2013-12-21

"Putter" Aman Payor

Wydawca: Warszawska Firma Wydawnicza

Data wydania: 31 października 2013

Liczba stron: 98

Oprawa: miękka

Cena det: 24 zł

Tytuł recenzji: Pięć niejednoznaczności

To krótka  - prawdopodobnie przez mężczyznę napisana - książka o niemożności wejścia w relacje przy jednoczesnym pragnieniu zagłębiania się w tajemnice namiętnych przeżyć. Homoseksualnych. Tak, w tym momencie znaczna część męskich czytelników przestanie czytać niniejsze omówienie. A sama w sobie konstrukcja opowiadań autora kryjącego się pod pseudonimem Aman Payor jest na tyle intrygująca, że opowiedziane historie nabierają znamion uniwersalnych i wykraczających poza płeć. Ambiwalentne odczucia wzbudza „Putter”, ale na pewno skłania do myślenia. To rozpisana na pięć głosów historia gier, cielesnych transakcji, analiza emocji skrytych gdzieś w ciele; książka, która nie epatuje pornografią, a zanurzona jest całkowicie w efemerycznej erotyce. Dodatkowo opowiada o ludziach, dla których ciało jest mapą poszukiwań; siebie w sobie i inności, dzięki której można lepiej zrozumieć to, kim się jest. Co się czuje i jakim się w tym odczuwaniu staje. Interesujący zbiorek pięciu formalnie dość skomplikowanych tekstów, które bronią się przede wszystkim tym, że potrafią ukazać ulotność fascynacji czymś, co stale jest zagadką, choć wywołuje czytelną namiętność i jeszcze bardziej wyraźniejsze żądze. O czym to tak naprawdę jest?

Nieważne, czy zdarzenia dzieją się we śnie, na planie filmowym, na ulicach Paryża czy na wirtualnym polu golfowym. Ważne są reakcje, jakie zachodzą między bohaterami. I punkty wyjścia do tych reakcji. Co się stanie, kiedy życiowa partnerka o jeden raz za dużo użyje słowa „sofa”? Do czego doprowadzi rozmowa przy rzeźbie hermafrodyty w Luwrze oczekującego na sprawę rozwodową brodacza i prywatnego przewodnika po Paryżu, który boryka się z kolejnym finansowo chudym rokiem swojej egzystencji? Dokąd zabierze nas traumatyczne wspomnienie o żonkilach – zmorze gastarbeiterskiej pracy, która odebrała życiu zmysłowość? Co się wydarzy, kiedy naruszona zostanie relacja między egzotycznym tancerzem a widzem, obserwującym dużo bardziej uważnie niż wszyscy inni?

Aman Payor zaczyna od niejednoznaczności. Od pewnych pęknięć na twardej fakturze życia, jakie nazywamy codziennym. Jego mężczyźni ulegają złudzeniom i poddają się namiętności wynikłej ze zwykłych zbiegów okoliczności, jakich można było uniknąć, ale się nie dało. Seks heteroseksualny, tradycyjne dzielenie się ciałami między mężczyzną a kobietą, zostaje zbanalizowane przez rytuał, przewidywalność, przez fetysze wokół i przez pustkę. Treść kryje się w relacjach dla niektórych z bohaterów zakazanych. Właściwie iskrzą tylko zmysły, bo rozum zasypia i odchodzi wraz z niechcianym wspomnieniem sofy, żonkili, rodziny usiłującej wyswatać na siłę. Payor ukazuje momenty trudne do uchwycenia, kiedy namiętności rodzą się z potrzeby chwili, a ta - niczym nieuzasadniona – prowadzi zwykle to szybkiego zaspokojenia żądzy i do oderwania się od samego siebie w chwilowym szale zapomnienia, z kim i po co się zbliżamy.

Uważam, że najciekawszym opowiadaniem, najbardziej niejednoznacznym ze wszystkich pozbawionych przecież jednoznaczności przekazu, jest „Kurort” – dramatyczna i kameralna opowieść o bliskości seksu i śmierci, o szaleńczym zapętleniu między pożądaniem a pustką życia. Przybywający do Gdańska turysta z Dubaju przygotowuje się do policyjnego przesłuchania świadom, iż jego tajemnicza znajomość z osobnikiem pragnącym pozbawić się życia, będzie skupiać niezdrową uwagę i będzie czymś, z czego konieczne będzie tłumaczenie się. Aman Payor wydaje się pisać tak, jakby żadne tłumaczenie się z własnej twórczości nie było mu potrzebne. To są surowe w gruncie rzeczy zapisy stanów emocjonalnych, jakie rodzą się ze zmysłowości skrytej na co dzień, w tyglu obowiązków, rzeczy do wykonania, słów do powiedzenia, gestów do pokazania. Pokazana jest także dwuznaczność męskich oddziaływań. Nie jesteśmy pewni, czy mamy do czynienia z ocierającymi się o ekscentryzm podszyty pornografią obrazkami z życia, w którym obserwować możemy te jego przejawy, o jakich często wstydliwie się milczy. Stąd też moc tych krótkich narracji – jest w nich jakaś kaleka groza nazywania rzeczy przyziemnych, a jednocześnie wyrafinowany kunszt opowiadania o namiętnościach fatalnych, które – mimo wszystko – przynoszą coś na kształt spełnienia, dają zadowolenie.

Putter to rodzaj kija golfowego, za pomocą którego, blisko dołka, wymierza się tak zwaną „krótką piłkę”, by „zaliczyć” ów dołek. Takie jest metaforyczne wytłumaczenie opisywanych w opowiadaniach relacji międzyludzkich; dość mglisty tekst z okładki książki wikła jej zrozumienie chyba bardziej niż chciałby zawikłać to sam autor. Nie wiemy w gruncie rzeczy, jaką taktykę opowiadania o szybko nawiązywanych i porzucanych relacjach w namiętności, anonimowy autor przyjmuje i stosuje.

To jest pięć tekstów-zagadek w gruncie rzeczy. Tak jak bohaterowie opowiadania „Rue de Babylone” zawierają dżentelmeńską umowę o prawie do obopólnej rozkoszy, tak czytelnik podejmuje się interpretacji opisanych zdarzeń z umownym przekonaniem, iż wszystko jest prawdopodobne, choć osadzone gdzieś jakby na granicy snu i jawy. To proza nasycona erotyką zawłaszczania, korzystania z bliskości i porzucania bez żadnych wyrzutów sumienia. Można potraktować te opowiadania jak gejowskie wynurzenia o niczym, osnute pretensjonalną nutą wyrażania nicości za pomocą przenośni. Można też zastanowić się nad tym, czy nie dane nam jest przypadkiem czytać prozę tak bliską ulotnym namiętnościom, jakie przecież nie proszą się o wyrażenie…

Iskrzy na kartach tej książki. Jest tam jakiś potencjał, jest coś specyficznego. Byłaby to pozycja naprawdę godna polecenia, gdyby wszystko, o czym opowiada, nie było tak nieznośnie wieloznaczne. Bo po przeczytaniu można się podzielić przemyśleniami, co właśnie zrobiłem, ale do końca nie można być pewnym, do jakiego świata, jakich przeżyć i jakich bohaterów tak naprawdę się dotarło. Co gorsza – czy warto było docierać tam, gdzie prawdopodobnie nic poza formalną grą narracyjną na nas nie czeka. A ryzyko takiej konstatacji – mimo wszystkiego, co napisałem powyżej – jest jednak dosyć duże…

2013-12-19

"Alex" Pierre Lemaitre

Wydawca: MUZA

Data wydania: 13 listopada 2013

Liczba stron: 352

Tłumacz: Joanna Polachowska

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Kto katem, kto ofiarą?

W „Ślubnej sukni” Pierre Lemaitre udowodnił, że nieźle pisze. „Alex” to pisarstwo już rewelacyjne – nie tyle jako powieść z nieustannie stopniowanym napięciem i trzymaniem w nim czytelnika praktycznie do ostatniej strony. „Alex” jest opowieścią zacierającą granice między ofiarą a katem. Lemaitre robi to bardzo zręcznie, bo wciąż na nowo zadajemy sobie pytanie o to, kto jest winien, komu należna jest kara i czy winowajca naprawdę na nią zasługuje.

Misterna konstrukcja daje wiele do myślenia. Tematyka już u francuskiego pisarza obecna i widoczna wyraźnie, to na nowo i inaczej eksploatowany motyw kobiety w opresji. Sophie Duget ze "Ślubnej sukni" niewiele wydaje się mieć wspólnego z tajemniczą Alex Prévost. Widzimy jednak, że autorowi ponownie udaje się stworzyć powieść drogi, gdzie uciekające i ścigane, goniące i bojące się złapać, kobiety wykazują się determinacją, potrafią walczyć w sytuacjach zagrożenia. „Alex” jest nie tyle o walce, co o zemście. O odkupieniu win, jakie nie nadchodzi i o nieukojonym bólu, po którym fizyczny ślad to znamię i ciężar motywacji do działań nie tylko przerażających, co przede wszystkim zaplanowanych z chirurgiczną wręcz precyzją umysłu wielkiego w swym szaleństwie.

Alex ma trzydzieści lat, jest samotną kobietą, która lubi peruki, częste przeprowadzki i z nikim nie nawiązuje bliższej relacji. Kiedy zostaje porwana przez brutalnego oprawcę, mijają kolejne dni i nikt nie zgłasza jej zaginięcia. Alex zostaje uprowadzona i choć czuje, iż może się to wszystko skończyć śmiercią, od samego początku zastanawiać będzie i elektryzować fakt, że kobieta nie tyle nie chce umrzeć, co nie chce umrzeć teraz, w taki sposób. Szalony porywacz zaplanował jej torturę ponad siły Alex. Tak mu się tylko jednak wydaje. Ta, która żyje ze świadomością śmierci, nie podda się jej naga, uwieszona w ciasnej klatce pod sufitem. Będzie walczyć. Tak jak walczyła do tej pory – z innymi i w innej sprawie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co kryje się za nieprzypadkowym porwaniem oraz co wydarzy się w momencie, kiedy Alex znajdzie sposób, by uwolnić się z miejsca swej kaźni…

Sprawą porwania tajemniczej kobiety zajmuje się inspektor Camille Verhoeven. Nadużywająca w ciąży nikotyny matka obarczyła go na całe życie niskim wzrostem. Co może czekać w życiu mężczyznę mierzącego metr i czterdzieści pięć centymetrów? Okazuje się, iż nic gorszego w porównaniu z porwaniem i zabiciem ciężarnej żony. Od czasu tego traumatycznego zdarzenia Camille wie, że nie będzie podejmować się zagadek porwań. Postępuje wbrew sobie. Poszukując Alex, poszukuje jednocześnie wybaczenia u żony, za której śmierć się wini. Angażując się w sprawę przypominającą tak bolesną ranę z przeszłości, Camille podejmuje wyzwania. Stawia czoła przeszłości. Przede wszystkim zaś Alex, która w przeciwieństwie do zamordowanej małżonki, nie jest bezbronna i kto wie, czy nie zasłużyła sobie na to, co ją spotyka…

Verhoeven nigdy nie odpuszcza. Chociaż wszelkie tropy okazują się mylące i wciąż nie wie, jakiego typu zagadkę rozwiązuje, nie poddaje się, determinacja idzie u niego w parze z psychologiczną wewnętrzną walką. Zarzuca się mu po raz kolejny, że przybywa za późno. Nie ochronił przed śmiercią żony. Czy uda mu się to z Alex? Czy Alex potrzebuje jego pomocy? Czy jako policjant dobrze wie, kogo śledzi i z jakiego powodu? Lemaitre manipuluje swoim inspektorem i czytelnikiem. Nie wiemy, ku czemu zdążamy. Jest coraz więcej znaków zapytania od momentu, w którym Camille czuje, iż wpada na właściwy trop. Faktycznie nie odpuszcza, ale zagadka Alex stanie się dla niego drogą do zmierzenia się z przeszłością, z czymś niewyjaśnionym do końca; czymś całkiem jego, prywatnym piekłem.

Camille przeżywa specyficzną więź ze swoją matką, teraz już martwą jak żona. Wystawia na aukcję dzieła malarskie matki, pozbywa się jej pracowni, zaciera ślady łączącej go z nią skomplikowanej więzi. Camille jako syn wypiera się tej, która go urodziła. Takiego, a nie innego. Mroczny jest ten proces wypierania i zadziwia nas spojrzenie Verhoevena na kobiety w ogóle; komplikuje się wszystko jeszcze bardziej w momencie, kiedy uświadamiamy sobie, jak skomplikowane mogą być motywacje tej, którą Camille bezskutecznie poszukuje…

„Alex” to inteligentnie skonstruowana opowieść o tym, że nie zapomina się tego, co traumatyczne mimo faktu, iż nasz umysł, ratując przed upadkiem, stara się zacierać najbardziej przykre zdarzenia i wspomnienia. Dramat zaginionej Alex i dramat poszukującego jej inspektora – oba osadzone są w przeszłości; zrozumieć je, to przede wszystkim poznać czas miniony. Z równym zainteresowaniem śledzi się poczynania zarówno Alex Prévost jak i Camille Verhovoena. Pierre Lemaitre buduje opowieść grozy, plącząc tropy i poszlaki. Udowadniając jednak przede wszystkim, że w każdym z nas tkwi wiele dwuznacznych motywacji. Każdy może być ofiarą i katem. Każdy w wypieraniu przeszłości trafi na jej fragment, z którym pożegnać się nie sposób. Mistrzowski tryptyk psychologiczny o niejednoznacznej wymowie i pozostawiającym w niemym zdumieniu zakończeniu. „Alex” to z pewnością fabuła, jaką chciałby sfilmować Hitchock i jej autor jest o tym słusznie przekonany!

2013-12-17

"Dziewczynko, roznieć ogienek" Martin Šmaus

Wydawca: Czeskie Klimaty

Data wydania: 5 września 2013

Liczba stron: 334

Tłumacz: Dorota Dobrew

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Fatalizm Cygana

Od pewnego czasu obserwuję zjawisko wyraźnego zainteresowania cygańszczyzną, które przypomina co nieco młodopolską chłopomanię. Takie publikacje jak książki Lidii Ostałowskiej czy niedawno wydana "Papusza" Angeliki Kuźniak różnią się jednak w swej modzie na zainteresowanie od tej sprzed wieków. Przyglądanie się Cyganom, z odrzuceniem politycznie poprawnej łatki Romów, umożliwia głębszą penetrację tego narodu; jest bardzo uważne, dociekliwe, umieszczające problemy w kontekście i wieloaspektowo ukazujące dramat ludzi bez skrawka własnej ziemi w Europie. Głos w sprawie zabrał czeski pisarz Martin Šmaus, który w barwnej, przejmującej i doskonale skonstruowanej powieści „Dziewczynko, roznieć ogienek” ukazał losy Cyganów ze Słowacji. Zogniskował liczne problemy w opowieści o jednostce; zagubionym i wyobcowanym chłopcu, za wcześnie mężczyźnie, przypadkowo mordercy, zawsze odmieńcu wypędzanym i poniżanym, bo gorszym i obcym, bez domu i prawdziwej rodziny.

Kiedy Andrej Dunka przychodzi na świat gdzieś na wschodniej słowackiej granicy, nikt nie przypuszcza, że to dziecko zostanie przez los napiętnowane za cały nieszczęsny cygański los, który naznaczony fatalizmem przynosi jedynie udrękę i wieczne tęsknoty, jakich nie da się zaspokoić. Matka Andreja daje mu srebrny krzyżyk i to będzie jedyne, co po niej zostanie, bo kiedy chłopca zabierze w wielki świat jego wuj Ferko, Andrej ze stratą matki będzie musiał radzić sobie równie często co z upokorzeniem, odrzucaniem i ze złym losem, który nie da mu spokojnie żyć, cieszyć się z czegokolwiek; losem, który wciąż będzie odbierał to, co kochane, wciąż będzie stawiał wyzwania nie do pokonania, stale ranił i doświadczał tak, że tylko bycie w drodze będzie koić ból świadomości, iż nigdzie nie ma dla Andrejka niczego na stałe.

„Kot ma dziesięć żyć, a Cygan dziewięć”. Tak twierdzi wuj, który zachwycony talentem małego złodziejaszka, zabiera Andreja do Pragi. Oto rozpoczyna się gorzki żywot chłopca, którego los doświadczy tak, że nawet dziewięć biografii nie uniosłoby smutku, żalu i trwóg, jakich zazna wiecznie spragnione miłości, spokoju i bezpieczeństwa serce tego, którego jedynym przewinieniem jest jego narodowość. Mały Dunka w czeskiej stolicy kradnie, zajmuje się żebraniem, oszukuje i buduje autorytet dzięki bystremu wzrokowi i zwinnym palcom, zdobywającym od pogardzanych przez Cyganów gadziów dobra, do których oni sami muszą dochodzić ciężką pracą. Šmaus na przykładzie praskiej rodziny okupującej kamienicę w centrum miasta ukazuje dramat wbicia w miejskie życie ludzi wyrwanych z dzikich osad. Wieki wspólnoty rozpadają się po przesiedleniu. Cyganie nie podejmują pracy zarobkowej, bo wolą kraść i korzystać z państwowego socjalu. Nie tyle nie chcą, co nie potrafią się dostosować do życia cywilizacji ludzi, jacy nimi pogardzają. Krewni Andreja, wierni swej ziemi gdzieś na wschodzie kraju, są poniewierani i przerzucani wciąż tam, gdzie jeszcze nie zapracowali na złą opinię, gdzie jeszcze ich nie zamknięto w więzieniach, nie przepędzono, nie ośmieszono przy tym.  Stopniowo i konsekwentnie izolowani w nowych czasach nie są w stanie za nimi nadążyć; nie potrafią docenić dóbr życia tak innego od ich codziennej tułaczki. Są odrzucani, bo wydają się niewdzięczni i niereformowalni. Tymczasem wydaje się, że jest nieco inaczej. Dunka bardzo chce stać się dobrym członkiem społeczności gadziowskiej; jest w stanie odrzucić część tego, co narzuciła mu cygańska wspólnota. Chce wieść godne życie bez stygmatu, bez ośmieszania. Nikt mu w tym jednak nie pomaga. Nieliczne przejawy sympatii i dobrego serca to za mało na całe życie. Życie naznaczone cierpieniem wygnańca, którego to cierpienia wystarczy nawet na więcej niż dziewięć innych żyć.

Ciotka Ida stwierdza: „Nasi powinni mieszkać tam, gdzie jest dobrze”. Gdzie może być dobrze tym, którzy wiecznie piętnowani, spotykają się nie tyle z jawną agresją, co z przejawami ukrytej nietolerancji podszytej wszystkim, co złe i co można żywić do obcych, którzy chcą wykorzystać, nie dając nic w zamian? Andrej ma jedynie dobre serce i skrzypce, na których z czasem nie jest już w stanie grać. Ma nadzieję. Udaje mu się tam, skąd go zabrano, na chwilę stworzyć namiastkę życia, z jakiego można być zadowolonym. To jednak tylko chwila. Poza nią jest gorzkie tego życia poznawanie  -  w kosteleckim poprawczaku, w szpitalu psychiatrycznym, w więzieniu. Dunka ma złamany życiorys, bo wszystko wydaje się być z góry ustalone i nigdzie nie dane mu będzie znaleźć ukojenia. Stara się o to. Tak jak stara się wyjść poza swą cygańskość. Musi tymczasem robić to, czego się od Cygana wymaga. Bieda idzie w parze z porywczością, wielodzietne rodziny tworzą toksyczne więzi. Niemożność bycia prawdziwym Czechem czy Słowakiem utrudnia również fakt, że sami Czesi i Słowacy w końcu podzielą się nikomu niepotrzebną granicą…

Wspomniałem już o braku matki, bo to książka o naprawdę bolesnym jego doświadczaniu. To także opowieść o innej nieobecności. Andrej kilka razy pyta o to, gdzie jest Bóg i nikt nie jest w stanie dać mu odpowiedzi. Chce wierzyć, że jakaś siła poza nim dba o jego życie i choć ciężko doświadcza, pozwoli wreszcie na zaznanie choć namiastki szczęścia. Młody Dunka wyrasta na Andreja – mężczyznę odartego z godności, którą odebrały mu instytucje, miasta, miejsca i ludzie na jego drodze. Chce za wszelką cenę wierzyć w miłość, którą egzemplifikuje srebrny krzyżyk od dajori, ale tej miłości albo nie ma wokół, albo pojawiając się, znika nazbyt wcześnie i w dramatycznych okolicznościach.


Martin Šmaus mocno przygnębia, ale kreśli bardzo wiarygodną opowieść, w której czytelnik nie znajdzie wielu odpowiedzi, natomiast postawi mnóstwo pytań, na jakie musi odpowiedzieć sobie sam. Dzisiejsza Słowacja – jak wspomina Lech Mróz w posłowiu – to kraj Unii Europejskiej, którego blisko 10% obywateli stanowią Cyganie. Wciąż nie mają niczego własnego. W żadnym z państw Europy Wschodniej, gdzie muszą wieść życie wciąż w drodze i stale w niepewności jutra jak młody Andrej Dunka, który zbyt wcześnie się postarzał i zbyt wielu zaznał okrucieństw od losu, by wierzyć, że może go w tym jednym z dziewięciu żyć czekać cokolwiek dobrego…

2013-12-15

"Umarł mi. Notatnik żałoby" Inga Iwasiów

Wydawca: Czarne

Data wydania: 5 listopada 2013

Liczba stron: 128

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bardziej mieć go w sobie…

Wszędzie zmarłych jest więcej niż żywych. Na szczecińskim Cmentarzu Centralnym, jednej z największych nekropolii Europy, liczba tych pierwszych niebawem przewyższy drugich. Tam swoje miejsce w skromnej urnie znalazł ojciec Ingi Iwasiów. Jemu, ale chyba sobie także pisarka poświęca pisany szybko i kompulsywnie notatnik żałoby. Spisane zostało tyle, ile powinno zostać zapamiętane, ujawnione innym. Reszta jest pewnie milczeniem albo – nie nadużywając górnolotnych fraz – przeżyciem jednostkowym, poza które autorka nigdy nie wyjdzie. Mimo tego, iż „Umarł mi” napisano w pośpiechu, powinno się tę publikację czytać powoli, z rozwagą. Z jednej strony pojawia się podziw, bo to rozważania, które innym mogą pomóc w porządkowaniu chaosu nie do opanowania po śmierci ich bliskich; mają przecież pewien rys uniwersalny, kiedy metafizykę próbuje się zastąpić pragmatyką i na odwrót. Z drugiej strony przy lekturze towarzyszy konsternacja. Jakże to tak? Można w ten sposób? Nie za śmiałe to? Niebezpieczne, bo odbierające istnienie bólu w sferze osobistych doznań czasem nie do zniesienia? Tak czy owak – „Umarł mi” to świadectwo żałobnej odwagi. Mierzenia się z zagadką oczywistości śmierci i zapamiętywania tego, co winne być zapamiętania mimo wszystko. To książka, dzięki której zmarły ojciec pozostaje może bardziej trwale w córce. Bo przecież – jak pisze Iwasiów już na wstępie - „(…) skoro umarł, muszę jeszcze bardziej mieć go w sobie”.

30 czerwca 2012 roku stał się dniem daty granicznej. Świat się nie zatrzymał, nic się wokół nie zmieniło. Jedyne, z czym trzeba było sobie poradzić, to nagłe odejście. Jedyne? Przecież wraz z tym ujawnia się mikrokosmos emocji i uczuć, na wyrażenie których nie ma się śmiałości bądź odwagi w uporządkowanym życiu ważnych spraw. Trudniej przeżyć coś, z czym pozostaje się samemu – bez względu na to, ile osób cierpi wokół i ile z nich deklaruje współodczuwanie tego cierpienia. Trzeba rozliczyć się jakoś samemu ze sobą. „Umarł mi” być może ma temu służyć. Inga Iwasiów nie wierzy w żadne terapie i to pisanie nie ma mieć charakteru terapeutycznego. Autorka wskazuje te charakterystyczne kręgi, gdzie przeżywa się utratę wspólnie, bo łatwiej osadzić rozpacz kontekstowo, między innymi. Kultura pogrzebu, subkultura cmentarza – to wydaje się być odległe, to nie są przestrzenie dla niej, nie dla jej sposobu przeżywania. Jest w tej utracie osobno, ale to nie jest niczym deprymującym, bo przecież Iwasiów wie doskonale, że uciec od straty ukochanej osoby nie można w ramiona innej żyjącej, nawet najbliższej, najbardziej współczującej. Trzeba się zająć sobą, tu i teraz, z takim i nie innym doświadczeniem. Spisanie notatnika żałobnego jest jednym ze sposobów nadania sensu przeżyciom, jakie wymykają się poza wszelkie kategorie logiki i zdrowego rozsądku. Pisanie jest w tym wypadku doświadczaniem smutku wewnętrznego. Bez konieczności wymazywania go.

Pojawiają się wspomnienia, w których autorka widzi siebie konfrontującą się z odchodzeniem innych. Wcześniej było tak, że te wszystkie śmierci wydawały się podobne, a przecież każda była inna. Nic nie zahartowało przed tą najbardziej bolesną, bo przecież największym paradoksem jest fakt, iż wiemy o końcu życia od chwili narodzin, a ujawnia nam się w swej grozie dopiero, gdy nastąpi, w żaden sposób nie przygotowując, nie hartując.  Inga Iwasiów wspomina, że zawodowo uprawia rozumienie, ale jej narzędzia badawcze stają się bezużyteczne, kiedy trzeba zrozumieć ostateczność odejścia. Stąd w tej książce nie jest ukrywany płacz, słabości; to nie jest publikacja temu na przekór. To książka o przejściu dalej, z bólem i wspomnieniami mimo tego, mimo ludzkiej słabości obnażającej nas jako bezbronnych, którym nikt nie może pomóc.

Zmarły był zegarmistrzem. Świetnym podobno. Takim panem czasu innych, na którym czas boleśnie się zemścił, pokazując, iż nie może być kontrolowany. O czasie – minionym, obecnym i tym wyobrażonym w przyszłości – jest w notatniku wiele i są to rozważania różnorodne, ukryte gdzieś, poza kontekstem, stale jednak obecne. Trudno było ojcu w czasach, kiedy naprawy zegarów to już rzadkość, kiedy jego fach ograniczał się często do wymiany baterii, kiedy mechanizmy wewnętrzne czasomierzy były tak proste, że niewarte zachodu, często wyrzucane po zepsuciu. W tym świecie zmiany śmierć ojca rozumiana jest jeszcze tak: „Świat przeszedł na bateryjną tandetę. Tata umarł, jakby mu nagle zabrakło baterii. Sam ich tyle w ostatnich latach wymienił, że czuć, co się stało”. A nastał brak, z którym trzeba sobie radzić. Łatwiej, gdy ożywi się wspomnienia. Tam zmarły pozostanie wciąż obok córki.

Ojciec był uważnym czytelnikiem, zarażony namiętnością do literatury po tym, gdy córka została pisarką. Był czułym tatą, tatulkiem, zawsze obowiązkowy i tę obowiązkowość pozostawiający w genach. Drobne ręce, sprawne, na zawsze zostawiające ślad, gdy głaskały po głowie, uspokajały, dawały poczucie bezpieczeństwa w czasach, które ani nie były bezpieczne, ani też radosne. A przecież o radości i cieple życia rodzinnego jest w „Umarł mi” tak wiele pięknych zdań! Jest tam też o kondycji wciąż małej dziewczynki pozostawionej przez tatulka. Tak małej i tak nieporadnej, że z trudem samodzielnie wracającej z Gdańska do Szczecina po tym, gdy dowiaduje się 30 czerwca, po co ma przedwcześnie wracać… Tak dzielnej jak tylko można być dzielnym w tej sytuacji. Rozważnej i uważnej, bo zastanawiającej się także, czym ma być żałoba po zmarłym tak w ogóle.

Iwasiów po śmierci ojca popełnia mnóstwo niewybaczalnych grzechów osoby w żałobie. Prowadzi czynne życie, odnajduje w nim radości, bodźce motywujące do działania. Nie celebruje żalu, nie nurza się w nim, nie dzieli go z innymi i nie uczestniczy w kulturze masowego żegnania zmarłych, która to kultura jest daleka i nie widzi sensu uczestniczenia w nim. Notatnik żałoby Ingi Iwasiów jest świadectwem przeżycia wewnętrznego, które nie rozsadza, lecz uwiera. To opowieść o dniach żałoby napisana dla wielu z nas i też za tych, którzy tego zrobić z różnych powodów nie są w stanie. To książka o rzeczach osieroconych wraz z córką i o rzeczach… do zrobienia, by po tym, co się stało, móc dalej żyć. Wszędzie zmarłych jest więcej niż żywych. Tylko że tym żywym trudniej. Oni muszą pozostać z tym, co zmarli porzucili wraz ze światem, swoim w nim istnieniu i wraz z tymi, którzy szukają różnych sposobów, aby ich opłakać.

2013-12-13

"Wybrany" Bernice Rubens

Wydawca: Wiatr od Morza

Data wydania: 20 listopada 2013

Liczba stron: 286

Tłumacz: Michał Alenowicz

Oprawa: miękka

Cena det: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Wybranie w obłędzie?

Bardzo cieszą takie inicjatywy wydawnicze. Otrzymujemy książkę, która zdobyła drugą Nagrodę Bookera i mimo upływu lat nie straciła na aktualności. Możemy czytać walijską pisarkę żydowskiego pochodzenia, która zmarła przed dziewięciu laty. Bernice Rubens uhonorowano prestiżową nagrodą w 1970 roku za „Wybranego” – powieść w jakiejś mierze biograficzną, bowiem jeden z bohaterów, głowa rodu i dysfunkcyjnej rodziny, jest żydowskim emigrantem z Litwy tak jak ojciec pisarki. Ta książka wciąż iskrzy, bo stale obecne są w życiu takie problemy rodzinne, jakie zarysowano tu wyrazistą kreską. Tworzą one pasjonującą powieść psychologiczną złożoną z pytań o to, co komu wyszło źle, bez dawania odpowiedzi na pytania o możliwość tego zła wyeliminowania. „Wybrany” to książka o obłędzie, normalności i cienkich między nimi granicach. O złudzeniach, jakie mamy względem siebie i o rozczarowaniach w miłości. O bliskości i oddaleniu. O stygmatyzowaniu odmienności i o konsekwencjach życia w sztywnym gorsecie zasad i przyzwyczajeń. Rubens przedstawia losy żydowskiej rodziny, której się nie udało i chociaż opowieść płynie lekko i dużo w niej humoru, przygniata ciężarem, jakiego nie unieśli przez lata wszyscy ci, co w rodzinie czuli się jak w klatce. Warto przyjrzeć się „Wybranemu”, bo to alegoria dysfunkcji zrodzonej z kalekiej miłości. Opowieść o tym, że szaleństwo tkwi w nas samych, ale tylko nieliczni mają odwagę pokazać, że są szaleni.

Normana Zwecka poznajemy na łóżku, które odziedziczył w spadku po rodzicach. Ta symboliczna introdukcja będzie miała szalenie ważne znaczenie później. Matka Normana nie żyje, ojciec przeniósł się do jego pokoju. Łóżko symbolizuje dawną jedność, ale wyraźnie zaznaczona jest linia podziału między Zweckami, którzy samotnie odchodzili w krainy swoich snów przez lata. Norman nie cierpi świtów i światła. Pokój najchętniej zasłoniłby szczelnie i usunął  z niego wszystkie lustra. Wokół Normana zaczynają gromadzić się wrogie mu owady – rybiki cukrowe. Ta halucynacja to początek manii prześladowczej i nawrót obłędu, w który wpędziły go białe tabletki; kiedyś łykane w rozsądnych ilościach, teraz zaś garściami.

Szaleństwo Normana zmusza jego ojca, Abrahama, do umieszczenia syna w zakładzie psychiatrycznym. Dla rabina Zwecka jest to dramat podwójny – cierpi jako ojciec, którego syn kiedyś był wziętym prawnikiem, a dzisiaj opiekować się nim trzeba jak dzieckiem. Drugie cierpienie wynika z faktu, iż Norman jako jedyny z rodziny uchylił się przed życiem uświęconym tradycjami i zasadami, wedle których żydowski mężczyzna powinien unieść na barkach odpowiedzialność za życie swoje i własnej rodziny. Norman rodziny nie założył. Trudno ustalić moment, w którym łykanie leków stało się nałogiem. Nieśmiało poznajemy motywy, które go odmieniły. Dużo mówiące imię bohatera to nie tylko ojcowska fantazja o synu, z którego można byłoby być dumnym, a nie jest to możliwe. To imię będące w sprzeczności z życiem Zwecka. Abraham Zweck chciałby jednego: „Norman musi życie Normana prowadzić”. Syn chce, żeby wszyscy dali mu święty spokój, a kiedy w szpitalu psychiatrycznym odkrywa, iż łatwo można wejść w posiadanie zakazanych dlań białych pigułek, spokój ten – iluzoryczny i na chwilę – odnajduje z dala od opresyjnego ojca i wycofanej, ale równie dla Normana toksycznej siostry Belli.

Bella jest taką rodzinną świętą, a może raczej męczennicą rodu Zweck. Zawsze potulna, posłuszna rodzicom, akceptująca narzucany przez nich porządek; wierna w swej religii i tradycji wszelkim obostrzeniom, jakie mają regulować życie w normie. Właściwie każda rodzina ma taką Bellę, tak wydaje się twierdzić w toku narracji autorka. Bella – jak Norman – przekracza czterdziestkę, ale wciąż nosi białe, dziecięce skarpetki. Nie pozbyła się ich, są symbolem zamknięcia i blokady, na jakie zezwala mimo upływu lat. Bella lękała się być kobietą i prawdziwą kobietą nie została. Nienawidzi Normana za to, że jego szaleństwo jest w domu sankcjonowane. Jej, wiecznie posłusznej i uległej, nikt nigdy za to nie hołubił. Norman to jej fascynacja i źródło negatywnych emocji zarazem. Bella poddaje się dyktatowi jego obłędu tak, jak zawsze podporządkowywała się wszystkiemu, co narzucali jej rodzice.

Wyraźnie buntuje się w rodzinie Esther. Bella zazdrości najmłodszej córce Zwecków, która zdobyła się na odwagę, by poślubić mężczyznę spoza żydowskiego kręgu wybrańców i opuścić dom rodzinny, czyli zrobić coś, czego próbował dokonać kiedyś Norman, ale nie starczyło mu odwagi. Esther żyje z dala od pozostałych przy życiu Zwecków. Matka ją wyklęła, ojciec stara się wymazać z pamięci, a Norman… okazuje się, że relacje między nim a Esther są dużo bardziej skomplikowane niż można o nich na początku wnioskować.

Wszystko w zasadzie, co dzieje się i wydarzyło w rodzinie Zwecków jest mocno złożone. Bernice Rubens świetnie buduje napięcie, odsłaniając kolejne gorzkie tajemnice. Jaka była nieżyjąca matka? Dlaczego Bella uważa, że to przez Normana nie może rozstać się ze swoimi skarpetkami? Co się wydarzyło, zanim Esther opuściła dom? Jakie błędy popełnił Abraham, że teraz jego dzieci są nieszczęśliwe i wszystko zmierza ku temu, iż nigdy szczęścia nie zaznają?

Wieloznaczny jest tytuł powieści. Norman jest tym wybrańcem w rodzinie, który uosabia los, jaki nikomu się nie przytrafił. Jego obłęd to stygmat, ale jednocześnie coś fascynującego. Norman kwestionuje rolę społeczną, jaką narzuciła mu rodzina i w swym uzależnieniu podąża w otchłań, od jakiej nie odciągnie go nikt z żyjących członków rodziny. Pytanie zasadnicze to pytanie o to, kto w rodzinie Zwecków naprawdę oszalał. Obłęd Normana jest najbardziej wyrazisty, ale czy rzeczywiście wszyscy poza szpitalem psychiatrycznym nie uczestniczą w czymś na kształt zbiorowego szaleństwa, które zrodziło się już przed laty i wynikło z tego, co nienazwane i niewyjaśnione? Bella snuje rozważania proste, ale jakże trafnie podsumowujące wszystkich bohaterów książki Bernice Rubens: „Obłęd kończy się lub zaczyna zależnie od tego, jak się na niego spojrzy, zależnie od natury problemów gnębiących człowieka”. Nie ma w „Wybranym” granicy między tym, co normalne a tym, co szalone. Nie ma zaznaczonych miejsc, gdzie pojawiły się widoczne rysy, destabilizujące rodzinę pęknięcia, momenty zaniedbania i zaniechania – to wszystko sprawiło, że rodzina Zwecków została napiętnowana. Wybrana w swym szaleństwie i dramacie?

U Rubens wciąż widoczna jest obciążająca wszystkich bohaterów ambiwalencja uczuć – od czułości po nienawiść, od niechęci ku bliskości, jaką trudno czasem wyrazić albo okazać. Autorka nie skupia się na emocjach; stara się ukazać okoliczności, które wpłynęły na to, iż członkowie rodu Zweck czują się teraz tak, a nie inaczej. Historia uzależnienia i obłędu Normana nie wydaje się tu pierwszoplanową. To opowieść o silnych związkach naznaczonych toksycznymi emocjami; o ludziach walczących ze sobą, wspierających się jednocześnie i nieznośnie robiących na przekór –sobie i skomplikowanemu światu, w jakim przyszło im żyć. Bernice Rubens opowiada o dramacie oszukiwania siebie nawzajem w imię zasad, tradycji i obyczajów, jakie zniewalają. To też książka o nieszczęśliwym rabinie, który chciałby innego życia dla swych dzieci, ale przede wszystkim innego losu dla samego siebie. „Wybrany” zmusza do wielu przykrych refleksji, choć iskrzy przecież humorem – tak często jednak zwodniczym. Warta poznania, mądra rzecz.

2013-12-10

"Inspektor Kres i zaginiona" Agnieszka Turzyniecka

Wydawca: Szara Godzina

Data wydania: 11 października 2013

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Mnogość uproszczeń…

Moda na pisanie kryminałów stała się tak wielka, że napisanie i wydanie takiegoż wydaje się sprawą tak nieskomplikowaną, iż każdemu jako tako władającemu piórem może się to udać. Agnieszce Turzynieckiej się nie udało. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, iż jej powieść jest absolutnie niewiarygodna – psychologicznie przede wszystkim. Historia papierowych bohaterów, prostych zagadek i błyskawicznego ich rozwiązywania, zdarzenia wymieszane w tylko autorce znanym celu, absurdalne nagromadzenie wielkiej ilości zbrodni, zaginięć, dewiantów i zboczeńców na metr kwadratowy średniej wielkości miasta w środkowej Polsce – to nie są jedyne wady. Najgorszym przewinieniem jest fakt, iż Turzyniecka raczy nas po prostu bajką zanurzoną we krwi i zbrodni. Bajką jednak. A ja w bajki już nie wierzę. Od powieści kryminalnej oczekuję tego, by wychodziła naprzeciw życiu, którego dramat opisuje. Tutaj jest tylko klejenie kilku fabuł w całość, przewidywalne i pozbawione iskry. W dodatku z trudnym do ustalenia środkiem ciężkości – nie wiemy, czy fabuła ta ma się skupiać na tytułowym inspektorze czy też na zaginionej, także pojawiającej się w tytule.

Znika Barbara Suchocka. Jej matka zastaje otwarte drzwi do mieszkania, w którym po córce zostaje jedynie ślad krwi na dywanie. Basia to samotna, zamknięta w sobie kelnerka. Biorąca rzekomo dużo nadgodzin, ale tak naprawdę uprawiająca wówczas nierząd, o czym nie wiedzą jej rodzice, przekonani o wspaniałości córki. Sama opuściła mieszkanie czy ktoś jej pomógł? Ma to związek z tym, że się prostytuowała czy takowego związku nie będzie? Kto stoi za tym, że w ciasnej szafie Basia snuje łzawe monologi, które zamiast poruszyć, śmieszą jedynie?

Sprawą zajmuje się Marian Kres, miejscowy policjant. Od 22 lat czynnie w zawodzie, zawsze zaangażowany w każdą ze spraw, od lat borykający się z wyrzutami sumienia z powodu nierozwiązanej sprawy zaginięcia ośmioletniego chłopca. Dla Kresa sprawa ta była punktem przełomowym; wówczas zrozumiał, że zawiódł, że nie jest takim profesjonalistą, za jakiego się ma i że musi teraz zrobić wszystko, by dusić wyrzuty sumienia za tamto, nie pozostawiając kolejnych zleceń bez rozstrzygnięcia. Kiedy matka Basi – pogodzona już z tym, że może nie ujrzeć córki żywej – wymusi na Kresie obietnicę, iż odnajdzie ją bez względu na wszystko, nasz poczciwy inspektor dokona niemożliwego, by sprawę zaginięcia rozwiązać.

A sprawa rozwiązana jest niejako już na wstępie, zanim autorka popłynie w kolejne wariackie historie, by pokazać determinację i bezkompromisowość Kresa. Obserwujemy bardzo ciekawy zabieg, świetnie wykorzystywany na przykład wśród skandynawskich pisarzy kryminalnych. Zaraz na początku poznamy rozwiązanie tajemnicy, jaka zawiązała nam akcję. Przestępca zginie, a wraz z nim ślady tego, co się naprawdę wydarzyło z zaginioną, bo choć Kres odkryje ciała innych porywanych dziewczyn, los samej Basi pozostaje zagadką. Doskonały punkt wyjścia do mnożenia zdarzeń, które mogą porwać, jeśli tylko popracuje się nad psychologią postaci oraz ich motywacjami. Tymczasem wspomniany zabieg niczego nie uatrakcyjni. Bardzo szybko domyślimy się, co się stało z Basią. Będziemy też śledzić poczynania Kresa, który sprawie nie chce odpuścić. Nie zamierza pozwolić na to, by zaginiona została kolejnym jego wyrzutem sumienia po wspomnianym wyżej chłopcu. Co robi? Mimo umorzenia postępowania podejmuje się ryzykownych posunięć. Dwukrotnie wyjeżdża do Niemiec, za każdym razem za swoje pieniądze (autorka zapomniała najwidoczniej sprawdzić, ile zarabiają polscy policjanci) i kompletnie bez planu, bez organizacji, bez zaplecza logistycznego w kraju, które mogłoby pomóc w utrudnieniach śledztwa za granicą. Tak, śledztwa być nie może i to po prostu prywatne wycieczki Kresa. Jego myślenie o tych wyprawach jest tak naiwne, jak naiwna jest wiara w to, iż sprawę da się łatwo wyjaśnić. O zgrozo, daje się to zrobić łatwiej niż moglibyśmy przypuszczać. O ile podziwia się kunszt kryminalistów do komplikowania zdarzeń i motywacji bohaterów, o tyle u Turzynieckiej można podziwiać prostotę rozwiązań fabularnych, która nie tyle pozostawia w niemym zadziwieniu (tak narracje prowadzi się w baśniach, gdzie wszyscy potem żyją długo i szczęśliwie), co zmusza do zastanowienia się nad tym, czy to wszystko nie jest przypadkiem kpiną z czytelnika.

Sam Kres jest nieporadny, ale tacy nieporadni policjanci ożywiają niejedną świetną powieść kryminalną. Nieporadność Kresa to przede wszystkim wynik przedstawienia go jako papierowej postaci. Jego stosunki z wiecznie zrzędzącą żoną są co najmniej skomplikowane. Oboje mają siebie dość, a jednak trwają przy sobie w zaskakującej symbiozie. Kres nie tyle jest pantoflarzem, co mężczyzną ułomnym, który swą męskość chce podkreślać w prosty, czasem prymitywny sposób. Losy jakiejś tam piotrkowskiej prostytutki, o której wspomina niemal  z czułością, zajmują go bardziej niż choroba nowotworowa żony. Potrafi pozostawić swoją szczekającą nań Grażynkę i udać się w podróż do Monachium czy Trewiru, będąc przekonanym o tym, że postępuje słusznie. Cierpiąca na raka kobieta jest kolejną śmieszną i bez wyrazu postacią nie tylko dlatego, że autorka zarzuciła w zakończeniu nakreślenia ostatniego rysu relacji małżeńskich albo choćby wyjaśnienia, czy kobieta – mimo obojętności męża – wyjdzie ze swej chorobliwej przypadłości. W tym małżeńskim duecie kryje się wiele frustracji, bólu, obojętności maskującej inne uczucia i jest tam cała historia skomplikowanego życia we dwoje, a potem obok siebie, ale Turzyniecka nic z tym nie robi. Snuje opowieści bez pogłębienia psychologii postaci i ma to miejsce zarówno w przypadku poszukujących, jak i poszukiwanych, których monologi – jak wspomnianej Basi – mogą wzbudzić śmiech lub konsternację.

Agnieszka Turzyniecka środek książki, czyli jakieś 150 stron między odkryciem, dokąd zabrano Basię a próbami jej odzyskania, zapełnia zbrodniami, o jakich Piotrków Trybunalski nie słyszał latami; one tymczasem dzieją się jedna po drugiej, zmuszając Kresa do ustawicznej pracy i zaniedbywania chorej żony. Mamy zabójcę żony, mamy kochankę-zbrodniarkę w afekcie, mamy zboczeńca z siekierą zajmującego państwową posadę i cały cykl samobójstw nastolatków, którzy nasłuchali się jakiegoś gadania i muzyki, po czym zdecydowanie rozstali się ze swym młodym życiem. Mamy wszystko, ale wychodzi z tego lekkostrawna papka, a nie pasjonujące historie. Turzyniecka próbuje w jednej budować napięcie prawie z Dostojewskiego – mamy dramę relacji oskarżonej ze śledczym, mamy wyrzuty sumienia i próbę wybielania tej, co zabiła. Płyciutkie to wszystko. Pozostałe historie znajdują rozwiązania szybciej niż zdążymy się do nich zbliżyć. Wszystko zmierza oczywiście do katastrofalnego finału książki, po lekturze której pozostaje pytanie o to, co właściwie przeczytaliśmy.

Największym grzechem powieści kryminalnej jest brak elementu zaskoczenia – rozumiany bardzo szeroko. Agnieszka Turzyniecka zaskakiwać może jedynie naiwnością swoich rozwiązań fabularnych i tym, że serwuje nam jakąś kompletnie oderwaną od rzeczywistości wizję szybkiego karania za zbrodnie, odkupienia winy i opowieść o tym, że rozwiązywanie zagadek kryminalnych jest tak proste jak zrobienie zakupów w markecie (z tym nie radzi sobie Kres). Nie wiem zatem, jaki był cel napisania i wydania „Inspektora Kresa i zaginionej”. Fikcję literacką cenimy za to, że pozwala nam oderwać się od praw rządzących rzeczywistością. Tyle tylko że w przypadku dobrego kryminału fikcja ta powinna się w rzeczywistość wgryźć, szarpać nią do krwi i pokazywać wszystko, co złe w najbardziej skomplikowanych odcieniach. U Turzynieckiej dobro i zło to kategorie, jakie poznaje dziecko; bez ich zaburzania i zaciemniania. Wspomniałem na początku – nie lubię bajek. Nie lubię być też oszukany przez książkę, która oszukuje samą siebie, nazywając powieścią kryminalną.

2013-12-08

"Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie" Beata Chomątowska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 14 listopada 2013

Liczba stron: 296

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Emigracja, tolerancja i przyjaźnie

Jakiś czas temu obiegłem kilkanaście sklepów, bo chciałem sobie kupić zeszyt. Normalny zeszyt z normalną okładką. Nie ma już takowych. Udało mi się znaleźć okładkę jednolitą, co uznałem za sukces i na tym poprzestałem. Nie ma szarych brulionów, które służyły bardzo długo, rzadko się rozpadały i które nienaruszone znajduję w szufladzie, gdy chcę się pośmiać z kulawego pisma, jakim kiedyś zapisywało się tematy lekcji w podstawówce. Tymczasem w dzikim szale krzykliwych okładek i krzykliwości koloru w ogóle dostaję książkę w brulionowej oprawie. Szarej, zwartej, fascynującej. Tak, to będzie niewątpliwie najlepszy wabik na nową książkę Beaty Chomątowskiej dla tych, którzy zrozumieją celowość takiego zabiegu wydawniczego.  Tych, co pamiętają i się zachwycą. Co z resztą? Dla nich między innymi poniższych kilka słów o tej publikacji.

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” to żywiołowa książka o pełni życia na emigracji w czasach, kiedy pozwalało sobie na nią niewielu i wtedy, gdy Holandię – tam rozgrywają się zdarzenia – większość Polaków uznawała za europejską Sodomę i Gomorę. Autorka opowiada o losach dwójki przyjaciół, pary w zasadzie, którzy ruszają na podbój Zachodu, wykorzystując (jej) przyznanie stypendium naukowego. Zaczyna się wszystko drogą; inną niż ta dzisiejsza, bo trudniejszą i bardziej ekscytującą. To czas, kiedy Polacy nadal są przybyszami „stamtąd”, ich kraj jest jakimś tam smutnym postkomunistycznym grajdołkiem, gdzie cierpi się na wieczny deficyt wszystkiego i wpatruje w Zachód jak w ziemię obiecaną, ziemię sytości i dostatku. Holendrzy końca XX wieku nieszczególnie wiedzą, gdzie ta Polska jest. Jeden z bohaterów rozczula się na wspomnienie przepięknego polskiego miasta, jakim okazuje się… Praga. B. i R. – kurczowo się siebie trzymający na początku – przybywają ze świata, który jest nie tyle oddalony, co gorzko doświadczony przez zapaść, system i Historię, stanowi bolesną w swej szarzyźnie przestrzeń, którą dzieli od Holandii nie tylko różnica kilometrów. Bo Holland i Poland brzmią może podobnie, dalekie są jednak od siebie, a dystans ten w charakterystyczny dla siebie sposób zmniejszy swą narracją Beata Chomątowska.

Kraj niskiego nieba, szybko topniejącego śniegu, hołubionej przeciętności; kraj ludzi samowystarczalnych aż do śmierci, punktualnych i systematycznych. Uśmiechniętych rowerzystów, którzy życie publiczne i społeczne czynią łatwym dzięki sztuce zwanej fatsoen. Dla Polaków nieosiągalnej do nauczenia nawet przez to, iż słowo nie ma polskiego odpowiednika. Holandia – kraj wolności totalnej i porządku skrupulatnego, miejsce do życia dla każdego, kto nie kwestionuje sposobu i trybu życia innych. Holenderskie otwarcie na inność jest niczym innym jak normalnością, o której nie słyszeli ani młodzi ani starzy Polacy, a para z Krakowa rusza w kierunku Amsterdamu, myśląc o tym, że czeka ich to, co najlepsze - „Luz, zero stresu, nieustające wakacje”.

To opowieść o tym, jak życie hartuje i jak można się poddać temu hartowaniu rozumnie, obserwując uważnie wielobarwny świat wokół. Doświadczenia emigracyjne opisane w tej książce tworzą opowieść o rozumieniu wszelkich złożonych relacji ludzkich. To one są bowiem najciekawsze, a sam tytuł kusi prowokacyjnością, bo przecież trudno jest o stwierdzony w nim fakt w kraju, gdzie słowa „przyjaźń” się nie nadużywa. Obserwujemy wrzucenie młodych wschodniosłowiańskich wędrowców do świata, który okaże się trudny do oswojenia, choć przecież inny, lepszy jest; daje odetchnąć naprawdę świeżym powietrzem, zachwycić się liberalizmem, pozwala na wybór drogi i proponuje alternatywę. Holenderska Breda nazywana jest Krakowem Północy. Przybysze odnoszą więc wrażenie, iż nigdzie w gruncie rzeczy się nie ruszają, ale topografia to nie mentalność; szybko zrozumieją, że w tym kraju swobody i wolności niczego nie ma za darmo i że aby godnie w nim żyć, należy się poświęcić, uszanować inność oraz dostosować się do niepisanych zasad świata, który latami dochodził do swego dobrobytu.

Holandia wydaje się krajem bez żadnych zasadniczych podziałów, choć na drodze bohaterów stają ludzie skrajnie od siebie różni. Metaforą spójności, tolerancji i zasady współistnienia wszystkiego, co różne jest De Boulevaard – knajpa, w jakiej polscy gastarbeiterzy znajdą pewne zatrudnienie. Co więcej – wejdą do wspólnoty, do jakiej trudno się dostać. Będą ciężko pracować, a ich lojalność zostanie wynagrodzona. Oboje dość szybko poczują się w pełni obywatelami tego kraju jedności i swobody, rozumiejąc jednocześnie, iż tolerancja to nie tylko akceptacja inności bez zwracania na nią uwagę. Będą się uczyć tolerować samych siebie, ze swoimi słabościami i wadami, w jakich wyrastały frustracje i niepewność. Breda przywita ich nadzwyczaj radośnie. Pewnie to przypadek, że poznają księdza-smakosza, u jakiego się zapożyczą oraz Ahmeta Polata (postać autentyczną), który wskaże im miejsce w urokliwym studentenhuis, gdzie brak jest obecnością, a nieład – ustaloną przez wielu harmonią. Albo mają dużo szczęścia albo przede wszystkim zdrowego rozsądku, bo życie, jakie planują w Bredzie, nie będzie luzem i bezstresowymi wakacjami.

Z opowieści Beaty Chomątowskiej przebija niezwykłe ciepło i optymizm. Mimo tego, iż poznajemy ludzi trudnych, złych, sytuacje kryzysowe i dramaty rozpisane na kilka głosów – jest to mimo wszystko historia tonąca w tym, co Holandia. W spokoju, harmonii i pewności wiary, iż przyszłość ułoży się jakoś, bo nad teraźniejszością się panuje, a życiem cieszy się wraz z każdym jego przejawem wokół. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” to także zbiór doskonale zarysowanych opowieści o inności, przepełnionych humorem i rubasznością. Poznamy Natashę, czyli Matkę Holenderkę. Przy niej Matka Polka padłaby na zawał, widząc rozpasanie i swobodny sposób chowania dzieciątka. Znajdziemy się w sklepie z rowerami Marcina. Marcin jest polskim królem Bredy, który zdobył już wszystko poza jakąś jędrną polską dupą, bo tylko za tym tęskni. Dowiemy się, do czego może służyć kościół, przyglądając się frontowi squattersów i zakonników. Przyjrzymy się wystawie penisów robiącej na przechodniach takie samo wrażenie jak wspomnienie o zeszłorocznym śniegu. Zajrzymy do sterylnych pokoi holenderskich prostytutek i do Klubu Znicz – doskonałej parodii spotkania polskiej emigracji z tradycjami. Dowiemy się, dlaczego Jan Paweł II miał dość jedzenia w Holandii i co Holendrzy myślą o Belgach oraz Niemcach.

To książka o ludziach, którzy próbują uciec od swojej pechowej tożsamości. Nie czynią się Holendrami, nie zapominają bynajmniej o swych polskich korzeniach. Chcą odnaleźć się w świecie, jaki ujrzą po drodze – w jej trakcie i u celu. Jeżdżą przecież nie tylko w jednym kierunku, bo to podróże do rodzinnego Krakowa i Bredy, także rodzinnej, oswojonej całkowicie, szalonej, trudnej, intrygującej i… swojskiej. Takie pisanie jak Beaty Chomątowskiej nie tyle wskrzesza przeszłość, w której można się było cieszyć tym, co teraz za rogiem i na wyciągnięcie ręki. To piękna książka o przyjaźni, ciepła opowieść inicjacyjna, znakomite studium skomplikowanych relacji międzyludzkich i dowód na to, że w różnicach wszelakich zawsze można się odnaleźć i poznać. Siebie oraz przyjaciół. Świetne, soczyste, bezpretensjonalne i warte uwagi!

2013-12-03

"Obscenariusz" Wojciech Kuczok

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 5 listopada 2013

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Literackie namiętności

Warto zacząć od sytuacji opisanej w jednym z opowiadań zbioru „Obscenariusz”. Mamy dziką plażę i samotnika, który chce kontemplować… siebie. W tę przestrzeń wdziera się nagle ona. Kobiecość tak zwana. Adorowana początkowo, staje się po chwili niedostępnym Ciałem, kiedy cielesność ujawnia swą niepokojącą moc. Taką obezwładniającą i wywołującą bezsilność. A przy tym niezdrową ciekawość. Podniecenie. Ciało będzie kategorią rozumienia Kobiecości, ale Kobiecość jako idea może istnieć samoistnie. Plażowiczka rozbiera się tak, jak Wojciech Kuczok rozbiera język swoich opowiadań; otwarcie, bezpośrednio, a jednak kryjąc tajemnice, bo nie wiemy, do czego doprowadzi obserwacja kobiecości przez ukrytego nieopodal samotnika. „Obscenariusz” jest dowodem na to, iż autor widzi wyraźny związek między pisaniem a cielesnością; tą obezwładniającą, działającą na zmysły, usypiającą rozum, budzącą instynkt, zniewalającą totalnie. Pisząc o erotyce, atakując nasze zmysły pornograficznymi wizjami, Kuczok jednocześnie pozwala na rozprzężenie języka, na jego rozbicie, lingwistyczne szaleństwo. Pisze w dzikim uniesieniu o uniesieniach, które prowadzą do zguby, ale warto się w nich zatracić mimo wszystko.

Pornografia w literaturze została usankcjonowana już dosyć dawno, a związki jednego z drugim wyraźnie podkreśla choćby Elfriede Jelinek. Tak, u niej ta gra jest grą często formalną i u Wojciecha Kuczoka jego wypisy z ksiąg nieczystych – jak głosi podtytuł – także będą w dużej mierze zagraniem formy, co nie tyle przerasta treść, lecz nadaje jej innych znaczeń. Gdzieś między orgazmami, potem, zapachami pochwy i penisa, gdzieś między seksem na granicy wyuzdania a wyuzdaniem emocjonalnym każącymi pisać o namiętnościach dosadnie, skryty jest dramat zdobywania czegoś, czego nie można osiągnąć, co jest niepełne, nie w pełni wartościowe, literacko też wątpliwe. Stąd też „Obscenariusz” może wzbudzić skrajne odczucia, bo prosi się o odrzucenie, ale jednocześnie kusi. Nie seksem, nie pornografią. Zależnościami między ciałem, emocjami, nazywaniem tych emocji i określaniem w ciele miejsc, za pomocą których odczuwa się świat – ten zapisany także.

Są w zbiorze teksty już wydane, między innymi w niefortunnej antologii „Miłość we Wrocławiu”. Opowiadanie o spotkaniu nieznajomych w chłodzie wrocławskiej katedry i o gwałceniu sacrum przez profanum, a nawet odwrotnie, czyta się nieco inaczej. Kuczok tym razem wydaje się pewien układu opowiadań; widać, iż pisanie o cielesności bezwstydnej jest dla niego czymś na kształt literackiego ekshibicjonizmu. W żądzach i namiętnościach ukryte są jednak historie. Jedne bardziej przejmujące, inne mniej. Wszystkie napisane polszczyzną, potem, krwią, spermą, moczem i całym sobą w swej naturalistycznej głębi i bezwstydności zarazem. Wojciech Kuczok prowokuje, ale przede wszystkim żartuje. W przerwach między pisaniem bardzo na poważnie, a takie jednak dominuje. Warto się mu przyjrzeć.

Trzonem kompozycyjnym zbioru jest opowiadanie „Przyjdź do mnie”; bezwstydność znaczenia tytułu poznamy przy uważnej lekturze. Bohaterką jest Maria Sachalina Pietrowna, starzejąca się rosyjska pisarka, która kiedyś miała wiele do powiedzenia, a dzisiaj ciągnie ją świat doznań, cielesnych przyjemności. Pietrowna jest pisarką-celebrytką; już nikt poważnie nie bierze jej książek i chociaż nadal są kupowane, mało kto je czyta. Kobieta postanawia zajrzeć do wewnątrz. Wchodzi w intymne relacje z biseksualnym dziennikarzem, którego młodość, jurność i nieprzewidywalność chce zawłaszczyć całkowicie, chce spalić się w namiętności i oddać się całkowicie, bo tak postanowiła. Zamieszkują z Wiktorem w łóżku, w swych fantomach seksualności; w dzikości nieokiełznanej, a jednocześnie pełnej fatalizmu i chwilowości. Kochankowie piszą do siebie esemesy i maile w chwilach, kiedy nie mogą się intensywnie pieprzyć. Są zbliżeni w dystansie, ich komunikaty to świadectwo lingwistycznej eksplozji namiętności bez celu, kierunku, bez nadziei. Gorzki to tekst, zabawny też, pobudzający zmysły i dwuznaczny. Dalej jest już nieco mniej wyraziście, bo i krótsze formy Kuczok nam serwuje, wnikając bardziej w uwarunkowania namiętności i w ich skutki.

Namiętność może mieć moc pokonania nawet gniewu Adolfa Hitlera. W namiętności można być zakłamanym jak Balzak. Może prowadzić do toksycznego związku i zatracenia, jak dzieje się w dziewiętnastowiecznym Berlinie. Namiętność to uległość zakodowana przez traumę dorastania u boku matki alkoholiczki i erotomanki. Może też się okazać czymś totalnym i druzgoczącym jak w historii pastora, który po miłosnym zbliżeniu z karczmarką, przesyła jej swą krew i narządy, by po śmierci udowadniać przywiązanie. Jest strasznie, refleksyjnie, czasem wzruszająco. Jest też wieloznacznie i dowcipnie; jest na pewno nieprzewidywalnie, bo przecież taka jest namiętność i cielesność, które grają pierwsze skrzypce w tym nie tyle obscenicznym, co naturalistycznie bliskim językowi literatury zbiorze opowiadań.

„Obscenariusz” to opowieść o słabościach przekutych w siłę i o ludziach przeklętych w swej seksualności; w dążeniu do czegoś, co można nazwać wewnętrzną wolnością. Myślę, że to książka specyficzna – z racji formy i podjętej tematyki. Trudno jednoznacznie ją polecić, bo trafia w specyficzne gusta, zniesmaczyć zaś może wielu estetów. Nie o takie reakcje na swoje pisanie chyba Kuczokowi chodziło. Za inteligentnie napisał, żeby teraz dzielić odbiorców tej książki na zachwyconych i zdegustowanych. Prawda jest inna. Prawda o nas samych. O naszym ciele. O podporządkowywaniu się mu i o nowym porządku słów i zdań, za pomocą których można ten proces opisać.

2013-12-01

"Drugi dziennik" Jerzy Pilch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 6 grudnia 2013

Liczba stron: 284

Oprawa: twarda

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Chorobliwe trwogi i zdziwienia…

Mijający rok jest rokiem podwójnych przyjemności czytelniczych. Po dwie książki sygnowane ważnymi nazwiskami się ukazały, żeby wspomnieć Huberta Klimko-Dobrzanieckiego czy Ingę Iwasiów. Mamy też drugiego Pilcha. Po pierwszej od pięciu lat, wyczekiwanej powieści "Wiele demonów" dostajemy prawie że pod choinkę drugą publikację, ważną dla autora, ale i dla jego wielbicieli. Jerzy Pilch dubluje formę dziennika. Ten drugi  - jak zauważyła już Bernadetta Darska – jest dużo bardziej intymny, zdecydowanie oddalony od spraw społecznych, choć i tu poczytamy między innymi o tym, jak trudno jest Polskę kochać, żyć  w niej, kibicować polskim piłkarzom (tak, to mocno społeczny temat!).

„Drugi dziennik” zebrany jest z tekstów publikowanych w „Tygodniku Powszechnym” i to przede wszystkim rozprawa autora z chorobą, analiza stanu niepewności rozrastającej się coraz bardziej; to także opowieść o pokorze i o lękach, które można oswajać. Bardzo osobista publikacja. Bardzo złożona w swej pozornie nieskomplikowanej formie. Chwilami tragikomiczna, ale częściej refleksyjna; ocierająca się o jakiś fatalizm, który czym prędzej trzeba przegnać i pomimo lęku walczyć dalej. O swe normalne życie. Świadomego człowieka, intelektualisty, czytelnika, ewangelika, kibica, mężczyzny po prostu. „Drugi dziennik” opowiada o tym, jak Pilchowi minął rok. Był ciężki, czekają go być może dużo cięższe. Chce o tym pisać i wie, że pisanie egocentryczne jest grafomanią, więc pisze gdzieś z oddalenia, będąc jednak w centrum. Hoża staje się punktem odniesienia, ale świat widzi Pilch z wielu perspektyw. Obiektywnie… i zdrowo.

Najstraszniejsze, co może się przydarzyć w chorobie, to niemoc duchowa. Utrata świadomości, intelektualnej sprawności – one mogą nieść ze sobą dramat największy i trudny do opisania. To dramat utraty języka kontaktu z literaturą; tą czytaną i tą tworzoną jednocześnie. O literackich przygodach czyta się na kartach „Drugiego dziennika” z mieszaniną podziwu i zadumy; Pilch wgryza się w teksty na tyle mocno, że zgrzytają mu między zębami. Nieścisłości, trudności interpretacyjne, zadziwienia, złości i nieznośności wszelakie. Autor czyta, co pisze Babel, Camus, Arasse, Marai i Cioran. Wspomina o poszukiwaniu mistycznego wręcz tekstu Maupassanta, którego bohater chce oszukać starość i śmierć. Zmierzając ku czemuś, co nieuniknione, Pilch szuka zagadek bytu i niebytu u tych, których ceni i z którymi lubi się sprzeczać. Swój dziennik pisze świadomie i wie, czego unikać. Imitacji z diariusza Lechonia albo pułapek, w jakie wpadał Grass i dzięki któremu świadomie zostaje wypunktowane to, w jaki sposób dziennika pisać nie należy.

Pilch pisze tak, jak myśli i czuje. To jego spowiedź ekstremalna. Ta z rodzaju najtrudniejszych. Bo teraz trzeba podjąć decyzję, czy użalać się nad stanem, w jaki wpędza choroba, czy z tego stanu wybierać to, co daje mimo wszystko siłę; Pilch jest zdeterminowany i nie poddaje się zwątpieniu, choć przecież pisze o traumie pożegnania ze zmarłym przyjacielem z Wisły, równolatkiem Jerzym Cieślarem. Przecież to musi być bolesne, kiedy wspomina się życie kogoś, z kim wspólnie się dorastało – mimo tego, że życie rozdzieliło ich stosunkowo wcześnie i nie było szans na intymne relacje podczas gdy teraz znajduje się ten czas na intymność wspomnienia o kimś, kogo nie ma…

O zmarłych jest zresztą kilkakrotnie. O wyczuwaniu czyjejś obecności w mieszkaniu przy Hożej, o jakichś komunikatach z zaświatów, a może po prostu o sprawach, których się nie powiedziało albo jakim się nie przysłuchało. Śmierć istnieje w tej publikacji po pierwsze jako coś szalenie pewnego i spodziewanego, po drugie – jednocześnie – kryje się gdzieś nienazwana, wciąż obca, wciąż daleka, nieobecna. Dziwne to, gdy zmarli sygnalizują obecność i gdy rozważania o nich pozwalają nie tylko zrozumieć okrutną logikę końca życia, co ten koniec przedefiniować na kilka sposobów. Bo to nie książka o umieraniu, lecz o byciu!

Pilch jest. Akcentuje to bycie, intensywniejsze na pewno i wyraźniejsze, gdy walczy się na wielu różnych frontach. „Drugi dziennik” to refleksyjne świadectwo niepewności. Nie padają pytania o to, jak żyć dalej, ale można je wyczytać między zdaniami – kreślonymi bowiem coraz mniej pewną ręką, której nie chce ulżyć żadna ze znanych kobiet w charakterze sekretarki do pisania dyktowanego. Chce i nie chce pisać o chorobie. Jeżeli już to robić, należy z niej uczynić dobrze opowiadaną historię. Bez sentymentalizmu, bez niepotrzebnego patosu. Choć w omówieniach zwykle unikam dłuższych cytatów, nasuwa mi się w tym momencie fragment soczysty i znaczący! „Starczy utyskiwań, resztę piszemy z punktu widzenia człowieka absolutnie zdrowego. Tylko taka strategia opowiadania ma sens, tylko do głębi przeświadczony o swym niczym nie zamąconym zdrowiu narrator ma szansę zdania sprawy z powoli pożerającej go gruźlicy, pylicy, trzepawicy, motylicy, dżumicy, szczypawicy czy innej kurwicy. Kwestia stylu. Stylem się to załatwia. Stylem!”. Pilch załatwia niegodziwości losu, niemożności, trudności, opory i wszelkie zmiany, co nie wróżą niczego dobrego. To smutna książka, ale nie mamy zaznać smutku, lecz zdziwienia bardziej, doświadczyć egzystencjalnej zadumy – niekoniecznie nad autorem, bardziej nad samymi sobą w świecie, w którym każdy z nas ma datę swojej śmierci, ale nikt o niej nie wie, nigdy się nie dowie.

„Drugi dziennik” jest też humorystyczny, w dobrze nam już znanym stylu. Rewelacyjna rozmowa z matką, która jest przekonana, iż księża mogliby ukrócić niedobre praktyki samobójcze, sama w sobie rozsadza tekst, w jakim snute są ponure rozważania o naturze tych, co sami wyznaczają sobie datę śmierci. Uśmiechniemy się częściej, kiedy dotrze do nas, w którym momencie Pilch pisze ze śmiertelną powagą, a kiedy się zgrywa. To drugie jest rzadsze, ten drugi diariusz inny jest od żarliwości i energetyczności pierwszego. Co pozostaje autorowi? Bóg i piłka nożna. Wiara w doskonałość i niepewność. Pierwsze buduje, drugie osłabia. Jest też nadzieja. Świadomość własnej siły. Siły intelektu. Dlatego czytanie tej niesamowicie inteligentnej książki jest przede wszystkim estetyczną przyjemnością. Bez względu na trud problematyki i mroczne dwuznaczności, jakich nie sposób nie wyczytać tu i tam…