Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-05-30

„Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci” Linda Polman


Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 208

Przekład: Małgorzata Diederen-Woźniak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Należący do państwa

Ta książka to lektura obowiązkowa dla wszystkich, których przejął film Tima Robbinsa „Dead Man Walking”. Linda Polman w swych rozważaniach o amerykańskim wymiarze sprawiedliwości uznającym i wykonującym karę śmierci będzie jednak odnosić się do szerokich kontekstów – dużo szerszych niż te, których można się spodziewać, rozpoczynając czytanie tego wstrząsającego reportażu. W „Laleczkach skazańców” wszystko koncentruje się wokół perspektywy. Holenderska reporterka przygląda się machinie urzędniczej, sądowej oraz więziennej, na końcu której stoi zgon człowieka skazanego na pozbawienie życia. To spojrzenie zaskoczonej i oburzonej Europejki, dla której kara śmierci jest jednym z niewyobrażalnych współczesnych barbarzyństw. Poza tym to także opowieść o empatii – tej wydobywającej się z samej Polman, która odbywa kilka wycieczek do Teksasu, ale także tej, o której nie mówi się często, bo jest światopoglądowo niewygodna. Chodzi o całe spektrum odczuć więźnia uznanego przez państwo za jego własność. Polman nie stara się udowodnić, że mężczyźni w celach śmierci to ludzie bez skazy, choć zdarza się niejednokrotnie, że w amerykańskich więzieniach na uśmiercenie czekają także niewinni. Autorka usiłuje przyjrzeć się bliżej temu, co i na jakich warunkach w społeczeństwie amerykańskim sankcjonuje proces odbierania życia więźniom. Dlaczego tylko jedna trzecia stanów poszła w kierunku standardów wyznaczanych przez Europę? Skąd przywiązanie do kary śmierci i jej specyficzna adoracja? Czym ona sama jest w wymiarze egzystencjalnym?

Tytuł nawiązuje tylko do jednego z opisywanych problemów. Linda Polman przygląda się relacjom kobiet z więźniami, których postanowiły one poślubić. Intrygujące są motywy postępowania. Bohaterki reportażu bardzo często wiodą udane i dostatnie życie w Europie, by w pewnym jego momencie decydować się na emocjonalny związek z mężczyznami oczekującymi na wyrok za oceanem. Na jednej z cytowanych przez autorkę stron internetowych znajduje się taki wpis: „Byłam w związkach z wieloma draniami niewięźniami. (…) Mój obecny mąż siedzi w celi śmierci, ale traktuje mnie jak księżniczkę”. Czy chodzi tylko o wyjątkowość tego, co w przesyłanych zza oceanu listach piszą mężczyźni w pełni świadomi tego, że ich małżeństwo nigdy nie wyjdzie poza dokument prawny? Czy jest to pewna magnetyczna siła przyciągania, jakaś niezdrowa fascynacja? A może działanie dające skazanemu możliwość poczucia się wreszcie podmiotowo?

Bo amerykański więzień oczekujący na stracenie jest jedynie numerem ewidencyjnym. Mieszkańcem betonowej celi, w której spędza niejednokrotnie kilkanaście lat życia. Kimś, kto – jak korespondent jednej z bohaterek – określa siebie mianem „pogrzebanego za życia”. Ma być w pełni świadomy tego, za po ponosi karę, dlatego nie zabija się więźniów z zaburzeniami percepcji i zdolności rozumowania. Taki więzień ma umrzeć tylko na zasadach ustanowionych przez państwo. Jeśli pojawia się ryzyko utraty życia w wyniku choroby, reaguje się natychmiast i skutecznie. W USA skazany nie może umrzeć z powodu zawału albo innego powikłania. Ma umrzeć na warunkach ustalonych przez państwo. Twardych warunkach wytyczających także okrucieństwo codzienności wyczekiwania na śmierć – w izolacji i podporządkowaniu trybowi machiny więziennej.

Polman kreśli dość ponury obraz systemu, w którym skazaniec podlega ściśle określonym, rozłożonym w czasie procedurom. Nie jest łatwo umrzeć, gdy na sali sądowej słyszy się wyrok skazujący. Nie jest też łatwo żyć ze świadomością, że ten wyrok nie zostanie szybko wykonany. Książka portretuje mroczne odcienie niepewności i oczekiwania, ale także przejmujące losy tych, którzy zostają skazani na śmierć, bo nie mieli możliwości, by się temu przeciwstawić. Adwokaci z urzędu to spektakularni dyletanci na salach sądowych. Koszmarne są zbiegi okoliczności, które powodują, że od drobnej kradzieży do śmiertelnego zastrzyku droga staje się długa, ale jak najbardziej realna, naznaczona tym okrutnym końcem. Linda Polman zwraca uwagę na to, gdzie w amerykańskim systemie sądowniczym i karnym ukryte są niebezpieczne absurdy i w jaki sposób Amerykanie starają się zatuszować, że zasadność kary śmierci w wielu przypadkach może być wątpliwa.

Tymczasem Teksas, który odwiedza autorka, to stan wyjątkowo kochający ten najokrutniejszy rodzaj kary. Przyglądamy się temu, jak wygląda życie w jego cieniu, nie tylko odwiedzając miejsca związane z więziennictwem. Komu i czemu ma służyć uśmiercanie ludzi? Okazuje się, że w Houston, które tak chętnie skazuje na śmierć, przemoc ma jedno z najbardziej okrutnych oblicz. Nie ma więc lęku przed tym, co może być orzeczone na sali sądowej? Kara śmierci urasta do rangi swego rodzaju mentalnego fetyszu. Adorowana w miejscach, gdzie ludzie cytują Biblię i zaciskają pięści w gniewie do bliźniego. Sankcjonowana w opresyjnym społeczeństwie, które doznaje różnego rodzaju traum i w żaden sposób nie chce pozwolić na ograniczony dostęp do broni. To obraz Ameryki z jednej strony kategorycznej i stanowczej, z drugiej jednak – będącej miejscem różnego rodzaju zagubienia oraz frustracji. To one dominują w więźniach, których historie portretuje Polman. Najciekawsza część „Laleczek skazańców” opowiada o relacjach między skazanymi i ich bliskimi żyjącymi poza murami więzienia. O obustronnych dramatach i nierzadko skrywanych – dla dobra tego drugiego – emocjach.

Czego mi tu brakuje? Przede wszystkim rozmów z więźniami, którym nie udało się zabłyszczeć w mediach i zwrócić uwagi opinii publicznej na swój dramat wyczekiwania na śmierć. Polman spotyka się tylko z tymi, których biografie i losy są powszechnie znane. Druga sprawa to brak uważniejszego prześledzenia relacji wspomnianych kobiet z mężczyznami, których poślubiają, choć wiedzą, że to tylko ślub wsparcia, nie normalnej relacji. Linda Polman sięga do listów tylko jednej z rozmówczyń. Być może inne rodzaje korespondencji bardziej rozbudowałyby kwestię, która jest jedną z najciekawszych w tym reportażu. Mimo to „Laleczki skazańców” to świetna rzecz opowiadająca o różnego rodzaju krzywdach, które potrafimy sobie wzajemnie wyrządzać, i o śmierci, która w pewnym momencie może stać się wybawieniem, nie karą. Mocna i poruszająca wyobraźnię książka.

1 komentarz:

Jardian pisze...

Wspaniała recenzja, gratuluję. Jakiś rok temu natknąłem się na portal randkowy - europejsko - amerykański kojarzący wolnych Europejczyków z amerykańskimi więźniami. A po książkę z przyjemnością sięgnę. BO te USA to taki kraj kontrastów...