2015-03-21

"Cierpliwy snajper" Arturo Pérez-Reverte

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 lutego 2015

Liczba stron: 320

Tłumacz: Joanna Karasek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Szukając buntownika

Arturo Pérez-Reverte napisał gniewną książkę, w której niezgoda na ład panujący w Europie zgnuśniałych zasad i konformizmu idzie w parze z formułowaniem nowego zadania sztuki. Bo sztuka prezentowana przez grafficiarzy w tej powieści ma nabrać ważności, gdyż jest bliska prawdziwemu życiu. Reverte rozprawia się z europejską rzeczywistością, w której trwanie warunkowane jest bodźcami przyzwyczajającymi do tkwienia w bierności. Jego uliczni artyści nabierają nowego znaczenia. Są - jak główny bohater otoczony aurą tajemniczości - ulicznymi partyzantami, bo świat ciągłego kryzysu, przemocy, bezrobocia i nierówności społecznych domaga się nowej wojny. Tej toczonej za pomocą farby w roli pistoletu i przez zbuntowanych nocnych wojowników, którzy poświęcają się całkowicie idei wyrażenia siebie wbrew wszelakiej poprawności, jaka doprowadza Europę na skraj szeroko pojętego upadku. Nie dajmy się zwieść nadmiernie dramatycznym opisom promocyjnym tej książki. "Cierpliwy snajper" to w gruncie rzeczy proza bardzo statyczna, w której opisane są podróże i rozmowy, a częścią naprawdę zaskakującą i wyjątkowo mocną jest zakończenie. Tyle tylko, że uważna lektura powieści pozwoli jednak to zakończenie przewidzieć...

Alejandra Varela doktoryzowała się ze sztuk street artu. Na co dzień zajmuje się zdobywaniem odpowiednich nazwisk dla właściwych wydawców lub ludzi z kręgu kultury, której kanony piękna wyznaczają pieniądze, możliwości i często dyletanctwo krytyków. Pewnego dnia otrzymuje propozycję, nad którą szczególnie się zastanawia. Bogaty snob, właściciel jednego z czołowych wydawnictw artystycznych, proponuje bohaterce misję odnalezienia niejakiego Snipera. To znany na całym świecie człowiek, który zajmując się graffiti, kontestuje i podważa kanony piękna. Jest samotnym wojownikiem gdzieś spoza systemu. Nikt nie wie, jak wygląda, ale jego sztuka jest powszechnie znana. Można ją umieścić w jednej galerii albo wydać w formie bestsellerowego albumu. Do tego potrzebna jest zgoda Snipera, którego trzeba wyśledzić, co wydaje się zadaniem niemożliwym.

Lex - bo tak każe na siebie mówić Alejandra - wyrusza śladami legendy street artu, a początkowo jasne motywacje jej działania z czasem stają się skomplikowane i trudne do określenia. Lex wyrusza do Lizbony, do Werony, Rzymu i Neapolu. Zdeterminowana coraz bardziej, by odszukać Snipera. Silna i nieustępliwa, choć śledzona i kuszona inną niż wydawnicza propozycją. Sniper staje się celem. W tle kilka wspomnień z życia Lex, między innymi wizja kochanki śpiącej wtedy, gdy Lex nie jest w stanie zasnąć. Fabuła koncentruje się na przemian na podróży i rozmowach głównej bohaterki z ludźmi, którzy na różnym etapie życia spotkali Snipera. Poznajemy więc obraz jego samego oczyma innych. Tworzymy sobie wizję tajemniczego ulicznego artysty w taki sam sposób, w jaki społeczeństwo buduje jego obraz w oparciu o fakty i legendy. Sniper od lat jest nieprzewidywalny i nieujarzmiony. Propaguje akcje okupione ofiarami. Młodzi grafficiarze podążają jego śladem, ryzykując życie. Wielu je traci. Postać, którą ma wyśledzić Lex, poznajemy najpierw z różnych perspektyw. Tych, którzy w pełni go popierają, i tych, co ideę ulicznej sztuki zamienili na stabilizację, a umiejętności wpasowali w system. System kwestionowany przez Snipera. Zadanie Lex wydaje się coraz trudniejsze, ale jej determinacja pozwala posuwać się powoli do przodu. Do celu. Do miejsca, w którym Lex ujawni, co naprawdę nią kieruje...

Arturo Pérez-Reverte doskonale się przygotował do napisania tej książki. Imponujący jest zasób wiedzy o tej formie sztuki, która wciąż balansuje na granicy czegoś ważnego i wandalizmu. Poznajemy strukturę writerów, specyficzną nomenklaturę. Jesteśmy wprowadzani w świat przedstawiony za pomocą terminów i pojęć, które musimy oswajać. Tak jak Lex oswaja nowe okoliczności swojej misji. Rozmowy stają się coraz bardziej dwuznaczne. Rozmówcy z jednej strony otwierają się, z drugiej jednak - czytelnie stawiają granicę, poza którą nie wyjdą, bo w lojalności względem Snipera starają się go chronić. Wędrówka Lex ma jednak wyraźny cel i nie stanie jej na drodze nic. Tak jak nikt do tej pory nie stanął na drodze Snipera - kontestatora ładu, który zniszczyć może sztuka agresywna i widoczna wyraźnie tylko z perspektywy ulicy, bo w niej się zasadza i z jej niesprawiedliwości czerpie inspirację.

Reverte wyraźnie portretuje tych, co mają farbę za paznokciami, a w głowie świadomość siły, którą daje podbijanie murów i ścian. "Twardzi młodzi ludzie, bez specjalnych nadziei na przyszłość, nadający na własnych falach. Bezlitosny rak starego świata, szpica wielorasowej, surowej, innej Europy. Bez szans na powrót". Ich wybór to pewna deklaracja światopoglądowa. Sprzeciw bez możliwości powrotu do ładu, z którego wyrósł. Bo Europa się kończy, a graffiti to sztuka naznaczona tragizmem niemożności ujrzenia czegoś innego, lepszego ponad tym, co zniszczyło przestrzeń autentycznego wzruszenia dziełem sztuki i życiem w ogóle. Sniper jest przewodnikiem, ale jednocześnie tym, który prowadzi do zguby. Jego tajemnice stają się coraz mroczniejsze, a Lex odnosi wrażenie, iż głównym motorem napędowym artysty jest niszczenie, a nie tworzenie nowej jakości.

Warto cały czas pamiętać o tytule tej powieści, bo jego znaczenie może się zmieniać. Tak jak zmienia się rzeczywistość wokół Lex. Ona sama wychodzi ze świata majętności i posiadania. Ze świata, w którym wszystko można kupić, wszystko ma odpowiednią cenę. Lex przekracza pewne granice i spoza oczywistych przesłanek wynika nam dodatkowa komplikacja intrygi czyniącej "Cierpliwego snajpera" książką o mistrzowskim zakończeniu. Arturo Pérez-Reverte gorzko diagnozuje rzeczywistość i nazywa problemy językiem przesyconym z jednej strony agresją, z drugiej jednak - ogromną bezradnością. W dość radykalnym przesłaniu tej narracji kryje się także wyraźnie zarysowane pytanie o to, co nas czeka w czasach, w których można sankcjonować przemoc i niebezpiecznie ją gloryfikować. To głos pełen złości, ale też prawdziwie humanistyczna wiwisekcja europejskiego ładu, którym wstrząsa pewien uliczny artysta, lecz także rzesze zakapturzonych buntowników. "Cierpliwy snajper" zmusza do wielu rozmyślań. Formalnie nie zaskakuje ani nie powoduje szybszego bicia serca. Każe jednak pomyśleć nad tym, w którym miejscu kulturowej i światopoglądowej układanki niszczejącego Starego Kontynentu sami się znajdujemy oraz co z tym robimy...

2015-03-18

"Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" Charlie LeDuff

Wydawca: Czarne

Data wydania: 4 marca 2015

Liczba stron: 296

Tłumacz: Iga Noszczyk

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Miasto i tożsamość

To dość specyficzny reportaż. Obnaża wszelkie pęknięcia w zniszczonym mieście, które stało się dla Amerykanów smutną wizytówką pełnego upadku, ale także te we własnym sumieniu i we własnej duszy jego twórcy. Charlie LeDuff pisze nie tylko o upadku Detroit, ale przede wszystkim o swoim związku z tym miastem. Ta książka to dowód na to, że autor postanowił po latach odrobić reporterskie lekcje o mieście, z którego kiedyś wyjechał jak tysiące innych. Wracając, mierzy się ze wspomnieniami oraz rodzinnymi tajemnicami. Wprost pisze o rodzinnych patologiach, zerwanych więziach, bezpośrednio przyznaje się do odwrócenia się od czegoś, co stanowi część jego tożsamości. To siła miłości w rodzinie, która cierpiała na deficyt dobrych chwil i teraz, jak większość mieszkańców upadłego Miasta Silników, znika gdzieś pośród klęsk i niepowodzeń.

LeDuff wraca do miasta, w którym tragiczne losy bliskich łączą się z okrutną codziennością biedy, korupcji i przemocy. Wraca, by naprawdę poznać historię swojego miasta oraz swojej rodziny. Zmierzyć się z traumą śmierci siostry czy rozliczyć z tego, że odtrącił siostrzenicę. Opowieść o Detroit będzie zatem intymną historią irracjonalnego przywiązania do czegoś, do czego pozornie nie powinno się przywiązywać. Napisana szorstkim językiem traktuje o sprawach trudnych nie tylko z lokalnego punktu widzenia, ale także o trudnościach samych Amerykanów ze swym upadłym miastem w stanie Michigan. Bo przecież teza rozpoczynająca reportaż jest bardzo niewygodna dla każdego rodaka LeDuffa. On sam zaznacza bowiem, że "to książka o przyszłości Ameryki i naszych desperackich staraniach, by się przed nią uchronić".

Dzisiejsze Detroit to amerykański wyrzut sumienia, z którym trudno sobie poradzić. Radzić muszą sobie za to ci, którzy z różnych powodów nie opuścili miasta tak boleśnie doświadczonego i tak przepełnionego wszechobecnym poczuciem klęski. Czytając, można zadawać sobie pytanie o to, co przywiązało ludzi do tego cmentarzyska nadziei i co w tym mieście robi reporter, dla którego powrót oznacza zasadniczą trudność. Pojawiają się w nim bowiem różnego rodzaju rozczarowania i niechęć, a także maniakalne wręcz pragnienie opisania machiny autodestrukcji, która zamieniła Detroit w miejsce niepotrzebnych śmierci, bezsensownej agresji, licznych omyłek, ciągłych niedoborów i przede wszystkim w miejsce, w którym jak nigdzie indziej w Ameryce widoczna jest ta skomplikowana demografia beznadziei powodująca stagnację i obojętność wobec coraz większych absurdów.

Charlie LeDuff rozmawia z tymi, którzy starają się mimo wszystko nie poddać. Przecież w Detroit nie brakuje dobrych ludzi, ale siła destrukcyjna tych złych panuje nad wszystkim. To codzienność, w której strażacy nie nadążają za gaszeniem pożarów, a policjanci nie są w stanie wykrywać morderstw. Obserwowanie jednego i drugiego jest dla mieszkańców miasta dużo tańszą rozrywką niż udanie się do kina. Rozmowy z mieszkańcami Detroit obrazują wszelkie możliwe problemy, z jakimi może borykać się produkcja przemysłowa Ameryki, oraz dramaty amerykańskiej klasy robotniczej pozbawionej dotychczasowego statusu i jakiegokolwiek oparcia. Pośród przestępców i luzerów kwitnie każda możliwa forma przemocy, a przykład idzie od zarządzających miastem, bo polityka prowadzenia Detroit od lat była przecież kontrowersyjna. Kameralne dramaty, ronione gdzieś ukradkiem łzy, rozmowy o braku perspektyw na przyszłość i życiu w nieustannym lęku łączą się spójnie z kilkoma ważnymi tezami dotyczącymi przyszłości podobnych miast w USA, które dzisiaj jeszcze dumne są ze swej wielkości, ale rdza na ich metalowych pancerzach zaczęła już swą destrukcyjną robotę.

Obrazując problemy Detroit, LeDuff stale wskazuje na problem segregacji rasowej. Opowiada bowiem o mieście, w którym "rasa to sposób życia". Poza skomplikowanym stanem, w jakim znajduje się Detroit dzisiaj, animozje podsyca kolor skóry i status, jaki z niego wynika. Bankructwo idzie w parze z agonią idei, a te, które pozostają, bardzo mocno podsycają okrutne stereotypy i wydzielają przestrzeń wolności białych oraz czarnych. LeDuff zaś stale walczy z tym, by jego czarnoskórzy rozmówcy nie zwracali się do niego w sposób sugerujący uległość i poddanie.

Historii miasta biedy i bezrobocia jest dokładnie tyle, ilu jego mieszkańców. To miejsce, w którym nie ma środków, by chować zmarłych, i gdzie niezbyt długo się po nich rozpacza. Życie staje się czymś tak bardzo nie do zniesienia, że wszelkie deklaracje o amerykańskich rodzajach wolności w Detroit brzmią po prostu tragikomicznie. LeDuff w specyficznym rodzaju komizmu znajduje ratunek i sam jednak nie popada w apatię oraz rezygnację. Opisuje tak wiele historii niesprawiedliwości, że przez moment gubi się w tym, co jest sprawiedliwe i właściwe. Wahania reporterskie splątane są z różnymi rodzajami odczuć, kiedy po latach pewne historie rodzinne widzi w innym świetle i kiedy pojawiają się wyznania obrazujące coś, o czym wcześniej nie miał pojęcia. Bardzo trudno jest zachować obiektywizm w mieście, które atakuje z każdej strony. Bo przecież powrót do Detroit to ponowne oswajanie miasta, czasem przepełnione zwątpieniem i lękami. A jednocześnie trzeba przecież walczyć z głupotą, niesprawiedliwością i przemocą, by ocalić cokolwiek, nie spisać miasta na straty.

Reportaż rozpoczyna scena odnalezienia w lodzie ciała zamarzniętego mężczyzny. Losy tego ciała będą znamienne - ukazują absurdy i bolesne pęknięcia w mieście, które jakikolwiek porządek utworzyło z resztek tego całego chaosu, jaki doprowadził do wyemigrowania części mieszkańców i pogrążył mnóstwo innych w apatii po utracie pracy oraz perspektyw. Symbolika lodu oraz ognia wykorzystana jest do rozważań natury ogólnej, ale najciekawsza wydaje się trzecia część reportażu - intymne i uważne przyglądanie się prywatnym historiom, konstruowanie obrazu miasta z szeregu różnych smutnych perspektyw.

"Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" to gorzka książka o miejscu, które stało się ruiną, bo nie potrafiło o siebie zadbać. O ludziach toczących wojny z wiatrakami, by za wszelką cenę zachować w nim pozory normalności. To opowieść o trudnym lokalnym patriotyzmie i o reporterskiej misji, która zagrozić może wszystkiemu, nawet rodzinnemu ładowi życia autora. Wszystko opisane ciętym językiem, czytelnymi metaforami i dosłownością, która chwilami osłabia, bo każe z całą siłą konfrontować się ze złem ukrytym w drugim człowieku. Ta książka to historia i anatomia bankructwa w jednym. Jednocześnie opowieść o tym, że rodzina może ulec równie dramatycznemu rozpadowi co miasto, a skoro o nią da się powalczyć, więc i miasta - mimo wszystko - nie można spisać na straty. LeDuff mnoży też scenariusze, jakie mogą stać się udziałem innych amerykańskich metropolii, jeśli nie będą uczyć się na błędach Detroit - miasta, którym nikt dzisiaj nie chce się zająć i które na pewno nie zajmie się samym sobą.

2015-03-16

"Siódemka" Ziemowit Szczerek

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 20 lutego 2015

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Polskość w drodze...

"Siódemka" jest książką śmiertelnie poważną i nieprawdopodobnie zabawną, bo surrealizm wraz z groteską żrą się w tyglu narracyjnym niczym najlepszy koktajl wysokoprocentowy. Problem najnowszej książki Ziemowita Szczerka polega na jej nużącej wtórności. Autor postanowił popastwić się nad... polskością. Zrobiło to przed nim całkiem niedawno wielu innych, by wspomnieć tylko Krzysztofa Vargę, Piotra Czerwińskiego, Janusza Rudnickiego czy Grzegorza Kozerę, który również wykorzystał do swoich celów powieść drogi. Bohater Szczerka przemierza trasę będącą czymś na kształt kręgosłupa Polski współczesnej. Paranoicznego wariatkowa wyczekującego wojny z Rosją i szczekającego wciąż agresywnie z namnożonych banerów, neonów, szyldów, dobudówek i pomników. Z bruku nawet, bo i on jest tu stygmatem. Autor zabiera nas w upiorną podróż trasą, która jest polską osią życia, jej ważną perspektywą. Przemierzamy kilometry trasy, ale także lata historii, hula sobie bowiem Szczerek nieźle i przenosi nas w czasie wedle własnych potrzeb i uznania. A przecież jesteśmy tutaj, w tym kraju, na jego ważnej drodze; w tej rzeczywistości, której kształtu znieść nie możemy i która może wydać się jeszcze koszmarniejsza, gdy wypijemy sobie kolorowe eliksiry wiedźmina zabranego przypadkiem na stopa.

Czytając o Polsce - tej prawdziwej i tej wyobrażonej - odnosiłem podobne wrażenie, co w przypadku lektury "Powiatowej rewolucji moralnej" Pawła Smoleńskiego. Bo tam też miałem się dowiedzieć czegoś ważnego i być może odkrywczego, a pamiętam jedynie, że czytałem niezłe reportaże o mało odkrywczej tematyce. U Szczerka także jest dosyć nudno, choć przecież dzieją się rzeczy niestworzone. Chodzi mi o tematykę, tylko o nią. Walczy ze sobą bohater podróży autora, walczy też on sam, bo widzimy polskość z każdej możliwej perspektywy i żadna nie jest tą właściwą. W nieznośnej dygresyjności nie kryje się nic odkrywczego, bo tezy i diagnozy to jakieś koszmarne kalki wzięte z różnych kontekstów i okraszone opowieścią z nieprzewidywalną fabułą na granicy snu i jawy. Czym ta Polska jest i była? Czy zagubionym w sobie Środkiem Niewiadomego, pomostem między dwiema kulturami, sarmackim rojeniem, pijackim zwidem czy kłębowiskiem kompleksów, które poszukuje ujścia w poszukiwaniu takich narodów gdzieś nieopodal, z których można sobie podrwić? A może zlepkiem bylejakości, w którym kraj równa się idei i pewnego rodzaju mentalności? Tej widocznej w miastach i miasteczkach, przy których nikt pokonujący Siódemkę się nie zatrzymuje, a Szczerek każe bohaterowi robić w nich przystanki niczym na drodze krzyżowej, która z każdym kolejnym zwrotem akcji staje się coraz bardziej męcząca, bo zaskakujące pomysły się kończą, a w finale to już można się tylko bać. Naprawdę.

Takie przemierzanie Polski, które służy uwypukleniu tego, co uwiera, także całkiem niedawno miało miejsce w naszej literaturze. "Przemyśl-Szczecin" Karola Maliszewskiego  to rzecz o kolejowej odysei znacznie mniej uczęszczaną trasą niż ta z Krakowa do Warszawy. Tam też pojawiła się galeria postaci i były one dużo bardziej uwierające, bo przecież znajdowaliśmy się w zamkniętej przestrzeni pociągu, bohater Szczerka zaś może się salwować ucieczką - palić własne auto, kraść cudze, łapać się na podwózkę nyską pełną hipsterów czy nawet przez chwilę pedałować na kradzionym rowerze. U Maliszewskiego zaczęło się od mrocznych snów, a skończyło na egzorcyzmach. U Szczerka rozpoczynamy w pijanym Krakowie, a kończymy w momencie, gdy wszystkie narodowe współczesne lęki zamieniają się w okrutną rzeczywistość. I od niej nie ucieknie się już w eliksiry i wizje. "Siódemka" staje się zatem nie tylko wtórna tematycznie, lecz również formalnie, co powoduje, iż nie przykuwa uwagi czytelnika na tyle silnie, na ile być może chciałby tego autor.

Ziemowit Szczerek napisał powieść drogi o redaktorze karmiącym swoich czytelników konfabulacjami, który sam wpada w wir niesłychanie niewiarygodnych zdarzeń. Dość dobrze możemy rozpoznać, które są rzeczywiste, a które dzieją się w jego głowie. Przechodzenie od smutnej codzienności do surrealistycznych wizji będących równie smutnymi obrazami to manewr powtarzający się w "Siódemce". Książce, w której bohater nie może uwolnić się od swoich cech narodowych, a wiele z nich poddanych jest pod dyskusję, nie zawsze w formie konfrontacji poglądów - a jest w fabule Szczerka z kim rozmawiać, choć niekoniecznie jest o czym. Snujemy się po trasie zwolnionego ruchu i nie wiemy, w którą stronę za chwilę odbijemy. Wszystko jest koszmarnych kształtów i mrocznych proporcji. Jest dużo słów, które uwierają, oraz sporo tez, nad którymi można zapłakać. Dzieje się bardzo wiele, bo zwroty akcji są wręcz komiksowe i nudzić się pozornie nie można, a jednak ziewnie się raz czy drugi, gdy przeczyta o tym, jaką to Polskę mamy wokół i w sobie, kto za nią odpowiada i jak bardzo bezbronna jest wobec siebie. Wszystko, o czym przeczytaliśmy, to truizmy i smutne konstatacje, dla których wielu nie chciałoby poświęcać aż całej książki.

Kpina, ironia, czytelne metafory i mnogość co najmniej niezwykłych postaci - to na pewno cechy, które powodują, że "Siódemkę" się czyta i koniecznie chce się komuś polecić, żeby sobie z nim o tej książce porozmawiać. Mnie zastanawia jedno, co udowadnia Szczerek i wielu przed nim także. Ta nasza szara, mroczna, zakompleksiona i niepewna siebie Polska ma też jasne strony, o których pisać jest niewygodnie, bo narzekanie mamy we krwi i kolejna narracja o polskich bolączkach tak czy owak zainteresuje niejednego. Na trasie numer 7 nie ma naprawdę niczego w choć jednej pastelowej barwie. Jest dziewczyna, cudzoziemka, Polka właściwie, ale taka nie do końca. Jest kilka pięknych zdań o niej. I nie ma nic, naprawdę nic, co mogłoby tej opowieści o Polsce pomóc.

"Siódemka" dotyka problemów dyskutowanych już na wszelkie możliwe sposoby, a nie wnosi tak naprawdę niczego nowego. Chciałoby się, by po wypiciu jednego z tajemniczych eliksirów bohater Szczerka zobaczył wokół siebie coś ładnego, kształtnego, wartościowego i sympatycznego. Żeby o tym napisał, podrzucił jakiś nowy trop, ciekawą i oryginalną tezę. Gra na emocjach i przywoływanie opinii, którymi rozporządza się w tym kraju bez umiaru i bez celu - to zbyt mocne nie jest, naprawdę. Nawet w opakowaniu z mnogości formalnych chwytów i zagrywek.

2015-03-14

"Ene, due, śmierć" M.J. Arlidge

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 4 marca 2015

Liczba stron: 440

Tłumacz: Agnieszka Brodzik

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: By pomścić przeszłość...

M.J. Arlidge wie, jak przykuć uwagę czytelnika. Ta książka wyróżnia się nie tylko dynamicznymi, krótkimi rozdziałami oraz ciągłym myleniem tropów. To przede wszystkim wielowymiarowa opowieść o kobietach w szponach zła. Tego, które wywołuje gniew i nienawiść, oraz tego, za którym stoją mroczne tajemnice oraz bolesne rany, wciąż krwawiące, stale utrudniające normalne życie. "Ene, due, śmierć" to także powieść, w której zostaje przeniesiony punkt ciężkości - dużo bardziej niż śledzenie kolejnych poczynań mordercy pasjonuje nas odkrywanie tajemnic tej, która ściga psychopatkę. Walka toczy się między zdeterminowaną policjantką a drobiazgową i przebiegłą zabójczynią, dla której ważne jest, by zbliżyć się do ścigającej, a aby to zrobić, podejmuje z nią makabryczną grę.

Schemat zbrodni jest podobny i stale się powtarza, co przez moment wprowadza odrobinę monotonii do powieści. Porywane są dwie osoby, a następnie zamykane w ciasnej przestrzeni na odludziu, pozbawione jedzenia oraz picia. Ofiary otrzymują jasne instrukcje - mają w swoim zasięgu pistolet i osoba, która go użyje, by zabić drugą, zdoła przetrwać, zostanie uwolniona. Seryjna morderczyni porywa nastolatków, dwóch prawników i prostytutki, ale z dwiema parami postąpi nieco inaczej niż z pozostałymi. To ludzie w jakiś sposób bliscy Helen Grace. Policjantce, która zacznie tropić swą przeciwniczkę ze szczególną determinacją, gdy na jaw wyjdą fakty mówiące o tym, że porwani są w jakiś sposób powiązani z życiem Helen. Cała seria dramatycznych wydarzeń ma prowadzić ku jakiemuś celowi. Mordowani są w lepszej sytuacji niż ci, co przeżyją. Doświadczeni tygodniami głodzenia wychodzą na wolność zmienieni na zawsze. Helen musi najpierw pojąć ich związki z własną przeszłością, a potem zrozumieć morderczynię - przewidzieć kolejne porwanie i uniemożliwić je, przerwać mroczną serię zbrodni.

Helen ma za sobą traumatyczną przeszłość i tak naprawdę nigdy nie uporządkowała w myślach tego, co wydarzyło się przed laty. Służba w policji daje poczucie, iż gdzieś się przynależy. Ta ważna przynależność stała się celem i sensem istnienia tej, która po godzinach karze swe ciało chłostą i wciąż na nowo usiłuje zapomnieć o tym, czego w sobie nienawidzi, od czego chce uciec. Helen Grace żyje zadaniowo. Jej relacje z ludźmi są fragmentaryczne. Pozwala sobie na słabość i zbliża się do kolegi z pracy, ale ta czułość okupiona zostanie potem wyrzutami sumienia, bo Helen nauczyła się żyć w pojedynkę i bez zbędnych emocji. M.J. Arlidge portretuje kobietę, która nosi w sobie ogromne pokłady gniewu i rozczarowania. Do działania napędza ją niezdrowa adrenalina. Policjantka z Southampton niesie w sobie taki bagaż doświadczeń, z którym wielu nie mogłoby iść przez życie. Jej się udaje. Działając zadaniowo, nie nawiązując z nikim bliższej relacji, Helen bardzo czujnie przygląda się rzeczywistości. Musi wzmóc swoją czujność, kiedy zrozumie, iż odkrywa ważną rolę w koszmarnej serii mordów. Staje się odpowiedzialna za to, co się dzieje, bo odpowiada za motywację mordującej.

"Jak się obudzić, gdy śnisz? Kiedy znajdujesz się w samym środku koszmaru, jak wydostać się z otchłani". Takie myśli chodzą po głowie jednemu z uwięzionych. Przyznać trzeba, że stylistyka dość już wyeksploatowana, ale poza charakterystyczną dla thrillerów metaforyką kryje się we wskazanych frazach rzeczywisty dramat tych, co przeżyją. Przecież ich istnienie okupione zostanie śmiercią drugiej osoby. Morderczyni wydaje się skupiać na ocalałych, bo doświadczają oni podobnej traumy, z jaką w pewien sposób mierzą się dwie przesycone negatywnymi uczuciami kobiety, które połączy makabryczna gra budująca fabułę "Ene, due, śmierć".

To historia o fatalnych kobiecych namiętnościach. O wyborach, za którymi stoi dużo więcej, niż wybierający jest świadom. Autor zręcznie manipuluje uwagą czytelnika, bo sympatie i antypatie zdają się zmienne, a z każdym kolejnym zdarzeniem czujemy się coraz bardziej obco, gdyż trudno nam przewidzieć, co się wydarzy i jaki to będzie mieć związek z przeszłością. Tak, w czasie przeszłym osadza się cały dramat, którego elementy to część morderczej gry. Dochodzi do eskalacji przemocy i do specyficznej konfrontacji. Ożywają demony oraz wyrzuty sumienia sprzed lat. Akcja intensyfikuje się na kilku możliwych poziomach. Wszystko zmierza do zupełnie nieprzewidywalnego finału, a okrutna gra z więzionymi ludźmi nabiera dodatkowego, mrocznego znaczenia.

M.J. Arlidge ukazuje w swej powieści trudną sytuację kobiet pracujących w policji. Skryty gdzieś mizoginizm kolegów z pracy nakazuje im starać się bardziej, wykazywać się większą odpornością, realizować zadania i pracować dużo bardziej wyczerpująco. Helen podejmuje to wyzwanie z pewną lekkością, bo takie właśnie życie jest dla niej satysfakcjonujące. Druga z policjantek też musi sporo udowadniać. Kobiety w tej powieści dużo przeszły i dużo bardziej intensywnie przez to żyją. Jak choćby oszpecona przed laty dziennikarka, która w swej drapieżności rekompensuje sobie minione doświadczanie przemocy. Kobiety muszą być twarde, bo tego oczekuje od nich otoczenie. Są w głębi duszy słabe i zagubione, a frustracje tłumią na kilka różnych sposobów, bo każda z nich doświadczyła zbyt wiele zła w swoim życiu.

To zapowiedź interesującej serii powieści. Takie książki, w których bohaterowie na różne sposoby i z różnym skutkiem przepracowują swoje życiowe traumy, są potrzebne wielu z nas. "Ene, due, śmierć" to nie tylko sprytnie napisany thriller o charakterze kryminalnym. To przede wszystkim opowieść o niemożności wyjścia poza gniew i smutek. O tym, że życie nie rekompensuje braków i nie wynagradza trudnych przeżyć. O bezkompromisowości życia i o destrukcyjnej sile wspomnień. Rzecz naprawdę bardzo mocna.

2015-03-12

"Najgorszy człowiek na świecie" Małgorzata Halber

Wydawca: Znak

Data wydania: 28 stycznia 2015

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Anatomia uzależnienia

Mam naprawdę duży problem z tą książką. Zupełnie nie wiem, jaką literacką etykietę do niej przypiąć. To, że się sprzedaje i będzie czytana, jest czymś oczywistym, bo nazwisko autorki to już sam w sobie promocyjny samograj. Co będzie się kupowało i co będzie czytane? Ani to biografia, ani autobiografia. Beletrystyczna ciekawostka - też nie bardzo. Ta opowieść ma wskazywać wszystkie ciemne strony uzależnienia i prowadzić nas przez kolejne etapy jego oswajania. Jeżeli tak, brakuje mi w niej czegoś dość oczywistego. Chodzi o jakiekolwiek konstruktywne refleksje, o jakieś sensowne podsumowania. O zdania i wnioski, z których może coś wynikać. "Najgorszy człowiek na świecie" od pierwszego do ostatniego zdania nadaje na bardzo wysokim tonie emocjonalnym, ale nic z tego nadawania nie należy do odbiorcy, bo to jeden wielki komunikat przepełniony egocentryzmem i rozpaczą niemożności wyjścia poza neurotyczne "ja". Komunikat bez treści, choć przecież tak okrutnie przegadany.

Żal mam spory do Małgorzaty Halber nie tylko dlatego, że ze sprawy śmiertelnie poważnej niepotrzebnie robi tragifarsę. Boleśnie naznaczone osoby identyfikujące się z nałogiem, o jakim autorka rozprawia, nie znajdą w tej książce właściwie niczego dla siebie. Anatomia uzależnienia przedstawiona jest przez pryzmat spotkań terapeutycznych oraz przeżyć z nimi związanych. Jest tam wszystko - od początkowej kontestacji i drwiny z procedur po podporządkowanie się im i po współpracę. Jest trud, gniew, mnóstwo lęków i paranoiczne nastroje związane z odstawianiem, ale nie ma w zasadzie żadnej diagnozy. Skoro powieściowa Krystyna tak mocno akcentuje swoją odmienność i tylko na chwilę uświadamia sobie, że mechanizmy jej uzależnienia wpisują się w schemat i wielość, dlaczego ani przez moment nie wejdzie w siebie naprawdę głęboko i jedynie serwuje nam truizmy w mało wdzięcznej frazie? W niej dowcip miesza się ze śmiertelną powagą, a ironia ze złośliwym sarkazmem wskazującym choćby na markę klapek jednego z uczestników terapii.

Krystyna bardzo wcześnie wpadła w sidła nałogu. Picie zaczęło się już w szkole i przywiązało do siebie w bardzo skomplikowany sposób. Pracująca wśród ludzi i z nimi osoba wyznaje prawdę nie do końca oczywistą - nie umie do ludzi mówić i konstruktywnie się z nimi porozumiewać. Ta bolesna trudność wynika z faktu braku komunikacji z własnymi emocjami. Tworzy się przestrzeń, w której niedopowiedzenia zaczynają być opresyjne. Z milczenia i różnych blokad bierze się chęć odrealnienia procentami czy narkotykami. Refleksja? "Po prostu można się uzależnić od różnych rzeczy, jak się ma w sobie dziurę. Dziurę nudy oraz przede wszystkim niezgody na to, co w danym momencie czujesz". Nic nadzwyczaj wyjątkowego, prawda? W takim tonie napisana jest całość, mniej więcej tego typu konstatacje zawiera. Wiele z nich sprawia wrażenie zapisanych, bo są czymś na kształt prawd objawionych. Dla ludzi, którym nałóg odebrał wiele i którzy całe życie się z nim mierzą, może to być za mało. A nie ma co ukrywać, że po taką książkę sięgnie dość spora grupa alkoholików w różnym wieku oraz różnej sytuacji życiowej. Złych po lekturze, bo niewiele w literach i zdaniach Halber znajdą...

Pierwsze zdanie "Najgorszego człowieka na świecie" brzmi dość dramatycznie. "Nie wiem, od czego zacząć" - tak się wszystko zaczyna i trudno oprzeć się wrażeniu, że tak też kończy. W niewiedzy o tym, co się opisuje i jak się to robi. Alkoholizm Krystyny to taka cecha dystynktywna, która - cóż za odkrycie! - u każdego uzależnionego sprzęgnięta jest z nieustannym wstydem... którego trzeba się wstydzić. Walka z nałogiem to walka o rezygnację z utrwalonych już zachowań, które nie gwarantowały spełnienia, bo były rozpaczliwymi próbami nieuczestniczenia w życiu. Halber zaznacza, że przyszło jej zapłacić wysoką cenę za zadzieranie z rzeczywistością, której kształt chciała zmieniać Krystyna. Zagubienie wywołuje więc brak dostosowania oraz brak wewnętrznej dyscypliny i niegotowość do przyjmowania siebie w niedoskonałej formie. Nieźle pokazana jest bierność, którą od czasu do czasu zastępuje kompulsywna walka o normalność. Dobrze, że Halber jest w stanie nazwać to, z czym mierzą się alkoholicy bez nazywania - ze swym strachem, frustracjami i poczuciem niemożności zmiany własnego życia, zapatrywania się na nie. Obawiam się jednak, że nazywa jedynie to, co zostało już nazwane, opisane wielokrotnie.

Materiały z różnego rodzaju terapii czynią tę książkę paradokumentalną, ale nie wiem, w jakim celu są wykorzystywane. By uwiarygodnić niewątpliwy dramat? Podkreślić nieprzystawalność mentalną i emocjonalną bohaterki do struktury nakazowej każdej formy terapii? Wchodzimy na spotkania zagubionych i pokrzywdzonych przez samych siebie tylko po to, by dyskretnie z boku obserwować jakąś ludzką menażerię. Dystansujemy się, bo każdy zostaje rozpracowany przez przekonaną o swym zmyśle obserwacji narratorkę. Dowiadujemy się także, o czym terapeuci mogą nie mieć pojęcia podczas pracy z osobą uzależnioną, ale podejrzewam, iż każdy z nich podczas lektury tylko uśmiechnie się z politowaniem. Nieznośny jest sposób, w jaki te same zjawiska, odczucia czy zachowania, określane są po raz kolejny, kolejny i jeszcze raz. Chaotyczne powracanie do urwanych myśli albo kontynuowanie już podjętych wątków to nie przejaw bałaganu myślowego osoby uzależnionej, lecz bolesny dowód na to, iż Małgorzata Halber z pełną świadomością chce się powtarzać, powtarza się koncertowo, mnoży truizmy i wokół nich buduje groteskowy humor, ale przede wszystkim staje się histeryczna z pytaniami retorycznymi czy z wnioskowaniem o oczywistościach.

Nie można oceniać prawdziwości czyichś przeżyć. Nie można decydować o tym, czyj dramat jest większy. Nie da się dyskutować z czymś, co jest osobiste, przeżyte z całą mocą i będące źródłem udręki. Nie można zatem krytykować "Najgorszego człowieka na świecie", bo jest to opowieść szczera i zapewne napisana z sercem. Można jednak widzieć to, co dostrzeże wielu, ale nie wszyscy uznają za wadę. Ta opowieść jest mimo wszystko wtórna, mocno chaotyczna i naprawdę pozbawiona jakichkolwiek konstruktywnych puent. Nie zaczynałem jej czytać jako poradnika walczącej z nałogiem. Wiem, że w dużej mierze miał to być bezradnik. Tyle że z bezradności, bezwoli, braku konsekwencji i dość słabej frazy wychodzi książka mimo wszystko bez właściwości.

2015-03-09

"Hrapeszko" Ermis Lafazanovski

Wydawca: Toczka

Data wydania: 13 marca 2015

Liczba stron: 174

Tłumacz: Aneta Sapeta

Oprawa: miękka

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Pielgrzym i sztuka

Nostalgiczna i przesycona symboliką opowieść Ermisa Lafazanovskiego to dotykająca wielu problemów historia dziewiętnastowiecznego naznaczonego wyobcowaniem bałkańskiego pielgrzyma, dla którego idea sztuki stanie się najpierw zachwycająca, potem zwodnicza, w końcu tragiczna w swym niezrozumieniu przez otoczenie i w swej wieloznaczności. Na okładce książki macedońskiego prozaika lśni (dosłownie) kielich diatretum - misterne dzieło ze szkła zabezpieczone przed zniszczeniem. Puchar - klatka. Dzieło sztuki skończone i doskonałe. Diatretum stanie się jednym z czytelnych symboli życia młodego Hrapeszka, który cudem wyrwany z ziem zapomnianych przez Boga i ludzi, postanawia zmienić fach i oddać się idei szklanej sztuki, silnej siłą tchnienia, mocnych płuc oraz wielkiej wyobraźni przekraczającej granice państw, cesarstw, religii i mentalności.

Tam, gdzie płynie rzeka Wardar, kwitną też winnice. Tam też niespełna dwudziestoletni Hrapeszko zdobywa sławę jako genialny ogrodnik. Wielki tors i mała głowa, to go wyróżnia. W tej głowie pojawią się z czasem wielkie dylematy, spore wahania, dużo niejasności i żal o to, że jest się być może w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwej podróży. Hrapeszko otrzymuje dar od losu - możliwość wyruszenia do Europy, tej prawdziwej, cesarskiej, nowoczesnej i przepełnionej duchem kultury, której nie ma na bałkańskiej ziemi, gdzie rzekomo rządzą instynkty, a ludzie nie umierają ze starości, lecz w krwawych bitwach. Nie waha się ruszyć w podróż tak, jak pewnego dnia bez chwili wątpliwości podąży z powrotem do ojczyzny, o której zacznie zapominać, a głos sumienia uciszać będzie kontemplacją nowego rodzaju sztuki.

Bo Hrapeszko porzuci sekator i winorośl. W jednym ze szwajcarskich kościołów ujrzy szklane dzieło sztuki. Kolorowe. Magiczne. Przyciągające uwagę i rozbudzające wyobraźnię. Hrapeszkiem zajmie się jego nowy mistrz - Otto. Ten wizjoner wierzy w to, iż kiedyś Europa będzie jednością. Uznaje, że Bóg wydmuchał świat ze szkła, a oddech i moc Hrapeszka pozwolą mu nadać życiu nowe znaczenie. Być może pierwszego prawdziwego, bo wcześniej Hrapeszko nie rozważał, czym jest sens jego życia. Otto daje mu narzędzia i doświadczenie. Macedoński przybysz zaczyna tworzyć rzeczy niezwykłe. Jego wyobraźnia pracuje tak, jak jeszcze nigdy nie było jej dane. A wokół krążą plotki o Hrapeszku. Otoczenie widzi w nim bałkańskiego niedźwiedzia, dostrzega groźną dzikość i nieujarzmioną siłę. To Mandalina, córka Ottona, pierwsza dostrzega coś więcej niż tylko silną posturę i niewiarygodny zapał do tworzenia w szkle. Ona widzi w bałkańskim emigrancie człowieka. Ten człowiek jest w stanie wydobyć z niej chorobę. Pokazać, że szkło to materiał wręcz magiczny. Udowodnić, że sztukę nosi w sobie, choć nie potrafi o niej rozprawiać. Ale to dopiero początek prawdziwego dramatu, bo Hrapeszko nie będzie w Europie czuł się zadomowiony, będzie szukał swej innej Europy, a wraz z odkrytą sztuką przemierzy także Daleki Wschód. Wszystko po to, by odczuć, że praktycznie wszędzie jest już nie u siebie, a koncepcja sztuki, jakiej zawierzył, rozmywa się, zmienia kontury, zaczyna ranić i wpędza w troski...

Lafazanovski pokazuje między innymi konsekwencje odcięcia się od tradycji i niespokojnych poszukiwań nowych wzorów, które mogą stać się zdradliwe. W tej nieco baśniowej przypowieści przedstawia nam bałkańską duszę zniewoloną ideą piękna, którą wyznaje inny region, inni ludzie, ten kanon należy do wytworu innej kultury. Hrapeszko obarczony jest ciężarem pochodzenia z miejsca, w którym - zmieniając zajęcie - jest już kimś obcym, niezrozumianym. Jednocześnie bierze na siebie ciężar odpowiedzialności za fach dyktowany sercem, a realizowany w zręcznych dłoniach i dzięki silnemu oddechowi. To nie jest tylko historia o zmianie rzemiosła i balansowaniu między różnymi światami wartości oraz przekonań. To rzecz, w którą sensownie wpleciona jest symbolika szkła i motyw demiurga, pod którego czujnym okiem szkło zamienia się w sztukę.

Ermis Lafazanovski świetnie oddaje atmosferę zagubienia pośród pozornie prostych wyborów. Prostota głównego bohatera staje się jego stygmatem. W cywilizowanej i rzekomo bezpiecznej Europie, gdzie wciąż na nowo dochodzi do kolejnych wojen, Hrapeszko zostaje pobity za to, że jest inny, nieprzystający. Siła fizyczna bohatera nie jest tym, co go naprawdę wyróżnia. W tej opowieści widzimy przecież zachwyt innością, oswajanie koncepcji piękna, dokonywanie zmian w sobie i kształtowanie świata w takim wymiarze, jaki mają szklane dzieła sztuki, którym Hrapeszko oddaje serce całkowicie.

Lafazanovski stworzył przy okazji rozprawę o niezależności i sile sztuki, która ma moc jednoczenia. To taka opowieść o czasach, w których cesarstwa upadają, a sztuka wydaje się wieczna. Wspomniany i widoczny na okładce kielich to powód do dumy, ale i źródło nieopisanej tragedii. Takiej, po której Hrapeszko zmuszony jest zmodyfikować swe życiowe plany i po raz drugi opuścić miejsce, które za żadnym razem się o niego nie upomniało. Nieprzypadkowo Hrapeszka zdobywa dla innego świata badacz przystosowania podmiotu do zmiennych. To książka także o trudności przystosowania. O przywiązaniu do idei i drugiego człowieka, które może być tak kruche jak szklana butelka roztrzaskana i zamieniająca kształt na chaos. O tym, ile - także w dosłownym znaczeniu - kosztuje ludzka wolność i niezależność. Kameralna opowieść o sprawach ponad czasem i ponad miejscami, z których wyrasta. Jednocześnie z wyraźnym adresem, spod którego się wydostaje, bo to przecież pewna rozprawa z macedońskością i tej macedońskości miłowanie. Hrapeszko dzisiaj przemierzałby świat szybciej i równie szybko zdobywał sławę. Ale ta opowieść jest ponadczasowa. Ponadczasowe wzruszenia i ujmujący liryzm niektórych fragmentów. Książka pozostawiająca w niemym zdumieniu i naprawdę piękna - od pierwszego do ostatniego zdania.


PATRONAT MEDIALNY

2015-03-07

"Nieważkość" Julia Fiedorczuk

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 4 lutego 2015

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Oddalone

Julia Fiedorczuk napisała poetycką książkę o gorzkiej wymowie. Gdyby traktować "Nieważkość" jak kolejną historię o tym, co życie robi z ludźmi bliskimi sobie w młodości, ta narracja szłaby w stronę niebezpiecznej sztampy i trudno byłoby się jej wyróżnić. Tymczasem niespodzianka jest duża, bo po pierwsze - Fiedorczuk zbliża nas do swych bohaterek tylko na odpowiednią odległość i dystans ten uzasadnia potem rozwiązaniami fabularnymi, po drugie zaś - jest to książka tak wielu niedopowiedzeń, że nie można być pewnym ani jednego opisu bliskości, ani jednego opisu skrytego lub jawnego okrucieństwa. "Nieważkość" pozostawia nas w sferze domysłów. Byty opisywanych kobiet osadzone są mocno w rzeczywistości, ale my jesteśmy przy nich efemeryczni. Bo w tej tajemniczej opowieści ważne są znaki i sygnały oraz wszystko to, co Zuzanna, Helena i Ewa zamknęły w sobie, gdy rodzice z takim, a nie innym bagażem doświadczeń wyprawili je w świat, zmuszając do trzech nierównych startów i trzech dróg, na których wstyd, upokorzenia i braki rekompensowane były na tyle, na ile pozwalały na to okoliczności życiowe. Poszły w świat dodatkowo obarczone tragedią Mirka - nadwrażliwego chłopaka, który nie chciał dorosnąć i nie chciał być wyprawiony w drogę, po której ruszyły jego koleżanki.

Zuzanna obecnie nie sięga myślami zbyt daleko wstecz. Jej pamięć jest nieuporządkowana, a wszystko to, co przeżywa aktualnie, stara się zawrzeć w rysunkach, bo rysowanie zawsze było jej bliskie. Zuzanna jest samotną kobietą sukcesu. Taką, która musi sobie organizować piątkowy wieczór w towarzystwie sera, oliwek i wina. Dobrego wina. To, co dobre, pożegnało się z nią już na zawsze. To były lekcje miłości i jedna gorzka lekcja odrzucenia. To też wspomnienia ze świata, w którym zbudowały się przed laty jakieś bliższe więzi, ale ówczesne koleżanki są gdzieś daleko i tego dystansu już się nie zmniejszy. Zuzanna zna wiele języków obcych, ale nie zna języka samej siebie. Walczy o sprawy prozaiczne - chce schudnąć, stać się młodsza, odespać stres. Wyruszając w podróż służbową do Grecji, nieświadoma jest bodźców i impulsów, które ożywią w niej czas przeszły. Ten, gdy prawdziwe życie toczyło się wokół, a nie na kartkach zapełnianych kształtami.

Życie Heleny ma bardzo wyraźne kształty i jest niezwykle uporządkowane, choć to pewien niepokój każe bohaterce budzić się każdego poranka, zanim zadzwoni budzik. Helena nieustannie planuje wszystko to, czego nie może zrealizować. Wciąż w bliskości śmierci aktualnie mierzy się z odchodzeniem matki. Helena walczy z kurzem i z pamięcią. Utknęła w miejscu, zasadziła się w czymś bezpiecznym, nie musi powracać do minionych lat ani wybiegać myślą w przyszłość. To ona weszła przed laty w bliską relację z nieszczęśliwym Mirkiem i to na nią spada odium tragicznych wydarzeń...

Ewa natomiast nie bierze niczego serio, bo tak naprawdę nigdy nie brała i nieważko czuła się już na gałęzi jarzębiny w młodości, kiedy każdy śmiał się z jej głupiej matki, z jej biedy i bezradności, smrodu i braku jakiejkolwiek refleksji nad sobą. Ewa widzi i czuje zdecydowanie więcej, niż inni myślą. Opuszcza miejsce, do którego przynależy, by potem rozpocząć odyseję bezdomnej. Takiej, która również ma pewne wspomnienia, ale do nich nie wróci z innych powodów niż Zuzanna czy Helena.

Kobiety Fiedorczuk rozeszły się bez dramatów. Trudno orzec, czy wtedy, kiedy zaginął Mirek, były sobie w jakikolwiek sposób bliskie. Pewna więź pozostała, ale to tylko jeden ze śladów, który autorka podsuwa nam do przemyślenia. Najważniejsze w "Nieważkości" jest to, co niewypowiedziane. To, co kryją w sobie umysły kobiet i czego one same nigdy sobie nie powiedzą, bo nie ma już czasu wspólnego, nie ma żadnej wspólnej przestrzeni; pozostały ślady po okrutnych zachowaniach i po okrucieństwie ujawniającym się dopiero po latach. Tak jak po latach Zuzanna wyciąga naukę z nietrafionych lekcji miłości z profesorem rysunku.

Która z kobiet Fiedorczuk została królową życia, a która żyje w gniewie ciągłej utraty? Co ma być wspólnego, a co dramatycznie osobnego w losach bohaterek, do których wnętrza nie mamy pełnego dostępu? Ta książka ukazuje dramat przebywania być może nie tam, gdzie chciałoby się przebywać, i tęsknoty za czymś, co mogłoby się wydarzyć, ale nie było w życiu takiego momentu, by właściwie wybrać. Drugie pokolenie kobiet umiejscowionych w różnych życiowych scenariuszach jest tu równie istotne, co same bohaterki. Cierpiący rodzice, rodzinne dylematy, skryte przed dziećmi kłótnie albo kompletna beztroska - jak w przypadku Łysej Marii, matki Ewki, miejskiej wariatki odrzucającej wszystko na rzecz własnej nieograniczonej wolności.

Julia Fiedorczuk poetycko kreśli stany i nastroje, w których jej kobiety starają się zrozumieć swoje decyzje oraz wyjaśnić sobie, dlaczego dzisiaj znalazły się tutaj, gdzie są. Każda z nich na pewnym etapie życia chciała się od czegoś odciąć. Wszystkie trzy wyrzekają się dawnej znajomości, każda w nieco inny sposób. Żadnej nie będzie dane opowiedzieć swego życia, a tym bardziej przeprosić za błędy lub objąć rozumem okrucieństwo życia, okrucieństwo ich samych. Wszystkie trzy dryfują po powierzchni życia, pozostawione są z tajemnicami i bólem, z tęsknotami i wyrzutami sumienia. To niebywałe, w jak kameralny sposób Fiedorczuk opisuje dramaty mogące brzmieć donośnie jak w epopei. Bo każde życie uczy akceptować siebie, lecz nie w każdym można zaakceptować zmiany. "Nieważkość" to taka książka, która otwiera nam na chwilę drogę do rozgoryczenia i smutku swoich bohaterek, ale wymaga także uważności oraz wnikliwości, bo za moment pozostaniemy sami i bez zrozumienia. Tak jak kobiety, które nie są w stanie zrozumieć, kim się stały i ile z życiowych decyzji zawdzięczają jedynie sobie.

2015-03-05

"Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" Karolina Domagalska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 lutego 2015

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Alternatywy, by pokochać

Zaskakująca może być świadomość, że jest się jednym z pięćdziesięciorga rodzeństwa, prawda? A bycie ojcem setki dzieci? Tak, to możliwe. To in vitro, nowy oręż medycyny dla tych wszystkich, którzy z różnych powodów nie mogą doczekać się potomka poczętego w sposób tradycyjny, na drodze aktu seksualnego. Reportaż Karoliny Domagalskiej wraz ze swoimi tezami i sugestiami nakreśla zarys nowych czasów, w których tradycyjna rodzina nie jest już czymś oczywistym i gdy późne macierzyństwo to coraz częstsza praktyka - głównie tych kobiet, które z różnych względów nie decydują się na dziecko wcześniej i nie mogą go powić później, gdy czują, że to właściwy moment. Nowe czasy to także coraz częstsze odchodzenie od idei macierzyństwa i przekonanie, iż posiadania dziecka niekoniecznie jest życiowym celem. Obok kobiet i mężczyzn, którzy świadomie nie chcą zostać rodzicami, znajduje się grupa zdesperowanych i cierpiących. Gotowych na wszelkie poświęcenia dla potomka będącego priorytetem.

"Nie przeproszę, że urodziłam" prowadzi nas przez skomplikowany świat przeżyć tych wszystkich, którzy zdecydowali się na zapłodnienie in vitro. Wychodząc od medycznej historii, autorka ujawnia rozmowy z ludźmi odpowiedzialnymi za działania w obrębie medycyny reprodukcyjnej oraz śledzi trudne często losy tych, dla których staranie o dziecko to nieustający bój, hormonalne wojny, niepewność i zatroskanie oraz dylematy, z jakimi mierzy się każdy człowiek świadomy tego, iż dziecko powstanie w zupełnie inny sposób. Ten sposób zostawia ślad już w komórce jajowej, potem w macicy, następnie w całym życiu. Zwłaszcza wtedy, gdy dziecko chce poznać swą tożsamość, a musi pogodzić się z faktem, że zostało pozbawione jednej gałęzi drzewa genealogicznego.

Domagalska sporo podróżuje, zbierając materiały do książki. Zwraca uwagę, że ta metoda leczenia bezpłodności jest wciąż nowa i mocno kontrowersyjna. Pierwsze dziecko powołane do życia metodą in vitro urodziło się w 1978 roku, pierwsze takie polskie - dziewięć lat później. Czas mija, zmienia się zapatrywanie, coraz częściej widzi się w in vitro przyszłość i spełnienie dla wszystkich cierpiących z powodu bezdzietności. Karolina Domagalska odwiedza Danię, Izrael czy Ukrainę, a wszystko w konkretnym celu - by zarysować złożoną problematykę zjawiska i pokazać, co czują szczęśliwi rodzice, na zawsze jednak naznaczeni przez niepewność tego, o co ich dziecko zapyta w przyszłości.

W Danii można sobie wybrać tatę niczym produkt z katalogu. To tam zatrzymujemy się na dłużej i zastanawiamy nad kondycją dawcy, który może zdecydować o swojej anonimowości. Dawcy spermy deklarują, że ich przyszłe dzieci mogą wyruszyć na poszukiwania ojca, kiedy tylko staną się pełnoletnie. Domagalska dotyka w rozmowach drażliwego tematu związanego z tym, w jaki sposób i czy w ogóle informować potomka o sposobie jego poczęcia. Rola ojca nazywanego bezpieczniej dawcą też nie jest do końca sprecyzowana. Ten, który decyduje się na jawność swoich danych, może oczekiwać w przyszłości na kontakt bardzo licznej grupy ludzi albo też takiego kontaktu się nie doczeka. Rozmówcy Domagalskiej wyraźnie sprzeciwiają się mitowi mówiącemu o tym, iż brak ojca bardzo krzywdzi dziecko. W jednym z cytowanych maili pojawia się następująca konstatacja: "Ojciec to nie tylko społeczna konstrukcja, to też genetyka". Opisywane są modele rodzin, w których bezpłodny ojciec nie czuje się kimś gorszym. Poznamy też historię teścia obdarzającego synową nasieniem, ponieważ jego syn nie mógł przyczynić się do powstania nowego życia. Genotyp a ojcostwo - nad tym także rozmyślają bohaterowie reportażu. Zwracają uwagę na wiele bolesnych konsekwencji braku informowania dzieci o tym, w jaki sposób powstały.

Sam problem dziecka z in vitro też jawi się w kilku różnych od siebie sytuacjach. Przeciwnicy tej formy zapładniania utrzymują, że to proces projektowania dziecka i wybierania sobie dogodnego czasu na macierzyństwo, co w gruncie rzeczy prowadzi do tego, iż granice ingerencji w ludzkie komórki rozrodcze wciąż się przesuwają. Karolina Domagalska pokazuje, jakim zbawieniem mogą być możliwości medycyny reprodukcyjnej dla wszystkich tych kobiet, które mimo splotu nieszczęśliwych wypadków nadal uważają macierzyństwo za priorytet. A przecież jest ono sprawą nadrzędną dla ludzkości, więc dlaczego znane i opracowane możliwości nie mogą w tym pomagać?

Kiedy chęć posiadania dziecka wydaje się nie do zwalczenia, coraz więcej bezpłodnych kobiet i mężczyzn rozważa opcje, dla których w Polsce nie ma aż takiego przyzwolenia społecznego jak choćby na zachodzie Europy. Ważna jest zatem polska publikacja, która w swej dyskrecji niczego tak naprawdę nie sugeruje, tezy zaznacza bardzo delikatnie, wnioskowanie pozostawia w dużej mierze czytającym. "Nie przeproszę, że urodziłam" to solidne kompendium o in vitro. Wkraczające w codzienność wielu wątpliwości, bo przecież dzieci mogą zadawać w przyszłości pytania, których nie stawiały sobie ich matki. Domagalska wplata w reportaż dramatyczne relacje ze zmagań obojga nieszczęśliwych rodziców. To nie jest tak, że płaci się za odpowiednie zabiegi, i ma się "zaprojektowane" dziecko. To dziecko powstaje nieco inną drogą, ale potem, po latach okupionych poświęceniem, może być naprawdę kochane i szczęśliwe także w związkach rodziców jednopłciowych, którym duże udogodnienia w macierzyństwie oferuje na przykład Izrael.

Czasy są zmienne, a te dzisiejsze nastrajają do smutnych refleksji o tym, że mimo wielu udogodnień jest nam w zasadzie coraz trudniej w ramach dnia codziennego. Karolina Domagalska pokazuje, jak mocno zawężają się te ramy dla samotnych kobiet, smutnych małżeństw bezdzietnych, dla czujących gorycz związków gejów i lesbijek oraz dla wszystkich tych, dla których macierzyństwo jest stanem, o jaki trzeba powalczyć. Czasami miesiącami, czasami przez lata. Dumne mamy po zapłodnieniu in vitro nie będą się wstydzić za to, że dały życie w niekonwencjonalny sposób. Ten reportaż ma kreślić coraz szersze dziś granice pojęcia rodzica i odpowiedzialności za własne dziecko.

2015-03-03

"Atlas: Doppelganger" Dominika Słowik

Wydawca: Znak

Data wydania: 5 marca 2015

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Mapy wspomnień

Przy sporym niedoborze ciekawych debiutów ma się od pewnego czasu nadzieję na to, iż każdy kolejny będzie prezentować sobą po prostu coś nowego, nawet jeśli niekoniecznie odkrywczego. Świetnie jest poznawać takie książki jak "Atlas: Doppelganger". Takie, które zwodzą w bardzo inteligentny sposób. Kreślą wyraźne historie i stawiają w niemym zdumieniu przed mnogością ich znaczenia. Niewielu przyzna się do tego, że jego małą ojczyzną jest zwyczajne blokowisko. Dominika Słowik z tego miejsca wyrusza w podróż, której sensem jest zapamiętywanie, gromadzenie, ale przede wszystkim zatrzymanie w słowie tych właściwości, dla jakich nie ma już miejsca, bo stanowią o świecie z wielkim trudem pożegnanym. Rzecz jest interesująca, choć wcale nie nowatorska. Wszak historie lokalne wyprawiła w świat już Joanna Bator, dla której wałbrzyska Piaskowa Góra była punktem wyjścia i zamknięcia niezwykłych opowieści. Słowik nazywa rzeczy po swojemu. Niekiedy złośliwie w nadmiarze, innym razem ironicznie w sposób dyskusyjny. Daje nam mimo wszystko przyjemność poszukiwania tropów gdzieś między słowami. Kreśli mapy myśli i mapy wspomnień oraz przede wszystkim własną mapę miejsca, z którego narracje kradniemy jak z górnej półki Dziadka skrywającego tam swoje największe sekrety.

Poznajmy rzeczywistość, której ram nie możemy być pewni. To świat osiedlowych plotek, legend i prostych opowieści skrytych w cieniu podziemnego potwora z wszędobylskimi mackami, czyli kopalni dźwigającej na sobie azbestowe bloki. To miejsce nadzwyczaj pospolite i niebywale wieloznaczne. Historie czasami się podgląda, czasami podsłuchuje przez cienkie ściany, czasem samemu tworzy, nazywa i łączy z innymi osiedlowymi opowieściami. Gdzie jesteśmy? Tam słucha się całym sobą, a nawet w dwójnasób, bo z mrocznym bliźniakiem, po którym zostają tylko mgliste wspomnienia. To świat wiekowego Demiurga, górnika i marynarza jednocześnie. Świat morskich opowieści i kopalnianej sadzy. Miejsce, gdzie złodzieje przesuwają bloki, a przygody mają sens tylko wtedy, gdy balansują między tym, co realne a tym, co metafizycznie niecodzienne.

Dominika Słowik podejmuje trud opowieści o miejscu tak bardzo niejednoznacznym i tak bardzo jej bliskim, że stwarza wrażenie tworzenia czasu na nowo. Bo czas przeszły stanie się nim tylko wtedy, kiedy na to pozwolimy. "Atlas: Doppelganger" jest historią pewnej mikroperspektywy, skąd wyłania się obraz nieustannej walki o własną tożsamość na przekór upływowi czasu, który chce odebrać ważność temu, kim się staliśmy. Ta książka opowiada o tym, jak trudno ruszyć w podróż z miejsca, z którego nigdy się nie wydobędziemy. Jest fantazją o zapominaniu, wspomnieniach oraz o możliwościach, jakie daje jedno i drugie. Słowik szuka odpowiednich środków wyrazu, by wyrazić miejsce sobie właściwe. Posługuje się figurą Dziadka i zbliżając nas do niego, jednocześnie oddala od widma kogoś, kto już przecież nie istnieje.

Wizyjność i  morze nie zawsze trafnych metafor idą w parze z punktowanymi wręcz wulgaryzmami, które chwilami bawią, chwilami wyznaczają specyficzne punkty ciężkości tej prozy. Bywa też, że irytują. Opowieści jest kilka. Każda z nich bezpośrednio lub pośrednio związana z postacią Dziadka. Jemu ufa się całkowicie i jemu wierzy bez zastrzeżeń - nawet wówczas, gdy ewidentnie konfabuluje, a robi to po to, by uciec w głąb siebie. Dziadek jest figurą wszechobecną i jednocześnie wielce niejednoznaczną. Tak jak Anna, rzekoma przyjaciółka narratorki. Podąża się za zasłuchanymi w Dziadka dziewczętami i widzi wielki labirynt. Każda nowa historia to potencjalna droga ku wydostaniu się z niego. Ale stopień zawikłania tej narracji jest jak blokowisko, z którego wyrasta. Mroczne, posępne, z jednej strony całkowicie oswojone, z drugiej kompletnie nieznane, bo wciąż ukazujące jakieś inne przestrzenie. Pojawia się też opowieść z czasu przyszłego, w którym przybysz znikąd wertuje pisane ślady po tych, co zamieszkiwali wymarłe już osiedle. Ale to już chyba inna, osobna historia.

Celem opowiadającej jest przejęcie pewnej dziadkowej spuścizny. Tego, co pozostawił, opowiadając o światach alternatywnych. Kwestionował każdy ład, nie wierzył w kształt Ziemi, nie ufał ludziom i niemiłosiernie drwił z ich przywiązania do zasad i konwenansów. Sam stawał się przezroczysty. Był wyrazicielem osiedlowych mądrości, na jakie nie byli w stanie zdobyć się inni w okolicy. Był Kreatorem i jednocześnie dokonywał destrukcji. Gdzie jest teraz i co po nim zostało?

Dominika Słowik opowiada o tęsknotach. Nie tylko tych wyrażonych wprost, gdy snuje opowieści o dziecięcych wyzwaniach typu przebieżka po autostradzie czy wkraczanie w przestrzeń cudzych mieszkań. Mamy tutaj do czynienia z dość oryginalną formą uwalniania wspomnień po to tylko, by wraz z nimi wracać jednocześnie do miejsca pochodzenia, i zabierać to miejsce w podróż ku czemuś nieznanemu. "Atlas: Doppelganger" jest opowieścią o nieumiejętnym, lecz zdeterminowanym żądzą poznania odkrywaniu coraz to nowych map. Także tych mentalnych. Autorka umieszcza siebie wewnątrz cudzych opowieści, jest zasłuchana w gawędę, baśń, brutalne groteskowe narracje i w czyjś gniew, który wyraża się w słowach i zachowaniu. Jest w środku tego, z czego wyrosła, ale już na zewnątrz świata, dla którego nie ma definicji i nie ma ram.

To odważna opowieść o przekraczaniu granic poznania świata najbliższego. O udręce separacji. Bo miejsce, w które wrośliśmy, zabieramy ze sobą na zawsze w podróż. Kiedy jesteśmy zagubieni, nazywamy je domem. Kiedy poszukujemy - jak Dominika Słowik - pozostaje nam tylko wydobyć z niego opowieści, które oparły się upływowi czasu.

2015-03-01

"Hiob. Powieść o człowieku prostym" Joseph Roth

Wydawca: Austeria

Data wydania: 6 lutego 2015

Liczba stron: 202

Tłumacz: Józef Wittlin

Oprawa: miękka

Cena det.: 40 zł

Tytuł recenzji: Wędrówka i straty

Wydawnictwo Austeria wznowiło właśnie ważne książki Josepha Rotha. Obok "Krypty kapucynów", "Marsza Radetzky'ego", "Fałszywej wagi" i publikacji złożonej ze wspomnień o pisarzu ukazuje się także w nowej, fioletowej oprawie historia wydana po raz pierwszy w 1930 roku. Dzisiaj aktualna o tyle, że wymusza pewne nowe odczytania. "Hiob. Powieść o człowieku prostym" jest alegoryczną narracją o utratach, buncie, śladach boskiej ingerencji w naszym życiu i o przypadku, dla którego można znaleźć wyjaśnienia w głębokiej wierze albo tej wiary negacji. Roth stworzył powieść, w której na nowo odczytuje biblijne dzieje Hioba. W losach żydowskiego bohatera zawiera własną wykładnię znanej opowieści, ale także jej uzupełnienia. Bo Mendel Singer, dwudziestowieczny Hiob, to człowiek uwarunkowany Historią, na którą nie ma wpływu, oraz doświadczany w wyniku podejmowania konkretnych decyzji. Roth pisze o ludzkiej samotności, wyobcowaniu i rozpaczliwym pragnieniu kontaktu z czymś, co wyrasta spoza ziemi, czasów i uwarunkowań. To intymna, smutna historia dialogu z Nieobecnym i silnej wiary, która porządkuje czas tak bardzo chaotyczny i przesycony wciąż nowymi stratami.

Mendel Singer wiedzie proste życie nauczyciela na prowincji. Codziennie uczy odczytywania świętych pism, ale sam niewiele w nich dostrzega, bo skupia się na treściach i przekazach dla niego oczywistych, niewymagających głębszej analizy. Singer nie waży złota, nie liczy banknotów, nie zajmuje się handlem, nie prowadzi w żaden sposób aktywnego życia. Jego żona Debora wytyka mu brak umiejętności chwytania z życia tego, co najlepsze. Rosną pretensje i roszczenia, z którymi Mendel nie jest w stanie sobie poradzić. To nie jest człowiek, któremu podejmowanie życiowych decyzji i wychodzenie życiu naprzeciw przychodzi z jakąś ludzką naturalnością, jak być może większości takich jak on. Singer wiedzie życie samotnika, do którego świat zewnętrzny prawie nie ma dostępu. Bohater Rotha emigrując w głąb siebie, stawia sobie niewielkie wymagania, a najważniejsze z nich jest takie, by nigdy nie skalać czystego sumienia, nigdy nie wpędzić duszy w poczucie winy i strachu.

Tymczasem wszystko wokół się zmienia, choć Mendel Singer świat widziałby tylko przez pryzmat swoich psalmów i modlitw. Dorastają jego dzieci. Jonasz i Szemaria mają być wcieleni do wojska. Miriam oddala się od rodziny, znajdując ukojenie w przypadkowych męskich ramionach. Najmłodszy syn, Menuchim, jest brzemieniem i źródłem pierwszych pytań o cel Boga, który obarcza skromną i wierzącą rodzinę tak wielkim ciężarem jak chore dziecko. Debora stara się brać sprawy w swoje ręce. Wie, że na męża nie może liczyć, jest mu coraz bardziej daleka, sama usiłuje sprostać coraz trudniejszym życiowym wymaganiom. Jeden z synów uniknie wojska, znajdując swoje miejsce w dalekiej Ameryce. Cała rodzina stanie przed nowym wyzwaniem. Czas będzie ruszyć w drogę, porzucić prowincjonalny Zuchnów, wybrać inny model życia i wierzyć, że podjęta decyzja jest słuszna.

Jeden z bohaterów powieści pyta i odpowiada sam sobie. "Czego wy zawsze włóczycie się po świecie? Diabeł was wygania". Podróż za ocean wzbudza wiele wątpliwości, ale rodzina konsekwentnie realizuje swój emigracyjny plan. W Zuchnowie pozostaje Menuchim. Kaleki wyrzut sumienia, dla którego rodzina nie znajdzie miejsca w zaplanowanym amerykańskim życiu. Porzucenie dziecka to stygmat, z jakim Singer i Debora mierzą się w inny sposób. Z czasem będzie docierać do nich ciężar podjętej decyzji i w nowym świecie pojawią się też wątpliwości. Podjęte decyzje przestaną być słuszne, a nowe życie przyniesie wiele gorzkich rozczarowań.

Opowieść o prowincjonalnym Żydzie, który świadomie zdecydował się, by żyć na marginesie, przeradza się w epicką historię podążania w stronę rzekomo lepszej rzeczywistości. Bohaterowie Rotha zostają rzuceni w otchłań, której kształtów ani zamiarów względem nich nie są w stanie przewidzieć. Czy jest to maleńki Zuchnów, czy też głośny Nowy Jork - Mendel Singer coraz bardziej zapada się w sobie, traci kontakt z rzeczywistością, gubi się także w swych rozmyślaniach, a największym jego dramatem jest oddalanie się od wiary i od Boga. Tego Boga, który wszystkim kieruje, każdemu przyznaje jego rolę, dzieli i wznieca namiętności, a poprzez trudy i utraty poddaje okrutnym próbom. Dla Singera amerykański etap życia to już swoista kara za decyzje, jakie zapadły w Europie. Bohater słabnie w każdym możliwym sensie i w tej słabości rodzi się bunt. Joseph Roth ukazuje, jak wielka jest skala rozpadu rodzinnego domu w chwili, gdy Singerowie przemierzają ocean i naiwnie wierzą w nowe życie, gdzieś z dala od europejskiej wojny. "Hiob" obrazuje anatomię utrat i dramaturgię przeżywania niezgody na cierpienie. Wyraźnie zaakcentowane są trzy mentalne pożegnania z synami. Z każdym Mendel Singer żegna się inaczej. Jest gotowy ponieść osobiste straty, jeżeli zrozumie ich istotę. W pięknej i wesołej Ameryce cierpi już z powodu osamotnienia oraz braku celu w życiu. Cierpi i zaczyna wygrażać Bogu. Czuje, że doświadczył zbyt wiele złego - on i jego rodzina.

Roth buduje opowieść o bezradności i przeznaczeniu, by ukazać złożoność problematyki życiowych utrat. Debora zdaje sobie sprawę z tego, że ślepa wiara w boskie wyroki to za mało. Żona Singera wie, iż trzeba często wziąć los w swoje ręce i pomóc temu, który być może tylko obserwuje; nie ingeruje, bo nie ma takiego zamiaru. Czy Mendel Singer w obliczu dramatycznych życiowych zdarzeń jest w stanie zachować czystość sumienia i niewinność duszy? Jak wiele upokorzenia przeżyje ta dusza, zrozpaczona ogromem strat i cierpienia, ale przede wszystkim nieznośnie samotna gdzieś obok Boga? Joseph Roth prowokuje do rozmyślań o ludzkim losie pośród znaków, które trzeba umieć interpretować. Co dzieje się przypadkiem, a co jest celowe? Ile cierpienia jest zasłużone, ile można uniknąć? "Hiob. Powieść o człowieku prostym" to wiecznie aktualna rozprawa z człowieczeństwem, które wciąż na nowo i wciąż w innej postaci chce szukać Absolutu, by wyjaśniać źródła życiowych niepowodzeń i dramatów.