Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-08-26

„Zawód: powieściopisarz” Haruki Murakami

Wydawca: MUZA

Data wydania: 16 sierpnia 2017

Liczba stron: 288

Przekład: Anna Zielińska-Elliott

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Warsztat pracy i filozofia życia

Po kilku przygodach z powieściami Murakamiego oraz jednym spotkaniem ze zbiorem jego opowiadań postanowiłem sobie, że będę czytał książki japońskiego pisarza tylko wtedy, gdy nie będą fikcjami literackimi. Dużą przyjemnością było poznawanie przed siedmiu laty jego publikacji o bieganiu i ze sporą dozą ciekawości podchodziłem właśnie do tej. Tym bardziej że „Zawód: powieściopisarz” tematycznie znajduje się zdecydowanie w kręgu moich zainteresowań egzemplifikowanych rozmowami z autorami, w których za każdym razem – choć zawsze inaczej – pytam o istotę procesu twórczego i kondycję współczesnego prozaika. Czy Murakami opowiedział mi tu coś, czego nie byłem świadom? Niekoniecznie. Istotne w tej książce jest jednak to, że opowiada o niesamowitej konsekwencji w działaniu. O wytyczeniu rytmu i kierunku drogi twórczej, których w żaden sposób nie naruszy największe nawet tsunami. Bo krajobraz mentalny Murakamiego nigdy nie będzie przypominał świata po Fukushimie, do którego odwołuje się w swych rozważaniach. Zawód: powieściopisarz” jest pełną ironicznej autoadoracji opowieścią o wyborze, jego konsekwencjach oraz o tym, jak raz na zawsze określić swój status, nazwać własne oczekiwania, realizować je i być spełnionym w tym, co się robi.

Haruki Murakami unika rozgłosu medialnego. Nie przepada za wystąpieniami publicznymi. Tkwi w świecie, który zbudował sobie z wyobrażeń i selekcji faktów, i bardzo dba o to, żeby ten świat był harmonijny. Cokolwiek o pisaniu napisze człowiek, który z pisania żyje ponad 35 lat, będzie to ważne i nie sposób podejść do tych esejów tak krytycznie jak do powieści japońskiego autora. Bo wydaje mi się, że Murakami pisze uczciwie, bez zawikłanych zestawień, bez zbędnej terminologii, odniesień, symboliki, porównań. Łączy ze sobą to, kim jest jako człowiek piszący, z tym, czego oczekuje od niego świat. Jest to w dużej mierze książka bardzo intymna, ale obok interesujących rozważań na temat choćby japońskiego rynku wydawniczego czy kreowania bohaterów literackich pojawiają się frazy tąpnięcia, po których chwilę trzeba dochodzić do siebie. Jak wyznanie, że potrzeba pisania gromadzi się Murakamiemu jak woda przed zaporą, gdy topnieje śnieg…

Kiedy autor nie używa pretensjonalnych metafor, całkiem zgrabnie i konsekwentnie pisze o własnym warsztacie, który miał swój specyficzny początek. Bo potrzeba pisania zrodziła się pod wpływem znaczącej dla Murakamiego chwili pewnego dnia sezonu baseballowego. „Zawód: powieściopisarz” to zbiór bardzo uporządkowanych tematycznie i formalnie esejów, które odzwierciedlają to wewnętrzne uporządkowanie autora. Każda jego książka zrodziła się w sposób naturalny, przewidywalny, określony w czasie i bez tak zwanej męki twórczej, albowiem pisarz twierdzi z przekonaniem, że wszystkie zdania zawsze wypływały z jego wyobraźni gładko. Można zastanawiać się, na ile takie wyznania są świadectwem wspomnianej już konsekwencji w działaniu twórczym, a na ile zwyczajnego wyrobnictwa. Nie można jednak odmówić racji Murakamiemu, kiedy powtarza frazę, którą gdzieś zasłyszał: o tym, że nie można zadowolić wszystkich i należy zadowolić samego siebie.

Czy czytelnik i wielbiciel jego prozy będzie zadowolony z tej książki? Na pewno tak. Widać, że jest przemyślana i ułożona w bardzo zhierarchizowanym porządku. Całość to efekt pewnego zdziwienia – sobą i tym, co do tej pory udało się osiągnąć. Murakami spotyka się nie tylko z własną świadomością, ale przede wszystkim przysiada, by poopowiadać innym o czymś, co wydawało się przez lata intymne. Ta książka to dowód na to, że z natury nietowarzyski człowiek może się do nas jednak dosiąść i szczerze o sobie opowiedzieć. Strzegący swojej prywatności prozaik pozwala sobie na niebywałą wręcz otwartość. Nie ma w tym egzaltacji ani megalomanii. Jest swoista spowiedź, dość uczciwa. Dotyczy pracy nad materią, z której nie wszyscy potem są zadowoleni. Jakkolwiek oceniać twórczość japońskiego pisarza, trzeba uznać, że pokazuje proces pisania, odzierając go z wielu narosłych mitów i legend. To efekt uważnego obserwowania rzeczywistości i wyciągania wniosków w szerokim kontekście. Nieważne, jakie są potem literackie tego efekty. Widać wyraźnie, że pisanie porządkuje życie, ma pewną strukturę, nie jest w opinii Harukiego Murakamiego ani czymś błyskotliwym, ani też czynnością zasługującą na szczególne uwagę i podziw.

„Zawód: powieściopisarz” to książka odwołująca się stale do upływu czasu i sytuująca przemyślenia w kontekście kilku dekad, podczas których zmieniała się recepcja danego dzieła, zasadniczy pomysł na nie i przyglądanie się danej książce z nieco innej autorskiej perspektywy. Interesujące są opowieści o tym, w jaki sposób Murakami najpierw odbierał, a potem tworzył literaturę w języku angielskim. Jak zaistniał w amerykańskich, a potem europejskich wydawnictwach. W jaki sposób odcinał się od wszystkiego, co opresyjne w japońskim rynku wydawniczym, i jak konsekwentnie szedł swoją drogą. To też mądra książka o tym, jaki stosunek trzeba przyjąć do krytyki literackiej i jak zwyczajnie robić swoje, jeśli uznaje się, iż jest to robota celowa i słuszna.

Murakami mówi o tym, że tylko upływ czasu może zweryfikować zarówno oryginalność, jak i ważność danej książki. Widzimy także, w jaki sposób ten pogląd się narodził. Co na niego wpłynęło – czy w większym stopniu odbiór literatury na świecie, czy też może uważne przyglądanie się Murakamiego samemu sobie. To książka o poczuciu własnej wartości, o człowieku spełnionym. Taka opowieść o życiu, na które niejednego nie stać, bo brakuje mu odwagi albo określenia priorytetów. W takim rozumieniu „Zawód: powieściopisarz” to historia o tym, w jaki sposób najpierw poszukuje się życiowej harmonii, a potem w niej umacnia. Gdyby jednak świat literacki obfitował w tak uporządkowane, zadowolone z siebie i pewne swego persony, literatura w gruncie rzeczy przestałaby zaskakiwać. Murakami pisze o porządku. Tak, te eseje porządkują sprawy i nazywają je w sposób racjonalny. Tkwią jednak nad przepaścią wzruszeń i emocji, o których wielu pisarzy nie potrafiłoby opowiedzieć w takiej formie jak Murakami. Napisane zostało to, co można wyrazić i w przypadku autora – konkretnie uporządkować. Pewnego rodzaju rozczarowanie po lekturze wiąże się z tym, że właściwie już wszystko wiemy, wszystkiego się dowiedzieliśmy. Tożsamość pisarza to może być tylko to, co zamknie się w zbiorze jedenastu tekstów z posłowiem?

4 komentarze:

Natalia pisze...

"Po kilku przygodach z powieściami Murakamiego oraz jednym spotkaniem ze zbiorem jego opowiadań postanowiłem sobie, że będę czytał książki japońskiego pisarza tylko wtedy, gdy nie będą fikcjami literackimi".
Dlaczego? Nie lubi Pan prozy Murakamiego? Dla mnie jego książki to taka guilty pleasure :-) Wiem, że literacko to niekoniecznie wyżyny, dziwią mnie coroczne podejrzenia o Nagrodę Nobla dla niego, ale po prostu świetnie mi się go czyta :-)

Jarosław Czechowicz pisze...

Nie przepadam. Nie chodzi o to, czy wyżyny czy nie. Po prostu nie moja estetyka, kompletnie się w tym nie odnajduję.

Zajawka pisze...

Do Murakamiego podchodzę baardzo ostrożnie, a o ile mogę, to w ogóle nie podchodzę ;p natomiast cały czas zaskakuje mnie jego popularność, jego pisarski dryl, jego pracowitość i skupienie na pisanych książkach... Ostatnio czytałam jego opowiadania (zapraszam: https://taknamarginesie.wordpress.com/2017/09/01/w-poszukiwaniu-kompasu-haruki-murakami-men-without-women/) i nadal nie wiem, co właściwie o nim myśleć...

Werterownia pisze...

Ja kiedyś czytałam "Mężczyźni bez kobiet", a ostatnio właśnie dostałam "Zawód: powieściopisarz" do recenzji ;) Interesująco jest poznać opinię innej osoby.
Absolutnie nie mam uczucia, że wiem wszystko o Murakamim. Wręcz przeciwnie, przecież autor pokazał nam tylko to, co chciał. Jestem zaciekawiona, a nie rozczarowana :)
Zdziwiło mnie trochę określenie: "pełną ironicznej autoadoracji". Nie odebrałam tak słów Murakamiego. Zgadzam się za to ze stwierdzeniem o braku megalomanii i egzaltacji.
~Weronika