Wydawca: Wydawnictwo Powergraph
Data wydania: 29 maja 2026
Liczba stron: 152
Okładka: twarda
Cena detaliczna: 42 zł
Tytuł recenzji: Słowa w artystycznym ruchu
Justyna Hankus to niezwykła pisarka, która rozciąga perspektywę oglądu rzeczywistości oraz wachlarz rozmaitych środków artystycznych, by tę rzeczywistość kreować, nie odwzorowywać. Jako debiutantka zajęła się małą przestrzenią w „Grisaille o zwykłym osiedlu” i od razu zasygnalizowała, że czerpie z szeroko pojętej sztuki i ją we własnym zakresie przekształca (w debiucie skoncentrowała się na wykorzystaniu przede wszystkim „Dulle Griet” Pietera Bruegla). Jako autorka kolejnych książek z podtytułem „Folk noir” weszła w szerszy krąg wierzeń i podań ludowych, jednak wszystko to miało wciąż swojski adres, odnosiło się wrażenie, że rozgrywa się niedaleko i jest nam bliskie. Po dłuższych narracjach Hankus wraca do miniatury literackiej przypominającej debiut. Jednak „Dobranoc, Europo” to nie jest obserwacja życia wraz z jego literackimi odkształceniami, która miała miejsce w jednym małym ludzkim skupisku.
Tym razem jest mowa o skupisku wręcz ogromnym, o którym jednocześnie opowiada się w sposób bardzo kameralny – czasem poprzez konkretne historie, czasem poprzez przekształcenia tekstów kultury, sztuki czy filozofii w obrębie jakiejś prywatnej onirycznej historii. Ale to oczywiście sposób niejedyny, choć w moim odczuciu dominujący. To, co przede wszystkim wyróżnia nową książkę Hankus, to fakt, że jest ona skonstruowana jak prywatna galeria sztuki zawierająca każdą formą niezwykłości słowa, ale przede wszystkim hipnotyzujące ilustracje. Ponieważ opowiadań jest czternaście, zasugerowałbym pełne dwa tygodnie wędrówki po światach przedstawionych i zakamarkach wyobraźni tej niesamowicie rozwijającej się pisarki. Jeden tekst i jedna ilustracja do przeanalizowania jednego dnia. Krótka książka, z którą można być codziennie przez dłuższy czas. W całości można zatonąć i doznać przesytu, choć kusi, by usiąść i przeczytać „Dobranoc, Europo” od deski do deski. Myślę jednak, że potrzebne są przestrzeń, czas, możliwość złapania oddechu i rozmyślania o użytych tropach lub formach czynienia ich innowacyjnymi. Jakąkolwiek przyjmie się strategię czytelniczą, spędzi się czas z prozą absolutnie wymykającą się definicji opowiadania jako gatunku literackiego i z pisaniem, które raz jest zagadką, raz labiryntem, niejednokrotnie przejmująco smutną fantazją, a czasem wyjątkowo inteligentną groteską, trawestacją czy parafrazą. Jest też coś na kształt demityzacji w ostatnim tekście, gdzie przy niejednym akapicie – podobnie jak w niektórych innych tekstach – można się uśmiechnąć, bo Hankus bywa mroczna i melancholijna, ale potrafi również wkroczyć w rejon specyficznego poczucia humoru.
„Słowa stają się gęste” – to bardzo obrazowe przedstawienie tego, z czym będziemy mieli do czynienia, i dictum zapożyczone z pierwszego opowiadania. Eksperymenty językowe Hankus sięgają też stanu, w którym słowa się rozpadają – jak w opowiadaniu „Przerwy w dostawie prądu”. Zatem zagęszczenie i wieloznaczność w opowiadaniu o kwestiach związanych ze Starym Kontynentem zapisanych językami różnego typu – od mitu po ślōnsko godkę. Jesteśmy zabierani w podróże geograficzne – od Hiszpanii przez Danię po Ukrainę – ale również w podróże tworzone poprzez asocjacje pisarki. Tym razem z filozofią i ontologią – na potrzeby ambitnej literatury przejętą od Martina Heideggera, ale też ze specyficzną wrażliwością autorki, albowiem dobór motywów i sposoby wykorzystywania tych motywów, to świadectwo niebywałej dbałości o detal zapożyczony z klasycznej kultury czy sztuki, z którym Hankus robi dosłownie to, co chce. I opowiada o kondycji Europejczyka oraz Europy za pomocą różnorodności językowej: będą i wulgaryzmy, i słownictwo potoczne, i nasycone symboliką piękne zdania tworzące atmosferę sennej, niespokojnej rzeczywistości, i pojawią się specyficzne, warte zapisania i zapamiętania frazy. Na przykład „oddechem patrzysz w sufit” po prostu utkwiło mi w umyśle i na długo tam pozostanie.
W opowiadaniu „Znużenie Beatrice (…)”, jednym z moich ulubionych, pada jeszcze jedna fraza, która – w oderwaniu od głównej fantazji tego tekstu – konkretyzuje, jak można złośliwie określić kogoś, kto nie chce dziś pisać łatwej literatury bez mnogości nawiązań do innych tekstów szeroko pojętej kultury: „Osoba autorska lubi wąchać własne pierdy” (tak mimochodem łączą się czasem słowa w tych opowiadaniach). Ktoś wreszcie napisał to wyraźnie, dosadnie i dowcipnie! W książce, która ryzykuje takie nieprzyjemne podsumowanie po nieuważnej lekturze kilku tekstów. Dlaczego wyciągam taką konstatację z opowiadania mknącego w inną stronę? Bo autoironia i jednoczesna pewność siebie w swobodzie wyrazu artystycznego to cechy Justyny Hankus, dzięki którym powstaje właśnie taki wymykający się z ram form i stylów zbiór czternastu opowiadań jako świadectwo tego, że autorka gotowa jest wybierać przeróżne kierunki tworzenia tekstu, nie ma dla niej żadnych granic i nie jest ona kimś, kto wzdycha nad pięknem tego, co stworzył. Dobrze wie, co i dla kogo tworzy. Nie dla siebie. Hankus dała z siebie wszystko, co mogła, realizując fantazję o opowiedzeniu o kondycji Europy w tak różnych konwencjach i w czasem przebiegle przemyślanych strukturach. Także pokazała, jak potężną moc mają teksty krótkie. Dzięki Hankus opowiadanie żyje niczym podanie, gawęda, mit, legenda, wspomniana już groteska w rozmaitym natężeniu. Za każdym razem staje się to niesamowicie wizyjne.
Twórczyni koncentruje się na oniryzmie, by opowiedzieć o naszym kontynencie, który prawdopodobnie należy wybudzić ze snu. „Dobranoc, Europo” to w takim razie propozycje wszystkich mniej lub bardziej niespokojnych snów, które mogą się jej przydarzyć. Z postaciami, które czasem mogą okazać się człowiekiem, czasem zmyśloną zjawą, a czasami określonym zjawiskiem albo nawet społecznym przekonaniem lub globalnym problemem. Kiedy czyta się zbiór tych czternastu autonomicznych tekstów, których przesłania zaczynają jednak ze sobą współbrzmieć, myśli się nie tylko o talencie literackim, erudycji autorki czy o tym, na ile sposobów potrafi wyrazić delikatność oraz bezkompromisowość. Mnie przyszły do głowy jak najbardziej konkretne i realne problemy współczesnej Europy.
Czytałem „La Dame” jako tekst o tym, że w niektórych miejscach Starego Kontynentu jest za dużo słodyczy, zbyt wiele dóbr do konsumpcji niemożliwej dla na przykład emigrantów przemierzających Morze Śródziemne ze świadomością ryzyka śmierci wśród fal, których obraz wygenerowało w mojej wyobraźni wspomniane już opowiadanie „Znużenie Beatrice (…)”. Jutlandzkie „Wrzosy” uświadomiły mi, jak bardzo stajemy się osobni, co określa piękna fraza „wsiąkać w noc”, użyta oczywiście w innym znaczeniu. „Moja droga przyjaciółko” – bardzo mocny tekst – natychmiast narzucił skojarzenia z tym, co dzieje się na granicy polsko-ukraińskiej w związku z konfliktem zbrojnym w wiadomym rejonie. Wiem, że Justyna Hankus nie chce być dosłowna i nie zależy jej na jakimkolwiek jednolitym odbiorze tego zbioru. Choćby z tego względu, że zawiera on teksty już publikowane, więc jest świadectwem pewnej sumy doświadczeń twórczych, w których Hankus rzadko mówi coś wprost. Ale mnie zupełnie nieświadomie powiedziała.
Poza „Misją” z charakterystycznym czeskim żartem, parodią i czarnym humorem jako takim, które to opowiadanie przełamuje dość melancholijny wydźwięk całości, jest tu też dużo miejsca na szczery uśmiech, gdy Hankus czyni współczesnym coś pomnikowego (królowa Margot marząca o tym, by wskoczyć w dresy czy dostawa kurierska sukni dla fenickiej księżniczki kończąca się zwrotem produktu do nadawcy). Nie boi się takich zabiegów, bo nie wygląda to pretensjonalnie, ale naprawdę kreatywnie. Natomiast czy zbiór ten diagnozuje kondycję współczesnej Europy? Jeśli tak, to szczególnie jeden element: przymykanie albo wręcz zamknięcie oczu. By śnić i nie doświadczać tego, co realne, bo to za bardzo boli albo jest zbyt problematyczne.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz