Wydawca: Wydawnictwo Marginesy
Data wydania: 22 września 2026
Liczba stron: 352
Przekład: Diana Wierzbicka, Maria Jaszczurowska
Okładka: miękka
Cena detaliczna: 69,90 zł
Tytuł recenzji: By wciąż pamiętać
Kończyłem liceum, kiedy dowiedziałem się o tym, co wydarzyło się w tunelu w Paryżu. Początek września 1997 roku był szczególnym czasem. Mnie nie odszedł ktoś bliski, ale na pewno kobieta, którą już w nastoletnim wieku podziwiałem. Do dziś pamiętam jej promienny uśmiech. I tak chciałbym ją zapamiętać. A dla tych, którzy albo zapominają, albo nie mieli świadomości, kto w ubiegłym stuleciu ubarwił życie rodziny Windsorów, a jednocześnie rozpaczliwie chciał się wydostać z klatki etykiet brytyjskiego dworu, książkę na temat Diany Frances Spencer napisał ktoś, kto mógł to zrobić najlepiej – jej brat Charles, o którym nawet jego matka mówiła, że znał swą siostrę najlepiej. I choć wydaje się, że ta publikacja ogniskuje się wokół Charlesa, nie Diany, nie ma nic bardziej mylnego, bo stylizowane na egocentryczne „ja” narratorskie prowadzi nas tu przez historię wielkiego cierpienia skrytego pod pięknym uśmiechem, zgrabną posturą, wieczną gotowością do czynienia dobra i pod wizerunkiem, który świat pokochał. Spencer po latach rozprawia się zarówno z wieloznacznością kwestii wizerunku, jak i koncentruje się na wspomnianej klatce, bo dla jego siostry nie było nią tak do końca tylko funkcjonowanie wedle etykiety dworskiej, ale też coś zupełnie innego.
Mam pełną świadomość tego, że „Łabędzi śpiew” zbierze bardzo różne opinie i może stać się książką kontrowersyjną dla tych, którzy być może nie przeczytają jej uważnie. Przede wszystkim mam wrażenie, że pomysł na nią, w gruncie rzeczy prostą konstrukcję z wieloma wymownymi zdaniami, rodził się w głowie Charlesa Spencera dosyć długo. Widać to głównie w tym, jak strukturalnie ułożona jest ta opowieść. Prowadzą ją rozdziały z fragmentami laudacji, która potem pojawia się w całości i była prawdopodobnie najtrudniejszym do napisania w życiu tekstem dla kogoś, kto zawodowo – i biegle – zajmuje się pisaniem. Spencer bardzo sprawnie i płynnie porusza się między retrospekcjami – tymi stricte rodzinnymi, ale również związanymi ze ślubem siostry i jej pogrzebem analizowanym wręcz minuta po minucie z poczuciem, że każda z nich była niewyobrażalnym obciążeniem emocjonalnym nie tylko dla autora. Historie rodzinne i sylwetki innych członków rodziny, w której dorastała Diana, pozwalają lepiej zrozumieć to, w jaki sposób potem funkcjonowała. A i tak są momenty, w których brat pokazuje, że zanim jego siostra stała się dorosłą kobietą, kryły się w niej rzeczy, które po latach można określić jako coś na kształt pożerających ją od wewnątrz demonów.
Diana Frances Spencer nie dorastała w rodzinie idealnej, ale w takiej, w której ojciec zaszczepił każdemu przekonanie, że drugiego człowieka zawsze należy traktować z szacunkiem i nigdy się nie wywyższać. Brat przygląda się siostrze z cienia stworzonego przez kilka lat różnicy wieku. Opowiada o momentach, w których Diana mogła wybierać, ale też o takich, w których wyboru nie było. Sentymentalne opowieści o tym, jak radośnie spędzali wspólnie czas, przełamywane są fragmentami zmierzającymi do opisu ostatecznego końca. Do pożegnania w Opactwie Westminsterskim, śledzonego na całym świecie przez miliardy ludzi. Co wówczas myśleli? Jaki rodzaj straty przeżyli?
Autor potrafi pisać w taki sposób, że wiele jego zdań oznajmujących wywołuje w czytelniku mnóstwo pytań, także tych bez odpowiedzi. Nie odczytałem „Łabędziego śpiewu” jako ostrej krytyki brytyjskiego dworu królewskiego, który odseparował się od Diany, gdy zdecydowała się na życie wolne, nie wedle sztywnej etykiety. Jeśli książka ta jest jakimś oskarżeniem, to przede wszystkim (wciąż żywo po latach – napisana przecież blisko trzydzieści lat od tragicznej śmierci Diany Spencer – i wciąż zasadnie w odniesieniu do mnóstwa osób) oskarża prasę zezwalającą na haniebne praktyki kupowania zdjęć od zleceniobiorców, którzy gotowi są sfotografować absolutnie wszystko dla zysku. My, ludzie w tak zwanym średnim wieku, pamiętamy doskonale, że przed kimś takim uciekała Diana ze swym partnerem. Że ta ucieczka skończyła się tragedią i to był w zasadzie ten łabędzi śpiew: bezgłośne wskazanie, że ma już serdecznie dosyć, że jest gotowa uciekać kompulsywnie, nie zapinając pasów bezpieczeństwa, jak najdalej od zagrożenia, jakim był kolejny fotograf, który ścigał ją do utraty tchu.
A przecież Diana Frances Spencer została sfotografowana tysiące razy w pięknych sytuacjach. Autor dopisuje tu również takie mające miejsce z dala od dziennikarskich fleszy, w rodzinnej idylli, którą dorastające rodzeństwo stworzyło sobie mimo życia w cieniu rozwodu rodziców i mimo faktu, że ojciec wziął za żonę kobietę, której chyba tylko Diana potrafiła dać odrobinę serca. To serce biło głównie dla rodziny, lecz przede wszystkim synów. Charles opisuje to subtelnie, delikatnie i wyjątkowo sugestywnie. Patronująca ponad setce organizacji wspierających ludzi w potrzebie Diana Spencer była osobą, której serce musiało być monumentalnie wielkie. Podobnie jak pokłady cierpliwości i ciepła – również dla wrogów pragnących zdobyć jak najlepiej płatne zdjęcia z miejsc, gdzie Diana nigdy nie powinna być fotografowana.
Mnie w „Łabędzim śpiewie” najbardziej zaciekawiło to, co autor dość subtelnie punktuje, ale co z pewnością sterowało całym życiem bohaterki tej książki. Zwracam uwagę na daty, przyglądam się jej wiekowi na poszczególnych etapach życia. Wszystko za wcześnie. Wszystko zbyt odpowiedzialnie. Wszystko wymagające za dużo od dziewczyny, której nikt nie pomógł w szkolnych niepowodzeniach, ale każdy chciał potem widzieć ją jako pomnik dobroci. Diana była pomnikowa. Ale nie była gotowa na to, by zamienić się w pomnik, w którym jej serce przestanie bić żywo dla prostych, potrzebujących ludzi. Rodzina królewska nie była ani prosta, ani potrzebująca. Jedynie okrutnie wymagająca. Młoda kobieta stanęła przed nie lada wyzwaniami. Musiała przemodelować wszystko dobre, co zaszczepiła jej rodzina, i trzymać się kurczowo poczucia życiowej dobroci, by nie utracić tożsamości, która ukształtowała się dopiero wówczas, gdy Dianie zakładano na głowę symbol statusu Jej Królewskiej Wysokości.
Spencer pisze tak, jakby chciał zdemontować pomnik, wstawiając w jego miejsce empatycznego człowieka, czyli swoją ukochaną siostrę, o której miał się wypowiedzieć publicznie na jej pogrzebie, co staje się motywem przewodnim książki. Chciał, by ludzie pokochali ją naprawdę. Wszyscy. Nie tylko ci, którzy emocje wiązali z pomnikowością właśnie. „Nigdy nie udawała ideału” – czytamy. Zrobiono z niej ideał, a potem zlinczowano, gdy rozpadły się jego elementy. Kto sięgnął bruku? Ideał Diany Spencer w oczach milionów wielbicieli czy ci, którzy strukturalnie i systematycznie dążyli do tego, by ten ideał po bruku przeciągnąć? Ta książka nie opowiada o opozycji archaizmów rodziny królewskiej i nowoczesnych pomysłów na życie księżnej Diany. Ona mówi o tym, z jak wielkim ciężarem musiała się zmagać ta młoda kobieta i jak często bolało, gdy uśmiechała się szczerze, ale z tyłu głowy miała świadomość, że jest manipulowana, wykorzystywana, a nawet uznawana za narzędzie do kreowania sposobu, w jaki widzą świat miliony osób.
I o tym jest ta książka. O samotności z wyboru, niemożności wycofania się z niej, a potem o próbie walczenia o szczęście. Charles Spencer, sam po licznych perturbacjach w związkach, wspomina siostrę, która uznawała, że oboje nie zasłużą z różnych powodów na stałą, prawdziwą i zmieniającą życie na lepsze miłość. Charles pozostał przy życiu, wciąż szukając i wciąż błądząc. Diana popełniła ledwie kilka „błędów” i okazało się, że kosztowało ją to życie. Trzydzieści sześć lat nie jest wiekiem na umieranie, kimkolwiek byśmy byli. Ale tylko tyle lat dane było Dianie Spencer, by mogła pokazać swą niezwykłą charyzmę (której wiwisekcją jest ta książka) oraz nieprzeciętną siłę charakteru, która pozwalała na kroczenie własną drogą zawsze i bez względu na obciążające ją z tego powodu okoliczności. Cieszę się, że po latach ktoś pisze o kobiecie, która dla młodego pokolenia może być jakimś uśmiechniętym cieniem z przeszłości niemającym teraz znaczenia dla świata. Spencer udowadnia, że tak nie jest. Jego ukochana siostra wciąż żyje, choć jej serce przestało bić kilka godzin po tym, jak kalendarz wskazał 31 sierpnia 1997 roku.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz