2013-08-12

"Pokój na wodzie" Roberto Pazzi

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 14 sierpnia 2013

Liczba stron: 230

Tłumacz: Monika Woźniak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Płynąc Nilem…


Lubię powieści, które nurzając się w przeszłości, kreują alternatywny los dla postaci znajdujących się na marginesie historii. Roberto Pazzi postanowił opowiedzieć o losach Cezariona – ostatniego faraona egipskiego, syna Juliusza Cezara i Kleopatry – na swój własny sposób, tworząc tym samym przejmującą powieść o samotności pośród okrucieństw, zdrad, przelewanej krwi i niepewności jutra. Takiej samotności, która boli, gdyż wyrasta z pustki i zagrożenia. Jest dojmująca, bo nie do pokonania; ślepy los wiedzie ku zagładzie duszę, dla której nie ma już miejsca na świecie i którą trzeba zgładzić. Tak, Cezarion został zgładzony. Pazzi opowie o tym, jak mogłyby potoczyć się jego losy inaczej, budując niespieszną i subtelną, choć nieco ekscentryczną narrację o ostatnim rejsie po Nilu, w jaki wyprawiła Cezariona matka…

Opowieść rozpoczyna się od rozmyślań Juliusza Cezara. Od pierwszych zdań wkraczamy w atmosferę nieznośnego fatalizmu i udręki. Coś wisi w powietrzu, coś niedobrego się wydarzy – teraz i za jakiś czas. Cezar wspomina Wercyngetoryksa, pojmanego przed laty barbarzyńcę, którego nareszcie chce zabić. Ich wzajemne relacje są co najmniej skomplikowane. Pokonany wchodzi w więź zależności z tym, który go pokonał. Za chwilę coś się wydarzy. Coś się skończy. A może jednocześnie coś zacznie? Dramatyczne dylematy z 46 roku p.n.e. będą paralelne z tymi, jakie poznamy na pokładzie statku płynącego w 30 roku p.n.e. w górę Nilu, gdzie uchodzący z Egiptu osiemnastoletni Cezarion ma odnaleźć drogę ku zbawieniu, by żyć na wygnaniu równie osamotniony co dotychczas. Pozornie mroczna introdukcja z jego ojcem niewiele będzie mieć wspólnego z dalszą narracją. Tymczasem rozpoczyna się opowieść, w której dużą rolę odegra obezwładniająca od pierwszego wrażenia Etiopka, jaka zmieni bieg zdarzeń historii starożytnej i zmusi do spojrzenia na opowieść Pazziego jako na ponadczasową parabolę ludzkiego wyobcowania i naznaczenia przez historię rolą, której nie chce odegrać.

Na pokładzie statku wraz z Cezarionem podróżuje Lania, niańka samej Kleopatry. Dostrzeżemy silny związek emocjonalny niewolnicy ze swym panem, który cementuje erotyczna, zakazana i przez to lepiej smakowana namiętność. W Lanii zakochany jest wychowawca Cezariona Rodon, który chce zapobiec dalszej podróży i nakłonić młodzieńca do tego, aby wrócił i by oddał się w ręce Oktawiana. Rodon metodycznie planuje, w jaki sposób zmusić załogę statku do powrotu. Intryga wydaje się być okrutna, a zamieszane w nią osoby są bezwzględne i zdeterminowane. Na statku zaczyna panować atmosfera zagrożenia i niedomówień. Jest coraz bardziej niejednoznacznie. Bunt i odwrót wyprawy są coraz bardziej realne. Kiedy wydaje się, iż niecny plan Rodona zostanie zrealizowany, statek Cezariona mija na Nilu hebanowy okręt, który płynie w odwrotnym kierunku. Na jego pokładzie znajduje się Afra. Płynie ku Aleksandrii, by się ocalić. Cezarion odbywa odwrotną podróż z tym samym zamierzeniem. Ich życie to w gruncie rzeczy podobne historie, które staną się jednością. Na jaki pomysł wpadną, by się wyzwolić? Dokąd ruszą? Czy ku wyzwoleniu? Przecież śmierć pisana jest prawdopodobnie wielu ludziom na obu pokładach. Co się wydarzy? W jaki sposób Cezarion i Afra wyznaczą swemu życiu nowy bieg?

Warto zwrócić uwagę na fakt, że relacje międzyludzkie na statku Cezariona odzwierciedlają życie dworskie, w którym mamy spiski, tajemnice, manipulacje i korupcję. Mroczna atmosfera rejsu zagęszcza się i trudno przewidzieć, do czego doprowadzi. Nie jest też przewidywalne, w jaki sposób Roberto Pazzi rozwinie zdarzenia w tak niezwykły sposób zainicjowane przy spotkaniu na Nilu dwóch statków. Autorski punkt widzenia obejmuje nie tylko dramaty młodych, którzy uciekają. Dość dokładnie i z zachowaniem dbałości o starożytne realia, Pazzi portretuje też postaci drugiego planu, wikłające się w konflikty i przeżywające rozterki. Wiele krwi ze statku spłynie do Nilu. Zbyt wielu straci możliwość decydowania o swoim losie, choć przecież tak niewielu taką możliwość w ogóle ma. W moim odczuciu mankamentem powieści jest skupianie się właśnie na tych dramatach drugiego planu, choć są wyraziste i dość ciekawie uzupełniają wiedzę o wyobcowanym Cezarionie i Afrze. Moglibyśmy mieć w gruncie rzeczy genialny zapis kameralnego dramatu. Starożytnego monodramu z fatum, któremu chce się stawić opór. Bo przecież Cezarion, tak jak wcześniej jego ojciec, stoi w centrum autorskiego zainteresowania i to od początku do końca przykuwa uwagę. Trudno w konwencji tak dostojnej i majestatycznej prozy ukazać prawdziwy dramat młodzieńca, który niczym Faeton spada strącony – z tronu, z władzy, z życia. „Pokój na wodzie” jest zatem trudną do jednoznacznego sklasyfikowania powieścią, albowiem Roberto Pazzi rozprasza czytelniczą uwagę, kierując ją do miejsc, zdarzeń i postaci, które nie są prawdopodobnie kluczowe.

Czyta się tę na nowo napisaną historię Cezariona mimo wszystko wybornie, bo nacisk położony jest nie na akcję, a przeżycia – tak niejednoznaczne i tak trudne do wyrażenia przez tych, co cierpią i nie mogą zrobić nic, by zaradzić temu cierpieniu. Mamy tutaj opowieść o niedojrzałym emocjonalnie władcy, który rządzi wszystkim, lecz nie własnym losem. Uciekający w ramiona starszych kobiet chłopiec jest dla innych mężczyzną, którego należy się bać. Wydaje się przecież wyzbyty wszelkich namiętności. Dopadają go one tam, gdzie nikt nie może mieć dostępu, by wykryć słabości Cezariona. Przypadkowe spotkanie z niezwykłą Afrą odmienić może losy ich dwojga, ale w jaki sposób się to stanie?

„Pokój na wodzie” to niespiesznie snuta opowieść o nieprzewidywalności losu. O tym, że tego losu panami być nie możemy. O skrytych słabościach i otwartej obojętności. Tej wynikłej z pustki, jaką w duszach uczyniła dojmująca samotność, na chwilę obezwładniona, okiełznana, oddalona… To historia o tym, jak wiele zawsze może się wydarzyć i jak bardzo nie panujemy nad losem, nie rozumiemy swego przeznaczenia, biernie poddajemy się przypadkowi, kierując żądzami i emocjami tak ulotnymi, jak trudny do uchwycenia jest nastrój ten książki. Sentymentalny. Mroczny. Duszny i przygnębiający, a jednocześnie w ciekawy sposób magiczny i kuszący. Pazzi tak jak Konstandinos Kawafis oddał literacki hołd temu, któremu los szybko odebrał rodziców, władzę i przyszłość, historii każąc milczeć o biografii szarej i wyraźnie niedokończonej. A jednak przecież – czego dowodzi ta książka – fascynującej.

2013-08-10

"Siła strachu" Koethi Zan

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 19 lipca 2013

Liczba stron: 344

Tłumacz: Janusz Ochab

Oprawa: miękka

Cena det: 32 zł


Tytuł recenzji: Okrucieństwo na zawsze

Książki kwestionujące człowieczeństwo w sytuacjach ekstremalnych staram się omijać szerokim łukiem. Zwykle uświadamiam sobie, jak wiele okrucieństwa jest w stanie znieść człowiek i jak niewiele sam mógłbym unieść. Zdarza mi się od czasu do czasu przeczytać rzecz, która pokazuje degradację człowieka, nie odbierając mu jednak pewnej godności i silnej woli, by walczył. Taką jak ta. Koethi Zan napisała dynamiczny thriller o degradacji kobiecości przede wszystkim. Daleko jej do surowego opisu tego procesu, który genialnie prezentuje Steinar Bragi w "Kobietach". Islandzkie okrucieństwo względem kobiety nie różni się niczym od tego, co proponuje amerykańska pisarka, niemniej jednak jej książkę dynamizuje akcja, prawie zatrzymana u Bragiego, i to właśnie w karkołomnym splocie zdarzeń poznawać będziemy historię upodlenia, zniszczenia i  sadyzmu. Historię, w której ofiary walczą o siebie. Przez całe życie.

Sara i Jennifer wiele razem przeżyły. Wbrew temu, co robią nastolatki upojone wolnością, one obkładają się nakazami i zakazami. Analizują wszelkie możliwe formy zła, jakie mogą je w życiu spotkać i starają się stworzyć zbiór zasad, dzięki którym nie spotka ich nic przykrego. Myślą, że są w stanie zrozumieć ogrom zagrożeń, ustrzec się przed nimi, oswoić istotę zła. Nie mają pojęcia o jego prawdziwym wymiarze do momentu, w którym nie wsiądą do czarnego sedana, jaki zawiezie je do piekła… Przyjaciółki wspólnie pożegnały matkę Jennifer, ale po tym zdarzeniu powitały wszelkiego rodzaju lęki, jakie towarzyszyły im na każdym kroku. Co dzień obliczały prawdopodobieństwo spotkania się z czymś niebezpiecznym i co dzień wierzyły, że dobrze się zabezpieczają przed nieszczęśliwymi wypadkami. Kiedy znajdą się skute łańcuchami w piwnicy psychopatycznego sadysty, dotrze do nich, że nie zabezpieczyły się przed złem do końca. Zło wedrze się do ich ciał i umysłów, powodując, iż żadna nie wyjdzie z opresji; ani ta, co zginęła, ani ta, co będzie żyć.

Sarę poznajemy po dziesięciu latach od momentu, w którym odzyskuje wolność. Trzy lata w piwnicy, trzy lata torturowania – z tym nie można po prostu żyć. Spadek Sary po tamtych wydarzeniach? „Zaburzenia opresyjno-kompulsywne, agorafobia, hafefobia, nerwica pourazowa”. Kobieta żyje wycofana i zamknięta w czterech ścianach bezpiecznego apartamentowca na Manhattanie. Pielęgnuje swoje lęki i fobie, odcinając się od ludzi. Trwa w wiecznym zawieszeniu, rozmyślając i analizując wciąż na nowo, dlaczego nie udało jej się uratować przyjaciółki. Jej śmierć przed laty to największa porażka Sary. Drugą wydaje się fakt, że sadysta zwyciężył w swej chorej grze, albowiem uzyskał dostęp do umysłu Sary, jej wcześniejszego życia, jej pragnień i oczekiwań. Sara od czasu uwolnienia żyje w nieco innym strachu niż wcześniej, ale pewne jest to, iż nigdy nie pożegnała się z traumatycznymi zdarzeniami, a wspomnienia niszczą ją od środka bez względu na lata terapii, przy jakiej się otworzyła i bliskich ludzi wokół, dla których wciąż jest kimś wyobcowanym.

Sara nie radzi sobie. Jest jej coraz trudniej, bo wciąż dostaje listy z więzienia od swego oprawcy. Bardzo prawdopodobne jest, iż za kilka miesięcy wyjdzie on na wolność warunkowo. Ten fakt popycha Sarę do działania. Chce zrozumieć, co tak naprawdę się stało, przez co przeszła i jakie miało to znaczenie dla tego, który krzywdził. Chce też odnaleźć ciało przyjaciółki, ale przede wszystkim świadomie stawić czoła wspomnieniom, które niszczą i zabijają wolę życia. Życia na wolności przecież. Sara ruszy do Oregonu, gdzie nigdy miała się już nie pojawić. Odnajdzie ludzi związanych z oprawcą, wejdzie do jego środowiska, odkryje dotychczas nieznane fakty i powiązania, jakie zlekceważyła przed laty policja. W tej piekielnej wędrówce będą jej towarzyszyć dwie inne ocalałe. Tracy, która wydaje się dzielna i Christine, dla której życie po koszmarze w piwnicy nadzwyczaj szybko wróciło na normalny tor. Trzy ocalałe muszą po latach zjednoczyć siły, by zamknąć przeszłość, ale także ocalić kogoś poza nimi…

Koethi Zan skonstruowała powieść w ten sposób, że wciąż jesteśmy zaskakiwani na nowo, a narracja mnoży coraz bardziej nieprawdopodobne i sensacyjne aspekty sprawy sprzed wielu lat. Choć wiemy, że trzy ocalałe kobiety rozpoczęły nowe życie, a ich oprawca przebywa w więzieniu, nie znamy żadnych szczegółów tamtego okresu sprzed lat, gdy walczyły w piwnicy o kolejny dzień. Poznając poczynania Sary, która dokonuje rzeczy niemożliwych, by zwalczyć się taką, jaką wcześniej była i by dzielnie stanąć twarzą w twarz z ukrytymi prawdami, odkrywamy jednocześnie, w jaki sposób zniewolone dziewczyny radziły sobie w ekstremalnej, wieloletniej sytuacji upokorzenia. Przeplata nam się więc przeszłość z teraźniejszością i sami nie wiemy, gdzie rozgrywa się większy koszmar. Bo okazuje się, że tortury i lata w piwnicy mogą stać się niczym z demonami, jakie przychodzą dziesięć lat później i które udowadniają, że strach nigdy nie minął…

A pławi się w nim błyskotliwy i charyzmatyczny nauczyciel akademicki. Jack Derber porywa młode kobiety, więzi je, bawi się nimi i odziera je z resztek godności. W piwnicy jego domu poznają, czym jest ból i upokorzenie. Sama postać oprawcy jest o tyle ciekawa, że poznajemy ją z każdej możliwej strony, ale nie dotrzemy do jasnego wytłumaczenia, dlaczego pastwił się nad ofiarami. Dzieciństwo skryte jest we mgle. Motywacje, które nim kierują, gdy pisze listy z więzienia, także są dość niejasne. Próbujemy zbliżyć się do prawdziwej tożsamości psychopaty tak samo jak trzy byłe ofiary próbują zrozumieć własną tożsamość oraz skomplikowane relacje, które łączą je po latach. Dlaczego Tracy tak nienawidzi Sary? Skąd Christine wzięła siłę, by po prostu normalnie żyć, nie dręcząc się przeszłością? Kto tak naprawdę odpowiedzialny jest za to, że przed laty znalazły się w piwnicy i jaki sens miało ich niezawinione cierpienie, podczas którego utraciły nie tyle godność, co poczucie własnej wartości? Być może na zawsze.

Thriller Koethi Zan rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Zwolennicy wartkiej akcji i niekonwencjonalnych jej zwrotów będą usatysfakcjonowani na równi z czytelnikami, którzy spojrzą na tę książkę jak na mroczną przypowieść o tym, że najbardziej nawet opresyjną przeszłość trzeba do końca zrozumieć, aby… przetrwać i zamknąć ją w sobie, by nie bolała wciąż na nowo. Sensacyjna fabuła chwilami nie jest wolna od rozwiązań co najmniej mało prawdopodobnych albo wręcz nielogicznych, jednak czyta się tę książkę z niesłabnącym poczuciem zaangażowania w sprawę. Spektakularny finał nie tyle zaskakuje, co być może trywializuje egzystencjalną problematykę narracji, niemniej jednak Zan stara się zadać wiele niewygodnych i zawsze trudnych pytań o to, ile możemy znieść zła i jak bardzo to zło naznacza nas. Na zawsze.

2013-08-08

"Niewidzialny most" Julie Orringer

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 19 czerwca 2013

Liczba stron: 752

Tłumacz: A. Mitraszewska, N. Dzierżawska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 44,90 zł


Tytuł recenzji: Architektura serc

Takich powieści już się w dzisiejszych czasach nie pisze. Takie opowieści trącą nadętym sentymentalizmem albo naznaczają się archaiczną tematyką, bo przecież o drugiej wojnie światowej napisano już wszystko, a o miłości na przekór wojnie tym bardziej. „Niewidzialny most” to jednak warta uwagi książka nie tylko dlatego, że zestawia ze sobą rzeczywistość przedwojenną i koszmar przetrwania w wojennej zawierusze. To specyficzne świadectwo wielkiej wrażliwości amerykańskiej pisarki, która – niczym nastolatka z epilogu książki – chce zrozumieć to, co niepojęte i niezrozumiałe. Nadać temu wagi swymi słowami, ożywić przeszłość i duchy tych, dla których życie skończyło się zdecydowanie za wcześnie i którym nie było dane przejść na drugą stronę niewidzialnego mostu, jaki buduje w sercach niezwykła para – młody węgierski student architektury i starsza od niego o dziewięć lat francuska nauczycielka baletu skrywająca w sobie bolesną tajemnicę i wiele niezabliźnionych nigdy ran.

Julie Orringer z epickim rozmachem penetruje czas i zdarzenia, do których sama docierała tak, jak jej bohaterowie docierają do świadomości tego, po co i dla kogo są naprawdę oraz kim się staną, a kim mogliby być. Niespiesznie snuta opowieść obejmuje lata tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i czas po niej, kiedy przewartościowano wszelkie idee i kiedy świat musiał zacząć żyć na nowo po czymś, co było świadectwem hańby człowieczeństwa w ogóle. „Niewidzialny most” traktuje o wielu wciąż wdzięcznych literacko dylematach. To książka o miłości ponad wszystkim, ale przecież nie tylko miłość jest tu eksponowana. To historia wielkich nadziei, które nijak mają się do rozsądku i wbrew niemu pozwalają na to, by przetrwać najtrudniejsze chwile. To także poruszająca opowieść o desperacji, w której podejmujemy często irracjonalne kroki i wiodą nas one tam, gdzie pewnie byśmy się nie widzieli. Historia dwóch węgierskich rodzin, które łączą się ze sobą, by wspólnie przeżyć wojenne piekło i by dać z siebie wszystko dla tych, co kochają, gotowi są do kompromisów, wspólnie planują przyszłość i potrafią się szanować. Orringer napisała także mroczną, gorzką i przejmującą swym okrutnym realizmem powieść o utratach, na jakie nigdy nie jesteśmy gotowi i o świecie, który stać się może piekłem, jakiego człowiek nie mógłby się spodziewać.

Andras Lévi, prosty węgierski chłopak z równin – Hajdú – otrzymuje niezwykłą szansę od losu. W 1937 roku pakuje się i wyjeżdża do Paryża, gdzie dzięki stypendium będzie mógł studiować architekturę. Ten ufny i prostolinijny dżentelmen zgadza się wyświadczyć pewną przysługę, przewożąc z Budapesztu paczkę oraz list. Paczka trafia do Józsefa Hásza, utracjusza i libertyna, który wykorzystuje to, iż może prowadzić awangardowe życie towarzyskie w Paryżu, lekkomyślnie podchodząc do tego, co przyniesie los. Andras widzi w nim kogoś innego niż postać, jaką kreśliła jego matka, obiecując, iż József zajmie się nim po przyjeździe do francuskiej stolicy. Tymczasem pomaga mu ktoś inny, a jest to jadący tym samym pociągiem do Paryża Zoltán Novak. Kiedy okaże się, że z powodu żydowskiego pochodzenia Andrasa jego stypendium zostanie wstrzymane, to Novak zaoferuje mu pracę, by mógł nadal studiować i wierzyć w swe architektoniczne wizje, tworzyć nowatorskie projekty, ufać losowi mimo przeszkód i … zakochać się, szaleńczo i bez pamięci w kimś, kogo poznawanie będzie wymagało od niego, by dojrzał szybciej niż by chciał. Wspomniani mężczyźni odegrają w dalszym życiu Andrasa znaczącą rolę i nikt nie podejrzewałby, że ich losy tak dramatycznie i zupełnie nieprzewidywalnie połączą się zbiegiem wielu okoliczności, wokół których Orringer snuć będzie dalej swą wielowątkową opowieść.

Paryska rzeczywistość przedwojenna zarysowana jest dokładnie i dużą dbałością o szczegóły. Chłonie się atmosferę miasta, uczestniczy w miłosnych podbojach Andrasa, poznaje jego znajomych, cierpi wraz z nim i raduje tym, czego może do końca nie rozumie, ale w co wierzy tak, jak wierzy w przyszłość z Claire Morgenstein, bo to do niej adresowany jest list, jaki przewozi z Węgier. Długo znajdujemy się w świecie przeżyć głównego bohatera i wraz z budzącym się do życia uczuciem w jego sercu jesteśmy świadkami niepokojących znaków, które wieszczą potworności, jakich zakochani i ich znajomi nie mogą przeczuwać.

Bo to jest też u Orringer zasadniczym walorem powieści – my wiemy, co może czekać tych, dla których czas w Paryżu prawie się zatrzymał. Wiemy, czego mogą się spodziewać, gdy zmuszeni zostaną do powrotu (Claire, Novak, Hász – wszyscy są Węgrami). Zdajemy sobie sprawę z tego, co zapoczątkuje rok 1939. Oni tymczasem nie są tego świadomi. Z naiwnością, a może po prostu z naiwną wiarą w lepszą przyszłość pozwalają swej teraźniejszości być czasem bezpieczeństwa i swobody. Wszyscy przewartościują swoje poglądy, postawy i zapatrywania, kiedy świat wokół zmieni się nie do poznania. Uczestniczymy w powrotach do Budapesztu, bezgłośnie krzycząc, by zawracali, bo nie wiedzą, co ich czeka. Nie wiedzą. Nie mają pojęcia o tym, czym jest życie, czym jest walka o nie i nigdy nie przewidywaliby, jakie dramaty czekają na każdego z nich z osobna. Czy rozkwitająca miłość, borykająca się z trudnościami i wiecznym niespełnieniem, da siłę do tego, by przetrwać w piekle?

W jaki sposób wojna wpłynie na losy trzech braci? Przecież „Niewidzialny most” to także historia braterskiej więzi, która wystawiona będzie na próbę. Andras wierzy w to, że będzie architektem. Starszy Tibor od lat oszczędzał, by podjąć we Włoszech studia medyczne. Najmłodszy Mátyás trochę im zazdrości, ale jego niepokorna dusza każe mu tańczyć, stepować i wierzyć w to, iż kiedyś swym witalizmem zarazi innych, wiodąc artystyczny żywot. Kogo wojna oszczędzi, a komu nie da spełnić swych marzeń? Bliska relacja między braćmi Lévi ukazana jest wieloaspektowo; każdy z nich jest inny, ma inne priorytety, inny jest jego świat marzeń i pragnień. Więź, która łączy braci, wydaje się nie tyle głęboka, co przede wszystkim wzmocniona tym, w jaki sposób i przez kogo zostali wychowani. Nad każdym z nich coraz wyraźniej wisi stygmat bycia Żydem. Nie tylko nad nimi. Wielu skazanych na życie w wojennej zawierusze bohaterów Orringer jest nie tyle naznaczonych mimo woli, co w pełni świadomych tego, w jaki sposób judaizm konstytuuje ich samych. Bez względu na czas i okoliczności.

Od momentu, w którym zafascynowany Andras śledzi aktorów w Węgierskiej Operze Królewskiej, do momentu, gdy wspomniana już nastolatka próbuje zadać trudne pytania o przeszłość, Orringer ustawicznie stopniuje napięcie, kierując czytelniczą uwagę na wzajemne relacje bohaterów. Iskrzy między nimi tak, iż chwilami można zapomnieć, ku czemu zmierzają, kiedy widać, jak spalają się w swych żądzach. Autorka buduje atmosferę napierającej zewsząd grozy; opowiada o miłości na przekór tej grozie i o silnych relacjach, których nie zniszczy bombardowanie, obóz pracy, głód, wysiedlanie, getto… „Niewidzialny most” to historia o architekturze serca; o przywiązaniu, wierze i nadziei w czasach, kiedy przywiązywać się nie można, wiara jest naiwna, a nadzieja ginie gdzieś między uderzeniem jednej bomby a drugiej i gdzieś w świecie, który traci nadzieję na to, iż będzie na nim cokolwiek. Nie tylko miłość.

Trudno orzec, co jest bardziej ponure – przedwojenna Europa czy kontynent płonący w wojennym ogniu. Trudno także dostrzec moment, w którym na przekór temu, miłość i bliskość potrafią stawić czoła każdemu odcieniowi tego, co ponure w świecie. Takie książki nadal powinno się czytać. Pokazują, ile można ocalić w sercu, gdy nieludzkie staje się samo życie. Pokazują też, jak wiele cierpienia znieść może człowiek, dla którego miłość jest antidotum na doświadczane zło. Poruszająca powieść, doskonale skonstruowana fabuła i świadomość przemierzania drogi. Po niewidzialnym moście.

2013-08-04

"Ukrainka" Barbara Kosmowska

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 7 maja 2013

Liczba stron: 326

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Szczęście za granicą?

Nota wydawnicza sugerować może, iż jest to książka o biednej imigrantce, która szuka w Polsce szczęścia, pieniędzy, miłości i spełnienia. Szybko można ulec przekonaniu, że będzie to opowieść o tym, jak polscy nowobogaccy dworują sobie z ruskiej i książka stworzona jako protest wobec medialnych doniesień, że pracownice zza wschodniej granicy to tylko roboty do sprzątania, które chcą się szybko wzbogacić, poświęcając dyplomy i świadectwa, by szorować polskie garnki oraz podłogi i wracać do siebie jako bogate panie.

Pomyśleć w ten sposób o „Ukraince”, kolejnej powieści Barbary Kosmowskiej, która do tej pory jakoś nie mogła przekonać mnie do siebie, to wydrwić wielopłaszczyznowy i skomplikowany przekaz tej książki. Okazuje się bowiem, iż autorka napisała poruszającą historię o prostej wierze w szczęście i jej zbrukaniu. O wygasających uczuciach i o rojeniach pod wpływem uczuć. O marzeniach niespełnionych i spełnianiu się tego, co przychodzi niespodzianie, niezasłużenie. O toksycznych rodzinach, kalekich emocjonalnie matkach i ich skrzywdzonych owym upośledzeniem synach, dla których życie nie jest tym, czym wydawać się może ich kobietom. Przede wszystkim jednak „Ukrainka” to książka o dobru serca, które przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością, w jakiej odruchy serdeczności pojawiają się tylko na chwilę i są bolesnym elementem skomplikowanej układanki uczuć narosłych wokół rodzinnych traum. To mocna pozycja. Genialna językowo, kiedy to melodyjność i gawędziarskość miesza się z surowym opisem i dystansem, gdy poznajemy tak różnych od siebie bohaterów. Książka, po której myśli się nie o tym, dlaczego nie przewidziało się zakończenia, które wydaje się tak oczywiste, lecz nad sprawą poważniejszą, a mianowicie nad tym, jak bardzo nasze myśli o świecie i innych ludziach mogą rozmijać się z tym, jaki ten świat i ci ludzie są.

Zaczyna się od braku. Na nim też skończy. W pociągu relacji Lwów – Warszawa jedzie młoda ukraińska wiolonczelistka Iwanka. Nie zabrała ze sobą swego instrumentu. Sama nie wie, że na zawsze pożegnała z nim taką cząstkę siebie, która kiedyś dawała jej siłę, a teraz może stać się przekleństwem. Bo Iwanka w ukraińskich jeszcze dźwiękach wiolonczeli zabiera ze sobą niespotykaną wrażliwość. Wcześniej czy później będzie musiała zrozumieć, iż to niepotrzebny nadbagaż. Że to na pewno nie ułatwi osiągnięcia celu, jakim jest zarobienie wraz z ukochanym Mykołą pieniędzy na wymarzony dom i życie, w którym będą zawsze zakochani w sobie i szczęśliwi.

Iwanka jest prostoduszna, naiwna i łatwowierna. Czego wcale nie widzimy na początku, gdy poznajemy jej zdroworozsądkową refleksję o współpasażerach w pociągu. Dokąd zmierzają ukraińscy imigranci? „Ta ich Polska to tylko wielki wspólny grobowiec. Leżą w nim od dawna, wyzuci z godności i zdrowych paznokci. Przekonani, że wciąż żyją, od lat nerwowo śnią o celniku. Budzą się, strachem podszyci. I dalej śnią”. Iwanka śni o prostej miłości, jaką bezwarunkowo obdarzyła Mykołę. Wierzy, że jej spełnienie odnajdzie tylko wtedy, gdy zapomni o swym dotychczasowym życiu i przez chwilę zanurzy się w brutalnej i bezkompromisowej rzeczywistości, gdzie waluta ma wartości wyższą niż hrywna. Ta subtelna słoneczna dziewczyna z Drohobycza nie spodziewa się tego, co czeka ją w Warszawie. Najmniej wtedy, gdy z dworca Mykoła zabiera ją do swej wynajmowanej klitki na północy miasta z radosnym uśmiechem i wiarą w to, że razem pokonają największe trudności.

Iwanka chce wierzyć ukochanemu. Mieszka on w polskiej stolicy od jakiegoś czasu i swoje zdanie na temat tutejszego życia ma. A brzmi tak spokojnie, gdy twierdzi: „Tu my tylko w gościnie, na chwilę. Ale to dobre miejsce. Zaraz się na nas poznają, w marzeniach pomogą”. Jaka będzie polska gościnność? Jak długo potrwa chwila i czy będzie to czas radości? Kto się na kim pozna w tym rzekomo dobrym miejscu i kto pierwszy pozbędzie marzeń, jakim ponoć tu pomagają? Rozpoczyna się historia, którą można przewidzieć, ale tylko do pewnego momentu. Poznajemy nieszczęśliwych ludzi, dla których radosny uśmiech i prostota Iwanki mogą być wybawieniem w zrujnowanym emocjonalnie życiu. Jest Agata, matka chorowitego Stasia, żona Bronka, a właściwie Bruna, bo przecież w wielkim mieście jego wsiowe nazwisko i stygmat matki – bogobojnej prostaczki – jedynie utrudniłyby karierę. Jest przyjaciółka Agaty, Iga, zafiksowana na budowaniu medialnej marki (czymkolwiek ona jest) i tak naprawdę czerpiąca siły ze słabości Agaty. Jest też skryty w sobie Krystian Bieluch, ich sąsiad i naturalnie Mykoła, ale taki, jakiego Iwanka do tej pory nie znała. Nie chce poznać tak samo, jak bolesnych prawd o życiu, które dostarczy jej pobyt w Warszawie.

Uwagę od perypetii głównej bohaterki odrywają drugoplanowe postacie, które staną się bardzo ważne w momencie, gdy przyjdzie nam zinterpretować historię po przeczytaniu jej do końca. To matki. Ułomne w swych matczynych uczuciach, zagubione w nich, niezdolne do dawania swym dzieciom tego, czego od nich oczekują. Niezwykła galeria cierpienia i bolesnych przeżyć, o których nie mówi się wprost. Matka Mykoły, daleko za granicą, to samotna i zgorzkniała skrzypaczka, która czuje się wciąż w cieniu konkurentki, a swemu synowi mogła zaproponować jedynie projekcje wiecznie niepogodzonego z losem serca, które zamknęło się na miłość. Matka Bruna celebruje w swojej wsi gipsową Najświętszą Panienkę i marzenia o tym, kim mogliby być jej synowie, a kim się nie stali. Zofia Wolska chce żyć prostym życiem, bo tak jest najlepiej, godniej. Od tego ucieka jej Bronek, a wpada w rozpaczliwą pustkę, z której matka już go nie wyzwoli. Ta, która urodziła Krystiana, najpierw kochała męża, potem kryształy i klonazepam, a na końcu udawane życie w serialach, bo do własnego nie była już zdolna. One wszystkie krzywdzą synów i synowie powielają pewne ich zachowania, nie będąc tego zupełnie świadomi. Jeżeli dodamy do tego także pojawiające się opowieści o życiu kostycznej i wyniosłej matki Iwanki, otrzymamy ponurą i prawdziwą zarazem galerię kobiet, które nie potrafiły obdarzyć miłością. Czy mogą to zrobić ich dzieci oraz inni bohaterowie tej książki?

„Ukrainka” to opowieść o tęsknocie za ojczyzną. Pełna sentymentu i nostalgii za krajem, z którego w mniemaniu Polaków przybywają jedynie prości, nastawieni na zysk ludzie. Iwankę przecież dyskwalifikuje choćby kilka zdań wypowiedzianych do telefonu we własnym języku; czekający z nią na przystanku błyskawicznie ukazują niechęć, a może nawet wrogość. Tymczasem Iwanka Matwijenko wydaje się przez moment bohaterką jakiejś niezwykłej baśni o dobrej wróżce zza wschodniej granicy, która swą dobrocią zmieni wiele wokół siebie i pomoże złym nie na swe życzenie ludziom odmienić się na zawsze. Zaskakujących zmian będzie w opowieści Kosmowskiej wiele, ale najbardziej dotykać może przekonanie, iż poczciwych ludzi jest już niewielu oraz łudzić dynamiczny, wciąż zmieniający się język, który wyprowadzi nas na manowce w interpretacji tak, jak wiedzie Iwankę tam, gdzie być może pojawiać się nie powinna.

Delikatność Iwanki kontrastuje z brutalną rzeczywistością, w jakiej cierpiący zagubili się sami i nie wiedzą, jak znowu być dla siebie… delikatni. Duży jest ładunek emocjonalny skryty w „Ukraince”, ale nie tylko przez pryzmat emocji można tę powieść odczytywać. Świetnie skrojona narracja zaskakuje i zmusza do wielu rozmyślań. Bynajmniej nie to takich, jakie może sugerować nota wydawnicza i o jakich wspomniałem na początku. Siła tej książki jest dość bolesna. Tkwi w prawdzie, a może i w wielu prawdach, od jakich chce się uciec. Nawet pociągiem odwrotnej relacji niż ta, jaką podróżuje Iwanka. Ktoś bowiem powróci, bezsilny, zdruzgotany i obolały. Emocjonalnie. Tacy i my będziemy, gdy skończymy czytać najnowszą powieść Barbary Kosmowskiej.

2013-08-02

"Statek śmierci" Yrsa Sigurðardóttir

Wydawca: MUZA

Data wydania: 12 czerwca 2013

Liczba stron: 334

Tłumacz: Małgorzata Bochwic-Ivanowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł


Tytuł recenzji: Ostatni rejs

Wszyscy czytają Yrsę Sigurðardóttir, czytam więc i ja! Ponieważ Islandia jest małym krajem i bardzo prawdopodobne, że wielu Islandczyków dobrze się zna, z pewnością już pisarze znają się na wylot. A jeśli nie znają, to uważnie czytają. Tak się składa, że Sigurðardóttir podebrała chyba do swojej nowej książki motyw wykorzystany przez młodszego kolegę po piórze, Stefána Mániego. On wydał w 2006 roku swoją powieść Skipið”, ona cztery lata po nim „Brakið”. I tyle zabawy islandzkim oraz teorii spiskowych, bo „Statek śmierci” wykorzystuje wędrówkę widmowego pojazdu wodnego zupełnie inaczej, dużo bardziej zwyczajnie i bez wielu symbolicznych nawiązań, które ukrył w fabule opowieści o frachtowcu „Per Se” Máni. Powyższe tytułem wstępu i na pohybel omówieniom, jakie zwracają uwagę na to, że tym razem Yrsa Sigurðardóttir wykorzystała naprawdę niezwykły motyw i zrobiła to oryginalnie. To, co zrobiła jednak warte jest podziwu, bo jej dryfująca po morzu Lady K, która bez żywej duszy na pokładzie z rozpędem wpływa do portu w Reykjaviku, kryje w sobie tajemnice, jakie naprawdę mrożą krew w żyłach i chłodzą mimo upału, jeżeli ktoś nabierze na tę książkę ochotę teraz, w środku lata.

Dość sceptycznie podchodzę do powieści cyklicznych, bo w większości generują one przewidywalną nudę i miałkość, jakich nie da się ukryć nawet za świetnie skrojoną fabułą i doskonale budowanym napięciem. Kolejna – nie liczę która, ale łatwo to sprawdzić – powieść, w której dzielna prawniczka Thora Gundmundsdottir rozwiązuje zagadki kryminalne, nie ma chyba na celu ciekawego rozwijania wątków, które dotyczą osobistego, zmieniającego się życia bohaterki. O ile zatem w "Trzecim znaku" sama biografia Thory wydawała się ważna na równi ze sprawą, jaką prowadziła, o tyle tutaj przywołanie postaci i zdarzeń z jej życia rodzinnego wyszło autorce kaleko i dodatkowo zabrakło jej konsekwencji w dopięciu każdego z wątków, co można było zauważyć w dotychczasowej twórczości. Bo jak rozwiązuje się problem jej dorastającego i już obarczonego dzieckiem syna Gylfiego, który postanawia podjąć się pracy na platformie wiertniczej w Norwegii, do czego zachęca go ojciec i były mąż Thory? Sigurðardóttir wsiąkła całkowicie w klimat płynącego po oceanie statku, na którym dzieją się niestworzone rzeczy, zaś rzeczywistość Reykjaviku ubarwiła jedynie znakomitą kreacją sekretarki Thory, Belli, która bywa złośliwa oraz niekompetentna i chociaż niewyparzoną gębę czasami kieruje w stronę drukarki celem pozbycia się treści żołądkowych, jest zaskakująca, uroczo świeża i w nieokrzesany sposób bystrzejsza chwilami niż jej chlebodawczyni.

Nieważne to wszystko, nieważne zupełnie, bo przecież mamy szeroko otworzyć oczy ze zdumienia i bać się historii, jaka rozegrała się na pokładzie białego i okazałego stevena, który przybija do portu bez załogi oraz bez pasażerów, a byli nimi członkowie rodziny pewnego bankowca, lądowo-biurowego szczura zmuszonego w dziwnych okolicznościach do tego, by z żoną i dwiema córkami wrócić z zimowego wyjazdu do Lizbony statkiem, a nie po prostu samolotem, co wcześniej było w planie. Zagadkowe jest nie tylko to, dlaczego Egir decyduje się na dość niebezpieczną w stosunku do przelotu wyprawę, ale również fakt, że firma likwidacyjna banku, do którego należy przejęta Lady K, zezwala na rejs swoim kosztem, generując dodatkowe przecież straty.

Thora wiąże się z mroczną historią jachtu po tym, jak przybywają do niej rodzice Egira, którzy w porcie doczekali się tylko przypłynięcia widmowego statku, a nie uściskali syna z rodziną. Starsi państwo, będąc w mocnym jeszcze szoku, nie przestają myśleć racjonalnie, prosząc Thorę o pomoc w uzyskaniu szybkiej wypłaty z firmy ubezpieczeniowej, która pomoże im zachować wnuczkę przy sobie, skoro nie ma już żadnej rodziny. Thora musi ponad wszelką wątpliwość wykazać, że Egir i Lára nie żyją, podczas gdy na podstawie wszelkich poszlak zostają uznani za zaginionych. Tyle tylko, że z czasem sam pusty jacht w porcie przyniesie dużo zaskakujących i spektakularnych rozwiązań, a w połączeniu ze śledztwem Thory, które wykracza poza zlecone jej przez staruszków obowiązki, sprawa tego, co naprawdę wydarzyło się na morzu, stanie się sprawą coraz bardziej dramatycznych pytań, a nie odpowiedzi…

O wiele bardziej spektakularna niż miotanie się bohaterki w Reykjaviku pośród pytań bez odpowiedzi, jest historia tych, którzy odpływają na pokładzie Lady K, by dotrzeć do wybrzeży Islandii. Podróż zapowiada się bardzo długa. Warunki nie są zbyt sprzyjające. Od pierwszych chwil negatywnie iskrzy między Egirem a kapitanem statku. Islandzka rodzina bankowca stara się być w dużym oddaleniu od zamkniętych w sobie członków załogi, ale dość szybko okazuje się, że muszą wspólnie stawić czoła Złu, jakie zaczyna panoszyć się na pokładzie. A jest groźnie, nieprzewidywalnie i naprawdę wyjątkowo strasznie. Jakaś zła kobieta straszy we śnie ośmioletnie bliźniaczki. Roznosi się duszący zapach perfum, który zwiastuje coś niedobrego. Ludzie zaczynają coraz mniej ufać sobie nawzajem. Mimo silnego wiatru i wolnej przestrzeni wodnej wokół, czujemy wszechogarniającą atmosferę klaustrofobicznego obłędu. Poznajemy jednocześnie, godzina po godzinie, wszystko to, co wydarzyło się na pokładzie jachtu, który dopłynął do celu bez żywej duszy na swym pokładzie…

„Statek śmierci” nie jest chyba najmocniejszą pozycją islandzkiej pisarki, ale myślę, że to nie wypadek przy pracy, lecz kwestia motywu, w obrębie którego nie można nazbyt szarżować fabularnie, by nie zamienić książki w narrację fantastyczną, czego Sigurðardóttir unika mimo faktu, iż pojawiają się duchy lub złudzenia optyczne zbliżające ku innemu, nierealnemu wymiarowi tej książki. Autorka na pewno potrafi straszyć doskonale i nawet jeżeli czytelnik nie sprawdził tego w umiejscowionym na północnym zachodzie Islandii horrorze "Pamiętam cię", przekona się o tym niezwykłym pisarskim darze tutaj. Zaskakująca i dość sentymentalna końcówka książki każe wierzyć, że Sigurðardóttir wciąż będzie nieodgadniona w tym, jak pisze, dla kogo pisze i przede wszystkim, w jaki sposób kończy swe narracje. Wielbiciele cyklu o Thorze Gundmundsdottir przyjmą tę w gruncie rzeczy nieco nierówną książkę z zachwytem, jak zawsze. Ci, dla których „Statek śmierci” będzie pierwszym spotkaniem z autorką, mogą być pewni, że jeżeli się nie do końca spodobało, warto sięgać po wcześniejsze książki. Tam udało się chyba wszystko. Tutaj może niekoniecznie.

2013-07-31

"Masakra na wyspie Utøya" Adrian Pracoń

Wydawca: Pascal

Data wydania: 15 lipca 2013

Liczba stron: 192 

Tłumacz: Katarzyna Tunkiel

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,90 zł


Tytuł recenzji: Ofiara… mediów?

Nie można takim świadectwom zarzucić fałszu. Są prawdziwe, bolesne i przejmująco dotkliwe. Nie można mieć za złe komuś, kto przechodząc swoistą terapię, opowiada o swoich traumach, które gnębić go będą prawdopodobnie aż do śmierci. Nie jest możliwe, by tego typu publikację w jakikolwiek sposób podważać, deprecjonować, kwestionować jakiekolwiek zdanie lub myśl w nich zawarte. Można natomiast wyrazić kilka wątpliwości, jakie nasuwają się podczas lektury, stąd też niniejsze omówienie nie będzie miało na celu ani zachęcania, ani odradzania czytelnikom dość wątpliwej przyjemności poznawania tej książki. Warto zastanowić się nad samym autorem, jego motywacjami oraz rozważyć, kto może być grupą docelową, której „Masakra na wyspie Utøya” dostarczy wrażeń reportażu, bo przecież tylko w ten sposób można klasyfikować tę książkę, niechętnie dając jej prawo do miana literatury.

Wszyscy wiemy, co wydarzyło się 22 lipca 2011 roku w Norwegii. Potęga mediów jest tak wielka, że z najmniejszego nawet działania burzącego porządek społeczny, potrafi zrobić trwający godzinami, dniami i czasami nawet tygodniami spektakl. Opowieści Adriana Praconia, do którego Anders Breivik strzelił, ale go nie zabił, niekoniecznie chcą być spektakularne. W gruncie rzeczy to dość prosta opowieść o ogromie emocji, jakich nadal nawet po latach nie da się zapomnieć. Nie ma po co szukać w tej książce taniej sensacji. Styl – bardzo komunikatywny i pozbawiony przynajmniej w większej części sformułowań świadczących o tym, iż autor sądzi czy wnioskuje – prowadzi nas przez dramat młodego człowieka, który żyje w bezpiecznym państwie, ale życie może zawdzięczać nie policji, nie rządowi, nie państwu tak w ogóle, a jedynie prawdopodobnie przypadkowi. To aspekt dramatu Praconia najważniejszy, ale obawiam się, że nie wszyscy go dostrzegą. Publikacja, której w Norwegii niewielu entuzjastycznie przyklasnęło, ukazuje się w ojczyźnie rodziców Praconia z powodów co najmniej niezrozumiałych, ale czy można zrozumieć cel, dla którego publicznie opowiada się o swoich bolesnych wspomnieniach, narażając na podejrzenie, iż chce się w ten sposób zbić jakiś kapitał i zaistnieć medialnie?

„To będzie obóz wszech czasów”. Tak o corocznym obozie dla młodych Norwegów związanych z pewnym ugrupowaniem politycznym wypowiada się na początku przewodniczący AUF-u, Eskil Pedersen. Brzmi groźnie i tak też wygląda. Na wyspie Utøya młodzi ludzie w liberalnej atmosferze chcą poczuć bliskość wspólnoty. Tej, do której wedrze się przemoc, broń i śmierć, nie pozostawiając złudzeń, że wszystko można pokonać bliskością dusz w komunie, ale nie zło, nienawiść i przemoc. Adrian Pracoń przybywa do obozu, oświadczając na Facebooku: „Utøya – wyspa młodości, polityki i przyjaźni”. Nie jest świadomy, że zupełnie niespodziewanie (czy czegoś takiego w ogóle można się spodziewać?) wyspa spłynie krwią, w powietrzu unosić się będzie proch, a dźwięk ładowanej broni i strzałów już na zawsze pozostanie w głowach tych, którym udało się przeżyć rzeź.

Konstrukcja książki jest dość przemyślana. Mocno zapada w pamięć introdukcja, w której Pracoń opisuje sielankę nad jeziorem, gdzie jakiś czas po tragedii młodzi Norwegowie nadal oddają się przyjemnościom kąpieli i zabawy gdzieś nad wodą. Potem autor wprowadza w specyfikę obozu. Zupełnie dla nas, polskich odbiorców książki, niezrozumiały jest szacunek i autorytet, jakim darzeni są norwescy politycy, przybywający na wyspę i nawet rozgrywający towarzyski mecz piłkarski razem z młodymi, którzy wierzą, iż politykowanie ma po pierwsze sens, a po drugie służy słusznym celom. Przekładanym na codzienne życie, które jest życiem dostatnim, spokojnym i życiem w kraju, gdzie w otwartej symbiozie żyją ludzie wszelkich wyznań, orientacji seksualnych, różnych od siebie poglądów czy wizji świata. Utøya ma być takim symbolem norweskiej integracji wewnętrznej. Młodych, pełnych ideałów i ochoty na to, by może nawet nie zmieniać świata, ale czynić go nadal znośnym dla wszystkich, którzy tak skonstruowali system prawny, by najwyższą karą za wielokrotne morderstwa było jedynie 21 lat w więzieniu…

Adrian Pracoń wydaje się odczuwać coś wyjątkowego w sytuacji, że wbita weń kula Breivika nie odebrała mu życia. Pisze o tym, jak czuł się wtedy, gdy naprawdę dotarło do niego, w jakim dramacie uczestniczył. Ma do siebie wyrzuty sumienia, że udawał martwego, by nie zginąć i że teraz jakaś część jego osobowości jest już nie do otworzenia, bo zginęła, gdy pocisk rozerwał mu ramię i zbił do środka dziesiątki odłamków, z którymi organizm Praconia żyć może nawet do śmierci.

To świadectwo każe pomyśleć o autorze jako o bohaterze nowych czasów, bohaterze medialnym. Zaskakujące jest parcie na to, by publicznie informować o wszystkich najbardziej dramatycznych wydarzeniach z życia. Leżąc na ziemi i czując nad sobą oddech Breivika, Pracoń nie rozstaje się z telefonem komórkowym, dzięki temu może ćwierkać na Twitterze i informować na Facebooku o prawdopodobnej agonii i dramacie sytuacji, która wydaje mu się bez wyjścia. Ten sam Pracoń już pośród służb medycznych robi zdjęcia i umieszcza na fejsie, dając światu znać, że przeżył i że fachowo się nim zajmują. Bez większych rozterek podejmuje się udzielenia wywiadów, uczestniczenia w dyskusjach i gruntowania medialnego przekonania o tym, że jest kimś wyjątkowym. Osobiste przeżycia, z którymi większość ludzi radzi sobie sama bądź też nieudolnie próbuje radzić z czyjąś pomocą na kozetkach psychoterapeutycznych wypływają z autora tej książki zaskakująco lekko i bez większych blokad wewnętrznych. To dopiero fenomen, jeżeli nie zrozumie się, iż autor należy już do pokolenia tych, którzy na Facebooku relacjonują swoje życie godzina po godzinie, informując mniej lub bardziej szerokie grono znajomych o tym, co się robi, myśli itd. Bo przecież zaskakiwać może fakt, że spośród wielu z tych, co przeżyli tragedię 22 lipca 2011 roku, to głównie Adrian Pracoń (na własne życzenie) staje się produktem marketingu medialnego, który przedstawia w swej książce nie do końca zrozumiałe dla mnie stanowisko o tym, iż należy tragiczną historię wyspy Utøya opowiadać wciąż na nowo, by uczynić z niej dobro powszechne…

Pomiędzy wątpliwościami, czy materiał, jaki zawiera „Masakra na wyspie Utøya”, naprawdę winien być publicznie wciąż na nowo powielany a zrozumieniem, iż dla autora może to być rzeczywisty sposób autoterapii i nie ma nic wspólnego z parciem na media, pojawia się jeszcze jedna wątpliwość. Czy książka taka jak ta, w której pojawiają się inni – zabici i ci, którym udało się ujść z życiem – jest także ich głosem i może wykorzystywać ich dramaty po to, by stała się spójną całością? Ta kontrowersyjna publikacja zmusza jeszcze do myślenia o tym, kto tak naprawdę będzie nią zainteresowany i z jakiego względu. Boję się myśleć, że sięgać po nią będą tylko ci, którzy chcą zaspokoić niezdrową ciekawość, bo przegapili newsy i nie mogą odnaleźć ich w archiwum źródeł bądź w serwisie Youtube. Nasuwa się pytanie o to, czy nie lepiej po prostu zamilknąć niż snuć po raz nie wiadomo który te same opowieści…

Nie wiem, czy w obliczu zagrożenia życia wybrałbym ucieczkę, walkę czy też udawanie martwego. Wiem, choć wierzę, iż nigdy tego nie sprawdzę, że raczej nie chciałbym opowiadać o traumie wciąż na nowo. Nie chciałbym tym bardziej doklejać jakiejkolwiek filozofii do rzezi całkowicie poczytalnego, ale przede wszystkim pozbawionego empatii terrorysty, którego sylwetka wywołuje równie niezdrowe zainteresowanie, co zainteresowanie tych, dla których książka Adriana Praconia może być publikacją pochłanianą z wypiekami na twarzy…

2013-07-28

"Zamęt" Krzysztof Niewrzęda

Wydawca: FORMA

Data wydania: 20 kwietnia 2013

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 35 zł


Tytuł recenzji: Wybuch Wszystkiego

Żyjemy w zamęcie. W każdym jego możliwym znaczeniu. Od momentu, gdy otwieramy oczy, do czasu, kiedy z błogością je zamykamy, odbieramy tyle bodźców, ile nasi przodkowie przyjmowali do swej świadomości przez całe życie. Dostosowaliśmy się do tego. Jesteśmy chodzącym zamętem pośród wszystkiego, co nieustannie się zmienia. Tyle tylko że pozór braku czegoś stałego nie powoduje, iż niczego takiego nie ma. A stała, niezmienna nieustannie i być może jedynie pogłębiająca się, jest samotność. Pośród wszystkiego, co też jest samotne, ale się do tego nie przyznaje. I zagubienie. Do niego można przywyknąć. Właściwie do wszystkiego można przywyknąć, jeśli chce się być elementem wystroju dzisiejszego świata. Mało komu udaje się świat kopnąć w tyłek, zdekonstruować jego miałkość, zaszczekać głośno i odegnać zamęt. Mało kto jest w stanie dać opór zwielokrotnionym bodźcom i informacjom, proponując książkę, w której można ugrzęznąć. I dobrze, bo po to, by przede wszystkim zrozumieć.

Niechaj ci, co obskakują tysiące kont na fejsie, lajkują miliony postów, przedzierają się przez setki maili w pracy i wykonujący dziesiątki telefonów w pustkę, spróbują przebić się przez „Zamęt” Krzysztofa Niewrzędy! Niech będą dzielni i powalczą nieco z jego slangiem, dzikim strumieniem świadomości, z jego fabułą nie o teorii spisków, ale o spisku wszelakich możliwych teorii. Niech przeczytają do końca i zrozumieją, jak i w czym żyją. A jeżeli będzie to zadanie zbyt trudne, to może istnieje jeszcze szansa na to, by się zatrzymać. By uporządkować zamęt choć w samym sobie. Tego chcieliby bohaterowie Niewrzędy, ale chyba żadnemu nie będzie to dane. Nam dane jest przeczytać książkę wyraźną, wieloznaczną, nieznośnie niedydaktyczną i pozbawioną wszystkiego, co zazwyczaj mają wypromowane w zamęcie medialnym bestsellery. To silna proza, iskrząca wciąż niemiłosiernie, zmuszająca do zmęczenia i wymagająca tego, by ogarnąć ją na przynajmniej kilku poziomach interpretacyjnych. Taka prywatna zemsta na świecie za jego zamęt. Doskonale skonstruowana i prowokująca. Nie do czytania. Do przemyślenia.

Drugoosobowa, rwana i męcząca narracja młodzieżowego slangu wciąż kieruje smutnym bohaterem tej książki. Ukończył socjologię i uzdrawia ludzi. Po godzinach napina się na fejsie jako Anioł, zgarniając coraz to kolejne rzecze znasów i budując tożsamość złożoną ze słów na wolności, które niewolą bardziej niż pozafejsowa rzeczywistość. Wraz z kumplem i zażywnym staruszkiem przerzucają się newsami na temat tego, co aktualne. A aktualne jest niestety wszystko. Od razu. Bez wytchnienia. I natychmiast wypowiadane. Teorii jest cała mnogość i trzeba je sobie nawzajem wyłuszczyć. Trzeba pogadać o tym, że historia europejskiego Kościoła katolickiego to czas mocnego gruntowania ciemnoty. Że palenie książek to doskonały chwyt marketingowy, co przysłużył się już niejednemu autorowi. Że jakby można było na legalu, to każdy człowiek mógłby wsuwać drugiego, gdyż mamy do tego predyspozycje i nie ma to nic wspólnego z jakimiś zboczeniami. Też o szukaniu kontaktu z obcymi, bo przecież między nami, na tym ziemskim łez padole, nie ma już żadnej komunikacji…

A jednak coś na jej kształt się rodzi w życiu domorosłego bioenergoterapeuty. Do anielskiego profilu na fejsie dociera niejaka Laura. Początkowo nic nie będzie zwiastowało dramatu uniesień wszelakich, dzięki któremu Niewrzęda konstruuje ironiczną biografię współczesnego Wertera. Laura to taka schopenhauerowska pierdosrajda, która klei się do wirtualnego anioła, by ulżył jej w egzystencji wiecznego cierpienia. Kontakt zacieśnia się i powoduje, że coraz trudniej grać rolę zbawiciela ze skrzydłami. Laura na kilka sposobów pragnie, by bohater „Zamętu” zrobił coś, czego nie jest przecież w stanie zrobić. By odkrył się naprawdę.

Czy Laura nie prosi o zbyt wiele? No bo przecież jaką mamy sytuację nakreśloną już na wstępie? „Budzisz się i myślisz, o co kurwa biega? Upał, skwar. Jakaś wszechogarniająca gorączka. A do tego jeszcze megasusza. Jakby w nocy nastąpiło totalne ocieplenie”. Ten żar jest wokół, ale i wewnątrz bohatera. Gorączkowo myśli o tym, jak uciec od czegoś, od czego uciec się nie da. Bo niby dokąd? Jak wygląda świat? „Rzeki wysychają, gatunki wymierają, wulkany wybuchają, powodzie zatapiają, meteory napierdalają”. Globalna wioska stała się równie globalnym obozem pracy, gdzie żyje się po to, by harować; zarabia po to, by wydawać na błyskotki współczesności; wegetuje się w ciasnej konserwie własnych poglądów, którym daleko do klarowności, kiedy na każdym kroku są podważane. Bohater Krzysztofa Niewrzędy utkwił w matni bylejakości wszelakiej i nie jest w stanie nic z tym zrobić. Poza tym jest sam. Nie widzi możliwości odnalezienia się w jakiejkolwiek otaczającej go grupie. „Z kim masz robić hałas? Ze studenciakami, który mają zapłon jak diesel na mrozie? Z ewenementami polującymi na cieplaków? Z mimochodami, który przepraszają, że żyją? Z robolami zoranymi jak konie po westernie? Z japiszonami, podpierdalającymi się wzajemnie, żeby wygrać termos? Z rentmenami, którzy wszyscy lecą na Borata? Z wyznawcami manekinizmu, którym oprócz kapusty cała reszta wisi koło pisi?”. Werter w swym zagubieniu uciekłby pewnie na łono natury. Bohater „Zamętu” biegnie tam, gdzie jest jeszcze gorzej. Do internetowego błota fejsa, gdzie grać może ze światem wedle własnych reguł. Czy aby na pewno?

Czego w tej książce nie ma! Jak to w jednej z powieści Jerzego Franczaka – Koran i Cioran. Oraz dużo, dużo więcej. Narracja podlewana jest sosem cytatów. Mamy Dickensa, Carrolla, Paza, a nawet św. Pawła. Muzycznie przygrywa Nirvana, Lao Che i Massive Attack. Odezwie się Owidiusz, Fromm, a nawet Chomsky. Ta przypadkowość nie wynika jednak z zamętu. Przekonujemy się bowiem, że autor nad swym kloacznym bluzgiem informacyjno-dezinformacyjnym doskonale panuje i wie, ku czemu zmierza. Atakowanie bezużyteczną wiedzą i w książce, i w życiu ma podobne natężenie. Tyle tylko, że przesłanie jest ukryte gdzieś ponad lingwistyczną papką. Czy „Zamęt” jest bezwzględnie mroczną satyrą na świat przepełnienia i jednoczesnej pustki? A może to tylko inteligentna gra, nie tyle językowa, co przede wszystkim światopoglądowa? Wszystko jest serio, czy może właśnie ze wszystkiego można się śmiać? Gdzie dokładnie umieszczono klucz do zrozumienia, w którym momencie „Zamęt” staje się wyrafinowanie spójny?

To nie jest żadna lekka i przyjemna lektura. To nie jest książka dla tych, którzy przyswajają, nie myśląc. To jest właściwie powieść dla nikogo, ale w gruncie rzeczy dla wszystkich i o wszystkich. Drapieżna, genialnie stronnicza i subiektywna; taka, przy której się śmieje i płacze, ale nie chodzi o emocje, lecz przekaz. Myślę, że dość jednoznaczny. Tylko trzeba się przedrzeć przez narracyjny zamęt do ostatniej kropki. Co naturalnie zrobić warto, a nawet trzeba.

2013-07-27

"Rosja Matrioszka i Jastrząb" Maciej Jastrzębski

Wydawca: Helion

Data wydania: 30 maja 2013

Liczba stron: 284

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Rosja wciąż nieznana…


O Rosji pisze się dużo i chętnie. Bez względu na to, jak wiele już napisano i bez względu na liczebność historii, w których duch Rosji za każdym razem i straszy, i fascynuje, zawsze warto poczytać, posłuchać, poznać lepiej. Bo paradoks Rosji polega na tym, że po upadku ZSRR otworzyła się na świat, ale wciąż dla tego świata jest zagadką. Również dla nas, Polaków, będących historycznie w orbicie wpływów wschodniego sąsiada przez dłuższy czas i tym samym teoretycznie wiedzących lepiej o tym, kim ten sąsiad jest. Symbolika tytułowej matrioszki z książki Macieja Jastrzębskiego jest o tyle interesująca, że w gruncie rzeczy nie wiemy, ile kolorowych babuszek otworzył autor; do wnętrza ilu z nich sięgnął, by przyjrzeć się kolejnej. To książka, w której opowieści rodzą się z samych siebie i napisana ze swadą historia państwa, narodu i obszaru geograficznego, któremu przyglądamy się z zaciekawieniem, nie wiedząc, ile jeszcze można odkryć. Jastrzębski nie otworzył ostatniej matrioszki. Trudno uznać, do której tak naprawdę dotarł. Widać natomiast, że jego imperatywem było przede wszystkim słuchanie i zapamiętywanie, dzięki temu otrzymujemy zbiór barwnych opowieści, który nie może się zdecydować na to, czy być poważny, czy też może wesoły. Bo o Rosji po prostu nie da się opowiadać jednoznacznie. Była, jest i będzie niezgłębiona. Takie publikacje jak „Matrioszka Rosja i Jastrząb” tylko to potwierdzają. W naprawdę uwagi wartym stylu.

Jeśli chodzi o reporterskie opowieści o Rosji, wystarczy wspomnieć wydaną w ubiegłym roku książkę "14:57 do Czyty" Igora T. Miecika. W konwencji opowieści drogi (czego unika Jastrzębski, snując swe opowieści bardziej z perspektywy przypadkowego świadka i obserwatora) autor publikowanych wcześniej w „Polityce” reportaży daje dowód na to, że jeśli chodzi o rosyjskość tak w ogóle, ważne jest stawianie pytań, bo udzielanie nań odpowiedzi może być co najmniej problematyczne. Miecik snuje dość mroczne opowieści i koncentruje się przede wszystkim na symbolice klatki, w której zamknięty jest naród rosyjski. Maciej Jastrzębski opowie o swoich prywatnych spotkaniach z rosyjskością, a jego książka ma konstrukcję otwartą; to właściwie zbiór faktów bez zasadniczego komentarza i dodatkowo fascynujące opowieści wujka Borki, który będzie przewodnikiem po świecie tak stale intrygującym, co hermetycznie zamkniętym. Dla Polaków, Słowian… co zatem można powiedzieć o zachodniej Europie czy reszcie świata? Wędrowanie po całej złożoności Rosji będzie u Jastrzębskiego podzielone na etapy. Po garści truizmów i informacjach, które nie są niczym odkrywczym dla tych, co przez chwilę chociaż interesowali się Rosją wcześniej, przechodzimy do osadzonych na drobiazgach historiach, dzięki którym można snuć refleksje, stawiać pytania, diagnozować i dziwić się. A wszystko przedstawione tak, że do nas należy wybór tego, co naprawdę warto z tej książki zapamiętać.

Co w Rosji jest najlepszym towarem eksportowym? Nie jej duch, definiowany na wiele sposób i równie wielokrotnie niewyrażalny. Rosjanie mówią, że „(…) choć mają poezję Puszkina, balet Majakowskiego, piosenki Wysockiego, kawior i piękne kobiety, to i tak najlepiej sprzedają się ropa i gaz”. Może dlatego, że cała reszta plus mnóstwo jeszcze rzeczy, o jakich opowie Jastrzębski, po prostu sprzedać się nie mogą i nie chcą. „Matrioszka Rosja i Jastrząb” ma nie tyle wskazać to, co w Rosji może być towarem eksportowym. Ta publikacja udowadnia, że problemy, radości, symbole, opowieści czy mentalność mogą być odczytane na miejscu i w żaden sposób nie dotrą do świadomości kogoś z zewnątrz, jeżeli… nie zanurzy się w rosyjskości choć na chwilę. Z całym szacunkiem, podziwem i czasami konsternacją. Bo pojąć to, co wielkie, silne, ponadczasowe i niezniszczalne w Rosji może tylko ten, kto pochyli się nad Rosją z szacunkiem. Tak jak Jastrzębski.

Rosyjska różnorodność ukazana jest symbolicznie jako piramida i koresponduje to z tytułowym symbolem, zwracając uwagę na fakt, iż wszystko jest w jakiś sposób tam ze sobą połączone, wszystko na siebie wpływa nawzajem. Są momenty, kiedy trudno jest się domyśleć, do kogo autor kieruje swą książkę. To dzieje się wtedy, kiedy przypis wyjaśnia, czym jest NKWD czy OBWE. Z jednej strony jest to zatem publikacja dla tych, dla których Rosja naprawdę jest nieznana, ale też dla wszystkich, którzy śledzą jej najnowszą historię, doskonale wiedząc, co wydarzyło się niedawno. Autor skupia się jednak na tym, co jest, chociaż nieobce są mu wycieczki w przeszłość, dzięki którym kontekstowo osadza problematykę dnia codziennego, bo każdy wcześnie rozpoczynany w Moskwie dzień jest dla niego dniem z problemem, nad którym trzeba się zastanowić.

A warto pomyśleć nie tylko o przedstawionych faktach. Nie tylko o złamanych bądź okaleczonych biografiach. Nie tylko o władzy, która walczy z papierową opozycją i o terrorze strachu wśród tych, którzy niczego się nie boją i których wspomaga wiara oraz Cerkiew, tak usilnie wypierana przez około siedemdziesiąt lat za rządów tych, którzy wierzyli… sami w siebie. Trudne są rozważania o demokracji rosyjskiej, bo i trudno tę demokrację zdefiniować. Sporo spraw rozpatrywanych jest z moskiewskiej perspektywy, z miasta rubinowych gwiazd. I podobnie jak Paryż nie jest wizytówką francuskości w ogóle, tak też ducha prawdziwej Rosji nie odnajduje się do końca w jej stolicy. Mieście, gdzie żyją obok siebie zblazowani bogacze i dorobkiewicze sportretowani gorzko choćby w rosyjskim bestsellerze "DuchLess" Siergieja Minajewa, obok biednych babć mających przeżyć miesiąc za 2000 rubli. Metropolii, która ma specyficzne życie podziemne w labiryntach metra oraz to gdzieś ponad brukiem Placu Czerwonego, nieuchwytne na co dzień, możliwe do poznania tylko dzięki właściwemu pojęciu o tym, czym jest rosyjskie wizjonerstwo i metafizyka. Jastrzębski zakotwiczony jest w Moskwie wyraźnie; wita ją w 1991 roku i ponownie, odmienioną, blisko dwadzieścia lat później. Od jej zaułków, tajemnic, miejskich opowieści i niepowtarzalnego klimatu rozpoczyna swe rosyjskie gawędy. Na czym kończy? Nie ma końca. Rosyjskość bez początku i bez zakończenia jest nie tyle efemeryczna, co w niewyrażalny sposobów wieczna.

Poczytamy o fortunach Chodorkowskiego, Bieriezowskiego czy Prochorowa. Także o legendach i baśniach, jakie kryją w sobie skarb innej natury. To coś, czego Rosji nikt i nigdy nie odbierze w przeciwieństwie do pieniędzy, sławy czy wszelkich dóbr, jakimi zachłyśnięto się przy pierwszej fali przypływu kapitalizmu na wschód. O rosyjskim Putinie i o Rosji bez niego. O tajemnicach Kremla i o diamentach ukrywanych przed światem. O rosyjskiej Polonii i o tym, że nasi rodacy żyją tak naprawdę w niezwykłym tyglu nacji, kultur i religii, choć wydaje się, że w Rosji wszystko jest jednoznaczne i siła tkwi w jednolitości. O wielu innych pasjonujących sprawach. To nie jest jakiś szczególny przewodnik po Rosji, bo przecież Rosja jest krajem, w którym każdy przebywający może napisać swój własny słuszny i przydatny przewodnik. To jeszcze jeden ważny głos przypominający o tym, że choć Rosjanie nie interesują się nami tak, jak tego byśmy chcieli, my raczej powinniśmy być zainteresowani. Jest chyba dużo więcej zagadek i niejasności w ich duszach, by pochłaniać takie książki jak „Matrioszka Rosja i Jastrząb” z wiecznym apetytem na więcej i więcej.

2013-07-25

"Berlin. Przewodnik po duszy miasta" Dorota Danielewicz

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 28 maja 2013

Liczba stron: 279

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Curry wurst, opowieści i wiecznie żywa dżungla


Każda moja wizyta w Berlinie pozostawiała niezachwiane wrażenie, iż jest to miasto wiecznie żywe, wciąż rozrastające się, każdego dnia i nocy oferujące coś innego; miasto, w którym żyją obok siebie ludzie w multikulturowej symbiozie (wyraźniejszej chyba jedynie w Hamburgu), gdzie można bez ograniczeń chłonąć klimat luzu, swobody oraz obserwować przenikanie kultur, charakterów i czasów w każdym możliwym miejscu. Tam, gdzie nikt nigdy się nie zgubi, bo tak doskonale opisanej i skomunikowanej metropolii nie ma chyba nigdzie. To naprawdę niesamowite przeczytać w przewodniku po niemieckiej stolicy zdanie, które w podobnym kształcie pojawiło się w mej głowie, gdy pierwszy raz zwiedzałem miasto. Dorota Danielewicz pisze: „Berlin jest w ciągłym ruchu i nawet lata naznaczone murem nie zdołały zabić tej właściwości miasta po obu stronach granicy”. Udało jej się na kartach swej berlińskiej gawędy poświęconej rodzicom zatrzymać na moment ten pęd, tak charakterystyczny i tak niemożliwy do opisania, a jedynie do odczuwania. Autorka napisała o Berlinie z sercem. To ważna książka w czasie, gdy wciąż modne są tułaczki na wschód i im dziksze rubieże coraz bliżej kazachskich stepów, tym ciekawiej i bardziej klimatycznie. A może tak na Zachód zamiast kolejnej penetracji Bałkanów czy Wschodu, gdzie Europa łączy się z Azją? Bo tam też jest duch miasta, też jest niepowtarzalna atmosfera i też można się zachłysnąć wolnością – w mieście, które nie dało się zniewolić nawet murem dzielącym je od środka.

Dorota Danielewicz zaczyna od „teraz”, od najbliższego otoczenia, od Placu św. Marka i sąsiadów z kamienicy. Barwnie i pasjonująco jest już od pierwszej opowieści, bo autorka publikacji ma niewątpliwie wielki dar czynienia w opowieściach z drobiazgów symboli, jakie pozwalają nam poruszać się swobodnie między odległymi od siebie wydarzeniami. Danielewicz przyjechała do Berlina jako nastolatka w 1981 roku. Pokochała to niechciane miejsce zesłania dopiero po latach, kiedy upadł mur i pęknięty talerz został sklejony przez historię, by na zawsze zmienić oblicze miasta. Nie można było tak od razu odnaleźć się w miejscu, w którym wszystko było obce. Czas zrobił swoje i teraz, kiedy Dorota Danielewicz oprowadza nas po Berlinie, w swych opowieściach kryje serce, jakie oddała miastu nas Sprewą. Pewnie, że przekonanie się doń musiało długo trwać. Dlaczego? „Gdyż z miastem jest tak samo jak z przyjacielem, z którym trzeba zjeść beczkę soli, aby naprawdę go poznać i polubić”. Aby napisać tak ciekawą, sentymentalną i ciepłą książkę o mieście, trzeba się z nim naprawdę zaprzyjaźnić i zbliżyć.

A Berlin z piasku powstały poznawany był najpierw przez wędrówki kolejką podziemną. Obca w Berlinie jeszcze Zachodnim emigrantka mogła sobie pozwolić tylko na luksus podróżowania komunikacją miejską. Wynurzała się zatem z kolejnych stacji na powierzchnię, obserwowała i wracała pod ziemię. Teraz, po latach, robi coś podobnego. Zanurza się w przeszłości jak wówczas w metrze i wyłuskuje z niej zdarzenia ważne dla niej samej, ale także wydarzenia, które zmieniły na zawsze oblicze Berlina. Tej dzikiej dżungli, specyficznego ogrodu zoologicznego; miasta wszystkiego i wszystkich, gdzie tandeta i kicz idzie w parze z nowoczesnością, bogactwem i szykiem, a gdzie mimo wszystko można odnaleźć historię, tradycję, szyk i klasę mówiące o minionych czasach. Niełatwo opisać miasto, które wciąż pulsuje i nigdy nie krzepnie, stale staje się na nowo. Można jedynie spróbować oddać rytm tego wiecznego pulsowania, stąd też opowieści Doroty Danielewicz nie wynikają z siebie i nie są też ułożone wedle jakiegoś klucza.

W 1981 roku oszołomiły ją w Berlinie Zachodnim sklepy z butami. Co oszałamia teraz? Energia, z jaką Berlin pochłania ludzi; ich historie, pamiątki i wspomnienia. Szklane wieżowce największych firm światowych sąsiadują z pchlimi targami, wszechobecnymi budkami z kebabem oraz curry wurstem. Nowoczesny system komunikacji, potężne arterie drogowe i gwar wielkomiejskości stoją obok ogromnych zielonych płuc miasta oraz namiastki własnego morza, czyli Wannsee. Nawet o nekropoliach berlińskich nie można pisać inaczej niż z nutą radości i podniecenia. Chociaż miasto ma za sobą bolesną przeszłość, nie popada w udrękę lat minionych i zdarzeń, które były bolesne. Wciąż żyje, każdego dnia silniej i intensywniej. Co nie znaczy, że zapomina. To pamięć dla Doroty Danielewicz jest najważniejsza i w tym specyficznym przewodniku sięga do przeszłości, by ożywić to, co ważne i uporządkować wspomnienia tak, by nie dręczyły, a dawały siłę. I świadomość. Bo autorka tej publikacji jest w pełni świadoma tego, gdzie żyje, jak wiele różnych modeli życia ma obok siebie i skąd bierze się jej miłość do miasta, w którym los zetknął ją z aktorem Otto Sanderem, pisarzem Imre Kertészem, hinduskim kompozytorem Kamaleshem czy kolekcjonerem Klausem Schlesingerem.

Ten przewodnik ukazuje duszę Berlina przez jego kontekstowość. Odpowiednio dobrane obrazy filmowe, literackie inkrustacje słowami Hanny Krall, Adama Zagajewskiego, Witolda Gombrowicza czy Czesława Miłosza głębiej ilustrują problemy, jakie rodzą się podczas obserwacji. Autorka wychodzi zazwyczaj od konkretnego miejsca, jakie zaznacza na swej mapie pamięci i pokazuje, jak wiele to miejsce przeżyło, czego doświadczyło. I jak wiele skojarzeń może budzić. Wędrujemy z Dorotą Danielewicz pozornie bez wyraźnego celu, ale celem samym w sobie jest pobudzenie do życia po raz kolejny miejsc, zdarzeń i ludzi, dla których nie ma już miejsca w teraźniejszym multikulturowym tyglu.

Co jest w tej publikacji najciekawsze? Myślę, że rozważania o roli Literarisches Colloqium nad Wannsee, z którym autorka związana jest zawodowo, a które było miejscem, gdzie polscy twórcy potrafili odnaleźć swe własne małe ojczyzny dzięki zapachom, widokom i dźwiękom. W zupełnie przecież obcym miejscu! Czego mi zabrakło? Nieco za mało jest o samym 9 listopada 1989 roku, kiedy to sklejono berliński talerz, a mroczny mur stał się historią. Chciałoby się poczytać więcej o tym, w jaki sposób miasto wtedy ożyło, może zmartwychwstało? Danielewicz ukazuje jednak Berlin z tak wielu różnych perspektyw i raczy nas tak soczystymi opowieściami, że wszystko można wybaczyć, bo w mieście wielości, energii i stałych zmian trudno zapisać to, co wymaga zatrzymania. Siebie i uwagi.

Myślę, że historie Doroty Danielewicz, tak połączone ze sobą, to kadry filmu o Berlinie, jakiego Woody Allen nigdy nie nakręcił. To przewodnik, który koniecznie trzeba poznać. Autorka stara się wnikać możliwie najgłębiej w to, co berlińskie i możliwe do wyrażenia, ale spogląda na miasto także z perspektywy podróżnika, zwiedzającego, będącego tam tylko na chwilę. „Berlin. Przewodnik po duszy miasta” udowadnia, że można zaprzyjaźnić się z miastem i można o nim opowiedzieć na wiele różnych sposobów, skoro samo opowiada się wciąż na nowo z dynamizmem doprawdy jedynym w swoim rodzaju.