2026-10-08

„Krach” Édouard Louis

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 14 października 2026

Liczba stron: 192

Przekład: Joanna Polachowska

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Obok brata

Jego „Historia przemocy” mnie uwiodła, a właściwie sprawiła, że na początku przygód literackich z tym autorem straciłem czujność. Uprawiana przez niego autofikcja jest bardzo charakterystyczna, bo pełna mielizn, truizmów i ocierająca się gdzieś o problemy, prawdziwe problemy domagające się przynajmniej solidnych powieści, a nie wprawek w pisaniu, gdzie autor w różnych miejscach pokazuje, co może zrobić z formą i jak ją wykorzystywać do tworzenia, jednak nie tworzy, lecz odtwarza. A właściwie sili się na to. „Koniec z Eddym” to była moim zdaniem książka, która pokazała, że król jest nagi. Tkwiący w niej potężny potencjał nie został wykorzystany. Dzieje się tak również w „Krachu”, który ponownie nie jest powieścią, lecz dość specyficznym połączeniem reportażu i eseju. W „Końcu z Eddym” nie podobało mi się to, że wszystko było w nadmiarze werbalizowane. Tutaj mam wrażenie, że zmarłego tragicznie – po tragicznym i przygniatającym do ziemi życiu – brata właściwie wcale nie ma, są tylko Édouard Louis z próbą narracji konfesyjnej, stylistyczny nieporządek i przede wszystkim fragmenty tak dydaktyczne, że nie da się ich czytać, a ich apogeum jest – wtłoczona w moim odczuciu w przypadkowe miejsce – partia dramatyczna, gdzie autor rozmawia z duchem zmarłego.

Przyznam, że sięgnąłem po tę książkę nie z wiecznej potrzeby czytania o losach nieszczęśliwych rodzin, bo takie powieści wydają mi się najbardziej wartościowe. Sięgnąłem po tę rzecz (nie powieść!), by spróbować zrozumieć fenomen tego młodego pisarza, którego popularność staje się coraz większa, jest nagradzany i faworyzowany pośród twórców piszących znacznie lepiej niż on. Może to kwestia kontrowersji, tematyki, obsesyjnego powracania do tematu rodziny robotniczej, która nie dała mu narzędzi do pracy fizycznej, lecz takie, które pozwoliły pisać i uwalniać się poprzez to pisanie. „Krach” zaczyna się kontrowersyjnie, a przynajmniej skutecznie przyciąga uwagę. Louis rozpoczyna od tego, że nie przejęła go wieść o starszym bracie, któremu poświęca tę książkę. Ale wiara w tę ostatnią deklarację to duży błąd poznawczy już na wstępie. Po raz kolejny francuski prozaik napisze opowieść o samym sobie.

Jest tu dużo gładkich zdań o wyobcowaniu, samotności, byciu wciąż na marginesie i o tym, że autor opisuje człowieka trudnego, z którym nie dało się żyć, który sam nie umiał unieść ciężaru życia, bo tkwił wciąż w tym, co mu się przydarzyło, i nie otwierał się na to, co może się przydarzyć. A właściwie sam projektował to nieprzydarzanie się. Ta śmierć była niewygodna dla wszystkich, ale wielu przyniosła ulgę. Przejmujący jest fragment, w którym czytamy, że Édouard Louis nie chce partycypować w pochówku brata i że nie jest w tym osamotniony. Pozostawiony samemu sobie nawet po śmierci był jednak ten, który uczynił bratu wiele krzywdy. Louis wymienia powody, dla których trzymał się od tego człowieka z daleka. To jego marazm, a jednocześnie agresja. Koniecznie podkreślony negatywny stosunek do homoseksualizmu, bo przecież tą kartą Louis bardzo lubi grać w swojej literaturze. Nakreślenie sylwetki poprzez to, co mówią o zmarłym inni. Szczególnie kobiety będące z nim w związkach. Wszystko wypunktowane faktograficznie, ale nie jestem do końca pewien, czy te szesnaście faktów to rzeczywiście prawda. Nie oskarżam opowiadającego o wymysły. Oskarżam opowieść: o brak pogłębienia psychologicznego, nadmiar epatowania oczywistościami, przykry stosunek do tego, czym jest niezrozumiane życie, i ponowne wysunięcie na pierwszy plan pochodzenia – te ponure sceny domowe oraz fantazje, że przecież „los klasy ludowej” to często banalna i poprzedzona jałowym życiem wczesna śmierć.

„Krach” to książka o tym, czego autor dowiedział się o swym bracie (najwidoczniej niewiele, biorąc pod uwagę skrótowość tej narracji), a nie o tym, jak to na niego wpłynęło. Gdyby może uważniej wczytał się w „Rok magicznego myślenia” Joan Didion, którą dzierży w dłoni, zrozumiałby, jak sugestywnie opisywać śmierć – ale on chce ją zrelacjonować, bo w przeciwieństwie do Didion nie pisze o utracie powiązanej z uczuciami. Można przeczytać jedynie o uldze, lekkim zaskoczeniu, zaskakującym poczuciu spełnienia dającym mu przestrzeń, by teraz wszystko opisać. By był już komplet ludzi z jego rodziny, którym poświęca książki. „Krach” ma być bardzo dosadny i zdecydowanie skrótowy. Trudno napisać cokolwiek więcej o kimś, kogo się nie znało i do kogo nigdy się nie zbliżało, a czułe wyznania, że chce się go poznać i zrozumieć, to chwyty poniżej pasa, bo chęć poznania i zrozumienia ma być fundamentem do napisania tej opowieści. Książki, w której nikt w żadnym rozdziale czy fragmencie nie sięga gdzieś głębiej. Nie ujawnia prawdziwego tragizmu człowieka umierającego w sile wieku. Jakby te punktowane fakty były tym, co wydaje się najistotniejsze. Jakby Louis podjął się pisania o przypadkowym człowieku z ulicy, który zmarł i można o nim zebrać trochę informacji.

Autor wspomina, że zmarły nie znosił prawdy o sobie. I naprawdę nie jestem pewien, ile tu jest prawdy, ile konfabulacji, ile tez dopasowanych tak, by Louis mógł ponownie wyrazić siebie jako tego, który zerwał z uwarunkowaniami społeczno-klasowymi i zdobył pozycję literata. A zmarły brat? Dowiemy się bardzo niewiele i ujrzymy go głównie w sytuacjach, gdy upadał, choć podoba mi się fragment, w którym autor wspomina jego uśmiech. Uśmiech człowieka skazanego na upadek, bo niezdolnego myśleć perspektywicznie. Słabość jednego brata to jednocześnie siła tego drugiego, który opowiada o czyimś staczaniu się po równi pochyłej, choć robi to z perspektywy kilku spotkań lub informacji zdobytych o człowieku oddalonym od ludzi, niemogącym z nimi normalnie funkcjonować. Chciał wychodzić poza determinizm społeczny, chciał nawiązywać właściwie działające relacje, niewątpliwie chciał być ojcem, lecz ukazywany jest z tak daleka, że widzimy tylko punkty ważne dla autora. Nie ma tu żadnego psychologicznego pochylenia się nad tragiczną postacią. Skądże miałoby się wziąć, skoro już w pierwszym zdaniu to Louis wygrywa walkę o uwagę odbiorców.

To opowieść o człowieku skazanym na taki rodzaj egzystencjalnego smutku, którego nic nie było w stanie przełamać. Brat opowiada o nim, konkretyzując wady: agresję, alkoholizm, nieprzewidywalność, przestawanie z niewłaściwymi ludźmi. Nie wiem, czy ktoś, kto deklaruje, że przez dekadę nie miał żadnego kontaktu ze zmarłym, ma prawo do napisania książki o tym, jak brat żył, zanim odszedł. W gruncie rzeczy odnoszę smutne wrażenie, że dla Louisa „Krach” to taki quasiliteracki pamiętnik o tym, co można skleić, zbierając rozrzucone elementy układanki właśnie zakończonego życia kogoś, wobec kogo nie miało się żadnych czułych uczuć. Podkreślanie tego kilkukrotnie udowadnia, że to narracja napisana w jakimś konkretnym, może komercyjnym celu. Chciałbym zobaczyć w tym zmarłym coś więcej niż wszystkie złe rzeczy, które zrobił. Chciałbym, by brat dotknął człowieczeństwa brata. Zwłaszcza że deklaruje, iż chce go zrozumieć po śmierci. Najwidoczniej jednak tak naprawdę chce surowo i metodycznie zrekonstruować życie kogoś, kto – w przeciwieństwie do niego – przegrał. Nie ma tu ani jednego zdania zawierającego głębszą refleksję dotyczącą anatomii tej przegranej. Jest za to mnóstwo gładkich i banalnych zdań o tym, co myśli Louis i jak ocenia zaistniałą sytuację – ostrzegam, że nie w twórczy sposób.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: