2026-08-27

„Drugie życie” reż. Maryam Touzani

 

FILM

Gatunek: dramat obyczajowy

Tytuł oryginalny: Calle Málaga

Produkcja: Belgia/Francja/Hiszpania/

Niemcy/Maroko

Czas trwania: 116 minut

Data polskiej premiery: 12 czerwca 2026

Tytuł recenzji: Być szczęśliwą

Nie wiem, czy można się zakochać w filmie, ale ja się chyba zakochałem. Ten przepięknie wyreżyserowany obraz można oglądać kilka razy. I pewnie do niego jeszcze kiedyś wrócę. Nie tylko ze względu na ciepło paradoksalnie bijące z realnego przecież dramatu i najboleśniejszego antagonizmu – dotyczącego matki i córki. Maryam Touzani wprowadza nas w niesamowitą historię, jeszcze zanim ujrzymy pierwszy kadr i przepiękne dłonie staruszki tonące w owocach sprzedawanych na targu. Szum marokańskiego miasta, kakofonia oczywista i przecież wszędzie obecna. Ale tutaj ta introdukcja jest znakomita. A potem już w pełnym świetle, w pełnym słońcu odkrywamy bohaterkę, która ma w sobie tyle samo subtelności, ile – o czym przekonamy się później – siły charakteru, bezkompromisowości i gotowości do tego, by zatrzymywać w sobie przeszłość, a nawet spajać ją, tak jak składa na nowo rozbitą płytę nagrobną, o którą nikt już nie chce zadbać.

Marokańska reżyserka gra tutaj w dwóch tonacjach. Jedna, pełna wewnętrznego napięcia, to zaskakująco klaustrofobiczna atmosfera, w której starzejąca się najpiękniej jak można Maria (w tej roli rewelacyjna Carmen Maura) mierzy się z córką, którą daleko w Madrycie przyziemne życie i jego trudy zmuszają do podjęcia okrutnej decyzji. Druga tonacja filmu, dominująca pięknie i zuchwale, gdy pokazuje erotyczne ujęcia starych ciał tak subtelnie, że aż trudno sobie wyobrazić tę wrażliwość, opowiada o tworzeniu nowej relacji, otwarciu na coś przecież prozaicznego, lecz niezwykłego przez to, że przychodzi późno. Następuje zderzenie, z którym trzeba sobie jakoś reżysersko poradzić. Dysonans trudny tutaj do zniuansowania, gdyż z jednej strony mamy desperację i wyjątkowo surową relację z rzekomo najbliższą osobą, która nie rozumie, co dla matki ważne (symbolika pozostawionego moździerza), bo sama jest także zdesperowana i bezpardonowo wyznacza priorytety, z drugiej jednak – relację drugą, rodzącą się z gniewu i idiosynkrazji, a przekształcającą w zwyczajnie niezwyczajny romans; taki raczej tylko kinowy, niemożliwy do zrealizowania, niedziejący się w rzeczywistości albo pojawiający się w niej bardzo rzadko. Touzani dodatkowo komplikuje wszystko otwartym zakończeniem, w którym widzimy łzy, ale nie do końca rozumiemy ich znaczenie. To starsza pani powinna płakać nad swoim losem. Kobieta po rozstaniu z mężczyzną, pozostająca z dziećmi i marną pensją, ujawnia jakiś ludzki pierwiastek, jakby wcześniej była tylko decyzją: surową, podjętą, z realnymi konsekwencjami.

Maria zapuściła korzenie w Tangerze i czuje się nieodłącznym elementem tkanki miejskiej. Zintegrowana z sąsiadami, spoglądająca z balkonu na okolice, które zna co do centymetra. Tak samo jak zna siebie. A tego brak jej córce, która nie wydaje mi się tutaj jakąś wyraźną antagonistką, choć Touzani pokazuje kontrast między kobietami głównie poprzez to, jak wyglądają. Zaniedbana i niepewna siebie mieszkanka stolicy Hiszpanii przyjeżdża do matki, do której nie przyciąga jej żadne głębsze uczucie. A Maria darzy głębokimi uczuciami zarówno ludzi, jak i przedmioty. Córka każdym fragmentem swojego ciała pokazuje, że gaśnie. Maria – malująca paznokcie na krwistoczerwony kolor symbolizujący siłę i życie, który jest częścią tożsamości – dominuje nad rozsypującą się psychicznie córką spokojem, którym nie chce się dzielić, chce go dla siebie zachować.

Niema spowiedniczka i zarazem przyjaciółka starszej pani wybrała klasztorne milczenie. Główna bohaterka wybiera coś zupełnie innego: ekspresję egzemplifikującą wolność. Kiedy znajduje się w sytuacji bez wyjścia, pozornie beznadziejnej, podejmuje szereg kroków, by przywrócić to, co było dla niej najcenniejsze. Część to przedmioty, a są one tu istotne, ponieważ prowadzą Marię w ramiona kogoś, kogo pewnie nigdy by nie poznała, nie dotknęła, nie pocałowała, gdyby nie podjęta przez córkę decyzja, która wiele matek mogłaby przyprawić o palpitacje. Tutaj to ta, która pozornie dyktuje warunki, cały czas jest na przegranej pozycji. Bo matka, gdy została sama, otworzyła się na otaczający świat, zjednała sobie ludzi, zaczęła żyć dla tego świata i dla wszystkich tworzących go elementów. Jej dziecko wybrało inną drogę, zbłądziło, wpadło we frustrację, potem zaś w okrucieństwo. Chce odebrać matce to, co dla niej najdroższe, a okazuje się, że daje jej najcenniejsze, bo jeszcze nigdy niedoświadczane chwile – jak choćby jazda kabrioletem z mężczyzną, którego do pewnego czasu nazywała sukinsynem.

Drugie życie” nie jest filmem o metamorfozie, ale to z pewnością kino inicjacyjne z seniorką w roli głównej. Historia z banalnym w gruncie rzeczy przesłaniem, jednakże niebanalnie nakręcona. Gorycz i poczucie upokorzenia przez dłuższy czas walczą z przekonaniem, że należy iść naprzód, być piękną i nosić fryzurę, na której zmianę nie pozwoli się przypadkowej fryzjerce. Szyk, gracja, wspomniana czerwień i mnóstwo ciepła na twarzy, która bywa tu przygnębiona, zafrasowana, wściekła czy zdumiona, ale nigdy prawdziwie smutna. Nie taka jak twarz przybywającej z daleka córki. Kobiety, która z pewnością potrzebuje wsparcia, ale starzejąca się Maria doskonale wie, że w zaistniałej sytuacji trzeba skoncentrować się na własnym dobrostanie. Córki nie zmieni, jej losów również. Zmuszona do diametralnych zwrotów w swoim życiu seniorka chce przejść godnie przez zmianę, która zaważyć może na całej jej dotychczasowej egzystencji. Tak zwyczajnej i tak pięknej, co widać w pierwszych kadrach, kiedy Maria robi zakupy na targu.

Film wywołujący zachwyt i wzruszenie. Pozwalający starości być piękną, rozważną, sprytną i gotową do kompromisów. Tutaj całość komponuje się z ciekawymi zbiegami okoliczności i pewnymi ekscentrycznymi rozwiązaniami fabularnymi, jak zarabianie na ściąganiu kibiców do swego mieszkania. Starsza pani – która wie, że nie opuści Tangeru, choć musi zrobić coś niewiele mniej bolesnego – i to, w jaki sposób, dbając o siebie, dba o każdy podarowany jej kolejny dzień. Nie ma tu słodzenia, może nie być idealizowanej na ekranie starości, może za chwilę pojawić się śmierć, która na przykład zabiera Marii niemą przyjaciółkę. Wszystko może prowadzić do utraty kontroli nad życiem, a jednak nic takiego się nie dzieje, a ciężar emocjonalny kontaktu z córką na odległość matka znosi nad wyraz dzielnie.

Można się zakochać w prostocie, cudownych ujęciach (chcecie zobaczyć nagie stare kobiece ciało obsypane czerwonymi – a jakże! – płatkami róż?), w umiejętności montażu sprawiającego, że sceny są przepięknie ze sobą splecione, i w reżyserskim zamyśle odkrywanym podczas oglądania ostatnich minut tego filmu. Ci, którzy zarzucają scenariuszowi chaotyczność, chyba nie skupili się na samym początku, bo wraz z pierwszym kontaktem matki i córki pojawia się chaos; dużo większy niż późniejsze mniej kontrolowane szaleństwa tego scenariusza. Jako całość zapada w pamięć na długo, daje dowód na to, w jakim stopniu możemy wykreować swoje życie, spełnić się w jego prostocie. Czuję się uwiedziony i wzruszony.

Plakat z materiałów promocyjnych Gutek Film

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: