2022-12-07

„Najprostszy podarunek” Stefanos Xenakis

 

Wydawca: Media Rodzina

Data wydania: 9 listopada 2022

Liczba stron: 328

Przekład: Monika Popławska

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Prosto o szczęściu

Unikam wszelkiego rodzaju tak zwanej literatury motywacyjnej. I pewnie dalej bym to robił, a na pewno nie sięgnął po tę książkę, gdybym w bieżącym roku, mając czterdzieści cztery lata, nie przeprowadził prawdziwej życiowej rewolucji. Żegnam się z dotychczasowym życiem i rozpoczynam nowe. Bez sentymentu wobec tego, co minęło, i z dużym lękiem, lecz równocześnie ekscytacją – na dalekiej północy czeka mnie bez wątpienia inne i zakładam, że dużo lepsze życie. Dlatego też zainteresowała mnie książka Stefanosa Xenakisa. Chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście o zmianie perspektywy i przyzwyczajeń, a przede wszystkim o pozbyciu się strachu przed zmianą można zgrabnie opowiedzieć i tak, żeby kogoś do tego przekonać. „Najprostszy podarunek” robi to bardzo dobrze. Najcenniejsze, co w tej książce się pojawia i z czym się dziś całkowicie identyfikuję, to teza, że niezbędny dla samorozwoju jest balans między tym, co minione, a tym, co dopiero ma się wydarzyć. Grecki autor sugeruje, że wręcz trzeba usunąć z życia i mentalności to, co naprawdę zbędne, aby zrobić miejsce na nowe doświadczenia. Podoba mi się również to, że Xenakis cały czas stara się nam uświadomić, jak wiele cennych rzeczy mamy na co dzień, jak zupełnie nie umiemy się z nich cieszyć i w jaki sposób moglibyśmy tę radość wskrzesić.

Tytuł odnosi się do każdego świadomie przeżytego przez nas dnia. Świadomie, czyli z nieodłączną satysfakcją jego przeżycia. Ale tytuł tak ładnie wydanej książki to również powód, dla którego warto ją sprezentować w czasie, kiedy te prezenty się wręcza, komuś, kto – jak jest tu sugerowane – w mniejszym lub większym stopniu jest złodziejem własnego życia. Tak, ta myśl rezonuje tu we wszystkich tekstach, bo „Najprostszy podarunek” formalnie składa się ze zbioru opowiadań, których narratorem jest autor, a przestrzenią rozważań jego istnienie oraz sposób, w jaki patrzy on na życie innych ludzi. Przemawia do mnie teza, że jestem złodziejem własnego czasu, bo dzięki tej lekturze uświadamiam sobie, jak bardzo go trwoniłem albo też w jaki sposób wpędzałem się w poczucie dyskomfortu tylko po to, by w pewnych kwestiach udowadniać wszem wobec, że mam rację. A jej nie miałem. Xenakis świetnie motywuje do spojrzenia na nasze otoczenie przez pryzmat tego, w jaki sposób ono na nas wpływa i jak różnorodnie kształtujemy życiowe postawy – często poddając się ograniczeniom, które stawiamy sami sobie.

Oczywiście można się zastanowić nad tym, czy grecki autor naprawdę w pełni widzi rzeczywistość i trafnie ocenia to, jak może być skomplikowana. Bo przecież mogą się pojawić podczas lektury uzasadnione wątpliwości: co ze smutkiem czy rozgoryczeniem, co z melancholią i poczuciem życiowego dyskomfortu? Czy one rzeczywiście nie mają racji bytu? Są doświadczeniami oraz przeżyciami, z którymi trzeba walczyć, trzeba je eliminować? Czy można przeżyć życie z uśmiechem na twarzy i poczuciem harmonii w duszy? Całe życie? To nie jest tak, że Stefanos Xenakis nie widzi tego, iż kształtują nas bardzo różne doświadczenia; nie sugeruje, że mamy panicznie uciekać od smutku, stymulować swoje myślenie w taki sposób, by celebrować wieczną pogodę ducha. Nie. Autora bardzo interesuje to, skąd się bierze wszystko, co powyżej, i nie jest on od tego wolny, ale sugeruje nieco więcej pracy nad sobą, aby pozbyć się przynajmniej tej części poczucia dyskomfortu życiowego, za którą jesteśmy w pełni odpowiedzialni. Nieprzypadkowo rozpoczyna od śmierci kogoś bliskiego, doświadczenia granicznego i zmieniającego bez względu na to, jak staramy się być wobec czyjegoś odejścia obojętni. Xenakis to, co mroczne i uciążliwe, nazywa trochę z przymrużeniem oka „naszym szajsem”. Wie, z czym można się uporać, a co jest trudne do zmiany. Jednym słowem: nie neguje życiowego smutku i rozczarowania. Ale to nie na nich skupia swoje rozważania. Zwraca uwagę na cenną perspektywę, którą wyraża prostym zdaniem: „Życie nie jest łatwe. Ale jest proste”.

Zatem w prosty i przystępny sposób opowie o tym, na co mamy wpływ i co możemy zmieniać. Jego opowiadania stworzone są trochę w stylistyce i formie przypowieści biblijnych, niektóre przypominają baśniowe historie, wszędzie jednak obecny tryb rozkazujący wcale nie jest inwazyjny ani w żaden sposób nieprzyjemny dla odbiorcy. Bo „Najprostszy podarunek” to od początku do końca książka sugestii i porad. Pełna egzystencjalnej życzliwości, gdyż opowiada o tym, że mamy jej w codziennych relacjach pod dostatkiem, lecz często tego nie zauważamy albo nie chcemy wykorzystać tego wielkiego potencjału. Xenakis stara się być bacznym obserwatorem i kieruje się w stronę drugiego człowieka. Pojawiają się tu wspomnienia ludzi, którzy stanęli na jego drodze dosłownie na chwilę, a jednak wpłynęli na sposób myślenia autora o życiu. Pisarz uważnie obserwuje, bo wie, że w przyglądaniu się światu znajdziemy czasem więcej odpowiedzi na dręczące nas pytania, niż gdy będziemy sięgać w głąb samych siebie, nawet z pomocą terapeuty, którym Xenakis wcale być w tej książce nie zamierza.

Ujęło mnie kilka spraw w tych opowiadaniach, które z truizmów czy banałów robią jednak kwestie warte głębszego przemyślenia. Przede wszystkim pogodny i piękny patriotyzm. „Najprostszy podarunek” to opowieść o wdzięczności za bycie Grekiem i o Grecji, która portretowana jest za pomocą przestrzeni dających autorowi i jego rodzinie możliwość poczucia się wyjątkowymi. No właśnie, rodzina. Stefanos Xenakis opowiada o podwójnym ojcostwie – o odpowiedzialności, która z niego wynika, ale i o wielkiej radości wyłaniającej się dopiero z postawy mądrej odpowiedzialności za swoje dzieci. Tu dwie jego córki są źródłem natchnienia i szczęścia, ale Xenakis opowiada również o mądrości bycia rodzicem, a także o tym, w jaki sposób rodzic może stać się dla dziecka toksyczny.

Podobają mi się niektóre metafory, są bezpretensjonalne i nie ocierają się o kicz, co w tego rodzaju publikacjach często ma miejsce. Przekonują mnie symbole kotwicy na dnie morza, zamkniętego sejfu z szyfrem czy smog emocjonalny. Cieszę się, że można iść przez tę książkę i nie mieć poczucia, że jest się atakowanym przez banały oderwane od życia i realnych problemów. Xenakis na kilka sposobów usiłuje nazwać to, co dla nas może być problematyczne. Ta książka jednak jest cenna przede wszystkim dlatego, że wskazuje i punktuje, ile potencjału rozwoju tkwi w nas samych i dlaczego na tak wiele sposobów skutecznie blokujemy sobie możliwości, by iść dalej inną ścieżką, a nie utartą koleiną. Jest tu również kilka konkretnych rad wskazujących, co uczyniłoby życie lepszym. Pozbycie się telewizora. Stała gotowość do tego, by się uczyć – bez względu na wiek czy doświadczenia. Wypracowanie umiejętności mówienia innym jak największej liczby dobrych słów. Ale jest też wyzwanie dla czytających: to wszystko, o czym tu przeczytacie, nie przyjdzie do was samo i lektura niczego nie zmieni, jeśli uzna się tę publikację tylko za atrakcyjną książkę na prezent, która ma dodatkowo śliczną okładkę. To wbrew pozorom bardzo poważna i bardzo wnikliwa rzecz o tym, że wolność nie jest nam w pełni dana, o pewne jej aspekty musimy walczyć. Dokonać niemożliwego dla wielu – po prostu zmienić swój sposób myślenia o świecie, który boli lub frustruje.

2022-12-05

„W sieci strachu” Mike Omer

 

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 23 listopada 2022

Liczba stron: 384

Przekład: Robert Ginalski

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Dziecko wobec przemocy

Mike Omer z powodzeniem kontynuuje swą serię o perypetiach policjantów z Glenmore Park. Zawirowania z czasem spowodowały, że gdzieś się minąłem z drugą częścią, ale udało mi się przeczytać trzecią i uważam, że trzyma poziom „Pajęczej sieci”. Co więcej, proponuje również to, w czym Omer jest taki dobry i czym się wyróżnia. Mam na myśli umiejętność tworzenia dystansu do opowiadanej historii osiąganą dzięki wprowadzaniu elementów humorystycznych. „W sieci strachu” zaproponuje nam na przykład pogoń agenta FBI za golasem albo włączenie striptizerki do przesłuchania policyjnego. Druga sprawa to koncentracja pisarza na spektakularnym zakończeniu o wymiarze niemal filmowym. Tu również będziemy mieli do czynienia z takim, więc naprawdę warto czekać na finał tej powieści. Jakkolwiek widoczne jest to, że Mike Omer powtarza pewne motywy lub schematy fabularne – znowu odniesie się do mocy oddziaływania mediów społecznościowych, w których prawdy o zbrodniach poszukuje z powodzeniem Mitchell Lonnie pojawiający się tu dopiero w połowie fabuły – widać w tym wszystkim wyraźną dbałość o to, by czytelnika zaskakiwać i czynić świadomym współuczestnikiem zdarzeń, bo ta książka opowiadać będzie o czymś, co może być udziałem każdego z nas.

Myślę, że warto zacząć od zaakcentowania tego, co tym razem stanowi centrum zainteresowania Omera. To przede wszystkim siła przekazu Instagrama. Porywacze dwunastolatki decydują się na komunikację z jej rodzicami, dodając na instagramowym koncie dziewczynki jej zdjęcia wraz z charakterystycznym hasztagiem, który sprawę szybko uczyni publiczną. Przemyślane działanie czy niefortunny pomysł, którego porywacze będą potem żałować? Druga kwestia to uwypuklenie siły działania serwisu Reddit, na którym bardzo często prywatne śledztwa podejmują użytkownicy Internetu. I bywają w tym skuteczniejsi niż policja, chociaż niesie to ze sobą konsekwencje. Nie wiem, czy bardziej przykuwa uwagę los jednego z sieciowych domorosłych śledczych, który zacznie działać na swoich zasadach, czy też może epizod bardzo wyraźnie wskazujący na to, do jakich lekkomyślnych wniosków może doprowadzić śledzenie i sądzenie w Internecie. Historię zbawczej i zgubnej mocy mediów elektronicznych Omer będzie tym razem opowiadał gdzieś na wąskim marginesie – nie tylko dlatego, że sportretowana przez niego śledcza w przeciwieństwie do Lonniego woli sprawdzać tropy w realnym świecie. „W sieci strachu” jest dynamiczną opowieścią o tym, jak umysł i ciało dziewczynki konfrontują się z sytuacją graniczną. I w tym aspekcie to książka bardzo dobra, jednak mogłaby być doskonała, gdyby opowieści Abigail autor poświęcił więcej miejsca.

Dziecko w sytuacji zagrożenia życia może reagować bardzo różnie. Mike Omer decyduje się na takie portretowanie przeżyć swojej nastoletniej bohaterki, by były w tym sugestywne przerażenie połączone z bezradnością, ale również dziecięca determinacja, by się uwolnić. To najciekawszy i dość dobrze zrealizowany zamysł fabularny: pokazać grozę widzianą oczyma dziecka. Dziecka, które doskonale wie, że nie może się poddać biegowi zdarzeń. A umysł uwięzionej Abigail pracuje na bardzo wysokich obrotach, próbując sobie poradzić z dwiema odmiennymi postawami porywających ją ludzi. Dziewczynka musi najpierw zracjonalizować swoje dramatyczne położenie, a dopiero później planować, w jaki sposób je zmienić. Planować i działać w ramach ograniczonych możliwości. Rzadko zdarza się kryminał czy thriller, w którym porwanemu dziecku oddaje się spory fragment narracji książki. A tutaj Omer pokazuje nam nie tylko dziecięce przerażenie, lecz również niezwykle rezolutny młody umysł, który zrobi wszystko, by nie poddać się biernie dramatycznemu biegowi zdarzeń.

Równie dużo uwagi Omer poświęca emocjom zrozpaczonej matki, która czeka w pustce i przerażeniu wiele dni. W powoli toczącą się sprawę zaangażowana będzie śledcza Hannah Shor. Bohaterka nieoczywista. Kobieta samotna, znudzona egzystencjalną stagnacją, starająca się o dobry seks raz na jakiś czas, skoro nie może trafić na dobrego mężczyznę, który pozostanie u jej boku na stałe. Od nieudanej randki wybawia ją telefon matki zaginionej. Ale wspomnienia o mężczyznach i doświadczenia z nimi, te najbardziej intymne, Omer zarysuje w bardzo niejednoznaczny sposób. Shor to kobieta ambiwalentna i nieprzewidywalna. Popełnia błędy, jednak jest jedną z najbystrzejszych osób udzielających się w śledztwie. Stoi w opozycji do FBI, które u Omera szczycić się będzie swą omnipotencją i wyjątkowością. Czy rzeczywiście to FBI przyłoży się do rozwiązania zagadki zniknięcia dziewczynki? Hannah Shor błądzi czasem bardzo znacząco; agentka federalna mówi jej wprost: „(…) jesteś chodzącym nieszczęściem”. A jednak tej właśnie postaci Mike Omer poświęca najwięcej uwagi. Dlaczego? Na to pytanie czytelnik może znaleźć kilka odpowiedzi.

Ponownie trafiamy na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, gdzie lokalna policja mierzy się z typowymi lokalnymi przestępstwami, ale bardzo szybko zostanie skonfrontowana ze sprawą o znacznie większym zasięgu. I nie będzie to tylko opowieść o porwaniu, które samo w sobie elektryzuje opinię publiczną i będzie tu świetnym wabikiem na czytelnika. Oczekujący bardziej dramatycznych rozwiązań fabularnych z pewnością będą usatysfakcjonowani. Także ci, którzy poszukują niebanalnych kryminałów o już zbanalizowanym literacko motywie zemsty. „W sieci strachu” na początku może sprawiać wrażenie, że nie ma potencjału. A jednak Omer doskonale wie, jak rozegrać tę historię w sposób nieoczywisty, a jednocześnie przyciągający do kolejnej fabuły tych, którzy przekonali się do niego po lekturze dwóch poprzednich opowieści z Glenmore Park.

Jeśli miałbym określić tę powieść jednym zdaniem, uznałbym z pewnością, że to wielowątkowa narracja o ludzkiej desperacji. Zgrabnie łączą się tu różne historie, które w pewnym wymiarze mają już wspólny mianownik, co dość wyraźnie widać. Omer opowiada o tym, jak zdesperowani ludzie osuwają się w bezradność i bierność, a także o tym, jakie przerażające demony może w umyśle wykreować ta desperacja. Za każdym razem jest to egzystencjalny dramat, który na zawsze pozostawi po sobie ślady. To interesująca na płaszczyźnie obyczajowej opowieść o kobietach, które dążą do swoich celów różnymi drogami, a jednocześnie są pokazywane w taki sposób, że męskie postacie przy nich bledną. Czyta się „W sieci strachu” jako powieść o tym, że niebezpieczeństwa wywołujące kolejne dramaty i rujnujące życie różnych ludzi mogą się pojawić z zaskoczenia i właściwie w każdej chwili. Omer fantazjuje również na temat tego, jak nośna dla wyobraźni użytkowników Internetu zawsze jest historia odwołująca się do atawizmów. W tym przypadku mamy matkę gotową na wszystko, by odzyskać dziecko, oraz właśnie to dziecko – myślące i zachowujące się w taki sposób, że Hannah Shor jako śledcza byłaby z niego dumna. Ponowny przykład tego, że Mike Omer dostarcza dobrej literackiej rozrywki, umiejętnie stopniuje w swoich książkach napięcie i za każdym razem odwołuje się do charakterystycznych już dla człowieka XXI wieku doświadczeń. Z pewnością jedna z ciekawszych powieści w swoim gatunku. Dała mi dwa wieczory czytelniczej przyjemności, ale zasiała też sporo niepewności.

2022-12-02

„Wyspa Ø” Peter Balko

 

Wydawca: Biblioteka Słów

Data wydania: 2 listopada 2022

Liczba stron: 240

Przekład: Miłosz Waligórski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Tworzenie, utrata, poszukiwanie

Żyjąc z wiecznym deficytem obecności ojca, zawsze bardzo chętnie sięgam po narracje, które opowiadają o relacji, jakiej nie miałem, ale w tym opowiadaniu najistotniejsze jest dla mnie to, jak ojcowie modelują swoich synów, ich światopogląd czy postawy życiowe. Na ten temat pojawiła się jakiś czas temu świetna książka „Dziennik upadku” Michela Lauba, w której autor poruszał interesujący mnie aspekt w kontekście Holokaustu. Peter Balko również wykorzysta ten motyw – przyznaję, że dość odważnie, i mam do tego ambiwalentny stosunek – prezentując historię silnej i jednocześnie toksycznej więzi, w której ujawnią się dwie zasadnicze opozycje: stosunku do siebie jako twórcy oraz tego, co i w jaki sposób się tworzy. Wyspa Ø” to historia dwóch pisarzy. Ojca odgrywającego tutaj rolę artystycznego demiurga oraz syna będącego jego cieniem, borykającego się z niemocą twórczą po wydaniu debiutanckiej książki. Balko symbolicznie prezentuje tych dwóch mężczyzn jako tezę i antytezę tworzenia. W tym znaczeniu „Wyspa Ø” jest powieścią autotematyczną i pełnym literackich oraz filozoficznych odniesień metatekstem, którego żywiołem jest ironia – często zgryźliwa, czasami ocierająca się o bolesny sarkazm. Tylko że ta książka nie jest jedynie tym, o czym wspominam na wstępie. Słowacki pisarz zaproponuje nam zaskakującą zmianę tonacji oraz struktury swej powieści i choć nadal będzie ona o tej istotnej relacji, zmieni się zarówno sposób jej interpretacji przez czytelnika, jak i status jego obecności wewnątrz tej fabuły.

Rozprawa z tym, czym jest twórczość, w jaki sposób twórca staje się autonomiczną częścią swego dzieła, łączy nam się z dość senną, ale sugestywną historią o tym, na ilu frontach toczy się walka między dojrzałym pisarzem, sportretowanym tu hiperbolicznie w swych charyzmie i ekscentryzmie (lecz również – co należy podkreślić – szowinizmie), a synem domagającym się uznania swojej tożsamości twórczej. Retrospekcje budują obraz niepełny, a Balko wspina się na wyżyny pomysłowości, aby tę relację będącą walką opowiedzieć w naprawdę zaskakujący sposób. Potem jednak „Wyspa Ø” zmierza w kierunku fantazji dotyczących relacji twórcy z jego bohaterami, a także odpowiedzialności za wykreowane światy. Na naszych oczach tworzy się nowa historia: pełen dynamiki thriller szpiegowski z elementami coraz bardziej wysublimowanego surrealizmu. Peter Balko kreuje z jednej strony przezabawną fabułę o granicach literatury, ale także granicy twórczego zmyślenia. Z drugiej jednak – uśmiech po pewnym czasie znika z twarzy czytających. Zaczyna być groźnie, nieprzewidywalnie, a wszystko umieszczone zostanie w zupełnie nowym wymiarze świata przedstawionego. Wtedy ujrzymy nieprzeciętną konsekwencję syna w próbach zrozumienia motywacji jego ojca. Za tym będzie szła mroczna historia o krzywdzie fikcji literackiej. O przemocy wobec niej, a jednocześnie o tym, jak fikcję literacką odbieramy, jaką część komercyjnego rynku zawłaszcza i czym jest kreacja twórcza, kiedy stanie się przestrzenią buntu, zniewolenia oraz ucieczki.

Druga powieść tego autora, wydana w sporym odstępie czasu po pierwszej, do której z różnych powodów nie byłem w stanie się przekonać, jest z pewnością w dużej mierze autobiograficzną fantazją o tym, czym jest dzisiejsza kondycja pisarza, jak mit i filozofia tworzenia zachowują w ludzkiej świadomości archetypiczny wizerunek twórcy, a także historią o tym, czym jest akt kreacji, w który ingerują pewne siły z zewnątrz. „Wyspa Ø” z pewnością wzbudzi duże zainteresowanie samych piszących, dla mnie zaś – osoby komentującej literaturę oraz tworzącej własną – była szczególnie frapująca, bo postawiła kilka pytań o to, czy tworzymy dla społecznej akceptacji, wewnętrznej satysfakcji, zaspokojenia egocentrycznych ambicji, czy z powodu wiecznych poszukiwań twórczych. Mamy tu same pytania otwarte i sugestie nieoczywistych odpowiedzi na nie. Jednocześnie Peter Balko przesuwa środki ciężkości w fantazjach na ten temat, kierując naszą – oraz bohaterów – uwagę na coś, co wydaje się zdefiniowane i przede wszystkim w swych definicjach przewidywalne. Dość powiedzieć, że napisana sarna i napisany las z wiersza Wisławy Szymborskiej mogą wywołać grozę i niepokój, bo Balko opowie o tym, że radość pisania nie jest tylko satysfakcją tworzenia. Jest również braniem pełnej odpowiedzialności za to, co się stworzyło.

Ta książka już na wstępie zaznacza rozszerzone pole poszukiwań: do inspiracji oraz tworzenia. Młody bohater doświadcza świata bez jednego zmysłu. Jego pierwsza konfrontacja z kobiecością to dotyk piersi, których nie może widzieć. Odnoszę trochę wrażenie, że słowacki prozaik w ogóle sprowadził kobiecość do pewnych oczywistych i krzywdzących wizerunków. Bo jakkolwiek frapująca jest opowieść o twórczości, w której trudno jest zapanować nad nią samą i przekonaniem o słuszności tego, co się robi, kobietę Balko pokaże między innymi jako dwulicową agentkę albo grafomankę, która potrafi skapitalizować męski potencjał twórczy. Jakby historia rozpoczynała się od mężczyzny i na nim zawsze zamykała. Tymczasem całość prezentuje się naprawdę dobrze, bo ta książka we fragmentach, ale również jako całość jest mocno prześmiewcza. Balko korzysta z wiedzy o literaturze, lecz również kontestuje to, co na temat tworzenia literatury ustalono jako drogowskazy. Proponuje nam historię o tym, co się wydarzy, kiedy literat straci panowanie nad swoim tworzywem. I to wszystko opowiedziane jest w bardzo nietypowy sposób, jak również za pomocą nieoczywistej narracji drugoosobowej, która nie jest w tej powieści typowym ekscentryzmem współczesnych twórców, ale ma bardzo ważną i uzasadnioną tu funkcję.

Peter Balko portretuje nam twórcę, którego określa mianem „człowieka nieopowiedzianego”. Konfrontujący się z ojcem twórcą syn wypracowuje przestrzeń porozumienia, obaj idą w swoich fantazjach literackich na pewien kompromis, bo Jakub jest przeciwny tworzeniu wedle praw własnej wyobraźni, a jego syn o wiele mówiącym imieniu Cichomir wie, że literatura to przede wszystkim ucieczka w wyobraźnię. Tego dotyczy również wikłająca się intryga w drugiej części „Wyspy Ø” – zderzenia i konfrontacji zarówno warsztatu pisarskiego, jak i tego, co w jego wyniku powołuje się do życia. Balko zaprowadzi nas do świata, w którym wytwór wyobraźni zapanuje nad tworzącym. Ale również tam, dokąd porywani zostają bohaterowie literaccy. Do piekła dla nich samych i ludzi, którzy ich stworzyli, dając wolność i autonomiczność.

W tej książce przynajmniej trzy razy natkniemy się na czasowniki, które zatrzymają naszą uwagę na dłużej. Tłumacz bardzo intensywnie pracuje tu z tekstem oryginału. Szuka sposobu opowiadania jak zapewne sam autor. Widać ten związek również w posłowiu Miłosza Waligórskiego, które intelektualizuje przesłania tej powieści, a wszystko świadczy o tym, że mamy przed sobą książkę naprawdę niezwykłą. Ekscentryczną, trochę prowokacyjną, przemyślanie proponującą interakcje tekstowe, bawiącą się kilkoma konwencjami i w gruncie rzeczy dość gorzką, bo w tym wszystkim Peter Balko opowiada o twórcy jako samotniku gotowym uwierzyć w to, że jego wyobcowanie to zawsze gloryfikujący go element, a nie coś, co może frustrować oraz niszczyć. Warto zwrócić uwagę, kto i w jaki sposób ponosi tutaj spektakularne ofiary. Ta powieść pokaże, że w żadnym stopniu pisarz nie jest sam w tym, co robi. To również narracja o niebezpieczeństwach ulegania trendom lub koncepcjom, które dla literatury mogą być zabójcze nawet wtedy, gdy starają się w literackim świecie zaprowadzić porządek. Naprawdę absorbująca książka o tym, jak zderzają się historia, teoria oraz filozofia literatury w opowieści, która chce zwrócić uwagę na coś istotnego: najciekawsza relacja opowiadana przez antynomie jest jednocześnie najbliższa. I w tym znaczeniu to, w jaki sposób Balko zaczyna tę powieść, wydaje mi się dużo bardziej istotne niż to, jak ją kończy.

2022-11-30

„Miasteczko Twin Falls” Loreth Anne White

 

Wydawca: Mando

Data wydania: 23 listopada 2022

Liczba stron: 400

Przekład: Ewa Ratajczyk

Oprawa: miękka

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec kłamstw

Niezwykle ucieszyła mnie wiadomość o kolejnej stworzonej przez Loreth Anne White powieści, którą przełożono dla polskiego czytelnika, bo doskonale pamiętam, pod jakim wrażeniem byłem, czytając „Nasze idealne małżeństwo”, a jeśli thriller zostaje w mojej pamięci na dłużej, to oczywisty sygnał, że napisał go ktoś wyjątkowy. Tak, White jest wyjątkowa, choć znakomita w tym gatunku jest również Alex Marwood. Myślę, że warto znać oraz czytać powieści właśnie tych autorek – unikają banalizowania i sztampy, oferują powieści przesycone emocjami oraz zawikłanymi zagadkami, a w przypadku „Miasteczka Twin Falls” kanadyjska pisarka udowadnia, że aby stworzyć naprawdę wielowątkowy thriller, wcale nie trzeba pisać opasłego tomu. Jest to zatem książka bardzo dynamiczna i słowo „intensywność” chyba najlepiej definiuje jej strukturę. White stawia przede wszystkim na to, by jej bohaterki – bo najważniejsze tu są dwie kobiety i ich pierwszoosobowe narracje – wciąż tkwiły w ogniu emocji, które opowiadane są również za pomocą tego, w jaki sposób reagują na nie ciała postaci. Aż trudno sobie wyobrazić przeżycia osób tak intensywnie reagujących na zdarzenia. A wszystko dzieje się dzięki temu, że w tej książce zwroty akcji mamy praktycznie w co drugim rozdziale. Nieco inaczej niż w „Naszym idealnym małżeństwie” rozkładają się tu środek ciężkości i dynamizowanie fabuły. W tej powieści nieco wcześniej wszystko stanie się dla czytelnika jasne. Być może nawet będzie się on domyślał, co naprawdę się wydarzyło. Jednakże White mocno niuansuje swoją historię. Nawet znając przerażającą prawdę o zdarzeniach sprzed lat, wciąż z zaskoczeniem obserwujemy, jakie ta prawda wywołuje reakcje w ludziach, którzy z różnych powodów ponad dwie dekady żyli pośród przemilczeń.

Należy chyba zacząć od natury, bo ona ma w powieściach Loreth Anne White niebagatelne znaczenie. To takie konsekwentnie rysowane wyraźną kreską tło, na które być może nie wszyscy zwrócą uwagę, poddając się dynamice opowiadanej historii. „Nasze idealne małżeństwo” pokazywało nam surowość i majestat australijskiej przyrody. Tutaj milczącym świadkiem mrocznych zdarzeń będzie malowniczy pejzaż kanadyjskiej prowincji. Zarysowany w taki sposób, jakby był niemym obserwatorem wszystkiego, co rozegrało się pewnej nocy, a także tego, jakie to miało potem konsekwencje. White z dużą starannością portretuje surowość okolicy, gdzie popełniono zbrodnię, by dodatkowo podkreślić jej nieoczywiste znaczenie. Biorąc pod uwagę to oraz fakt, że polski tytuł nieco różni się od oryginału, można odnieść wrażenie, że ta powieść jakoś niebezpiecznie zbliża się do kalki filmowego dokonania Davida Lyncha. Nic jednak bardziej mylnego. Loreth Anne White porazi nas przede wszystkim wiarygodnością i prawdopodobieństwem swojej historii. Coś takiego może wydarzyć się wszędzie. Coś podobnego zawsze pozostanie ponurym memento. Bo poszukując bestii, która elektryzuje wyobraźnię opinii publicznej, zazwyczaj zapominamy, że potwór może tkwić w każdym z nas.

Czternastoletnia Leena Rai zostaje zgwałcona, brutalnie pobita i utopiona. Nie sposób sobie wyobrazić koszmaru, którego doświadczało jej ciało w ostatnich godzinach życia. White stosuje tutaj bardzo zgrabną ekspozycję, prezentując nam bohaterkę w jej ostatnich chwilach i pokazując, czym wyróżniała się w lokalnej społeczności. A także czego w niej poszukiwała. Leena staje się tutaj wieloznacznym symbolem, będąc jednocześnie punktem odniesienia do tworzenia kolejnych, coraz bardziej mrocznych tez, którymi Loreth Anne White uderza w czytelnika nie tylko po to, by go nokautować, ale by również wzbudzić jego wyjątkową czujność. Bo że jesteśmy w rzeczywistości, w której wieloletnie kłamstwa stały się kolejną zbrodnią, tego można być pewnym. Nie można jednak przewidzieć, jak ogromne znaczenie dla dalszego życia wielu ludzi będzie miało to, co wydarzyło się w 1997 roku pod Mostem Diabła…

„Miasteczko Twin Falls” to jedna z wielu historii o tym, w jaki sposób mała społeczność gotowa jest zachować fasadowe status quo, jak wiele jest gotowa poświęcić dla spokoju i pozornej harmonii. Bo przecież w małych miasteczkach nic nigdy się nie dzieje, a jeśli wydarzy się coś, co zelektryzuje opinię publiczną, często jest jak najszybciej wygaszane. Co wydarzyło się na kanadyjskiej prowincji? Przez co przeszła nastolatka, zanim została zabita, i kto tak naprawdę zakończył jej życie? Morderca, który przyznał się do tego, po latach zaprzecza. Nie on zamordował. Tam wtedy wydarzyło się coś innego. Coś, o czym wszyscy mimo wszystko pamiętają. A każdy rodzaj pamięci staje się stygmatem, który pali do żywego.

„Miasteczko Twin Falls” to znakomicie rozpisana na kilka ról opowieść o tym, jak łatwo ludzkiemu stadu znaleźć ofiarę i ją szykanować. To powieść opisująca ten proces w co najmniej dwóch wymiarach. Bezkompromisowa i wyjątkowo przerażająca. Okoliczności popełnienia zbrodni są tutaj tak niejasne, jak oczywiste jest funkcjonowanie kanadyjskiej społeczności, która dla dobra ogółu jest gotowa pewne sprawy przemilczeć, o pewnych zapomnieć. Okazuje się, że każdy pamięta doskonale, co zdarzyło się przed laty. Lawinę zdarzeń uruchamia dziennikarka decydująca się na publikację podkastu. True crime – gatunek szczególnie lubiany przez słuchaczy. Zajmująca uwagę szerokiej publiczności historia, w której kameralnie skryły się najgorsze ludzkie instynkty, pociągnie za sobą wiele przejmujących konsekwencji. Między innymi, a może przede wszystkim dla tej, która ów podkast uruchamia. Ale Trinity tylko pozornie będzie tu na każdej ze stron rozgrywającą. Czy na pewno nie jest jedną z ofiar? A może White opowiada o tym, co znaczy złożyć ofiarę z samego siebie?

Czymkolwiek byłaby ta ponura literacka fantazja powstała na kanwie realnej zbrodni, jest dla nas jako czytelników wyjątkowo przerażająca, ponieważ nie jest tylko fikcją pisarską. Uświadamia, że możemy być świadkiem tego wszystkiego na co dzień. Nawet jeżeli nie jesteśmy członkami małej społeczności. Loreth Anne White opowiada o ludziach, którzy gotowi są na wszystko, aby chronić swoje dzieci. I o dramacie małżeństwa, które swej córki nie ochroniło. O tym, że dużo trudniejsze niż ukrywanie prawdy staje się konfrontowanie z nią. Zwłaszcza po latach, gdy teoretycznie emocje powinny wygasnąć. Ta powieść pokazuje, jak ich żar wznieca się na nowo. Bohaterka książki cytuje Anaïs Nin, wspominając, że „historie się nie kończą”. Historia Leeny nie zakończyła się wtedy, gdy ktoś brutalnie pozbawił ją życia. Właściwie rozpoczęła się wówczas równie przerażająca historia – uciekania w niepamięć i budowania życia na kłamstwie. A wyzwolić od jego toksyn może tylko prawda.

Konstrukcyjnie książka została pomyślana w taki sposób, żeby na przykład mocniej oddziaływać na czytelników licznymi celowymi powtórzeniami albo pokazywać panoramiczny obraz sytuacji: wraz z publikacjami kolejnych odcinków podkastu jesteśmy w wielu miejscach i obserwujemy reakcje ludzi na to, co słyszą. Gdyby ta technika opowiadania została tutaj poszerzona, byłaby to książka naprawdę doskonała. Usatysfakcjonuje zarówno wielbicieli pierwszej powieści White, jak i czytelników sięgających po prozę tej autorki po raz pierwszy. Ona doskonale wie, jak po lekturze pozostawić czytelnika z bolesnym niepokojem. „Miasteczko Twin Falls” opowie o krzywdzie, którą czynimy innym, ale również samym sobie. O jątrzących się ranach, których nie można wyleczyć. A jednocześnie o swoistej formie ekspiacji rodzącej się w konfrontacji z bólem. Mocna powieść.

2022-11-28

„Umrzeć na własnych zasadach. Cała prawda o medycznie wspomaganej śmierci” dr Stefanie Green

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 23 listopada 2022

Liczba stron: 392

Przekład: Urszula Gardner

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: O godności… życia

Ta książka dla polskiego czytelnika będzie z pewnością opowieścią jakby ze świata równoległego. Czytałem ją z przejęciem jako zwolennik eutanazji, a powinni ją przeczytać zarówno jej przeciwnicy, jak i ludzie z ambiwalentnym stosunkiem do odbierania sobie życia w sytuacji skrajnego kryzysu, kiedy można to zrobić godnie, świadomie i – jak sugeruje tytuł tej książki – na własnych zasadach. Ta narracja powinna się pojawić na biurkach nie tylko wszystkich lekarzy opieki paliatywnej w Polsce, ale również tam, gdzie trudno o chętnych do jej przeczytania. A szkoda, bo Stefanie Green opowiada nie tylko o doświadczeniach zawodowych i wielkim przełomie w swoim życiu, lecz snuje również opowieść o tym, jak kilka dzielnych kobiet postanowiło rzucić wyzwanie kanadyjskiemu prawu. Potem zaś o tym, w jaki sposób kanadyjskie sądy oraz społeczeństwo dojrzały do decyzji, by MAiD – skrót określenia medycznie wspomaganej śmierci funkcjonujący tylko na terytorium Kanady – stało się procesem legalnym, skodyfikowanym prawnie, umożliwiającym świadomy wybór odejścia i zgodnym z zasadami demokracji oraz zapewnianą przez ten ustrój wolnością światopoglądu. Sporo można się z tej książki dowiedzieć o kanadyjskiej mentalności oraz przyjrzeć się temu, w jaki sposób proces wspomagania śmierci na życzenie rezonował społecznie, jak toczyły się losy jego legalizacji. Z pewnością jest to jednak pełna szczerości historia podwójnej drogi. Świadomego wchodzenia w ten rejon medycznej specjalizacji, który da spełnienie kobiecie decydującej się po dekadach pracy położniczej na specjalizację dotyczącą końca życia, podczas gdy do tej pory uczestniczyła w jego początkach. Opowieść o drugiej drodze rozpisana jest tu na wiele poruszających historii: ludzi, którzy świadomie zdecydowali, że – udręczeni chorobą – chcą zakończyć swoje życie. Green w zakończeniu tłumaczy, jak zachowała pełen profesjonalizm i tajemnicę lekarską, opowiadając o spotkaniach z ludźmi, którym pozwalała odejść z tego świata. Całość robi wielkie wrażenie z kilku powodów. Spróbuję wypunktować, co najmocniej przyciąga uwagę do tej książki.

Przede wszystkim sama jej konstrukcja. Części i rozdziały podporządkowane są porom roku, przemijaniu zgodnemu z rytmem natury, który autorce jest tak bliski. Opowiadając o doświadczeniach związanych z odbieraniem życia, doktor Stefanie Green ukazuje je właśnie jako harmonijny element naturalnego biegu rzeczy. Wszystko, co dzięki niej rozgrywa się za pomocą strzykawek zawierających zestaw leków dla pacjenta pragnącego pożegnać się z życiem, staje się jakimś zwyczajnym ewolucyjnym procesem. Wtedy zaczynamy rozumieć, czym są możliwości, które Green daje swoim pacjentom. Jeden z nich mówi coś, o czym nie sposób zapomnieć: „Uratowała mi pani życie”. Niebywałe jest, jak wiele godności odzyskują ludzie, dla których uciążliwa choroba to oczywisty wyrok, ale to jednak oni mogą zdecydować, jak tej chorobie się przeciwstawić. Bo pojawia się tu zasadnicze pytanie i fundamentalny problem, które w którymś akapicie są zwerbalizowane, ale skrywają się tu praktycznie w każdym rozdziale. Do kogo tak naprawdę należy nasze ciało? Czy komukolwiek poza nami wolno nim rozporządzać? Czy jakkolwiek profesjonalna i czuła opieka paliatywna może spełnić oczekiwania kogoś, kto z pełną świadomością pragnie, by jego organizm przestał działać, a on sam pożegnał się z cierpieniem?

Pożegnania są tu też zupełnie różne, wszystkie portretowane z wyjątkową czułością i taktem obserwatorki, w czym Green sprawdza się równie dobrze jak w pomaganiu w spokojnym odejściu. Wspominane tutaj zabiegi zawsze wiążą się z ogromnymi emocjami tych, którzy muszą pożegnać osobę decydującą się na odejście. Green musi być nie tylko profesjonalna i metodyczna w tym, co jest jej zasadniczym zadaniem, ona ma obowiązek wykazać się tymi kompetencjami miękkimi, które umożliwią jej wprowadzenie jak najwięcej harmonii i spokoju w ostatnie pożegnanie. „Umrzeć na własnych zasadach” opowiada o tym, z jakim żalem zmagają się najbliżsi, kiedy zazwyczaj w pełni akceptują decyzję o odejściu, jednakże naprawdę konfrontują się ze śmiercią i jest to bolesne. Green wspomina szereg wzruszających sytuacji, także krańcowo różnych od siebie, w których buzują ogromne emocje, choć pacjent jest już gotowy na to, by pożegnać się i z emocjami, i ze swoim ciałem. Ściskający się nago staruszkowie na łożu śmierci jednego z nich albo wściekła na Green rodzina, która rzuca umierającej wiele gorzkich słów, zanim ta odejdzie – od subtelnej melancholii pożegnania po potężny gniew, który nie może znaleźć ujścia. W tym spektrum silnych emocji Stefanie Green musi zachować stoicki spokój. To książka o tym, w jaki sposób dojrzewała do niego i jak sobie go wypracowała.

Oczywiście największe wrażenie robi pierwsze sprawozdanie, w którym bardzo dokładnie jesteśmy instruowani, jak przebiega odbieranie życia na życzenie. Zanim Green zdecyduje się na pierwszą asystę przy takiej śmierci, przejdzie skomplikowany i bardzo dynamiczny proces dojrzewania do nowych wyzwań oraz priorytetów. Bo tak jak relacja z pierwszego zabiegu opisywana jest krok po kroku, w taki sam sposób przyglądamy się temu, co działo się z samą autorką tej książki od momentu, w którym po raz pierwszy pomyślała o zmianie, do chwili swoistego sprawdzianu, gdy po raz pierwszy za pomocą wenflonu wprowadza do organizmu substancje powodujące zgon.

Ta książka jest panoramicznym obrazem działalności lekarki i społeczniczki. Kobiety stawiającej sobie trudne wyzwania, ale i medyczki, która zaczyna rozumieć, że pomaganie w odejściu pacjentom, którzy sobie tego życzą, nie jest szkodzeniem im. Konfrontacje z ludźmi, którzy wyrażali tak wielką wdzięczność wobec działań Green, paradoksalnie pokazują jej, ilu jeszcze stron życia nie doświadczyła intensywnie. Bo to historia godnego odchodzenia z tego świata, ale również opowieść o tym, jak podmiotowo i godnie traktuje się osobę zdesperowaną oraz cierpiącą. Już na wstępie autorka sygnalizuje, że będzie to opowieść o odważnych pionierach, ale także w różnym stopniu zrozpaczonych desperatach. „Umrzeć na własnych zasadach” jest jednak książką bardzo precyzyjnie obrazującą status procesu eutanazji – którego to terminu autorka celowo nie używa i wyraźnie to tłumaczy – funkcjonujący w świetle prawa. Wyjaśnia skomplikowane procedury umożliwiające lub uniemożliwiające odebranie sobie życia przy pomocy lekarza. Jest również bardzo zasadnicza w tym, co robi. Opowiada o sytuacji, w której nie podjęła się swego zadania, bo pacjent mający potwierdzić swój zamiar tuż przed zabiegiem, nie był wystarczająco świadomy, by wypowiedziane przezeń potwierdzenie miało odpowiednią moc prawną.

Podziwiam zdolność delikatnego i jednocześnie stanowczego opowiadania o najtrudniejszych egzystencjalnych dylematach, ale również o odwadze tych, którzy zdecydowali się na odejście w asyście doktor Green. Żaden akapit tej książki nie jest ani kontrowersyjny, ani w żaden sposób prowokacyjny, natomiast wszystkie refleksje stanowią dowód na to, z jak wielkim zaangażowaniem autorka opowiedziała o swojej pracy, jak również o potrzebie zawodowego zwrotu w stronę, która stale i przy każdym kolejnym zabiegu jest dla niej wyzwaniem. Ta opowieść wskazuje, na jak wiele pytań trzeba znaleźć pewną i bezdyskusyjną odpowiedź, aby nabrać pewności wykonywania zawodu, który jest bardzo wymagający. To również książka o ludziach, którzy umarli szczęśliwi, choć pewnie umieraliby w mękach. Również o tym, ilu nie udało się odejść na własnych zasadach. Stefanie Green jest tu autorką zarówno bardzo intymnego pamiętnika, jak i książki o tym, co znaczy godne posłannictwo w służbie idei trudnej do uniesienia przez społeczeństwo. Nowy rodzaj aktywności zawodowej daje Green poczucie sprawczości oraz sensu życia. Takiego przekonania nabierają również ludzie, którzy nie muszą popełniać samobójstwa, aby rozstać się ze swoim cielesnym cierpieniem. Książka o empatii i szacunku – paradoksalnie najbardziej o szacunku do życia i każdego jego przejawu.

2022-11-25

„Turystka” Yun Ko-Eun

 

Wydawca: Kwiaty Orientu

Data wydania: 16 listopada 2022

Liczba stron: 194

Przekład: Łukasz Janik

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: W konfrontacji z katastrofą

Powieść Yun Ko-Eun będzie zaskoczeniem i swoistym wyzwaniem już na poziomie samej fabuły. Jest ona w pewien sposób ekscentryczna, a na początku bardzo usypia czujność. Detale łączą się w mroczną całość dużo później, jednakże warto przyjrzeć się temu, jak jest tu stopniowo ukazywana główna bohaterka i w jaki sposób koreańska pisarka opowie o naprawdę silnych, właściwie ekstremalnych emocjach, ani ich formalnie nie ujawniając, ani też nie przedstawiając postaci, w której buzowanie tychże trudnych emocji można byłoby rozpoznać. „Turystka” to książka dość surowa, bezkompromisowa i snująca opowieść, wobec której można nabrać dystansu już na wstępie. Czy taka fantazja, jaką proponuje Yun Ko-Eun, będzie prawdopodobna? Bo przecież powieść ma wyraźne proekologiczne przesłanie, choć będzie się koncentrować raczej na dylematach etycznych, nawiązując do brutalnego podziału świata na wykorzystywanych i wykorzystujących – tu w kontekście co najmniej zaskakującej formy turystyki. Ta powieść jest krótka i skondensowana. Tworzy bardzo plastyczne obrazy, które się potem rozpadają. Umiejętnie wprowadza nas w świat iluzji – w której żyje również bohaterka pracoholiczka – by potem rozsadzić fundamenty wszystkiego, co wydawało się pewne. Ale to nie wszystko. „Turystka” to gorzka rozprawa z tym, jak silne mogą być związki między tym, za co człowiek w podróży jest gotowy słono zapłacić, a tym, w jaki sposób odwiedzane przez niego miejsca dostosowują się do wymagań. Ze wszystkimi, najbardziej nawet ekstremalnymi konsekwencjami tego dostosowania.

Yona od dekady zajmuje się pracą w biurze turystycznym, które wysyła swoich klientów tam, gdzie wydarzyły się różnego rodzaju katastrofy i kataklizmy. Tam, gdzie natura zwróciła na siebie uwagę, pomrukując gniewnie, pozostawiając zgliszcza oraz trupy. Ludzie werbowani przez Yonę jadą zmierzyć się z krajobrazem po dramacie, jednak uczestniczą w doświadczaniu postapokaliptycznej grozy z bardzo bezpiecznej pozycji obserwatora. Yona również obserwuje, ale głównie to, co związane z jej pracą. Jej praca to zarabianie na klęskach. Od wielu lat gotowa jest poświęcić wszystko, by wywiązać się ze swoich zadań jak najlepiej. Lojalna wobec firmy, kompetentna, skuteczna. W pewnym momencie uświadomi sobie, że nie do końca satysfakcjonuje ją takie życie. Nieco później zda sobie sprawę z tego, czym naprawdę jest jej praca i że staje się częścią czegoś przerażającego. Ale w „Turystce” nie chodzi tylko o zobrazowanie płynności codziennego życia kobiety, której istnienie zostanie poddane fundamentalnej próbie. Myślę, że Yun Ko-Eun opowiada tutaj o tym, czym różni się doświadczenie graniczne od ekscytowania się nim z bezpiecznego dystansu. I o tym wszystkim, co jest pomiędzy – o okrucieństwie, bezmyślności, lecz przede wszystkim o nierównościach społecznych, na których zawsze i wszędzie można wykreować intratny biznes.

Pisarka sugeruje w swojej książce, że tożsamość turysty jest w gruncie rzeczy najmniej egzystencjalnie skomplikowana. Turysta jest przewidywalny, oczywisty, oczekuje spełnienia warunków określonych w umowach z firmami zajmującymi się jego wypoczynkiem. Jest z założenia zawsze bezpieczny w miejscach, do których dociera. Jest kimś, kto narzuca działania, niepisanym panem i władcą przydarzających się mu sytuacji. Turysta jednocześnie jest przecież nikim. Człowiekiem z być może konkretną historią, która nie jest istotna, bo najważniejsze są konkretne wymagania dotyczące podróży. Yun Ko-Eun nie podejmuje tutaj atrakcyjnego – zwłaszcza dla literatury faktu – tematu filozofii podróżowania. Ona skonfrontuje czytelnika z czymś zupełnie innym: nieprzewidzianą sytuacją, w której turysta przestaje być turystą, wypada z bezpiecznej roli, otaczający go świat zaczyna być widziany z innej perspektywy. Kiedy turysta wypada ze swej roli, staje się obcym. A z tym wszystkim przychodzi także egzystencjalny lęk, który koreańska pisarka bardzo ciekawie portretuje. Delikatnie, w półcieniach, a z drugiej strony bardzo konsekwentnie i bardzo realistycznie.

Co przydarzy się Yonie, która pewnego dnia zdecyduje o odejściu z pracy, jednak w zamian otrzyma propozycję pozwalającą jej poznać siebie i przyjrzeć się temu, co kreowała przede wszystkim w uporządkowanych dokumentach swojej firmy? „Turystka” będzie opowieścią o konfrontacji z czymś, co przestaje być całkowicie kontrolowanym doświadczeniem, w którym dystans oraz poczucie pewności siebie są najistotniejsze. Ta książka to po części opowieść o tym, co by się stało, gdybyśmy stali twarzą w twarz z drapieżnikiem, od którego dzieliłaby nas szyba i ta szyba w pewnym momencie by znikła. Yona nie zdaje sobie sprawy z tego, że pozostając na egzotycznej wyspie bez kontroli tego, czego sama była nieodłączną częścią, stanie przed wyzwaniem zmagania się z drapieżnością. Tylko co i w jakim stopniu jest tu drapieżne?

Kiedy na kartach tej powieści pojawi się egzystencjalna bezradność, wszystko wokół zacznie przypominać krajobraz po katastrofie, ale destrukcji ulegną również porządek i logika myślenia głównej bohaterki. Yun Ko-Eun opowiada o kataklizmie w kilku symbolicznych wymiarach. O destrukcji, która przychodzi niespodzianie, choć może być antycypowana, jest czasem też dość głęboko rozumiana. Prowincjonalna wyspa skrywa swoje sekrety. Tu kataklizm wydarza się właściwie każdego dnia. To nie natura jest największym sprawcą życiowych katastrof. Potrafimy być dla siebie samych nieokiełznanym żywiołem, za którym stoją destrukcja i czasem również śmierć. „Turystka” najpierw wprowadza nas w uporządkowany świat, w którym ludzka przedsiębiorczość jest najcenniejsza i najważniejsza, a potem pokazuje nam człowieka zagubionego oraz narażonego na śmiertelne niebezpieczeństwo. Lubimy patrzeć na katastrofy z oddalenia, nie mając świadomości, że wcale nie jesteśmy od nich aż tak daleko. Jakiekolwiek odniesienie do rozwiązań fabularnych tej naprawdę zaskakującej w swym zamyśle powieści zniszczyłoby przyjemność odkrywania zagadki losów Yony. Ale ta książka nie opowiada o zdegradowanej przez szefa pracownicy biura podróży, która uświadomi sobie, jakiej machiny częścią w gruncie rzeczy była. To mocno poruszająca historia tego, jakie granice sobie stawiamy w eksplorowaniu natury, oraz narracja o tym, jak te granice przesuwamy, a potem usuwamy. O bezpretensjonalnej brawurze ludzkości, która doprowadza do tego, że niszczymy samych siebie szybciej, niż natura chciałaby się rozprawić z naszymi ingerencjami w jej porządek. „Turystka” zadaje sporo retorycznych pytań o ludzką kondycję w obliczu kryzysu jako takiego, ale portretuje kryzys dość intrygująco – to doświadczenie, za którym stoi coś więcej niż oczekiwana konfrontacja z trudnością.

Czyta się Yun Ko-Eun ze świadomością, że to książka z bardzo dużymi ambicjami publicystycznymi i być może przez to traci momentami literacko. A jednocześnie otrzymujemy naprawdę przemyślany w każdym detalu świat, w którym główny zabieg nie polega jedynie na pokazaniu czegoś z dwóch różnych perspektyw. To opowieść o byciu ofiarą i złożeniu z siebie ofiary. Warto zaznaczyć, że opowieść rozpoczyna się od kwestii przemocy seksualnej, którą bohaterka banalizuje i bagatelizuje. „Turystka” w wyjątkowo mroczny sposób opowiada nam o świecie nierówności, w którym człowiek staje się bezbronną ofiarą i okrutnym łowcą. Jednocześnie sugeruje, że ludzka hipokryzja bywa tak intensywna, jak intensywny jest kataklizm zabierający ze sobą wszystko. Tu przyjrzymy się temu, co w obliczu kataklizmu jesteśmy w stanie odebrać drugiemu człowiekowi. Jest to powieść z pozornie bardzo czytelną ekspozycją, ale kryjąca w sobie wiele enigmatycznego mroku. Zwłaszcza wizyjność ostatniego rozdziału pokazuje, że autorka umie opowiadać z naturalistyczną dokładnością, ale również ponurą zagadkowością. Jesteśmy krzywdą czynioną planecie, lecz i okrucieństwem, w którym pokazujemy, jak bardzo absurdalni oraz bezsensowni jesteśmy w obliczu sił natury.

2022-11-24

„Rubież. Reportaż wędrowny” Ewa Pluta

 

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 7 listopada 2022

Liczba stron: 272

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Filozofia marginesu

Nie spotkałem się jeszcze z podobną książką. Czytając każdą stronę – z wyjątkiem tych poświęconych analizie dawnych dokumentów lub zawierających wypowiedzi innych ludzi – próbowałem określić wrażliwość Ewy Pluty, bo tutaj wyjątkowa czułość wobec szczegółów, umiłowanie przestrzeni, jej filozofia, a także co najmniej ekscentryczny pomysł samotnej wędrówki przez wiele kilometrów buduje nam postać na wiele sposobów niezwykłą. Sam ów pomysł, by przejść pieszo od trójstyku granic rosyjskiej, polskiej i litewskiej po południowo-wschodni kraniec naszego kraju, może się wydawać zaskakujący, ale zaskakują nas też ludzie przemierzający Islandię na rowerze czy uzależnieni od sytuacji ekstremalnych, na przykład wspinaczek wysokogórskich, gdzie do przetrwania zaplanowanej przygody niezbędne są chociażby butle z tlenem. Nie to zatem przyciąga do „Rubieży”, choć niewątpliwie zamiar i jego realizacja są tutaj czymś nietuzinkowym. Co w takim razie?

Pluta jest wędrowniczką egzystencjalną. Wędrowniczką poszukującą sensu pustki. Introwertyczką, która gotowa jest wspiąć się na wyżyny empatii, by otworzyć zamkniętych na co dzień rozmówców. Zresztą jak mówi jeden z nich, eksplorowane przez autorkę tereny przygraniczne „to jest miejsce dla mizantropów i eremitów”. Ewa Pluta jest wnikliwą i bardzo oryginalną badaczką tego, czym jest kres, a zarazem początek. Przygląda się naturze, w którą człowiek wdarł się ze swoimi planami i mapami. Słucha ludzi, dla których newralgiczna przestrzeń między dwoma krajami jest przestrzenią życiowej wolności, którą w różny sposób odbierano, zwracano czy kwestionowano. „Rubież” czyta się z fascynacją i zdziwieniem. Pluta zadaje pytania, których nie zadajemy sobie na co dzień, gdy jesteśmy w różnego rodzaju centrach albo staramy się w rozmaity sposób do nich zbliżyć. To opowiadaczka osobności, niejasności, trochę metafizycznej niezwykłości, ale przede wszystkim obserwatorka baczna i wyciągająca oryginalne wnioski. Między innymi na temat tego, kim jesteśmy jako ludzie chcący za wszelką cenę określać sens swego życia oraz znaczenie tożsamości w jakichś ściśle wytyczonych ramach. Konkretnie: w granicach.

Nie pamiętam, ile razy pada to słowo na stronach „Rubieży”, ale za żadnym razem nie jest zwykłym powtórzeniem, bo Ewa Pluta zabiera nas na realne pogranicze, a przede wszystkim w rejony, gdzie z różnych powodów czulibyśmy jakiś dyskomfort. Po incydencie z dwiema ofiarami śmiertelnymi w Przewodowie, po którym cały świat na chwilę wstrzymał oddech, uświadomiliśmy sobie wszyscy, jak ważna staje się granica na kontynencie, który tych granic sukcesywnie się pozbywał i rzeczywiście w dużym stopniu pozbył. W Przewodowie – w którego okolicy być może Pluta wędrowała – zatrzymał się na chwilę przed naszymi oczami świat, w którym przekroczenie pewnej linii mogłoby być początkiem chaosu, a być może piekła. Autorka nie opowiada granicy w taki sposób, choć proponuje nam wiele jej definicji. Czym ona jest w „Rubieży”? Naprzemiennie i uzupełniająco się – krajobrazem, mentalnością, egzystencjalnym niepokojem, socjologiczną ciekawostką, polityczną zagrywką, ale również obszarem jakiegoś kontaktu metafizycznego, gdzie życie spotyka się ze śmiercią i wspólnie kreują jakieś wyobrażenia. Ewa Pluta wyrusza w taką podróż, która na każdym kilometrze będzie na swój sposób wyjątkowa, lecz czasami niebezpieczna. Tymczasem opowieść o wędrowaniu wzdłuż granicy cechuje się łagodnością oraz ciekawością. Jest w tym wszystkim ta enigmatyczna wrażliwość, od której zacząłem. Nie mam pojęcia, czy w rozmowie z Plutą ujrzałbym ją tak, jak widzą ludzie z terenów przygranicznych: jako przybyszkę z centrum, która za wszelką cenę chce zgłębić filozofię peryferii. Być może po to, by to centrum naprawdę zrozumieć. Zresztą tu obok sprawozdawczego stylu narracji, w którym wiele jest uroczych poetyckich fraz, są również częste wycieczki tam, skąd na granice patrzą badacze, i tam, gdzie granice otrzymują swoje definicje albo stają się historią. W tej książce Pluta udowodni, jak silne są związki między wyznaczaniem i zacieraniem granic a historią kultury.

Wędrówka autorki sama w sobie wydaje się już czymś niezwykle fascynującym. Od miejsca, w którym ktoś defekuje i pluje ze złości na kraj znajdujący się za wyznaczoną linią, do miejsca na krańcu Unii Europejskiej, która ostatecznie ma przecież swoje granice, a Pluta jest tam w stanie odnaleźć niezwykłe krainy – takie jak Darlandia. Reportażystkę absorbują ludzie. To oni są tu najważniejsi, ich opowieści najistotniejsze. Bez względu na to, jak frapujące wydaje się czytanie o przeszłości, w której ktoś decydował o kształcie polskiej wschodniej granicy, a zaznaczane na mapach milimetry kreślące granice niejednokrotnie łamały życiorysy, wprowadzały zamęt w codzienność, stawały się źródłami wielu dramatów rodzinnych, a przede wszystkim usiłowały podzielić zintegrowaną społeczność. „Rubież” opowiada o tym, nad czym znakomita większość z nas się nie zastanawia. Co się stanie, kiedy należąca do nas miedza i gospodarstwo będące treścią naszego życia staną się elementami jakieś innej rzeczywistości, określonej przez kogoś obcego? To książka pełna lokalnych legend i poruszających wyobraźnię opowieści o tym, czym jest lojalność oraz solidarność mikrospołeczeństw w obliczu narzucanych im zmian. Bo nagle za miedzą zamiast pola sąsiada zaczyna się obszar innego kraju. A przecież sąsiedztwo stwarza tu zupełnie inaczej definiowane terytorium. Działy się w związku z tym wielokrotnie rzeczy zabawne, ale jednocześnie w groźny sposób groteskowe. Jak wtedy, kiedy w sprawie krowy przekraczającej granicę należało pisać do Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Tymczasem Ewa Pluta po prostu sobie idzie. Przygląda się krajobrazowi i zapewne patrzy ludziom głęboko w oczy. Ci starsi rozmówcy całą historię swego pozornie nieskomplikowanego życia na pewno mają ukrytą we wzroku. Ich oczy patrzyły na różne absurdy. Po latach niektóre oceniane są jako zabawne, inne – głęboko tragiczne. W tym wszystkim ona, obca, a jednocześnie bliska swoim rozmówcom w taki sposób, w jaki nie byłaby bliska nawet rodzina. Bo czasem rodzina wyjeżdża w kierunku centrum. Czasami przy granicy pozostają samotnicy, szaleńcy albo ludzie, dla których tożsamość to przynależność do konkretnego miejsca. Dlatego autorkę nie zainteresowały tłumne tereny graniczne jak Cieszyn czy Zgorzelec. Ona przygląda się śladom życia, którego czasem nie widać, ale które tli się żarem silnych wspomnień. Bo świat zapomina, co jest na marginesie, i o tych, którzy margines uznali za centrum swego wszechświata. „Rubież” jest zbiorem przejmujących opowieści o tym, jak wiele goryczy i smutku wywołać mogło samo to, że mieszka lub mieszkało się przy granicy. I właściwie czym jest ta lokalizacja? Co granica czyni z tymi, którzy przy niej żyją i czasem ją przekraczają, albo z tymi, dla których stanowi ona istotny problem, swoistą aberrację albo zabawną zagadkę?

Ewa Pluta sama stwierdza, że zebrane opowieści w jakiś sposób ją przytłoczyły. Że musiała się ich pozbyć. I zebrała je w tej książce. Dla nas również staną się niepokojące, dla niektórych niebezpieczne. Każdy nacjonalizm oraz każda forma ksenofobii żerują w mniejszym lub większym stopniu na oschłym i zasadniczym pojęciu granicy. W „Rubieży” autorka przygląda się granicom, ale również je zaciera na kilka sposobów. Podobają mi się jej fantazje – przechodzenie w tryb przypuszczający, jak sama to nazywa – kiedy pojawiają się w naszej wyobraźni sytuacje problematyczne, o jakich nigdy byśmy nie pomyśleli. Pluta fantazjuje o pozornie nieistotnych detalach, które zmieniały życie pojedynczych ludzi lub całych grup. I w tym wszystkim stara się też opowiadać o sobie, dyskretnie sugerować czytelnikom, jakie prywatne granice spotykała na swojej drodze. To naprawdę niespotykanie piękna i mądra książka zabierająca nas tam, skąd właściwie wszyscy chcemy uciekać. Pluta nie traktuje terenów, po których wędruje, jako socjologicznej ciekawostki czy turystycznej niezwykłości. Nie zbiera stamtąd pamiątek, zbiera istotne przemyślenia. Są w tej książce naprawdę poruszające fragmenty, jak na przykład opis granicznej ciszy. Ale są również mocne akapity o tym, że wytyczanie granic to zawłaszczanie, a zawłaszczanie to zawsze przemoc. Tymczasem Ewa Pluta jest ciekawa i roztropna. Niebywale skupiona na swoich rozmówcach, lecz również potrafiąca spojrzeć na ten świat pozornie bez wyrazu, który ożywiają ich opowieści. Dlatego mimo wszystko to również mądry esej o przekraczaniu granic samej siebie, a także o tym, kto lub co każe te granice wyznaczać. Naprawdę absorbująca książka.

2022-11-23

„Prawo matki” Przemysław Piotrowski

 

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 23 listopada 2022

Liczba stron: 392

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Kobieta nieobliczalna

Myślę, że Magda Knedler i Przemysław Piotrowski to dwoje polskich ludzi pióra, którym bynajmniej nie można zarzucić „taśmowości” twórczości, gdy wydają kilka książek rocznie, bo za każdym razem oferują naprawdę dobrą, a często bardzo dobrą jakość. Zastanawiam się nad tym, co by się stało, gdyby zaczęli czytać się nawzajem, bo prezentują zupełnie inne gatunki, style i rodzaje pisarskiej wrażliwości, ale gdyby kiedyś wróciła moda na pisanie w duecie, ich wspólna książka mogłaby być naprawdę dużym wydarzeniem. Dość dygresji, czas przejść do rzeczy, czyli przyjrzeć się nowej powieści Piotrowskiego. To, że pisarz ten ma talent do kreowania nietuzinkowych bohaterów literackich, wiemy od kilku lat. To, że potrafi od techniki hiperbolizacji zdarzeń oraz postaci przejść do trącania czułych i bardzo intymnych strun opowiadania o kwestiach obyczajowych – również wiemy. Czy „Prawo matki” będzie zatem jakimkolwiek zaskoczeniem? W jednym wymiarze na pewno. Autor bowiem dość czytelnie eksponuje swoją bohaterkę i przez to można odnieść wrażenie, że z łatwością będziemy antycypować zdarzenia z jej udziałem. Słowem: kobieta przewidywalna już na wstępie, zarysowana bardzo wyraźną kreską i oczywista charakterologicznie. Nic bardziej mylnego. Wyobraźnia Piotrowskiego pracowała podczas tworzenia tej powieści wyjątkowo intensywnie. Luta Karabina, choć jej cechy i osobowość ujawniono już na wstępie, przez cały czas będzie czytelnika zaskakiwać. Jedno jest pewne: jej determinacja w działaniu. Jednakże trudno tak naprawdę przewidzieć, dokąd skieruje swoje kroki, a przede wszystkim – jakie będą tego konsekwencje.

Powszechnie panuje przekonanie, że matka ratująca swoje dziecko jest gotowa na przykład podnieść samochód, by je spod niego wydobyć. Nie wiem, jak często się to zdarza w rzeczywistości, ale bohaterka Piotrowskiego będzie gotowa zrobić dużo więcej, aby wydostać swe dziecko z rąk oprawców. Nie do końca przekonuje mnie tu motywacja porywającego, jednak z tym skonfrontuje się już i oceni to każdy czytelnik, który dotrze do końcowych rozdziałów. Reszta jest świetna w swojej dynamice i celowych przejaskrawieniach. Matka żołnierka, kobieta o niezwykłych umiejętnościach – brzmi to trochę jak kobiecy odpowiednik Rambo, jednakże Przemysław Piotrowski zadbał, by zindywidualizować tę postać, począwszy już od jej imienia i nazwiska. Lutosława – bo tak brzmi pełne imię bohaterki – odsłania nerwy i emocje, a jednocześnie to wciąż chodząca zagadka. Zwłaszcza gdy stopniowo zaczniemy poznawać przeszłość Karabiny. A także jej motywacje do działania. Tu nie będzie chodziło tylko o to, że umie postępować metodycznie i bez wahania przekroczy każdą granicę, której nie przekroczyliby ani kobieta, ani mężczyzna doświadczeni taką traumą, jaka staje się jej udziałem. Ale „Prawo matki” to śmiała i dynamiczna fantazja o tym, co tak naprawdę każdy rodzic, którego dziecko znika, byłby gotów, choćby tylko w wyobraźni, zrobić z jego porywaczem.

A tu będziemy mieli wyjątkowo podłych oprawców. Kameralna opowieść o dramacie matki, na której oczach uprowadzona zostaje córka, zamieni się w wielowątkową intrygę sensacyjno-kryminalną i tym razem Przemysław Piotrowski zaoferuje nam naprawdę dużo rozlewu krwi, lecz przede wszystkim – symbolicznie odnosząc się do charakteru oprawców – zręcznie i jednocześnie niepokojąco zamknie tę fabułę w specyficznej klamrze kompozycyjnej. To, co dzieje się na pierwszym planie, jest wyraźne i chce za wszelką cenę zawładnąć uwagą czytelnika, jednakże – jak zawsze w przypadku twórczości tego pisarza – lubię zwracać uwagę na kwestie, które dyskretnie sygnalizuje gdzieś na marginesach. I są tu dwie sprawy, o których warto pomyśleć dłużej, kiedy dotrze się już do ostatnich stron tej bardzo pomysłowej książki. Jedna to kwestia bezpieczeństwa kobiet na ulicach. Czym jest otaczająca ją przestrzeń dla kobiety, kiedy decyduje się ona na wieczorny samotny spacer lub jogging? Kto i dlaczego stworzył świat, w którym w określonych godzinach i warunkach ktoś ma odczuwać zagrożenie ze względu na swoją płeć? Druga wątpliwość też zatrzymała mnie na dłużej. Liberalna i otwarta Europa daje w swej demokratycznej formie współistnienia wszystkich ze wszystkimi warunki rozwoju wyjątkowych psychopatologii. To właśnie wolnych i celebrujących swą wolność Europejczyków jeden z bohaterów oskarża o to, że dają przyzwolenie na swobodne działanie pedofilom, handlarzom żywym towarem, potrzebującym ludzkiego ciała lub ludzkich organów… To wszystko rzeczywiście się dzieje i nie jest tylko elementem fikcji literackiej tej książki. Piotrowski sygnalizuje zagrożenia i podejmuje drażliwe kwestie. Jednocześnie jest jak zawsze nieprzewidywalny i nigdy nie pisze tendencyjnie. Dlaczego? „Prawo matki” to książka z bardzo sugestywnymi i dobrze rozpisanymi smutnymi albo wręcz przetrąconymi życiorysami, które kierują młodych ludzi do półświatka i nie pozwalają się z niego wydostać.

Ale poza Lutą Karabiną jest tu jeszcze kilka intrygująco opisanych postaci. Na pierwszym planie zielonogórski nadkomisarz o wiele mówiącym nazwisku Szatan. Czy można być martwym za życia? Piotrowski udowodni, że tak, bo postać tego policjanta stworzona jest jedynie z żalu, bezradności, ogromnego bólu i wspomnień, które nigdy się nie zatrą, bo są wspomnieniami największego piekła, jakiego człowiek może doświadczyć za życia. Karabina wejdzie z Szatanem w pewien układ. Każde z nich mierzyć się będzie ze swoimi emocjami i każde z nich wyznaczy swoją drogę dochodzenia do sprawiedliwości, jednakże ciekawe będzie śledzenie, w jaki sposób te dwie postacie w ogóle wchodzą ze sobą w zależność. Tu uśmiecham się do literackiej fantazji Przemysława Piotrowskiego o pewnym znanym pisarzu, który połączy tę dwójkę. Autoironiczne spojrzenie na swoje tworzywo i na to, w jaki sposób literatura może zdobywać popularność – to bezcenne, bo daje wyraźnie znać, że w całej tej ponurej historii autor nie traci poczucia humoru. Ale jest ono obce jeszcze jednej znakomicie tu sportretowanej postaci. To depresyjna matka głównej bohaterki, która niesie w sercu i pamięci jakiś wielki ciężar, a jej emocjonalne rozchwianie oraz dyskomfort w odbiorze rzeczywistości ujawniają się tu na drugim planie i warto się temu bliżej przyjrzeć. Reszta bohaterów raczej nie zaskakuje. Piotrowski jednak doskonale wie, że nie może stać się pisarzem fabularnego schematu. Dlatego w „Prawie matki” znajdziemy kilka rozwiązań podobnych jak w poprzednich fabułach, ale cała historia jest nadzwyczaj świeża. I wyjątkowo przerażająca, bo opowiada o takiej formie bestialstwa, która nie tylko jest aberracją, lecz zdaje się sankcjonowana w tak zwanym normalnym świecie – przecież z niego wywodzą się szanowani i dobrzy obywatele, sąsiedzi czy współpracownicy, którzy w wolnej chwili chcą się upajać przemocą seksualną wobec nastolatków albo małych dzieci.

„Prawo matki” to powieść z tytułem mocno definiującym. Ale to tylko pozory. W gruncie rzeczy znaczenie tego tytułu będzie dyskusyjne. Do czego ma prawo zrozpaczona matka? Czy do wszystkiego tego, o czym tu przeczytamy? Warto jeszcze zwrócić uwagę, że Piotrowski opowie tutaj także wyjątkowo ponurą historię o tym, co może znaczyć prawo ojca. Albo ujawni nam jej zarys. Bo jedną z cennych cech tego pisarza jest to, że nie opowiada nam wszystkich historii jednolicie intensywnie i ze szczegółami. Pozostawia w wielu wątpliwościach i w takim rodzaju mroku, że po lekturze jego powieści czasem trudno się otrząsnąć. Perypetie Luty Karabiny poruszą nie tylko tych, którzy są rodzicami. Kolejna bardzo dobrze napisana książka o bardzo złym świecie, którego nie jesteśmy w stanie zmienić.

2022-11-21

„Piękny mamy dzień w Hawanie” Adam Kwaśny

 

Wydawca: La Compañia

Data wydania: 14 października 2022

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 43,90 zł

Tytuł recenzji: Miasto wspólnoty

Adam Kwaśny – znawca i wielbiciel Kuby – to chyba najlepszy dla polskiego czytelnika przewodnik po tym kraju. Realizuje zorganizowane wyjazdy turystyczne na wyspę, umie też o niej opowiadać z niezwykłą literacką wrażliwością na detale, bo to już druga książka Kwaśnego opisująca nam jego ukochany kraj jako krainę różnorodności, w której można się zagubić, ale którą jednocześnie można pokochać wielką miłością. „Piękny mamy dzień w Hawanie” jest kontynuacją i uzupełnieniem barwnego świata, który autor zawsze pokazuje, posługując się panoramiczną perspektywą. I we „Wszystkich zajęciach Yoirysa Manuela”, i w najnowszej książce czytelnik spotyka się ze społecznością. Polifoniczność narracji Kwaśnego to nie tylko oddawanie głosu rozmaitym bohaterom. To także kreowanie opowieści, w których zazębiają się kolejne biografie, a wszystko kipi witalizmem, choć często jest tam dużo goryczy, rozczarowań i niespełnionych oczekiwań, które zalewa się rumem albo kompensuje intensywnym seksem, a czasami ucieka w świat wierzeń, bo na Kubie jest tak różnorodnie, że trzeba sobie wybrać swojego boga spośród wielu. Albo ducha zmarłego, który będzie wspierał działania kogoś, kto wciąż jest żywy.

„Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” były o metafizycznym współistnieniu świata żywych i zmarłych. To w dużym uproszczeniu, bo żadna książka Adama Kwaśnego nie daje się opisać ani wyjaśnić w oczywisty sposób. Tamta narracja sytuowała nas na kubańskiej prowincji. W nowej opowieści autor chce opowiedzieć o Hawanie. O miejscu sportretowanym literacko już wielokrotnie, o miejscu legendzie, o którym właściwie wie się wszystko, jeśli tylko dokładnie przejrzy się zasoby internetowe. Jednakże chyba nikt nie opisuje kubańskiej stolicy z tak ciekawej, zaburzającej naszą percepcję perspektywy: rzeczy oczywiste i nierzadko naturalistycznie dosadne stają się elementami swoistego realizmu magicznego. Tu nie chodzi tylko o proste formalne zagrania jak wplecenie w opowiadanie motywu nóg staruszki, które same wychodzą za nią z domu. Kwaśny chce pokazać, że jego bohaterowie – zwyczajni hawańczycy – uwikłani są w co najmniej niezwyczajne sieci zależności. Ich codzienność w mieście, którego znamienny sznyt kreuje wspominany tu wielokrotnie Malecón, najbardziej reprezentatywna część Hawany, będzie miejscem przenikania się tego, w co się wierzy, w co można uwierzyć, tego, co niemożliwe, i najbardziej nawet przerażających wizualizacji strachów oraz uprzedzeń wobec skomplikowanego życia.

Tak, Hawana to przede wszystkim życie. Adam Kwaśny będzie tu portretował jego przejawy – w przeciwieństwie do „Wszystkich zajęć Yoirysa Manuela”. By zobrazować różnorodność po raz kolejny, sięga po technikę sprawozdania, a opowiadających te historie ubiera w różne kostiumy. Ponownie trudno gatunkowo sklasyfikować książkę tego autora. Zbiór opowiadań? Usłyszanych historii? Literackich zmyśleń inspirowanych tym, co się podejrzało i podsłuchało w Hawanie naprawdę? Jedno jest pewne: Kwaśny dobiera interesującą perspektywę. Znajdziemy się w solarze – miejscu, w którym każdy sąsiad wie praktycznie wszystko o tych, z którymi mieszka. Dlaczego? Dlatego że dzielona i reglamentowana jest tu przestrzeń do życia. Pokój nagle może stać się współdzielony. Prywatność będzie możliwa tylko wówczas, gdy wszyscy wokół zwrócą swoją uwagę w inną stronę. Motyw dzielenia pomieszczeń mieszkalnych ciekawie uwidacznia, w jak rozmaity sposób łączy się tu ze sobą życie ludzi skrajnie od siebie różnych. Profesor i miejscowa prostytutka? Aktor i dziewczyna z prowincji szukająca w Hawanie sensu życia? Na marginesie: ta prowincja to Trinidad, z którego jedna z bohaterek uciekła ku lepszej rzeczywistości, a została porzucona z rojeniami o tej jeszcze lepszej i dalszej, europejskiej, holenderskiej – dającej prawdziwe możliwości. Miejsce akcji poprzedniej książki autora. W tej wspomina nawet tamtejszego czarownika.

Żyją sobie zatem bohaterowie tej książki razem w specyficznej mikrospołeczności. Tu nie można wyznaczać granic przestrzeni prywatnej, trzeba umiejętnie znaleźć płaszczyzny porozumienia. Nawet wówczas, gdy wydaje się to niemożliwe. Ale u Adama Kwaśnego nie ma czegoś, co jest niemożliwe. Nie tylko przekraczamy granice światów, bo znajdziemy się także w sferze metafizyki, obrzędów i enigmatycznych przemian pokazujących wędrówkę dusz oraz wspomnień o tych duszach. Uczymy się słuchać rytmu Hawany wyznaczonego przez szybko bijące serca – w nich kumulują się bardzo silne emocje i dlatego „Piękny mamy dzień w Hawanie” to świetna opowieść o tym, jak zróżnicowane mogą być gniew, miłość, rozpacz i tęsknota. Wszystko w budynku, którego poszczególne piętra mogą też mieć znaczenie symboliczne. Bo z jednej strony odczytuje się tę historię w bardzo oczywisty sposób, widząc wyraźnie, że Adam Kwaśny stara się pokazać, iż w Hawanie intensywność życia można znakomicie niuansować i pokazywać zróżnicowaną dynamikę istnienia. Z drugiej jednak – coś tych wszystkich ludzi w jakiś sposób boleśnie piętnuje. Blokuje, zamyka w wąskiej przestrzeni. Niby żyją pełną piersią, ale czasem tkwią w bezdechu, który w gorącym klimacie wydaje się wyjątkowo groźny. Kwaśny jest kronikarzem fragmentów różnych życiorysów, które w jakiś sposób opowiadają losy miasta. Jaka jest Hawana? Tu pada sporo słów, które usiłują oddać jej charakter. „W Hawanie potrafimy docenić piękno dawno przebrzmiałe”. A obok tej konstatacji inna: „Hawana to miejsce przejściowe”.

Jest więc to portret miasta cudownie archaicznego i fascynująco zatrzymanego w przeszłości (kilka opowieści wyraźnie wskazuje moment rewolucyjnego przełomu i to, w jaki sposób Kuba przeszła bolesną transformację oraz równie bolesną dyktatorską stagnację). Jednocześnie miejsca, w którym każdy w jakiś sposób jest tymczasowy. Mimo konkretnego adresu zamieszkania, silnego związku z miastem. Adam Kwaśny wydaje się sugerować, że wieloznaczne i wielobarwne życie kubańskiej stolicy zawsze jest wspólnotowe. Nie każdy rozumie wspólne życie w taki sposób, w jaki postrzegają je bohaterowie tej książki. Hawana każe łączyć nie tylko mieszkania i pewne życiowe doświadczenia. To miasto, którego nie można sportretować jednoznacznie. Dlatego warto się zastanowić, co do nas najmocniej przemówi. Czy „Piękny mamy dzień w Hawanie” to książka najciekawsza dzięki opisom, wizyjności, sprawozdawczości, czy w retrospekcjach? Jedno wiadomo: autor po raz drugi literacko sugeruje, że Kuba jest inspiracją do niezwykłych opowieści. Stworzonych z myślą o ludziach tak bliskich szarości i zwykłości. Bliskich biedy, rozczarowania, wiecznie niespełnionych marzeń. Ludzi, których ścieżki życia splotły się nieoczekiwanie, za każdym razem wymuszając nawiązywanie specyficznych relacji.

Warto wejść w świat, w którym starzejący się aktor jest kolekcjonerem kobiecych majtek, pewien profesor uczy się kroków żywiołowego tańca, a umierająca staruszka wciąż tęskni za czymś, co staje się jej obsesją, zawłaszcza wyobraźnię i rujnuje życie. Kwaśny opisuje miejsce, w którym reglamentowane są woda, prywatność, a przede wszystkim marzenia. Po raz drugi zaskakuje wrażliwością na detale – opowiada o człowieku poprzez to, czym są jego emocje; umie tak wyrazić smutek i melancholię, żeby nie były obezwładniające. Bo w gruncie rzeczy wiele tu przygnębiających opowieści. Ale odnieść można wrażenie, że Adam Kwaśny to nie tylko spec od kubańskiej melancholii. On w tym kraju i w żyjących w nim ludziach widzi punkt odniesienia do życia w ogóle. Dlatego Hawana jest poniekąd symbolicznie zaczarowana w tej książce. Kwaśny lubi mistyfikacje, ale nie jest literackim prowokatorem. Uczciwie i lojalnie wciąż opowiada o miejscu, które na stałe zagościło w jego sercu. Intrygująco również potrafi oddać perspektywę obcego w wielkim kubańskim mieście. Jak zawsze też przypomina swoim czytelnikom, że ma duże poczucie humoru.