2018-05-16

„Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania” Helen Oyeyemi


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 17 kwietnia 2018

Liczba stron: 272

Przekład: Magdalena Rabsztyn-Anioł

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zdarzyło się?

Helen Oyeyemi ujęła mnie już dziesięć lat temu, kiedy z wyjątkowym, pamiętanym do dzisiaj napięciem czytałem „Małą Ikar”. Lektura dziewięciu opowiadań wchodzących w skład najnowszej książki brytyjskiej autorki wywołuje to samo, choć czym innym warunkowane napięcie. Struktura wszystkich tekstów jest gęsta i wieloznaczna. Idąc wychwyconym z narracji tropem, wpada się w pułapki i staje wobec pytań, na które nie ma odpowiedzi. Dlatego przy czytaniu trzeba być czujnym. Oyeyemi jest magiczna, groteskowa, surrealistyczna, ale przede wszystkim prowokująca. Forma opowiadań, a zwłaszcza ich tytuły – tkwiące w takiej funkcji, że grzechem byłoby je zdradzać – wytyczają pewną ścieżkę poszukiwań czytelniczych, a różnorodność tematyczna i taka wewnątrz każdego tekstu każe przyglądać się tej książce jako wielkiej zagadce. Z odrobinę może pretensjonalną, ale ważną symboliką klucza. Jego motyw ma rzekomo spajać całość. Dla mnie są to zdecydowanie teksty, które wchodzą ze sobą w polemikę i tylko momentami się uzupełniają. Helen Oyeyemi zabiera nas do świata, w którym najdrobniejszy nawet element będzie miał znaczenie. Jednocześnie proponuje pewną czytelniczą grę. „Zdarzyło się i nie zdarzyło” – to zdanie z jednego tekstu może być mottem wszystkich opowiadanych historii.

Konwencji opowiadania o świecie przedstawionym będzie tutaj kilka. Znajdziemy się w obliczu katalońskiej zagadki, skonfrontujemy się ze związkiem w stanie rozpadu, odwiedzimy hotel zatrzymujący podróżnych na zawsze i będziemy świadkami znaczącej wymiany książek w bibliotece. Utkwimy w samym sercu mrocznej baśni o zniewoleniu i wolności. Staniemy u boku czeskiej wdowy przebierającej się za Czerwonego Kapturka. Poznamy ludzi i ich lalki, próbując zrozumieć, co te drugie mogą i na co mają wpływ. Dowiemy się, jakie konsekwencje może mieć medialna afera skoncentrowana wokół krewkiego muzyka. Będziemy śledzić historię pewnego dziennika. Przede wszystkim staniemy jednak wobec zagadki bytu, różnych oblicz miłości oraz pytań o tożsamość, najsugestywniej stawianych w opowiadaniu tytułowym – moim zdaniem najlepszym ze zbioru.

Tyle o zasięgu tematycznym tej pozycji. Wkraczanie do historii Oyeyemi wymaga nie lada uważności. To bardzo specyficzne teksty, które musiały być wyzwaniem dla tłumaczki. Wydobywają się z konwencji znanych i oswojonych. Czytelnie przez te konwencje prowadzą, ale jednak załamują – nie tylko czasoprzestrzeń i hierarchię ważności bohaterów. „Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania” to książka proponująca nam podróż po światach, w których kobiety konfrontują się ze swą przynależnością, definiują na nowo własne życiowe role. Mężczyźni potrafią zadawać dociekliwe pytania. Obie płcie tworzą specyficzną mieszankę i taką przestrzeń niekompletnego dialogu. Wszystko, co nakreślone przez Oyeyemi, trzeba sobie uzupełnić. Niezależnie od płci.

Najbardziej podoba mi się brawurowe opowiadanie o emocjach, które są tutaj jakby wyselekcjonowane specjalnie przez autorkę, by pokazać te najbardziej intensywne. Prowadzą do zaskakujących zwrotów akcji, kiedy nie mamy już pojęcia, czy przypadkiem nie przenieśliśmy się w obrębie jednego opowiadania do kilku różnych rzeczywistości. Helen Oyeyemi tworzy pierwszy tekst na bazie szkatułkowej rozprawy o tęsknocie i przywiązaniu, by w następnych opowiadaniach oddawać głos bezradności, zagubieniu, ale i pewnej konsekwencji w działaniu bohaterów. Są tu też interesująco i bardzo niejednoznacznie przedstawione podstawowe ludzkie relacje: przyjaźń, więzy rodzinne, bliskość w związku, poszukiwanie zrozumienia u drugiej osoby. Ludzie z tych opowiadań są gotowi wiele zaryzykować, by doświadczyć zmian. Każdy przygotowany jest na niespodziewane zwroty akcji, bo – jak wspomniałem – rusza się z tymi tekstami w enigmatyczną wędrówkę, nie mając pojęcia o tym, do czego każdy z nich doprowadzi. Oyeyemi jest też mistrzynią ciekawych zakończeń, a całość zbioru to dość ekscentryczna forma wyrażenia siebie przez grę z kontekstami, ale również poprzez nieokiełznaną wyobraźnię.

„Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania” to także rzecz domagająca się skupienia. Nie są to teksty, które można pochłaniać w każdej wolnej chwili, bo istnieje ryzyko niezaakceptowania nas przez konwencję oraz język opowiadanej historii. Dlatego też Helen Oyeyemi dużo oczekuje i nie wymaga - takie odnoszę wrażenie - uproszczonych interpretacji bądź porządkowania swoich tekstów tematycznie czy symbolicznie. Ważna jest przestrzeń tajemniczości, w której zarysowują się bardzo realistyczne historie. One później mkną ku czemuś bliżej nieokreślonemu, ale trzeba przyznać Oyeyemi, że wie, jak mocno przykuć uwagę. 

Istotne są w opowiadaniach formalne dekoracje, dzięki którym dość łatwo odczytujemy konwencję, ale z dużym trudem porządkujemy sobie fakty. Nie chodzi tylko o to, że część z tych tekstów to absurdalne zmyślenia. Chodzi o to, jak definiowany jest w nich fakt oraz co jest konsekwencją przedstawionego zdarzenia. Wyjątkowo ekscentrycznie jawią nam się dialogi między bohaterami i czasem można odnieść wrażenie, że są niekompatybilne z resztą struktury tekstu. To też może mieć znaczenie. Opowiadanie tytułowe nakreśla czytelną opozycję, ale tych mniej rozpoznawalnych jest w tej książce kilka. Zderzenia, zaskoczenia, zdziwienia – o to zapewne chodziło autorce, która stworzyła zbiór najbardziej chyba oryginalnych opowiadań, jakie czytałem w ostatnim czasie. Hermetyczny świat Helen Oyeyemi nie dla każdego może okazać się łaskawy. Jest to jednak książka wyjątkowa i choć opowiada czasem o sprawach uniwersalnych, wielokrotnie omówionych i może nawet ociera się o truizmy, niepowtarzalny jest styl, w jakim to robi. To publikacja wyzwanie. Liryczna, dramatyczna, chwilami drapieżna, a czasami subtelnie baśniowa. Rozsadza granice, igrając konwencjami. Prowadzi na manowce, ale jednocześnie hipnotyzuje, rozważając problemy współczesnego świata w dynamicznych tekstach wydobywających się z tej współczesności i powracających do niej na własnych warunkach. Warte uważnej lektury.


PATRONAT MEDIALNY

2018-05-14

„Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” Reni Eddo-Lodge


Wydawca: Karakter

Data wydania: 18 kwietnia 2018

Liczba stron: 288

Przekład: Anna Sak

Oprawa: miękka

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty

To książka odważna i bezkompromisowa, zachęcająca do dyskusji i skupiająca uwagę na wnikliwości oraz wieloaspektowości rozważań autorki. Reni Eddo-Lodge opowiada o rasizmie w taki sposób, w jaki nie przywykliśmy go traktować, rozumieć ani analizować. Udowadnia, że rasizm to nie widoczne incydenty, nie ujawniana agresja, wrogość albo niechęć. „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” opowiada o tym, że rasizm jest pewną strukturą, konstruktem myślowym, społecznym i historycznym; jest nie mentalnością, lecz skłonnością do akceptacji niezrozumiałej dla autorki uniwersalności białego koloru skóry będącego punktem odniesień w każdej sferze ludzkiego życia. Eddo-Lodge próbuje udowodnić, że rasizm wbudowaliśmy przed laty w konstrukcję świata, w którym żyjemy, i nie ma zasadniczo możliwości, by pożegnać go na zawsze. Co więcej, narasta w niebezpiecznej formie akceptowania ładu społecznego przy deprecjonowaniu koloru skóry. Ta publikacja ukazuje niebezpieczne i niezauważane przez wszystkich oblicze rasizmu tkwiącego w systemie. Dynamiczna, zaskakująco trafna i inteligentna książka Eddo-Lodge odpiera też zarzut tak zwanego rasizmu odwróconego. Bo pisząca nie jest czarną rasistką, lecz osobą głęboko zaniepokojoną podziałami i ustanowionymi społecznie schematami myślenia, które wciąż na nowo traktują sposób mówienia o istocie i tożsamości człowieka bez oderwania od koloru skóry.

To pokłosie wpisu na blogu, którego zdanie tytułowe wywołało lawinę różnorodnych komentarzy. Autorka wskazuje pasywną postawę i chęć milczenia, za którymi znajduje się przepaść niezrozumienia, jakiego doświadczała w licznych dyskusjach na temat tego, w jakich sferach życia rasizm ma się doskonale i dlaczego wciąż z zaskakującą siłą człowiek biały chce udowadniać swoją wyższość, pretendować do korzystniejszego startu życiowego, lepszych warunków egzystencji, swobody poglądów i zachowań. Z jednej strony zatem tytułowa deklaracja oznacza nieumiejętność przebicia się przez społeczne przekonania o tym, gdzie tkwi rasizm i jakie ma oblicza. Z drugiej jednak – pewna lingwistyczna prowokacja, albowiem ta książka jest dowodem na to, co Eddo-Lodge bardzo chce jeszcze powiedzieć, by wycofać się ostatecznie… a może uznać, że wyczerpała swą argumentację w temacie.

Jest dociekliwa, uważna i bada anatomię rasizmu, wychodząc od osobistych doświadczeń, dołączając do doświadczeń najbliższego otoczenia, komentując historię rasizmu w Wielkiej Brytanii i na koniec pragnąć nakreślić czytelny kontekst, w którym opowie o dyskryminacji i bolących wciąż na nowo stygmatach na czarnej skórze wypalanych stale przez białych niemających często świadomości tego, jak bardzo w ich systemie myślenia i wartościowania zachował się rasizm, którego mogą się po prostu wstydzić. Reni Eddo-Lodge nie proponuje wielu rozwiązań mogących zmienić irytujący i frustrujący ją stan. Pomaga jednak ujrzeć Wielką Brytanię w nieco innym świetle niż stawiają ją ci, którzy nie poczuli na własnej skórze (sic!), czym jest stygmatyzacja i tworzenie ograniczeń w formułach nieposiadających kształtów i ideologii, takich nie do zauważenia, nie do określenia, krzywdzących jednak mocno.

Rasizm w rozumieniu autorki osadza się w ludzkiej mentalności poprzez działanie różnych instytucji tworzących codzienne życie społeczne. Ustanowione prawa, zwyczaje czy obyczaje niosą w sobie ten pierwiastek nietolerancji, choć nikt nie umie przyznać, że jakaś cząstka rasizmu tkwi w nim samym jako członku zbudowanej społeczności. Reni Eddo-Lodge opowiada o tym, w jaki sposób ciemny kolor skóry wyklucza dzisiejszego Brytyjczyka z życia wszelkich możliwości. Część z nich zostaje zablokowana albo skreślona. Krytyce poddane zostaną nie tylko instytucje regulujące życie, ale także w dużej mierze pogląd na to, że wielokulturowość może stanowić zagrożenie, a inny kolor skóry ma jednak znaczenie – w zaskakujących kontekstach.

Autorka bada relację rasy i klas społecznych, ale także analizuje dyskursy publiczne – w niektórych sama brała udział – deprecjonujące albo spowijające zasłoną milczenia dyskusję o roli koloru skóry w tym, jak rozwija się i funkcjonuje Brytyjczyk. Wychodzi od historii brytyjskiego niewolnictwa, by przejść do każdego aspektu wolnego życia wszystkich ras, których wolność obwarowana jest pewnymi warunkami i stwarza ograniczenia zasadniczo dla czarnoskórych mieszkańców Wysp. Mówi o tym, że rasizm staje się w pewien sposób niewidzialny, a wielu uznających go za coś, co z natury rzeczy się odrzuca, tkwi w matni specyficznych uwarunkowań społecznych. A one mimo wszystko stygmatyzują z powodu koloru skóry. Bardzo niejednoznacznie i niezwykle boleśnie.

Reni Eddo-Lodge odważnie podejmuje temat oskarżeń o czarny rasizm. O to, że może być uznana z powodu swego koloru skóry, zainteresowań zawodowych i przekonań za przedstawicielkę odwróconej formy rasizmu. Rozważania na ten temat są jednymi z najciekawszych w tej publikacji. Zasadnicze przesłanie autorki to teza, że niezauważanie rasy nie spowoduje dekonstrukcji i likwidacji rasistowskich struktur. Rasę musimy dostrzec, by naprawdę rozmontować złowrogie struktury oraz konstrukty myślowe. Oskarżenia o czarny rasizm Eddo-Lodge traktuje jak sposób na ucieczkę od istoty zrozumienia, czym był, jest i prawdopodobnie będzie rasizm sam w sobie. Sposób na unikanie otwartych i trudnych dyskusji o tym, jak bardzo i wciąż na nowo opresja i niesprawiedliwość wytyczają tę wyraźną granicę między kolorami skóry.

Istota tej publikacji to wskazanie, w których momentach błądzimy jako biali ludzie – ci, w których drzemie gdzieś rasistowskie uprzedzenie zamienione na milczenie i zachowawczość, oraz ci, którzy chcieliby przepraszać za okrucieństwa rasizmu, hołdując postawie bierności i pokory. „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” to książka, która usiłuje pokazać, że nie chodzi o obwinianie za poglądy w mniejszym lub większym stopniu związane z rasizmem, lecz o wskazanie, w jakich warunkach one się tworzą, co im daje sankcjonującą siłę i dlaczego mimo upływu czasu i bolesnych doświadczeń ludzkości rasowe podziały stale funkcjonują, są obecne w każdej sferze życia, nie zezwalają na pożegnanie się z mrocznym dziedzictwem przeszłości.

Choć Eddo-Lodge osadza swoje rozważania w lokalnej, brytyjskiej perspektywie, jest to jednak książka dla czytelnika spod każdej szerokości geograficznej. Najpierw porządkująca pokrewne pojęcia związane z rasizmem, a potem dynamicznie rozsadzająca utrwaloną siatkę tych pojęć. Autorka pokazuje, jak niebezpiecznie blisko rasizmu jest każdy z nas. I mało kto z białych ludzi jest w stanie dostrzec niuanse tych niebezpieczeństw na co dzień. Myślę, że to narracja nakreślająca nowe perspektywy patrzenia na coś, co od wieków jest jednym z największych wstydów ludzkości. To wstyd, z którym mimo zmieniających się okoliczności i warunków życia jest nam zaskakująco po drodze. To również wstyd, którego nie zauważamy. Może wówczas, gdy doprowadzi do wykluczenia czy agresji. Reni Eddo-Lodge oskarża, ale i ostrzega. Z racji swego koloru skóry wie, że może powiedzieć dużo więcej, więcej nazwać. I prawdopodobnie też wyjaśnić wszystkim tym, którym świat rasy białej bezpiecznie unormował życie.

2018-05-11

„Siła” Naomi Alderman


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 400

Przekład: Małgorzata Glasenapp

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu rewolucji

Nie wiem, jakie ambicje miała Naomi Alderman, pisząc „Siłę”, ale zwodniczy PR tej książki kazał się nią zainteresować jako pozycją właśnie dość ambitną. Niestety, otrzymujemy zwyczajną literaturę rozrywkową. Opowieść w dynamicznej, komiksowej konwencji. Pełną luk, nielogiczności, nastawioną na elektryzującą akcję, brawurowo opisującą sceny walk i fragmentaryczną, z bardzo spłaszczonymi sylwetkami bohaterów. „Siła” mogłaby być ciekawym studium międzykulturowym, inteligentnym feministycznym manifestem, powieścią analizującą struktury więzi międzyludzkich i deprecjonującą proste podziały egzemplifikowane przez płeć. Jest sensacyjną fabułą, która zmierza w przewidywalnym kierunku. Nijak niewyróżniającą się literacko. Proponującą nam truizmy o naturze człowieka. O tym, że pozabijalibyśmy się, gdybyśmy tylko mogli. O chęci dominacji, która zmierza do destrukcji. O tym, że każda siła w rękach człowieka prowadzi do okrucieństwa. To naprawdę wszystko albo nie udało mi się zajrzeć głębiej, bo zmieniające się jak w kalejdoskopie zdarzenia ani nie osadzają bohaterów w jakimś sensownym i spójnym kontekście, ani nie proponują chwili wytchnienia, by przemycić odrobinę filozofii, socjologicznych przemyśleń, przesłania głębszego niż to, które od razu zawiera się w narracyjnej wolcie polegającej na tym, że pewnego dnia dziewczęta, a potem kobiety otrzymują niezwykły dar rażenia prądem i w związku z tym wykorzystają go na płci przeciwnej, a dla rozrywki także na innych kobietach.

Rewolucja, którą portretuje Alderman, ma charakter globalny. Nie widzimy jednak globalnej różnorodności reakcji na odkrycie czegoś, co już na zawsze naznaczy społeczności i wytyczy nowe podziały w prostej linii sygnalizowane przez płeć i jej kulturowe uwarunkowania. Nastolatki odkrywają, że mogą być wojowniczkami. Elektryzują innych, doprowadzając do śmierci. Na początku jest to zabawa, potem niebezpieczna broń. I tu od razu zaczyna przemawiać wspomniana płeć. Kiedy kobiety odkryją, co potrafią, w świecie Naomi Alderman będą walczyć przede wszystkim o to, o co walczą bez użycia takiej broni mężczyźni – o władzę. Dość groteskowo wypada ukazanie światowych przemian, które mają związek z odkryciem śmiercionośnej mocy przez kobiety. Mam wrażenie, że autorka zawirowała globusem i postanowiła opisać te miejsca, na których przypadkiem zatrzymał się jej palec. Będzie zatem mowa o tym, jak zachłannie celebrują wolność kobiety saudyjskie, i opisany zostanie spisek gdzieś w Mołdawii. Żeby było międzykontynentalnie, coś jeszcze wydarzy się w Indiach, a męski reporter ukazujący skalę rozwoju zjawiska i idące za nim zmiany, będzie się wywodził z Nigerii. Naturalnie jednak większość najważniejszych działań ma się koncentrować w USA. Ani to przekonujące, ani w żaden sposób sugerujące coś groźnego. Ot, wyimki złożone chaotycznie i bez przemyślenia. Ze światem dzieją się rzeczy niewyobrażalne. Alderman potrafi go opisać szczątkowo – za pomocą takich słów kluczowych jak wojna, wolność, okrucieństwo, rewolucja, odwet i wiara.

Kwestia przeniesienia niezwykle niebezpiecznych mocy kobiecych w sferę transcendencji ma miejsce w zobrazowaniu losów Allie, amerykańskiej dziewczyny z rodziny zastępczej, która po zamordowaniu opiekuna będącego pedofilem ucieka, znajduje bezpieczną przystań w klasztorze, a następnie staje się tam mistycznym autorytetem, który potrafi uzdrawiać i ogniskować wokół siebie wyznawczynie działające tak, jak zaplanuje to Matka Ewa. Wszystko wygląda dość interesująco, ale tu też nie ma jakiegoś pogłębienia. Siła wynikająca z daru ciała w parze z przekonaniem, że to boski atrybut? Co idzie za tym dalej? Do czego może to prowadzić? U Alderman prowadzi raczej donikąd. „Siła"” intrygująco zawiązuje poszczególne wątki, ale potem nie oferuje nam nic ponad dynamiczne szaleństwo autorskiej fantazji.

Uwagę przykuwa także Roxy. Dla niej nowa umiejętność jest szansą na wymierzenie sprawiedliwości. Dziewczyna zostanie skonfrontowana z licznymi przejawami zła i poddana próbie, jakiej nie doświadczają inne bohaterki. Roxy początkowo wzbudza współczucie, ale potem wikła się już w zbyt wiele niejednoznacznych w swej wymowie zależności. Ostatecznie upada pod naporem dynamiki wydarzeń. Jest kolejną literacką wydmuszką, wokół której gromadzi się zaskakująco wielka pustka przesłania tego, kim jest i ku czemu zmierza.

Najciekawsza z postaci to Margot – kobieta unikająca używania swojej mocy i starająca się ją ukryć, ale jednocześnie zyskująca coraz większe wsparcie w społeczeństwie i zaskakująco łatwo przechodząca przez kolejne szczeble władzy. Tu fantazjowanie Alderman unika bazowania na dychotomii płci. Postać Margot czytelnie i sugestywnie ukazuje, jakie są możliwe związki między niezwykłymi umiejętnościami a sposobem sprawowania władzy. Polityka ściera się ze sferą osobistą, bo Margot walczy o kolejne stanowiska, ale także o dobro swej córki, która źle znosi naznaczenie elektryczną siłą.

W tej powieści nikt nie jest wygranym i każdy traci. Ludzkość prezentuje się dokładnie tak, jak już wielokrotnie ją zaprezentowano. Jak zaprezentowała się sama na arenie dziejów. Całe opisywane zło ma miejsce dlatego, że ludzie mają możliwości. Kobiety zaczną dominować nad mężczyznami. Wszystko będzie się koncentrować wokół wojny płci. Alderman w niektórych momentach upraszcza z pewnością bardzo świadomie, ale to czyni z „Siły” powieść tylko inteligentną. Czy dobrą? Niekoniecznie. Zanim zaklasyfikuje się ją jako przykład dystopii, warto uważnie przeczytać zwłaszcza początek i zakończenie, w których autorka puszcza oko do czytelnika. Myślę, że ten klamrowy zabieg jest najciekawszy w tej narracji. Problem całej reszty polega na tym, że „Siła” hiperbolizuje, dynamizuje, stara się być wyrazista za wszelką cenę, ale… nie oferuje niczego, nad czym każdy czytelnik już by nie myślał. Degradując kulturę patriarchatu i ukazując pułapki wszelkiego rodzaju globalnych rewolt, Alderman niczym nie zaskakuje. Portretując aberracje, bawi się tylko samą konwencją. Myślę, że jest trochę autodestrukcyjna w tym pisaniu. Podobnie jak jej bohaterki mające błyszczeć na pierwszym planie, a spalające się szybko, bo to postacie mocno papierowe i nieszczere. Zdecydowanie więcej przerysowań niż subtelnych zarysowań problemów, z którymi – jako ludzkość – mierzymy się nawet mimo tak sensacyjnego zwrotu akcji. Zbyt wiele robimy, bo możemy. Zbyt łatwo w ten sposób krzywdzimy się wzajemnie.

2018-05-09

„Dam ci to wszystko” Dolores Redondo


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 624

Przekład: Barbara Bardadyn

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mężczyźni pośród tajemnic

Z dużą ekscytacją przyjąłem wiadomość, że przetłumaczono dla polskiego czytelnika napisaną przez Dolores Redondo powieść, która ma być całkowicie realistyczna i odbiegać od cyklu „Dolina Baztán”, z którego udało mi się przeczytać tylko „Niewidzialnego strażnika”. Wiedziałem, że hiszpańska autorka posiada znakomity warsztat, ale czytając wyżej wymienioną książkę, miałem nieustające odczucie osuwania się w kicz i pretensjonalność, gdy rasowy kryminał mieszał się z mistycznymi bajkami i baskijskimi wierzeniami. W „Dam ci to wszystko” również pojawia się nawiązanie do legendy baskijskiej, ale całkiem w tle, albowiem ta książka pokazuje, co Redondo potrafi zaserwować, tworząc wielopiętrową, bardzo mroczną intrygę osadzoną nie w świecie wierzeń i zjaw, lecz pośród ludzi z krwi i kości. Z nich na pierwszy plan wysuwają się mężczyźni, którzy na kartach tej powieści nie będą wstydzić się swoich łez. Homoseksualny pisarz, ksiądz będący przyjacielem jego męża, miejscowy homofobiczny porucznik tropiący zagadkę śmierci męża pisarza. Doborowa trójka w doskonale skrojonej intrydze. Dolores Redondo dotyka tematów tabu i niebezpiecznie prowokuje. Udowadnia, że potrafi pisać naprawdę doskonale, gdy porzuci mistykę i leśne zjawy, a skupi się na dramacie pojedynczego człowieka. „Dam ci to wszystko” jest przemyślaną, spójną i frapującą książką z doskonałym zakończeniem, albowiem na ostatniej stronie niejedno czytelnicze oko uroni łzę. Redondo opowiada o tajemnicach zmarłego, ale odsłania nam także sekrety żywych – te, z którymi muszą się sami zmierzyć, bo są  to ich wewnętrzne demony, i te pokazujące, jakim okrutnym demonem może być człowiek dla człowieka.

Manuel Ortigoso pracuje nad swoją kolejną powieścią, gdy do drzwi jego mieszkania pukają policjanci z wiadomością o śmierci męża. Porzucony migający kursor będzie pewnym symbolem bezradności aktu pisania, bo w tej narracji przeżywane przez Manuela zdarzenia będą miały ogromny wpływ na to, w jaki sposób i w jakiej konwencji będzie tworzył kolejną książkę. Tymczasem dopadają go liczne emocje, które Redondo bardzo dobrze niuansuje. Niedowierzanie i bezradność przechodzą we wściekłość oraz gniew, gdy bohater dowiaduje się, że jego Álvaro zginął w miejscu, w którym nie powinno go być. Zrozpaczony pisarz udaje się w rodzinne strony swego partnera, by dowiedzieć się, że latami ukrywał on istnienie ludzi, którzy nigdy podczas piętnastoletniego związku nie funkcjonowali w świadomości jego męża. Wyprawa okaże się przerażającą drogą do bram piekła – udowodni Manuelowi, jak bardzo zamknięty był na problemy i przeżycia swojego męża. Pozostawi go także z mnogością zagadek, których część trzeba rozwiązać od razu, dowiedzieć się prawdy.

Redondo nie stosuje zbyt wielu retardacji, w związku z tym nie poznajemy prawdziwej istoty związku mężczyzn. Dowiadujemy się jednak z ust krewnych oraz ich służby, jakim człowiekiem był Álvaro, jakie miał dzieciństwo, jaki stosunek do swojej arystokratycznej, wewnętrznie podzielonej rodziny. Manuel odkrywa szokujące fakty, ale najbardziej uderza go to, czego dowiaduje się o dzieciństwie zmarłego. Dotychczas przekonany o tym, że Álvaro po śmierci rodziców i siostry nosił bagaż niezwykle traumatycznych doświadczeń z młodości, wdowiec rewiduje swój pogląd na to, co jest prawdziwą traumą. Bo Dolores Redondo opowie o niewyobrażalnych wręcz cierpieniach, których ślad pozostaje na zawsze i które są wyjątkowo ciężkim brzemieniem. Nie każdy w rodzinie Álvara jest w stanie unieść ogrom potworności, jakich doświadczył. Przybywający z Madrytu pisarz musi zmierzyć się z demonami zmarłego. Z tym, jak go postrzegał, kim dla niego był i w jaki sposób funkcjonował latami ich związek.

„Dam ci to wszystko” piętnuje nierówności społeczne i niepisane status quo w hiszpańskim społeczeństwie, które sankcjonuje pewną wyższość i nieskazitelność rodów arystokratycznych – o nich nie można mówić źle, im wszystko się wybacza, na ich przypadłości i grzechy cały czas się patrzy, niczego jednak nie widząc. Ale to nie jest jedyna zagadka tuszowania okrucieństw. Czytając Dolores Redondo, ma się świadomość tego, że wchodzimy w kolejne piekielne kręgi niewyrażonych latami cierpień. Trzeba czytać uważnie od samego początku, albowiem każdy szczegół będzie mieć znaczenie, kiedy zrozumiemy, czym były powroty Álvara do miejsca, o którym nie miał pojęcia jego mąż. Powieść jest skonstruowana w taki sposób, że przez cały czas poznajemy fakty, nie rozumiejąc kontekstów. To mocno absorbuje, bo ustawicznie zastanawiamy się nad tym, czy za wszystkim, co opisane, stoi spójne rozwiązanie. Ani Manuel, ani czytający powieść nie domyślają się, jak wiele zaskakujących zwrotów akcji co jakiś czas będzie burzyć dotychczasowe ustalenia i interpretacje.

Ale równie ciekawy jak wir wydarzeń jest krajobraz emocjonalny mężczyzny po stracie najbliższej osoby. Dolores Redondo jest wnikliwa i czuła w portretowaniu specyficznego rodzaju samotności. Takiej, za którą stoją trudne pytania. Niespełnione oczekiwania. Zranione zaufanie. Cokolwiek stało za poczynaniami Álvara, uderza w Manuela dopiero po śmierci męża. Okazuje się, że wsparcia udzielą mu mężczyźni, z którymi na co dzień nie znalazłby wspólnego języka. Ale nie tylko oni. Duże znaczenie będą mieć płatki gardenii, a także pewien klasztor, w którego murach przed laty doszło do czegoś haniebnego.

Ta powieść to też autotematyczna fantazja na temat tego, czym jest warsztat pisarski, i tego, czym może być dla twórcy sam akt pisania. Manuel jest poczytnym pisarzem, który na własne życzenie zamyka się w świecie fikcji literackich. Álvaro akceptuje to, szanuje, dostosowuje się. Ale po swojej śmierci pozostawia Manuela z pytaniami, które być może powinien on zadać sobie, będąc w związku z nieżyjącym. Redondo odsłania kilka czytelnych ścieżek łączących dzieło z rzeczywistością, którą to dzieło ma odwzorować. Nieprzypadkowo wszystko rozpoczyna się od przerwania pisania powieści. Ku czemu będzie zmierzać? Jakim twórcą stanie się Manuel, gdy zmierzy się z trudnymi i mrocznymi problemami świata, od którego zwykle uciekał w fikcję?

Warto zwrócić uwagę na pewną bezkompromisowość tej powieści. To, w jaki sposób Dolores Redondo jest czuła i delikatna w opowiadaniu o śmierci przy jednoczesnej szorstkości portretowania żywych. „Dam ci to wszystko” ma też świetnie dobrany tytuł i jest to powieść, która niewątpliwie zapada w pamięć. Doskonale rozumiem, czym z takim zainteresowaniem zaczytywała się Hiszpania w ubiegłym roku.  

2018-05-07

Rozmowa z Kubą Wojtaszczykiem

fot. Zuzanna Szamocka

Czujesz się pisarzem młodego pokolenia? Bo wszyscy ci, których tak zwykło się nazywać, powoli przesuwają się w granice tak zwanego wieku średniego. Oczywiście pytam pół żartem, pół serio.

Wydaje mi się, że takie szufladki, jak pisarz młodego pokolenia, są potrzebne, bo ułatwiają klasyfikację, a przecież nie ma nic gorszego niż chaos, który pojawia się, gdy nie doczepimy komuś łatki. A tak na serio, mogę być wiecznie nazywany młodym pisarzem, mnie to zupełnie nie przeszkadza (śmiech).

Jesteś człowiekiem, który czasami dość obsesyjnie trzyma się problemów czasu minionego, a dodatkowo potrafi świetnie te problemy niuansować. Lubisz się schować w czasach, których nie pamiętasz, czy uważasz, że po prostu jesteś im coś winien jako prozaik? Marcinowi Wilkowi powiedziałeś, że z historii przede wszystkim sam chcesz się jak najwięcej dowiedzieć dla siebie.

Lubię poznawać, jak to ładnie nazwałeś, czasy minione, dlatego też dwie moje ostatnie powieści dzieją się w przeszłości. Oczywiście książka zaczyna się od pomysłu. Przy „Słońcu narodu” przyczynkiem był autentyczny dziennik, który znalazłem na pchlim targu; to on ustawił mi ramy czasowe, czyli lata 1978 i 1979. Sam pomysł nie wystarczy, muszę wiedzieć, o czym piszę, dlatego też dokonuję bardzo szczegółowego researchu. Czytam gazety, pamiętniki, oglądam filmy i kroniki, a nawet słucham muzyki z tamtych lat – nawet jeżeli coś później nie wejdzie do fabuły książki, muszę mieć pewność, że wiem wystarczająco dużo o opisywanych czasach. A to, co przenoszę do powieści, powinno być właśnie zniuansowane, bo przecież nie mam zamiaru przepisywać Wikipedii.

A przeszłość?

Przeszłość ma w sobie coś, co mnie do niej przyciąga. Kiedyś myślałem, że to prozaiczna melancholia, takie „kiedyś było lepiej” przekazywane w Polsce w genach. Jednak im więcej czasu spędzałem, zagłębiając się we wspomnienia, tym bardziej zauważałem, że choć zmienia się świat, myślenie ludzi pozostaje podobne, kierują nim podobne mechanizmy. Poza tym, już zupełnie prozaicznie, lubię kostium, tę całą wizualną otoczkę czasów, do których dzięki pisaniu mogę się przenieść.

Nie sądzisz, że większość wielkich światowych powieści wydobywa się z czasu przeszłego?

Właśnie szukam w pamięci książek, które są dla mnie najważniejsze. Wprawdzie jest wśród nich potwierdzająca twoją tezę powieść „Krwawy południk” McCarthy’ego (napisana współcześnie, ale dziejąca się w XIX wieku); ale zaraz myślę o „Graj jak się da” Didion, „Wielkim Gatsbym” Fitzgeralda albo o „Świecie w płomieniach” Hustvedt, czyli rzeczach, które opowiadają o czasach mniej więcej współczesnych dla ich autorek i autorów. Tak więc wielkość światowych powieści jest chyba zależna od czytelników, ale oczywiście mogę się mylić.

Mamy wspólnego wydawcę swoich pierwszych książek. Self-publishingowego, ale tak się złożyło, że mój wkład w wydanie „Roku w rozmowie” był tam zerowy, a twój we własną książkę niewielki. Nie masz może wrażenia, że na rynku wydawniczym dla debiutującego autora ścieżką do wydania pierwszego tytułu jest tylko self-publishing, bez względu na to, jak dobre jest to, co napisał?


Trudno mi porównać dzisiejszą sytuację na rynku wydawniczym z tą w 2014 roku, kiedy debiutowałem „Portretem trumiennym”. Wtedy wydawnictwo zgłosiło się do mnie samo, dopiero później dowiedziałem się, że działa ono też na zasadach self-publishingowych. Pytasz, czy self jest często jedyną ścieżką dla debiutu? Chyba nie, bo wystarczy spojrzeć, ile pierwszych książek obecnie wychodzi; ale na pewno jest jedną z możliwości.

Ale ze swoich doświadczeń wiem także, ile ich nie wychodzi, choć często są dobre. Jaką miałbyś radę dla debiutanta, który ma ciekawą propozycję wydawniczą i marzy o swej książce?

Na pewno uczucia radości, towarzyszącemu debiutantowi, którego książka niebawem trafi na rynek, nie da się porównać z żadnym innym. Jednak na początku polecam obniżyć swoje oczekiwania, bo te najczęściej mamy bardzo wysokie, a przebić się z debiutem jest naprawdę ciężko. Warto też wyhodować sobie grubą skórę, która choć trochę uchroni od hejtu i niekonstruktywnej krytyki. No i robić swoje, bez względu na wszystko.

W wywiadzie z Łukaszem Saturczakiem wspomniałeś, że nie przepadasz za rozmowami z ludźmi. Niektórzy moi znajomi też tak mają i tłumaczą to tym, że dzisiaj ludzie nie mają za wiele do powiedzenia. Dlaczego ty robisz uniki?

Z natury jestem introwertykiem, więc wolę ludzi obserwować. Ich zachowania, cechy charakterystyczne „kradnę” i przelewam na papier. Proces twórczy chyba się we mnie nie kończy. Jestem nastawiony na wyłapywanie ciekawostek z życia, zachowania, sposobu mówienia czy poruszania; są to np. sformułowania albo nawet pojedyncze słowa, którymi posługuje się tylko jedna rodzina, bo przekazywane są one jakby w genach; lubię też słuchać opowieści znajomych z ich domów rodzinnych, zawsze znajdę w nich coś, co mnie zaintryguje; kiedyś na przykład moja znajoma w trakcie rozmowy wyjawiła, że w dzieciństwie jej babcia miała w zwyczaju grozić, że jak nie będzie grzeczna, to wymieni ją na dwie dziewczynki z sierocińca. Od razu nasunęło mi się pytanie: ale dlaczego na dwie?! To trzeba rozwinąć! W takich chwilach zapala się we mnie lampka, że to może się przydać.

Wszyscy pytają cię o żyjące postacie ze „Słońca narodu”, a mnie najbardziej zaintrygowała ta, którą uśmiercasz. Samobójczyni Rozalia podyktowała Gustawowi rytm życia, z którego nie może się on wydobyć. Rozalia była toksyczną matką czy może tylko nieszczęśliwą w swej roli, niemogącą dać synowi radości?

Postać Rozalii jest jedną z najbardziej tajemniczych w powieści. Dzięki temu, że nie jesteśmy pewni jej losów i wyborów życiowych, nie możemy też być pewni niczego w kwestii wizji/wspomnień Gustawa. Lubię myśleć, że starała się być najlepszą matką, jaką potrafiła. Bardzo szybko urywam wątek Rozalii, widzimy ją jedynie z punktu widzenia jej syna, co niekoniecznie wygląda na wzorowe wychowanie; ale musimy wziąć pod uwagę fakt, iż była samotną, ciężko pracującą kobietą w bardzo ciężkich czasach.

Nie bałeś się, że niektórzy czytelnicy będą niezadowoleni, czytając po raz kolejny w „Słońcu narodu” o dyżurnych polskich tematach literackich typu wojna w pamięci, komunizm czy skomplikowane relacje rodzinne? Bo łączysz to wszystko znakomicie w powieść, która rozgrywa się gdzieś wewnątrz bohaterów, nie diagnozuje niczego nowego w ww. tematach.

Dziennik, o którym wcześniej wspomniałem, nie ustawił mi tylko ram czasowych książki, ale również jej tematykę. Poza tym bardzo lubię zaglądać pod podszewkę pozornie przeciętnej polskiej rodziny i doszukiwać się tam różnych brudów, co zresztą zapoczątkowałem już „Portretem trumiennym”. W „Słońcu narodu” jednak idę dalej niż w swoim debiucie, nie tylko rozkładam rodzinę na czynniki pierwsze, ale też pokazuję, jak Historia utrudnia funkcjonowanie jej członkom i jak ich zmienia.

I bardzo to indywidualizujesz. Na kogo z tej rodziny Historia miała największy wpływ?

Jeżeli uznamy, iż Gustaw nie zwariował, tylko przydarzyło mu się to, co dostrzega w swoich wizjach, musiałbym powiedzieć, że przeszłość najbardziej wpływa właśnie na tego bohatera; nie może funkcjonować, tylko popada w stan odrętwienia, zaprzepaszcza wszystko, co do tej pory udało mu się zbudować.
Na drugim biegunie znajduje się Renata, na którą Historia, czyli wybór Wojtyły na papieża, wpływa ożywczo; kobieta przedefiniuje swoje życie, stanie się bardziej odważna, w pewien sposób dzięki Historii się wyemancypuje.

Którego z bohaterów swoich książek najbardziej szanujesz, któremu najbardziej współczujesz, a który jest ci szczególnie bliski?

Odniosę się do swojej najnowszej powieści, bo jej bohaterowie ciągle są żywi w mojej pamięci. Lubię każdą z postaci, nawet te na pierwszy rzut oka antypatyczne. Myślę, że najbardziej szanuję Elkę, czyli dziewczynę Pawła, która mimo przeciwności dąży do swojego celu; jest bardzo silną postacią, emancypującą się w trakcie trwania akcji książki. Natomiast współczuję Gustawowi, bo jest samotny w swojej podróży do przeszłości; tym bardziej że sam nie jest pewien, co jest prawdziwe, i nie ma u kogo szukać pomocy. Teoretycznie najbliższe mu osoby nie mogłyby być od niego dalej. Z kolei najbliższa jest mi Renata, dlatego że od niej zaczęła się ta książka. To odręcznie pisany pamiętnik stał się inspiracją dla postaci żony i matki, wokół której stworzyłem rodzinę. Pamiętnik, dodajmy, realnej postaci, co sprawia, że trudno nie czuć z nią więzi.
fot. Zuzanna Szamocka

„Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” to powieść o tym, że wojna nie kończy się, gdy wielcy tego świata ogłaszają ten koniec. Reportażowo świetnie opisali to Magdalena Grzebałkowska czy Ben Shepard. Myślisz, że doświadczenie wojny jest największą życiową traumą człowieka?

Trudno mi odpowiedź na to pytanie, z prostej przyczyny – nigdy nie przeżyłem wojny. Żadna liczba przeczytanych książek, artykułów czy obejrzanych filmów nie zbliży mnie do tego doświadczenia. Sam mogę posługiwać się jedynie researchem i wyobraźnią, a wszystko to w bezpiecznej przestrzeni mojego pokoju. Jednakże jest to temat niewątpliwie fascynujący. Pociąga mnie niejednoznaczność wyborów, których człowiek musiał czy musi każdego dnia na nowo dokonywać w tak potwornych okolicznościach, gdy wszelkie do niedawna obowiązujące prawa zostają zawieszone.

Ja też to tak odbieram. I myślę, że każdy z nas ma swoją fantazję o tym, co jest największym okrucieństwem wojny. Zdradzisz mi swoją?

Oczywiście, pisząc, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, co zrobiłbym w danym momencie. Jeżeli musiałbym wybrać, kogo z bliskich uratowałbym, a kogo poświęcił? Czy byłbym uczciwy? I tak dalej… Jednak te kwestie ciągle pozostają w fazie bezpiecznego gdybania. Choć to truizm, ale jestem pewien, że człowiek dopiero w chwili największego zagrożenia odkrywa, do czego jest tak naprawdę zdolny.

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to zaś rzecz, którą odczytywać można jako gorzką alegorię ludzkiego wykluczenia. Jest smutniejsza o tyle, że dotyczy ludzi młodych, niedopasowanych, sfrustrowanych, zagubionych. Tak zwany kapitalizm tak nas rozczłonkował i zatomizował czy to młode pokolenie zagubiło gdzieś jakiś instynkt stadnego życia rodzący tradycję i wspólnotę?

Młode pokolenie jest ambitne, ale jednocześnie zindywidualizowane na tyle, że zahacza to o egoizm. W przypadku „Przemocy…” mamy do czynienia z grupą studentów humanistyki, którzy mierzą się z tym, że rynek pracy ma im niewiele do zaoferowania. Grozi im albo bezrobocie, albo praca poniżej kwalifikacji. Ta – według nich – niesprawiedliwość jednoczy ich i pcha ku protestom, które w powieści przeradzają się w groteskę. W mojej opinii dziś „stadne życie” pojawia się wtedy, gdy zagrożone są podstawowe prawa, co starałem się pokazać w książce.

Cztery powieści w okolicach trzydziestki to dużo. Mam wrażenie, że masz też duże wsparcie w swoich poczynaniach i ludzi wokół wierzących w to, co piszesz i jak piszesz. To pomaga przy tworzeniu kolejnych próz?

Jest na pewno ogromnym wsparciem. Pozytywne głosy, zarówno ze środowiska literackiego, jak i od najbliższych osób, pomagają w pracy. Jednak piszę głównie dla czytelników i to na ich opinii najbardziej mi zależy.

Opowiadają ci jakieś historie podczas spotkań autorskich?

Oczywiście! Często też do mnie piszą. Np. czytelnik z Poznania opowiedział mi, jak mijając Uniwersytet Artystyczny, „widzi” sceny, które rozegrały się właśnie w tym miejscu w „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Z kolei czytelniczka wybrała właśnie moją książkę jako temat na egzaminie gimnazjalnym i zdała na ponad 90%. To bardzo cenne głosy, bo pokazują mi, że to, co piszę, silnie działa na moich czytelników, zapada im w pamięć. Nie ma większej pochwały dla pisarza.

Wyobraź sobie, że każdą swoją powieść możesz podarować innemu Janowi Kowalskiemu. Jaki byłby każdy z tych czterech Kowalskich, którym twoje książki sprawiłyby przyjemność lub odmieniły ich życie?

Ciekawe pytanie! Gdybym puścił wodze fantazji, „Portret trumienny” trafiłby do matki, której syn coraz rzadziej pojawia się w domu, studiuje w dużym mieście, a ona nie wie, „gdzie się podział jej kochany synek”. „Kiedy zdarza się przemoc…” podarowałbym osobie, która administruje dotacjami na tworzenie nowych miejsc pracy. „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” licealiście, który do tej pory widział historię jako nudny rozdział w podręczniku i miał czarno-biały obraz II wojny światowej. Z kolei „Słońce narodu” rówieśniczce Renaty, aby przypomniała sobie, jak ona przeżyła wybór Wojtyły na papieża, albo usłyszała w głowie hity muzyki popularnej tamtych lat.

Jak myślisz, dla kogo się dzisiaj pisze w Polsce? Statystyki czytelnictwa rokrocznie są przerażające.

Znam statystyki i dla mnie też są przygnębiające. Jednocześnie istnieje wiele osób, które sięgają po literaturę, i dla nich warto pisać kolejne tytuły. Festiwale, spotkania literackie ciągle cieszą się dużą popularnością, więc nie jest tak, że wszyscy czytelnicy wymarli.

Lubisz zacisza bibliotek. Pewniej się czujesz w przestrzeniach izolacji? Gdzie najchętniej spędzasz wolny czas?
fot. Zuzanna Szamocka

Biblioteki traktuję jako miejsce intensywnego researchu, czyli kojarzące się z pracą. Czas wolny najchętniej spędzam w dużym mieście, spacerując i zwiedzając. Chociażby weekendowy wypad do Berlina pozwala mi naładować akumulatory i oderwać się od codzienności. Po stolicy Niemiec często wędruję bez celu, czasami tylko zaznaczam na mapie miejsca, które są punktami orientacyjnymi. W Berlinie lubię poczucie wolności i tolerancji, no i wielokulturowość, tak obcą na polskich ulicach.

Masz już jakiś pomysł na piątą powieść?

Nie, na razie nie planuję piątej książki. Odpoczynek dobrze mi zrobi. Aczkolwiek niebawem premierę będzie miało moje dziesięcioodcinkowe słuchowisko, które napisałem na zlecenie Storytel.pl; „Roztopy”, bo taki nosi tytuł, to obyczajówka z dreszczykiem, dziejąca się w liceum na początku lat 2000.

Lubisz słuchać opowieści fabularnych? Ja wciąż nie mogę się przekonać do czegoś takiego jak audiobook.

Słucham ich w samochodzie. Jednak jeżeli mam wybierać między książką a audiobookiem, zawsze wybiorę to pierwsze. Mimo to Storytel przekonał mnie tym, że tak naprawdę napisałem serial audio, a nie powieść, którą później czyta lektor. Każdy odcinek „Roztopów” trwać będzie około godziny, ma w sobie kryminalną zagadkę i dużo nastoletnich problemów z czasów, w których nie było smartfonów i social mediów.

Dziękuję za rozmowę.

2018-05-04

„Negatyw” Klaudiusz Szymańczak


Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 452

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wbrew uprzedzeniom

Nie jest dzisiaj łatwo debiutantowi kryminalnemu. Aby się wyróżnić, często nadmiernie dramatyzuje lub komplikuje swój świat przedstawiony. Klaudiusz Szymańczak – były policjant – debiutuje w stylu, który można byłoby nazwać klasycznym. Bardzo dobrze debiutuje. Powieść jest przemyślana, niezwykle spójna, napisana bardzo dobrym językiem i niestawiająca przed czytelnikiem sztucznie wydumanych zagadek. Naprawdę rasowy kryminał, jak głosi tekst na okładce. Co mi się jeszcze podobało? Równowaga między tym, co okrutne, a wszystkim będącym do okrucieństwa w kontrze. Dwie świetnie poprowadzone historie kryminalne, które potem autor łączy jedną zgrabną myślą. Konstrukcja głównego bohatera i to, że jego życie nie jest kolejnym ciągiem traumatycznych doznań charakterystycznych dla wielu policjantów z powieści kryminalnych. Niby nic nowego, a jednak jest w tym wyraźna świeżość i przede wszystkim poczucie, że ta powieść została napisana z lekkością, przy jednoczesnym dbaniu o detale i wykorzystaniu wszystkiego, co Szymańczakowi bliskie. Są więc miejsca, rzeczy, wspomnienia, ale także światopogląd. Nietrudno się domyślić, że agent specjalny FBI John Slade myśli to co autor. Dodatkowym atutem powieści są dwa ciekawe wizerunki miast. Bardzo czułe portretowanie Nowego Jorku idące w parze z przyglądaniem się Warszawie oczyma obcokrajowca. A przecież to polska powieść kryminalna. Tyle że zabierze nas za ocean, by zbudować pewien pomost między Polską a Stanami Zjednoczonymi spojony mrocznym memento. Przesłaniem o tym, że wciąż tkwimy w nienawiści i uprzedzeniach, przejmując część z nich po przodkach, a częścią tworząc destrukcyjną siłę, bo przecież jedno i drugie uderza w gruncie rzeczy w nienawidzących i uprzedzonych.

John Slade właśnie kończy rozpracowywać siatkę amerykańskiego koncernu farmaceutycznego, która wpływa na polskich lekarzy, i przygotowuje się na powrót do USA z Polski, gdzie pracuje na zlecenie amerykańskiej ambasady. Okazuje się jednak, że będzie zmuszony pozostać w Polsce dłużej, albowiem odkryto właśnie w kanale powieszone na łańcuchu nagie zwłoki syna wiceambasadora USA. Młody denat wiódł uporządkowane życie u boku ojca, który narzucił mu zarówno styl, jak i treść funkcjonowania w obcym kraju. Slade musi wesprzeć polskich policjantów w działaniu, ale to tajna misja. Okazuje się, że amerykański agent FBI odkryje dużo więcej niż polscy śledczy i jednocześnie wskaże, jak wielki potencjał w nich tkwi. Bo wokół Johna Slade’a wciąż kumuluje się pozytywna energia. Mężczyzna wolny jest od uprzedzeń, stereotypowego myślenia i negatywnych emocji na co dzień. Pomaga rozładować napięcie wokół siebie i tworzy atmosferę wzajemnego zaufania. A jednocześnie to jedna z jego wielu trudnych spraw, które zawsze w mniejszym lub większym stopniu koncentrują się wokół uprzedzeń ujawniających zło ludzkiego postępowania.

Druga narracja Szymańczaka to tocząca się rok później historia zapoczątkowana znalezieniem zwłok w pewnym hostelu w Harlemie. Tym razem Slade znajduje się w mieście, które doskonale zna i kocha. Z tym większym bólem dostrzega antagonizmy oraz spiralę nienawiści stojące za zamordowaniem pewnego prowincjonalnego latarnika z Wisconsin. Bohater udaje się w jego rodzinne strony, by odkryć mroczną tajemnicę zabitego. Zrozumieć motywy postępowania mordercy, ale przede wszystkim przyjrzeć się różnicom w mentalności Amerykanina z wielkiego miasta i tego z peryferii USA.

Każdą różnicę w ludzkich charakterach – czy to w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych – Slade skrupulatnie odnotowuje, analizując przede wszystkim motywy postępowania. Bo Klaudiusz Szymańczak zaznacza w tej powieści, że działamy wedle pewnych określonych schematów. Droga dobra czy zła wytyczana jest nam bardzo podobnie. Jesteśmy odpowiedzialni za swoje czyny, ale sporo bagażu emocjonalnego niesiemy za naszych przodków. Dlatego „Negatyw” brawurowo rozpięty między dwoma krajami i odmiennymi mentalnościami świetnie obrazuje mroczne podobieństwa, opowiadając przesyconą smutkiem oraz melancholią opowieść o ojcach i synach. Także o tym, że wciąż od nowa podsycana nienawiść ma się bardzo dobrze pod każdą szerokością geograficzną.

Podoba mi się to, że nawet gdy Szymańczak kieruje się w stronę dydaktycznego tonu, robi wszystko, by zachować złoty środek między kolejnymi piętrami intryg kryminalnych a ich wykładniami. Opowiada o emocjach, przeżyciach i doświadczeniach ludzi, rekonstruując ich losy i osadzając w kontekstach. Jednocześnie wskazuje, czym naprawdę jesteśmy od wieków i jak trudno jest nam porządkować świat bez bazowania na zabójczych stereotypach. „Negatyw” to bardzo czytelna i rozważnie napisana powieść o rasizmie, ksenofobii, ale także o wszelkiego rodzaju uproszczeniach i uprzedzeniach, które powodują, że widzimy świat bez jego barw i różnorodności. Klaudiusz Szymańczak nie tworzy moralitetu, nie stara się narzucać swego punktu widzenia. Sympatyzując jednak z ugodowym i nieskłonnym do manipulacji Slade’em, widzimy pewien wycinek rzeczywistości, który dany jest tylko tym, co żegnają się z łatwymi podziałami. A jednak człowiek w tej powieści zdaje się istotą na zawsze naznaczoną skłonnością do prostych rozróżnień. Ta powieść pokazuje, w jak różny sposób ta skłonność może być zgubna. Opowiada o tym, z jaką łatwością tworzymy proste podziały i dokładamy do nich równie prostą ideologię, by – paradoksalnie – nadać życiu sens wówczas, gdy staje się całkowicie bezsensowne.

To nie tylko świetny kryminał z dwoma idącymi w różnych kierunkach intrygami. To przede wszystkim powieść ostrzeżenie. Szymańczak obrazuje, jak łatwo podlegamy dychotomiom i jak niełatwo wydobyć się z uproszczonego sposobu widzenia świata. Takiego, który prowadzi do łatwej zbrodni. Zbrodni absurdalnej albo przypadkowej. Najgorszej, bo wydobytej ze spaczonego światopoglądu. Jest w „Negatywie” pewna prostota w pytaniu o to, dlaczego tak doskonali jesteśmy w „sztafecie nienawiści”, bo przecież każda forma nietolerancji i stereotypizowania ma najczęściej absurdalne pobudki. Autor wydobywa z perypetii swego amerykańskiego agenta FBI o polskich korzeniach pewną oczywistą lekcję, której zbyt wielu z nas nie odrobiło, dorastając. Marzy mu się świat bez prostych i złowrogich podziałów. Wie jednak, że czasem o to, by ludzie byli lepsi, trzeba powalczyć. A Slade nie jest idealny ani doskonały. Czyta się tę powieść z narastającym poczuciem dobrze skonstruowanego świata przedstawionego i czytelnie postawionych tez. Nie takich, które prowokują, lecz tych podkreślających, w czym na co dzień jesteśmy w stanie się zagubić. Jak łatwo możemy mieć czyjąś krew na rękach przez zwyczajne uproszczenie. Pozycja wartościowa i inteligentna.

2018-05-01

„Szpadel” Lize Spit


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 4 kwietnia 2018

Liczba stron: 480

Przekład: Łukasz Żebrowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Traumy prowincji

Mam ogromny problem z oceną debiutanckiej powieści Lize Spit. Z jednej strony autorka udowadnia, że każda powieść o dysfunkcyjnej rodzinie jest ważną powieścią, a dodatkowe podkreślenie faktu, że z dysfunkcji można się nigdy nie wydobyć w dorosłym życiu, uzasadnia chyba poczytność tej narracji w ojczyźnie autorki. Spit z chirurgiczną precyzją, bez emocji, metodycznie i boleśnie portretuje rodzinę w rozpadzie. Taką, w której każdy członek naznaczony jest osobistą traumą i gdzie nie może się wydarzyć już nic, co mogłoby zjednoczyć ludzi pod jednym dachem. „Szpadel” jest naprawdę świetną powieścią o tym, co i w jaki sposób przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie, bo Spit opowie o dziedziczonych bezradności i fatalizmie, ale zaznaczy też bardzo wyraźny oraz mocny punkt wyjścia rekonstrukcji zdarzeń, czyli scenę, w której ojciec proponuje córce lekcję wieszania się. To tak przejmujące, że czyta się od razu z wyjątkową uwagą… by potem szybko zrozumieć, iż ta powieść jest zwyczajnie za długa. Dłużyzny fabularne nie nastrajają dobrze. Także do intrygi pierwszego planu, choć moim zdaniem ciekawsze jest śledzenie tego, jak rozpada się dom głównej bohaterki, niż jej rówieśnicze relacje prowadzące do okrutnej tragedii. Odnosi się wrażenie, że autorka nieco hamletyzuje, a potem ten mankament narracji przechodzi na Evę, która dość specyficznie myśli i działa. Spit niezbyt fortunnie, bo za bardzo dydaktycznie, operuje w swym upiornym świecie przedstawionym estetyką brudu i gnoju. O ile świetnie udało się zastosować wyrazistą symbolikę błota Hillary Jordan – także debiutantce – opowiadającej o losach prowincjonalnej Ameryki, o tyle belgijska prowincja w oparach smrodu szamba jest już nazbyt narzucającym się obrazkiem.

Warto dodać, że „Szpadel” to też ciekawa literacka fantazja o motywach odbierania sobie życia i historia ludzi, dla których życie z różnych powodów straciło sens i radość. Spit nie manipuluje, bardzo dokładnie oddaje rzeczywistość, ale zasadza nas może zbyt głęboko w drobiazgowych obserwacjach. Efektem jest to, że przez dłuższy czas rozumiemy oswojoną rzeczywistość, ale nie rozumiemy, ku czemu zmierza nakreślona z dużą fantazją intryga. Dom Evy jest absolutnym centrum zainteresowania czytelnika, a relacje nastolatków udowadniające ich bezkompromisowość i okrucieństwo jakoś blakną, nie mają nas czym zaskoczyć. I to jest problem tej książki – z jednej strony nuży, ustawia w tym samym rejestrze narracyjnym, odbiera czytelniczą uwagę skupioną w niezłym wstępie. Z drugiej jednak – nie można uznać za stracony czasu poświęconego na lekturę, jest niebywale plastyczna i tak absolutnie dramatyczna w zakończeniu, że te sceny – punktowane na szybko, bo wcześniej panowała narracyjna flauta – zapadają w pamięć na bardzo długo. Może na zawsze. Prawdopodobnie o to też chodzi w literaturze.

Lize Spit umieszcza swe dramaty w prowincjonalnym Bovenmeer. To nie jest Belgia znana wszystkim doskonale. To ten margines Belgii, gdzie sprytnie można ukryć większość tajemnic. W małej społeczności dopuszczać się okrucieństw, które z różnych powodów będą pomijane. Myślę, że to cios dla Belgów, gdy czytają o tak prawdopodobnym natężeniu brutalności w ospałej osadzie. W Bovenmeer wszystko jest jednoznaczne i przepełnione rutyną, a atrakcję stanowi budka z frytkami. Zajmujący się ziemią i zwierzętami mieszkańcy stworzyli wioskę, w której można sobie spokojnie wegetować. Tu nic się nie dzieje. Takie słowa usłyszymy z ust niejednego mieszkańca niejednej wsi. A jednak dzieje się bardzo wiele. W emocjach dorastającej Evy, lecz także wokół niej. Dziewczynka wchodzi w toksyczne zależności, by jako kobieta utrwalić tendencję ucieczkową. Do pewnego momentu. Gdy przeszłość stanie się już nie do zniesienia i Eva będzie musiała wyjść jej naprzeciw…

Główna bohaterka jest wycofana. W zasadzie obserwuje, nigdy nie przejmuje inicjatywy. Razem z Pimem i Laurensem tworzą specyficzną trójcę. W ich roczniku urodzili się w Bovenmeer tylko oni. Ale to dla nich ważne jest to wydarzenie, bo mieszkańcy w quizie o przeszłości wsi zapominają o tym. Tymczasem trójka przyjaciół zbliża się do siebie, ale Eva coraz mocniej odczuwa, że jest tą trzecią, trochę zbędną. Dorastająca dziewczyna uczestniczy w zdarzeniach, w których seksualność i zmieniające się ciała nastolatków odgrywają ogromną rolę. Pojawiają się niespełnione marzenia, ale także bolesne kompleksy. Pojawia się ta czwarta, Elisa. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak jej obecność wpłynie na przyjaźń wspomnianej trójki. Czy to naprawdę przyjaźń czy kolejna – po domowych – toksyczna relacja, z którą Eva nie będzie potrafiła się zmierzyć?

„Szpadel” odważnie fantazjuje o tym, jak wiele nienazwanego zła może czaić się w każdym, pozornie sennym i spokojnym miejscu. Groza opisywanych zdarzeń i zawikłanych relacji rodzinnych narasta. Spit trochę w tym wszystkim tonie, bo drobiazgowość opisu niekoniecznie wychodzi opowieści na dobre. Najbardziej rujnująca książkę jest narracja odnosząca się do teraźniejszości. Eva otrzymuje wiadomość od Pima i postanawia ruszyć mu na spotkanie. Z wielką odrazą i blokiem lodu w bagażniku samochodu. Potem jest karykaturalnie, trochę nudno, a następnie zbyt teatralnie. Bohaterka przybywa do rodzinnego domu, gdzie rodzice śpią do trzynastej i po godzinie bezczynności udaje jej się uniknąć z nimi kontaktu. Potem snuje się po wsi. Spit zajmuje naszą uwagę dalszymi rekonstrukcjami zdarzeń. Finał jest spektakularny, ale nie nieprzewidywalny. Widać, że w domu Evy zrodziło się potworne zło. Każde z dzieci i rodziców miało udział w tym, że się utrwalało. Kostyczny ojciec i jego lekcja samobójstwa to dopiero początek wchodzenia do piekielnej otchłani. Eva się z niej nie wydobywa, ale opis jej podróży niczego nowego nie wniesie. Poza czytelniczym nokautem w zakończeniu. Tak mrocznej i przejmującej fantazji nie da się zapomnieć. Pytanie tylko, na ile struktura powieści i opowiedziane w niej historie są literackimi fantazjami…

To też książka z dobrze dobranym tytułem, ale naprawdę za długa. Kondensacja treści przydałaby się przy tak precyzyjnej formie, gdy autorka waży każde słowo i nie pozwala sobie na jakiekolwiek niepotrzebne retardacje. A jednak wszystkiego jest za dużo. „Szpadel” pozostanie w mojej pamięci na długo, ale po raz kolejny przypomni, że powieść nasycona okrucieństwem musi być krótka. Nie możemy znieść jego natężenia, choć wciąż jest naszym udziałem. Belgia musiała się zbulwersować, ale i przestraszyć. Polski czytelnik też tego doświadczy.