2013-11-08

"Made in Japan" Rafał Tomański

Wydawca: Helion

Data wydania: 7 września 2013

Liczba stron: 202

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wstrząsy wtórne…

W Japonii źle się dzieje. Tak brzmi dziennikarska teza Rafała Tomańskiego, który od lat uważnie przygląda się Krajowi Kwitnącej Wiśni i w swojej książce podejmuje rozważania o jego przyszłości po tym, jak 11 marca 2011 roku silne trzęsienie ziemi zburzyło japoński spokój, uszkadzając elektrownię atomową w Fukishimie; czyniąc wyłom nie tyle nie do naprawienia, co przede wszystkim mocno stygmatyzujący. Oczywiście to, iż Japonia nie rozwija się tak jak wcześniej, było zauważalne i jest widoczne, nie mając związku z katastrofą z Fukushimy. A jednak to zdarzenie jakoś wyraźnie zarzutowało na fakt, iż japońska równia pochyła przyjęła groźny kształt. Dzisiaj nie rozmawia się tylko o tym, czy należy zrezygnować z elektrowni atomowych i czy energia jądrowa to właściwa droga ku rozwojowi ekonomicznemu. Dziś „Made in Japan” nie brzmi już dumnie. Co więcej – jest synonimem nie tylko błędu 2011 roku, ale przede wszystkim znakiem nowych czasów, z których wartkiego nurtu Japonia wydaje się wypadać nie tylko dlatego, że nie jest już drugą gospodarką świata. Kraj ten zawsze ze wszystkim sobie radził; teraz wydaje się być bezradny. Zagubiony. Z długiem publicznym, przy którym Grecy mają aż za dobrze. Z rekordowym deficytem handlowym. Ze starzejącym się społeczeństwem, które w 2011 roku kupiło więcej pieluch dla dorosłych niż dla dzieci…

„Made in Japan” nie jest do końca reportażem. Widać dziennikarski sznyt, nie jest to książka zbyt głęboko wchodząca w japońską kulturę, mentalność, sposób postrzegania świata oparty na specyficznej tradycji i dokonaniach wieków minionych. Tomański oprowadza nas po Japonii nowoczesnej, która mocno zwolniła i wyraźnie zagubiła drogę tak ekspansywnego rozwoju, jaki był jej udziałem przez bardzo długi czas. Przyglądamy się krajowi, który dał się zaskoczyć żywiołowi, ale przede wszystkim nie spodziewał się zagrożenia, jakie przyniosło dla mentalności Japończyków naruszenie struktury elektrowni atomowej. To uszkodzenie naruszyło też fasady japońskiego opanowania i przekonanie, iż można być bezpiecznym nawet w miejscu, gdzie wciąż trzeba drżeć o życie i myśleć, że śmierć może pojawić się nagle, w każdym momencie, błyskawicznie, nieodwracalnie.

Teza zawarta we wprowadzeniu jest wyraźna i mocna. „Japonia traci swą odmienność i coraz gorzej odnajduje się we współczesnym świecie”. Rafał Tomański przygląda się odmienności tej dzisiejszej, która jest przecież pokłosiem odcięcia od świata czasów Edo. Dzisiejsza Japonia wyzwala ambiwalentne uczucia. Z jednej strony doskonale współgra z rozwojem ekonomicznym i technologicznym świata, sama będąc często prekursorem znaczących zmian. Z drugiej jednak – to kraj mimo wszystko hermetycznego zamknięcia; miejsce niezbyt przyjazne imigrantom, którzy wciąż są na cenzurowanym. Kraj niechętny zagranicznej pomocy. Miejsce, gdzie żyje się izolowanym, także w strukturze społecznej i układach nakazujących, by nigdy nie okazywać emocji, zawsze być skupionym na zadaniu i mieć świadomość wyjątkowości tego, kim się jest i gdzie się żyje. Japończykom żyje się bardzo dobrze, ale coraz większym problemem jest starzenie się społeczeństwa, któremu za jakiś czas będą prawdopodobnie potrzebni do opieki ci imigranci, którym utrudnia się zamieszkanie w Japonii i integrację z narodem japońskim. Czy zgodzą się na to, tak ksenofobiczni na co dzień?

Odnajdywanie się Japonii w świecie to temat szeroko już komentowany i zawsze dający pole do nowych rozważań. Można pomyśleć, że Japonia wcale się nie musi się nigdzie odnajdywać. W zakresie nowoczesnych technologii, przemysłu i wynalazków ułatwiających życie jest przecież dużo przed światem i ma tego świadomość. Japończycy stworzyli sobie własne odpowiedniki światowych serwisów społecznościowych; mają wszystko to, czym świat się dopiero zachwyca, są pragmatyczni, na wskroś nowocześni i żyją zadaniowo, nie znosząc lenistwa i nudy. Nie są jednak tak silni jak kiedyś. Coś po drodze się porobiło złego, a wybuch w Fukushimie był tylko pretekstem do tego, by zacząć analizować pęknięcia, rysy, niedogodności, błędy i zaniechania. Tomański pisze, że w kraju tak nowatorskim i wyprzedzającym świat przez lata, obecnie pojawia się paraliż decyzyjny i wszelkie innowacje trudno jest przeforsować. Japończycy toczą absurdalne boje o wyspy Senkaku, niechętni są chińskiemu rozwojowi i mentalności, coraz bardziej są zamknięci w sobie i nieczuli na innych, co pokazują opisane perypetie odrzucanych w różny sposób uchodźców z terenów objętych zagrożeniem po awarii elektrowni w Fukushimie. Nade wszystko – choć potrafią planować rozwój nawet na trzy pokolenia do przodu – wydają się bezradni, szukając nowych form inwestycji, przedsiębiorczości; rozważając wszelkie „za” i „przeciw” wykorzystaniu energii atomowej i izolując się ze wszelkimi swoimi dobrami, jak ciekawie obrazuje to historia zaawansowanych produktów technologicznych, które nie są właściwie dostosowane do eksportu w żadnej formie.

Nad Japonią wydają się wisieć czarne chmury. Japońskie media – zawsze rzeczowe, stonowane, nawet w obliczu największych zagrożeń czy sytuacji, przy jakich nie kontroluje się emocji – dziennikarzom z zagranicy niewiele powiedzą o tym, co naprawdę dzieje się w japońskiej mentalności. Trzeba umieć obserwować. Rafał Tomański widzi dużo i stara się to wszystko widzieć w kontekstach. „Made in Japan” to nie jest publikacja wieszcząca koniec wielkości Japończyków. Autor pokazuje słabe punkty systemu, polityki, układów społecznych i sposobu myślenia o przyszłości. Japonia może się jej bać równie silnie, co kolejnego trzęsienia ziemi, w którym jest w stanie przeliczyć szacunkowe ofiary śmiertelne. Ile będzie jednak ofiar ekonomicznej zapaści kraju? Czy Japonia da sobie pomóc? Może sama – jak zawsze – dźwignie się i po raz kolejny udowodni światu, iż może być samowystarczalna? Kraj został po 11 marca 2011 roku skażony w sensie dosłownym i symbolicznym. Trudno zdiagnozować problem do końca, dlatego Tomański pozwala sobie na przedstawienie kilku powodów do niepokoju. Japończycy niekoniecznie poproszą o pomoc, kiedy sytuacja stanie się dramatyczna. Nie chcą jej, bo nie widzą jej celowości; tymczasem przez ostatni czas rozgrywa się tam niemy w gruncie rzeczy dramat hamowania w wyścigu, który kiedyś samemu się napędzało.

Pojawia się jeszcze pytanie o to, czy mamy drżeć o losy Japonii, skoro nasze problemy są równie duże i daleko nam do stabilizacji kraju, który mimo wszystko zadba o siebie. Japonia przetrwała wieki, liczne zagrażające jej państwowości sytuacje, przetrwała konflikty, Hiroszimę z Nagasaki oraz w miarę bezboleśnie kryzys światowy. Dokąd teraz zdąża? Może w naturalny sposób zwalnia? A może zagrożenie atomowe z marca 2011 zasiało w Japończykach niepokój, z jakim nie da można sobie poradzić i na który nie pomogą szkolenia, terapie, gotowość do poświęcenia i hardość w codziennym życiu? Może trzeba nakreślić japońskie słabości, bo Japończycy jednak tego nie potrafią? Czy taka książka jak ta potrzebna jest nam, Polakom, czy może warto byłoby kilka tez przemycić do świata, którego nic nie zaskakuje, a który staje się zaskakujący wbrew własnej woli?

2013-11-03

"Nocne zwierzęta" Patrycja Pustkowiak

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 8 października 2013

Liczba stron: 224

Oprawa: twarda

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Kryzysowy stan upodlenia…

Wziąłem i przeczytałem. Nie interesuje mnie, gdzie dotychczas pracowała Patrycja Pustkowiak, co i jak pisała, z kim się związała, jak ją odbiera tak zwane środowisko i komu w nim zazdrość tyłek ścisnęła, kiedy ujrzał, że koleżance udało się wydać powieść. Polecam spojrzenie na „Nocne zwierzęta” bez usilnego zaznaczania, spod czyjego pióra wyszły. Polecam po prostu przeczytanie tej książki. Bo jest naprawdę dobra, choć irytuje, złości i czasami ma się ochotę ją podrzeć albo pogryźć – zależy, co kto lubi.

Całkiem niedawno pojawiła się na rynku bestsellerowa rzekomo powieść Marii Sveland "Zgorzkniała pizda". Bohaterka jedzie na Teneryfę, by poużalać się nad sobą. Tamara Mortus to może być taka polska zgorzkniała pizda. Podobnie jak bohaterka Sveland przekroczyła trzydziestkę i czuje, że jej życie już się kończy, bo utonęła we własnych lękach, kompleksach, niemocy i smutku. Tamary nie stać na wycieczkę do ciepłego kraju, bo resztki funduszy, jakie zostały po zwolnieniu z pracy, musi sumiennie odliczać, serwując sobie napoje alkoholowe i kosztowne przecież ścieżki. Sara u Sveland utyskiwała, jak to się czuje podle w swej kobiecości ciemiężonej w patriarchalnym świecie. Tamara jest kimś na kształt antyfeministki – ona chciałaby, żeby ktoś ją uwolnił od nadmiaru wolności i swobody; od życia, w którym może stanowić o sobie, a nie ma na to już najmniejszej ochoty. Szwedzka zgorzkniała pizda analizowała swe dotychczasowe życie ze szczegółami; Tamara chce nam wykrzyczeć tylko to, że jest jej źle, że straciła sens życia i kontrolę nad nim; że czuje się przeżuta, wydalona poza margines społeczny, upodlona i wściekła na świat, który każe jej myśleć o sobie jak o martwej mimo tego, że przekroczyła dopiero granicę lat trzydziestu.

Bohaterka Pustkowiak jest obsesyjnie skupiona na sobie, co charakteryzowało choćby kobiety z twórczości Marty Syrwid. Poddała się nałogowi i jest alkoholiczką. Niekoniecznie wstydliwą, ale na pewno przez to osamotnioną. Drugim nałogiem Tamary jest pornografia. Prawdziwy seks to dla niej mgliste wspomnienie. Masturbuje się przy monitorze i to jest substytutem jej seksualnego spełnienia tak, jak butelka i narkotyki dają jej namiastkę sensu, w którym może się wyzłośliwiać na samą siebie, na świat, na swą bierność i wycofanie.

Tamara przerobiła już wszystko, co mogłoby jej pomóc. „Ateizm, joga, runy anielskie. Podróż do Indii, podróż w głąb siebie, mantry w sanskrycie, zielona herbata. Psychoterapeuta, deprim, kokaina”. Zatrzymała się przy tej ostatniej i chwyciła jej jak ostatecznego ratunku. Ratunku przed upadkiem, który już przecież miał miejsce. Podstawowym doświadczeniem bohaterki jest poczucie utraty i wszelkiego braku. Cielesność jest upokarzająca, a wewnątrz nie ma już nic. Jest zwierzęcy strach i zwierzęce fantazje o dzikim wykorzystywaniu z nazistami gdzieś w mrocznym tle i o byciu zwierzyną łowną, której łatwo nie da się zdobyć. Kiedy Tamara myśli o przeszłości, zdaje sobie sprawę, że kiedyś tam było lepiej, ale niewiele z tego pamięta. To, co jest teraz, to dramatyczna pustka, wpatrywanie się w szklany ekran z programami ezoterycznymi, alkohol na znieczulenie bólu i poczucie wewnętrznego rozpadu, którego nie da się zatrzymać.

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu ostatnich dni tygodnia. Tamara spędza noc w towarzystwie mężczyzn. Od jednego dostanie w twarz, z drugim wypije whisky, trzeciemu przyniesie pecha podczas gry w ruletkę. Jest kompletnie do niczego. Ale dopiero spotkanie z Marceliną – głupią piczką jak z żurnala, męczącą japiszonką i idiotką – przyniesie nocne szaleństwo, którego finał będzie tragiczny. O ile coś może być jeszcze tragicznego dla Tamary w jej egzystencji bez sensu, egzystencji pomimo, złośliwego trwania na przekór sobie; w złości i bezradności na przemian, w wiecznym oderwaniu od świata, który jej nie przyjął i który ona teraz deprecjonuje.

Patrycja Pustkowiak stworzyła kolejną wkurzającą bohaterkę, dla jakiej wielu nie znajdzie współczucia. Autorka pisze bowiem o problemach, z którymi wszyscy sobie radzimy albo bardzo się staramy, by nam to radzenie wyszło. Tamara ma już w dupie siłę i radzenie sobie. Ma dość miasta – Warszawy, w którą mimowolnie wrosła, coraz bardziej nienawidząc. Ma dosyć siebie takiej, jaką się stała, bo wcześniej nie odnalazła tej właściwej drogi, by być szczęśliwą.

„Nocne zwierzęta” to książka zadająca pytanie o to, gdzie we współczesnym świecie istnieje granica kobiecego upokorzenia i co się dzieje, kiedy taką granicę się przekracza. Pustkowiak napisała historię, w której najważniejsze są emocje i błędne przekonania. Tamara odwrotnie niż Picasso wiecznie szuka, niczego nie znajduje. Naczytała się gdzieś bzdur o tym, że jej myśli tworzą rzeczywistość i boi się uświadomienia sobie, że tak nie jest. Bo przecież można by się zapytać o to, kto jest winien jej upadku poza nią samą. To nie jest powieść, przy której powinno się zadawać takie pytania. To prawdziwa w sferze emocji i przejmująca w sensie egzystencjalnym historia upadku, która przydarzyła się już wielokrotnie, ale nad którą nikt z uwagą się nie pochylił. Bo jesteśmy zwierzętami, nie tylko nocnymi; eliminujemy słabych, odrzucamy tych, co się nie uśmiechają, odsuwamy od siebie ironizujących i takich, co nie podążają za modami.

Tamara Mortus podąża za jakimś autodestrukcyjnym głosem wewnętrznym. Nie poszukuje zrozumienia obecnego stanu rzeczy, bo nie jest możliwe, by spojrzała na swoje dramaty z innej perspektywy. To historia kobiecości zapadłej w sobie, upadłej w kilku sensach i wstrętnie zgorzkniałej, choć wykazującej się czasami dowcipem i świadomym oglądem spraw. „Nocne zwierzęta” to opowieść wysokiego napięcia; każda kartka domaga się tarmoszenia albo palenia, ale każda jednocześnie przynosi nam obraz tak przerażający, że boleśnie prawdziwy. Kobiecość obolała i zdegradowana to nie wszystko. Patrycja Pustkowiak opowiada o degradacji człowieczeństwa w świecie, w którym myślenie o zmarszczkach, awansach, posiadaniu i upływie czasu czyni egzystencję nieznośnie niemożliwą. O świecie, w którym po prostu zabrakło siły, o ludzkiej dwulicowości, złu i mrocznych instynktach opowiadają „Nocne zwierzęta” na tyle dobitnie, że nie sposób obok tej powieści przejść obojętnie.

2013-11-01

"Czas kobiet" Jelena Czyżowa

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 września 2013

Liczba stron: 220

Tłumacz: Agnieszka Sowińska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Babcie i Śnieżynka

Wszędzie na świecie walczą ze sobą Krzywda i Prawda. Walka toczy się od wieków i coraz częściej ta pierwsza staje na pozycji wygranej. Jelena Czyżowa opowiada nam radziecką historię zmagań Krzywdy i Prawdy. Opowiada o krzywdzeniu przez los, historię, państwo; przez to, skąd się pochodzi, dokąd zmierza i przez ludzi stawianych na drodze. „Czas kobiet” to jednak przypowieść o tym, że Prawda może triumfować. Że jest i zawsze będzie. Prawdziwe są relacje bliskości między kobietami z trzech pokoleń. Prawdziwe łzy ocierane ukradkiem. Prawdziwa jest potrzeba posiadania swojego miejsca i prawdziwa bezradność, kiedy goni się plan pracy w fabryce, a nie ma planu na własne życie. To nowa wersja ruskiej baśni o Śnieżynce. Osadzona w realiach XX wieku, za który Rosjanie mogą się wstydzić. Opowieść tak niezwykła, że aż trudno uwierzyć, iż mogłaby być prawdziwa. A pewnie mogłaby. Czyżowa opowie o kobiecej sile, przywiązaniu, miłości i byciu obok – trudnego radzieckiego życia, trudnej radzieckiej mentalności, trudnej walki o socjalny przydział mieszkania, ziemniaki, mąkę i uczucia.

Antonina to wzorowa pracownica fabryki. Jednej z tysięcy takich nadprodukcyjnych, których pracownicy byli inwigilowani, żyjąc w kieracie i walcząc o to, by coś zjeść oraz gdziekolwiek godnie mieszkać. Kiedy bohaterka orientuje się, że jest w ciąży i nie można jej zgonić tak, jak gorączki, postanawia pokochać swą córeczkę całą miłością, na jaką stać jej wiecznie zalęknione serce. Dziewczynka staje się fabrycznym dzieckiem, dzięki któremu otwiera się przestrzeń mieszkalna i w niej godnie może żyć aż pięć osób – matka z córką oraz trzy wiekowe współlokatorki: Jewdokija, Glikierija i Ariadna. To będzie rodzina dla wrażliwej istoty, która nie chce mówić, choć rozumie, co się wokół niej dzieje i wpatruje się w ten dziwny świat z nadzwyczajną uważnością i dojrzale.

Siuzanna nazwana przez swe trzy babcie Sofiją zaczyna życie pod ich opieką z dala od innych ludzi, od rówieśników, od tego wszystkiego, co szkaradne i podłe na co dzień. Babcie dają jej ciepło i miłość. Każda z nich inaczej i każda z bagażem własnych traumatycznych doświadczeń. Jewdokija wroga jest nowoczesności, tradycyjnie oddana przeszłości, pamięci zmarłych bliskich, w końcu wierze i ufności w to, że zakończona po trzech latach edukacja była wystarczająca, bo wszystkiego, co potrzebne, uczy samo życie. Glikierija z przodkami pańszczyźnianymi wiecznie komuś służyła albo obserwowała, co to znaczy podległość w każdym możliwym wymiarze. Przeżyła romans z pewnym hrabią i dramat odebrania dziecka. Dziś jest pokorna, ale podporządkowywać się nie chce. Ariadna natomiast uczy małą Sofiję języka francuskiego i arystokratycznych manier. Podejmuje się trudu pokazania dziewczynce w szarej i ponurej rzeczywistości czegoś, co znamionuje piękno, co pięknym być potrafi. Otoczona opieką tych trzech skrzywdzonych przez los babć, Sofija doświadcza tego, czego nie otrzymała matka – wsparcia i poczucia, że jest kimś wyjątkowym.

Babcie stanowią wielką siłę, jaka chroni dziewczynkę przez złem świata. Są silne i mądre, przekazują jej tradycyjne wierzenia, ale i proste życiowe mądrości. Są zawsze, oddane i ufające, iż Sofiję ominie okrucieństwo czasów, w jakich wszystkim przyszło żyć. To okrucieństwo uderza przede wszystkim od ludzi. Inwigilowani, zastraszani, żyjący w relacjach zależnościowych, wciąż boją się ufać i otwierać na innych; to taki wewnętrznie zatomizowany kolektyw, w którym każdemu jest ciężko, ale nikt nie robi niczego, by ten stan zmienić. Babcie chcą dla przyszywanej wnuczki innego świata. Nie ochronią ją przed życiową krzywdą, nie dadzą jej poczucia bezpieczeństwa, nie odgonią z jej otoczenia śmierci. Pozwolą jednak poczuć, że ma rodzinę. Prawdziwą. Silną i kobiecą. Stworzoną przez obce sobie kobiety, które potrafią się zjednoczyć. Być bezkompromisowe. Zaradne. Samowystarczalne. Przede wszystkim zdeterminowane, by swej Śnieżynce pokazać świat najpiękniej jak się tylko da. Byle tylko nie podzieliła smutnego losu własnej matki.

Mężczyźni u Czyżowej są tłem, ale dość wyraźnym i mocno determinującym działania kobiet. Albo pogłębiają ich frustracje i poczucie, że żyją w piekle, albo są niezwykle pomocni i gotowi podjąć się wyzwań, by uratować z opresji. Są jednak mimo wszystko z boku. Bo to przecież tytułowy czas kobiet. Kobiecej determinacji i kobiecej siły, która bierze się gdzieś ze środka, z ciał i umysłów naznaczonych krzywdą i niesprawiedliwością, ale jednocześnie świadomych tego, że jest inna droga. Droga ku Prawdzie. Ku lepszemu życiu. Raj można sobie stworzyć obok siebie, nie patrząc w ekran telewizora, nie żyjąc złudzeniami, nie utyskując na system i pozbawione szczerości relacje międzyludzkie. Eden powstaje także gdzieś pomiędzy baśniowymi narracjami snutymi przez babcie. Jest, można go zaznać, możliwe jest szczęście na nieludzkiej ziemi i w nieludzkich czasach walki o każdy kolejny dzień. Sofija to mądrość, dobroć i kreacja wszystkich pragnień, jakie doświadczone życiem kobiety pogrzebały wraz z bliskimi w przeszłości. Córka Antoniny otrzyma coś, czego można zazdrościć – dom pełen ciepła i miłości. W zimnym Leningradzie, gdzie na ulicach czai się tylko niechęć i gdzie coraz częściej brak już nadziei na to, by w cokolwiek wierzyć.

Opowieść Czyżowej rozgrywa się nie w opisach, lecz w żywym języku. Toczące się rozmowy nadają prozie wartki nurt, ale jednocześnie silniej osadzają w świecie, gdzie trzeba było szybko myśleć, błyskawicznie podejmować decyzje i wciąż być w gotowości, wciąż czujnym i świadomym zagrożeń z każdej możliwej strony. Czyżowa w bardzo dwuznaczny sposób opowiada o rosyjskości – ponurej i czasami obłąkanej w swym okrucieństwie, a z drugiej strony cechującej się silnymi więziami na przekór temu, że codzienność więzi te wciąż osłabia. Opowiada też o śmierci, na jaką nigdy nie można być gotowym…

To poruszająca opowieść o dorastaniu w świecie, gdzie kobiety są krzywdzone, a jednocześnie wciąż gotowe do walki o własną godność. Dalekie od życia społecznego i politycznego, skupione na sobie, dzielnie walczące o kolejny godnie przeżyty dzień w mieście, w którym godność straciło już tak wielu; tak wielu rozmieniło na drobne cząstki siebie, tak wielu się zagubiło i patrzy na innych wilkiem. Doskonale skrojona opowieść o sile przywiązania i o kobietach, które dbały o siebie nawzajem, bo o życie jako takie gdzieś obok nich nie chciały się już troszczyć.

2013-10-30

"Studnia" Grzegorz Filip

Wydawca: JanKa

Data wydania: 24 października 2013

Liczba stron: 216

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 28,56 zł

Tytuł recenzji: Tam, gdzie trudniej…

To prawdziwa przyjemność sięgnąć po książkę prostą formalnie, a jednocześnie głęboką i pozbawioną banału przesłania mimo podjętej, banalnej przecież historii o niemożności międzypokoleniowego zrozumienia, która owocuje jedynie milczeniem i odsuwaniem wszystkiego tego, co niewygodne w relacjach gdzieś daleko, poza wartki rytm codziennego życia. To przyjemność poczytać wreszcie o procesie wyzwalania się mężczyzny po niezliczonych książkach o perypetiach kobiet kroczących w rozmaity sposób ku wolności. Największą radość daje jednak fakt, iż „Studnia” Grzegorza Filipa to, co najlepsze, ukrywa dopiero w zakończeniu. Wtedy, kiedy wydaje się, że wiemy już wszystko, rozumiemy bohaterów, ogarnęliśmy ich problemy w kilku różnych wymiarach i zmierzamy pewnie ku przewidywalnemu w naszym odczuciu finałowi. To mądra książka o braku relacji i o relacjach nie tyle kalekich, co trudnych trudnością niezrozumienia tego, w jakim kierunku mają podążać. Interesujące studium alienacji i ekstrawertycznego życia w ruchu gdzieś, gdzie tego ruchu jest na tyle dużo, iż w pewnym momencie nie dostrzega się… stagnacji. Opowieść o ojcu i córce, którzy nie znaleźli czasu, by zajrzeć nawzajem w głąb siebie. Robią to zatem osobno; penetrują swoje wnętrza, z dala od siebie, z dala od wspólnej przeszłości i z przekonaniem, iż jedno nie jest już drugiemu potrzebne.

Dziesięć lat temu Janusz pożegnał dwie ważne kobiety swojego życia. Towarzyszył umierającej żonie do końca, a córkę wyprawił w podróż. Sam jest przeciwnikiem podróżowania; jego fobia jest filozofią jednocześnie, ironicznie traktuje poszukiwanie wyjątkowości w przemieszczaniu się i doświadczaniu innego. Grażyna odrzuciła ojca już dużo wcześniej, zanim jeszcze matka zmarła. Matka, z którą była związana emocjonalnie. Razem tworzyły wspólny front przeciw jedynemu mężczyźnie w domu. Córka wyjeżdża do Londynu, by ukarać nieudacznika, jaki ugrzązł gdzieś na prowincji, nie znając prawdziwego świata. Grażyna wyjechała w złości, zbuntowana. Kiedy ma powrócić po dziesięciu latach, złości wydaje się być jeszcze więcej. Zabiera ze sobą synów – odważnego i przebojowego Juliusza oraz wycofanego Olivera. Przybywa do rodzinnego Lublina tylko po to, by upewnić się, iż kiedyś dobrze zrobiła, uciekając stamtąd. Od życia przewidywalnego. Banalnego. Życia, do którego miał dostęp ojciec, a to przecież jego trzeba było przede wszystkim ukarać, więc decyzja o opuszczeniu przyszła sama.

Trudno powiedzieć, czego oczekuje Janusz. Grażyna nie jest już dziewczyną. To dorosła kobieta, matka dwójki dzieci, świadoma wybranej drogi i oddalona od ojca nie tylko kilometrami, ale odgrodzona murem, jaki potężniał przez lata. Janusz nawet nie usiłuje w żaden sposób zbliżać się z córką, choć przecież tęsknota za nią to było uczucie, jakie dominowało nad wszystkimi innymi. Wraz z przyjazdem obojętnego na niego dziecka, pojawia się w życiu Janusza jeszcze jedna postać. Fantastyczna. Wyimaginowana. A może najbardziej realnie odciskająca się na jego życiu ze wszystkich, kogo dotąd poznał? Tajemniczy nieznajomy czyta w myślach Janusza, namawia go do obcej dotychczas formy dialogu z samym sobą, jaką jest pamiętnik i zabiera w powietrze; uświadamia, że o ważnych sprawach nie myślał do tej pory tak dużo, choć przecież rozmyśla wiecznie i stale analizuje świat, jaki go otacza.

Janusz to syn surowej matki, młodość przeżył ze stygmatem rudego Murzyna. Bardzo szybko nauczył się żyć do wewnątrz, bo tylko taka forma życia była dla niego odpowiednia. Jako mąż był gdzieś obok. Jako ojciec wycofany. Kobiecość pod każdą postacią była dla niego osaczająca i może dopiero znajomość z Ireną pozwoliła mu być w relacji z płcią przeciwną swobodnym w swym zamknięciu i osobliwości. A osobliwością Janusza poza podróżną fobią jest też świadomość tego, że trzeba w życiu wybierać zawsze drogę trudu poznania świata. Żyje na prowincji, ale nie wpuszcza jej do siebie. Dokonuje wyboru z pozoru masochistycznego, ale w gruncie rzeczy przepełnionego samoświadomością. „Jestem tu, gdzie jest trudniej”. To nie tylko słowa w odniesieniu do Lublina, tak smutnego, zapatrzonego w Warszawę, bez mostów i rzeki z prawdziwego zdarzenia, w dzikim stepowym klimacie suchości. Janusz jest w sobie; niezależny w poglądach i świadom niezależności. Tam, gdzie trudniej; gdzie nie przebywają robiący kariery, konsumenci agresywnej papki kultury masowej, podążający za modami, szumem i zgiełkiem. Trudniej jest być tak ze sobą, by godnie znosić relatywizowanie się wartości, mając swoje stałe, bezpieczne, nienaruszone. Trudno, lecz da się żyć.

A Grażyna? Ją poniosło. W świat i z dala od wnętrza. Bo Grażyna żyje zupełnie inaczej. W Polsce wdaje się w romans, traktując swego kochanka instrumentalnie. Ma do tego prawo, zaznała przecież krzywd od mężczyzn. Od zamkniętego w sobie ojca także. W rozumieniu Grażyny on nie podjął życiowych wyzwań; utknął sam ze sobą. Widzimy jednak, że korzystająca z wolności kobieta niewoli się i krępuje coraz bardziej. Wyzwolenie osiąga za to ktoś, komu nie jest na tej drodze potrzebny żaden spektakularny gest ani wyczyn. Janusz ma spokój w  sobie. Grażyna spokoju wiecznie szuka. Oboje z dala od siebie. Z dala od przeszłości, która przypomni się o sobie, zmieniając wiele…

Grzegorz Filip zadaje w „Studni” pytanie o to, czy dziecko ma być coś winne rodzicom i czy rodzice zobowiązani są do tego, by zapewnić potomkowi szczęście w życiu. Wnikliwie analizuje sytuację komplikowaną przez lata milczenia. Pozostawia bohaterów długo z ich milczeniem i nie sugeruje, co można z nim zrobić. Tworzy jednocześnie dość przewrotną historię o istnieniu w dwójnasób; opowieść wskazującą drogi, ale nie nakreślającą celów. „Studnia” zadaje pytanie o to, czym jest spełnienie; w jaki sposób je osiągać i czy wiąże się z wyrzeczeniami, zmianami, konfrontowaniem się z czymś, co inne. Dramat bohaterów prozy Filipa wydaje się być tym samym dramatem, ale przedstawianym inaczej, bo inaczej też się rodzącym. Napięcie między ojcem a córką niwelować będą dzieci, wnukowie. Pojednanie będzie niemożliwe nie dlatego, że nie można porozmawiać, ale przede wszystkim dlatego, iż żyje się w innym kierunku. Do środka i na zewnątrz. Do siebie i siebie odpychając. W studni i poza nią. Konieczne jest zrozumienie, iż szczęścia nie da życie osobne. A u Filipa osobność jest kategorią poznawczą, choć skrytą w opresji i mroku. Inteligentna książka o prostych sprawach, o jakich nie opowiada się po prostu. O wolności, jakiej nie rozumiemy i o niewoli, do jakiej przywykamy na własne życie. I o oczyszczeniu, próbach porozumienia. O życiu trudnym i tam, gdzie trudniej. Nawet wtedy, gdy życie chce się sobie ułatwić.


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-28

"Dlaczego nie poczekałaś?" Wera Gorczyńska

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 15 października 2013

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka

Cena det: 28 zł

Tytuł recenzji: Diariusz, przemiana i powiew nudy

Właściwie to nie wiem, jak podejść do omówienia książki Wery Gorczyńskiej. Trudno mi wybrać; czy mam ze śmiertelną powagą i całkowitym zrozumieniem wagi poruszanych problemów wypunktować słabości tej powieści, czy też może potraktować rzecz lekko i obśmiać zarówno formę, jak i odkrywczość myśli, które – gdybym tę książkę jadł – zgrzytałyby mi między zębami. Myślę, że trzeba jak najbardziej na poważnie. To opowieść o krzywdach zadanych w skrytości i o dialogu, jaki pojawia się zbyt późno, by krzywdy dało się zapomnieć. To historia międzypokoleniowa – o matkach i córkach, które nie mogły znaleźć porozumienia. O konsekwencjach życia obok siebie, życia osobnego i obsesyjnym skupianiu się na sobie. Wreszcie historia duchowego oczyszczenia, ku któremu główna bohaterka podąża drogą postaci ze średniowiecznej literatury parenetycznej. Sam nie wiem, czy to naprawdę książka warta uwagi. Podzielę się zatem wątpliwościami.

Wera Gorczyńska to pseudonim. Autorka pisuje bloga. Niezwykłe! Z okładki dowiadujemy się, iż sporo w życiu przeszła, niejedno przemyślała i odczuła kompulsywną potrzebę podzielenia się swoimi doświadczeniami. Też oryginalne. Książka skierowana jest do czytelniczek, co podkreślono kilka razy, zaznaczając jednocześnie wyraźny stosunek do mężczyzn, co to jałowe życie prowadzą, po jajach się drapią, córki molestują i żony krzywdzą. Oczywiście jest wśród nich jeden, ten niezwykły, wyjątkowy. Może zamiast wskazywać nieświeżość wszystkiego, co ma być rzekomo niezwykłe, przejdę może po prostu do zarysowanej problematyki.

Autorka zaczyna mocno, bo od Arystotelesa. Od myśli, że każde zjawisko można zrozumieć, kiedy znajdzie się jego przyczyny. Dorastająca dziewczyna, która kiedyś uciekła z domu, powraca do niego tylko po to, by pochować matkę. Tę porzuconą z całą świadomością dawno temu. Naiwną wariatkę, która wydawała się nie znać prawdziwego życia. Okazuje się jednak, iż kobiety nie jest wcale łatwo pochować. Nie wtedy, kiedy natrafia się na jej diariusz i poznaje życiowe zapiski, dzięki którym wyłoni się obraz – uwaga! – zupełnie odmienny od tego, jaki przez lata nosiła w sobie zbuntowana córcia. I całkiem poważnie już – wędrówka po zapisanych kartach jest wędrówką, w trakcie której umrą negatywne emocje. To będzie rozprawa z kłamstwami, mitami, z udawaniem. Obie już nie udają. Matka zrobiła wszystko, co mogła zrobić i o wszystkim napisała. Córka po jej śmierci poznaje ją taką, jaką była naprawdę. Zagubioną w domu surowych, kostycznych rodziców. Izolowaną od świata. Samotną. Poznającą siebie do wewnątrz, odkrywającą granice wolności, rozumiejącą odpowiedzialność, mierzącą się z pustką, nałogiem i krzywdami zaznanymi od innych. „Każda krzywda osadza się w nas bardzo głęboko”. Jej córka przeczyta o skrzywdzeniu w tak wielu aspektach, że zapomni przez chwilę o marności swego życia; rzuci się w wir lektury kogoś, kogo dane jej będzie poznać dopiero po śmierci.

Gdy uciekała, była zbuntowaną szesnastolatką, która dusiła się w domu z wyalienowaną matką. Postanowiła wziąć życie w swoje ręce. Stała się cyniczna i z takim cynizmem zaczyna lekturę dzienników. Co one jej mogą powiedzieć o życiu? Przecież ona życie zna i wie, jak się ustawić. Jest bezrefleksyjną japiszonką, wykorzystuje zarobkowo swoje ciało, wszelką wiedzę googluje i jest przekonana, że zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby poczuć się spełnioną. Zapiski matki początkowo chyba do niej nie docierają. Jeżeli już, to w bardzo ograniczonym zakresie, o czym świadczą komentarze. Potem dzieje się już coraz gorzej, bo bohaterka poznaje sekrety nieznanej sobie rodzicielki i dzięki jej zwierzeniom na naszych oczach przechodzi gruntowną przemianę w dojrzałą i świadomą siebie kobietę. Świadomą tym razem naprawdę, bo rozumiejącą piekło życia matki, która w gruncie rzeczy nigdy nie narzekała na swój los i nigdy nie śmiałaby swego dziecka obarczać trudnościami, z jakimi samodzielnie nauczyła się mierzyć.

To byłaby smutna i poruszająca książka, gdyby nie wkręty narracyjne imitujące rozmowy na forach internetowych. Gdyby nie żałośnie pretensjonalne próby poetyckie, które mają w jakimś tam sensie ubarwiać mroczny obraz. Gdyby nie źle dobrana okładka, bo bohaterka to nie zalękniona egotyczka z rozmazanym makijażem i doskonałym manicure. Bo problem z powieścią Wery Gorczyńskiej jest taki, że mamy tutaj trudny do opisania rozdźwięk między istotną i skomplikowaną problematyką, a jej banalizowaniem przez formę i treść, dodatkowo osłabionym przewidywalnym zakończeniem, przy którym miast westchnąć nad opisanymi problemami, oddycha się z ulgą, że to już koniec.

„Dlaczego nie poczekałaś?” to standardowy zestaw traum i neuroz, które w połączeniu z odkrywaniem swojej przeszłości niczym na jakiejś terapii grupowej, nie dają w sumie żadnej przyjemności obcowania z tekstem, bo zgłębia się opisane dramaty na bardzo powierzchownym poziomie, poza który można sobie wyjść, jeśli tylko się chce, ale do tego wyjścia nie zachęca sama książka. Gorczyńska stara się pokazać, że mimo upływu lat i zmieniającej się rzeczywistości kobiety wciąż tkwią w jakichś opresyjnych stanach świadomości, z których często nie mają odwagi się wyzwolić. I obok tej niemocy jest też wielka siła, dzięki której przemiana zawsze jest możliwa, a dzięki solidarności jajników odbędzie się nie tylko świadomie, co przede wszystkim w łączności z tym, co nieprzekazane werbalnie, ale wciąż obecne i wciąż do odkrycia.

Gorczyńska stawia ważne pytania o sens życia, o odpowiedzialność za drugiego człowieka i o granice empatii, ale tak niemiłosiernie spłyca je wszystkie, że mimo głębokiego szacunku do opisywanych ran, jakich zaleczyć nie może wielu z nas bez względu na płeć, nie można powiedzieć, iż lektura porusza. A przecież powinna, choćby dlatego, że opisywane dramaty można przedstawić w sposób co najmniej zastanawiający. Tutaj niewiele się udało. Może Gorczyńskiej świetnie idzie pisanie bloga. Może niech na tym poprzestanie.

2013-10-25

"Cyfrowa demencja" Manfred Spitzer

Wydawca: Dobra Literatura

Data wydania: 14 października 2013

Liczba stron: 344

Tłumacz: Andrzej Lipiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zagrożenie, którego nie widać?

Takie książki są niewygodne. Bardzo niewygodne. Oto bowiem mamy publikację krytyczną względem mediów cyfrowych w dobie, kiedy media cyfrowe nie tyle rządzą światem, co absorbując naszą uwagę, czynią nas bezwzględnie do nich przywiązanymi. Tak, inaczej na wstępie nazwać tego nie można. Odważna publikacja Manfreda Spitzera głośno protestuje przeciw zawłaszczaniu naszego mózgu, naszej świadomości, naszego oglądu świata przez wszystko, co nowoczesne i przyjmowane z hurraoptymizmem. Czy można w XXI wieku krytykować coś, co jest już tego wieku wyznacznikiem? Czy zmusi do myślenia książka, która każe sięgać nam do świata i doświadczeń sprzed ery komputerów, o innych powiązanych z nimi nowinkach nie wspominając? Zanim zarzuci się Spitzerowi anachroniczność, warto zastanowić się, dla jak potężnego lobby komputerowo-medialnego publikacja taka jak ta jest wyraźnym zagrożeniem. Zanim zaśmiejemy się z tez tej książki, zastanówmy się nad tym, co tak naprawdę dobrego media cyfrowe dały naszym mózgom? A jeżeli nawet uznamy, iż nie są na nich zagrożeniem, pomyślmy o dzieciach – bo to na nich głównie skupia się ta książka.

Manfred Spitzer jest ojcem aż szóstki dzieci. To psychiatra, ceniony naukowiec, badacz mózgu i procesów w nim zachodzących. Niepokojący się o to, co widzi. O cyfrowy świat, który zagraża dzieciom; takim jak jego własne, chronione świadomością ojca. Świadomością czego? Przede wszystkim faktu, iż już dawno temu daliśmy sobie wmówić, że komputery, laptopy, tablety i wszelkie inne elektroniczne cuda stworzono po to, by nas rozwijać i by nasze mózgi pracowały dużo wydajniej, otwierając nas szerzej na świat, innych ludzi i na samowiedzę. Ta ostatnia może być jednak licha. Jej się już nie zgłębia. Telefon, telewizor, sprzęt komputerowy – to wszystko jest już przecież codziennością, nad tym nie ma sensu myśleć. Trzeba zaakceptować dobrodziejstwo nowoczesności i rozwijać się tak, jak rozwija się cyfrowy świat wokół. Tyle że ten pręży muskuły za nasze pieniądze, dzięki naszej nieświadomości i dzięki temu, że wariacki pęd do technologizowania każdej dziedziny życia doprowadził już do sytuacji, w której nie zastanawiamy się nad tym, od czego to się zaczęło i do czego doprowadziło.

A życie każdego z nas to życie naszego mózgu. Spitzer zaznacza - „Percepcja, myślenie, przeżywanie, odczuwanie i działanie – wszystkie te procesy pozostawiają w mózgu tzw. ślady pamięciowe”. To o mózgu używanym. Takim, który rozwinie się sprawnie w warunkach, w jakich rozwijał się tysiące lat. Nagle te warunki zmieniły się diametralnie i mamy wierzyć, że oto właśnie odkryto dla naszych mózgów doskonałą i najlepszą drogę rozwoju. Tytułowa cyfrowa demencja to stan, w jaki wpędzamy się na własne życzenie i z własnym przekonaniem, iż ulegamy czemuś słusznemu. Ludzie przez wieki żyli bez techniki i przez wieki żyło im się dobrze. Mózgi zaatakowane mnogością nowych bodźców związanych z rozwojem technologii mogą być skazane na szybszy niż mózgi naszych przodków koniec. Największym złem jednak jest zło wyrządzane dzieciom – sadzanie ich przed telewizorem, komputerem, przed konsolą; wciskanie telefonu komórkowego, iPada, wszelkich wspaniałych wynalazków naszego czasu. Czasu, w którym nie dajemy szansy mózgom, udając jednocześnie, że pozwalamy im na dużo więcej niż kiedyś. Naprawdę tak jest?

Spitzer analizuje wyniki setek różnych badań, które przedstawia w obrazowy i prosty sposób po to, by udowodnić kilka tez. Przede wszystkim taką, iż nie ma dowodów na to, że uwielbiane media elektroniczne wywierają jakikolwiek pozytywny wpływ na procesy mózgowe, zdolności uczenia się i intelektualnego rozwoju. Przez szkoły na każdym poziomie przeszła już z hukiem cyfrowa rewolucja. Co z niej mamy? Czy nasze dzieci przyklejone do elektronicznych gadżetów, wpatrzone w ekrany telewizorów i komputerów, dotykające i wskazujące na tablicach interaktywnych i ogólnie zachwycające się nowymi możliwościami są w jakikolwiek sposób mądrzejsze życiowo? Czy ich mózgi rozwijają się prawidłowo? Użytkowanie mediów cyfrowych wpływa zbawiennie na pracę czegoś, czym jesteśmy od urodzenia do śmierci i co wciąż modyfikujemy. Od jakiego czasu modyfikuje się dziecięce mózgi wedle szablonów określanych przez zbijające wciąż kapitał koncerny elektroniczne?

W obawie przed ostracyzmem współczesna mama kupuje współczesnemu dziecku to, co mają inni, czyli jedną z wielu albo wiele naraz elektronicznych zabawek. Myśli, że jej dziecko jest na czasie. Może jest. Tylko czy jego mózg rozwija się prawidłowo? Czy jego kompetencje społeczne właściwie stymulują portale społecznościowe z pustką, migawkami i brakiem tego, co daje kontakt z prawdziwym człowiekiem? Spitzer opisuje akcje rozdawania laptopów dla dzieciaków w szkołach. Wysyłano je nawet do Rwandy, gdzie tylko 5% placówek edukacyjnych jest zelektryfikowana. Maszyny mają zastąpić prawdziwe uczenie się; przede wszystkim uczenie się naszego mózgu. Kto zauważył znaczący wpływ na rozwój wiedzy i umiejętności tych uczniów, którzy używają sprzętu elektronicznego? Autor z gniewem patrzy na wręczanie laptopów nawet przedszkolakom. I nawołuje – żadne technologiczne zabawki nie zastąpią kaligrafii, nauki liczenia na palcach i słuchania drugiego człowieka, od którego mózg przejmie więcej wiedzy niż od martwego urządzenia, z którym pozostaje sam i które zastąpić ma myślenie, pamięć i umiejętności prospołeczne, bo przecież nowoczesne technologie są w stanie uczyć i wychowywać!

Manfred Spitzer brzmi bardzo wiarygodnie. Nie uprawia demagogii polityków opłacanych przez producentów sprzętu komputerowego. Nie snuje wizji opartych na niczym; na śmiesznym w gruncie rzeczy przekonaniu, iż maszyny pomogą młodym mózgom się rozwinąć. Autor nie jest przeciwny rozwojowi technologii informatycznych i informacyjnych. Każe na nie spojrzeć z dystansu – nie mamy go już my, zainfekowani wiarą we wspaniałą zdobycz dziejów dorośli. W jaki sposób mamy chronić dzieci przed zgubnym wpływem czegoś, co zupełnie bezzasadnie nazywane jest narzędziem służącym do ich rozwoju?

Cyfrowi tubylcy, czyli urodzeni już w czasach, kiedy media były wszędzie, nie są ani mądrzejsi ani też sprytniejsi od ich rówieśników sprzed okresu wielkiej cyfrowej rewolucji. Nie była ona w gruncie rzeczy niczym innym jak bezrefleksyjnym zachwycaniem się nowością, która faktycznie rewolucjonizowała świat. Spitzer w bardzo rozsądny sposób tłumaczy pułapki, w jakich znajduje się w dzisiejszym świecie dziecko; takie, w które wcześniej może wpadli jego rodzice, dzisiaj przyjmujący do wiadomości, że przecież nie ma zła w czymś, co otacza nas na co dzień.

Otacza nas też agresja, atomizacja społeczna, coraz częstsze braki w koncentracji, nagminnie leczona bezsenność i kalekie relacje międzyludzkie, bo czy nie jest kaleki kontakt dwójki ludzi, między którymi znajduje się przynajmniej jedno elektroniczne cacko? Mamy czasy wielozadaniowości. To nie wyższa forma rozwoju, to rozwój działań byle jakich. Jak dzisiaj zdobywa się wiedzę o świecie? Gloryfikując tak zwaną metawiedzę, czyli umiejętność znalezienia źródła? Czy idąc do lekarza, oczekujemy na to, że wygoogluje informacje o narządzie, który nas boli, czy też wykaże się doświadczeniem i wiedzą zdobytą dzięki licznym próbom leczenia tego narządu u innych ludzi? Czy większą radość, pełnię istnienia prospołecznego da nam pękająca liczba znajomych na facebooku, a  nie uśmiech osoby, przy której się znajdujemy? Czy chcemy, żeby w przyszłości nasze dzieci pozbawione zostały wszystkiego tego, co dawał rozwojowi mózgu świat, w którym cyfryzacji nie było, a media nie istniały? Gorzkie to czasy, kiedy utrata możliwości zdrowego rozwoju mózgu jest gloryfikowana i uznawana za przełomową. Czego będą chcieć nasze dzieci w przyszłości, skoro my chcemy – od siebie i dla nich – dzisiaj już tak niewiele?


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-23

"Blogotony" Inga Iwasiów

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 9 października 2013

Liczba stron: 343

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Tony świadome

Etykiet, jakimi opatrzono i nadal się opatruje zarówno samą Ingę Iwasiów, jak i jej twórczość w szerokim rozumieniu tego słowa, jest już bez liku i wypadałoby doprawdy dorwać jakąś publikację, w której dowiemy się, kim Inga Iwasiów jest naprawdę. Wydaje mi się, iż wydane ostatnio „Blogotony” będą satysfakcjonujące dla każdego, kto się nieco zagubił i nie wie już, którą drogę rozwoju szczecińskiej intelektualistki obserwować, na którą zwracać baczniejszą uwagę i którą utożsamiać z nią samą taką, jaka jest naprawdę. Autorka dość przekornie zaznacza: „Już na pewno nie dam tego, co moje, nie opowiem życia”. Tyle że w wydanych zapiskach życie, jej i wokół niej, toczy się żywo, jest wyraźne, stanowi nieodłączny dowód przeżywania i myślenia o tym przeżywaniu.

W „Blogotonach” na początek teksty pogrupowane są tak, żeby porządkować punkt widzenia autorki – najpierw wypowie się jako literaturoznawczyni, potem feministka, następnie podróżniczka i prawie na koniec jako badaczka w sensie ogólnym, analizując przejawy życia polityczno-społecznego w aspektach, które ją naprawdę interesują. O przemijaniu opowiada przede wszystkim jako kobieta świadoma swego wieku, doświadczeń i perspektyw, jakie przed nią. Bo Iwasiów jest wyraźna nie tylko dlatego, że świadoma każdego słowa; używa go tak, by znaczyło dokładnie to, co ma znaczyć. Podoba mi się to, iż jest świadomie wybiórcza. Wie, co nie jest dla niej interesujące i nie zajmuje się tym. Zabiera głos w sprawach, które są dla niej nie tyle ważne, co dotykają istoty absurdów, bolączek Polski do naprawy; tej Polski, z której należałoby najlepiej uciec (substytutem ucieczki mogą być wyprawy do ukochanego Wilna), ale z którą jest się przecież związanym i za którą czasem trzeba odpowiedzialnie zabrać głos. Wtedy, gdy naprawdę jest to konieczne i w takiej konwencji, która jest wyraźna. Z naukowym narzędziem obserwacji i analizy, ale i językiem jasnym dla tych spoza naukowego kręgu. Takie publikacje są potrzebne. Wtedy, gdy można poczytać o czymś wartościowym.

„Blogotony” to nie tyle prywatne rozważania na sprzedaż, co inteligencja, błyskotliwość i czujność, by nie zgubić tych elementów układanki, co zwą się życiem, życiem świadomym; takim męczącym chwilami dość okrutnie i wymagającym, by łykać Stilnox albo inny Zolpic, bo bez farmakologicznego wsparcia duszność i męka świadomości nie dałyby rady odpuścić. „Blogotony” to książka napisana przez lata i publikacja, która wzbudzać może kontrowersje, jak w przypadku każdego opublikowanego zbioru tekstów, z którego robi się potem dodatkowy produkt na półce księgarnianej. Żyjący – jak autorka wspomina w jednym felietonie – najwyżej do trzech miesięcy po wydaniu w dobrej oficynie i w tym przypadku tym bardziej winny omówienia, bo już za chwilę pojawi się dziennik żałobny, „Umarł mi”, o śmierci ojca Ingi Iwasiów, jej ukochanego zegarmistrza, recenzenta-świadomego czytelnika, o jakim opowiada w końcowych wpisach na blogu, które udało się jeszcze zamknąć w tej książce. Spieszę się zatem omówić, by „Blogotony” nie odeszły w niepamięć.

Lubię takie książki, bo jestem anachroniczny i nie kocham cyfrowej rzeczywistości. Przecież mogę sobie wejść na stronę „artPapieru”, do którego też pisuję, wyświetlić wszystkie felietony i czytać, czytać. Mogę zajrzeć na blog, przewertować historię, wisieć przy elektronicznym ekranie i czytać. Tyle że ja wolę czytać coś, co trzymam w ręku. A „Blogotony” można mieć i można do nich wracać bez strachu, że braknie prądu czy że zerwie się połączenie internetowe. Ale przecież nie o tym mam pisać, zupełnie nie o tym. Choć o strachu, o obawach wszelakich, o walce z nimi i stawianiu sobie wyzwań mimo lęków także jest ta książka. Pełna słów. „Słowa same ze mnie wychodzą, nie ma na nie stoperanu”. Udowadniająca, co to znaczy blogować świadomie; w jaki sposób korzystać z narzędzia elektronicznego dziennika tak, by nie znaleźć tam wiecznego raportowania z tego, że się żyje, ale poczytać o tym, co to znaczy życie świadome. W opozycji do kultury masowej, do agresywnego futbolu, do głupoty prasy kobiecej, do patriarchatu opresyjnego, do polskich nienawistników, do bolączek codzienności i do świata, gdzie trudno jest trwać samemu w sobie, być sobą w pełni i znać swoją wartość. Co więcej – mówić głośno o tym, że się ją zna. Mówić o swojej sile i o tym, że ma się rację. „Blogotony” to kryzysowe zapiski kogoś, kto doświadcza jedynie kryzysu braku czasu, by znaleźć go na wszelkie możliwe aktywności; świadome aktywności w życiu, gdzie za świadomość nie jest się cenionym.

Teraz można rzucić garścią tematów i problemów, jakie porusza Inga Iwasiów, by zachęcić do lektury tej pozycji. Można, ale po co? Każdy, kto sięgnie po „Blogotony”, musi mieć świadomość bezkompromisowości,  z jaką autorka mierzyć się będzie ze wszystkim, co wymaga intelektualnego sprzeciwu. Ale to nie jest zbiór tekstów malkontentki, choć może być tak odebrany przez określonych ludzi i określone środowiska. To książka o wiecznym badaniu świata w określonym paradygmacie. Książka o polskich kontuzjach – rozumu i emocji. Zajmujący zapis obserwacji świata, w jakim tożsamość i zdolność jej nazywania wciąż na nowo, każe poznawać siebie zwykle poprzez sprzeciw. Czy „Blogotony” są obiektywne? Oczywiście, że nie! To książka, podkreślam raz jeszcze, świadomej kobiety, świadomej feministki, badaczki-naukowca (proszę wybaczyć męską formę), działaczki społecznej i pisarki, która może sobie pozwolić na tworzenie literatury tylko wtedy, kiedy ma wakacje – od ogromu spraw, jakimi się zajmuje.

Mnie osobiście kilka kwestii szczególnie zainteresowało, ale to już ostatni akapit tego omówienia, moje wyjątkowo prywatne odczucia, można nie czytać; już teraz zdecydować, czy warto sięgać po książkę. Rozważania o perspektywie pisania; tej kobiecej i tej ogólnoludzkiej. O tym, jak pisała swoje powieści. O dumie feminizmu i jej stygmacie. O świadomym czytaniu Lessing, Atwood, Nałkowskiej czy Gretkowskiej. O tym, jak wieść życie, by uczestniczyć w kulturze, krytykować ją, uciekać od narodowych psychoz oraz o tym, jak radzić sobie z rozgoryczeniami. I o komunikowaniu, tym codziennym, tym międzykulturowym. „Blogotony” pozostają ze mną i wiele z nich we mnie. Szkoda że pewnie nie wyjdzie następna książka i muszę teraz śledzić blog przez komputerowy ekran…

2013-10-20

"Czas Żniw" Samantha Shannon

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 520

Tłumacz: Regina Kołek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czas zniewolenia

Trudno jest ogarnąć rozmach, z jakim Samantha Shannon zapowiada „Czasem Żniw” siedmiotomową serię, o jakiej z pewnością przez najbliższe lata będzie głośno. Imponująca jest wyobraźnia młodej brytyjskiej pisarki, która stworzyła futurystyczną wizję nie tyle mroczną, co przede wszystkim sugestywną, bardzo przekonującą. Takiej wizji nie powstydziłby się nawet Orwell; najgroźniejsza z możliwych i najokrutniejsza zarazem, bo pokazująca, że nasze dusze i umysły nie będą wolne od manipulacji. Odważne, brawurowe i przerażające! Pisanie Shannon pochłania bez reszty i wzbudza nie tylko zainteresowanie, ale także strach; opowiada przecież o możliwych ingerencjach w najbardziej intymną przestrzeń, nazwaną w „Czasie Żniw” sennym krajobrazem. To sfera najbardziej osobistych przeżyć, iluzja bezpieczeństwa i przestrzeń wyobraźni. Tam może dotrzeć bohaterka powieści Shannon. Do każdego z nas. Chciałoby się przejrzeć senny krajobraz autorki, bo to zapowiedź naprawdę niezwykłego cyklu.

Mamy rok 2059. Paige Mahoney jest dziewiętnastolatką, która zmuszona była dojrzeć zbyt wcześnie. W tajemnicy przed ojcem podejmuje się pracy tyleż ryzykownej, co ją samą wyniszczającej i pochłaniającej bez reszty każdą możliwą formę energii, którą Paige na co dzień kipi. Bohaterka szybko przestała być niewinną dziewczynką z makowego pola. Tam została zaatakowana przez poltergeista i tam właśnie zrozumiała istotę swej odmienności. Paige bowiem jest Bladą Śniącą, najwyższą formą jasnowidza – śniącym wędrowcem. Typologię tych, którzy mogą zaglądać w dusze innych, stworzył pracodawca Paige, Jaxon Hall. Wedle tego, co głosi jego broszura „O wartościach odmienności”, Mahoney jest medium z ogromną wrażliwością na zaświaty i zatrudniona przez Halla odwiedza dusze innych, naprowadzając je na właściwą drogę, a może po prostu sprytnie nimi manipulując…

Jasnowidzenie w Londynie 2059 roku to jednak przestępstwo. Jasnowidze mają wpływ na to, jak żyją zwykli ludzie zwani ślepcami oraz bardziej pejoratywnie – zgniłkami. Świat, w jakim przyszło im egzystować, to przestrzeń nieustającego zagrożenia i wszechobecnej manipulacji. Nie można skryć się ze swoimi marzeniami, myślami, wyobrażeniami. Życie ludzkie jest w gruncie rzeczy bardzo podłe, a prawdziwego świata, tego naturalnego, dawno już nie ma. Wyrugował go i zniszczył Sajon. Ponoć nie ma teraz bezpieczniejszego miejsca. Ale to tylko gorzka ironia. Sajon wydaje się być piekłem. Jego prawdziwe oblicze pozna jednak Paige w momencie, kiedy w wyniku niesprzyjającego splotu okoliczności, wykorzysta swe umiejętności, by zabić i zaraz potem trafi do karnej kolonii, w której zmuszona będzie walczyć nie tylko o życie. Rozpocznie się trudna droga, by ocalić własną tożsamość; zrozumieć siebie i swój talent oraz pojąć grozę wroga, z jakim Paige wejdzie w skomplikowaną zależność…

Tam, gdzie zesłano Paige, rządzą bezwzględni Rafaici. Nie są ludźmi. W ich żyłach nie płynie krew, lecz ektoplazma. Dwieście lat temu stworzyli przestrzeń, do której zsyła się jasnowidzów, by złamać ich, upokorzyć i kazać stać się takimi, jakimi nigdy nie chcieliby być. Rafaici są potężni i wieczni. Roszczą sobie prawo do tego, by być kimś na kształt bóstw. Z niepokornymi jasnowidzami z Sajonu radzą sobie brutalnie i bezkompromisowo. Z samym Sajonem są w pewnym skomplikowanym układzie. Paige zorientuje się, że aby przetrwać, musi przyjąć zasady gry Rafaitów. A oni boją się mocy Mahoney, która z czasem coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że musi powalczyć nie tylko o samą siebie.

Jej tożsamość zredukowana zostaje do numeru. XX-59-40 trafia pod opiekę enigmatycznego Naczelnika. Ich wzajemne relacje są zawikłane, bo okazuje się, iż Paige nieprzypadkowo znalazła się w posiadaniu Arcturusa i jako wybrana podejmuje pewną grę; musi zachować twarz, pokonać śmiertelnych wrogów i zrobić wszystko, by nie wykorzystali oni jej daru w złym celu. Tyle tylko, że w opowieści Shannon samo zło przyjmuje coraz to nowe definicje i jest czymś, czego nie da się określić w świecie, jaki atakowany jest dodatkowo przez tajemniczych Emmitów z ich dzikością i witalną siłą, jakiej Rafaici nie mogą się przeciwstawić.

Tytułowy czas to cykliczne przejmowanie od Sajonu kolejnych jeńców, jakie ma miejsce co dziesięć lat i odbyło się właśnie po raz dwudziesty. Paige nie dzieli losu większości skazańców; zostaje poddana wielu próbom wytrzymałości i każą jej robić rzeczy, którymi gardzi, a które dadzą jej możliwość ucieczki z piekielnego kręgu Szeolu I. Mahoney szybko odkrywa, iż nowi zesłańcy etapami są przygotowywani do tego, by stać się precyzyjnymi maszynami do zabijania sterowanymi przez Rafaitów. Paige decyduje się na opór i chce pokazać, że nie złamie jej nic w świecie, do którego trafiła, bo tam, skąd przybyła, jej siła i zdecydowanie urosły tak, iż nie da się zniewolić. Tylko czy już wcześniej nie znalazła się w niewoli i czy jej dotychczasowe życie jest tym, za czym warto tak silnie tęsknić?

Samantha Shannon stworzyła swoją wizję z różnego rodzaju detali, jakie niesamowicie budują aurę przestrzeni,  w której zniewolone są umysły, a jedyną szansą na to, by pozostać sobą jest podjęcie się prac, o których nie mówi się z dumą, bo nie ma już chyba zajęcia, które byłoby bezwzględnie etycznie czyste. Świat stworzony przez Shannon to świat opresji, jakiej nie da się opisać wprost. Przyszłość to czas, w jakim nikt nigdy już nie może zostać sam na sam ze sobą. To czas, gdzie trzeba być bezwzględnym i gdzie tożsamość jest nie tyle zagrożona, co nieustannie kwestionowana. Paige Mahoney ma tę tożsamość, ale musi się z nią kryć wyjątkowo umiejętnie. W kolonii karnej nie tylko pozna siebie z takiej strony, z jakiej się nie znała, ale mierząc się z wrogami, mierzyć się będzie także ze swoimi słabościami i intymnymi przeżyciami, które w tym nieludzkim świecie udało jej się mimo wszystko zachować dla siebie.

Ta imponująca swoim rozmachem narracja opowiada o przekleństwie daru jasnowidzenia i jednocześnie o jego wielkości, która czynić może wyjątkowym i niepowtarzalnym. To bardzo mroczna opowieść o zniewoleniu rozpatrywanym w wielu aspektach. Książka, której przesłanie wydaje się jednoznaczne, ale tak naprawdę Shannon zdaje się w niej pozostawiać pewne tropy, które czytelnik podejmie chyba w kolejnych tomach opowieści. „Czas Żniw” to symboliczna opowieść o wielu wymiarach okrucieństwa; takiego, którego nie sposób już nazwać ludzkim. O godności, o jaką walczy się w warunkach, w jakich brak już sił na tę walkę. I o sprawiedliwości, jakiej wciąż się szuka. Shannon napisała jednak przede wszystkim historię o dojrzewaniu do tego, by być wyjątkowym. O sile, którą przeklina się i wielbi jednocześnie. Dotknęła trudnej problematyki egzystencjalnej osadzonej w przyszłości, ale jednak tak dobrze nam znanej z tego, co widzieliśmy lub widzimy teraz, nie w 2059 roku. Nade wszystko jest to świetnie skrojona powieść fantastyczna z elementami grozy i sensacji, od której nie sposób się oderwać. I dynamika zdarzeń będzie zapewne siłą napędową tego tytułu. Zachęcającego, by sięgać po kolejne.

Wejdź w mroczny świat Samanthy Shannon, jeśli masz odwagę. Pamiętaj, że tam kontroluje się wszystko – przede wszystkim dusze i umysł. I nie można tego świata opuścić! Ta fantastyczna wizja może nie tylko uwodzić, ale także uwięzić. Obok tej książki nie można po prostu przejść obojętnie.


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-18

"Zgorzkniała pizda" Maria Sveland

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 25 września 2013

Liczba stron: 262

Tłumacz: Maciej Muszalski

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Kobieca martyrologia

Książka Marii Sveland nawojowała się już medialnie tylko z racji swojego tytułu. Na okładce widnieje informacja, że to światowy bestseller i potem spróbuję znaleźć odpowiedź na pytanie o to, dlaczego powieść literacko mierna nim się stała. Ponieważ nie lubię gier opartych na prostych chwytach, postanowiłem zajrzeć do środka i zastanowić się nad tym, czy Sveland rzeczywiście ma jakąś magnetyczną moc przyciągania i czy stoi za tym jakość. Nie stoi. Obawiam się, że jest to pozycja robiąca dużo szumu, ale niewiele tak naprawdę wnosząca. Do dyskursu o płciowości, wolności, sprawiedliwości czy podziale zajęć w taki sposób, by realizowały się obie strony związku oraz by męskość uzupełniała kobiecość i odwrotnie. O tym przecież ma być ta książka. O problemie niemożności pojednania.

Sveland prezentuje nam kobiecość opresyjną; stłamszoną i deprecjonowaną wciąż przez mężczyzn. Taką, która nie wychodzi naprzeciw światu, bo obsesyjnie skupia się na sobie. Na historii ukształtowanej przecież w konkretnych warunkach i przez konkretnych ludzi. To manifest subiektywny, taki feminizm w populistycznej wersji. Maria Sveland wie, czym z łatwością przyciągnąć uwagę czytelniczek, by identyfikowały się z główną bohaterką. Sztuczki są proste i łatwe do zdemaskowania. Powieść sama w sobie nieznośnie monotonna. Szykująca rewolucję w zakończeniu i tym zakończeniem mocno rozczarowująca, bo wszelkie problemy banalizuje i  czyni je produktem umysłu kobiety, która wścieka się o to, iż… narodziła się kobietą, ma kobiece pragnienia i czuje, że świat lepiej się ułożył mężczyznom; że to oni dyktują, jak należy żyć i że w takim życiu można się dusić.

Duszna jest atmosfera tej książki. Niesie jedynie kilka naprawdę odkrywczych myśli. Męczy stronniczością i faktem, iż kwestionuje wszelkie możliwe sposoby osiągnięcia szczęścia i spełnienia. Jest skomplikowana równie jak XXI wiek, ale z drugiej strony ucieka od czegoś, co współczesność stara się docenić w każdym dyskursie. Od obiektywnego przedstawienia problemu, który czyniłby tę książkę naprawdę ważną. Jest natomiast powieścią, którą część czytać będzie z wypiekami na twarzy, a część odrzuci po kilkunastu stronach. Nie tędy droga, by pokazać, iż stworzyło się literaturę. Nie można też całkowicie skrytykować tej książki, bo podejmuje ważny problem kobiecej izolacji, poczucia pustki i obrazuje zgubny wpływ patriarchatu na codzienność relacji damsko-męskich. O czym jednak naprawdę pisze Maria Sveland? Pewnie o gniewie, o złości, o zagubieniu i zniechęceniu. O tłumieniu własnych potrzeb i braku umiejętności wyjścia poza własny narcyzm. Bez względu na płeć, naprawdę.

Sara wychowywała się w domu, jakich wiele. Jej matka była bierna i wycofana. Na każde skinienie męża. W wiecznej gotowości, by wyjść mu naprzeciw. To córka, już dorosła, uznaje z pełnym przekonaniem, iż to ona może jej życie zrozumieć, ocenić i na jej przykładzie snuć rozważania o ciężkim losie kobiety. Los matki Sary był ciężki. Mąż stale nieobecny, tatuś doskonale niedostępny; zarówno małżonka, jak i córki stale walczyły o jego zainteresowanie, a dorastająca Sara była zdolna do podstępów, by zdobyć jego troskę, czułość, bliskość przecież należną, a wciąż deficytową. Sara pragnęła szczęśliwej, chrześcijańskiej rodziny. Otrzymała model niedopasowania, w którym najpierw trudno jest się ze sobą komunikować, a potem już się nie chce. Pamiętając ojca jako skupionego tylko na sobie, przejmuje po nim tę kompulsywną wadę, wypowiadając wojnę światu mężczyzn i przeklinając swoją w nim rolę, wciąż niedocenianą, wciąż krytykowaną.

Teraz Sara kończy trzydzieści lat i żeby zrozumieć, kim się stała, wyjeżdża na Teneryfę, zostawiając dwuletniego synka i męża Johana, z którym żyje od wielu lat, a ich małżeństwo jest nowoczesne w tym znaczeniu, iż każde robi swoją karierę i starają się wzajemnie nie ograniczać. Nie jest tak do końca. Sara uważa, że nie ma szczęśliwych małżeństw. Że troski, nieporozumienia, wszelkie konflikty kryją się za fasadą uśmiechniętej rodziny, która nie dzieli się z nikim swoimi troskami. Bohaterka Sveland ukazuje małżeństwo jako stan opresji. Chce też skończyć z mitem szczęśliwego macierzyństwa, bo nie była szczęśliwą matką, wiele cierpiała, nazbyt wiele znosiła. Do samolotu lecącego w styczniu na słoneczną Teneryfę zabiera „Strach przed lataniem” Eriki Jong i książka ta stanie się jej bliska, towarzysząc rozmyślaniom i przemianie, jaka ma się dokonać, by Sara wróciła do swojego życia szczęśliwsza.

Tymczasem szczęśliwa nie jest. Dlaczego swój stan określa tak dramatycznie? „Bo kiedy przepaść między marzeniami a rzeczywistością jest zbyt duża, kobieta zmienia się w zgorzkniałą pizdę”. Bohaterka ma trudność z oddzieleniem swoich pragnień od warunków życia, w jakich te pragnienia można zrealizować. Atakuje męskość jako stan dominujący. Determinujący drogę kobiecości ku samorealizacji. Punktuje bezlitośnie. Mężczyźni szybciej robią karierę, mają łatwiejsze życie. Oderwanie się od małego dziecka jest u nich czymś normalnym, nieobecność matki się piętnuje. Kobieta jest przez nich określana mianem dziwki zawsze wtedy, gdy chce okazać podniecenie, do którego ma takie samo prawo jak oni. Nazywana jest dziwką nawet i bez tego. Na jej głowie znajduje się domowy etat, to ona doradza i kieruje życiem rodzinnym oraz dziecka, nie otrzymując za to wdzięczności. Mężczyzna ma prawo zamknąć się w sobie, kobieta to czyniąca jest wytykana palcami. Sara wymienia mnóstwo sytuacji, w jakiej życie kobiety jest podłe i niedoceniane. Ona sama staje się zakompleksiona i zła. Zła na świat i zła na siebie. Nierówność społeczna czyni ją osaczoną. Sara nie dostrzega w męskości niczego więcej ponad to, z czym trzeba walczyć. Utyskuje, narzeka. Niczego nie proponuje w zamian. Jej monolog to wizja świata nieszczęścia, w jakim kobiety cierpią dlatego, iż nimi są. Bohaterka Sveland wygłasza opinie nie tyle skłaniające do refleksji, co przetarte już przez schemat i powtarzalność. Choćby taka - „Za każdym odnoszącym sukcesy mężczyzną stoi kobieta ze zmęczonymi nogami i migreną. A za każdą odnoszącą sukcesy kobietą jest rozwód”. Prawda objawiona? Nie wydaje mi się.

Też mogę napisać o własnych doświadczeniach. O tym, że znam zawody i znam sytuacje, w  których mężczyzna jest dyskryminowany. O tym, że poznałem matkę odrzucającą dziecko i dramat ojca, który bezskutecznie o nie walczył. Nawet o tym, że istnieje coś takiego jak przemoc, gdy w domu żona potrafi uderzyć męża albo słowami zadać mu rany gorsze niż od jakiegokolwiek narzędzia. Mogę o tym opowiadać, ale po co? Z takiego snucia myśli wynika tylko tyle, co z monologu Sary. Niewiele. Nie ma miejsca na dyskusję, na przemyślenia, na ujrzenie problemu w szerszym spektrum. Dlatego „Zgorzkniała pizda” bazując jedynie na prostych emocjach, zdobywa popularność, bo mówi o krzywdzie. Czy w jakikolwiek sposób krzywdę tę ukazuje szerzej? Czy Sara jest w stanie wyjść poza samą siebie? Czy to wartościowa książka? Wątpię. Nie ze względu na to, że jestem mężczyzną. Powodem jest fakt, iż lubię rozważać problem przedstawiony wielowymiarowo. Tu wszystko jest płaskie, przewidywalne; nie ma ujęcia problemu, jest gniew, krzyk, żal i emocje. Emocjami nie opowiada się o problemach, jeżeli naprawdę pragnie się zwrócić na nie uwagę.