Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-01-06

„Bracia Burgess” Elisabeth Strout

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 432

Przekład: Małgorzata Maruszkin

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Istota rodziny

Zaczyna się od telefonu z ploteczkami. Ten prolog umiejscawia prozę Strout w wyraźnym kontekście. Opowiadając historię rodzinną, autorka chce porządkować przeszłość, ale jednocześnie do woli zmyślać. „Bracia Burgess”, powieść dość przewrotna i w wielu miejscach zaskakująca, jest przecież narracją o wiecznie warunkującej trwanie zależności polegającej na tym, że my jesteśmy kimś w oczach innych i ci inni są portretowani przez nas. Widzimy to, co możemy dostrzec, a być może tylko to, co dostrzegać chcemy. Mylimy się w swym osądach innych i każda kolejna pomyłka nie jest dla nas żadnym budującym doświadczeniem, wciąż bazujemy na pozorach i wydajemy wyroki o postępowaniu drugiego człowieka. Elisabeth Strout tak jak w powieści „Mam na imię Lucy” opowie o skomplikowanych relacjach międzyludzkich opartych na porównywaniu i zestawianiu wszelkimi subiektywnymi i krzywdzącymi miarami. To też historia o rodzinie, która – jak ta z Amgash ze wspomnianej książki – okopuje się i dystansuje, czyniąc bolesne wyrwy w bliskości i tworząc atmosferę wzajemnej podejrzliwości. Autorka sugeruje jednak coś, co może być niewygodne, a wydaje się prawdą odartą z subiektywnych sądów. Rodzina to także dziedziczone traumy, konflikty, to nierozwiązywalne problemy, wyobcowanie i małe tragedie urastające po latach do wielkich dramatów. Rodzina nie jest wygodną spuścizną i nie jest tylko ludźmi, z którymi czujemy się dobrze. Dysfunkcyjna rodzina Burgessów jest od pierwszych stron powieści zatomizowana. Strout udowadnia jednak, że po części ma rację jeden z bohaterów, mówiący o tym, że gdyby nie rodziny, połowa prawników nie miałaby zajęcia; z drugiej jednak strony – trudno nam przyjąć do siebie trudne dziedzictwo i relacje. Sportretowana rodzina najpierw okazuje się słaba, by potem pokazać siłę więzi. Śledzimy perypetie bohaterów, zastanawiając się, ile z tego wszystkiego było lub jest naszym doświadczeniem. Ile gestów i słów zapomnieliśmy, rozluźniając relacje i czyniąc myślenie o rodzinie nieznośnym.

Shirley Falls w Maine – stamtąd pochodzą tytułowi bracia. Obaj po latach mocno zdystansowani do rodzinnych stron. Obaj w opozycji do stanu, z którego uchodzi życie. Tylko ich siostra Susan została tam, skąd uciekli, i dobrze na tym nie wyszła, pielęgnując wyobcowanie i samotność w zimnym domu, z problematycznym synem, którego niefrasobliwy czyn spowoduje, że bracia odwiedzą rodzinne strony i będą się starali wspomóc Susan. Jim to zawsze był ten lepszy, bardziej błyskotliwy. Nie tylko dlatego, że najstarszy, a bliźniacy Bob i Susan stali w jego cieniu. Jim zawsze wiedział, jak wziąć los w swoje ręce, i udało mu się zrobić karierę, założyć rodzinę, zbudować stabilizację i poczuć się w ceglanym nowojorskim szeregowcu jak mężczyzna spełniony. Taki, który nigdy z niczego nie musiał się tłumaczyć. Pielęgnował egocentryzm, zrzucając odpowiedzialność za różne niepowodzenia na tych słabszych. Słabszy i głupszy był zawsze Bob. Niezmiennie w cieniu brata. Wciąż jednak prostoduszny i gotowy wspierać go w trudnych chwilach, kiedy tylko Jim okaże słabość i poprosi o pomoc. Bracia na dwa różne sposoby wrośli w cynizm, oddalając się nie tylko od prowincjalnego Shirley Falls, ale przede wszystkim od samych siebie. Nowy Jork to miasto możliwości i zapomnienia. Bracia wybierają taki styl życia, który jest pewną opozycją do tego drugiego. Zawsze się ścierali, nigdy nie uzupełniając. Pewny siebie Jim zrozumie, że nie wszystko można kontrolować i nie zawsze świat dopasuje się do jego planów. Wycofany i wciąż strofowany przez brata Bob uświadomi mu, czym naprawdę jest więź rodzinna, kiedy Jim w rodzinę zacznie wątpić.

Dychotomia dwóch typów męskości u Strout idzie w parze z obrazowaniem pewnych skrajności, w jakie może wpaść człowiek zagubiony już przed laty. Bob niesie w sobie brzemię odpowiedzialności za śmierć ojca. Jim nie ułatwia mu walki z demonami. Rodzina z Maine po bolesnym doświadczeniu śmierci zaczyna rozpadać się od środka. Kiedy nie ma już na świecie obojga rodziców, Jim, Bob i Susan okopują się na bezpiecznych dla siebie pozycjach. Z dala od siebie i w buntowniczym pragnieniu życia inaczej niż pozostali. Elisabeth Strout obrazuje wszystkie bolesne pęknięcia, które uczyniły rodzinę Burgessów tak bardzo nieznośną dla samej siebie. Susan stała się spadkobierczynią wszystkiego tego, co bracia uznali za prowincjonalne i od czego usiłowali się zdystansować. Jim wykazał się większym samozaparciem, a może tylko większą hipokryzją. Bob pozostał poczciwy i dający sobą manipulować. Autorka portretuje iluzoryczną siłę Jima tym, że stworzył własną rodzinę, co nie udało się ani bezdzietnemu Bobowi, ani nieporadnej w kontakcie z synem Susan. Trudne relacje, zwłaszcza te między bliźniakami, początkowo nasuną skojarzenie, że familia już dawno się rozpadła. Zaskakujące zdarzenia z udziałem wyobcowanego siostrzeńca Jima i Boba zmienią nie tylko sposób patrzenia na siebie rodzeństwa. Strout bowiem na drugim planie sugestywnie odmaluje dramaty tych ludzi, którzy zbliżyli się do Burgessów, ale czują różnego rodzaju dyskomfort, bo bracia burzą porządek relacji, nie wchodząc w dialog z samymi sobą.

„Bracia Burgess” to także książka poruszająca wątek prześladowań somalijskich uchodźców starających się żyć na nowo gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie tylu białych cechuje ksenofobia skrywana za pozorami. Czyn Zachary’ego doprowadza do publicznej dyskusji o tolerancji i poszanowaniu inności. Strout obrazuje zderzenie amerykańskiej mentalności z muzułmańską obcością. Portretuje jednak człowieka, Somalijczyka, który w czysto ludzkim odruchu gotów jest na zrozumienie i na wybaczenie. Niekierowany poprawnością polityczną czy wpływami środowiska. Abdikarim ma w sobie więcej empatii, niż kiedykolwiek znaleźli w sercach dla siebie członkowie rodziny Burgessów. Inna perspektywa patrzenia na świat pomoże im w zrozumieniu tego, co lokalne, i uwarunkowań, których nie akceptują, salwując się ucieczką. Myślę, że to bardzo ważna powieść o istocie zrozumienia drugiego człowieka, która wikła się w wiele kontekstów i staje opowieścią o losach świata oraz społeczności w stuleciu, w którym należy skończyć ze światowymi dysproporcjami i niemocą egzemplifikowanymi przez świetną scenę, w której bogata bohaterka na karaibskiej wyspie czyta o losie afrykańskich uchodźców, komentując wyzutym z empatii stwierdzeniem, że to straszne.

Rodzina to bliskość i toksyczność jednocześnie – tego Strout dowodzi w sposób oczywisty. Więcej ma do zasugerowania w sprawie relacji międzyludzkich naznaczonych uprzedzeniami narosłymi w różny sposób i w różnych kontekstach. To właśnie to, czego o sobie nie wiemy, a co zdołamy poznać, jest w tej powieści najciekawsze. Historia rodzinna to w dużej mierze historia także kondycji amerykańskiego społeczeństwa przełomu wieków. Opowieść o cynizmie życia i chowaniu się przed prawdą. Także o niemożności zaakceptowania każdej prawdy, która zmusza do weryfikacji poglądów o postaciach. Ciekawa, wielowątkowa fabuła z kilkoma jednak przewidywalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Nie czyta się zatem „Braci Burgess” z takim napięciem jak „Mam na imię Lucy”, ale to i tak przykład pisarskiego talentu i ludzkiej empatii Elisabeth Strout.

Brak komentarzy: