Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-12-22

"Ślepnąc od świateł" Jakub Żulczyk

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 22 października 2014

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Warszawskie mglistości

Trudno mi zauważyć w nowej powieści Jakuba Żulczyka coś, co byłoby w jakikolwiek sposób nowatorskie, twórcze i zmuszało do oryginalnych przemyśleń. Jeśli cała ta mroczna opowieść o zaćpanej kokainą Warszawie i młodym cyniku, którego gubi pewność siebie, jest jedną wielką zgrywą - autorowi należy się szacunek, bo oto podważa wszelkie fabularne kalki młodej, gniewnej, wulgarnej i epatującej przemocą prozy, by dokonać autoironicznej diagnozy tego, jak opowiadamy o dzisiejszym świecie. Jeżeli jednak "Ślepnąc od świateł" to powieść jak najbardziej serio, można jedynie zastanowić się nad tym, co ją formalnie broni, bo czyta się to na początku z nieustannym znużeniem powtarzalności scen, a w oczekiwaniu na spektakularny finał przewiduje co najmniej kilka autorskich rozwiązań i pozostaje z niemym pytaniem o to, czy to już wszystko, naprawdę wszystko i czy tylko tyle Żulczyk ma nam do powiedzenia.

Najnowsza rzecz autora "Instytutu" bardzo przecież prowokacyjna, przekorna i napisana drapieżnie, jest pewnego rodzaju moralitetem, w którym kryją się i lęki ludzi wynikłe z ich atawizmów, jakie wymagają czasem temperowania, i kara ponoszona za poddawanie się egoistycznym pobudkom, za podporządkowanie sobie rzeczywistości, zamiast pokornego do niej dostosowania. Książka o poszukiwaniu prawdziwej wolności i o złudzie istnienia naprawdę. Mocno uderzająca w kilka czułych punktów, ale mocno też przegadana. Z bohaterem prowadzącym, który sam nie zdaje sobie sprawy z tego, jak mało jest przekonujący i jak bardzo osadzony w świecie, od którego próbuje się dystansować. Ze światem przedstawionym, który wyolbrzymia to, co wyolbrzymiano już wielokrotnie. I z personifikowanym miastem, labiryntem, żywym mechanizmem, wiecznie na jawie i wiecznie w ruchu - to także coś, co już się wydarzyło i zostało opisane na kilka sposobów. Żulczyk usiłuje dowieść, że to, co się odbywa po pierwsze jest czymś ważnym, a po drugim może się odbyć tylko w Warszawie.

Co zatem może przyciągać do "Ślepnąc od świateł"? Paradoksalnie to, co wydaje się od tej książki odpychać. Im mocniej wchodzimy w ten brudny świat po zmroku, w którym niejedno zombie pragnie jedynie namiastki szczęścia w postaci białego proszku, tym bardziej trzymamy się blisko Jacka - dostawcy niewidzialnego, przezroczystego, poza układami i znajomościami. Trzymamy się go, bo wydaje się jedynym rozsądnym, choć mądrzy się niemiłosiernie i w opiniach o tym, co go otacza, jest dydaktycznie nieznośny i po pewnym czasie irytujący. Ale to Jacek jest postacią pierwszego i jedynego planu, choć Żulczyk niemało wysiłku wkłada w to, by wiarygodnie portretować wszystkich złych oraz szarych z jego otoczenia. Jedynie Jacek nakreślony jest wyraźną kreską, ale ta wyrazistość zacznie być podważana. Mamy bowiem zabieg, w którym powierzamy resztki zdrowego rozsądku temu, co daje się oszukać. Temu, który mimo wszystko jest częścią systemu i składa się na niego w tak samo elementarnym stopniu, co jego klienci, z których potrafi ironicznie drwić, wiedząc jednocześnie, że tylko dzięki nim utrzymuje się przy życiu.

Sama istota żywotności Jacka jest sprawą ciekawą, bo jest bohaterem teoretycznie wolnym od wszystkiego, co uzależnia ludzi z jego otoczenia. Nie wchodzi w to, w co weszli wszyscy zniewoleni przez słowa, handel i narkotyki. Czuje się inny, choć niekoniecznie lepszy. Ma plan, chce wyjechać, chce przede wszystkim zacząć żyć naprawdę. Zarobione pieniądze stają się tylko martwą lokatą, są gwarantem szczęścia w bliżej nieokreślonej przyszłości; dają ogromny komfort, a jednocześnie niewolą dużo bardziej niż przewożona i dystrybuowana kokaina. Jacek jest w gruncie rzeczy małym chłopcem, który uwolnił się od prowincji, nieudanych relacji rodzinnych i towarzyskich. Samostanowi się w tej najbardziej ostrej z form, bo chce być poza konkurencją, poza układami i gdzieś poza ludźmi. Jacek jest ludzki w pełnym tego słowa znaczeniu, choć kwestionuje człowieczeństwo tak w ogóle, dostrzegając w nich tylko atawizmy, od jakich ucieka. Tymczasem ma w sobie ludzkie uczucia, bo jest w nim jakiś ślad po sentymentalnej miłości oraz coś na kształt resztek przyjacielskiego przywiązania do jedynej osoby, która w tej książce ma szansę cokolwiek wygrać i powalczyć o lepszą przyszłość.

Żulczyk tworzy rzeczywistość jak z mrocznego snu, gdzie nie ma gotowych rozwiązań problemów, a przemoc warunkuje większość działań. Jacek porusza się niezauważalnie po stolicy i zatrzymuje tylko w punktach na mapie swoistego chaosu. Jest zatem Warszawa miejscem, w którym ludzie zniewoleni są przez pieniądz i pragnienia na własne życzenie. Nie ma co im współczuć. "Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami". Po pewnym czasie dochodzimy do tego, co wyrządził sobie sam Jacek. Lektura staje się ciekawa mniej więcej w połowie, kiedy pojawiają się pierwsze pęknięcia w fabule - wpada najlepszy klient, sypie swego dostawcę, kolejne zdarzenia to już efekt domina i w związku z tym uporządkowany świat Jacka zaczyna się rozpadać.

Odnoszę wrażenie, że w tej powieści niczemu nie można zawierzyć i wszystko zostaje potem przez autora zakwestionowane. Jacek pragnie odejść od szarego przeznaczenia smutnych proli, dla których nie ma szans na zrobienie w życiu czegoś wyjątkowego. Jego droga nie jest jednak żadną alternatywą. Wolności nie ma jako takiej, bo o wolności bohaterowie tej książki mogą jedynie rozmyślać. Jacek usiłuje uwolnić się od wszystkiego, co go wiązało z życiem w przeszłości, a przyszłość widzi jedynie jako drogę pewnego eskapizmu, bo tu i teraz, z tysiącami w kieszeni i z płaszczem za 1200 euro, nie widzi ani sensu, ani swobody, nie widzi siebie i nie jest w stanie określić, na ile tak naprawdę jest przezroczysty.

Żulczyk składa ukłon w kierunku tej grupy docelowej, która nie będzie zainteresowana wulgarną, obsceniczną i agresywną prozą męskiego nurtu. Jacek jest więc rycerski i za największą krzywdę uznaje przemoc wobec kobiety. Tej znieść nie może. Definicja kobiecości jest tu co najmniej niewyraźna, są bowiem obok kobiet wymagających obrony zwyczajne dziwki do używania. Jest w tej rycerskości Jacka tyle samo nieznośnego fałszu, co w jego cynicznym patrzeniu na świat, z którego wcale nie wyrasta gdzieś ponad. A jednak to kobieta na kartach tej powieści zadaje jedno z ważniejszych pytań...

Brzmi ono tak: jak wygląda dziś twoje szczęście? Jacek nie ma żadnej definicji szczęścia. Dla Jacka nie ma nawet czegoś takiego jak "dzisiaj". Jak wygląda coś, co mogłoby być alternatywą od pełnego przemocy świata, od którego uciekać można tylko w kolejną przemoc? Jakub Żulczyk zjada tutaj trochę swój własny ogon, zapętla swych bohaterów w szeregu sytuacji bez wyjścia i sam ukazuje jakąś niemoc i niepewność tego, co w zasadzie zrobić z tym przesyconym złem światem, do którego wprowadza czytelników. "Ślepnąc od świateł" to proza energetyczna, złośliwa i dwuznaczna, ale tak naprawdę proza bez wyraźnie czytelnych przesłań. Trudno jest ją klasyfikować gatunkowo, ale przede wszystkim trudno cokolwiek z niej wynieść. Być może jest przeszarżowana, a być może niewiarygodna. Nie można obok niej przejść obojętnie, ale równie trudno wziąć z niej coś dla siebie.

Brak komentarzy: