Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-12-30

"Noc generała" Gabriel Mérétik

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 10 listopada 2014

Liczba stron: 328

Tłumacz: Michał Radgowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 44 zł

Tytuł recenzji: Okrutny spektakl

To doskonały pomysł, by 25 lat po wydaniu "Nocy generała" wznowić ten dynamiczny i mroczny reportaż, bo dzisiaj to wszystko, co przed laty napisał nieżyjący już francuski dziennikarz Gabriel Mérétik, jest czytane inaczej i z pewnością spotka się z bogatszą recepcją, osadzoną w kontekstach czasu, którego początek dawały dopiero wybory 1989 roku. Lidia Ostałowska w przedmowie do tego wydania gorzko stwierdza, co następuje: "Gry miejskie, gry planszowe, happeningi, inscenizacje. Stan wojenny bywa na przemian propagandowym sloganem i gadżetem popkultury". Otrząsnęliśmy się z grozy wydarzeń zainicjowanych w mroźną grudniową noc 1981 roku, wielu tamtej nocy po prostu nie pamięta, jeszcze więcej czyści pamięć z tego, co niewygodne i wieloznaczne, kreśli na nowo genezę zjawiska, buduje nowy szkielet interpretacyjny tamtych posunięć i za każdym razem inaczej patrzy na spektakl historyczny okrutnych animatorów, którzy w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku postanowili wyprowadzić czołgi na ulice.

Mérétik przyjął dynamiczną formę zapisków określających kolejne godziny, podczas których orientowano się, co zaczyna mieć miejsce w Polsce. Autor doskonale wie, że aby zrozumieć stan wojenny, trzeba sięgnąć daleko wstecz i przeanalizować wiele poczynań lokalnych i za granicą, które doprowadziły do zaskakującego cały kraj, a przede wszystkim solidarnościowców, zdarzenia na skalę niewyobrażalną wówczas w Europie. Gabriel Mérétik napisał ten reportaż być może także dlatego, by uciszyć wyrzuty sumienia po tym, jak zbyt wcześnie opuścił Polskę w 1981 roku i nie mógł znaleźć się w centrum wydarzeń, które tak sugestywnie opisuje minuta po minucie z bardzo wielu perspektyw i z solidną wiedzą historyczną. Powstaje dramatyczna opowieść o przewrocie, który był planowany bardzo dokładnie i o którym nikt tak naprawdę nie wiedział. A może nie chciał się dowiedzieć. Dla państw europejskich najważniejsze było pytanie o to, czy w kraju, do którego nie można się dodzwonić ani zadepeszować, nastąpiła radziecka interwencja, o jakiej mówiło się sporo. Nie mówił nikt na temat tego, co Wojciech Jaruzelski zaplanował nieprzypadkowo na tę mroźną grudniową noc. Mérétik sugeruje, że wiedzę na temat przygotowań do stanu wojennego zdobył Ryszard Kukliński, ale Amerykanie nie wykorzystali jej do tego, bo cokolwiek zrobić. Sugestywnie sportretowany jest paraliż także całej Europy, która zamiera w trwodze, a po złapaniu oddechu i uświadomieniu sobie, że stan wojenny to sprawa wewnątrzpolska, wydaje zaskakujące niekiedy komentarze, zachowawcze i odcinające się od tego, co dzieje się w Polsce.

W tej Polsce, która wierzy w pomoc Zachodu. Informacje o zdarzeniach dramatycznej nocy rozchodzą się powoli i fragmentarycznie. Czytamy o zaskoczeniu polskich ambasadorów, o problemach z wystosowaniem not dyplomatycznych, skomplikowanych procesach formułowania jakichkolwiek słów w odpowiedzi na coś, czego w wielu językach nie można było jednoznacznie określić mianem stanu wojennego. Z racji pochodzenia autora dość dużo miejsca poświęcone jest reakcji Francji oraz francuskiej opinii publicznej, ale najbardziej przejmujące i najbardziej wyraziste jest portretowanie reakcji tych w Gdańsku i w Warszawie. Zaskoczonych, a jednocześnie przytomnych i świadomych, mimo internowania niezłomnych, pozornie pokornych i tym samym coraz bardziej rozwścieczonych. Bo nikt naprawdę nie był w stanie przewidzieć tego, co się wydarzyło. To naprawdę była noc generała. Nocny spektakl w siarczystym mrozie - trzaskające wyważane drzwi, głuche telefony, stukot wojskowych butów na ulicach, pod którymi znalazły się jakiekolwiek szanse na dialog władzy z opozycją.

Stan wojenny to była totalna konfrontacja z władzą. Mérétik oddaje atmosferę ogromnej niepewności i gorączkowego poszukiwania możliwości jakiejkolwiek rozmowy. Z kim? O czym? Jak wyglądać ma przyszłość kraju, w którym za kolejne miesiące odpowiada garstka ludzi w wojskowych mundurach? "Noc generała" sugestywnie kreśli sylwetki tych, których z różnych względów internowano w nocy z 12 na 13 grudnia. Stara się ukazać, dlaczego właśnie ci ludzie trafiali do miejsc odosobnienia. Mérétik celowo nie cytuje Jaruzelskiego ani Wałęsy. Obcowanie z ich słowami w tym reportażu byłoby z pewnością uproszczeniem naszej jego recepcji. Tej, która 25 lat po wznowieniu publikacji będzie zapewne inna niż wcześniej. Otrzymujemy poza tym różne punkty widzenia na sprawę i bardzo rzetelną wyprawę po świecie, który budzi się 13 grudnia 1981 roku z niemym buntem wobec polskich spraw, ale także z oczekiwaniami, by zrozumieć, co naprawdę stało się za zamkniętymi granicami.

Gabriel Mérétik pewne sprawy sugeruje, snuje także domysły, chwilami prowokuje i zadaje fundamentalne pytania o kontekst stanu wojennego, które padały już wielokrotnie i nawet teraz nie znajdują odpowiedzi. "Noc generała" to rozedrgany zapis czasu, w którym zaraz po zaskoczeniu przyszła bezradność połączona ze złością. Nie udało się przeprowadzić bezkrwawej rewolucji wojskowej, bo naznaczyły ją ślady krwi górników kopalni "Wujek". Mérétik wskazuje też inne ślady, jakie zapisały się w pamięci zaskoczonych. Opowiada także - nie wprost i chwała mu za to - o ogromnych emocjach, jakie niósł w sobie czas, kiedy planowane od roku widowisko zaczęło się z taką precyzją i taką determinacją.

Kalendarium wydarzeń po stanie wojennym obejmuje w tej książce zapisy do końca roku 1989. Potem zaczęto odczytywać te zdarzenia w jeszcze innych kontekstach. Mérétik nie uczestniczył już w debacie publicznej o stanie wojennym, jaka w latach choćby dziewięćdziesiątych XX wieku zaskakiwała wnioskami tych, którzy coraz chętniej przyznawali rację Jaruzelskiemu, gdy mówił, że stan wojenny uratował Polskę od jeszcze większego dramatu. "Noc generała" rozważa kwestię mniejszego zła, ale pokazuje przede wszystkim skomplikowany mechanizm pacyfikacji opozycji przy jednoczesnym stwarzaniu złudzenia słuszności działania w jednym, wyraźnie zaznaczonym kierunku. Gabriel Mérétik wskazuje tych, co byli bezbronni i tych, którzy zabierali wówczas głos. Prowadzi nas minuta po minucie przez ten moment historii Polski, który na długo pozostał interpretowany wieloznacznie, a dzisiaj przypomnienie go ważne jest przede wszystkim dla młodego pokolenia, któremu określenie "nocy generała" niewiele mówi...

2014-12-28

"Najlepsze buty na świecie" Michał Olszewski

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 listopada 2014

Liczba stron: 256

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Polskie ułomności

Dobrze jest zebrać ślady swojej działalności w jednym tomie. Michał Olszewski zrobił to bardzo sensownie i cieszę się, że mogę poznać efekty jego dziennikarskich poszukiwań z jedenastu lat pracy, nie wertując archiwalnych numerów "Gazety Wyborczej" czy "Tygodnika Powszechnego". Autor podzielił książkę na pięć mrocznych rozdziałów, które badają wszystkie widoczne pęknięcia i rysy naszej smutnej często polskości, w którą wdzierają się bieda, kompleksy, agresja, ignorancja czy po prostu zwykła ludzka bezradność. Nie jesteśmy jednak bezradni wobec tych pięciu odsłon Polski, o jakiej nie chce się pamiętać. Jesteśmy źli, oburzeni, zbulwersowani, ale i zaskoczeni. Olszewski opowiada o kondycji polskich księży, którym można wybaczyć wszystko, łącznie z pedofilią. Opisuje agonię miejsc gdzieś na prowincji, o jakich nikt nie myśli. Opowiada o tym, jak to dzisiaj między Polską a Niemcami się układa oraz analizuje ślady po wojnie i Auschwitz, którym poświęca najwięcej reportaży. Jest też o Polkach i Polakach na zakręcie, a raczej o zakrętach losu, który wzmaga bezradność, frustrację, gniew i poczucie wykolejenia. Jest dużo polskiej szarości, polskich ograniczeń i polskiego biadolenia.

Jest też uważny obserwator i kilka wyraźnych reportaży z tezą.  Tytułowa symbolika butów może mieć zatem różne znaczenie. Michał Olszewski przemierza Polskę w butach niewygodnych, bo wcale nie jest komfortowo odwiedzać opisane miejsca i słuchać ludzi, którzy wrośli w nie czasami w sposób totalny, odizolowani od szans i możliwości niesionych przez obcy świat gdzieś dalej - za miedzą, za murami więzienia czy ośrodka pomocy, gdzieś za ostatnim domem wsi czy z dala od prowincji wdzierającej się boleśnie pod skórę.

Tytułowy reportaż jest jedynym, który nie został wcześniej opublikowany. Mocny i działający na wyobraźnię. Opowiadający o tym, z jaką radością można odtwarzać wojnę, z jaką przyjemnością się w nią bawić i z jaką fascynacją traktować mundury Wehrmachtu. Olszewski rozmawia z tymi, którzy rekonstruują działania wojenne -  jakby świadomie tęsknili za nimi i uznawali, że stan wojny to stan jak najbardziej dla mężczyzny sposobny. To taki teatr historyczny. A może to, co robią bawiący się w wojenkę jest sygnałem niezdrowych zapędów i mrocznych tęsknot? Może blisko siedemdziesiąt lat po wojnie to już czas, w którym co niektórzy oczekują kolejnej? Nie wiem, co może być fascynującego w odtwarzaniu scen przemocy, ale rozmówcy Michała Olszewskiego widzą w tym nie tylko sens, dorabiają do tego swoistą ideologię. Wojna ciągle żywa w świadomości tych to także przejaw braków, jakie mogą nie mieścić się w głowie. Braku poczucia zagrożenia. A jednocześnie tęsknoty za porządkiem, lśniącymi butami, groźnym mundurem czy resztą frontowego wyposażenia.

O wojnie w tej publikacji jest bardzo dużo, bo Olszewski z obsesyjną niemal wnikliwością stara się przyjrzeć temu, w jaki sposób jej mit dzisiaj funkcjonuje - przede wszystkim w miejscach doświadczonych najokrutniej, czyli w Oświęcimiu czy Chełmnie, miejscu pierwszych nazistowskich eksterminacji ludności. Dzisiaj sposób mówienia o wojnie to - słowa autora - "pole interpretacyjnych gier". Olszewski wysłuchuje różnych teorii i poglądów ze stoickim spokojem, ale w jego reportażach widać, jak mocno w środku uwiera go to, co słyszy. Wspominanie wojennych doświadczeń Polski i odwoływanie się do nich przyjmuje nieco groteskowy charakter, ale trudno orzec, czy można śmiać się czy raczej bać tego, co rozmówcy mówią na temat czasu interpretowanego wciąż na nowo. Żadnych nowych interpretacji nie wymaga ślad po Auschwitz. Olszewski zbiera poruszające świadectwa ocalałych i sam rozmyśla o Holokauście, pisząc poruszający list do swej chrześniaczki ujawniający osobiste postrzeganie Auschwitz oraz świata po nim.

Bo autora "Najlepszych butów na świecie" interesuje przede wszystkim to, w jaki sposób życie odrodziło się w miejscu, które Zagłada naznaczyła na zawsze. O ile zasadne jest poszukiwanie tych śladów życia w biografiach i zajęciach współczesnych oświęcimian (ponownie pojawiają się buty, poruszający reportaż o tych, którzy konserwują ślady po zbrodni, dbając o wciąż dobry wygląd obuwia gazowanych), o tyle zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie odwiedzanie szkoły podstawowej w Brzezince i przyglądanie się temu, czy dzieci są naznaczone traumą, ucząc się w szkole na obrzeżach byłego obozu. To tak jakby w miejscu byłej kaźni nie miała prawa rozwijać się młoda brzoza, rosnąć trawa, dorastać nowe pokolenie. Miejsce Auschwitz w rozumieniu Olszewskiego nie powinno chyba mieć w sobie żadnej witalności. Tak jakby sama pamięć i świadomość czasu przeszłego nie wystarczały.

"Najlepsze buty na świecie" to świadectwo uważności i tego, że można pojawić się wszędzie tam, gdzie pozornie nas nie chcą. Tematy podejmowane w reportażach są nie tylko niewygodne. One przypominają o tym, jak zlepiona jest ta Polska współczesna, pełna zabobonów i złych nawyków, pełna uprzedzeń i sama się deprecjonująca. Olszewski rozmawia ze społecznikami skazanymi na wymarcie i z ludźmi, którzy mimo wszystko starają się robić dobre rzeczy. Zła jest aura, polityka, warunki społeczne czy po prostu zbieg okoliczności. Niejeden tragiczny, niejeden przykry na życzenie tych, co mają pod górkę. To są reportaże ze świata boleśnie żywych. Nie tylko osadzonych w czasie i przestrzeni naznaczonych kiedyś okrucieństwem wojny. Dużo większe okrucieństwo ma miejsce teraz. Na wsi, gdzie lokalna społeczność chce wybielić pedofila w sutannie. W ośrodku pomocy ofiarom przemocy, które wrastają w bezradność i bezruch. W przepełnionych więzieniach, gdzie nie ma szans na resocjalizację ani na wyjście z narkotykowego nałogu. W uzdrowiskach z zatrutym powietrzem, z którym niewiele się robi. Tak, to świadectwa polskości ułomnej. A może takiej, która domaga się wyraźnego portretowania, bo w Polsce kontury biedy i beznadziei od lat skutecznie się zacierają?

Ta niewygodna publikacja dedykowana jest wszystkim, którzy chcą widzieć te elementy polskiej rzeczywistości, od jakich często odwracamy się z zażenowaniem. Michał Olszewski wcale nie prowokuje, choć zmusza do refleksji o świecie pozlepianym z bylejakich elementów. Polska bywa bylejaka, ale jest też w tych reportażach czułość i bliskość z krzywdą, od której autor się nie dystansuje, bo w jakiś sposób jest z nią zrośnięty. Absurdy, bolączki, rozterki i złość - wszystko w przejrzystym zwierciadle, które podstawia ktoś drżącą ręką, bo tego kogoś też bardzo boli wszystko, co podgląda i podsłuchuje.

2014-12-26

"Janion. Transe - traumy - transgresje. 2. Profesor Misia" Kazimiera Szczuka

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 1 grudnia 2014

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wyznania z gotyckiej jaskini

To naturalna kontynuacja książki, która zaczęła się pisać w chwili publikacji pierwszej części wywiadu-rzeki, jaki Kazimiera Szczuka przeprowadziła ze znaną badaczką romantyzmu; w tej rozmowie nie tylko przecież określającą się mianem naukowca, ale podsumowującą etapy swego życia i naukowej działalności w nomenklaturze, na jaką nie zdobyłaby się być może poza nią wcale. Druga część wywiadu to znakomite świadectwo tego, że dwie intelektualistki wyruszyły już wcześniej w wartościową podróż poznawczą, a teraz skupiają się we wspomnieniach głównie na latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Na okresie trudnym, bo przecież po Marcu 1968, kiedy część wybrała emigrację, a Maria Janion w całym trudzie samoświadomości postanowiła pozostać w kraju. Tym kraju, dla którego jest fenomenem lokalnym, wspaniałą badaczką nieznaną szerzej za granicą. A przecież Janion wciąż tkwiąca w polskim romantyzmie przez cały czas zwracała uwagę na jego europejskie konteksty.

Sam zapis rozmowy razić może tylko w tych fragmentach, w których Kazimiera Szczuka nadmiernie cytuje prywatne zapiski swojej rozmówczyni, wymuszając na niej komentarze do nich. Czyni to czasami nawet wtedy, kiedy Janion nie chce komentować, bo zapis jest niekompletny, częściowo oderwany od kontekstu albo po prostu nie wymaga komentarza po latach. Na tych motywach autobiograficznych w odniesieniu do kilku kluczowych pojęć powracających jak bumerang w tej publikacji Szczuka wydaje się opierać bezzasadnie w takim znaczeniu, że łamie barwne wspomnienia dociekliwymi powrotami do wyimków przeszłości, nad którymi Maria Janion być może nie chce dyskutować. Poza tymi fragmentami czyta się zapis rozmowy bardzo dobrze i z dużą uwagą, bo niezauważalne są te momenty, w których Janion zamienia naukowy dyskurs na rozmowę o kontekstach osadzonych w codziennym życiu. Widzimy zatem świadomą swoich dokonań badaczkę w jej gotyckiej jaskini zarzuconej papierami, książkami i zapiskami, które wciąż mają swoje ważne miejsce. Widzimy też profesor Misię w kontekście towarzyskim, dostrzegamy w jej obecności ważność choćby Mirona Białoszewskiego, od którego tekstu - śmiało parafrazującego romantyczne motywy i czyniącego Janion papieżycą - rozpoczyna się ta opowieść. O czym? O bardzo trudnych latach mierzenia się z nowymi pojęciami romantyzmu, mieszaniną marksizmu i faszyzmu, z egzystencjalną zadumą nad ludzką kondycją w niemieckiej kinematografii Herzoga oraz z hermeneutycznym postrzeganiem związków między dziełem a jego kontekstem i z własnymi słabościami pozwalającymi Marii Janion ulegać temu, co zmuszało czasami do zboczenia z wytyczonej drogi badawczej.

Ważny jest czas, wyraźnie nakreślony granicami wydarzeń przełomowych dla Polski i wydarzeń, które kształtowały życie Janion. Sama przyznaje: "Lata siedemdziesiąte to były dobre lata, mimo że następują po marcu, w atmosferze wielkiej klęski". Także dla polskich humanistów, nad kondycją których Maria Janion zastanawia się szczególnie mocno. Nakreślane są zadania właśnie humanistów - te realizowane w innym czasie i systemie oraz te będące pokłosiem działalności sprzed lat. Janion jest humanistką uważną i nie przeszkadza jej fakt upływu czasu, różnego rodzaju niemożności, ograniczeń oraz świadomości, że być może najważniejsze odkrycia i słowa za nią. Bycie humanistą to stan wyjątkowo niesprecyzowany. Czy można go uznać za zawód? Czym było to bycie zaraz po okrucieństwie Marca'68, a czym stało się wtedy, kiedy po latach przyszedł czas na odrabianie lekcji za tych wszystkich badaczy, którzy kiedyś podjęli trud recepcji romantycznych dzieł sztuki w duchu zupełnie innym niż dzisiejszy? Zadając między innymi te pytania, widzimy wyraźnie pewien trud docierania do czasu minionego, w którym dzisiaj nie zawsze widzi się to właściwe, ten najważniejszy paradygmat, najistotniejsze idee i stany, w jakich bywało się podczas pracy twórczej.

A jednak profesor Misia wszystko pamięta doskonale, każdą aktywność, każdy trud tej aktywności. Szczuka rozmawia z nią w przestrzeni, którą wyznaczają ślady po myślach wciąż poruszających i wciąż zmuszających do rozważań o celowości takiej, a nie innej drogi twórczej. W tym wszystkim wybija się na pierwszy plan pracowitość i specyficzne zbieractwo dowodów połączone z pewnego rodzaju chciwością. Janion jest jak "kloszard metafizyczny" - zbiera i ogląda wciąż na nowo kolejne fragmenty wiążące ze sobą historię literatury w akceptowany dla badaczki sposób. W tej metafizyczności jest również samotność, choć doświadczanie tego stanu nie wiąże się dla Marii Janion z niczym negatywnym. Twórcza samotność i twórcze życie - obok tego twórcze opowieści, także o innych ludziach wokół, choć obecności samego Białoszewskiego za mało jakby, zbyt skąpo o nim, tak niewiele prawdziwych śladów, więcej skryte gdzieś w cieniu, niewyraźne.

Maria Janion opowiada o dziejowych obronach romantyzmu i o momentach, w których romantyzm upominał się o nią tak zachłannie, że nie mogła temu nie ulec. To zapis rozmowy badacza zdeterminowanego do pewnych granic, nie zachłannego i izolującego się od rzeczywistości. To wspomnienie fantastycznego pedagoga i wykładowcy, wspomnienie ważnego czasu w Gdańsku oraz rozmowa o zatrzymaniu z tego czasu tego, co pozostało ważne na zawsze. Druga część wywiadu-rzeki ogniskuje się na osadzeniu pracy badaczki w kontekście burzliwych przemian, w czasie zmian światopoglądowych i w tych momentach, w których dyskusja o kształcie romantycznych mitów i romantycznych motywów nabiera nowego znaczenia.

W tej opowieści o wszystkich możliwych bliskościach z czasu przeszłego, z rozmowy o ważnych ludziach i tym, co powiedzieli, wyłania nam się także obraz nowego postrzegania badaczki, która godzi się na to, że dzisiaj łączy się z jej osobą lewacki feminizm. W nawiązaniu do współczesności zbyt dużo tutaj śladów obecności samego wydawcy, zbyt mało Janion osobiście. To jednak fragmenty rozmowy. Tak jak te, o których wypowiedziałem się krytycznie na wstępie. Całość jest spójną historią o świadomej własnej drogi twórczej badaczce, wokół której konstruuje czasem dość przewrotne teorie historycznoliterackie jej rozmówczyni, Kazimiera Szczuka. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy są w posiadaniu pierwszej części wywiadu; dla tych, którym pozostał w pamięci i zostanie uzupełniony przez kolejne opowieści, tym razem osadzone czasem pośród traum mocniej niż wśród transgresji.

2014-12-22

"Ślepnąc od świateł" Jakub Żulczyk

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 22 października 2014

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Warszawskie mglistości

Trudno mi zauważyć w nowej powieści Jakuba Żulczyka coś, co byłoby w jakikolwiek sposób nowatorskie, twórcze i zmuszało do oryginalnych przemyśleń. Jeśli cała ta mroczna opowieść o zaćpanej kokainą Warszawie i młodym cyniku, którego gubi pewność siebie, jest jedną wielką zgrywą - autorowi należy się szacunek, bo oto podważa wszelkie fabularne kalki młodej, gniewnej, wulgarnej i epatującej przemocą prozy, by dokonać autoironicznej diagnozy tego, jak opowiadamy o dzisiejszym świecie. Jeżeli jednak "Ślepnąc od świateł" to powieść jak najbardziej serio, można jedynie zastanowić się nad tym, co ją formalnie broni, bo czyta się to na początku z nieustannym znużeniem powtarzalności scen, a w oczekiwaniu na spektakularny finał przewiduje co najmniej kilka autorskich rozwiązań i pozostaje z niemym pytaniem o to, czy to już wszystko, naprawdę wszystko i czy tylko tyle Żulczyk ma nam do powiedzenia.

Najnowsza rzecz autora "Instytutu" bardzo przecież prowokacyjna, przekorna i napisana drapieżnie, jest pewnego rodzaju moralitetem, w którym kryją się i lęki ludzi wynikłe z ich atawizmów, jakie wymagają czasem temperowania, i kara ponoszona za poddawanie się egoistycznym pobudkom, za podporządkowanie sobie rzeczywistości, zamiast pokornego do niej dostosowania. Książka o poszukiwaniu prawdziwej wolności i o złudzie istnienia naprawdę. Mocno uderzająca w kilka czułych punktów, ale mocno też przegadana. Z bohaterem prowadzącym, który sam nie zdaje sobie sprawy z tego, jak mało jest przekonujący i jak bardzo osadzony w świecie, od którego próbuje się dystansować. Ze światem przedstawionym, który wyolbrzymia to, co wyolbrzymiano już wielokrotnie. I z personifikowanym miastem, labiryntem, żywym mechanizmem, wiecznie na jawie i wiecznie w ruchu - to także coś, co już się wydarzyło i zostało opisane na kilka sposobów. Żulczyk usiłuje dowieść, że to, co się odbywa po pierwsze jest czymś ważnym, a po drugim może się odbyć tylko w Warszawie.

Co zatem może przyciągać do "Ślepnąc od świateł"? Paradoksalnie to, co wydaje się od tej książki odpychać. Im mocniej wchodzimy w ten brudny świat po zmroku, w którym niejedno zombie pragnie jedynie namiastki szczęścia w postaci białego proszku, tym bardziej trzymamy się blisko Jacka - dostawcy niewidzialnego, przezroczystego, poza układami i znajomościami. Trzymamy się go, bo wydaje się jedynym rozsądnym, choć mądrzy się niemiłosiernie i w opiniach o tym, co go otacza, jest dydaktycznie nieznośny i po pewnym czasie irytujący. Ale to Jacek jest postacią pierwszego i jedynego planu, choć Żulczyk niemało wysiłku wkłada w to, by wiarygodnie portretować wszystkich złych oraz szarych z jego otoczenia. Jedynie Jacek nakreślony jest wyraźną kreską, ale ta wyrazistość zacznie być podważana. Mamy bowiem zabieg, w którym powierzamy resztki zdrowego rozsądku temu, co daje się oszukać. Temu, który mimo wszystko jest częścią systemu i składa się na niego w tak samo elementarnym stopniu, co jego klienci, z których potrafi ironicznie drwić, wiedząc jednocześnie, że tylko dzięki nim utrzymuje się przy życiu.

Sama istota żywotności Jacka jest sprawą ciekawą, bo jest bohaterem teoretycznie wolnym od wszystkiego, co uzależnia ludzi z jego otoczenia. Nie wchodzi w to, w co weszli wszyscy zniewoleni przez słowa, handel i narkotyki. Czuje się inny, choć niekoniecznie lepszy. Ma plan, chce wyjechać, chce przede wszystkim zacząć żyć naprawdę. Zarobione pieniądze stają się tylko martwą lokatą, są gwarantem szczęścia w bliżej nieokreślonej przyszłości; dają ogromny komfort, a jednocześnie niewolą dużo bardziej niż przewożona i dystrybuowana kokaina. Jacek jest w gruncie rzeczy małym chłopcem, który uwolnił się od prowincji, nieudanych relacji rodzinnych i towarzyskich. Samostanowi się w tej najbardziej ostrej z form, bo chce być poza konkurencją, poza układami i gdzieś poza ludźmi. Jacek jest ludzki w pełnym tego słowa znaczeniu, choć kwestionuje człowieczeństwo tak w ogóle, dostrzegając w nich tylko atawizmy, od jakich ucieka. Tymczasem ma w sobie ludzkie uczucia, bo jest w nim jakiś ślad po sentymentalnej miłości oraz coś na kształt resztek przyjacielskiego przywiązania do jedynej osoby, która w tej książce ma szansę cokolwiek wygrać i powalczyć o lepszą przyszłość.

Żulczyk tworzy rzeczywistość jak z mrocznego snu, gdzie nie ma gotowych rozwiązań problemów, a przemoc warunkuje większość działań. Jacek porusza się niezauważalnie po stolicy i zatrzymuje tylko w punktach na mapie swoistego chaosu. Jest zatem Warszawa miejscem, w którym ludzie zniewoleni są przez pieniądz i pragnienia na własne życzenie. Nie ma co im współczuć. "Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami". Po pewnym czasie dochodzimy do tego, co wyrządził sobie sam Jacek. Lektura staje się ciekawa mniej więcej w połowie, kiedy pojawiają się pierwsze pęknięcia w fabule - wpada najlepszy klient, sypie swego dostawcę, kolejne zdarzenia to już efekt domina i w związku z tym uporządkowany świat Jacka zaczyna się rozpadać.

Odnoszę wrażenie, że w tej powieści niczemu nie można zawierzyć i wszystko zostaje potem przez autora zakwestionowane. Jacek pragnie odejść od szarego przeznaczenia smutnych proli, dla których nie ma szans na zrobienie w życiu czegoś wyjątkowego. Jego droga nie jest jednak żadną alternatywą. Wolności nie ma jako takiej, bo o wolności bohaterowie tej książki mogą jedynie rozmyślać. Jacek usiłuje uwolnić się od wszystkiego, co go wiązało z życiem w przeszłości, a przyszłość widzi jedynie jako drogę pewnego eskapizmu, bo tu i teraz, z tysiącami w kieszeni i z płaszczem za 1200 euro, nie widzi ani sensu, ani swobody, nie widzi siebie i nie jest w stanie określić, na ile tak naprawdę jest przezroczysty.

Żulczyk składa ukłon w kierunku tej grupy docelowej, która nie będzie zainteresowana wulgarną, obsceniczną i agresywną prozą męskiego nurtu. Jacek jest więc rycerski i za największą krzywdę uznaje przemoc wobec kobiety. Tej znieść nie może. Definicja kobiecości jest tu co najmniej niewyraźna, są bowiem obok kobiet wymagających obrony zwyczajne dziwki do używania. Jest w tej rycerskości Jacka tyle samo nieznośnego fałszu, co w jego cynicznym patrzeniu na świat, z którego wcale nie wyrasta gdzieś ponad. A jednak to kobieta na kartach tej powieści zadaje jedno z ważniejszych pytań...

Brzmi ono tak: jak wygląda dziś twoje szczęście? Jacek nie ma żadnej definicji szczęścia. Dla Jacka nie ma nawet czegoś takiego jak "dzisiaj". Jak wygląda coś, co mogłoby być alternatywą od pełnego przemocy świata, od którego uciekać można tylko w kolejną przemoc? Jakub Żulczyk zjada tutaj trochę swój własny ogon, zapętla swych bohaterów w szeregu sytuacji bez wyjścia i sam ukazuje jakąś niemoc i niepewność tego, co w zasadzie zrobić z tym przesyconym złem światem, do którego wprowadza czytelników. "Ślepnąc od świateł" to proza energetyczna, złośliwa i dwuznaczna, ale tak naprawdę proza bez wyraźnie czytelnych przesłań. Trudno jest ją klasyfikować gatunkowo, ale przede wszystkim trudno cokolwiek z niej wynieść. Być może jest przeszarżowana, a być może niewiarygodna. Nie można obok niej przejść obojętnie, ale równie trudno wziąć z niej coś dla siebie.

2014-12-19

"Rumun goni za happy endem" Bogumił Luft

Wydawca: Czarne

Data wydania: 15 października 2014

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dwa państwa, dwie perspektywy

Książka Bogumiła Lufta niesie w sobie potencjał, który jest trochę zaprzepaszczony. To wnikliwe, kompetentne, uczciwie napisane i wieloaspektowe kompendium wiedzy o historii i dniu dzisiejszym dwóch niewiele w Polsce znanych krajów - Rumunii i Mołdawii. Czyta się Lufta dobrze, ale całość nosi znamiona sprawozdania z placówki dyplomatycznej albo rzeczowego wykładu przeznaczonego dla węższego grona odbiorców. Staje się ta publikacja nieco hermetyczna, i nieco też nużąca w niektórych fragmentach.

Zabrakło mi perspektywy innych. Podpytywania ludzi, udzielenia im głosu. Autor ochoczo oddaje go na przykład duchownym. Pozostali rozmówcy? Pojawiają się sporadyczne sądy i opinie. "Rumun goni za happy endem" to historyczny i socjologiczny esej w dużej mierze subiektywny, a jeśli już prezentuje fakty - nie odbiega w tym od encyklopedycznych źródeł. Temat za to wyborny i potraktowany bardzo poważnie. Daleka nam Rumunia, przez lata traktowana jako ta gorsza i jeszcze dalsza Mołdawia. Nie tylko dlatego, że ten drugi kraj daleki jest sam w sobie, bo z głównego dworca kolejowego w Kiszyniowie jedyny kurs na Zachód wykonywany jest do Bukaresztu. Bogumił Luft ujawnia pasję badacza i wnikliwość byłego dyplomaty. Dużo dyplomacji i czasami sporo uogólnień w tej publikacji. To, co niedopowiedziane i przynoszące uczucie niedosytu, można sobie wyobrazić. Bo Rumunia wraz z Mołdawią potrafią działać na wyobraźnię.

Jeżeli już Luft kogoś pyta, uzyskuje ważne odpowiedzi. Choćby ta jednego dziennikarza: "Nam, Rumunom, wciąż ktoś coś kradnie albo czegoś nie daje". Stosunkowo młode państwo rumuńskie wielokrotnie było okradane w wielu możliwych wymiarach, a nieustannie stojąc między wpływami Wschodu i Zachodu, siłą rzeczy traciło możliwości, jakie otrzymywały na przełomie XX i XXI wieku kraje europejskie umiejscowione gdzie indziej na kontynencie. Dla Rumunów przeszłość dzisiaj zdecydowanie domaga się zapomnienia. Jak żaden z innych europejskich narodów żyją przede wszystkim dniem dzisiejszym. Bogumił Luft analizuje historię kraju w taki sposób, że możemy odnieść wrażenie, iż zapisuje ważne daty i zdarzenia za tych, którzy nie chcą już o nich myśleć. Nic bardziej mylnego. Rumunia latami doświadczała okrucieństwa i jego ślady pozostają widoczne w kolejnych pokoleniach. Czytelna jest symbolika rozświetlania Bukaresztu, który w czasach komunizmu - wyjątkowo podle traktującego ten skrawek świata - tonął w ciemnościach; po omacku z codziennym życiem bez konturów innych niż nakreślane przez Securitate musieli radzić sobie ci, co donosili i nieustannie składali samokrytyki. Ci także, którzy - jak w Braszowie - podjęli karkołomną próbę sprzeciwu. Rumuni w swej krótkiej historii narodowej doświadczyli bardzo wielu upokorzeń i rozczarowań zarówno we własnych granicach, jak i poza nimi - bo Rumunia innym blaskiem świeciła w orbicie wpływów Wschodu, a innym objawiła się Europie przyjmującej ją do siebie w 2007 roku. Metafora ciemności jak żadna inna obrazuje wiele problemów tego izolowanego często od świata kraju.

Luft wyznaje, że to podczas stanu wojennego "zachorował" na  Rumunię. Potem związał się z tym krajem zawodowo i zbliżył do Rumunów na tyle, by poznać specyfikę ich państwowości oraz gorycz okradania ze złudzeń i składania często fałszywych obietnic. Jego bliskość z Rumunią to taki specyficzny stan wyjątkowy, ale mimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie zrozumieć jego genezy. Być może to jest tak, że "Rumun goni za happy endem" miała nie być książką szczerych wyznań, lecz dokładnie przemyślanych deklaracji. Poza tym bardzo dużo u Lufta faktografii, stosunkowo niewiele ocen. Tkwi on w rumuńskości, ale sprawia wrażenie, jakby nikogo nie chciał dopuścić do tego wspaniałego stanu bycia wewnątrz. Opowiada nam o kraju i mentalności, do jakich docierało zbyt wiele wpływów. Ukazuje klęski i chwile szczęścia. Stoimy jakby gdzieś obok. Nie do końca można zrozumieć, co kryje się pod słowami z końca publikacji - "ja po prostu lubię Rumunów".

Jest też o Mołdawii, wtulonej w coraz bardziej oddalającą się od niej Rumunię i buntowniczo samodzielnej, chociaż odnieść można wrażenie, że czas niepodległości Mołdawii od 1991 roku jest historyczną i społeczną równią pochyłą. Problem nieprzystawania Mołdawii do świata, w jakim znalazła się jej sąsiadka Rumunia, dyskretnie sugeruje przedstawianie problematycznej wymiany torów kolejowych, które wciąż nie są dostosowane do tych europejskich - po nich Rumuni szybko przemierzają dużo bliższy im Zachód. To oczywiście nie o tory chodzi, lecz o skomplikowaną historię oraz dużo bardziej skomplikowaną teraźniejszość. Prowincjonalna Besarabia w orbicie wpływów Wielkiej Rosji chce zmieniać się w innym kierunku, jednocześnie jednak tkwi wciąż w bezdechu po przydeptaniu przez silniejszego wschodniego sąsiada, który groźnie pomrukuje w separatystycznej Republice Naddniestrzańskiej. W opowieściach o Mołdawii widać więcej czułości Lufta; takiej esencji odczuwania przy zaniku zdroworozsądkowej maniery porządkowania faktów, o jakich traktuje książka. O ile Mołdawia wciąż jest zdezorientowana, o tyle Rumunia wybrała wyraźny kierunek, w jakim kroczy. Bogumił Luft wskazuje różnice między krajami, ale też pięknie pisze o ich wzajemnej bliskości; takiej symbiozie na wieki, czasami okupionej rozczarowaniami.

"Rumun goni za happy endem" to - jak sugeruje tytuł - książka o procesie stawania się. Dynamika rozwoju portretowanych państw to wiele szans i sporo zagrożeń. Luft uchwycił te momenty z niedawnej historii obu krajów, jakie każą im ruszać do przodu bez oglądania się w przeszłość. Tak się pisze o miejscach, do których się przynależy. Książka Bogumiła Lufta to z jednej strony zaproszenie, z drugiej jednak - nacechowana pewnym dystansem opowieść o miejscach, do jakich wciąż daleko. I to jest problem książki, która dużo w sobie kryje, ale buduje wokół siebie dystans. Solidnej literatury faktu unikającej emocji.

2014-12-16

"Siedem dobrych lat" Etgar Keret

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 20 października 2014

Liczba stron: 174

Tłumacz: Maja Lavergne, Agnieszka Maciejowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Inna perspektywa

Etgar Keret konsekwentnie trzyma się krótkich form prozatorskich. Jego najnowszy zbiór tekstów - nie są to bowiem opowiadania i nie ukazały się w Izraelu - to zwrot ku sobie samemu, wzruszająca opowieść o rodzinie, miejscu do życia, o ustawicznym zagrożeniu i o cudzie nowego istnienia, czyli o dorastającym synu, Lwie, któremu nie tyle trzeba zapewnić opiekę, co przede wszystkim go chronić. Izrael w opowieściach z tomu "Siedem dobrych lat" to nie jest kraj skryty w metaforze i grotesce tak, jak to było w "Rurach". Keret opowiada o kilku rodzajach przynależności. Do swej przeszłości, do swojego kraju, do własnych czterech ścian i do syna właśnie, który zmienia jego optykę i każe spoglądać na trud bycia człowiekiem z jeszcze innej niż dotychczas perspektywy. To trud w kraju, w którym samo istnienie niesie w sobie groźbę nagłego końca, gdzie odpowiedzialny i zatroskany ojciec musi tłumaczyć je na nowo i inaczej, bo dziecku oraz sobie. A wraz z dzieckiem osadza się w życiu mocniej bez względu na to, jak bardzo ono jest efemeryczne i ilu możliwości zagrożeń codziennie doświadcza.

To także zbiór opowieści autotematycznych, z których jedno obrazuje moment, w jakim Keret postanowił zostać pisarzem. Sam proces pisania to czasami antidotum na zastaną rzeczywistość, a czasami sposób na nudę - stąd też w zbiorze znajdą się teksty pisane w samolocie, gdzieś na kolanie, w poczekalni świata wrażeń, do jakich jeszcze się nie dotarło. I są to teksty słabe, ale na szczęście dominują w zbiorze te, w jakich autor naprawdę ma coś do powiedzenia. O samym pisarstwie chociażby. O tym, że należy pokornie znosić stan osadzenia gdzieś między opisywanym światem a techniką jego opisu. Że posiadanie umiejętności wyrażania świata w prozie to nie powód do poczuwania się lepszym lub bardziej świadomym tego, co wokół.

Etgar Keret na otoczenie patrzy inaczej nie tylko dlatego, że bycie ojcem to spoglądanie wokół bardziej baczne i zdecydowanie bardziej czujne. Wprowadzając w świat małego Lwa, Keret opowiada o silnej więzi emocjonalnej z własnym ojcem, którego musi pożegnać (poruszająca scena wchodzenia w ojcowskie buty) i o więzach rodzinnych w ogóle; o bliskości z bratem, który błyskawicznie nauczył czytania przy pomocy gumy do żucia i z siostrą, co metaforycznie umarła, uciekając w ortodoksyjny świat życia w wiecznych granicach. A te Keret wraz ze swym synem zmuszony jest przekraczać nieustannie. Choćby wtedy, kiedy uświadomi sobie, dlaczego Lew uznaje się za kotka i jak silny związek tej przemiany można ujrzeć z izraelskim życiem publicznym.

Jest dowcipnie, ale i śmiertelnie poważnie. Nie można inaczej i nie tylko dlatego, że opowiada się o umieraniu, o traumatycznej przeszłości rodziny ocalałej z Zagłady czy o niwelowaniu dziecięcego lęku przy alarmie bombowym podczas zabawy w kanapkę z pastramą. Keret w całej swojej twórczości stara się przesuwać granice między tym, co śmieszne i tragiczne, i nie inaczej jest w tym zbiorze, który otwiera przejmujący obraz porodu oraz konsekwencji zamachu. Mamy jednocześnie piękno i okrucieństwo - w tym zagubionego człowieka, który musi się w owym rozdźwięku odnaleźć. Teraz razem ze swym potomkiem. Dzieckiem, o jakiego przyszłości nie można myśleć bez fantazji o służbie wojskowej czy o świecie, w którym pokoju nie ma i który domaga się wręcz regularnej wojny, bo ta podjazdowa w swej niepewności i nieprzewidywalności jest w stanie zabić skuteczniej. Izrael Kereta to miejsce,  z którego wyrastają lęki i niepokoje, ale także punkt początku wędrówki po świecie. Tym spokojniejszym może, bardziej różnorodnym, niewątpliwie zapominającym o poczuciu zagrożenia. I o tym, który jest daleko, ale jednocześnie niezwykle blisko, bo na przykład Polska ze swymi absurdami współczesności staje się krajem, co rekompensuje wojenną przeszłość rodzinną i daje Keretowi dom. Wyjątkowy dom.

Symbolika domu jest wyraźna i wieloznaczna. Mamy we wspomnieniu bajecznie wielkie mieszkanie, w którym nie ma podłóg, wyczarowanych potem magicznie przez ojca autora. Jest dom żony i dziecka, wilgotne ściany i tynk na twarzy śpiących. Zadbać o to w momencie, kiedy całkiem realne wydaje się zagrożenie bronią atomową ze strony Iranu? Jest też specyficzna domowa przestrzeń we wszystkich miejscach, w których Keret jest na chwilę. Zapadają one w pamięć nawet mimo faktu, że nie ma czasu na ich oswojenie. Jest ostatecznie dom małego Lwa. To wszystko wokół, ale też trudne do zdefiniowania "wszystko" tam, gdzie Lew jeszcze nie dotarł, a gdzie niewątpliwie się znajdzie. "Siedem dobrych lat" to także opowieść o tym niezwykłym domu, który zawsze nosi się w sobie i nigdy się go nie opuszcza, zapraszając jedynie kolejnych domowników.

Keret snuje rozważania o tym, w jaki sposób można uciec od dyskomfortu związanego ze swym pochodzeniem i miejscem zamieszkania. Opowiada o oswajaniu strachu i umiejętności życia z nim. Pojawiają się także opowieści o tym, jak łatwo przekroczyć na jawie granicę między uporządkowaną rzeczywistością a paranoją. W końcu w świecie po Auschwitz nie zmieniło się wiele, skoro ślady antysemityzmu Keret widzi na każdym kroku. Nawet wtedy, gdy są to tylko złudzenia - dyskomfort i złość narastają. A męskość, ta wpajana Lwowi, polega także na tym, by rozumnie dać upust złości. Stąd też ojciec i syn z sobie znanych powodów dają swym pięściom prawo do tego, by w pewnych sytuacjach dać komuś obcemu w ryj.

"Siedem dobrych lat" iskrzy od energii. Niebywałe, skąd można ją czerpać. To zbiór zupełnie inny od dotychczasowej twórczości izraelskiego pisarza, ale przecież najbardziej osobisty, choć w wielu tekstach nie wątki autobiograficzne są przecież najważniejsze. Te teksty to wyraźne próby przełamywania lęków poczuciem humoru. Historie o braku asertywności i o jej niezwykłym przypływie. Keret analizuje własne sny oraz bacznie obserwuje świat wokół. Kryje swoje lęki, bo trzeba być dzielnym przed synem. To czas, w którym zmiana w człowieku jest równie nieodwracalna co moment, gdy w ramionach trzyma się nowe życie, jakie trzeba chronić. To naprawdę niemały wysiłek uwierzyć w potęgę życia tam, gdzie jest ono w stanie wiecznego zagrożenia. Keret jako ojciec to być może inny, lepszy pisarz. A prawdopodobnie jest tak, że pisze dojrzale, bo wie o czym i teraz, w przeciwieństwie do czasu napisania w wojsku pierwszego opowiadania, wie także do kogo. Siedmiolatek to odbiorca domyślny i przyszłościowy. Status ojca to powinność dokonania pewnych zmian we własnym warsztacie pisarskim. Inspirujące mimo niepokoju!

2014-12-13

"Drach" Szczepan Twardoch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 grudnia 2014

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Historia miejsca i ziemi

Autor "Morfiny" swą najnowszą rzecz pisał przemyślanie, ale też trochę kompulsywnie. To niejako czuć w tej narracji achronologicznej, w narracji totalnej - wszystko zapisane w tym samym czasie, a czas upływa nielinearnie, bo w opowieści bezkompromisowego dracha czas jest ponad tym wszystkim, co drach widzi, łączy, obserwuje... zrozumienie pozostawiając czytającym, którym nie będzie z nową powieścią Szczepana Twardocha wygodnie. Najbardziej przejmujące wydaje się to, co autor powiedział o tej książce w rozmowie z Justyną Sobolewską. Jakkolwiek nieludzkie wydają się opisywane historie, nie możemy na nie tak patrzeć, bo wszystko, co czynią ludzie, to ich czyny. Nasze, rzekłbym może, ale nasza, ludzi z XXI wieku, w tym obecność jest jak obecność papierowego udręczonego Nikodema, który tonie w pieniądzach, sławie i nienawiści, porzuca chorą żonę, potem dostaje kosza od kochanki, a już motyw skrzywdzonego dziecka w jego biografii nie tyle nie wzrusza, co dopełnia biografii rozpaczliwie karykaturalnej w swej niemocy; w bierności skrytej za tym wszystkim, co stanowi o dzisiejszym godnym byciu, a czego nie mają przodkowie Nikodema, wyraźni i kreśleni w swych odruchach oraz instynktach, nie w zdegenerowanym konsumpcyjnie pseudointelektualizmie.

Nikodem Gemander to jednak byt będący końcem tej specyficznej sagi rodów i miejsca. Teoretycznie, bo złośliwy narrator stale wskazuje, iż w snutej opowieści nie ma początku i końca. Drach udowadnia, iż historie dziada i pradziada Nikodema Gemandera, a wcześniej jeszcze jego rodziców oraz czasu, jaki wyrósł z miejsca traumatycznie naznaczonego w historii siedemnastoma latami pewnej granicy, mogą być bez znaczenia. Dlaczego? Bo jednostkowa historia nie wyrasta poza ziemię i utopić się może w błocie wielkiej Historii tak jak bóg topi się we flandryjskim błocie otaczającym pradziada Nikodema i potem nie ma już o nim ani słowa, gdyż liczy się tylko drach i jego wszechwiedza.

Drach to smok. Drach to przynależność do ziemi. Górny Śląsk to za mało, by nakreślić zasadnicze miejsce akcji książki. Znaczna jej część bowiem kryje się pod ziemią. Tam, dokąd latami po doświadczeniach frontu pierwszej wojny światowej zjeżdżał Josef Mangor, Nikodemowy pradziad i tam, gdzie pewnego dnia chciał się skryć przed hańbą i własnym okrucieństwem. Bo tylko ziemia jest sprawiedliwa, przyjmuje wszystkich i nikomu nie odmawia schronienia. Szczepan Twardoch uderza w górnolotny ton, gdy zaświadcza ustami dracha, że "wszystko z ziemi pochodzi i wszystko do ziemi wraca" oraz że "wszystko, co żyje, jest tylko pulsowaniem ziemi". Opowieści o ludziach wyrosłych z ziemi i do niej powracających przeplatają się z różnymi formami animizacji - świat zwierzęcych instynktów staje się paralelny do świata ludzkich działań. Zachowań warunkowanych pochodzeniem i świadomością, często jej brakiem, niemocą oraz przemocą jednocześnie, słabościami i chęcią zemsty. "Drach" snuje opowieść o tych, których już nie ma. Przeszłości jako takiej także nie doświadczymy. Wszystko, co w tej niełatwej przecież, bo trójjęzycznej prozie, porządkować można dzięki zaznaczanym w tytułach rozdziałów datom, to jedynie nad wyraz ułomne i niepewnie wątpliwe budowanie ładu tam, gdzie w ludzkie losy wdziera się chaos.

Kiedy Josef Mangor wraca z frontu, jest już tylko śladem prawdziwego Josefa Mangora. Jego życie stanie się wkrótce egzystencją wiecznego snu, ale zanim do tego dojdzie, Josef wyprze ze swej pamięci większość z tego, co doświadczył. Zapomni, że w okopach narobił w spodnie, bo będzie chciał pamiętać o tym, co kojarzy się z nowym życiem. Tym, jakiego doświadcza Górny Śląsk po traumie pierwszej wojny światowej i z cieniem jedynie tej drugiej, bo na ziemi portretowanej przez dracha najważniejsze są te lata zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Za nimi szły górnośląskie niepokoje, kolejne powstania, wspomniana granica na lat siedemnaście, a tak naprawdę na zawsze i instynkty, jakie nakazały bronić swego tak, jak instynkt każe uciekać świni przed oprawcą w rozpoczynającym tę okrutną narrację obrazie, który mimo nagromadzenia piekielnych wręcz kolejnych scen pozostaje do końca i być może na zawsze.

Josefa i Nikodema łączą więzy krwi, ale wydaje się, że niewiele więcej. Może to przez to, że ojciec Nikodema nie zjechał nigdy do kopalni, odciął się od zależności od ziemi, skończył polonistykę i wychował syna inaczej. Nie tak jak chciałby wychowywać swoje dzieci Josef, gdyby mu to było dane. Ten Josef, który zapominał, że człowiek i błoto to jedno, gdy rozkosznie ciepłe uda kochanki dawały mu namiastkę raju, jaki potem zamienił się w piekło. Josef Mangor to taka alternatywna biografia Nikodema. Bo - jak wspomniałem - rozterki i problemy dzianego architekta nie poruszają tak bardzo jak dylematy prostego górnika, byłego żołnierza, nieświadomego miłości (a miłość to tylko stygmat), ślepo przywiązanego do rodziny, mordującego bez premedytacji i wiedzącego, że człowiek, błoto i kał znaczyć mogą dokładnie to samo.

"Drach" to opowieść, która nie daje wytchnienia, bo nie ma go żaden z bohaterów. Mężczyźni zdeterminowani przez los i Historię pragnący zachować tożsamość i bez wahania walący w pysk, gdy ktoś im tę tożsamość śmie deprecjonować. Kobiety skazane na samotność, nieustannie bierne i pogodzone ze złym losem, bo los jest jaki jest, a ich pragnienia oraz chęć bycia szczęśliwymi żonami czy matkami niewiele do tego losu mają. Szczepan Twardoch opowiada o losie nie tyle fatalnym, co naznaczonym wiecznymi niemożnościami. I śmiercią, bo tej najwięcej - zda się dużo ważniejszą częścią życia niż cokolwiek innego. Autorski świat, wciąż nękany przez niepokoje, to rzeczywistość tych, co błąkają się w chaosie, mając za nic zdrowy rozsądek, poddani instynktom i przegrywający bez świadomości przegranej. "Drach" to nie jest jednak powieść przesycona fatalizmem, choć nic tu przecież nie kończy się dobrze i nikomu nie dane jest zaznać spełnienia. Ta książka opowiada o losie konkretnego miejsca i o konkretnych uwarunkowaniach, które z jego mieszkańców czyniły wiecznie podbijanych, choć równie wiecznie dumnych i samodzielnych.

To nie jest rzecz o pamiętaniu i o dziejowej niesprawiedliwości. "Drach" zda się kwestionować to, co w człowieku najbardziej ludzkie tylko po to, by wyrzucić go poza obręb życia warunkowanego ludzkimi odruchami. "Drach" to instynkt, strach, bezradność i paradoksalnie wielka z tego wszystkiego siła. Twardoch prowokuje do dyskusji o ludzkiej kondycji, ale i kondycji Górnego Śląska. O losie i o ludzkim życiu, którego nie można sobie było wybrać tak, jak nie można było przeżyć świadomie wszystkiego tego, co drach z tak okrutną precyzją opisuje. A my mamy rozumieć... To najtrudniejsza sztuka podczas lektury nowej powieści Szczepana Twardocha.

2014-12-10

"Wiza do Iranu" Artur Orzech

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 22 października 2014

Liczba stron: 294

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość życia

Zawsze, kiedy widzę na pierwszej stronie okładki wyeksponowane zdjęcie autora, mocno zastanawiam się nad tym, czy zawartość książki jest efektem autopromocji czy też ma mówić o czymś ważnym i konkretnym. Artur Orzech uciekł od linii odpychającej literatury celebryckiej i rzetelnie napisał o swojej pasji oraz swej drugiej ojczyźnie, którą kocha bardzo mocno, ale która nie zawsze tę miłość odwzajemnia. "Wiza do Iranu" stawia sobie za cel rozhermetyzowanie naszych poglądów o kraju, który - jak wspomina dziennikarz - staje się narzędziem straszenia w mediach zawsze wtedy, gdy nie dzieje się na świecie nic szczególnie działającego na wyobraźnię i siejącego panikę. Szkoda wielka, że do tego sprowadzić można miejsce tak bardzo przecież fascynujące na wiele sposobów.

Iran Orzecha to kraj, gdzie codzienne życie jest trudne, ale i miejsce szczególnej uwagi, bo w gruncie rzeczy żyjące własnym rytmem od 2500 lat - dalekim od tego, o czym przekonane są media. To, na co warto zwrócić uwagę w Iranie Artur Orzech punktuje już na wstępie. "Gościnność, poczucie bezpieczeństwa i niesamowite krajobrazy". Potem stara się pokazać ten kraj z dwóch różnych stron. "Bo jeden, zwany Zaher, jest tam, za murem i drzwiami, na ulicy, w biurach i szkołach, a drugi zaś - Baten w domu, pośród zaufanych". Dwa Irany? Niekoniecznie. Być może warto wejść do irańskiego domu, zaznać jego gościnności, spotkać się z Irańczykami naprawdę, a przede wszystkim porzucić te stereotypowe sądy i przekonania, jakie zakorzenia w nas nasza kultura, która w gruncie rzeczy być może czegoś zazdrości państwu tak bajecznie wpisanemu wciąż w swą tradycję, kulturę i wyjątkowe wyczucie estetyki w poezji czy literaturze.

Ta książka stara się zobrazować specyficzną dychotomię - tworzą ją ludzie i system. Orzech zwraca uwagę na to, iż w państwie wyznaniowym osadzonym w surowych normach i tradycji bujnie kwitnie życie towarzyskie, ludzie mają własne definicje wolności i choć kraj tak wiele zakazuje, potrafią sprytnie niektóre z zakazów obejść, inne zaś traktując jako coś gwarantującego porządek i akceptowanego w pełni w każdym możliwym znaczeniu. Współczesny Iran obrazować może czytelna metafora chustki, która co rusz zsuwa się z kobiecej głowy, nie wywołując zgorszenia i testując jednocześnie, na ile mocno zsuwać się może. Bo to w dużej mierze opowieść o irańskich kobietach, dla których znajduje się coraz więcej miejsca w przestrzeni publicznej i które zdolne są kontestować ustalone od wieków reguły, robiąc to w taki sposób, by nie nadużyć tych symptomów zmian, jakie kierują młode pokolenie Irańczyków w inną stronę niż ich często kostycznych przodków.

Artur Orzech wędruje po Iranie własnymi ścieżkami. Nie sposób poznać go podczas masowego wyjazdu zorganizowanego i uporządkowanego co do minuty. Nie jest łatwo poznać ten kraj naprawdę, bo trzeba mieć do tego przygotowanie. "Żeby poznać i zrozumieć współczesny Iran, należy go odwiedzać często, najlepiej znając język perski, i próbować wtopić się w lokalne życie". Lokalne życie, wspomniany Baten, to prawdziwe serce kraju, gdzie każdą opisywaną specyfikę Artur Orzech osadza w kontekście, w związku z tym ta książka nie jest żadnym przewodnikiem dla początkujących, a dowodem prawdziwej pasji, miłości i zrozumienia, które wykracza mocno poza ramy europocentryzmu.

Chyba najciekawsze rozdziały to te koncentrujące się wokół dwóch zaimków. "Ona" ma różnorakie znaczenia, "on" także wiele twarzy i właściwości. O specyficznej roli kobiety, o jej ograniczeniach i sile, sporo wiemy już z kilku ważnych przekładów choćby Szarnusz Parsipur, którą Orzech wspomina. Wspomina także wiele kobiecych postaci, które przekraczały normy i granice, by pokazać, że nawet w Iranie liberalny postęp ma od dawna miejsce, choć dla samych kobiet nie ma czegoś takiego jak wolność bezwarunkowa. Ciekawie sportretowana jest też kondycja mężczyzny-męża obwarowanego równie dużą liczbą ograniczeń, co kobieta u jego boku. W nieco żartobliwy sposób Orzech komentuje przytaczane wyimki z małżeńskich nauk Irańczyków, zwracając uwagę na konieczności i absurdy, opowiadając o sytuacjach dramatycznych oraz traktowanych jako ciekawostki obyczajowe. Jest mowa o swobodach, do których dążą młodzi i o dramacie rozwodu, możliwego i czasami koniecznego, świetnie ukazanego w znanym filmie Ashgara Farhadiego "Rozstanie". Artur Orzech sporo miejsca poświęca miłości - tej często gdzieś z drugiego, prywatnego obiegu. Jest w irańskim życiu obyczajowym wiele tajemnic oraz faktów, z jakimi człowiek Zachodu styka się zszokowany. Jest jednak w "Wizie do Iranu" subtelny element opowieści o wzajemnym szacunku małżeńskim i o tym, komu i kiedy wszelkie widziane przez nas ograniczenia są bardzo na rękę i sprawiają, że świat staje się bardziej uporządkowany.

To oczywiście nie jest żadna bajkowa opowieść, nie unika tematów trudnych i nie pomija faktów z historii oraz współczesnego życia Iranu, które dla nas - ludzi z Europy - są dowodem na to, iż Iran budowany jest na krzywdzie, przemocy czy niesprawiedliwości definiowanej na kilka możliwych sposobów. Myślę, że autorowi chodzi przede wszystkim o to, by oddać choć fragment miłości własnej do kraju, z którym związał się zawodowo i mentalnie, ale przede wszystkim na płaszczyźnie fascynacji tym, co w Iranie niezwykłe oraz ponadczasowe. Stara się opowiedzieć o tym, na czym polega irańska potęga i wskazać, za co można kochać ten kraj. Jak wspomniałem we wstępie - miłość niekoniecznie może być odwzajemniona.

Tu pojawia się problem tytułowej wizy, czyli możliwości tylko dla wybranych. Iran jest gościnny dla turystów, ale jednocześnie mocno się przed nimi zabezpiecza. Czy wojowanie o wizę, które śledzimy między kolejnymi opowieściami, wynika jedynie z tamtejszego lęku przed innym? A może jest elementem kultury, do jakiej trudno dotrzeć, specyficznej i zwyczajowej gry towarzyskiej? Iran chce wiedzieć, że temu, kto doń dociera, naprawdę na tym zależy. Arturowi Orzechowi zależy na opowieści o miejscu, które nosi w sobie. Takim, jakim widzi je na co dzień i takim, jakie warte jest poznania. "Wiza do Iranu" to także książka wzbogacona o liczne fotografie, które uzupełniają tę barwną, choć niepozbawioną czasem goryczy i elementu krytyki opowieść o kraju, jakiego nie widzimy naprawdę na odległość...

2014-12-08

"Willa Triste" Patrick Modiano

Wydawca: Znak

Data wydania: 26 listopada 2014

Liczba stron: 254

Tłumacz: Joanna Polachowska

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czas zatrzymany

Byłem w gronie tych, których zaskoczyło przyznanie literackiej Nagrody Nobla Patrickowi Modiano. Nie będę w fałszywym tonie znawcy pisał o wielkości jego pisarstwa. Napiszę o "Willi Triste", mojej pierwszej literackiej przygodzie z francuskim prozaikiem. O powieści inicjacyjnej, która snuje historię młodziutkiego pesymisty ogarniętego lękiem przed wojennymi niepokojami, sentymentalnie osadzonego w urokliwym francuskim miasteczku, niepokojąco umieszczonego między tajemnicami sezonowych przyjaciół a wewnętrznym strachem, który każe uciekać przed francuską mentalnością i jej formami, a jednocześnie boleśnie się w nich zasadza. Tytułowa willa smutku stanie się miejscem tragedii. Nic nie zapowiada jej nadejścia - ani piękne lato, ani niepowtarzalne noce, ani też zapachy i smaki w czasie izolowanym od reszty świata, zatrzymanym w słodkim bezruchu, powracającym w żywych wspomnieniach po 12 latach, kiedy bohater Modiano decyduje się na spisanie historii tamtego lata i pewnego świata, którego już nie ma...

Osiemnastoletni Victor Chmara ucieka z Paryża przed prawdopodobnym poborem związanym z konfliktem algierskim. Sennie i leniwie spędza czas wśród lektur i filmów, odmierza godziny i dni w przestrzeni, którą zadekretował sobie przede wszystkim po to, by odsunąć gdzieś w dal chaos oraz okrucieństwo świata, do jakiego nie chce przynależeć. Victora elektryzuje i fascynuje dwudziestodwuletnia Yvonne. Tajemnicza, kusząca, bardzo szybko zmniejszająca dystans do młodego adoratora, zaskakująco ekspresyjna i wyjątkowo wieloznaczna. Tajemnice Yvonne pozostają tą częścią życia, do jakiej Victor nie ma dostępu tak, jak uniemożliwia sobie dostęp do wiedzy o szaleństwie świata, w którym widmo wojny to tylko jeden z sygnałów, że w tym świecie można czuć zagrożenie. Ktoś czuje je wyraźnie. Tym kimś jest Victor. Rozumie efemeryczność relacji z ludźmi letniska i zdaje sobie sprawę, że Yvonne opowie mu o sobie tylko tyle, ile sama będzie chciała zdradzić. Do tej dwójki dołącza także René Meinthe, syn męczennika Ruchu Oporu, pozorny birbant i lekkoduch, zmagający się jednak z przeszłością, o jakiej nie może zapomnieć i ze wspomnieniami swych kochanków, co opuścili albo zbyt szybko, albo niezbyt zrozumiale.

Zdanie Modiano, które zapada w pamięć już na wstępie, łącząc się ze wskazaną powyżej myślą, pozostaje z nami do samego końca tej niezwykle plastycznie opisanej historii. "Byliśmy ostatnimi świadkami pewnego świata". Tamten czas, gdy Yvonne i Meinthe zdobyli Puchar Elegancji, to okres, w jakim szczęście nazywane było przez Victora na nowo. Być może po raz pierwszy świadomie. Młody paryżanin tkwił wówczas w czymś, co niepokoiło. Przeszłość niosła ze sobą stygmaty, przyszłość była czasem niewiadomego. Jedynie w tym, co teraźniejsze, Chmara i jego dwójka przyjaciół, odpierali ataki czasu, który z każdym z nich obszedł się co najmniej srogo. Modiano sygnalizuje, że czas subtelnie zarysowanej wakacyjnej sielanki to pewien graniczny etap - zarysowuje z perspektywy kolejnych dwunastu lat, w jaki sposób tamten letni epizod zapisał się w pamięci z detalami, nie sygnalizując w żaden sposób, jak zmieniło się życie opowiadającego. "Willa Triste" może być zatem odczytywana jako metafora czasu, w którym zamknęły się wszystkie kształtujące na zawsze zmiany w ludzkim życiu. To okres przełomu i formowania czegoś nowego. Czas,  w jakim naiwne plany, rojenia i śmiałe wizje to przede wszystkim symptomy tęsknot nie do zaspokojenia. Wciąż zadajemy sobie pytania o to, kim stał się potem Victor dzięki swym wakacyjnym doświadczeniom. Wciąż pozostajemy w niemym zdziwieniu i zachwycie nad narracją pulsującą gdzieś wewnętrznie. Gdzieś na granicy czasu, choć nie wiemy, o jaką granicę może chodzić.

Nieprzypadkowo książkę otwiera coś na kształt topografii czasu minionego. Przeszłość u Modiano jest czasem, w którym pozostaje nam to, co krańcowo zmieniło nasz punkt postrzegania rzeczywistości. "Willa Triste" to proza o poszukiwaniu tożsamości. Victor, Yvonne, René - każde z nich szuka po swojemu. Jednemu z nich pisana jest klęska, ale tamtego lata każde z nich usiłuje wykrzesać z siebie radość z życia. Śladów przyszłej tragedii wcale jeszcze nie ma. Czas przyszły wydaje się tak daleki, że tylko tu i teraz bohaterowie Modiano mogą żyć naprawdę; w takim znaczeniu opisywane lato jest czasem przełomu. Czasem, w jakim zapisują się słowa i gesty, z którymi bohaterowie książki ruszają w dalszą drogę. Można odciąć się od losów świata, ale nie ma sposobu na zapomnienie o własnej biografii. To, co kształtuje nas na stałe, to doświadczenia rozumu i serca, a takie zdobywa Victor Chmara, który w arystokratycznej nieco wyższości wobec Francuzów skrywa swój lęk i wiele niepewności. Ten bohater będzie niepokoił także tym, w jaki sposób pewni ludzie lub zdarzenia skojarzą mu się z tą odległą dla niego przeszłością, na którą nikt już nie ma wpływu, ale w której cieniu szarmancki młodzieniec z monoklem znajduje się przez cały czas. Nie wiemy, czego szuka w uroczym kurorcie przy granicy ze Szwajcarią, ale zdajemy sobie sprawę, że tego nie zdobywa i nie mam tu na myśli pięknej Yvonne o enigmatycznej przeszłości.

"Willa Triste" jest niewątpliwie poruszającą historią dorastania do samego siebie i opowieścią o śmierci, tajemnicach oraz o głodzie życia bez przywiązania do czegokolwiek. Trudno mi orzec, na ile powieść sprzed blisko czterdziestu lat jest reprezentatywna i czy na jej podstawie można wypowiadać sądy o pisarstwie Modiano. Jest w niej na pewno dużo skrytego fatalizmu, który nie pozwala jego bohaterom na szczęście. To nie jest kwestia jego zdobywania. To zdaje się problem niemożności bycia szczęśliwym i wiecznego poszukiwania czegoś, co przerasta w każdy możliwy sposób. Modiano opowie z równą czułością o pełni życia oraz o okrucieństwie śmierci z własnej ręki. "Willa Triste" zapada w pamięć, kiedy myśli się o niej jak o symbolicznym obrazie ludzkiego zagubienia i samotności, z jaką jej bohaterowie radzą sobie na kilka nieudolnych sposobów. Rzecz zdecydowanie warta uwagi.

2014-12-06

"Patron" Mateusz M. Lemberg

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 9 października 2014

Liczba stron: 512

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 36 zł

Tytuł recenzji: Śmierć w habicie

Zabalsamowany trup w kanale oraz szalone rozgrywki nekrofila. Morderstwo w klasztorze i zabójca planujący kolejne trupy. Atmosfera podgrzana do czerwoności już od pierwszych zdań. Policjanci wikłający się w tropach tak jak we własnych biografiach, które nie są proste. Wyraźna, mocna i przerażająca - taka jest najnowsza rzecz Mateusza M. Lemberga.

Autor swoją pierwszą książką, "Zasługą nocy", bardzo wysoko postawił poprzeczkę zarówno swoim kolejnym dokonaniom literackim, jak i wielu debiutantom kryminalnym, co próbują pisać, bo jest moda i każdy teraz czyta kryminały. "Patron" unosi ciężar pierwszej powieści Lemberga, chociaż mamy tutaj do czynienia z zupełnie inną fabułą. Wątki obyczajowe, tak wyraźnie eksponowane w debiucie, kryją się gdzieś na drugim planie, choć nadal zarysowane są z werwą, przez co poznawanie okaleczonych emocjonalnie bohaterów "Zasługi nocy" będzie równie pasjonujące, co wcześniej. Co ważne - czytelne dla tych, co nie znają poprzedniej książki. W "Patronie" na pierwszy plan wysuwa się seria makabrycznych morderstw. Okaleczany trup ściele się gęsto, a intryga kryminalna, która ma zdemaskować psychopatycznego zabójcę, koncentruje się na kręgach kościelnych, bo pierwszą z ofiar jest biskup, a kolejne mordy mają wyraźnie zarysowane tło religijne.

Trudno jest napisać taką książkę. Sami fikcyjni bohaterowie stwierdzają, że w naszym kraju nikt z takim okrucieństwem żadnego biskupa nie zamordował. To nie tylko kwestia tego, że motywy zabójcy powiązane są z mroczną zakonną tajemnicą, a jego zabijanie to zemsta i za kostyczność kleru, i za fałsz skrywany gdzieś pod habitami, i też za samą instytucję, która anachronicznymi metodami wymaga bezwzględnego posłuszeństwa dogmatom. Lemberg gra na czułej nucie. Zabity biskup słynął z liberalnego nastawienia do antykoncepcji. Jedna z bohaterek przekonana jest o tym, że ciąża to balast i zamierza ją usunąć. Karykaturalnie przedstawiona jest organizacja Pro Life - zbiorowisko buntowników, którzy stają się głośni wszędzie tam, gdzie ktoś wspomni jedynie o zabezpieczaniu się przed niechcianą ciążą. Motyw ten dodatkowo kształtuje trudny już zarys fabularny, w którym komisarza Krzysztofa Witczaka, udręczonego schizofrenią i usilnie usiłującego zapanować nad głosami w głowie, autor przesuwa gdzieś na dalszy plan. Siłą "Patrona" jest dynamizm i trochę skandynawska konstrukcja fabuły, bo śledzimy wydarzenia rozgrywające się symultanicznie w kilku miejscach, a sprawa zabitego biskupa łączy się też z innymi kryminalnymi historiami, jakie w finale znajdują swoje rozwiązanie.

Czytałem "Patrona" trochę jak pewną rozprawę z ludzką hipokryzją. Tło cichego klasztoru, w którym odnajduje się umęczony szpitalnymi doświadczeniami Witczak, jest jednocześnie przestrzenią kryjącą wiele tajemnic sprzed lat. Zakonnicy niosą w sobie brzemię, o jakim nie wolno im rozmawiać. Kościół usiłuje wpływać na działania policji i choć wpływ ten jest żaden, widzimy wyraźnie, że warszawscy policjanci nie czują się pewnie, penetrując przestrzeń uznaną za wyizolowaną od reszty życia. W tej przestrzeni dzieją się dramaty kształtujące nam, czytającym, obraz seryjnego zabójcy. Człowieka, którego finał powieści odziera nieco z tajemniczego rysu psychopaty. To jedyny minus "Patrona". Reszta to świetna robota, nad którą Mateusz M. Lemberg pochylał się z uwagą, dbając o każdy szczegół i pozostawiając kilka kwestii nadal niewyjaśnionymi.

O ile zmagający się z chorobą umysłu Witczak, którego autor darzy szczególną sympatią nie tylko dlatego, iż jest jego rówieśnikiem, walczy przede wszystkim sam ze sobą i stara się być błyskotliwy, choć brakuje mu już werwy i czujności, o tyle portretowana w poprzedniej książce Agnieszka Cynowska zagarnia dużą przestrzeń i sporo naszej uwagi. Cyna boryka się z kryzysem w związku oraz ze świadomością, iż zmiana płci, o jakiej marzy, jest procesem długotrwałym i skomplikowanym. Jej prywatne problemy rzutują na to, jak pracuje. A obok sprawy Patrona ma do wyjaśnienia jeszcze jedną, bardzo osobistą. Cyna w śledztwie dopuszcza się niesubordynacji, zataja pewne fakty i usiłuje odwieść uwagę innych od pobocznego, acz ważnego wątku śledztwa zabójcy biskupa. Szyki miesza jej Misia - policyjna pani psycholog o irytującym cienkim głosiku. Misia tak jak Cyna zdecyduje się prowadzić swoje własne śledztwo. Zaskakujące będą jego wyniki, a Lemberg udowodni, że kobiety cechują się dużo większą wrażliwością na detale i sprawniej rozwiązują zagadki oparte na psychologii działania nieznanego sprawcy. Dwie prywatne sprawy Cyny i Misi dodatkowo ubarwiają niezwykle ciekawą fabułę zapewniającą nieoczekiwane zwroty akcji oraz wywołującą czytelnicze przekonanie, iż zabójca wciąż wyprzedza wszystkich o krok.

Jest tajemnicą, w jaki sposób Lemberg poradzi sobie z dalszym pisaniem po wydaniu dwóch różnych, ale w obu przypadkach bardzo dobrych książek. "Patron" epatuje okrucieństwem i taką formą przemocy, która wdziera się gdzieś do podświadomości w sposób bardzo perfidny, nieprzewidywalny. To bardzo mroczna książka i odważna także. Penetruje środowisko, do którego niewielu z nas ma dostęp. Buduje sprytną kryminalną intrygę wokół tych, którzy winni świecić dla wiernych przykładem, a którzy na różny sposób pogrążają się w marazmie, od jakiego zwykły człowiek stara się uciekać między innymi w stronę czegoś mistycznego. "Patron" nie jest mistyczny, lecz krwisty, bezkompromisowy i jednocześnie wzbudzający zainteresowanie, bo dotykający kilku palących problemów, które wciąż są niewygodne tak, jak niewygodne z jakichś powodów były ofiary psychopaty z misją duchowego ratunku przez zabójstwo.