Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-04-22

„Kokon” Joanna Lech


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 3 kwietnia 2019

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Studium przemocy i niemocy

Szanuję i podziwiam dobór problematyki. Opowiedzieć o wyobcowaniu i szykanach w prosty sposób, w którym obiekt tychże wywołuje w obserwatorze atawistyczne współczucie, to generalnie nie jest wielka sztuka. Zdać relację ze studium neurotycznego upodlenia, w którym rozmywa się, stale przecież obecne w bohaterce, poczucie przynależności do czegoś i kogoś, to już rzecz wymagająca odwagi oraz przemyślenia. O ile Joannie Lech nie zabrakło odwagi wraz z bezkompromisowością, o tyle mam wrażenie, że zabrakło głębszych przemyśleń nad strukturą tej książki. „Kokon” w bardzo obrazowy sposób przedstawia szereg ułomności głównej bohaterki niebędącej w stanie dopasować się do środowisk, które ją wykluczają. Obserwujemy także pełne szalonej determinacji próby przywiązania do siebie mężczyzn funkcjonujących tutaj jako symboliczne narzędzia opresji. Nie chcę trywializować, ale wydaje mi się, że Iga zostanie nam w pamięci jako najwięcej wymiotująca postać współczesnej prozy polskiej Z treścią wymiotów bohaterki, a także sposobami ich wydalania zapoznamy się bardzo szczegółowo. Co jeszcze się zapamięta? Przede wszystkim oczekiwanie, aby zrozumieć, ku czemu ta powieść zmierza. „Kokon” męczy nie tylko konstrukcją i przesłaniem. To książka, w której – poza nakreśleniem problemu bez sugerowania jakichkolwiek przyczyn sportretowanych objawów – nic się nie dzieje, wszystko jest statyczne, wciąż na kolejnych stronach czytamy o tym samym i aby zorientować się w problematyce powieści, wystarczy uważna lektura pierwszych kilkudziesięciu stron.

Iga to taki mroczny rewers Marianny z „Maszkarona” Patrycji Pustkowiak. Iga sięga ku autodestrukcji, Pustkowiak portretuje bohaterkę przekładającą swoje lęki i neurozy w bunt wobec otoczenia. Obie autorki starają się zwrócić uwagę na to, co odpycha i oddala od kobiet zmagających się z takimi, a nie innymi deficytami – niemogących zwyczajnie wziąć się w garść, bo nie mają możliwości oraz narzędzi, aby to zrobić. Lech i Pustkowiak enigmatyczne przesłania swoich powieści starają się zatrzeć za pomocą eksperymentów językowych. Joanna Lech radzi sobie chyba lepiej, bo poetyckość książki o najbardziej naturalistycznych objawach zaburzeń osobowości i odżywiania to sztuka, której warto się przyglądać, choć – jak już wspomniałem – podziwiać można przez chwilę. Nie chodzi mi o to, że tak przedstawione bohaterki jak te z „Maszkarona” czy „Kokonu” mają wzbudzać estetyczny niepokój i to w związku z nim odpychać od lektury. Odnoszę wrażenie, że obie książki portretują problemy, nie wchodząc w żadne próby ich diagnozowania. Pozostawiają w niedosycie, ale jednocześnie tworzą na tyle spójne wizerunki antypatycznych kobiet, że są wyraźne. Wyraźna powieść to nie zawsze znaczy dobra powieść. I o tym być może autorki nie pomyślały.

Iga jako dziecko bała się ciemności. Dlaczego? Potrafiła przez kilka miesięcy milczeć. Co było przyczyną? Joanna Lech porzuca choćby próby sygnalizowania problemów już od samego początku tej historii. Opowieści, która w zasadzie nie ma początku ani końca, a pomieszanie perspektyw czasowych potęguje celowy oczywiście chaos. Przyglądamy się kobiecie, dla której opresyjne było właściwie wszystko, z czym się zetknęła. Wydobyła się z domu, w którym matka wciąż na nowo podkreślała jej zbędność i nieprzystosowanie. Ze szkoły, której unikała, bo było to dla niej miejsce wyjątkowo opresyjne. Ze związków z mężczyznami, którzy nigdy nie dawali poczucia bezpieczeństwa. Iga na wiele sposobów doświadcza również przemocy, jest to przemoc systematyczna i destrukcyjna dla niej. Ale najciekawsze jest śledzenie tego, w jaki sposób jej pokłady przenoszą się do wnętrza bohaterki i dlaczego Iga z taką determinacją umie krzywdzić swoje ciało i swój umysł. Nie chce zostawić mężczyzny, który ją upokarza, i nie potrafi funkcjonować w żadnym środowisku, gdzie mogłaby wykazać się kreatywnością, przedsiębiorczością, wziąć odpowiedzialność za swój los. Bierność Igi jest tu wielopoziomowa. Jest prostym mechanizmem samoobrony, który nie jest skuteczny. Jest też sposobem na przetrwanie, ułożenie się ze swoimi neurozami. Choć wspomniane już zwracanie treści żołądka znamionuje wewnętrzny bunt, poczucie wypełnienia obcą treścią. W niej są wszystkie niechciane i brutalne gesty, wszystkie przerażające i deprecjonujące słowa, jakie Iga słyszy. Ale stale jest to tylko odreagowywanie. Nie będziemy mieli możliwości zrozumienia, skąd bierze się piekło bohaterki. Możemy jedynie kroczyć po jego piętrach, obserwować narastające poczucie bycia ofiarą. Bo Iga jest ofiarą, ale składa w ofierze także samą siebie.

Interesująca metafora przepoczwarzania się motyla (choć tytuł funkcjonuje także w innym znaczeniu!) wzbudza kolejny niedosyt, bo nie jest to powieść rozwojowa, a wręcz można powiedzieć, że zjada swój ogon. „Kokon” to ciąg sytuacji i zdarzeń, w którym obserwujemy niedopasowanie głównej bohaterki i jesteśmy świadkami tego, w jaki sposób Iga chce wyartykułować albo pokazać, że czuje, iż nigdy do niczego nie przynależy, a sama dla siebie jest najbardziej toksyczna. Joanna Lech pisze w taki sposób, że żal przeradza się w niechęć, a empatia słabnie, bo widzimy za dużo niewygodnych dla percepcji kontekstów, w których ona sama staje się po prostu irytująca. I choć mamy do czynienia z narratorem wszechwiedzącym, ani na chwilę nie przekraczamy granicy ustalonej w tej powieści na samym początku. To takie trwanie w czytelniczym kokonie. Nie wydobywamy się z niego, nie wyniesiemy z tej książki jakiejś ważnej i istotnej refleksji. Możemy się tylko okopać w irytacji albo wykazać wyjątkową wyrozumiałością.

Problem polega jednak na tym, że ta narracja nie da żadnej ekspiacji – ani bohaterce, ani czytelnikowi, choć chwiejące się trochę w konstrukcyjnych posadach zakończenie chce udowodnić coś innego. Nie znajdzie się w niej nic, co pozwoli realnie zaskoczyć, a tym samym zakorzenić się gdzieś w umyśle, zabrać ze sobą „Kokon” na długo po lekturze. Joanna Lech sprawnie i inteligentnie prowadzi nas przez przestrzenie furii, rozpaczy i bezsilności. Sprawia jednak wrażenie przewodnika z rodzaju tych, których na wycieczkach słuchają tylko najpilniejsi uczniowie. Reszta przygląda się temu, o czym przewodnik opowiada, ale w dużej mierze chciałaby się znaleźć gdzie indziej. Bo to nie jest powieść o labilnej emocjonalnie histeryczce, której mimo niechęci trzeba przyznać moc współczucia, gdyż jest to konieczne i w dobrym tonie. To historia – jak wspomniałem – celowo chaotyczna, ale poziom chaosu i nierozpoznania czytelnego znaczenia może być dużo bardziej zgubny, niż autorka mogła to przewidzieć. Rozczarowanie.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Właśnie przebrnęłam przez „Kokon” (kolejne i ostatnie podejście) i przyznaję, że mam podobne odczucia po tej lekturze. Chciałam przeczytać, zachęcona m.in. porównaniem (na okładce) do „Szklanego klosza” S. Plath, które moim zdaniem jest mocno przesadzone i wprowadza w błąd czytelnika. Dziękuję za Pana recenzję, myślę że bardzo trafnie opisuje braki i nadmiary tej książki.
Na marginesie - czy poleciłby Pan jakąś powieść o podobnej problematyce, jednak pogłębionej, rozwiniętej (w sensie diagnozowania) i wnoszącej trochę nadziei? Zakończenie „Kokonu” w ogóle mnie nie przekonuje. Pozdrawiam🙂