2012-05-20

"Jest noc" Ludmiła Pietruszewska

Ludmiła Pietruszewska na niespełna 130 stronach porusza czytelnika bardzo silnie. To proza specyficznej konstrukcji – rwana, chwilami chaotyczna, także z przestawnym szykiem; imitująca język mówiony składnia. W taki sposób rosyjska pisarka wyraża duchowe rozterki doświadczonej przez życie matki. To krótka książka o długim procesie odchodzenia od stanu szczęśliwego macierzyństwa, ukazująca gorycz porażki rodzicielki i jej rozpaczliwe próby przerzucania miłości z dzieci, które ją odpychają, na wnuka – Timeczka, bo przecież on nie może być jak Alona czy Andriej. Pietruszewska pisze o doświadczaniu goryczy i upokorzenia, na które przecież się nie zasłużyło. Bo jakże to – dziecko wymierza ciosy matce, a ona wciąż trzyma gardę, wciąż walczy, beznadziejnie walczy o poważanie, uznanie i o to, by była kimś, kiedy czuje się już niepotrzebnym nikim.

Anna Andrianowna urodziła dwójkę dzieci w młodym wieku. Równie młodo Alona z Andriejem wkraczają w dorosłość. Córka wiąże się z darmozjadem i zakochuje bez pamięci, pozwalając sobą manipulować i doprowadzając do licznych aktów upodlenia przed partnerem, które jedynie potęgują negatywne emocje odreagowywane na matce. Alona jest dla niej okrutna i nie uznaje prawa do dalszej ingerencji w swoje życie. Dla niej matka to wariatka. Poetka – grafomanka. Tyle tylko, że pisząca o prozie życia pełnego wyrzeczeń i przykrości, bowiem relacje z córką przypominają pojedynki w ringu bokserskim. Kiedy Alona po raz kolejny zachodzi w ciążę i znowu zachowuje się nieodpowiedzialnie, konflikt między kobietami narasta, bo matka nijak nie może pojąć, w jaki sposób można z życia zrobić bagno tak, jak udało się to Alonie. Anna potrafi ingerować w życie córki po kryjomu. Czyta bowiem i komentuje jej pamiętnik – intymne zapiski o seksualnych inicjacjach, upokorzeniach i wstydzie. Matka i córka walczą, zamiast się wspierać. Anna wydaje się cierpieć bardzo, ale stać ją jeszcze na gesty i słowa świadczące o złośliwości. Bo czasami chce się wyszydzić to, jak Alona zmarnowała życie.

Podobnie można napisać o synu, Andrieju. Pomiędzy kolejnymi pobytami w więzieniu, pije i urządza żonie piekło domowe. Anna okazuje synowi więcej czułości niż córce, bo ma wrażenie, że między nimi jest jeszcze namiastka miłości i przywiązania, której nie doświadcza w kalekich relacjach z córką. Jej ukochany synek – kryminalista tylko przypadkiem trafia za kratki. Ma pecha i nie umie się w życiu odnaleźć. Zawsze można go przygarnąć, przytulić, dać pomieszkać u siebie. Tymczasem Andriejowi odpowiada tylko jedno, co może dać mu matka, a są to pieniądze. Pojawia się i znika. Wywołuje przyspieszone bicie serca rodzicielki wierzącej, że może tym razem syn okaże odrobinę dobrej woli i zbliży się do Anny. Powoduje trudny do opisania smutek i świadomość, że z drugim dzieckiem także nie można już być blisko.

A przecież Anna kocha i chce kochać, jeśli już nie może być kochaną. „Kochać trzeba, tak urządziła natura. Każdemu wolno kochać, więc miłość okrywa swoimi skrzydłami także tych, którzy nie powinni, ludzi starszych. Grzejcie się!”. Wspomniałem już, że ogromne, niewykorzystane pokłady matczynej miłości Anna kieruje na wnuka, ale i mały Timek nie jest w stanie odwdzięczyć się za uczucia. Andrianowna z bólem przyjmuje fakt, iż nikomu – może poza swą matką – nie jest już potrzebna. Co więcej, nie była potrzebna wcześniej i tylko sprawiała kłopoty. A przecież chce jedynie, by jej słodkie dzieciątka wciąż pozostały słodkie i bezbronne, bo wtedy można się nimi zająć naprawdę, a tymczasem przedwcześnie dorosłymi zajęło się życie z jego biedą i wyrzeczeniami na co dzień.

Bohaterka prozy Pietruszewskiej często w naiwny sposób bierze na siebie odpowiedzialność za losy innych. „Ja ciągle wszystkich ratuję! Ja jedna w całym mieście słucham po nocach, czy ktoś nie woła o pomoc w naszej dzielnicy!”. Ratunek otrzymują ci, którzy nie wyciągają ręki z prośbą. Ratować trzeba innych po to, by czuć się potrzebną. Po to, by jakakolwiek wartość Anny była jeszcze widoczna, odczuwalna. Bo przecież nie można zakończyć życia, odejść z tego świata jak niepotrzebny grat, wrak człowieka. Andrianowna chce pomagać innym, natomiast nie jest w stanie pomóc samej sobie.

„Jest noc” to intymna proza. Porażająco smutna, ale i chwilami komiczna. To taki komizm z piekła rodem, ale kiedy nie ma się już siły płakać, można przez chwilę stać się życiowym klownem. Dlaczego noc jest tym czasem, kiedy pragnienia się spełniają i kiedy macierzyństwo może przynieść szczęście? Dlaczego bohaterowie tej książki tak bardzo się ranią i nie potrafią żyć ze sobą, choć przecież los kiedyś ich połączył? To nie tylko książka o utracie, z którą nie można sobie poradzić. To przede wszystkim opowieść o dramatycznych próbach, by uczynić pustkę znośną i dać sobie zadowalającą definicję życia. Mądre, wnikliwe i warte poznania studium odrzuconej na boczny tor dojrzałej kobiety.

tłum. Jerzy Czech

Wydawnictwo Czarne, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-05-16

"Miasto Ł." Tomasz Piątek

Cenię sobie twórczość Tomasza Piątka, bo jak mało który polski pisarz „zalewowy”, każdą książką uderza w inną czułą strunę; tworzy naprawdę niezwykłe jakości jak „Heroina” czy „Pałac Ostrogskich” na zmianę z nijakościami – „Przypadkiem Justyny” czy „Antypapieżem”, choć ten bardziej pasuje do kategorii złośliwości literackich. Ponieważ czytając „Miasto Ł.” miałem jakoś wciąż w pamięci skądinąd uroczą historyjkę „Nionio” o mało uroczych sprawach, postanowiłem na wstępie nazwać nową rzecz Tomasza Piątka bardzo nioniową książką. Taką, do której pewnie chętnie kiedyś wrócę, ale także taką, którą czyta się z dużą przyjemnością, bo to na poły pamflet na samego siebie, na poły egzystencjalna opowieść o mocy i niemocy słów; książka o stwarzaniu nowego modelu komunikacji i o nazywaniu na nowo i od nowa tego, czemu odbierana jest wartość określana przez dawno zawisłe nad tym czymś słowo. Na poważnie jednak – to mroczna historia o grzechach i grzeszkach oraz o tym, że każdy może być wybaczony, jeżeli umieścimy Boga we właściwej perspektywie zaimków gramatycznych i damy mu najpierw trochę wywieść się w pole.

Do rzeczy jednak. T.,H. oraz M. mieszkają w jednym z – darujmy sobie zastanawianie się nad Ł. w tytule książki - mieszkań łódzkiej famuły. Stara oaza spokoju z czerwonej cegły stanie się jednak miejscem wysiedleń i przemian. Także tych wewnątrz wymienionych bohaterów. Czyli Tomasza Piątka i jego żony. T. jest byłym alkoholikiem oraz narkomanem, ewangelikiem i opowiada o włoskim fragmencie swej biografii. H. to przecież Hanna Gil – Piątek, jego żona. M. jest inicjałem chłopca, chłopaka właściwie, którego wspólnie wychowują. I jeśli choć po części ich codzienne życie wygląda tak, jak opisuje to „Miasto Ł.”, nasze czytelnicze naruszenie miru domowego może być – dla nas oczywiście – niezwykłą przygodą.

T. jest jednym z niewielu przedstawicieli mężczyzn. W mieście Łódź „(…) Mężczyźni albo nie żyją, albo się rozwiedli, albo są na robotach w Irlandii…”. Jedni piją, drudzy się szprycują, trzeci łykają clonazepam jak cukiereczki, a jest i taki, który robi wszystko naraz. T. z jednej strony jest bardzo niemęski w swej opiece nad domem, w gotowaniu cudownych potraw, w swej uległości względem H. i przez to, że na pewno H. jest w ich mieszkaniu kimś najważniejszym. Chociaż chwila! Jest jeszcze ktoś. Istota Luba. Kiedyś była psem, teraz jest bytem obserwującym. Być może nawet silną osobowością. Dlatego T. czasami ma ochotę jej dokuczyć; założyć kolczatkę tak, by bolało, skrzyczeć, znieważyć i kazać brać odpowiedzialność za to, że sra.

Nasz T. jest człowiekiem złym. Na początku wcale tego nie zauważamy. Są przecież gorsi – cała galeria ekscentrycznych sąsiadów, w końcu wysiedlonych z kamienicy, w której zostaje tylko T.,H.,M. oraz ich trzy wizje świata. Tymczasem T. robił rzeczy, których nazwy można zacząć na „ch” albo na „k” – zależy od tego, kto ma jak obrotny i bogaty w słownictwo język. Zatem T. znęcał się nad młodszą siostrą, zmuszał swe kochanki do aborcji, podjudzał zdesperowanego samobójcę i okradał koleżanki z pieniędzy. Do momentu, w którym zamiast banknotu z jednej z torebek nie wyjął… prosiaczka. To go zmieniło. Bardzo. Prosiaczka należało zwrócić. Swe sumienie zrewitalizować jak famułę, w której tylko on z rodziną pozostał. Prosiaczek stał się fetyszem i symbolem. Jednym z narzędzi opisu świata.

Bo w jaki sposób „Miasto Ł.” ukazuje świat i jego zależności? T. mówi: „Żeby pojąć reguły rządzące istnieniem, trzeba trzymać się reguł rządzących żartem”. Książka kipi od żartów, ale bynajmniej nie jest śmieszna. Podstawową kategorią jest zniekształcone brzmienie, a potem znaczenie słowa. Dopiero poddane zabiegowi przemiany, może organizować porządek w życiu T. i H. Na ich życie można patrzeć jak na zlepek surrealistycznych zdarzeń, ale czy nie takie jest prawdziwe życie, które chcemy obejść definicjami i zdrowym rozsądkiem?

Świat przedstawiony tej książki organizują przeze wszystkim zaimki – prawie każdy w nowej funkcji – oraz neologizmy, żądne tego, by trafnie wszystko opisać. Co to jest „guik-guik”? Minipimmer? Bimbik? Kotata? Psacerek? Dlaczego do wyrażenia świata ducha ludzi potrzebne są zwierzęta urastające do rangi symboli? Współistnienie rodziny T. z ich zwierzętami to specyficzne kompromisy, dzięki których chwilami ludzie stają się nieco zwierzęcy, a zwierzęta – i to wcale nie brzmi dumnie – ludzcy.

„Miasto Ł.” to pozornie nonsensowna i przesycona groteską do bólu opowieść o zmianach. Zmianach w życiu. Nazywanym za każdym razem inaczej. Autor w tekście umieszczonym na okładce wyraża przekonanie, iż wstyd się przyznać, ile w tej narracji jest prawdy. Problem polega na tym, że tę prawdę należy odszukać. Prawdę świata i mówienia o nim. Nie wystarczy klasnąć w ręce z zadowolenia z okrzykiem „wiem, co to Ł.,T.,H.,M., wiem wszystko". G… prawda! Nowa książka Tomasza Piątka jest tworem, którego wewnętrznej struktury nie da się określić. Cieszę się, że autorowi nadal chodzą po głowie tak nioniowate pomysły. Ma się nadzieję, że nie idzie jednak w stronę krzykliwej publicystyki, tylko napisze jeszcze niejedną dobrą powieść.

Wydawnictwo W.A.B., 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-05-14

"Berlin Blue" Zbigniew Zbikowski

„Berlin Blue” to taka powieść, po której niczego początkowo nie można się spodziewać. Poznajemy Jakuba Kubackiego, polskiego dziennikarza i publicystę – niegdyś politycznego, obecnie zajmującego się kulturą. Mężczyzna przyjeżdża do niemieckiej stolicy po 16 latach nieobecności. Kiedyś Berlin, wyraźnie przegrodzony murem, był miastem z innym duchem i miejscem, w którym Jakub zostawił cząstkę siebie. Przyjazd do metropolii, którą w świadomości bohatera nadal rozdziela mur, jest próbą zmierzenia się z przeszłością. Chodzi o to, by ją jakoś uporządkować czy też o kwestię nazwania wszystkiego tego, co kiedyś było istotne, a teraz domaga się pamięci? Początkowo wszystko zatem wskazuje na to, że możemy mieć do czynienia ze smętną opowieścią o duchach przeszłości, o rozliczaniu się z życiem, które nie ułożyło się jak powinno i z nazbyt sentymentalnymi westchnieniami nad tym, co minęło.

Debiutancka książka Zbigniewa Zbikowskiego bynajmniej nie tylko o powyższych kwestiach traktuje. Nie jest szara, smętna, nie wywołuje znużenia. Gdyby opierała się tylko i wyłącznie na rachunku sumienia, który dokonuje się w umyśle rozgoryczonego życiem mężczyzny w średnim wieku, byłaby opowieścią przewidywalną i dość monotonną. A nie jest. „Berlin Blue” to dość brawurowe połączenie powieści rozliczeniowej z intrygą kryminalną oraz dziennikarską. To kawałek prozy z pazurem, w której widać, że autor publikował już wiele wyraźnych i przekonujących tekstów w prasie. Dość łatwo rozpoznać już na początku, iż to fabuła stworzona przez dziennikarza. Zwarta, unikająca subiektywnych sądów narratora, wnikliwie analizująca wiele przeplatających się wątków, ale przede wszystkim lojalna względem czytelnika, bo pozwala mu poszukać przyjemności czytania na wielu rozmaitych płaszczyznach.

Jakub udaje się pewnego dnia do polskiej ambasady, gdzie ma uczestniczyć w uroczystości odznaczenia dobrego znajomego Kornela. To polski opozycjonista, bezkompromisowy i uczciwy. Miłując prawdę i wolność, ma w ambasadzie wygłosić kilka słów na temat służb specjalnych i donoszenia w okresie komunizmu, jak i zaraz po jego upadku. Kornel nie przybywa do ambasady, bo zostaje zamordowany. Jest jeszcze jeden trup. Jakub tymczasem daje się wywieźć swemu niemieckiemu przyjacielowi Heinzowi gdzieś poza Berlin, by w leśnym zaciszu Forsthaus analizować, dlaczego jego osoba może być powiązana z morderstwami.

Jakub ma dwóch przyjaciół. Takiego dobrego i złego. Tym pierwszym jest wspomniany Heinz, tym drugim Roman – mąż byłej żony Kubackiego. Zarówno jeden, jak i drugi kryją w sobie tajemnice. Zastraszony i terroryzowany Jakub nie wie, który z nich jest po jego stronie, a który stał się wrogiem. Obie znajomości trwały latami, gruntowały się, stawały prawdziwymi męskimi przyjaźniami. Tymczasem nadejdzie moment, w którym Jakub zorientuje się, kto gra wobec niego nie fair i będzie musiał zrozumieć, że ktoś go oszukał.

Kryminalna intryga w „Berlin Blue” snuje się wokół charyzmatycznego senatora Ryszarda Jaremskiego. To człowiek nieprzewidywalny i mroczny. Składa Jakubowi propozycję nie do odrzucenia. Zmusi do tego, by zrewidować jego poglądy na życie – to obecne i to, które już minęło. Jaremski uważa, że świat ma u stóp. Kubacki natomiast z czasem orientuje się, że wizja świata Jaremskiego to wizja kłamstwa, ułudy i korupcji.

Poznajemy także dwie ważne dla bohatera kobiety. Była żona, Danka, prawdopodobnie była agentką Stasi i przed laty donosiła. Młodsza od niej Kinga, z którą Jakub rozstał się jakiś czas temu, jest zaangażowaną w pisanie o prawdzie dziennikarką, która stara się tropić byłych agentów polskich i niemieckich służb specjalnych. Rozwiązania fabularne Zbikowskiego pozwalają nam na to, by z kilku perspektyw przyjrzeć się mrocznym realiom pracy dwóch wywiadów, poznać ich wzajemne zależności i zrozumieć mechanizmy werbowania agentów. Mamy zatem w „Berlin Blue” także wyraźne wątki polityczne, które czynią z książki opowieść jeszcze bardziej soczystą i nieprzewidywalną.

O czym tak naprawdę pisze Zbikowski? Zacytujmy myśl Jakuba - „(…) O skomplikowanej przeszłości, o więzach i pętlach, o przyjaźni i nienawiści, o niezrozumieniu”. Kubacki przybywa do Berlina, by nie tyle zrozumieć przeszłość, lecz by pozamykać furtki do niebezpiecznej już przestrzeni, która zatruwa mu życie. Berlin jest miejscem, w którym dojrzewał. Obecnie chłonie miasto inaczej po to, by uświadomić sobie, że zmiany są nieuchronne. Zmieniło się miasto, zmienił się on sam. Coś trzeba definitywnie zakończyć, przestać tęsknić i udawać, że jeszcze może być, jak było. Teraz nie jest lepiej ani gorzej. Jest inaczej, ale trudno to zrozumieć.

Ogromny plus za sugestywne przedstawienie Berlina – miasta multikulturowego, wiecznego placu budowy, połączenia kiczu i tandety ze sztuką wysoką. Berlina nie można nie pokochać, jeśli już się tam znajdziemy. Każdy odkryje w nim coś własnego. Myślę, że w książce Zbikowskiego wybierzemy sobie bohatera, którego obdarzymy szczególną sympatią. „Berlin Blue” daje wiele możliwości wyboru – także interpretacji. Świetna powieść o młodzieńczych wzlotach i chwilowych upadkach wieku średniego. Bardzo stonowana, melancholijna i bardzo blue…

Warszawska Firma Wydawnicza, 2012


KUP KSIĄŻKĘ

2012-05-12

"Trociny" Krzysztof Varga

Kiedy Amy Winehouse popełnia spektakularne samobójstwo, a Anders Breivik na wyspie Utøya w równie spektakularny sposób pozbawia życia wielu ludzi, Piotr Augustyn, lat pięćdziesiąt, bohater – a raczej antybohater – najnowszej powieści Krzysztofa Vargi walczy z rozwolnieniem i objawami grypy żołądkowej. Ta dość wyraźna ilustracja tego, czym jest życie Piotra przeniesie się potem na grunt porównywania. Jego nędznego życia uśrednionego jak Polska frustrata ze światem, który w jakiś sposób błyszczy, ma jakość, choćby fatalną i niedopracowaną, ale ma. Augustyn jakości nie ma, celu również, a i pragnień jakichkolwiek się wyzbył. To podstarzały komiwojażer zbędności, niewolnik kolejowych przedziałów i niewygodnych łóżek w trzygwiazdkowych hotelach. Taki nowy Adaś Miauczyński, ale nie do końca, bo jego neurozy, psychozy i emocjonalne rozgrywki, które toczy z samym sobą mają miejsce w nieco innej płaszczyźnie.

Oto Varga, mistrz portretów wyraźnych. W „Alei Niepodległości” zestawił ze sobą dwa. Krystian Apostata uosabiał życiowy margines, a Jakub Fidelis tego życia główny nurt. Obaj byli groteskowi. Piotr Augustyn sytuuje się gdzieś między nimi, ale na pewno z żadnym by się nie zaprzyjaźnił, bo nie ma w jego umyśle pojęcia takiego jak przyjaźń, bliskość, objawy międzyludzkiej dobroci. Wyżyny szczęścia Augustyn osiąga jedynie słuchając niemodnej, nie przystającej do dzisiejszych czasów muzyki. Sam odstaje, chociaż może nie ponad normę. Normą bowiem jest wszystko. Nie ma wielkości, wspaniałości, wyjątkowości. Żyjemy, żremy, wydalamy, dorabiamy się hemoroidów na fotelach przed telewizorami, ale przede wszystkim żyjemy bez sensu, choć każdy rozpaczliwie próbuje swej wegetacji sens nadać.

Już takie refleksje nie zachęcają do lektury? Przykro mi, ale to dopiero początek. „Trociny” to nie jest książka, którą ma się lubić, ale jedna z tych, która natrętnie powraca w myślach i nie daje spać. Denerwuje, porusza, tylko chwilami śmieszy. To, czego doświadcza Piotr i co opisuje, bardzo rzadko jest humorystyczne. Jest za to szare, przykre i nadzwyczajnie prawdziwe. Choćby jego nudna praca. Bujanie się śmierdzącymi i spóźniającymi się polskimi pociągami na spotkania z ludźmi w miastach, których topografię zna doskonale, bo w każdym bywał wielokrotnie. Niechętne powroty do pustego mieszkania, w którym kiedyś więcej życia wprowadzała żona, a teraz jedyną przyjemnością są zestawy płyt, których słuchać może chyba tylko sam Augustyn. Fiksacje i neurozy? Proszę uprzejmie – paniczny strach przed ciemnością, nieumiejętność proszenia o pomoc, dostrzeganie w każdym wroga, przekonanie o słuszności kary, bardzo ostrej kary śmierci. Świadomość, że już od jakiegoś czasu zmienia się w ludzkie ścierwo. Że go tak naprawdę nie ma. Że za to wszystko odpowiadają debilni rodzice, z którymi nadal utrzymuje kontakt, męcząc się niemiłosiernie. Jego bezpieczne miejsca i takie, które przeklina to kolejowy przedział albo trzygwiazdkowy hotel. Piotr snuje się gdzieś obok życia. Każe swej obleśnej powłoce się poruszać, ustom mówić, rękom wykonywać komiczne gesty. Wegetuje. Na nic nie czeka. Chce rozliczyć się z tym, co przeżył i z tym, co widzi obecnie.

Jego rodzice pochodzący z koszmarnego Międliszewa stali się „przyszywanymi” warszawiakami. Ich gówniane pochodzenie to także pochodzenie Piotra. Wiecznie posłusznego syna, który jedynie obserwował i coraz silniej nie znosił rodziców. Ojca – pracoholika, który budował Polskę Ludową, a później tylko jej mógł w pełni zawierzyć. Matki – wciąż coś pucującej, szorującej, zaciskającej usta w wąską kreskę i znającej swe miejsce, delikatnie przysiadającej na brzeżku fotela, kiedy mąż każe jej patrzeć na jakieś rzadkie spektakularne sportowe wyczyny naszych rodaków. Augustyn latami wrasta w rodziców. Im bardziej ich nienawidzi, tym częściej odwiedza. Nienawidzi wiejskości, sielskości; tego wszystkiego, co kształtowało go za młodu. Nie może zrozumieć, że ojciec jest tak tępy, iż nie rozumie choć kilku z jego problemów, a matka te problemy zapycha kolejnymi mielonymi na talerzu.

Toksyczna jest rodzina Augustyna w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale i ta symboliczna. Obleśna i szara Polska, w którą został wtłoczony i z której nie jest w stanie uciec nawet podczas letniego urlopu. Polska obserwowana zza kolejowych okien i ta, po której brudnym bruku stąpa. „Za dużo tej Polski, zbyt wiele miejsca zajmuje, rozłazi się we wszystkich kierunkach, rozpełza, wylewa na wszystkie strony jak wiosenne roztopy, a wszystko w niej grzęźnie, osadza się, tonie”. Polskość jest też w Piotrze i za nic nie jest w stanie się jej wyprzeć. Dlatego tonie. Grzęźnie. Chciałby zaznać szczęścia bycia bezrefleksyjnym debilem. Nie jest nikim innym niż szarą postacią z szarej firmy o szarej biografii, o której nie wiem jakim cudem można napisać ponad 350 stron.

Miłości też nie dane mu było zaznać. Były związek z Agnieszką to aktualna trauma na całe życie. Kolejna. Augustyn jakby je kolekcjonuje. Być może wbrew własnej woli. Do niczego innego nie jest zdolny. I tak właśnie „Trociny” ukazują zgorzknienie tak prawdziwe, że trudne do zaakceptowania. Świat Piotra Augustyna to świat trocin, z których powstaliśmy i w które się obrócimy. Skąd te przekonania? Przez swe wiejskie pochodzenie, ograniczonych rodziców? Przez kalekie relacje z kobietami? A może zwyczajny konformizm, który każe mu paść swe dupsko pewną premią nudnej firmy i oddawać się różnego rodzaju utyskiwaniom? Świat, jaki jest, każdy widzi. Varga w najnowszej książce ten świat prześwietla. I naprawdę trudno z jego nową powieścią pobyć. Możemy od niej uciec, porzucić ją. Piotr Augustyn – mimo największych starań – nie może uciec od siebie. I to chyba najważniejszy z wielu dramatów prezentowanych na kartach „Trocin”.

Wydawnictwo Czarne, 2012

KUP KSIĄŻKĘ