2013-11-21

"Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Andrzej Stasiuk

Wydawca: Czarne

Data wydania: 8 października 2013

Liczba stron: 174

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Z głębi własnego życia…

Postanowiłem napisać o tej książce lekko, ale i z zadumą. Tak chyba pisało się te teksty Andrzejowi Stasiukowi, bo przecież wydają się wypływać z niego bez większego wysiłku, ale ta lekkość jest efektem wcześniejszych obserwacji, bardzo uważnych i bardzo starannych; z nich wynikają wnioski, życiowe przemyślenia, z nich tworzy sobie autor swoisty pomnik pamięci – dla samego siebie przede wszystkim, ale i dla tych, co chcą pamiętać.

W jednym z felietonów możemy przeczytać o tym, jak zmienia się polskie targowisko. Autor wskazuje, iż z dramatu wiecznego niedoboru innej, zapominanej zbyt szybko epoki, zrodził się dramat nadmiaru. Nie wiem, co jest trudniejsze do zniesienia. Ja tę refleksję przeniosę na inną sferę, nie miejsce zakupów podróbek z podróbek, tandety i taniochy. Nie znoszę nadmiaru środków przekazu i cieszę się, że takie książki jak ta czy "Blogotony" Ingi Iwasiów ukazują się na rynku. Bo teraz – jak w przypadku wspomnianej intelektualistki – mam tego Stasiuka prawdziwego, ważnego, osobnego i zadumanego nad życiem w jednej książce; nie przeczytałbym pewnie tych tekstów rozsypanych w medialnym nadmiarze. A mam je teraz, myślę o nich i cieszę się, że „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” pozwala się… mieć, czytać i chyba rozumieć świadomie.

Zapewne najważniejszym wyzwaniem każdego interpretatora tej pozycji będzie szukanie wspólnego mianownika dla wszystkich ponad czterdziestu tekstów. W moim odczuciu nie ma takowego. Można to podpiąć pod znany już powszechnie model interpretacyjny Stasiukowego pisania opartego na podróżowaniu i doświadczaniu drogi w wielu możliwych wymiarach. Tak, będzie tutaj podróżowanie – takie w głąb siebie przede wszystkim. O drogach też należałoby wspomnieć, skoro są w tytule. Mnie jednak intryguje coś innego. Przecież tym, co spaja ten zbiór jest przede wszystkim osobowość jego autora. Ona teraz ujawnia się świadomie, ale dostajemy kilka wyraźnych sygnałów o tym, jak się kształtowała. Bo bycie takim, jakim jest teraz, to przecież cały bagaż doświadczeń, z którego na pisarskiej drodze Stasiuk tworzył własną filozofię rozumienia świata. Jakkolwiek te konkluzje wydawać by się mogły truizmami, odczytywanie książki przez pryzmat czasu minionego jest bardzo istotne. Bo wszystko, co autor widzi i wszystko, co go zmusza do refleksji, jest zasadzone w czasie minionym. Tam, gdzie nie chce się już sięgać. Stasiuk opisuje wizytę w rumuńskiej wsi, gdzie dorastała do życia w piekle Herta Müller. Pisze o jej anachronizmie niepoddawania się modzie na amnezję. Tej modzie, jakiej poddał się świat, który z uwagą Andrzej Stasiuk podgląda. Świat prowincjonalny i świat Wschodu, bo wiemy nie od dziś, że to on jest autorskim imago mundi.

Intensywne życie toczy się na wschodzie Polski. Intensywności autor szuka wśród ukraińskich bezkresów, brutalnie zanieczyszczonych socrealistycznymi miastami z betonu, które i nasz polski krajobraz brudzą. Symbolem tego kraju staje się droga 816 ze wszystkim, co kiedyś patrzyło na historię i teraz nie może nadziwić się jej absurdom. Jakże w swej dzikości różna jest od trasy wiodącej ku Zakopanemu, najbrzydszemu zdaniem autora miastu w Polsce. Bo choć zżyma się na tę polską przydrożną bylejakość, na te atakujące zewsząd kolorowe płachty, z niejaką serdecznością ocenia bylejakość polskiego pejzażu i polskiego budownictwa. W szarej Polsce komunistycznej brakło kolorów. Dorwaliśmy się do nich jak małpa do pędzla i mamy to, co mamy. Po biedzie w przypadkowości i krzykliwości szukamy naszej architektonicznej tożsamości… Brzydki kraj, ale w swej brzydocie bezkompromisowy, wciąż walczący o sposób wyrazu po swojemu. Kiedy się na to napatrzy, można już tylko skryć się w Beskidzie Niskim. Obserwować świat przyrody – walkę rysia z psami, obojętność baranów na osobnika ze stada, którego zagryzł wilk czy chmarę ptaków żyjących na przekór zimie i dającym namiastkę prawdziwej witalności tam, gdzie siły witalne zasypiają. Odkrywać siebie w nienazwanej harmonii z tym, co jednak mimo wszystko zachowuje porządek.

„Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” to książka między innymi o tym, że sensem naszej egzystencji jest wędrowanie i opowiadanie o swoich doświadczeniach. Stasiuk wielbi peryferie w szerokim rozumieniu tego słowa, bo tylko tam ostały się wyraźne, niezatarte ślady, dzięki którym można poznać przeszłość, tak naprawdę i z całą uwagą. Jego Beskid Niski wydaje się być królestwem tropów, na jakie nikt nie chce natrafiać. Autor je odnajduje, rozmyśla nad nimi. Zabiera swoją pamięć i tożsamość do dalekich Chin, w rejon Zabajkala, do betonowego monstrum w środku bezkresnego stepu, czyli do Ułan Bator, którego temperaturę powietrza Stasiuk obsesyjnie sprawdza w necie tak, jak zdarza mu się obsesyjnie wracać do starych filmów, w których za każdym razem widzi coś nowego.

Będzie też o pogodzie, która jest tematem dyżurnym naszego codziennego pustosłowia. Tutaj inaczej – w pogodzie tkwi filozofia. Zmienność pór roku, które nigdy nie przychodzą na czas i w czas nie odchodzą, czyni z nas, Słowian, ofiary aberracji, jaka nie pozwala być spokojnym. Z drugiej strony w tej zmienności jest jakaś magia, a jesienią najlepiej jest obserwować prawdziwe życie. Stasiuk wydaje się obserwatorem tych form życia, jakie toczą się wbrew wszystkiemu. To taka siła, która pojawia się znikąd i której fenomenu nie da się zgłębić. Warto podumać z autorem nad znaczeniem pojęcia „apokalipsa” i pomyśleć o tym, jak wiele odrodzi się po zniszczeniu, jak wiele domaga się ponownego nazywania.

Będzie też o współczesnym koczownictwie, o tęsknocie za czasami, które nie dyskryminowały palaczy, o znaczeniu oberka, o licheńskim edenie, o muzyce rockowej i o szeroko rozumianej fascynacji dzikim. Książka wyrosła z obserwacji świata albańskiego, niemieckiego, mongolskiego czy amerykańskiego. Książka jednak bardzo polska, bardzo swojska, mocno anachroniczna i znakomicie mówiąca o tym, co to znaczy odezwać się z głębi własnego życia.

Przeczytałem, przemyślałem, polecam. Jakieś kompulsywne odruchy wzbudza we mnie ta pozycja. Jakoś nie skończyła się z ostatnią stroną. Kończę pisanie o niej. Jest wieczór. W Ułan Bator -17 stopni i wiatr, temperatura odczuwalna -24. Do następnego spotkania z autorem.

2013-11-19

"Dzieci naszej dzielnicy" Nadżib Mahfuz

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 4 listopada 2013

Liczba stron: 560

Tłumacz: Izabela Szybilska-Fiedorowicz

Oprawa: miękka

Cena det: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Prorocy przegrywają…

Polski czytelnik kilkadziesiąt lat musiał poczekać, by poznać tę opowieść Nadżiba Mahfuza. „Dzieci naszej dzielnicy” nie straciły na swej aktualności. Ba, nigdy nie stracą. To taka historia, którą można będzie opowiadać wciąż na nowo, bo traktuje o odwiecznych pragnieniach ludzi, o ich udrękach i o wierze w to, że transcendencja zmieni kształt prozy życia; tego życia, którego nie da się znieść bez wiary, iż cierpienia i niesprawiedliwość mają jakiś ukryty cel, nie są dziełem przypadku, nie pochodzą z nas samych i to z naszym odejściem również się skończą… Alegoryczność tej rzekomo najważniejszej w bogatym dorobku Mahfuza książki jest nie tyle czytelna, co boleśnie dotykająca wszędzie tam, gdzie istoty śmiertelne łudzą się, iż gdzieś w nieśmiertelności i boskości zapisane są prawa, jakich nie są w stanie odczytać i się nimi posłużyć.

„Dzieci naszej dzielnicy” to świadectwo powtarzalności dziejów, dowód ludzkich słabości i ignorancji, historia o wędrówce we mgle oraz wybiórczym jedynie smakowaniu życia, którego sensu się nie rozumie. Mahfuz opowiada o prorokach, którzy głosili prawdę i ginęli w nieprawości. Snuje historię tych, co chcieli ludzkości wskazać dobrą drogę ku przyszłości, a pożegnali się z nadziejami swoimi i tych, których chcieli nimi obdarować. Nade wszystko jednak jest to historia o niegodziwości wynikłej z poddania się instynktom; o braku pewności wiary w siebie, o świecie bezprawia drwiącego z boskich praw i o poszukiwaniu ukojenia bólu egzystencji oraz o prawdziwym szczęściu, które będzie możliwe tylko wtedy, kiedy wszyscy go zaznają.

Niejaki Al-Dżabalawi wybudował wspaniałą Posiadłość, w której zamknął się przed światem. Zanim odizolował się od niego, był futuwwą, chuliganem o dobrym sercu i słabości do biednych. Autor "Pensjonatu Miramar" swą opowieść rozpoczyna od momentu, w którym Al-Dżabalawi podejmuje decyzję o nadaniu znaczących praw nie najstarszemu, a najmłodszemu z pięciu synów, Adhamowi. Rozpoczyna się historia uczciwego, łagodnego i delikatnego człowieka, jaki uległ złym namowom i zapragnął poznać zapisaną w księdze ojca historię. Wyrzucony z posiadłości cierpi wespół z najstarszym z synów, Idrisem. Adham cierpi pokornie, Idris jest pełen złości. Agresja i impulsywność zderzają się z pokorą i opanowaniem. A jednak cierpią obaj! Dodatkowo Adham zazna jeszcze jednej krzywdy, kiedy jego potomkowie skonfliktują się i dojdzie do tragedii. Adham będzie wspominał chwile szczęścia w zamkniętym ogrodzie i z fletem; po opuszczeniu posiadłości nie zazna go już nigdy, ale nigdy też nie zakwestionuje decyzji surowego ojca.

Tymczasem mijają lata i pojawia się Dżabal – syn Efendiego i Hudy. Dzielnica, nad którą dominuje Posiadłość, w jakiej izoluje się Al-Dżabalawi, to miejsce zła, bezprawia i niedostatku. Nikt nie jest tam pokorny wobec losu jak Adham, choć wielu go wspomina. Dżabal – z piętnem zabójcy mimo woli – postanawia przywrócić dzielnicy spokój i sprawiedliwość. Ucieka, by powrócić i stanąć do walki ze złem. Wybawia swoich ludzi z przemocy i upadku, ale jego sprawiedliwość zdobywana jest przy użyciu siły. Widzimy naród wybrany, do którego zwraca się ktoś z innego narodu, jakiemu też jest źle i też pragnie wybawienia. Mahfuz pokazuje bezradność wobec faktu, iż uratować można tylko pewną grupę ludzi; inna wciąż będzie cierpieć i tylko nieświadomość tego może dać satysfakcję, kiedy zwycięża sprawiedliwość.

Dzielnica nie zaznaje jej na długo. Pamięć o dzielnym Dżabalu pozostaje, ale ludzie wciąż są tacy sami. Sterroryzowany przez futuwwów świat przyjmuje do siebie Abdę i Szafi’ego; powracają po latach do swojej ojczyzny z dwudziestoletnim synem, którego łagodność i delikatność nie przystają do okrucieństwa miejsca, w jakim ma zamieszkać. Rifa’a widzi, że przegrano pokój i że nie ma wokół miłości. Winni są nie tylko ludzie, ale i ifryty – demony w nich drzemiące. Rifa’a chce z nimi walczyć, a jego siłą nie jest tężyzna fizyczna czy bezkompromisowość. On chce zbawić ludzi tym, czego pośród nich nie ma. Słabość nie jest słabością, kiedy można udowodnić swą mądrość. Tymczasem mądrości nikt nie chce, a nowego proroka zdradzi najpierw żona, potem bliscy przyjaciele.

Po latach, kiedy pokolenie Dżabalitów i Rafa’itów nadal żyje w okrutnym świecie, pojawia się Kasim, odpowiednik Mahometa. Jego poczynaniom Mahfuz poświęci najwięcej stron. Osierocony w dzieciństwie pasterz wykaże się mądrością, zyska zaufanie i podąży nie tylko ku ponownie utraconej sprawiedliwości, co ku prawdomówności i ku zjednoczeniu, jakie jeszcze nigdy nie miał miejsca. Przyglądamy się brutalności, za pomocą której osiąga się cele. Przelewa się krew, a mądrość Kasima wydaje się być kwestionowana. Rewolta prowadzi donikąd i za pewien czas nie pojawi się już nowy prorok, lecz odkrywca, Arafa. Pamiętając o przodkach, którzy nawiązywali kontakt z Al-Dżabalawim, sam wedrze się do jego posiadłości, inicjując ciąg tragicznych zdarzeń. Umiera wiara, pozostaje magia. Przekonanie, że wybuchająca buteleczka zaprowadzi porządek i posłuch. Świat wciąż jest taki sam, choć tak wielu chciało go zmieniać. Czy warto snuć dalsze opowieści?

Jeden z licznych bohaterów książki wyraża się nad wyraz trafnie: „Jakże świetnie dzieci z naszej dzielnicy są obeznane z opowieściami! Ale coś nie tak jest z ich głowami, skoro nie wyciągają z nich żadnych wniosków?”. Ludzie przez wieki tkwią w niegodziwości; ma ona te same oblicza i tak samo straszy, odbierając spokój. Może dlatego Al-Dżabalawi zamknął się w swojej Posiadłości, ale skoro jest ojcem cierpiących dzieci dzielnicy, dlaczego nigdy nie interweniuje? Co więcej, jakikolwiek mistyczny z nim kontakt kolejnych potomków staje się dla nich stygmatem i prędzej czy później ponoszą tragiczne konsekwencje tego naznaczenia. A ludzie w dzielnicy cierpią wieloaspektowo. Właściwie poza pojawiającymi się raz na jakiś czas prorokami nie dzieje się nic, co mogłoby zmienić ich życie. Nie są świadomi tego, że mogą zmienić coś sami. Terroryzowani przez futuwwów, nauczyli się żyć w niegodziwym świecie. Każde słowo, każda idea, każdy powrót do mądrości proroka-męczennika kończy się tym samym, klęską.

Nadżib Mahfuz przedstawia historię gorzką i dwuznaczną w swej wymowie. Wiara i religia potraktowane są w sposób mogący budzić kontrowersje. Ale czy „Dzieci naszej dzielnicy” nie pokazują pewnych uwarunkowań, które ludziom zawsze każą odrzucać innych i zawsze wierzyć w to, co wydaje im się wygodne? Mahfuz zastanawia się nad tym, co dają chwilowe i iluzoryczne zwycięstwa nad ludzką niegodziwością. Rozważa, co popycha człowieka do wiary; tej głębokiej wiary w zbawienie mimo zła wokół i w pewność czyjejś niewyraźnie nakreślonej misji w życiu naznaczonym trudami i nieszczęściami. „Dzieci naszej dzielnicy” to komentarz do religii monoteistycznych wraz z ich oddziaływaniem na ludzką świadomość. Dość gorzki, trzeba przyznać. Mamy oto książkę, gdzie bardzo prostymi środkami formalnymi ukazano prawdę o ludzkiej naturze. Wierząca w ideały, nie jest w stanie podjąć wyzwania, kiedy ideały można urzeczywistnić. Cierpienie to nie przejaw życia, to naturalna konsekwencja wielu dokonywanych przez nas wyborów. To świadectwo tego, że nie umiemy siebie nawzajem słuchać; jakże zatem słuchać natchnionych proroków, którzy bywają niewygodni, bo każą spojrzeć na siebie z dystansu? Takiego, w jakim znajduje się odizolowany Al-Dżabalawi. Obserwator, Stwórca czy ten, który jest odpowiedzialny za zło, jakiego nie chce nam się poszukać w sobie?

PATRONAT MEDIALNY

2013-11-17

"Na południe od Lampedusy" Stefano Liberti

Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 października 2013

Liczba stron: 216

Tłumacz: Marcin Wyrembelski

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Twierdza Europa

Książka Libertiego jest także świadectwem pochylania się nad tymi, których nikt nie chce. Świadectwem wykorzenienia, rozczarowania, smutku i świadomości, że jest się kimś zbędnym. Liberti delikatnie zarysowuje tylko, jak wyglądają kraje, z których migranci wyruszają. Sygnalizuje, że ich podróże rozpaczy mogą być podróżami przepełnionymi beznadziejną frustracją; ona nie zniknie w momencie przekroczenia europejskich progów, bardziej się nasili i złamie wielu z nich tak, jak złamali się ci, co nie podejmą już kroków, by ponownie emigrować. „Na południe od Lampedusy” to opowieść o dwóch nieprzystających do siebie światach i dwóch kontynentach, między które wdarły się reguły zależności, wciąż coraz wyraźniej podkreślające granice i izolujące tak, że Afrykańczykom pozostaje tylko wierzyć, iż czeka na nich na północy lepszy świat. Świat czasem bardziej bezduszny niż ten, który chcą opuścić.             

Całość tekstu na stronie artPapieru

2013-11-14

"Palmy na śniegu" Luz Gabás

Wydawca: MUZA

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 624

Tłumacz: Barbara Jaroszuk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Utracony raj i zapomniane namiętności

Aby dobrze opowiedzieć o ludzkich namiętnościach, trzeba umieć osadzić je w takim kontekście, by dać czytelnikowi prawdziwą przyjemność odkrywania nie tylko ich głębi, co wewnętrznych sprzeczności i wieloznaczności. Hiszpańskiej pisarce Luz Gabás udało się to znakomicie. Uniknęła patosu, pretensjonalności i ckliwości, bo choć opowiedziała o historii tajemnic skrytych w sidłach uczucia, nie uczyniła z „Palm na śniegu” kolejnej przewidywalnej powieści z oczywistymi rozwiązaniami fabularnymi. To taka książka, która pozostaje w pamięci na długo i nie tylko dlatego, że mocno kontrastuje zimną i śnieżną krainę w Pirenejach z duszną, kolorową i egzotyczną scenerią hiszpańskiej kolonii w Afryce. Gabás w taki sposób opowiedziała o ludzkiej naturze, że pozostawiła nam nie tylko ocenę postępowania bohaterów, ale przede wszystkim zmusiła do tego, by skonfrontować się z tym, czego bezpośrednio nie nazwała, nie opisała. Warto wyjść od symboliki huraganu – życie ludzkie wydaje się być takie, jak to oszałamiające mocą zjawisko atmosferyczne. W spokój wdziera się furia, po której spokój znowu następuje.

„Palmy na śniegu” będą opowiadać o tych momentach pomiędzy. Otwierać furtki, jakich nie otworzyli przed sobą Hiszpanie i tubylcy z Gwinei Równikowej. Sugerować pytania o to, dlaczego między tymi sprzecznościami możemy się odnaleźć. Luz Gabás odkryje nie tylko złożoność ludzkich zamiarów i pragnień gdzieś między chłodem a skwarem; stanie się przewodniczką po świecie tajemnic, które poznaje się tylko dzięki dociekliwości. Bo – jak wspomina Clarence, jedna z bohaterek -  „(…) czasami trzeba umieć pytać, a nie wystarczy przyjmować za dobrą monetę tego, co nam się opowiada”. Ta książka ma urzec zagadkowością i zmusić do stawiania pytań. Jej świat przedstawiony jest malarsko piękny i bogaty w przykuwające uwagę detale. Między nimi jest coś, czego przedstawić się nie da. Zagadka ludzkiej natury, ludzkich słabości i ludzkiego pragnienia odnalezienia raju – w sobie i wokół siebie.

Mamy rok 2003. W prowincjonalnym Pasolobino Clarence odkrywa przypadkiem tajemniczy zapis z listu. Jej ojciec Jacobo i wuj Kilian skrywają przed nią tajemnice, jakie Clarence chciałaby poznać. Dlaczego? Bo nudzi ją przewidywalność drzewa genealogicznego swojego rodu, a przeczytane słowa mogą coś jednak zmienić. Clarence nie zadaje pytań, postanawia poszukać odpowiedzi samodzielnie. Dzięki jednej tylko sugestii postanawia polecieć na Bioko, do Gwinei Równikowej. Oficjalnie – jako lingwistka – jedzie tam badać odmiany hiszpańszczyzny. Naprawdę jednak kieruje się w stronę miejsca, z którym Jacobo i Kilian związali się silnie przed pięćdziesięcioma laty. Na tyle silnie, by świat stamtąd pozostał z nimi na zawsze mimo powrotu do Hiszpanii, który dla każdego z braci odbył inaczej. Ci typowi Hiszpanie z gór są skryci i milczący. Noszą w sobie jednak historię, jaka wciąż jest w nich żywa. I nie jest tak, jak mówi Kilian, że „odległość pozwala kontrolować emocje”. One wciąż w nich są i nigdy nie zgasną. Mogą się pojawić w najmniej spodziewanym momencie. Żaru namiętności i grozy popełnionych błędów nie usunie z ich świadomości czas. Tymczasem Clarence postanawia zrozumieć to, co przeczytała i dowiedzieć się, co z minionego życia w hiszpańskiej kolonii afrykańskiej wciąż tkwi między braćmi, dzieląc ich i jednocząc w smutku, melancholii i w wyrzutach sumienia.

Kiedy młody Kilian wyjeżdżał w 1953 roku z Pasolobino, była to jego pierwsza dłuższa podróż. Od razu na jedną z wysp Gwinei Równikowej, wtedy tylko kolonii hiszpańskiej bez prawa do samostanowienia o sobie. Przewodnikiem był starszy brat Jacobo. On pokazał mu odmienne, nowe życie. Tyle tylko, że tę nowość przeżył po swojemu sam Kilian i to na własnych zasadach mierzył się z innym, trudnym przecież życiem na plantacji kakao. Wyspa Fernando Poo stała się dla braci przestrzenią, w której żyli latami inaczej, zapominając o Pasolobino, o śniegu, o chłodzie – tym atmosferycznym i tym w relacjach międzyludzkich, których afrykańskie otwarcie pozbawiało znamion czegoś opresyjnego. Kilian wdraża się do ciężkiej pracy i obserwuje brata. A ten jest impulsywnym lekkoduchem o rasistowskich przekonaniach. Fernando Poo to miejsce, które można wykorzystać. Żyć pełną piersią tak, by brać z życia to, na co nie pozwalano w Hiszpanii. Kilian tymczasem, różny przecież od brata w swej uważności, karności i obowiązkowości, zagłębia się w życie tubylców; chce poznać ich kulturę, wierzenia, zbliżyć się do obcego mu świata, nad jakim nie można panować tylko dlatego, iż jest się białym, ale który należy poznać, bo Hiszpanie to goście na gwinejskiej ziemi. Niczego tak naprawdę o niej nie wiedzą, choć czują się jej panami.

Rozgrywające się w Afryce dramaty Gabás stopniuje w taki sposób, że wciąż – wraz z Clarence – zadajemy sobie pytania o to, co tam w przeszłości się wydarzyło, do ostatnich stron nie znajdując pełnych odpowiedzi. Namiętności, jakie staną się przyczyną wielu dramatów, hiszpańska pisarka przedstawia w sposób niejednoznaczny. Czytelne są symbole. Tytułowe palmy w rozumieniu rdzennych mieszkańców Gwinei znamionują zmartwychwstanie i zwycięstwo nad czasem. Coś na kształt powstania z martwych zrealizuje się w kilku pojęciach. Upływ czasu nie przyniesie natomiast zapomnienia, a zwycięstwo nad nim osiągnie prawda, o której w końcu wszyscy muszą się dowiedzieć.

Nie dowiadujemy się od Gabás wszystkiego; jej książka trzyma nas w napięciu na styku dwóch kultur. Obrazuje dwa zmieniające się światy – dążącą ku nowoczesności Hiszpanię i cierpiącą w swej naznaczonej krwią i okrucieństwem niepodległości Gwineę Równikową. Państwo, które nie mogło się odnaleźć w prawdziwej wolności, choć tak bardzo jej pragnęło…To książka o kontrastach i o uczuciach, jakie kontrastują ze sobą silniej niż palmy i śnieg, a pojawiają się równocześnie, znienacka; każą radzić sobie z tym, co niepojęte i z tym, czego nie wyjaśni żadna szerokość geograficzna. „Palmy na śniegu” to epicka historia o winach, grzechach, wyrzutach sumienia i o miłości, jaka nie zna granic. O czasie, jaki ma się dopełnić; o transcendencji trochę, bo przecież mamy duchy, wierzenia i sygnały interpretowane często nie tak jak trzeba. To opowieść o tym, dlaczego w życiu uciekamy i dlaczego wciąż wędrujemy, szukając stale czegoś, od czego się oddalamy. Luz Gabás wnikliwie penetruje mikrospołeczności w różnych miejscach, różnych czasach i daje nam – jak wspomniałem – opowieść, w której wciąż będziemy pytać, stale nie znajdując odpowiedzi. Ta historia przedstawia czas, gdy bujnie kwitły uczucia niczym roślinność w egzotycznej dżungli i czas, kiedy lodowaciały one tak jak wzgórza Pasolobino pokryte śniegiem. Między spokojem a furią huraganu ukryte być może coś jeszcze. W „Palmach na śniegu” szukać będziemy tego, czego nie jest łatwo znaleźć. W zadumie nad tym, jak wiele gorąca i wiele cierpienia może przynieść miłość i przywiązanie do ludzi oraz miejsc, do jakich nie powinno się przywiązywać…


PATRONAT MEDIALNY

2013-11-12

"Suka" Katarzyna Gryga

Wydawca: Studio EMKA

Data wydania: 23 października 2013

Liczba stron: 214

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Suczy świat…

Takich bezkompromisowych, drapieżnych i wyraźnych książek nikt raczej nie potrzebuje. Dlaczego? Bo opowiadają o życiu aspołecznym, wyśmiewają stereotypy, kpią z całego tak zwanego social life, wbijają grube szpile w codzienność budowaną na pustych rytuałach i wskazują bezlitośnie, kim jesteśmy jako ludzie. „Suka” to historia skonstruowana przewrotnie i z pazurem. Takim kobiecym, ale nie elegancko wymalowanym, tylko opiłowanym tak, że będzie boleć, kiedy pchnie się nim to i owo. Katarzyna Gryga wbija pazur w kobiecość, która w szerokim ujęciu jest dla jej bohaterki antywzorem i źródłem opresji. Ośmiesza zwyczaje i obyczaje, które każą nam wmawiać, że jesteśmy istotami społecznymi. Drwi bezlitośnie z państwa, w którym nie ma miejsca na miłość, na zawodowe spełnienie, nie ma miejsca na sentymenty, rozwój intelektu, nie ma miejsca do godnego życia. Dla kogo ta książka? Przecież kobiety spąsowieją, faceci rzucą nią po kilkunastu stronach; trudno będzie dobrnąć do końca, bo już sam początek zapowiada ostre wbicie w świat, którego autorka nie szanuje, a który z mozołem latami sobie tworzyliśmy, by tonąć w truizmach, płytkiej codzienności, jałowych rozmowach i bzdurnych konwersacjach.

Gryga napisała książkę, która ma być wyrazem sprzeciwu wobec cukierkowej literatury kobiecej. Jej bohaterka jest taka, jaką zwykle kreują słodkie powieścidła z serduszkami na okładkach. Majętna, odważna, zdecydowana, śmiała. Poszukująca. Niekoniecznie księcia z bajki. W swoim łóżku toleruje jedynie psa, czterdzieści kilogramów do kochania. W związku partnerskim, związku idealnym, od lat jest… z własną matką, tak samo niezależną i awangardową. Nie szuka spełnienia, bo czuje się spełniona. Sama ze sobą. Sama w sobie. Osobna. Krytycznie spoglądająca na to, czym ma emanować kobiecość. Drwiąca z życia przewidywalnego, pragnień posiadania dziecka, męża na smyczy, majątku. Ośmieszająca nie tyle kobiecość, co ludzkość w ogóle – odpuszczającą sobie rozum i intelekt, robiącą dzieci i kariery dla zajęcia czasu, by nie myśleć, nie stawać bacznie do boju z codziennymi absurdami; by się zasadzić na czymś stałym, niczego nie zmieniać, nie zmieniać siebie, nie analizować swojego życia i w owczym pędzie żyć sobie wygodnie, jedząc, pijąc, kochając się, zdradzając, łykając medialną papkę, wydalając i niańcząc bachory z naiwną wiarą, że ma się zapewnione podanie szklanki wody na starość.

Suka – naprawdę tak ma na imię! – żyje sobie już 26 lat i bacznie obserwuje wszystko, co ją otacza. Uważa, że w życiu kawior trzeba jeść łyżkami, wykorzystać swój czas dla siebie samego, hołubić egoizm i nie poddawać się socjalizacji. Od ludzi świadomie trzyma się z daleka. Pracuje w domu, bez kontaktu z innymi pracownikami korporacji, bez kontaktu z ludźmi w ogóle. Bo ludzie to barany, których trzeba omijać. Najbardziej boi się tych wierzących i z dobrym serduszkiem, co to każdemu pomogą i każdemu służą dobrą radą. Suka nie pomaga nikomu, bo i od nikogo pomocy nie potrzebuje. Co jest ważne? Cynizm, sarkazm i orgazm. To, by żyć świadomie i tępić umysłowe lenistwo. Ludzie w nadmiarze są toksyczni i niewarci uwagi. Śmieszni, dramatycznie śmieszni i puści zwyczajnie. Kobiety to już szczyt ludzkiej głupoty i naiwności. Same czynią swoje życie opresyjnym. Wieszają się mężom na ramionach, rodzą dzieci, ubierają się w krzykliwych sklepach, wciąż żebrzą o zainteresowanie i czułość, same ze sobą wiodą jałowe dyskusje o niczym i w nicości zatapiają się na własne życzenie. A Suka jest inna. Biseksualna przede wszystkim. Pociągają ją mężczyźni starsi i doświadczeni, a męczy jej partnerka Marianna. To przerażający obraz lesbijki-katoliczki, która chce mieć dzieci, pielęgnować podstawową komórkę społeczną, poddać się tradycji wszelakiej i wierze w to, że tak proste życie przyniesie szczęście. Tymczasem zarabia na paszkwilach internetowych, zawraca swej kochance głowę, pragnie czułości i bycia najważniejszą, a przede wszystkim komplikuje jej życie, bo odbiera niezależność.

Suka ze swym białym, wypolerowanym mieszkaniem, ze swą nerwicą natręctw i specyficznym pojęciem porządku wokół jest chwilami takim Adasiem Miauczyńskim w spódnicy. O, przepraszam, Suka woli ubierać się jak facet, bo wie, w co się ubiera i nikt jej nie truje o tym, że ma kupić milion nieprzydatnych dodatków. Gryga nie tworzy jednak postaci kobiecej, w której dominacja frustracji rozsadzi ją wewnętrznie. Nie! Suka doskonale wie, czego chce. Realizuje się, czuje spełniona. Jest przy tym też nieprzyzwoicie bogata i los dał jej możliwość przebierania we wszystkim. Sushi zajada jak krakersy, z matką jedzie na Zanzibar poczytać książki, mierzi ją komunikacja miejska i śmieszy liczenie każdego grosza. Do czasu, kiedy sama nie będzie zmuszona liczyć. Stanie przed koniecznością szukania pracy w kraju, w którym pracuje się za darmo, zasuwa za marne grosze, gdzie operator mopa musi napisać kwiecisty list motywacyjny i uzasadnić, że sprzątanie to pasja i wyzwanie. Dotknie świata, z którego drwiła, jednocześnie stając się bardziej pokorną. Dlaczego? Bo dostanie jeszcze kilka życiowych kopniaków i będzie musiała zacząć żyć inaczej. Jak? Warto przeczytać.

Suka w gruncie rzeczy jest dość mocno zagubiona w świecie, jaki ją otacza. Zagubiona w płciowości i w społecznych rolach, wyraźnie przecież sterowanych faktem, czy ktoś ma między nogami dziurkę czy prężny narząd często zastępujący mózg. W tym zagubieniu nie poddaje się jednak. Jej siła i zdecydowanie też nie wzięły się znikąd. Suka ma jedno określone czasowo życie do przeżycia i nie zamierza tracić czasu na wieczne udowadnianie komuś, że go kocha, na rozmowy o pieluchach i o tym, czym się pociesze ostatnio odbiło, na jałowe gadki o niczym rzekomo socjalizujące i na głupi świat wokół, który wielbi przeciętność, idiotyzm i brak własnej woli.

Świat w powieści Katarzyny Grygi jest światem na nie przedstawionym bardzo plastycznie i wyraziście. W tej książce odnajdą się ci, którzy po prostu myślą. To nie tylko feministyczny manifest i ostry sprzeciw wobec książeczek dla kobiet, co robią wodę z mózgu. To książka o tym, jak trudno stanowić o sobie w świecie, który dąży do szufladkowania, porządkowania wedle wzorów; w świecie stereotypów, głupoty, miałkości i pędu ku niczym. Tak jak Suka boi się wszelkich ram, definicji i schematów, tak wszystkiemu temu daleka jest ta książka, bo „Suka” to z jednej strony manifest świadomego kobiecego indywidualizmu, z drugiej świadectwo bezradności, którą trzeba kryć za fasadą wewnętrznej siły. Złość, frustracja, ostre ostrze ironii i satyry, ale przede wszystkim bezmiar smutku, że żyjemy w nijakości i ku nijakości zmierzamy – to i dużo więcej znajdziemy w „Suce”, która nie jest książką dla każdego. I autorka, i jej bohaterka dobrze to wiedzą. I mają gdzieś. Bo czytać będą świadomi. I pewnie im się spodoba, choć niewiele podoba się samej Suce. Warto zajrzeć!

2013-11-10

"Cienioryt" Krzysztof Piskorski

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 10 października 2013

Liczba stron: 452

Oprawa: miękka

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Intryga cieni

Nie czuję się chyba dość kompetentny, by pisać o tej powieści, bo gatunek fantasy jest mi daleki. „Cienioryt” Krzysztofa Piskorskiego – utytułowanego już pisarza gatunku – jest jednak książką, w której mogłem się odnaleźć. Obok imponującej wizyjności, która zmierza do spektakularnego finału, mamy tutaj świetnie skreśloną intrygę, wyraziste postaci, dość ciekawe nawiązania do sytuacji geopolitycznej Europy (nie naszych czasów, ale jest w tym rysie coś alegorycznego) oraz dwa światy, jakie istnieją obok siebie – przestrzeń światła i ta mroczna, cieńprzestrzeń. Pomiędzy nimi rozgrywają się przygody z płaszczem i szpadą, dworskie intrygi, toczy się codzienne życie szermierzy, tkwi w niej też szermiercza filozofia życia oraz są piękne kobiety, z którymi bohaterowie wchodzą w co najmniej skomplikowane zależności. Jest zatem „Cienioryt” książką, w której wielu – jak ja - się odnajdzie i powieścią tak niespokojną, jak niespokojny jest główny bohater, Arahon Caranza Martenez Y’Grenata Y’Barratora; tak wieloznaczną, jak wieloznaczne mogą być stosunki międzyludzkie, które zbudowały świat stojący na niepewnym gruncie wiecznych spisków, podstępów, wiecznego knowania i tajemnic skrytych często w groźnym cieniu.

Arahon jest w wieku autora; być może dzięki temu Piskorski nawiązał z nim specyficzną więź i dzięki temu Y’Barratora jest szalenie inteligentnie przedstawiony. Mistrz szermierki, w wiecznej gotowości do walki, stale skoncentrowany, skupiony, czujny i wiedzący, że może polegać na swoim instynkcie. Kiedy silnie chwyci swój rapier, nikt go nie rozbroi. W przeszłości arcyszpieg króla, potem zdegradowany, stracił dwójkę przyjaciół i zabił wroga, do którego żony w poczuciu winy przychodzi ze świadomością, iż hołubiony syn zmarłego kiedyś weźmie odwet na sympatycznym wujku, gdy zrozumie, co stało się w przeszłości. Arahon żyje w poczuciu straty i ze świadomością, iż los dał mu to, od czego chciał uciec: zwątpienie i poczucie niespełnienia. One to między innymi powodują, iż chce opuścić Serivę, skończyć z awanturniczym życiem, zacząć żyć dla siebie, a nie z powodu zleceń dla innych. To nie jest jednoznacznie sympatyczny bohater; ma na rękach krew zabitych, działa czasem zbyt impulsywnie, gubi go zbytnia pewność siebie i w kontaktach z innymi jest po prostu trudny. Podążamy za nim jednak nie tylko dlatego, że zdarzenia potoczą się dynamicznie. Podążamy, bo kusi nas fakt, by poznać narratora historii o Arahonie, który ujawni się w odpowiednim momencie, zmieniając całkowicie nasze spojrzenie na tę historię.

A historia toczy się w spalonym słońcem mieście. To Lato Długich Cieni, w którym kryje się bliżej nieokreślone okrucieństwo i atmosfera grozy. Ludzie starają się nie wychodzić z domu, kiedy słońce świeci najsilniej; boją się cieni, swoich i cudzych przede wszystkim. Boją się ich skrzyżowania skutkującego połączeniem myśli. Cienie mogą zabić, są bardzo niebezpieczne. Rzucający je boją się kontaktu z mroczną cieńprzestrzenią. Tę, do której wnętrza Piskorski zabierze czytelników, by pokazać, czego mogą bać się ludzie. Seriva, do złudzenia przypominająca jakieś miasto na południu Hiszpanii, rządzona jest przez młodego króla Hermeneza, marionetkę w rękach wpływowych grandów. Hermenez nie prosił się o koronę. Jako dziecko był torturowany w niewoli. Po tym nigdy nie powrócił do normalności. Ktoś przeoczył moment, gdy widać było wyraźnie, iż nie takiego króla Seriva potrzebuje. Było już jednak za późno, a teraz wokół władcy mnóstwo jest intryg, kłamstwa, manipulacji i grozy. Tej, która wydobywa się z cieńprzestrzeni, pozostawiając ślad w jasnym świecie.

Tytułowy cienioryt to szklany obraz powstały dzięki wejrzeniu w króla Hermeneza. Prezentuje go publicznie uczony z Północy, El Holbranver. Cienioryt władcy wydaje się pogodny, co zastanawia, bo przecież cień – przeciwieństwo swego żywego właściciela, ma kryć w sobie wszelkie jego zło. Tymczasem królewski cienioryt pozornie tylko wydaje się nieszkodliwy. Jego moc poznają ci, którym przyjdzie o niego powalczyć. Okazuje się, że szklanym obrazem zainteresowanych jest wielu, także niezwykła postać z dalekiego Południa. Każdy będzie o cienioryt walczył, ale nikt nie zorientuje się, że symbolizuje grozę, która obecna jest w Serivie od lat, choć ukryta przed oczyma ludzi… Co tak naprawdę kryje w sobie tytułowy przedmiot? Kto go potrzebuje i po co? Dlaczego walczący o cienioryt potrafią być tak zdeterminowani? I co przerażającego dzieje się na styku przestrzeni światła i cienia?

Krzysztof Piskorski stworzył niecodzienną rozprawę o honorze, godności i walce o wpływy. Interesująca jest nie tylko główna postać, która zacznie intrygować jeszcze bardziej w drugiej, zagadkowej części książki. „Cienioryt” to świetnie przedstawione postaci drugiego planu. Wdowa lekkich obyczajów, zrozpaczona i żądna zemsty matka, drukarz-pasjonat czy nad wyraz rezolutna i sprytna dziewczynka, córka wspomnianego uczonego. Między nimi kryje się sens głębszy tej opowieści. Opowieści o życiu podwójnym i o wpływach, jakie wywierają na siebie światy, między którymi żyjący nie chcą się znaleźć. Cienie z powieści Piskorskiego to takie klucze do interpretacji całości utworu w konwencji niestandardowej zagadki dotyczącej dualizmu ludzkiej duszy, ludzkiego sposobu przeżywania świata; jest to książka o lękach dobrze nam znanych i wciąż obecnych, ale skreślona w taki sposób, że zagrożenia cieńprzestrzeni mówią nie tylko za siebie, nie tylko o grozie zmyślonego przecież w „Cieniorycie” świata. Tego, co przedstawia autor, możemy bać się teraz, bo jest obok nas…

Nie są zmyślone ani motywacje dzielnych bohaterów, ani też strach, który paraliżuje i każe podporządkować się temu, co groźne i nieznane. „Cienioryt” opowiada o świecie odległym, ale bliskim jednak przez to, że każe nam konfrontować się z niepokojem, jakiego już się pozbyliśmy, bo walczymy o coś zupełnie innego niż gorącokrwiści bohaterowie z Serivy. Nie chodzi tylko o cień. Jest to książka mroczna; w jej mroku dochodzi do zdarzeń, które będą znamionować wewnętrzne oczyszczenie. Sztuka szermierki to sztuka koncentracji i uzyskiwania harmonii niezbędnych do skutecznej walki. Między światłem i cieniem, między dwoma przeciwieństwami autor „Cieniorytu” nie stawia wyraźnej kreski podziału. Obie rzeczywistości są harmonijne, ale to lęk przed nieznanym każe walczyć z czymś, czego nie rozumiemy.

Każdy z nas ma jakąś mroczną istotę obok siebie. Każdy jest z nią silnie związany i boi się tego związku, bo go nie rozumie. Krzysztof Piskorski w swej przygodowej powieści fantasy każe pochylić się nad znaczeniem skomplikowanych relacji, których istoty nie pojmujemy. Tnie rapierem dwa różne światy, aby pokazać jeszcze jeden; świat lęków cywilizacji, które wciąż nas otaczają, bo wciąż istnieją realne zagrożenia przedstawione w odległej przeszłości całkiem przecież wymyślonego świata „Cieniorytu”.

2013-11-08

"Made in Japan" Rafał Tomański

Wydawca: Helion

Data wydania: 7 września 2013

Liczba stron: 202

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wstrząsy wtórne…

W Japonii źle się dzieje. Tak brzmi dziennikarska teza Rafała Tomańskiego, który od lat uważnie przygląda się Krajowi Kwitnącej Wiśni i w swojej książce podejmuje rozważania o jego przyszłości po tym, jak 11 marca 2011 roku silne trzęsienie ziemi zburzyło japoński spokój, uszkadzając elektrownię atomową w Fukishimie; czyniąc wyłom nie tyle nie do naprawienia, co przede wszystkim mocno stygmatyzujący. Oczywiście to, iż Japonia nie rozwija się tak jak wcześniej, było zauważalne i jest widoczne, nie mając związku z katastrofą z Fukushimy. A jednak to zdarzenie jakoś wyraźnie zarzutowało na fakt, iż japońska równia pochyła przyjęła groźny kształt. Dzisiaj nie rozmawia się tylko o tym, czy należy zrezygnować z elektrowni atomowych i czy energia jądrowa to właściwa droga ku rozwojowi ekonomicznemu. Dziś „Made in Japan” nie brzmi już dumnie. Co więcej – jest synonimem nie tylko błędu 2011 roku, ale przede wszystkim znakiem nowych czasów, z których wartkiego nurtu Japonia wydaje się wypadać nie tylko dlatego, że nie jest już drugą gospodarką świata. Kraj ten zawsze ze wszystkim sobie radził; teraz wydaje się być bezradny. Zagubiony. Z długiem publicznym, przy którym Grecy mają aż za dobrze. Z rekordowym deficytem handlowym. Ze starzejącym się społeczeństwem, które w 2011 roku kupiło więcej pieluch dla dorosłych niż dla dzieci…

„Made in Japan” nie jest do końca reportażem. Widać dziennikarski sznyt, nie jest to książka zbyt głęboko wchodząca w japońską kulturę, mentalność, sposób postrzegania świata oparty na specyficznej tradycji i dokonaniach wieków minionych. Tomański oprowadza nas po Japonii nowoczesnej, która mocno zwolniła i wyraźnie zagubiła drogę tak ekspansywnego rozwoju, jaki był jej udziałem przez bardzo długi czas. Przyglądamy się krajowi, który dał się zaskoczyć żywiołowi, ale przede wszystkim nie spodziewał się zagrożenia, jakie przyniosło dla mentalności Japończyków naruszenie struktury elektrowni atomowej. To uszkodzenie naruszyło też fasady japońskiego opanowania i przekonanie, iż można być bezpiecznym nawet w miejscu, gdzie wciąż trzeba drżeć o życie i myśleć, że śmierć może pojawić się nagle, w każdym momencie, błyskawicznie, nieodwracalnie.

Teza zawarta we wprowadzeniu jest wyraźna i mocna. „Japonia traci swą odmienność i coraz gorzej odnajduje się we współczesnym świecie”. Rafał Tomański przygląda się odmienności tej dzisiejszej, która jest przecież pokłosiem odcięcia od świata czasów Edo. Dzisiejsza Japonia wyzwala ambiwalentne uczucia. Z jednej strony doskonale współgra z rozwojem ekonomicznym i technologicznym świata, sama będąc często prekursorem znaczących zmian. Z drugiej jednak – to kraj mimo wszystko hermetycznego zamknięcia; miejsce niezbyt przyjazne imigrantom, którzy wciąż są na cenzurowanym. Kraj niechętny zagranicznej pomocy. Miejsce, gdzie żyje się izolowanym, także w strukturze społecznej i układach nakazujących, by nigdy nie okazywać emocji, zawsze być skupionym na zadaniu i mieć świadomość wyjątkowości tego, kim się jest i gdzie się żyje. Japończykom żyje się bardzo dobrze, ale coraz większym problemem jest starzenie się społeczeństwa, któremu za jakiś czas będą prawdopodobnie potrzebni do opieki ci imigranci, którym utrudnia się zamieszkanie w Japonii i integrację z narodem japońskim. Czy zgodzą się na to, tak ksenofobiczni na co dzień?

Odnajdywanie się Japonii w świecie to temat szeroko już komentowany i zawsze dający pole do nowych rozważań. Można pomyśleć, że Japonia wcale się nie musi się nigdzie odnajdywać. W zakresie nowoczesnych technologii, przemysłu i wynalazków ułatwiających życie jest przecież dużo przed światem i ma tego świadomość. Japończycy stworzyli sobie własne odpowiedniki światowych serwisów społecznościowych; mają wszystko to, czym świat się dopiero zachwyca, są pragmatyczni, na wskroś nowocześni i żyją zadaniowo, nie znosząc lenistwa i nudy. Nie są jednak tak silni jak kiedyś. Coś po drodze się porobiło złego, a wybuch w Fukushimie był tylko pretekstem do tego, by zacząć analizować pęknięcia, rysy, niedogodności, błędy i zaniechania. Tomański pisze, że w kraju tak nowatorskim i wyprzedzającym świat przez lata, obecnie pojawia się paraliż decyzyjny i wszelkie innowacje trudno jest przeforsować. Japończycy toczą absurdalne boje o wyspy Senkaku, niechętni są chińskiemu rozwojowi i mentalności, coraz bardziej są zamknięci w sobie i nieczuli na innych, co pokazują opisane perypetie odrzucanych w różny sposób uchodźców z terenów objętych zagrożeniem po awarii elektrowni w Fukushimie. Nade wszystko – choć potrafią planować rozwój nawet na trzy pokolenia do przodu – wydają się bezradni, szukając nowych form inwestycji, przedsiębiorczości; rozważając wszelkie „za” i „przeciw” wykorzystaniu energii atomowej i izolując się ze wszelkimi swoimi dobrami, jak ciekawie obrazuje to historia zaawansowanych produktów technologicznych, które nie są właściwie dostosowane do eksportu w żadnej formie.

Nad Japonią wydają się wisieć czarne chmury. Japońskie media – zawsze rzeczowe, stonowane, nawet w obliczu największych zagrożeń czy sytuacji, przy jakich nie kontroluje się emocji – dziennikarzom z zagranicy niewiele powiedzą o tym, co naprawdę dzieje się w japońskiej mentalności. Trzeba umieć obserwować. Rafał Tomański widzi dużo i stara się to wszystko widzieć w kontekstach. „Made in Japan” to nie jest publikacja wieszcząca koniec wielkości Japończyków. Autor pokazuje słabe punkty systemu, polityki, układów społecznych i sposobu myślenia o przyszłości. Japonia może się jej bać równie silnie, co kolejnego trzęsienia ziemi, w którym jest w stanie przeliczyć szacunkowe ofiary śmiertelne. Ile będzie jednak ofiar ekonomicznej zapaści kraju? Czy Japonia da sobie pomóc? Może sama – jak zawsze – dźwignie się i po raz kolejny udowodni światu, iż może być samowystarczalna? Kraj został po 11 marca 2011 roku skażony w sensie dosłownym i symbolicznym. Trudno zdiagnozować problem do końca, dlatego Tomański pozwala sobie na przedstawienie kilku powodów do niepokoju. Japończycy niekoniecznie poproszą o pomoc, kiedy sytuacja stanie się dramatyczna. Nie chcą jej, bo nie widzą jej celowości; tymczasem przez ostatni czas rozgrywa się tam niemy w gruncie rzeczy dramat hamowania w wyścigu, który kiedyś samemu się napędzało.

Pojawia się jeszcze pytanie o to, czy mamy drżeć o losy Japonii, skoro nasze problemy są równie duże i daleko nam do stabilizacji kraju, który mimo wszystko zadba o siebie. Japonia przetrwała wieki, liczne zagrażające jej państwowości sytuacje, przetrwała konflikty, Hiroszimę z Nagasaki oraz w miarę bezboleśnie kryzys światowy. Dokąd teraz zdąża? Może w naturalny sposób zwalnia? A może zagrożenie atomowe z marca 2011 zasiało w Japończykach niepokój, z jakim nie da można sobie poradzić i na który nie pomogą szkolenia, terapie, gotowość do poświęcenia i hardość w codziennym życiu? Może trzeba nakreślić japońskie słabości, bo Japończycy jednak tego nie potrafią? Czy taka książka jak ta potrzebna jest nam, Polakom, czy może warto byłoby kilka tez przemycić do świata, którego nic nie zaskakuje, a który staje się zaskakujący wbrew własnej woli?

2013-11-03

"Nocne zwierzęta" Patrycja Pustkowiak

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 8 października 2013

Liczba stron: 224

Oprawa: twarda

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Kryzysowy stan upodlenia…

Wziąłem i przeczytałem. Nie interesuje mnie, gdzie dotychczas pracowała Patrycja Pustkowiak, co i jak pisała, z kim się związała, jak ją odbiera tak zwane środowisko i komu w nim zazdrość tyłek ścisnęła, kiedy ujrzał, że koleżance udało się wydać powieść. Polecam spojrzenie na „Nocne zwierzęta” bez usilnego zaznaczania, spod czyjego pióra wyszły. Polecam po prostu przeczytanie tej książki. Bo jest naprawdę dobra, choć irytuje, złości i czasami ma się ochotę ją podrzeć albo pogryźć – zależy, co kto lubi.

Całkiem niedawno pojawiła się na rynku bestsellerowa rzekomo powieść Marii Sveland "Zgorzkniała pizda". Bohaterka jedzie na Teneryfę, by poużalać się nad sobą. Tamara Mortus to może być taka polska zgorzkniała pizda. Podobnie jak bohaterka Sveland przekroczyła trzydziestkę i czuje, że jej życie już się kończy, bo utonęła we własnych lękach, kompleksach, niemocy i smutku. Tamary nie stać na wycieczkę do ciepłego kraju, bo resztki funduszy, jakie zostały po zwolnieniu z pracy, musi sumiennie odliczać, serwując sobie napoje alkoholowe i kosztowne przecież ścieżki. Sara u Sveland utyskiwała, jak to się czuje podle w swej kobiecości ciemiężonej w patriarchalnym świecie. Tamara jest kimś na kształt antyfeministki – ona chciałaby, żeby ktoś ją uwolnił od nadmiaru wolności i swobody; od życia, w którym może stanowić o sobie, a nie ma na to już najmniejszej ochoty. Szwedzka zgorzkniała pizda analizowała swe dotychczasowe życie ze szczegółami; Tamara chce nam wykrzyczeć tylko to, że jest jej źle, że straciła sens życia i kontrolę nad nim; że czuje się przeżuta, wydalona poza margines społeczny, upodlona i wściekła na świat, który każe jej myśleć o sobie jak o martwej mimo tego, że przekroczyła dopiero granicę lat trzydziestu.

Bohaterka Pustkowiak jest obsesyjnie skupiona na sobie, co charakteryzowało choćby kobiety z twórczości Marty Syrwid. Poddała się nałogowi i jest alkoholiczką. Niekoniecznie wstydliwą, ale na pewno przez to osamotnioną. Drugim nałogiem Tamary jest pornografia. Prawdziwy seks to dla niej mgliste wspomnienie. Masturbuje się przy monitorze i to jest substytutem jej seksualnego spełnienia tak, jak butelka i narkotyki dają jej namiastkę sensu, w którym może się wyzłośliwiać na samą siebie, na świat, na swą bierność i wycofanie.

Tamara przerobiła już wszystko, co mogłoby jej pomóc. „Ateizm, joga, runy anielskie. Podróż do Indii, podróż w głąb siebie, mantry w sanskrycie, zielona herbata. Psychoterapeuta, deprim, kokaina”. Zatrzymała się przy tej ostatniej i chwyciła jej jak ostatecznego ratunku. Ratunku przed upadkiem, który już przecież miał miejsce. Podstawowym doświadczeniem bohaterki jest poczucie utraty i wszelkiego braku. Cielesność jest upokarzająca, a wewnątrz nie ma już nic. Jest zwierzęcy strach i zwierzęce fantazje o dzikim wykorzystywaniu z nazistami gdzieś w mrocznym tle i o byciu zwierzyną łowną, której łatwo nie da się zdobyć. Kiedy Tamara myśli o przeszłości, zdaje sobie sprawę, że kiedyś tam było lepiej, ale niewiele z tego pamięta. To, co jest teraz, to dramatyczna pustka, wpatrywanie się w szklany ekran z programami ezoterycznymi, alkohol na znieczulenie bólu i poczucie wewnętrznego rozpadu, którego nie da się zatrzymać.

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu ostatnich dni tygodnia. Tamara spędza noc w towarzystwie mężczyzn. Od jednego dostanie w twarz, z drugim wypije whisky, trzeciemu przyniesie pecha podczas gry w ruletkę. Jest kompletnie do niczego. Ale dopiero spotkanie z Marceliną – głupią piczką jak z żurnala, męczącą japiszonką i idiotką – przyniesie nocne szaleństwo, którego finał będzie tragiczny. O ile coś może być jeszcze tragicznego dla Tamary w jej egzystencji bez sensu, egzystencji pomimo, złośliwego trwania na przekór sobie; w złości i bezradności na przemian, w wiecznym oderwaniu od świata, który jej nie przyjął i który ona teraz deprecjonuje.

Patrycja Pustkowiak stworzyła kolejną wkurzającą bohaterkę, dla jakiej wielu nie znajdzie współczucia. Autorka pisze bowiem o problemach, z którymi wszyscy sobie radzimy albo bardzo się staramy, by nam to radzenie wyszło. Tamara ma już w dupie siłę i radzenie sobie. Ma dość miasta – Warszawy, w którą mimowolnie wrosła, coraz bardziej nienawidząc. Ma dosyć siebie takiej, jaką się stała, bo wcześniej nie odnalazła tej właściwej drogi, by być szczęśliwą.

„Nocne zwierzęta” to książka zadająca pytanie o to, gdzie we współczesnym świecie istnieje granica kobiecego upokorzenia i co się dzieje, kiedy taką granicę się przekracza. Pustkowiak napisała historię, w której najważniejsze są emocje i błędne przekonania. Tamara odwrotnie niż Picasso wiecznie szuka, niczego nie znajduje. Naczytała się gdzieś bzdur o tym, że jej myśli tworzą rzeczywistość i boi się uświadomienia sobie, że tak nie jest. Bo przecież można by się zapytać o to, kto jest winien jej upadku poza nią samą. To nie jest powieść, przy której powinno się zadawać takie pytania. To prawdziwa w sferze emocji i przejmująca w sensie egzystencjalnym historia upadku, która przydarzyła się już wielokrotnie, ale nad którą nikt z uwagą się nie pochylił. Bo jesteśmy zwierzętami, nie tylko nocnymi; eliminujemy słabych, odrzucamy tych, co się nie uśmiechają, odsuwamy od siebie ironizujących i takich, co nie podążają za modami.

Tamara Mortus podąża za jakimś autodestrukcyjnym głosem wewnętrznym. Nie poszukuje zrozumienia obecnego stanu rzeczy, bo nie jest możliwe, by spojrzała na swoje dramaty z innej perspektywy. To historia kobiecości zapadłej w sobie, upadłej w kilku sensach i wstrętnie zgorzkniałej, choć wykazującej się czasami dowcipem i świadomym oglądem spraw. „Nocne zwierzęta” to opowieść wysokiego napięcia; każda kartka domaga się tarmoszenia albo palenia, ale każda jednocześnie przynosi nam obraz tak przerażający, że boleśnie prawdziwy. Kobiecość obolała i zdegradowana to nie wszystko. Patrycja Pustkowiak opowiada o degradacji człowieczeństwa w świecie, w którym myślenie o zmarszczkach, awansach, posiadaniu i upływie czasu czyni egzystencję nieznośnie niemożliwą. O świecie, w którym po prostu zabrakło siły, o ludzkiej dwulicowości, złu i mrocznych instynktach opowiadają „Nocne zwierzęta” na tyle dobitnie, że nie sposób obok tej powieści przejść obojętnie.

2013-11-01

"Czas kobiet" Jelena Czyżowa

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 września 2013

Liczba stron: 220

Tłumacz: Agnieszka Sowińska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Babcie i Śnieżynka

Wszędzie na świecie walczą ze sobą Krzywda i Prawda. Walka toczy się od wieków i coraz częściej ta pierwsza staje na pozycji wygranej. Jelena Czyżowa opowiada nam radziecką historię zmagań Krzywdy i Prawdy. Opowiada o krzywdzeniu przez los, historię, państwo; przez to, skąd się pochodzi, dokąd zmierza i przez ludzi stawianych na drodze. „Czas kobiet” to jednak przypowieść o tym, że Prawda może triumfować. Że jest i zawsze będzie. Prawdziwe są relacje bliskości między kobietami z trzech pokoleń. Prawdziwe łzy ocierane ukradkiem. Prawdziwa jest potrzeba posiadania swojego miejsca i prawdziwa bezradność, kiedy goni się plan pracy w fabryce, a nie ma planu na własne życie. To nowa wersja ruskiej baśni o Śnieżynce. Osadzona w realiach XX wieku, za który Rosjanie mogą się wstydzić. Opowieść tak niezwykła, że aż trudno uwierzyć, iż mogłaby być prawdziwa. A pewnie mogłaby. Czyżowa opowie o kobiecej sile, przywiązaniu, miłości i byciu obok – trudnego radzieckiego życia, trudnej radzieckiej mentalności, trudnej walki o socjalny przydział mieszkania, ziemniaki, mąkę i uczucia.

Antonina to wzorowa pracownica fabryki. Jednej z tysięcy takich nadprodukcyjnych, których pracownicy byli inwigilowani, żyjąc w kieracie i walcząc o to, by coś zjeść oraz gdziekolwiek godnie mieszkać. Kiedy bohaterka orientuje się, że jest w ciąży i nie można jej zgonić tak, jak gorączki, postanawia pokochać swą córeczkę całą miłością, na jaką stać jej wiecznie zalęknione serce. Dziewczynka staje się fabrycznym dzieckiem, dzięki któremu otwiera się przestrzeń mieszkalna i w niej godnie może żyć aż pięć osób – matka z córką oraz trzy wiekowe współlokatorki: Jewdokija, Glikierija i Ariadna. To będzie rodzina dla wrażliwej istoty, która nie chce mówić, choć rozumie, co się wokół niej dzieje i wpatruje się w ten dziwny świat z nadzwyczajną uważnością i dojrzale.

Siuzanna nazwana przez swe trzy babcie Sofiją zaczyna życie pod ich opieką z dala od innych ludzi, od rówieśników, od tego wszystkiego, co szkaradne i podłe na co dzień. Babcie dają jej ciepło i miłość. Każda z nich inaczej i każda z bagażem własnych traumatycznych doświadczeń. Jewdokija wroga jest nowoczesności, tradycyjnie oddana przeszłości, pamięci zmarłych bliskich, w końcu wierze i ufności w to, że zakończona po trzech latach edukacja była wystarczająca, bo wszystkiego, co potrzebne, uczy samo życie. Glikierija z przodkami pańszczyźnianymi wiecznie komuś służyła albo obserwowała, co to znaczy podległość w każdym możliwym wymiarze. Przeżyła romans z pewnym hrabią i dramat odebrania dziecka. Dziś jest pokorna, ale podporządkowywać się nie chce. Ariadna natomiast uczy małą Sofiję języka francuskiego i arystokratycznych manier. Podejmuje się trudu pokazania dziewczynce w szarej i ponurej rzeczywistości czegoś, co znamionuje piękno, co pięknym być potrafi. Otoczona opieką tych trzech skrzywdzonych przez los babć, Sofija doświadcza tego, czego nie otrzymała matka – wsparcia i poczucia, że jest kimś wyjątkowym.

Babcie stanowią wielką siłę, jaka chroni dziewczynkę przez złem świata. Są silne i mądre, przekazują jej tradycyjne wierzenia, ale i proste życiowe mądrości. Są zawsze, oddane i ufające, iż Sofiję ominie okrucieństwo czasów, w jakich wszystkim przyszło żyć. To okrucieństwo uderza przede wszystkim od ludzi. Inwigilowani, zastraszani, żyjący w relacjach zależnościowych, wciąż boją się ufać i otwierać na innych; to taki wewnętrznie zatomizowany kolektyw, w którym każdemu jest ciężko, ale nikt nie robi niczego, by ten stan zmienić. Babcie chcą dla przyszywanej wnuczki innego świata. Nie ochronią ją przed życiową krzywdą, nie dadzą jej poczucia bezpieczeństwa, nie odgonią z jej otoczenia śmierci. Pozwolą jednak poczuć, że ma rodzinę. Prawdziwą. Silną i kobiecą. Stworzoną przez obce sobie kobiety, które potrafią się zjednoczyć. Być bezkompromisowe. Zaradne. Samowystarczalne. Przede wszystkim zdeterminowane, by swej Śnieżynce pokazać świat najpiękniej jak się tylko da. Byle tylko nie podzieliła smutnego losu własnej matki.

Mężczyźni u Czyżowej są tłem, ale dość wyraźnym i mocno determinującym działania kobiet. Albo pogłębiają ich frustracje i poczucie, że żyją w piekle, albo są niezwykle pomocni i gotowi podjąć się wyzwań, by uratować z opresji. Są jednak mimo wszystko z boku. Bo to przecież tytułowy czas kobiet. Kobiecej determinacji i kobiecej siły, która bierze się gdzieś ze środka, z ciał i umysłów naznaczonych krzywdą i niesprawiedliwością, ale jednocześnie świadomych tego, że jest inna droga. Droga ku Prawdzie. Ku lepszemu życiu. Raj można sobie stworzyć obok siebie, nie patrząc w ekran telewizora, nie żyjąc złudzeniami, nie utyskując na system i pozbawione szczerości relacje międzyludzkie. Eden powstaje także gdzieś pomiędzy baśniowymi narracjami snutymi przez babcie. Jest, można go zaznać, możliwe jest szczęście na nieludzkiej ziemi i w nieludzkich czasach walki o każdy kolejny dzień. Sofija to mądrość, dobroć i kreacja wszystkich pragnień, jakie doświadczone życiem kobiety pogrzebały wraz z bliskimi w przeszłości. Córka Antoniny otrzyma coś, czego można zazdrościć – dom pełen ciepła i miłości. W zimnym Leningradzie, gdzie na ulicach czai się tylko niechęć i gdzie coraz częściej brak już nadziei na to, by w cokolwiek wierzyć.

Opowieść Czyżowej rozgrywa się nie w opisach, lecz w żywym języku. Toczące się rozmowy nadają prozie wartki nurt, ale jednocześnie silniej osadzają w świecie, gdzie trzeba było szybko myśleć, błyskawicznie podejmować decyzje i wciąż być w gotowości, wciąż czujnym i świadomym zagrożeń z każdej możliwej strony. Czyżowa w bardzo dwuznaczny sposób opowiada o rosyjskości – ponurej i czasami obłąkanej w swym okrucieństwie, a z drugiej strony cechującej się silnymi więziami na przekór temu, że codzienność więzi te wciąż osłabia. Opowiada też o śmierci, na jaką nigdy nie można być gotowym…

To poruszająca opowieść o dorastaniu w świecie, gdzie kobiety są krzywdzone, a jednocześnie wciąż gotowe do walki o własną godność. Dalekie od życia społecznego i politycznego, skupione na sobie, dzielnie walczące o kolejny godnie przeżyty dzień w mieście, w którym godność straciło już tak wielu; tak wielu rozmieniło na drobne cząstki siebie, tak wielu się zagubiło i patrzy na innych wilkiem. Doskonale skrojona opowieść o sile przywiązania i o kobietach, które dbały o siebie nawzajem, bo o życie jako takie gdzieś obok nich nie chciały się już troszczyć.