2026-10-05

„Kulturysta” Łukasz Krukowski

 

Wydawca: Wydawnictwo Cyranka

Data wydania: 5 października 2026

Liczba stron: 264

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 54 zł

Tytuł recenzji: Wielkie ciało

Zawsze interesowały mnie w literaturze obsesje. Te związane z podejmowanymi w życiu działaniami, ale również ludzi, których obsesyjne działania koncentrowały się na tym, co robią ze sobą albo jak kształtują swoje myślenie o świecie, albo – i to ciekawsze! – jak ich stosunek do świata łączy się ze skupieniem na własnym ciele. Myślę, że mrocznym rewersem powieści Łukasza Krukowskiego może być „Głód” Roxane Gay, zdobywający światowe uznanie, czego prawdopodobnie Krukowski nie doświadczy, choć w Polsce jego książkę wydała ta sama oficyna. Uważam jednak, że obie te narracje na poziomie struktury opowiadania łączy to samo: ambiwalencja i kompulsywność związane z własnym ciałem. Traktowanie go jako punktu wyjścia do rozważań szerokich, socjologicznych i społecznych jak u Gay piszącej właściwie manifest, ale również jako prezentacja osobistej drogi przez mękę z konsekwencjami przede wszystkim związanymi z prywatną egzystencją. Gay analizuje otyłość, polski pisarz skupia się na zwiększaniu masy mięśniowej. Za wszelką cenę.

Gay pisze o otyłości, bohater Krukowskiego o tym, jak w żołnierski i bezkompromisowy sposób modeluje swoje ciało, by przystawało do konkretnego wzorca. Roxane Gay opowiada także innym językiem. W „Kulturyście” mamy narrację szorstką, rzeczową, nastawioną na sprawozdawczość i pozornie sprawiającą wrażenie mało literackiej. Krukowski nie dba o panoramiczność czy szersze refleksje, choć wychodzimy od czasu do czasu z rewiru zaburzonej jaźni głównego bohatera i przyglądamy się temu, jak postrzegają go inni. On sam chce być właśnie dostrzegany. Zauważalny. Być może szeroko rozpoznawalny ze względu na swoje ciało, które poddaje okrutnym eksperymentom i sam siebie w tym ciele deprecjonuje, gdy pisze o mięsie do ukształtowania.

W „Kulturyście” kształtuje się jednak coś innego, coś bardzo niebezpiecznego. Podoba mi się użyte tutaj określenie „tunelowego widzenia świata”. Poznajemy chłopca, potem nastolatka i dorosłego mężczyznę zafiksowanego na jednym celu: wyrzeźbieniu swojej sylwetki tak, by być z niej dumnym, i byciu prawdziwym kulturystą. I to jest cały jego wszechświat. A za tym idzie specyficzna powieść inicjacyjna napisana przez autora mogącego być moim synem, w związku z tym w moim odczuciu wiarygodna, chociaż mało literacka (nie miała chyba zresztą taka być). Retrospekcje bardzo sprawnie ukazują drogę do stanu, w którym bohater jest już gotowy katować swoje ciało z niespotykaną siłą i precyzją, dbając o każdy element, a wszystkie mają być perfekcyjne.

Od śmierdzącej siłowni gdzieś pośrodku niczego po profesjonalne miejsce do ćwiczeń – jesteśmy wszędzie nie z człowiekiem, lecz jego fiksacją dotyczącą rozwoju tkanki mięśniowej nadającej konkretny wygląd. Łukasz Krukowski posługuje się tutaj szeroko pojętą specjalistyczną terminologią, bo tkwimy w środowisku, w którym znajomi głównego bohatera też próbują walczyć o dobrą formę. Ale nie jest ona dla nich celem absolutnym. Tytułowy kulturysta nie chce po prostu wyglądać dobrze. On chce wyglądać perfekcyjnie. Nie daje swemu ciału żadnej taryfy ulgowej. Moderowany przez jakąś wirtualną głowę z Wielkiej Brytanii podejmuje się wysiłku treningu oraz wspomagania organizmu substancjami, które mogą być groźne – i bohater zdaje sobie z tego sprawę, choć naiwnie rozpoznaje zagrożenia związane z próbami uczynienia z siebie antycznego kolosa. Zanim Krukowski sam to doda do swej powieści, zdążam wcześniej sprawdzić wszystkie najczęstsze przyczyny śmierci kulturystów. Dla bohatera tej książki śmierć to niezauważenie. A jednocześnie uśmierca sam siebie, swoje zainteresowanie światem i innymi, zawęża mentalność, koncentruje się na jednym celu. Jego znajomi, których podziwiał, znajdują w życiu przyjemności albo zajęcia niekoniecznie związane z tym, czego oczekuje od siebie mężczyzna już od dawna tracący kontakt z rzeczywistością. Zwłaszcza gdy pojawia się Instagram i można tam sobie założyć konto.

Miliony z nas wstydzą się swoich ciał. Kolejne miliony eksponują je w social mediach, wpędzając w kompleksy tych, których wstyd jest niewielki, ale zaraz stanie się nie do zniesienia. Dla bohatera książki nie do zniesienia są ułomności. Uświadomienie sobie, że jego ciało może być zawodne. Że może przydarzyć się coś, co spowoduje unieruchomienie, zatrzymanie szaleńczej gonitwy za… za czym właściwie? W „Kulturyście” skryta jest opowieść o tym, że doświadczamy siebie w tak opresyjny sposób, że decydujemy się na zmianę bez względu na wszystko. Tu zmiana ma dotyczyć ciała. Ma być potężne, wzbudzać podziw, ma być dziełem sztuki wypracowanym po to, by inni mogli je podziwiać. Czy inni naprawdę są zainteresowani tym, jaką gehennę urządza swemu ciału bohater?

Łukasz Krukowski prezentuje nam w swej powieści rozpisaną na ciekawe detale anatomię desperacji i obsesji. Jest to również książka o tym, że w najbardziej zaangażowanym działaniu, które odetnie nas od rzeczywistości, pozostaniemy rozpaczliwie samotni. Tutaj cel zbliża się, a jednocześnie oddala. Dochodzenie do stanu, w jakim chciałoby się mieć pod kontrolą swoje „mięso”, jest jednocześnie deprecjonowaniem własnej tożsamości. Tu nie tylko jest mowa o tworzeniu masy, potem kształtowaniu rzeźby, a następnie realnym myśleniu o tym, co zrobić z wyrzeźbioną sylwetką. Bohaterowi wciąż jest mało. Dlatego to także rzecz o obsesyjnym nienasyceniu. Ciągłym traktowaniu siebie jak pola walki, tylko że nie ma tu żadnych wrogów. A może są nimi te detale ciała, które trzeba uzupełnić i powiększyć dzięki zastrzykowi czy tabletce?

Po co nam perfekcja? Po co najpiękniej nawet wyrzeźbione ciało, jeśli stoi za tym swoista idiosynkrazja wobec samego siebie? Krukowski opowiada tu bardzo kameralną historię, lecz jest w tym wszystkim uniwersalny i śmiały. Stara się pokazać cienką granicę, za którą fascynacja przechodzi w obsesję. A potem wkracza tam, gdzie gigantyczne pragnienie osiągania niemożliwego żegna zdrowy rozsądek. W sumie to bardzo przerażająca książka, choć napisana lekkim językiem i przystępna w odbiorze dla każdego. Zwraca również uwagę na społeczne zjawisko epatowania ciałem, ujawniania jego rzekomej wartości, a także na gloryfikację złudzeń. Możemy uczynić nasze ciało pięknym, a potem je zniszczyć. Możemy zniszczyć w zarodku obsesję konkretnego wizerunku i dzięki temu się uratować. Możemy też zrobić dosłownie wszystko ze swoim umysłem, by zaprogramować go na sukcesywne niszczenie ciała, nazywając to dążeniem do perfekcji. Za dużo bronzera i testosteronu. Za mało prostej refleksji, czy na pewno warto.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: