Wydawca: Wydawnictwo Marginesy
Data wydania: 26 sierpnia 2026
Liczba stron: 288
Przekład: Piotr Królak
Okładka: miękka
Cena detaliczna: 59,90 zł
Tytuł recenzji: Strategie walki
Trudno obojętnie przejść obok takiej pozycji publicystyczno-naukowej. Głównym powodem jest to, że autor – badacz społeczny i profesor socjologii – jest tu bardzo odważny, jeśli chodzi o formułowanie tez, a przede wszystkim widać jego ogromne emocjonalne zaangażowanie w opisywany temat. Ta książka ma charakter oglądu, przeglądu, analizy i metaanalizy, ale są w niej partie bardzo osobiste i można zauważyć, z jakim nastawieniem Matthew Desmond podchodzi do opisywanego w tej książce problemu. Po „Eksmitowanych” polski czytelnik może przeczytać jego kolejną narrację – o tym, co jest powodem wstydu, ale i swoistym stanem utrwalonym oraz utrwalanym. Bieda to ból fizyczny. Bieda to wstyd. Bieda to stan permanentnego zaangażowania umysłu w mroczną codzienność zamiast wykorzystania jego potencjału na przykład w edukacji. Bieda to więzienie. Klatka, do której ktoś celowo zgubił kluczyk. Bo – jak przekonuje autor – amerykańskie ubóstwo to coś, co jest komuś na rękę. Dlatego trwa. W różnym nasileniu na przestrzeni wieków, ale w takim, jakiego powinni wstydzić się nie ubodzy, lecz bogaty kraj, który mógłby – a z kilku powodów nie chce i o tym będzie ta opowieść – zniwelować nędzę do pewnego określonego minimum.
Można czytać „Biedę w Ameryce” jako swoisty manifest światopoglądowy, bo choć opiera się na licznych źródłach naukowych i artykułach prasowych, to sięga też do literatury pięknej (chyba nie mógłby się tu nie pojawić choć krótki fragment „Gron gniewu” Steinbecka), jest wyrazem osobistych przekonań Desmonda i obsadza go tu w dwóch rolach: badacza zjawisk i procesów społeczno-gospodarczych oraz obserwatora, który wyciąga wnioski nie na podstawie tego, co przytaczają licznie tu prezentowane dokumenty i przeliczenia procentowe, lecz opierając się na przyglądaniu się biedzie tuż obok siebie. Publikacja ma kilka wymiarów, a jednym z nich jest opowieść o nienawiści do amerykańskiej biedy ujawnianej przez wspomnienia określonego rodzaju życia samego autora i ludzi, których spotkał na swojej drodze – bliskich jego sercu, a dalekich systemowi niedającemu szans na zmianę ich statusu życiowego.
Bo amerykański biedak to nie tylko człowiek śpiący na ulicy albo proszący o jedzenie czy pełen negatywizmu leń, któremu nie chce się zmienić swojej sytuacji życiowej. Amerykańskie ubóstwo to czasem praca do utraty siły, do zemdlenia. Coś, z czego nie można wyjść, będąc aktywnym zawodowo i na tyle przedsiębiorczym, na ile pozwalają na to warunki życiowe. Bieda ma nie tylko wiele oblicz, lecz przede wszystkim przyczyn. Matthew Desmond sięga wiele wieków wstecz, analizuje zachodzące w przeszłości procesy pogłębiające nierówności i już na wstępie zadaje zasadnicze pytanie: „Dlaczego w tej krainie obfitości jest tak wiele niedostatku?”.
Powodów, dla których ubóstwo ma się w USA tak dobrze, jest naprawdę wiele i część z nich można byłoby usunąć przy odrobinie dobrej woli. Desmond porównuje – nie wiem, czy zawsze trafnie – stan funkcjonowania ubóstwa w innych rozwiniętych krajach, zwłaszcza europejskich, ale cały czas twardo stąpa po amerykańskim gruncie. Punktuje, co biedzie sprzyja, co ją podtrzymuje, a także jakie grupy osób mają swój interes w tym, by co dziewiąty Amerykanin zmagał się z mniejszym lub większym niedostatkiem – za oceanem żyje w nim tyle ludzi, ilu mieszkańców ma Polska! Desmond pokazuje, że bieda ma różne twarze w zależności od danego stanu, ustaleń funkcjonowania w nim i zwalczania nieuczciwej konkurencji. Bo do tego, że ludzie są biedni, doprowadzają banki, deweloperzy, urzędy podatkowe, a nawet system więziennictwa, o czym czytałem ze szczególną uwagą, bo nigdy nie zastanawiałem się nad tym, że zamykanie w USA za kratkami mężczyzn sprawia, że całkowicie tracą oni kontakt ze swoimi rodzinami, które zwykle mają ograniczone dochody, a cała ta sytuacja potęguje niedostatek.
Autor nie próbuje tutaj budować piramidy ubóstwa i wskazywać, jaką ma ono strukturę. Desmond tworzy wizerunek innej piramidy. Rzeczowo i konsekwentnie nakreśla, jakie czynniki wpływają na to, że Amerykanie doświadczają biedy: jak bardzo spolaryzowani są społecznie i jak okrutnie egoistyczni potrafią być w tym, co robią i jak działają. Zwłaszcza gdy pochodzenie lub kolor skóry wypchnie ich na określone wody egzystencji i z góry zaoferuje mnóstwo możliwości bogacenia się. Albo nie zaoferuje nic.
Z rozdziału na rozdział coraz wyraźniej widać nie tylko bezsilność, lecz także wściekłość autora. Część z proponowanych przez niego pomysłów na walkę z ubóstwem to tylko tezy, za którymi nie pójdą czyny. Tam, gdzie realnie walczy się z biedą, często system rzuca kłody pod nogi. Desmond za amerykański niedostatek obwinia konkretnie i rzeczowo. Nie będę punktował, co i kogo, bo jest to najcenniejsza część tej książki, wobec której można mieć ambiwalentne odczucia, co udowadnia skala niezgody na część propozycji Desmonda pojawiająca się już w omówieniach tej książki po wydaniu jej w Stanach Zjednoczonych.
Cenne jest to, że autor pokazuje zarówno zmienność, jak i nasilanie się zasadniczego problemu biedy, skupiając swoją uwagę na tym, w jaki sposób syci Amerykanie – do których sam z niejakim wstydem się zalicza – stworzyli społeczny konstrukt, w którym odbieranie życiowych szans innym jest trampoliną dla karier pozostałych. Nie każdy zresztą rozumie, co to znaczy amerykańska bieda i sądzę, że ciekawy będzie odbiór tej książki w Polsce, gdzie ubóstwo jest nieco inaczej definiowane. A może pewne paralele, które się tu pojawiają, stanowią uniwersalny obraz nierówności społecznych, które zbudowały cały tak zwany pierwszy świat, i to raczej białymi rękami, bo czarny człowiek zawsze pełnił podrzędną funkcję w kreowaniu czegokolwiek?
To ciekawa książka o ekonomii, klasowości, żonglowaniu publicznym budżetem, ale także rzecz o ludziach, który gotowi są realnie i konkretnymi działaniami wspierać walkę z ubóstwem. Pojawia się ciekawa, choć trochę nazbyt czytelna metafora muru do zburzenia, gdy już autor wyjaśni w miarę klarownie, jak i kiedy ten mur wybudowano. I dlaczego ma się on tak dobrze, dlaczego nierówności się pogłębiają i dlaczego Stany Zjednoczone to kraj, w którym można błyskawicznie wszystko zyskać i równie szybko to stracić. Także swoją tożsamość, bo bieda jej nie kształtuje, ubóstwo raczej odbiera część tożsamości i przekształca percepcję człowieka, zawęża horyzonty. Jest sporo o tych, którym te horyzonty z łatwością poszerzano, ale zasadniczo książka jest wyrazem bardzo stanowczego sprzeciwu wobec opisywanego zjawiska i swoistym podręcznikiem, który prawie w punktach przedstawia walkę z ubóstwem w bardzo różnorodnej formie.
To też książka, która w każdym kraju, w którym zostanie przetłumaczona, powinna wzbudzić refleksję czytelnika. Refleksję dotyczącą tego, co zyskał, dzięki czemu to zyskał i jak niewyobrażalnie cienka jest granica między życiem w dobrobycie a życiem w nędzy. Oskarżeni zostają tu wypunktowani. Ofiary otrzymują głos i mają szansę opowiedzieć, w jakiej matni tkwią. Tymczasem amerykańska bieda trwa i w dużej mierze będzie trwać niezależnie od tego, ile biedni z siebie dadzą, by móc wieść normalne, godne życie. Desmond pisze literaturę faktu z wielką empatią dla ludzkiej krzywdy, która często jest niezawiniona. Książka mocna, dyskusyjna i przede wszystkim od pierwszego do ostatniego akapitu bezkompromisowo szczera. Zwłaszcza gdy wskazuje, że bieda jest boleśnie widoczna, a dostatek sprytnie ukrywany. I że ci, którzy mogliby realnie pomóc, zgrabnie chowają głowy w piasek.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz