażni sądy, zdradza, szuka afer, włamuje się do mieszkań, w końcu pali swój dom. A przecież chce być dobry, tylko że być dobrym się nie opłaca. I tu już pojawia się zasadniczy problem autora. Zaczyna odważnie, ekstrawagancko dosyć, z pazurem. A potem mu się słowa rozjeżdżają, bohaterów otacza szara mgła i nawet mniej lub bardziej widoczne (oraz trafne) nawiązania do Wielkiej Literatury nie pomagają, bo „Przekąski – Zakąski” są jak posiłek. Jednym będzie smakował, innym nie. Poza tym nie pozostawi żadnej refleksji. A szkoda, bo przecież powinno być ich kilka.


Przede wszystkim ludzie, mężczyźni głównie, ale ta męskość też się zaciera na rzecz czegoś międzypłciowego, by nie rzec – bezpłciowego. Wielu z nich jest w sile wieku i zamiast cieszyć się, że z przodu pojawia się trójeczka, a nie jakaś bardziej koszmarna cyferka, czują się przegrani albo tacy są naprawdę. Co jest interesującego w takim, powiedzmy, Tadku, który w opowiadaniu tytułowym złudzi się, że doświadcza szczęścia, a potem jego cała metafizyka kończy się solidnym pawiem? Co niosą w sobie wzory na spodniach pewnego 32-latka, którego męskość skryta w tychże znajduje się w stanie krańcowego uwiądu? Tu nie chodzi o to, że bohaterowie Albińskiego nie mają jaj. Sprawa jest bardziej poważna. Oni nie pozwalają wydać o sobie żadnego sądu, nawet takiego jak powyższy.


Wojciech Albiński lepi sobie teksty i nazywa to fabułami. Gdyby czytał swoje opowiadania głośno, większość pewnie uznałaby, że coś tam sobie burczy pod nosem. Niestety, „coś tam” to zasadnicza kategoria interpretacyjna tej książki. Bo ona o czymś tam jest. Czegoś tam mamy doświadczyć. Coś tam zrozumieć. Efekt? Ziewanie podczas lektury trzeciego akapitu, który odbił się tak od pierwszego i drugiego, że można go na siłę z ósmym połączyć. Formalnie te opowiadanka są po prostu fatalne. Opowieści trzydziestolatków (głównie), którzy sprawiają wrażenie, jakby w kapciach oprowadzali nas po swoich pokojach w domach starców. Przy tym nieznośne i naprawdę trudne do wytrzymania, rozpaczliwe nawet, trzymanie się tego autorskiego „ja”. Ja wam opiszę, ja wam zaprezentuję, ja znam wszystkich i wszystko, ja rozumiem niezrozumiałe sprawy tego świata. Czasami „ja” Albińskiego podbiera jakieś cudze historie, ale głównie po to, żeby pokazać, iż generalnie ludzie rozchodzą się w życiu i jak potem na siebie znowu trafiają, to guzik mają sobie do powiedzenia. Truizm? Niestety. Jest ich dużo, dużo więcej.


Nie pomaga duch Konwickiego, nie pomaga Gombrowicz śmiejący się z nas tu i ówdzie, nie daje rady nawet Beckett, bo wszystko nurza się we wszechogarniającej pustce. „Przekąski – Zakąski” mają jeszcze podtytuł. „Jak być dobrym, jeśli nie było się nawet złym”. To Albińskiego pisanie to raczej dowód na to, jak sklejać narracje, kiedy nie ma się dobrego kleju. Bo codzienne życie jest wystarczająco szare, by starać się o tym nie myśleć. Albiński myśli i oczywiście myśli po swojemu. Kufel piwa – ku rozweseleniu – temu, kto wskaże choć jeden tekst, dzięki któremu będzie się można szczerze uśmiechnąć.


Życie czasami jest tragikomedią. Tragikomiczne jest pisanie o sprawach, o jakich pisze Albiński. Jego styl mi nie leży. Ciężko mi było z tą książką u boku. Wypaliły się już chyba drogi twórcze, które w polskiej literaturze ukazują sfrustrowanego trzydziestolatka robiącego sobie raj na ziemi z tego, z czego może. Poza kilkoma formalnymi, naprawdę ciekawymi zabiegami narracyjnymi, nie ma w „Przekąskach - Zakąskach” niczego, co byłoby po prostu… smaczne.


Warszawska Firma Wydawnicza, 2011