Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-04-29

"Ballada o drobnym karciarzu" Lawrence Osborne

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 kwietnia 2016

Liczba stron: 270

Tłumacz: Anna Gralak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Hazard życia

Laurence Osborne wraca do portretowania zderzenia cywilizacji. Pustynne Maroko z "Przebaczenia" było przestrzenią, w której wyższość zderzała się z wrogością i tajemnicą. „Ballada o drobnym karciarzu” to książka rozgrywająca się na pograniczu Makau i Hongkongu. W tej pozbawionej wyraźnych zarysów strefie pozornie kopiującej zachodnie wzorce, ale pozostającej odrębnym światem. Wschodnim Zachodem iluzji i zagubienia. Pośród przybytków rozkoszy dla hazardzistów, gubiących w nich tożsamość i poszukujących wrażeń w niepewności wygranej. Osborne kreśli znany już z doskonałych książek obraz dryfującego gdzieś na powierzchni życia wyrzutka zachodniej cywilizacji. Portretuje go w walce o zapomnienie. Stawia w sytuacji, która mogłaby być dla niego początkiem innej drogi, i wyraźnie pokazuje, jak niewiele korzysta z momentu przełomu. W życiu niejakiego Doyle’a przełom bowiem nastąpił. Angielski prawnik ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, by wytyczyć swoją własną. Uznać biografię za skończoną i pozostawić ją jedynie pośród opcji pomnażania majątku lub jego utraty. Zgorzknienie oraz samotność jawią nam się nad wyraz czytelnie, ale ta powieść jest przede wszystkim historią o osobliwym spotkaniu, niezwykłej konfrontacji i o złudzeniach, których bohaterowie muszą pozbyć się na dobre.

Osborne portretuje współczesne Chiny jako świat, w którym nikt nie jest zakorzeniony i gdzie ludzka podmiotowość tonie w morzu możliwości. To taka pozornie stabilna przestrzeń, w której można w każdej chwili zniknąć bez śladu. Doyle chce zniknąć nie tylko dla tych, którym wyrządził w Anglii krzywdę. On stapia się z otoczeniem przede wszystkim po to, by zakwestionować wszystko to, czym był wcześniej – jako mężczyzna i jako członek zachodniej cywilizacji. Hazard to dla niego adrenalina oraz sens istnienia. Odrzuca marzenia, minimalizuje pragnienia, istotne są tylko obrót gotówką i zapomnienie. To specyficzny eskapizm i wyjątkowo smutne odreagowywanie życiowej goryczy. Bohater ma co odreagować, ale jednocześnie wie, że całe jego angielskie pochodzenie to wygrana na życiowej loterii równie krucha co nabyte w kasynach bogactwo. W tym znaczeniu powieść Osborne’a rozprawia się z kondycją człowieka Zachodu konfrontowanego ze światem, w którym może poczuć się lepszy. A wszystko to jednak uwarunkowania, szczęśliwe położenie geograficzne, równie szczęśliwy życiorys. Doyle nie wie jednak, co to szczęście. Odpuścił sobie szukanie go. Nawet definiowanie pojęcia.

Tymczasem jednak stanie przed dość specyficzną bliskością. Na jego pozbawionej azymutu drodze pojawi się prowincjonalna chińska piękność Dao-Ming. Połączą ich kupna namiętność i chwile zapomnienia tak charakterystyczne dla miejsca, w którym każdy stara się na chwilę zapomnieć o tym, kim jest. Dao-Ming z niezrozumiałych powodów zainteresuje się bliżej Doyle’em. Co więcej – będzie gotowa uratować go od zguby. Zacznie się specyficzna gra między kochankami. Życiowy oportunista zostanie skonfrontowany z ludzką czułością. Czy Dao-Ming może zaoferować cokolwiek, po co Doyle byłby w stanie sięgnąć? Oboje przecież miotają się, by zerwać z takim, a nie innym pochodzeniem oraz błędami wynikłymi z tego pochodzenia. Każde z nich stara się zapomnieć siebie na kilka możliwych sposobów. Co wydarzy się w momencie, w którym nie będą chcieli uciekać w tajemnice, a zostanie im dana szansa na nową, szczerą relację?

Doyle jest nieufny, a Dao-Ming zachowawcza. To specyficzna literacka para portretowana z czułością, a jednocześnie silnie osadzona w marazmie i tym rodzaju życiowego rozgoryczenia, w którym można się pozbawiać możliwości wyborów. Osborne ukazuje nam bohaterów, którzy z różnych powodów nie chcą walczyć o coś więcej, bo utrwalili już w sobie schematy zachowań odpowiednie do znanych im sytuacji. Mogliby być członkami innego świata, ale nie zgadzają się na jego zasady. Nie są też gotowi na zmianę. A może tylko oszukują się wzajemnie? W tej powieści podobnie jak w „Przebaczeniu” Osborne stawia na niejednoznaczność motywacji działań swych zamkniętych w sobie ludzi, z których każdy zdaje się tragiczną w swej samotności wyspą. Ponownie obcujemy ze światem przeżyć, w których czają się lęk i rosnące obawy. Orbitujemy wokół postaci z krwi i kości, które zgorzknienie godzą z tymi resztkami siły, by walczyć o kolejny dzień, nie oczekując od niego zbyt wiele.

Laurence Osborne pisze w sposób bezkompromisowy, nie dając jednoznacznych rozwiązań fabularnych i nie sugerując dalszych ciągów, gdy tworzy zakończenia otwarte. Ballada o drobnym karciarzu” to przykład książki obrazującej poziomy ludzkiego lekceważenia siebie oraz pokazującej, w jaki sposób oddalamy się od struktury społecznej, bo weszliśmy w nią z poczuciem presji i z kompleksami. To także wyrazista rozprawa z tym, co znaczy dzisiaj cywilizacja, i gorzka diagnoza różnic, które – jak relacja dwojga kochanków – z góry zakładają czyjąś wyższość i uległość drugiej strony. To także rzecz o cynizmie tak zwanej rozwiniętej cywilizacji i poczuciu pustki, z którego nie potrafimy się wydobyć, gdy krwią życia staje się gotówka, a jedyną szansą na emocjonalny wstrząs – wielka i spektakularna wygrana w wąskim kręgu.

Osborne portretuje także wewnętrzną przestrzeń prywatnego więzienia, z którego wydostać się nie sposób, a którego ramy nakreśliła już przeszłość, boleśnie uwierająca i niemożliwa do wspominania. To opowieść o euforii i upadku – tak sobie bliskim w świecie, w którym kasyna wiecznie tęsknią i gdy jest to jedyna tęsknota, z którą może mierzyć się zgorzkniały życiowy uciekinier. Przejmująca powieść pełna czytelnych przesłań i mrocznych sugestii. Jednocześnie przepełniona humanizmem i empatią pozwalającym w piekle azjatyckich miejsc hazardu dostrzec moment, w którym można zagrać… o czułość oraz zainteresowanie drugiego człowieka. Po raz kolejny Laurence Osborne udowadnia nam, że wciąż uciekamy od siebie i jedynie krańcowe doświadczenia pozwalają nam spojrzeć w siebie uważniej. Często jednak nie wykorzystujemy tej możliwości, bo nie chcemy kontaktu z sobą. Doyle jest przykładem człowieka odwróconego tyłem do swej cywilizacji, ale także do własnych pragnień i potrzeb. Osborne portretuje go, by moralizować, ale także po to, by zadawać niewygodne pytania egzystencjalne. Rzecz warta szczególnej uwagi.

2016-04-27

"Armenia. Karawany śmierci" Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 marca 2016

Liczba stron: 232

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Cierpienie i odwaga

Trzeba dużej czułości i taktu, żeby napisać o współczesnej Armenii. Andrzejowi Brzezieckiemu i Małgorzacie Nocuń wychodzi to doskonale. Opowiadają o wspaniałości i podłości Ormian. Budują wyraźne kontrasty, ale ich pisanie o tym kraju to przede wszystkim zacieranie tego, co jednoznacznie dobre i złe. W morzu nienawiści albo obojętności ukazane są silne ludzkie uczucia. Pośród grozy okrucieństwa obrazy sygnalizujące wielkie przywiązanie do ziemi nękanej wojną i głodem, niesprawiedliwie obarczonej przez historię cierpieniem, jednocześnie czarującej pięknem przyrody i wrażliwością Ormian. Wszystko w tym reportażu rozgrywa się między nakreślonymi skrajnościami. I to jest naprawdę piękne, choć równie mocno niepokojące. Ta książka unika jednostronności, nadmiernie wyrazistych sądów, unika także portretowania społeczeństwa armeńskiego jako zbiorowości skazanej na udrękę. Wszystko, co ważne, ukryte jest pośród wieloznacznych śladów i różnorodnych rozmów przeprowadzanych z poczuciem taktu oraz z wyjątkową uwagą słuchaczy starających się oddać odcienie złożoności armeńskiego losu. Brzeziecki i Nocuń patrzą na Armenię w taki sposób, że już od pierwszych stron przestaje być ona dla nas obcym krajem. Staje się krajem pytań, zagadek i dwuznaczności. A w tym wszystkim czytelny kaukaski fatalizm, z którym autorzy muszą się oswoić.

Tam, gdzie tka się piękne dywany, jednocześnie dopuszcza aborcji i usuwa płody, gdy rodziny spodziewają się dziewczynek. Wyborny smak armeńskich koniaków idzie w parze z gorzką strukturą patriarchalnego społeczeństwa i pozycją kobiety, dla której bardzo często nadrzędnymi życiowymi uczuciami są uczucie niespełnienia i żałoba. Ujmująca dzikością gór i soczystej zieleni kraina to także miejsce różnych patologii, korupcji, zachowawczości i obojętności społecznej. Armenia cierpi niczym biblijny Hiob - autorzy sygnalizują te cierpienia wyraźnie. Kolebka cywilizacji, pierwszy chrześcijański kraj na świecie latami doznawał ogromu cierpienia. Ormianie przyjmowali je z pokorą, choć w kolejnych pokoleniach złość i chęć odwetu zaczęły już narastać. Brzeziecki i Nocuń notują i słuchają uważnie - o rzezi Ormian w 1915 roku, o trzęsieniu ziemi z roku 1988, o strzelaninie w parlamencie 1999 roku czy strzałach oddawanych do tłumu sześć lat potem. Armenia została naznaczona cierpieniem. Jest jednocześnie kraj w silnej orbicie rosyjskich wpływów, wciąż pozostający w stanie gotowości do wojny z Azerbejdżanem, ustawicznie walczący o uznanie swej wyjątkowości i z sentymentem spoglądający na pobliski Ararat  - święta góra Ormian znajduje się poza granicą ich kraju i to dość czytelny symbol dziejowego oszustwa. Armenię oszukano i wykorzystano wielokrotnie. Dzisiaj pozostają w niej nieutulony żal i gorycz, dla których ujścia raczej nie ma. Dzisiejszy Ormianin staje przed niewesołą alternatywą - emigracja albo ciche przyzwolenie na to, co na co dzień utrudnia egzystencję. Być mieszkańcem Armenii to cierpieć i zmagać się z przeciwnościami losu. Żyć w kraju, z którego wyemigrowała rzesza znacznie przewyższająca aktualną liczbę mieszkańców.

Autorzy reportażu starają się odpowiedzieć na pytania o to, dlaczego dzisiaj to bierność i swoisty marazm są cechami charakterystycznymi społeczeństwa niezdolnego do rewolty typu Majdan i uwięzionego w sieci wielu toksycznych zależności. Niczego nie tuszują, obrazując armeńską codzienność z pewną bezkompromisowością, bo na co dzień bardzo trudno jest być Ormianinem. Skomplikowane układy władzy, armia mordująca własnych żołnierzy, wiszący w powietrzu konflikt o Górski Karabach i poczucie, że świat w dużej mierze nie reaguje na bolesne absurdy życia w Armenii. Otrzymujemy przede wszystkim obraz społeczeństwa, które nigdy nie przepracowało własnych traum. Ludzi odartych z godności wielokrotnie, brutalnie zabijanych, odrywanych od ziemi, od domu rodzinnego. Wspomnienie nierozliczonych nigdy bestialstw z 1915 roku to taka bolesna spuścizna, która pozostaje w kolejnym pokoleniu, bo wówczas i potem nie doczekano się zadośćuczynienia. Nikt nie zapłakał nad milionami zabitych ponad sto lat temu. Nikt nie przeprosił. Nikt nie pomyślał, że urażona godność to brzemię pozostające już na zawsze. Dziś Armenia nadal pamięta o 1915 roku i tkwi w niej ten mroczny gniew niepomszczenia tego, co się wówczas wydarzyło. Ale dziś to także konflikt o Górski Karabach wciąż rozpala namiętności i wywołuje napięcia. Walkę o sąsiadem o sporne terytorium jeden z rozmówców nazywa "patologicznym nacjonalizmem". Granica azersko-armeńska tkwi w wiecznym niepokoju i pośród odgłosów wystrzałów. Przyczajeni sąsiedzi wiedzą, że konflikt może eskalować. Bierność zabijanych  w 1915 roku nie jest już cechą narodu, który na co dzień tkwi być może w strachu i milczeniu, ale dziś potrafi walczyć, wciąż gotowy na kolejny rozlew krwi.

"Armenia. Karawany śmierci" to poruszająca opowieść o tym, jak żyje się kaukaskim kochankom, bojownikom, politykom, kobietom i młodemu pokoleniu. To historia wielkiej dumy i równie wielkiego wstydu. Narracja o kraju, którego dogłębne poznanie kryje się pośród wielu kontrastów i być może między tym, co skrajne, ujawnia się on w całej okazałości. Bo Armenia to gniew i bierność, to rozpaczliwe próby określania własnej tożsamości i codzienna walka o każdy kolejny dzień. Wszystko w cieniu milczącego Araratu, który kiedyś dał początek nowemu życiu, a dzisiaj to życie okrywa mrocznym cieniem.

Andrzej Brzeziecki i Małgorzata Nocuń odbywają wiele barwnych, ale i trudnych podróży. Wskazują, że kaukaska żałoba pod tą szerokością geograficzną nie ma szans, by się dopełnić. Zbyt wiele trudnych rozdziałów z przeszłości wciąż nie zostało zamkniętych, a dzisiejszy Ormianin chce wierzyć, że jest wyjątkowy, ukradkiem ocierając łzę albo wspominając jakąś niesprawiedliwość, bo jest ona doświadczeniem właściwie każdego. Piękna książka o trudnej rzeczywistości i o bliznach na organizmie społecznym, które pozostają na zawsze. Jednocześnie opowieść o wielu nadziejach, żarliwych uczuciach, trwałych relacjach rodzinnych i wierze w to, iż kraj wybrany przez boga otrzyma kiedyś zadośćuczynienie za hiobowe cierpienia. Ormianin ma siłę, dumę i wiele determinacji. Dużą dozę wrażliwości i jednocześnie sporo mrocznego okrucieństwa. Autorzy pytają, dziwią się, zaczynają rozumieć i szanują. Oddają czytelnikowi osąd i refleksję, będąc czułymi przewodnikami. Takie książki jak ta to wyjątkowe świadectwa ludzkiej podłości i niezwykłości jednocześnie. Jeden z lepszych reportaży, jakie miałem okazję przeczytać.

2016-04-25

"Wilimowski" Miljenko Jergović

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 15 kwietnia 2016

Liczba stron: 182

Tłumacz: Magdalena Petryńska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Wbrew końcowi

Niezwykła jest historia tej enigmatycznej książki. Niezwykłe wyczulenie tłumaczki, która konsekwentnie dąży do ujawnienia zamiarów autora. Czytamy „Wilimowskiego” głównie dzięki Magdalenie Petryńskiej, a jest to rzecz, którą autor skazał na dość specyficzny los. Specyficzna jest także jej konstrukcja. Początkowo niespiesznie podążamy ku punktowi kulminacyjnemu, jakim jest słuchanie radiowej relacji z meczu polskiej reprezentacji na mundialu 1938 roku. Potem Jergović buduje bardzo osobistą narrację o specyficznej relacji i o tym, co w niej zostało zaniedbane, co trzeba poprawić przed rychłym końcem. Bo jest to przecież w znacznej mierze powieść o czymś, co się kończy. Właściwie o całym świecie naznaczonym widmem rychłej zagłady lub chaosu. Nieprzypadkowy jest rok wydarzeń, w czasie którego Europa oferuje już coraz mniej miejsc, gdzie można byłoby się schronić przez wizją kolejnej wojny światowej. Zamknięci w sobie wędrowcy z Polski odnajdują jednak takie miejsce. Schronią się na wzgórzu nieopodal nadmorskiego miasteczka w Jugosławii, w domu niemieckiej gospodyni – enklawie spokoju, gdzie nie docierają wpływy tego, co faktycznie dzieje się w Niemczech. Takie miejsca w 1938 mogą być tylko zmyślone, ale właśnie zmyślenie, niebywała wyobraźnia oraz egzystencjalna głębia budują nam powieść kilku odczytań o tym, co staje się przez chwilę możliwe w świecie odbierającym wszelkie możliwości.

Najważniejszą postacią w wymiarze symbolicznym jest polski piłkarz Ernest Wilimowski, który po wybuchu wojny grał w barwach III Rzeszy i nigdy już nie wrócił na rodzinny Górny Śląsk, gdzie (jak i w całej Polsce) zarzucono mu zdradę. W dynamicznych opisach słuchowiska radiowego Wilimowski jawi się jak mityczny bóg. Skupieni przy radioodbiorniku słuchacze mają okazję skonfrontować się z niezwykłą szansą dla Polski. Mecz z Brazylią staje się dla nich centrum wszechświata. Pojawiają się nadzieje i możliwość istnienia choć przez chwilę w innym wymiarze rzeczywistości. Takim, w którym ojczyzna profesora Mieroszewskiego i jego chorego syna Dawida staje przed dziejową szansą. Może pokazać swą wielkość. Pokazuje ją Wilimowski. Hipnotyzuje tych, którzy słuchają o jego dokonaniach na boisku. Mecz z Brazylią w wywołujących strach Niemczech ma znaczenie symboliczne i pozwala na pewnego rodzaju ekspiację. Przybywający z Krakowa Mieroszewski zaczyna istnieć w innym wymiarze. Samodzielnie skonstruował radioodbiornik, z którego sączą się słowa napawające dumą. Jest optymizm i jest szaleńcza chęć uwierzenia w to, że stanie się niemożliwe. Pojawia się rozczarowanie, ale także pewien rodzaj nowej refleksji o życiu. Taki, który pomoże Mieroszewskiemu uporządkować jego relacje z synem. Spojrzeć na cierpiącego Dawida z innej perspektywy, akceptując rychły koniec dziecka. Także jego wewnętrzną siłę, którą odziedziczył po ojcu – zwolenniku życiowej determinacji.

Dni Dawida są policzone. Tak jak dni pokoju w Europie. Jergović na dwa różne sposoby i w dwóch różnych wymiarach opowiada o świecie przed unicestwieniem. W postaci Dawida kryją się znane już z „Ruty Tannenbaum” refleksje pisarza o dziecięcym wyobcowaniu i mocy sprawczej jego odejścia. Ruta jest małą gwiazdą, która oddziałuje na otoczenie. Chorowity Dawid – obcym przybyszem wywołującym w wiosce lęk i ciekawość. „Wilimowski” jest kolejną książką Jerovicia o swoistym dziecięcym fatalizmie, o wyobcowaniu i oddalaniu się od realnego świata. Także o dziecięcej potrzebie akceptacji i miłości. Ta Dawidowa skierowana jest do ojca, któremu trudno pogodzić się z rychłym odejściem syna. Pożegnał już swoją ukochaną, za której śmierć czuje się odpowiedzialny. Bolesna strata w perspektywie najbliższego czasu blokuje krakowskiego profesora, a Dawidowi przysparza przykrości. Obaj jednak prezentują tę siłę charakteru skonfrontowaną w walce o godne zapamiętanie siebie.

Mieroszewski także przecież odchodzi. Jego życie dobiega końca i być może wyprawa, którą zafundował synowi, jest ostatnią z możliwych podróży. Polski intelektualista konfrontuje się z niemiecką gościnnością, ciepłem i empatią. Właścicielka pensjonatu na wzgórzu, Katarina, odcięła się od tego, co nacjonalistyczne, co nazistowskie i co tak gwałtownie wygraża od pewnego czasu pięścią całej Europie. Przestrzeń, w której Jergović umieszcza cierpiących ojca i syna, jest przestrzenią warunkującą ład oraz spokój. W niej można przeżyć ekstatyczne uniesienia, słuchając radiowej relacji z meczu. W niej także pojawia się możliwość kilku przemian. Szansa na to, by pogodzić się z nieuchronnym, ale zachować przy tym tożsamość i wewnętrzny spokój. „Wilimowski” bowiem to powieść o tym, że wyobcowanie niesie w sobie niepokój i że każdy z nas poszukuje przestrzeni bezpieczeństwa, w której może uwierzyć w niemożliwe. W to, że Polska awansuje na mundialu, lub w to, że śmierć ominie bezbronne dziecko, a wojna struchlałą ze strachu Europę. Miljenko Jergović fantazjuje na temat tego, co to znaczy opowiedzieć własną historię i jak w niej pozostać naprawdę. Relacje ojca z synem opisane są za pomocą wielu niedopowiedzeń. To, co najbardziej czytelne, ujawnia się w opisach miejsc, które oddziałują na bohaterów. W nich kryje się pewna baśniowość, choć doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że Jergović opowiada bardzo mroczną baśń i jest w tym bardzo konsekwentny.

„Wilimowski” to jedna z tych małych książek o naprawdę wielkich egzystencjalnych sprawach. Piękna historia o poszukiwaniu własnej tożsamości i o rodzeniu się nadziei w czasie, który każdą nadzieję chce odebrać. Nostalgiczna i wieloznaczna historia rozgrywa się w miejscu będącym prawdziwym centrum wszechświata. Takim jak boisko piłkarskie, gdzie toczy się walka relacjonowana w radioodbiorniku – urządzeniu wychwytującym głosy nadziei i dającym namiastkę spokoju. Jergović zadaje pytanie o to, na ile możemy istnieć gdzieś wewnętrznie i okopać się przed światem. Pokazuje także, jak wiele różnych oblicz może mieć strach, jak się go konsekwentnie pozbyć i jak uwierzyć w to, że każdy z nas może na swej drodze znaleźć rajskie wzgórze zapomnienia i przemiany.


PATRONAT MEDIALNY

2016-04-22

"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" Jessica Knoll

Wydawca: Znak

Data wydania: 30 marca 2016

Liczba stron: 446

Tłumacz: Dorota Pomadowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Samoświadomość i chaos

Gilian Flynn, Paula Hawkins, a teraz Jessica Knoll – wszystkie uznają, że umieszczenie słowa „dziewczyna” w tytule powieści to gwarant sukcesu i wabik na czytelników. Oszałamiające sukcesy tych trzech pisarek dowodzą tego, że mają rację i że taka proza idzie jak świeże bułeczki. Moim obowiązkiem jest zatem przestrzec przed kolejną rzekomo fascynującą narracją o dziewczyńskich i kobiecych rozterkach duchowych, które tym razem dotyczą konsekwencji radosnego nastoletniego hedonizmu – za nim stanie mroczna tajemnica i dylematy mające porwać wyobraźnię milionów. Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” to opowieść o samoświadomości. Portretuje bohaterkę, która chce zatrzeć ślady młodzieńczych wybryków i rzucić się w paszczę świata sukcesu. Tylko on może być gwarantem bezpieczeństwa po tym, co wydarzyło się przed laty i co cieniem kładzie się na dorosłym życiu kobiety wciąż poszukującej spełnienia. Wciąż niepewnej swojej wartości tak jak przed czternastoma laty, kiedy z determinacją szukała akceptacji grupy. Dziś ostoją są bogaty mąż, świetna praca w magazynie kobiecym, rozmiar XS i świadomość, że można dobierać sobie najdroższe marki tylko po to, by pod szykownym wyglądem skryć wciąż trzęsącą się ze strachu dziewczynkę.

Przez dłuższy czas – jakieś kilkadziesiąt nerwowo przekładanych stron – nie ma się żadnego pojęcia, o czym jest ta powieść i w którą stronę podąża. Narracja jest kompulsywna, narzuca wartki tok myślowy bohaterki, łączy ze sobą odczucia, wrażenia i działania, wciąż zacierając jasny pogląd na to, co się dzieje. Bo Knoll serwuje nam w dużej mierze chaos. Nie pomaga dyscyplina myślowa drugiej części książki, kiedy to porządkowane są okrutne fakty z przeszłości, od których bohaterka ucieka w wielkomiejski świat blichtru i pozorów sławy. Sama konstrukcja TifAni ma irytować, bo nie jest to bohaterka, którą obdarzamy sympatią. Odnosi się jednak wrażenie, że jej rozmyślania wtrącają nas w jakiś trudny do zrozumienia tok myślowy. Narracja TifAni to taki korkociąg, w którym szamoczemy się bez sensu i bez celu. Najpierw poznajemy rozmaite nastoletnie zbliżenia i układy, potem relacje u progu wielkiego ślubu z Lukiem, który ma stać się dla bohaterki zwieńczeniem jej marzeń o doskonałej egzystencji – jej definicją może być między innymi sposób, w jaki zjada się ostrygi. Sens i cel umyka już na pierwszych stronach i potem trudno go odnaleźć, bo powieść z jednej strony trąci kiczowatą formą rozprawy o niezrozumieniu nastolatki, która sama siebie nie rozumie, a z drugiej – jest pełną śmiesznego patosu historią zdobywania świata i determinacji, bo TifAni nie odpuszcza marzeniom o sukcesie i markach nawet wówczas, gdy doświadcza traumy zmieniającej świadomość każdego człowieka.

Można potraktować „Najszczęśliwszą dziewczynę na świecie” jako ironiczny obraz rzeczywistości serwowanej kobietom przez media zajmujące się ulepszaniem ich życia. TifAni pisze o seksie, ale jej koleżanki produkują artykuły na temat tego, jak należy się odżywiać, co na siebie włożyć i w jaki sposób chodzić, a może nawet oddychać. Byłaby to celna satyra na pustkę tak zwanego wysokonakładowego dziennikarstwa dla kobiet, gdyby Jessica Knoll sama nie tkwiła w świecie TifAni. Należy zatem spojrzeć na jej książkę jako na przestrogę oraz wsparcie. Dla wszystkich naiwnych dziewcząt amerykańskiego światka, które chcą pożegnać swoje drobnomieszczańskie pochodzenie i gotowe są zrobić bardzo wiele, by stać się członkiniami lepszego świata. Knoll obrazuje pewien rozpad osobowości oraz sygnalizuje pułapki czyhające na biedne dziewczęta z prowincji, które chcą zmienić swój status, właściwie się ubrać i zachowywać. To opowieść o sile atrakcyjności w oczach innych i mieliznach emocjonalnych, jakie się za tym kryją. „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” przybiera więc znamiona poradnika. Nie postępujcie jak TifAni, a jeśli już tak się stanie, weźcie z niej przykład, bo dziewczyna w finale naprawdę ogarnia siebie – i swą narrację przy okazji.

Mamy tutaj zderzenie świata przeżyć i oczekiwań z prozą życia, w której liczą się bezwzględne prawa hierarchii społecznej. Bohaterka Knoll musi zmierzyć się z nimi w nowej szkole będącej dla niej uosobieniem wolności, dla której wiele można poświęcić. Poświęca godność, ale przede wszystkim wchodzi w skomplikowane relacje z rówieśnikami. Nie jest gotowa, by stanowić o sobie, w związku z czym akceptacja jakiejkolwiek grupy jest dla niej priorytetem. Jeśli nie można wejść w grupę, istotna będzie jakakolwiek bliskość. Czy to ze szkolnym outsiderem, czy też z nauczycielem, który jako jedyny zdaje się dostrzegać wartość TifAni. To też książka o opresyjnym charakterze rodziny i stygmacie pochodzenia – takim do zatarcia w przyszłości, ale jednocześnie niemożliwym do pożegnania. W świecie nowojorskiej finansjery i wśród zawistnych kobiet pełnych złośliwości i fałszu bohaterka Knoll jest tak samo zagubiona jak przed laty, gdy próbowała się wkupić w łaski opiniotwórczej grupy nastolatków w nowej szkole. Byłaby to budująca opowieść o tym, jak nabiera się szacunku dla samego siebie, gdyby nie fakt, że w biografię TifAni Jessica Knoll włożyła wszystko, co mogłoby skomplikować jej egzystencję, dołożyła sporo amerykańskiej papki słownej i wtłoczyła biedną bohaterkę w sytuację medialną, której nośność to zdecydowanie amerykańska wizytówka. Ta książka wyrasta w dużej mierze z amerykańskości, jej marzeń o sukcesie i pokłosia tego, że takie marzenia rzadko się spełniają.

Ta powieść zbudowana jest z namnożonych zbiegów okoliczności, które stwarzane są jakby na siłę, byle tylko uatrakcyjnić tę prozę. W gruncie rzeczy chodzi o stałe zaskakiwanie czytelnika, ale kolejne wydarzenia wywołują już tylko uśmiech politowania, gdy zdamy sobie sprawę, że Knoll upycha do swej książki wszystko to, co mogłoby być przede wszystkim dobrze sprzedawalne. Tak, ta proza to taki smaczny produkt, który dobrze się sprzedaje, gdy jest świeży. „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” to opowieść o dość mrocznej definicji szczęścia, męcząca stylem oraz nagromadzeniem zdarzeń, w których gubimy się już na wstępie. Obawiam się, że tego rodzaju narracje mają się dobrze przede wszystkim dzięki temu, że kilkanaście znanych osób uznało, iż zarwało noc i że było warto. Straciłem dwa wieczory i podkreślam z całą stanowczością, że warto nie było. Co nie umniejsza faktu, że Knoll sprzeda się doskonale w każdym kolejnym kraju, w którym ją przetłumaczą.

2016-04-20

"Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć" Kuba Wojtaszczyk

Wydawca: Akurat

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bezradność i rebelia

Nowa książka Kuby Wojtaszczyka to ciekawy materiał do rozważań o tym, czy autor para się literaturą, czy publicystyką. Jeśli stara się łączyć jedno z drugim, może to wyglądać nie do końca przekonująco. Zamiast szerszej diagnozy przedstawianego problemu otrzymujemy zlepek groteskowych życiorysów oraz imponującą rewoltę, w której biorą wszyscy główni bohaterowie, ale trudno orzec, dlaczego tak naprawdę do niej przystępują. Wojtaszczyk zastanawia i prowokuje. Zasadniczym celem tej książki jest zwrócenie uwagi na problem bezradności absolwentów uczelni humanistycznej, którzy zderzają się z brukiem rzeczywistości i uświadamiają swą zbędność. „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to także książka o tym, na ile nasze działania determinuje pochodzenie oraz jak wpływa ono na widzenie świata wokół. Myślę, że można tę powieść odczytywać jako gorzką alegorię ludzkiego wykluczenia z systemu. Tego systemu, który latami utrwala iluzję wyjątkowości, by wyrzucić poza nawias wówczas, gdy moment samostanowienia powinien być startem pełnym możliwości. Autor zadaje pytanie o to, czy jesteśmy kowalami swego losu, czy też złożonością jego uwarunkowań. Prezentuje postaci z krwi i kości, które dokonują ważnych czynów, ale całe tło otula mrokiem niejednoznacznych skojarzeń i punktowania zamiast nakreślania rzeczywistych problemów swych bohaterów.

Nie jest jednak źle, bo czyta się Wojtaszczyka z niesłabnącym zainteresowaniem. Narracyjne wolty zdumiewają i prowadzą nas w ślepe zaułki. Niespodziewanie pojawiają się kolejne trupy, a to czyni książkę bardziej smakowitą, bo zabicie człowieka wydaje się w niej pozbawionym emocji czynem, jednak za tym czynem idą rozmaite zmiany w świecie, któremu brakuje denata. Kuba Wojtaszczyk portretuje przestrzeń ludzkiej izolacji, zagubienia oraz towarzyszących mu frustracji. Jesteśmy świadkami rozbijania złudzeń i towarzyszymy młodym ludziom w sytuacjach, w których muszą dokonać wyboru. To sytuacje skrajne, ale nie zmieniają wszystkich. Najpierw należy sobie zadać pytanie o to, w czyim sercu tkwi prawdziwy gniew, a w czyim jedynie bezradność kreślona w taki sposób, że irytuje, nie wywołując współczucia.

Witold Szpak czuje się angielskim lordem. Gardzi ludzkością niższych klas, a szczególnie plebsem, który wciąż go otacza. Witold sfingował sobie swój życiorys. Złożył tożsamość z lęków i pragnień, po czym… odkleił się mocno od rzeczywistości. Nie jest potomkiem brytyjskiej arystokracji, a wyimaginowana służąca nie ułatwia mu życia, bo życie dla Witolda to zamknięcie się w pewnej pozie pełnej pogardy. Ta poza to całkiem czytelny rodzaj eskapizmu. Świat, ten polski świat, jest zbyt trudny do zniesienia. Witold żyje rojeniami, ale proza życia wymusza na nim, by wynajął dwa pomieszczenia i obcował ze współlokatorami prezentującymi całkowicie odmienny styl życia. Jest dla nich niegroźnym wariatem, jednak nie spodziewają się, do jakich czynów ów wariat jest zdolny…

Evan porzucił marzenia o rzeźbie i utkwił w codzienności związku z Adamem. Cztery lata razem to czas, w którym Evan odrzucił wszystko to, co konstytuowało go jako człowieka. Artystyczna dusza domaga się wyzwolenia, bo związek przytłacza, zmuszając do przewidywalności. Evan nie przeczuwa nawet, jaki scenariusz napisze dla niego życie, a to, co się wydarzy, mogłoby być marzeniem niejednego człowieka zmęczonego związkiem. Ten bohater jest bardzo zachowawczy, nieautentyczny w swym cierpieniu, zblazowany i miałki. Opiera się codzienności, tworząc scenariusze innego, lepszego życia. On – w przeciwieństwie do Witolda – ma jednak angielskie korzenie i postanawia to wykorzystać. Polskie realia zabijają jego artyzm. Perspektywa zmiany kraju kusi. Tymczasem niespodziewanie ktoś informuje go, że jego ostatnie dzieło sztuki może zostać wystawione na widok publiczny. Evan decyduje się na to.

Brak umiejętności podejmowania decyzji charakterystyczny jest dla Weroniki. Ona lubi kolektywność, lubi ludzi, nie rozumie niechęci Witolda do nich. Działa kompulsywnie, inwestując w siebie. Planuje i realizuje swoje plany. Okaże się jednak, że świat nie czeka na nią z otwartymi rękoma, a promotorka doktoratu wystawia do wiatru. Weronika przechodzi metamorfozę. Od zachowawczego tkwienia pośród prozaicznych czynności do prowadzenia zbuntowanej młodzieży na ulice Poznania. To najciekawsza z bohaterek Wojtaszczyka i chyba jedyna obrazująca ludzkie lęki skryte w fasadowości codziennych działań oraz potencjał, by zacisnąć pięść i zadziałać wbrew dotychczasowemu uporządkowaniu.

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to książka groteskowa, ale i bardzo wyrazista. Na początku autor deklaruje, iż opisane przez niego wydarzenia nie miały miejsca. A może powinny je mieć? Być może Wojtaszczyk pisze o czymś, do czego brak woli albo przekonania, a może przede wszystkim determinacji? Ta książka obrazuje ten tragiczny moment, gdy polska edukacja przestaje stwarzać złudzenia, a życie rynku pracy odrzuca bardzo wielu. Polska kondycja humanisty jest w tej powieści wręcz tragiczna, ale czy autor proponuje jakieś zasadnicze rozwiązanie, które zapobiegałoby opisywanym problemom? Jest w tym wszystkim sporo gorzkiej ironii i niebywałej fantazji, bo – jak wspomniałem – każde wydarzenie zwodzi nas na manowce i niewiele możemy przewidzieć. Kuba Wojtaszczyk w gorzkim tonie oskarża, ale i przygląda się z empatią środowisku ludzi pozbawionych możliwości, a przecież przepełnionych właściwościami i nadal wierzących w edukacyjny model mówiący o tym, że są wyjątkowi i niepowtarzalni.

Jest to też satyra na świat mediów i przejmująco smutny portret młodych ludzi zdolnych do ucieczki, a niezdolnych do wzięcia za siebie odpowiedzialności. Na kartach tej powieści buzuje rebelia zrodzona z frustracji i lęku przed przyszłością. Myślę, że to książka wyrosła ze złości oraz bezradności. Ukazująca w krzywym zwierciadle wszystko to, co w normalnych konturach jest po prostu nie do zniesienia.

2016-04-15

"Głód" Martín Caparrós

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 31 marca 2016

Liczba stron: 714

Tłumacz: Marta Szafrańska-Brandt

Oprawa: twarda

Cena det.: 69,90 zł

Tytuł recenzji: Księga wstydu

Martín Caparrós napisał książkę, której w dużej mierze się wstydzi. „Głód” to świadectwo jego dziennikarskiej porażki i porażki ludzkości. Jest opowieścią o tym, jak zagarnęliśmy dla siebie planetę i jak nie potrafimy sobie poradzić z tym zagarnięciem. Co pięć sekund umiera z głodu dziecko poniżej dziesiątego roku życia. Ponad miliard ludzi żyje w ubóstwie. Jednocześnie w innym miejscu globu wyrzuca się znaczny procent produkowanej żywności. Otyli Amerykanie są takimi samymi ofiarami nierówności jak afrykańskie czy indyjskie dzieci karmione jednym rodzajem pokarmu i umierające na oczach bezradnych rodziców. Caparrós chce wstrząsnąć opinią publiczną i udaje mu się to doskonale. Potrafi być bezwzględny, ironiczny, dociekliwy i bezkompromisowy. „Głód” to reportaż, esej i znakomita rozprawa socjologiczna. Książka mająca uwierać i świadectwo tego, jak naprawdę wygląda XXI wiek. Argentyński pisarz określa głód na wiele możliwych sposobów. Pokazuje nie tylko to, ile form ubóstwa w sobie skupia. Definiuje głód w sensie egzystencjalnym, prawie że ontologicznym. Udowadnia, że ma się on dobrze w wyniku kolosalnych nierówności, a nie z powodu braku żywności na terenach, gdzie żyją albo usiłują żyć głodujący. Caparrós sygnalizuje, że głód to największy problem dzisiejszego świata. Niemedialna katastrofa rozłożona w czasie. Ocenia wszystkich nas surowo. Bo wszyscy doskonale wiemy o tym, że to głód pożera najwięcej ofiar i że codziennie, w każdym tygodniu i miesiącu mamy kolejny holokaust tych, dla których nie ma już żadnych szans. Ta publikacja ma wstrząsnąć i zmęczyć. Męczy z pewnością, albowiem – i to jej wada – zbyt często powtarza te same tezy, ilustrując je wciąż takimi samymi historiami. W tym znaczeniu jest to książka nieco za długa. Wdzierająca się jednak do świadomości śmiało i boleśnie.

Pomysł na nią rodzi się w Nigrze, a finalizuje w Hiszpanii. Obrazując niedostatek pożywienia i niemożność zrealizowania podstawowego ludzkiego prawa, jakim jest prawo do zaspokojenia głodu, Caparrós wędruje po świecie, pokazując chore wręcz łańcuchy zależności, o których nie mamy pojęcia. Co zrobiliśmy ze światem, w którym syci z równą determinacją forsują sklepy z wyprzedażami, co biedni Argentyńczycy wysypiska śmieci? Dlaczego nie jest nam wstyd, gdy problem głodu tak doskonale jest tuszowany, tak perfekcyjnie odrzucany przez świadomość ludzkości i tak prymitywnie oddalany w czasie, bo przecież zawsze jest jakieś jutro, w którym można zająć się głodem, gdy dziś do rozwiązania jest problem pilniejszy? Martín Caparrós stara się wywołać nasz wstyd i niesmak. Na równi z różnego rodzaju współczuciem. Ukazuje głód w szeregu różnych kontekstów. Niby jest tym samym, a jednak inne jest jego podłoże w Nigrze, na Madagaskarze, w Bangladeszu czy… tak, w Stanach Zjednoczonych.

Autor oddaje głos tym wszystkim biernym i samotnym, którzy o swoim głodzie nie umieją opowiedzieć. W tej książce człowiek głodny nie jest zły, nie krzyczy. Rozmówcy Martína Caparrósa pokornie znoszą swoje nieszczęście. Ich świadomość ograniczona jest jedynie do tej chwili, w której będą w stanie choć częściowo zaspokoić głód. Głodni tego świata są bierni i milczą. Niebywałe, ale tak właśnie jest. Idea boga pomaga trzymać nieszczęśników w ryzach. Są głodni, bo taka jest siła wyższa. Nie mają pojęcia, że są głodni w świecie, który gdzie indziej marnuje tony żywności. W świecie, w którym istnieją miejsca, gdzie umiera się z przejedzenia. Dla tych, z którymi rozmawia Caparrós, absolutna pełnia szczęścia to zdobycie pożywienia. Tego pożywienia, którego nasza planeta ma w swych zasobach dosyć – nawet dla tylu miliardów wciąż rozmnażających się ludzi. „Głód” to książka o tym, jak fatalnie jest się urodzić w danym miejscu i czasie, oraz o tym, jak dobrze, cholernie dobrze jest sporej części ludzkości, która nie potrafi tego docenić i nie jest w stanie ogarnąć ogromu bezradności głodujących.

Ta książka rozpina dość przerażający pomost między czynnościami, które w rozpaczliwy sposób próbują tuszować głód, a zdobyczami cywilizacyjnymi wraz z coraz to nowymi sposobami magazynowania żywności. Gdzie w drodze postępu utknęli wszyscy głodujący? Dlaczego znajdują się w takim, a nie innym miejscu? Na tak bardzo przegranej pozycji? Martín Caparrós usiłuje znaleźć odpowiedzi na te wszystkie trudne pytania, które przestały zajmować ludzi odpowiedzialnych za istniejący stan rzeczy. Za potwornie wielkie nierówności i powiększające się przepaście między sytym światem a jego wstydliwą, głodną stroną.

Bo przecież głód nie jest pojęciem związanym z biednymi krajami afrykańskimi. Głodu wielokrotnie doświadczyła także Europa. Głód wkrada się do wielkich miast – nie tylko do tych wszystkich molochów kumulujących w sobie dzielnice biedy, ale także do aglomeracji rozwiniętego świata. Jak to możliwe, że część globu rozwinęła się w tak niezwykły sposób, a inna część utknęła w miejscu, w którym niemożliwa jest jakakolwiek zmiana, bo zbyt wiele czynników wpływa na ten koszmarny bezruch? Caparrós bardzo wyraźnie pokazuje, iż nie ma w świecie skutecznych struktur wykluczających głód, oraz coś, co jest dużo gorsze – bezruch i niemoc świata, który nie szuka naprawdę realnych rozwiązań problemu głodu wynikającego z coraz większych nierówności. „Głód” to opowieść o tym, do czego mogą prowadzić gry cenami żywności, a także o tym, jak kumuluje się bogactwo na marnym fundamencie biedy oraz jaki związek z tym wszystkim mają organizacje rzekomo walczące z ubóstwem, niedożywieniem, fatalnymi warunkami życia i pracy.

Myślę, że jest to książka jednego czytelnego przesłania i wielu różnych odczytań. Każdy wydobędzie z niej coś innego i za każdym razem będzie to pewna wstydliwa prawda. Martín Caparrós ostrzega także przed tym, iż naprawdę nie jesteśmy świadomi konsekwencji kierunków, w jakich podąża głodny świat. „Głód” powstał ze złości i bezsilności, ale jest też dowodem reporterskiego sznytu i uważności w obserwowaniu różnych oblicz świata. Zabiera nas w mroczną podróż po tych jego częściach, które usuwamy ze swojej świadomości i nie chcemy do nich zaglądać. Caparrós napisał rzecz będącą okrutnym i żenującym świadectwem tego, dokąd zaszliśmy w walce o nasze istnienie i jak bardzo niesolidarni jesteśmy w jego przeżywaniu. To nie definicje głodu, lecz definicje nierówności są w tej książce najważniejsze.

2016-04-13

"We mgle" Linn Ullmann

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 2 marca 2016

Liczba stron: 416

Tłumacz: Iwona Zimnicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Skrywane sekrety

Henrik Ibsen przeczytałby Linn Ullmann z ciekawością. Skandynawska – bo niekoniecznie norweska – tendencja do niejednoznacznego ukazywania pęknięć w ludzkich relacjach dostrzegalna jest doskonale w powieści, w której symbolika mgły dominuje zdecydowanie niepotrzebnie. To jedna z tych książek, które czyta się gdzieś poza nimi. Ullmann buduje rodzinną psychodramę, przygotowując nas stopniowo do wybuchów złości, skrywanych emocji, do dramatycznych rozmów o istocie bliskości i do opowieści o tym, że nigdy nie możemy być pewni siebie w relacjach z bliskimi osobami, bo nawet one mogą zmienić kształt, zdeformować się, brutalnie uderzyć w nas samych. „We mgle” to świetna norweska obyczajówka z niepotrzebnym nieco trupem, który dość mocno absorbuje uwagę, ale być może ta jedna nieobecna, nieżywa osoba nadaje specyficzny klimat opowieści, bo zagadka pozostaje nią bardzo długo, a piekło istnienia obok siebie wciąż oddalających się osób spotęgowane zostaje niepokojem o to, co wydarzyło się przed dwoma laty, kiedy zaginęła dziewiętnastolatka, której zakopane ciało odnaleziono przypadkiem.

Linn Ulmann portretuje małżeństwo stwarzające pozory, a jego fasadowość podkreśla fakt, iż małżonkowie – niegdyś szepczący sobie przed snem opowieści o życiu prawdziwym i wyobrażonym – oddzielają się osobnymi sypialniami oraz światami, w których żyją w bezpiecznym oddaleniu od tego drugiego. Jon jest pisarzem, usiłuje stworzyć trzeci tom dzieła, za poprzednie dwa został uhonorowany licznymi nagrodami i każdy oczekuje teraz spektakularnego domknięcia tez z poprzednich książek. Siri żyje dużo bardziej aktywnie. Musi tak żyć, bo Jon nie zarabia na rodzinę, boryka się z wieczną niemocą twórczą, dodatkowo uatrakcyjniając swe życie romansami. To od Siri dużo zależy. Wypracowała sobie przez lata pewną wewnętrzną siłę. Zarządza innymi wbrew ich woli. Porządkuje życie tym, którzy tego porządkowania nie oczekują ani nie chcą. Jon i Siri to od lat samotne wyspy. W ich dramatycznym archipelagu tkwią jeszcze córki – coraz bardziej buntownicza Alma i zamknięta w sobie Liv.

„We mgle” opowiada o tym, co czyni obecność kogoś obcego w domu. Zaczyna być przesycona podejrzeniami, niepewnością, skrywaną złością i różnymi formami przemocy psychicznej. Kogoś, kto nie wyczuwa niestosowności pobytu tam, gdzie z różnych powodów ta obecność może wywoływać napięcia. Kogoś prostodusznego, kto stara się przede wszystkim wykonywać swoje zadania i spoglądać na świat wokół, nie widząc jego skomplikowania. Mille wkracza do domu Jona i Siri, by opiekować się dziewczynkami. Znika pewnego ważnego wieczoru. Wówczas Jenny, matka Siri, zmuszona jest przez córkę, by uczestniczyć w przygotowanym dla niej przyjęciu urodzinowym. Staruszka buntuje się wobec całej sytuacji. Okazuje córce oschłość – tę samą, którą raczyła ją przez lata, sugerując odpowiedzialność za śmierć młodszego brata. Siri bowiem nigdy tak naprawdę nie miała matki. Nigdy jej nie odzyskała po tym, co się stało z Syverem. Siedemdziesiąte piąte urodziny Jenny to czas, w którym kumulowane złe emocje ujawniają się wyjątkowo czytelnie. To także czas, kiedy znika Mille. Odnaleziona po dwóch latach martwa. Co takiego się wydarzyło i jaką odpowiedzialność za śmierć nastolatki biorą na siebie Siri i Jon?

Linn Ulmann opowiada o życiu pośród kłamstw i niedomówień. O obcości mającej katastrofalne skutki, bo niszczącej wszystko wokół. O tym, że rozpaczliwie pragniemy szczerości właśnie wtedy, gdy dodatkowo komplikujemy relacje z bliskimi, mnożąc – z różnych powodów – kolejne niedopowiedzenia. To także powieść o mentalnych rozstaniach matek i córek w dwóch pokoleniach. O odrzuceniu oraz osamotnieniu tych ostatnich. O daleko idących konsekwencjach matczynych zaniedbań, o niedoborze miłości, słuchania i rozumienia. „We mgle” jest książką, w której zderzają się ze sobą różne postawy życiowe i różne roszczenia. To narracja o tym, w jakim kierunku możemy się zmieniać i co jest za te zmiany odpowiedzialne. Ulmann zaprasza nas do domu, gdzie złowrogie jest milczenie. Tam, gdzie słowa ranią wyjątkowo, ale także tam, gdzie unikanie tych słów wywołuje poczucie pustki. Każdy jest osobny, odrębny w swoim świecie. Jon portretowany jest z tym czytelnym feministycznym sznytem – mężczyzna mogący być kimś zbędnym, wieloznaczny pasożyt, sprawca krzywd i cierpienia, ale jednocześnie ukochany ojciec Almy. Tylko z nim przepełniona gniewem dziewczynka jest w stanie znaleźć przestrzeń porozumienia. Pozostali członkowie rodziny czynią względem siebie uniki. Swoje uczucia skrywają we mgle. Widzą się, ale tak naprawdę nie dostrzegają. Bliskość budują z osobami spoza rodziny – Jenny udaje się ją uzyskać na lata, Jon jedynie rozpaczliwie błądzi pośród doznań kolejnych miłosnych przygód. Sprowadzających go wciąż do roli męża tkwiącego biernie przy swojej żonie.

Ulmann opowiada o tym, że kiedy wyjątkowo zmęczymy się sobą, możemy okopać się na tyle silnie, że wyjście poza określoną pozę będzie czymś niemożliwym. Czy jest to jednak książka tylko o rozpadzie małżeństwa i o dziedziczonym w kolejnym pokoleniu poczuciu odrzucenia i niezrozumienia? Jak wspomniałem, powieść ta odczytywana jest także w sferze niedopowiedzeń. Opisywane sytuacje, rozmowy, pokazane gesty czy oblicza ludzkiej bezradności – wszystko to wywołuje pytania o przyczyny i o kontekst. Linn Ullmann sporo zaciera, stwarzając jednocześnie bardzo czytelnych bohaterów. Tytułowa mgła otula Mille i tajemnicę jej zniknięcia. Jedną z tajemnic książki jest również to, dlaczego mimo złości i niezgody na siebie w takich, a nie innych postaciach Jon i Siri są razem. To nie tylko toksyczna bliskość. Ullmann udowadnia, że przestrzeń ludzkich relacji jest nie tyle nie do opisania, ile przede wszystkim nie do ogarnięcia – dramaty rozgrywają się w wielu przestrzeniach i kontekstach. Zadaniem czytelnika jest wydobycie kształtów z mgły i nadanie im znaczenia. Mglistość tej narracji każe zadać sobie pytanie, które nurtuje Jona – kiedy historia naprawdę się zaczyna, a kiedy ma swój rzeczywisty koniec?

2016-04-11

"Wielopole" Wojciech Klęczar

Wydawca: FORMA

Data wydania: 21 marca 2016

Liczba stron: 94

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 25 zł

Tytuł recenzji: Podsłuchane, podejrzane

Książka Wojciecha Klęczara to wyjątkowy przewodnik. Przedstawia specyficzną topografię Krakowa – chodzi o miejsca, po których pozostały jedynie ślady w pamięci, i o biografie ludzi, którzy swą tożsamość oparli na poglądach, planach, marzeniach oraz utopijnych wizjach. Można zatonąć w tej prozie, prowadzącej śladami kultowych krakowskich knajp, ale także wyprowadzającej nas gdzieś na peryferie – niekoniecznie miejskie, te bardziej ludzkie. Tam przycupnęli ci, którym nigdy się nie spieszy i nigdy nie spieszyło. Rzeczywistość ich uwiera, a o nich samych świadczy niemoc. Liczne błędy, które nie przyniosły właściwego doświadczenia życiowego, i przekonanie, że kwintesencja życia skryta jest gdzieś między kolejnymi drinkami, kolejnymi rozmowami o planowaniu. Działanie ogranicza się do obserwacji i słuchania. Narrator „Wielopola” umie słuchać uważnie. Dużo uważniej niż inni. Sam tonie w historiach obcych ludzi, by pozbyć się niepokojącego wrażenia, że stale coś go omija i że powinien być w zupełnie innym miejscu, stanowić o sobie na innych zasadach. Klęczar pozwala nam zapoznać się z biografiami bez drogi i bez perspektywy. Z ludźmi, którym rozmył się azymut i stało się to z co najmniej kilku powodów. Łączy to wszystko z miejscami ważnymi dla życiowych minimalistów. Ze wspomnieniami tych miejsc, które odeszły lub zamarły – poddały się komercjalizacji, drożeniu życia, jego pędowi i zmianom brutalnie zaburzającym życie wędrowców bez celu.

„Wielopole” to książka powstała z podsłuchiwania i przyglądania się światu ciem barowych oraz ludzi, którzy przed rzeczywistością kryją się w knajpianym półmroku. Autor jest kronikarzem epoki, która minęła. Czasu sprzed egzaltowanych emo czy dynamicznych hipsterów. Czasu, kiedy… miało się czas na wszystko, co dzisiaj jest tylko złudzeniem, trwa chwilę, nie sprzyja intensyfikacji uczuć, umyka zbyt szybko. Bohaterowie Klęczara mieli w życiu czas na wszystko. Przede wszystkim na tego życia rozważanie. Podejmowane przez nich działania to rozpaczliwe próby wbicia się w uporządkowany świat, który nie znosi nudy i pustki. A przecież właśnie one nasilają się wtedy, kiedy potrzebny jest kolejny kufel piwa, kolejny niemy rozmówca, następna czynna całodobowo knajpa. Odwlekanie powrotu do świata spoza jej rejonu to jedna z charakterystycznych cech ludzi, dla których wygodne jest odkładanie spraw i zobowiązań na później. Boją się ich, albowiem boją się utraty tej namiastki niezależności, którą daje czas odmierzany przez następne drinki, jałowe rozmowy, substytuty bliskości z innymi ludźmi.

Klęczar opowiada o opresyjnym charakterze zobowiązań. O tym, że nie mamy na nie siły, nie jesteśmy gotowi do uporządkowanego życia. A jednak wszyscy starają się nadać mu sens. Czy będzie to skończony już na wstępie postmodernistyczny pisarz, czy groteskowa działaczka –feministka, czy może więzień śniący o życiowym spełnieniu albo szeregowy marzący o tym, by wydostać się z koszar. Autor „Wielopola” konfrontuje swoich bohaterów z tymi przejawami życia społecznego, z którymi nie jest im po drodze. Szukają sensu w inny sposób. Nazywają swoje stany różnie – melancholią, wspomnianą już nudą, egzystencjalną biernością czy brakiem gotowości na zmiany. Klęczar obrazuje dramat ludzi chcących za wszelką cenę zatrzymać czas, bo ten, który minął, doświadczył ich nad wyraz boleśnie i mają ochotę zrobić sobie przerwę od bycia dyspozycyjnym, potrzebnym czy nawet zauważalnym.

Na ile ta narracja wypływa z osobistych doświadczeń autora, jest jego prywatną sprawą. Jego świat przedstawiony to bardzo realistyczna fikcja literacka. To jest coś, co nadal się dzieje i będzie się działo, bo nie każdy jest gotowy do zmian i nie każdego stać na to, by pożegnać swe wewnętrzne ograniczenia, te okrutne upiory uniemożliwiające wędrowanie naprzód. Dlatego „Wielopole” to proza wędrówki gdzieś do wewnątrz. Klęczar dotyka spraw trudnych i wstydliwych, ale przede wszystkim stara się zaprezentować panoramiczny obraz ludzi, którzy z różnych powodów znaleźli się na życiowym marginesie. Penetrowanie tego marginesu idzie w parze ze wspomnieniami czaru miejsc, które dzisiaj gromadzą być może inne audytorium albo nie gromadzą go wcale, bo czas uporał się z nimi, zatarł, pożegnał bez możliwości powrotu.

Wojciech Klęczar powraca jednak. Do tego czasu, którego struktura była inna niż obecnie. Gdzie można było pozwolić sobie na zagubienie. Co więcej, utknąć w nim na dłuższą, czasem bardzo długą chwilę. To także książka o tym, czym są doświadczenia pracy barmana oraz jakie trzeba mieć predyspozycje, by tę pracę wykonywać dłużej. Barmani i kelnerzy – prawdziwi spowiednicy. Słuchają o sprawach wstydliwych i smutnych. Empatia musi iść w parze z pewną dozą zdrowego rozsądku, by z potoku słów wyłuskać najważniejsze, a nieistotne pominąć milczeniem. Autor uchyla drzwi do świata, którego wielu się wstydzi, bo knajpa to zawsze miejsce ujawniania skrytych frustracji. Siedzimy obok siebie nadzy i nie pojmujemy, że kolejny łyk alkoholu obnaża nas jeszcze bardziej. Autor interesuje się tym czasem i tymi rozmowami, o których ci uporządkowani potem chcą zapomnieć. Ci, którym do porządku daleko, zapominają na siłę. „Wielopole” jest bowiem o tym, czego się wstydzimy, i o potrzebie wyznań, dla których brakuje czasu albo jest to zawsze czas niewłaściwy.

To książka o życiowych utratach, z którymi trudno się pogodzić. O perspektywach, jakie roją się w pijanym widzie, oraz o tych, które umykają gdzieś poza naszą świadomością. To opowieść o ludziach stale czekających na jakąś odmianę. Nigdy na nią niegotowych. Literacki hołd złożony tym, których się nie rozumie i wobec których utrzymuje dystans. To także książka wspomnieniowa. Krakowska dusza knajp, barów mlecznych, uliczek oświetlanych promieniami wschodzącego słońca. Opowieść o tym, że każdy nadchodzący dzień nie przynosi nadziei, lecz wzmacnia lęki. Narracja o ludzkiej niedoskonałości, która powoduje, że czasem chce się być zdystansowanym do wszystkiego. Mieć wszystko w nosie. Usankcjonować swoje malkontenctwo i nadać mu znamiona pewnej filozofii.

To przykład literatury lojalnej wobec tych, dla których życie to czasem wyimaginowany świat nabierający kolorytu i wyraźniejszych kształtów po kolejnym łyku alkoholu albo kolejnej barmańskiej aprobacie, by mówić dalej. Czy możliwe jest czułe portretowanie życiowej bezradności? Wojciechowi Klęczarowi się to udaje. Wielopole” to ukłon w stronę czasu przeszłego i w stronę ludzi, dla których wszystko mieści się w przeszłości. Takie książki uświadamiają, że wielokrotnie każdy z nas może być życiowym rozbitkiem, ale tylko niektórzy mogą to celebrować. Siłą tej prozy są sugestywne opisy miejsc i krajobrazy życia wewnętrznego ludzi skazanych na bierność i porażkę. Silnych jednak siłą swoich przekonań. I nadziei. Bo – jak pokazuje budujące zakończenie – jest jednak w życiu coś pewnego. Jest dla każdego jakaś bezpieczna przystań, ale wielu nie potrafi w niej zacumować.


PATRONAT MEDIALNY

2016-04-08

"Mędrzec kaźni" Tomasz Kowalski

Wydawca: MG

Data wydania: 17 lutego 2016

Liczba stron: 144

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół śmierci

Niepokojąca jest książka Tomasza Kowalskiego, to pewne. Rozczarowuje jednak. Traktuje o zetknięciu się pewnego amerykańskiego dziennikarza z francuskim katem. To spotkanie ma być konfrontacją postaw. Zderzają się ze sobą narcyz i poszukiwacz wrażeń, a efektem rozmowy ma być spektakularny grande finale, który niestety nie jest taki grande, albowiem można go przewidzieć. Tomasz Kowalski najpierw proponuje nam przydługi nieco wykład o historii i użytkowaniu gilotyny. Potem każe być obserwatorem dyskusji światopoglądowej, w której nie padają żadne odkrywcze stwierdzenia, a całość skomponowana jest jako mroczny traktat o pokładach ludzkiego barbarzyństwa i o tym, że lubimy przyglądać się przemocy, nie biorąc za to odpowiedzialności. Do tego dodano oczywiście boski pierwiastek i akademickie rozważania o obecności boga lub jej braku wobec poczynań człowieka, który jako jedyny w historii ewolucji inicjuje destrukcję – tę wokół siebie i tę skierowaną na drugiego człowieka. Zbudowane napięcie ma teatralny charakter. Bohaterowie są bez właściwości – istnieją w poglądach, mówią za nich słowa. Odizolowani od świata zewnętrznego toczą batalię, dyskutując o egzystencjalnym wymiarze kary śmierci i ludzkim na nią przyzwoleniu. Kowalski z pewnością absorbuje uwagę, jednak nie proponuje nam nic wyjątkowego. Jedynie czas zdarzeń wkrada się gdzieś między rozmówców i sygnalizuje, że oto w marcu 1939 roku tyrady Thierry’ego Jacoba to analiza tego, co za chwilę spotka Europę, która zrodziła już potwory gotowe do bezwzględnego niszczenia innych.

„Mędrzec kaźni” to po części moralitet, po części psychodrama. Tekst nadający się do wystawienia na scenie i dlatego nieprzypadkowo polecany na okładce przez ludzi tejże sceny. Trudno jednoznacznie orzec, czy autor prezentuje się tutaj jako moralista, czy jako prowokator. Opowiada o granicach ludzkiego szaleństwa, o drzemiącej w nas pogardzie dla ludzkości, o sile owej ludzkości oraz jej destrukcyjnych zapędach. O tym, że zawsze bierzemy na siebie odpowiedzialność za zgładzenie drugiego człowieka. Bo to przecież książka o socjologicznym statusie ludzkiej śmierci. O tym, kiedy się ją sankcjonuje, co z tego wynika i dlaczego podejmujemy się decydowania o końcu czyjegoś życia. Tomasz Kowalski rozważa pozycję śmierci jako aktu z jednej strony łaski dla uznanych przez społeczeństwo potępieńców, z drugiej jednak – za obecną od zawsze formę barbarzyństwa, w której tkwią ludzka agresja i niefrasobliwe poczucie sprawiedliwości czynionej poprzez zgon kogoś, kogo instytucje społeczne skazują na niebyt. Wszystko w bardzo kameralnej atmosferze, w której czai się sporo niedopowiedzeń. Początkowo nie możemy rozpoznać kierunku, w którym wędrują rozmówcy. Potem ich działania budują spektakularny finał, ale najbardziej przejmujące jest to, co przeczytamy w epilogu. Jest to zatem powieść przyciągająca uwagę aż do ostatniej strony. Czy jednak zmuszająca do jakichś nowych, odkrywczych wniosków?

Steven Mulford przybywa do Paryża z zamiarem napisania sensacyjnego artykułu. Został wybrany do przeprowadzenia wywiadu z człowiekiem, który we francuskiej stolicy pozbawił życia blisko czterysta osób. Mulford liczy na efektowne wyznania. Trupy, lochy, bezwzględność gilotyny. To z pewnością będzie coś. Nie spodziewa się, co przygotował dla niego Thierry Jacob. Siedemdziesięciolatek bowiem chce być aktorem z jednoosobową publicznością. Chce zaskoczyć swojego gościa, zmusić go do pewnych rozmyślań… ale nie tylko do tego. Mulford jest zwolennikiem kary śmierci i nosi w sobie wewnętrzne przekonanie, że każdego skazanego prawomocnym wyrokiem można pozbawić życia, bo zostało to usankcjonowane. Jacob sprawia wrażenie sympatycznego pedanta i smakosza, który zaczyna opowiadać o tym, że przede wszystkim wierzy w ludzi. To początek przewrotnej gry, w której ludzkość będzie pewną kartą przetargową. Rozmowa toczyć się będzie wokół tematu ludzkiej odpowiedzialności za zło i okrucieństwo. Amerykański dziennikarz straci rezon, kiedy zorientuje się, że stał się ofiarą pewnej przewrotnej gry.

Tomasz Kowalski opowiada o tym, jakie oblicza może mieć przemoc, ale także autoagresja. Motywy postępowania Jacoba są nieco enigmatyczne, niemniej ten specyficzny bohater chce udowodnić kilka tez. Robi to w sposób afektowany i nadmiernie teatralny, przez co odnosimy wrażenie, iż nie jest człowiekiem, lecz światopoglądem – co już zaznaczyłem. Mulford ma w sobie sporą dozę naiwności. Jego porządek postrzegania świata w łatwy sposób można zniszczyć, a Jacob wykorzystuje tę okazję także po to, by zaskoczyć własną formą sprzeciwu wobec ludzkiego okrucieństwa. Kowalski ukazuje czytelnikowi, jak łatwo możemy usankcjonować w sobie bestialstwo i z jaką swobodą obnosimy się z nim, łącząc choćby z poczuciem poczciwości czy dbania o przyszłość rozwoju cywilizacyjnego.

Myślę, że to książka zmuszająca do osobistych rozważań na temat nie tylko kary śmierci, ale również sytuacji uwalniających z nas pokłady emocji i działań, których często się wstydzimy, nie biorąc za nie odpowiedzialności. Mędrzec kaźni” jest opowieścią o filozofii śmierci i o dramatyzmie ludzkiego istnienia. O tym, że często wspieramy się skrajnościami i zazwyczaj budujemy swój światopogląd na opiniach stworzonych przez innych na potrzeby zachowania tak zwanego ładu społecznego. Jacob przez lata był ostatnim ogniwem wymiaru sprawiedliwości. Mulford stoi po stronie opiniotwórczej gazety, która wyznacza standardy tego wymiaru. Ich rozmowa to konfrontacja dwóch zasadniczo różnych postaw i jednej bezradności wobec śmierci, którą zadajemy sobie sami. Wszystko dzieje się tuż przed tym, gdy kaci i ofiary zapełnią europejski kontynent, czyniąc z niego miejsce najstraszliwszego przelewu krwi w XX wieku. Kowalski ostrzega i przestrzega. Zmusza nas do konfrontacji z istotą ludzkiego zła – robi to w formie dysputy światopoglądowej, ale jego bohaterowie od słów przechodzą też do czynów. Rozmówcy Kowalskiego nie zdają sobie sprawy z tego, że stoją u progu czasu, po upływie którego dyskusje na temat zła w ludziach, na temat przemocy i terroru nabiorą być może innego znaczenia. Tymczasem konfrontują się ze sobą lęk, ciekawość, pewność siebie, szaleństwo, niebezpieczny egoizm i równie niebezpieczna naiwność. Ta teatralna proza z pewnością pozostaje w pamięci. Szkoda tylko, że nie pozostawi w niej wrażenia, iż o mrocznych stronach ludzkiej natury przeczytało się coś nowego i innego niż w dziełach wielkich myślicieli – od Katona Starszego począwszy, bo do niego odwołuje się Jacob. Ciekawy pomysł, ale także pewien niewykorzystany potencjał tego pomysłu. Szkoda, bo to mogłaby być naprawdę zaskakująca powieść.

2016-04-06

"Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy" Beata Szady

Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 marca 2016

Liczba stron: 176

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Oblicza niedostatku

Ten reportaż wyrasta z trudnej bliskości z miastem. Peruwiańska stolica portretowana jest punktowo i dokładnie w tych miejscach, gdzie ludzie najchętniej odwracają wzrok. Beata Szady opowiada o młodych limańczykach w bolesnej bliskości z bezwzględnością ulicy. Prezentuje tożsamości bez dokumentów – o nie trzeba się starać, a jakiekolwiek starania ograniczają się do zaspokojenia potrzeb żołądka lub chęci zdobycia substancji odurzających. To właśnie Szady dokumentuje te życiorysy, których nie obejmuje oficjalna nomenklatura. Przygląda się ludziom spoza ewidencji ludności. Także dzielnicom będącym niechlubnymi wizytówkami Limy. Miasta, które jest Beacie Szady bliskie, ale rozwija się w taki sposób, że nie ma za co go lubić. Problem tego reportażu polega na tym, że autorka opisuje dość oczywiste mechanizmy kierujące ludźmi, którym niedogodności bytu określają świadomość. Szady nie wychodzi poza zdiagnozowanie problemu dzieci ulicy, podkreślenia kwestii socjalnych zaniedbań i zaznaczenia form nierówności, które powodują rozrost dzielnic biedy. Opowiada o chłopcach, którzy wciąż na nowo wybierają patologiczne przyzwyczajenia. Kreśli obraz syzyfowej pracy, jaką wykonują peruwiańskie organizacje pożytku społecznego, i wskazuje kontekst problemu, czyli osadza limskie niedostatki w południowoamerykańskim tyglu przemian gospodarczych, których produktem ubocznym i końcowym jest wzrost miejsc, gdzie godność ludzką depcze trudna rzeczywistość. To całkiem sporo jak na reportaż, ale brak w tym wszystkim jakiejś kluczowej oryginalnej lub zastanawiającej tezy.

Warto jednak poznać tę książkę. Istotna jest jej forma – krótkie narracje tnące nas swym naturalizmem. Opowieści zostawiające na czytającym ślady niczym blizny na ciałach bohaterów reportażu. Beata Szady stara się przyjrzeć bliżej tym symbolicznym bliznom. Ludzkim zranieniom powodującym, że wciąż od czegoś się ucieka i wciąż wraca do tego samego punktu, jakim jest limska ulica. Autorka sygnalizuje, że spora część biedy i nierówności wynika z dehumanizacji. Przejmujące są historie rodzinne, w których dostrzega się zanik więzi i gdzie byt znaczy więcej niż pokrewieństwo. Widzimy, że opisywane dramaty wynikają z braku empatii, czułości i poczucia bycia razem. Każdy na ulicy jest osobny, nawet w grupie tak zwanych przyjaciół. „Ulica mnie woła” to jednak opowieść o wyjątkowej wrażliwości autorki – w jej sposobie opowiadania o problemach Limy jest cała gama uczuć. Szady chce dostrzec to, co zaniedbane – w sensie architektonicznym, socjalnym, ale przede wszystkim na gruncie kalekich relacji w rodzinach. Tych rodzinach, które powstają zupełnie przypadkowo, gdy ciąża jest efektem zaniedbania i gdy bliskość z dzieckiem warunkują możliwości – ich jednak niewiele, bo świat ulicy jest bezwzględny i każdego dnia zmusza do radzenia sobie w pojedynkę. Tylko tak można radzić sobie skutecznie.

Zaglądamy do pueblos jóvenes obejmujących blisko połowę Limy. To przestrzenie zaniedbania, ludzkiej goryczy, dzielnice przemocy i kumulowanej frustracji. Bieda niejedno ma imię. Szady przygląda się jej uwarunkowaniom. W tym znaczeniu ten reportaż jest uniwersalny, bo obrazuje dynamikę rozwoju miast molochów, w których znaczna część ludności pozostawiona jest sama sobie. Badane są rejony zwykle niewygodne dla badaczy. Miejsca, do których nie zapuszczają się ci odpowiedzialni za stan miasta, jego efektywne funkcjonowanie. Lima lubi porzucać i od lat tak się rozwija, by nie przywiązywać się do nikogo i do niczego. Wysiłek włożony w to, by pozbyć się piętna tymczasowości w tym mieście, jest wielokrotnie zbyt duży. Niewielu bohaterom książki udaje się pożegnać ulicę. Najtrudniejsze jest to pożegnanie mentalne. Nie chodzi o to, by mieć dach nad głową, zarabiać, przestać kraść i narkotyzować się. Ulica wrasta w ludzką mentalność na tyle silnie, że niejednokrotnie wywołuje uczucie przynależności na zawsze. O tym uczuciu Beata Szady rozprawia wieloaspektowo, ale wszelkich odpowiedzi szukać musimy w tym, co mówią jej rozmówcy. Ten reportaż zasiewa wątpliwości, których nie możemy się już pozbyć. Każe spojrzeć na problemy, dla których teoretycznie nie ma rozwiązania. Są za to cierpiący ludzie, którzy nie wyjdą poza krąg własnych życiowych doświadczeń.

Tymczasem dla opisywanych chłopców i dorosłych ludzi, którzy nie mogą się zmierzyć z własną dorosłością, wyjątkowa staje się walka o godność oraz wewnętrzną wolność. To trudna droga ku temu, by samostanowienie uczynić priorytetem. Bycie niezależnym to niekiedy stan kompletnie niezrozumiały dla tych, którzy doświadczyli różnych form przemocy i opresyjności w najważniejszych latach dzieciństwa. Odebrano im prawo do tego, by być dzieckiem, lub prawo młodzieńczej nieposkromionej wolności zamieniono na szorstką zależność od praw ulicy. Każdy staje się tym, kim może się stać poprzez walkę. Bycie limskim wyrzutkiem to czasem wieczny stygmat. Beata Szady chce zmierzyć się z tym, czego nie widać na umorusanych twarzach pełnych rezygnacji albo złości. Wchodzi pod skórę swoich bohaterów i analizuje, czym jest wewnętrzny zew ulicy. Co wpływa na to, że w życiu człowieka agresja i poczucie beznadziei wybierane są całkiem świadomie?

To książka o tym, jak krwiożercze i bezwzględne mogą być te wszystkie wielkie miasta, w których całkiem świadomie i przy milczącej aprobacie społecznej tworzą się potężne enklawy ludzkiego wykluczenia. Autorka podkreśla problematyczną nomenklaturę dzieci żyjących na ulicach. Tam, gdzie mądre głowy zastanawiają się, jak zasadnie nazwać problem, on sam potęguje się pośród rosnącej niesprawiedliwości społecznej i takich warunków życia, które dziedziczone, pozostają traumą aż do śmierci. Szady pokazuje także, jak dużą determinacją wykazują się ludzie pragnący pomóc i zmienić stan rzeczy – odmienić ulicę i wykorzenić jej smutny ślad z przegranych biografii. Wszystko w otoczeniu miasta, do którego autorka ma ambiwalentny stosunek. To Lima ją wzywa i ona każe wyostrzyć spojrzenie. Ulica mnie woła” to zatem książka odpowiedniej perspektywy. Pokłosie trudnych spotkań i na tyle trudnych dylematów, że nikt nie podejmuje się zmian, bo zmiana we własnej mentalności to zawsze niewyobrażalnie wielka praca nad sobą. To książka o ścisłym związku pochodzenia z możliwościami, jakie daje życie. Jak wspomniałem na wstępie – mało odkrywcza, ale ujmująca wrażliwością na te cechy Limy oraz jej mieszkańców, których nie dostrzeże turysta nawet wielokrotnie odwiedzający stolicę Peru.