2022-11-18

„Oko snajperki” Kate Quinn

 

Wydawca: Mando

Data wydania: 9 listopada 2022

Liczba stron: 480

Przekład: Anna Gralak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 52,90 zł

Tytuł recenzji: Determinacja i perfekcja

Ludmiła Pawliczenko. Pani Śmierć. Ukraińska snajperka, która w czasie drugiej wojny światowej metodycznie i z zimną krwią zamordowała setki mężczyzn. Wrogów. Bestie, które trzeba było wyeliminować. Kate Quinn bardzo dobrze oddaje w tej powieści, w jaki sposób ukształtowała się i utrwaliła się w Pawliczenko jej motywacja do działań. Kobieta była w tym, co robiła, po prostu skrupulatna i dokładna w taki sam sposób jak w pracy bibliotekarki. Zatem postać, która jest fenomenem i – chyba jeszcze bardziej – mroczną zagadką. Nie była jakąś dzikuską, osobą z zaburzeniami percepcji, nie były jej obce kodeks moralny czy rozumienie tego, co jest dobre, a co złe. A jednak zabijała. I to wielu. Robiła to, by potem zupełnie normalnie przełączyć się na pokojowy tryb funkcjonowania, wrócić do swojej biblioteki, wieść długie i spokojne życie. Skoro zwyczajna kobieta może stać się w tak okrutny sposób nadzwyczajna, to czy takie doświadczenie nie może stać się doświadczeniem każdego z nas? Zwykłego człowieka, który znajdzie konkretną i wiarygodną dla niego motywację, by zabijać? „Oko snajperki” nie zaniedbuje tych wątpliwości, wychodzi im naprzeciw, a Quinn bardzo się stara, by jej postać była sugestywna i by można było ją polubić, a nawet – jakkolwiek to paradoksalne – kibicować jej. Ta książka w ogóle może zostać specyficznie odebrana przez polskiego czytelnika. Kiedy Mila opowiada o szoku, przerażeniu oraz goryczy, gdy do jej kraju widzianego z perspektywy spokojnej i pięknej Odessy wkraczają wojna i niemieccy najeźdźcy, nam staje przed oczami 17 września 1939 roku. Gdy Mila doświadcza – nie na sobie, ale bardzo silnie – bestialstwa powiązanego z aktem przemocy seksualnej, które jednoznacznie kierunkuje jej nienawiść do obcego, nietrudno przypomnieć sobie świadectwa ludzi opowiadających o „wyzwalaniu” Polski w 1945 roku przez rodaków bohaterki. Ale zostawmy to. Kate Quinn napisała świetnie skonstruowaną i poprowadzoną powieść sensacyjno-wojenną. Wykreowała naprawdę interesujące postacie. Opierając się głównie na źródłach historycznych, stworzyła emancypacyjną opowieść o kobiecie, dla której imperatywem, wyrazem światopoglądu i swoistą obsesją stały się słowa „nie spudłować”.

Uporządkowany świat Mili rozpada się błyskawicznie. Kobieta ma za sobą trudne przejścia. Jako nastolatka została matką i teraz wszystkim jest dla niej jedyny syn. Kocha go i chce zrobić co w jej mocy, aby miał dobre życie. Mila planuje dla siebie i swego dziecka bezpieczne życie. Ma zamiar zrekompensować chłopcu emocjonalną nieobecność ojca. Mężczyzny, którego bohaterka od początku traktuje wrogo, bo jest dla niej źródłem wielu upokorzeń. Nie chce dać jej rozwodu. Nie chce usunąć się z jej życia. Egocentryzm tego człowieka idzie w parze z wyrachowaniem. Wybuchająca w kraju wojna ma mu dać przepustkę do bycia sławnym i podziwianym. Znakomity chirurg. Podły ojciec i były mąż. Jego ścieżki życiowe będą wciąż krzyżować się z drogą Mili. Quinn opowie to w brawurowy i zaskakujący sposób. Ta toksyczna, trudna i niewątpliwie najciekawiej pokazana w tej powieści relacja będzie budowała dodatkową historię – opowieść o odium, koniunkturalizmie i o tym, że raz wyrządzona krzywda może powracać wielokrotnie, jeśli nie zostanie odparta przez niezwykle silną osobowość. Mamy tu również historię szowinistycznej dominacji i umiejętnych prób kobiecego wybicia się na niezależność. Czy były mąż Mili będzie jednym z wrogów, niebezpiecznie wciąż na nowo sytuując się w jej pobliżu i ingerując w jej życie?

Najważniejszą narracją w „Oku snajperki” jest oczywiście opowiadanie wojennego losu kobiety w szeregach armii. Kobiety doskonale wywiązującej się ze swoich obowiązków. Dowodzącej mężczyznami i wciąż przez mężczyzn w mundurach kwestionowanej jako żołnierka. Bez względu na to, że ich dokonania na froncie są żadne, a ona z miesiąca na miesiąc ujawnia wyjątkową charyzmę, skuteczność w działaniu, jak również umiejętność doskonałego koncentrowania się na działaniach. Czym jest bycie wojenną snajperką? Quinn opowie o tym bardzo dokładnie i w wielu kontekstach, oddając narrację pierwszoosobową swojej bohaterce, która bynajmniej nie banalizuje zła. Ona stopniowo wrasta w bardzo konkretną i bardzo ją przekonującą filozofię wojny. Po pewnym czasie zrasta się wręcz z mundurem, okopami, koncentracją na żywych celach i służeniu temu jednemu zasadniczemu celowi: walce o dobro i dobrą przyszłość swojego syna. Przyznać trzeba, że autorka bardzo sugestywnie prezentuje zarówno krajobraz emocjonalny i mentalny swojej bohaterki, jak i otaczający ją krajobraz wojny. To przestrzeń, w której czuje się pod stopami błoto, gdzie jest zimno, bezkompromisowo i gdzie nie ma miejsca na żadne propagandowe uniesienia. Wojna Mili pachnie drzewami, dymem i krwią. Quinn tworzy bardzo udane naturalistyczne opisy tego, czym jest codzienność na froncie. Czym jest śmierć. Bo Mila w ramach obowiązków wojskowych ją zadaje, ale okaże się niegotowa na konfrontację ze śmiercią bliskich jej osób. Na tyle niegotowa, że będzie bliska obłędu. Co ją uratuje? I co sprawi, że za oceanem będzie musiała o swoje życie zawalczyć z przeciwnikiem, który się do niej niebezpiecznie zbliży?

Kolejnym elementem narracji jest dość skąpy, lecz wystarczająco sugestywny pamiętnik Eleanor Roosevelt. Przyjęcie radzieckiej delegacji przez amerykańską pierwszą damę w 1942 roku stanowi tu pewien kontrapunkt do narracji Mili. A jednak obie kobiety zbliżają się do siebie w specyficzny sposób. „Oko snajperki” będzie bowiem historią kobiecej determinacji, kobiecej siły przekonania o słuszności tego, co się robi, jak również opowieścią o specyficznym kobiecym dążeniu do doskonałości. Znakomicie rozpisana jest scena, w której obie bohaterki mkną amerykańskimi ulicami, gdy Eleanor jest piratem drogowym, a Mila zmienia sposób patrzenia na nią nie tylko przez pryzmat tego, że czuje się w jej samochodzie jednocześnie zagrożona i jakoś mentalnie bezpieczna. Kate Quinn umieszcza w swojej powieści kilka fantazji o silnej relacji obu kobiet, która miała miejsce w rzeczywistości. Tutaj jest ona bardziej tłem do opowiadania czegoś nowego. Bo przybywając do Stanów Zjednoczonych, radziecka snajperka będzie się musiała zmierzyć z pełnym pogardy i egocentrycznego przekonania o swej doskonałości przeciwnikiem. Ta część „Oka snajperki” to bardzo dobra powieść sensacyjna. Jednakże autorka wcale nie chce jednoznacznego klasyfikowania swojej książki. Jest ona tak bogata w zdarzenia i przesłania, że można ją odczytywać bardzo różnie. Za każdym razem czytając zachłannie, bo jest napisana w taki sposób, że naprawdę na długo zajmuje uwagę.

W „Oku snajperki” znajdziemy też opis specyficznych relacji, w których miłość łączy się z podziwem i odnajdywaniem poczucia bezpieczeństwa. Wokół Mili Pawliczenko wciąż będą znajdować się mężczyźni. Ale dwaj szczególnie wpłyną na jej emocje i doświadczanie trudnej rzeczywistości wojennej. Warto z uwagą śledzić te relacje, gdyż Kate Quinn dynamizuje powieść nie tylko wartką akcją. Próbuje odsłonić te karty historii Ludmiły Pawliczenko, które ona sama skrzętnie skrywała. Ujawnić tajemnice, wobec których postać historyczna zachowywała milczenie, fantazjując o nich. W powieści jako bohaterka literacka opowiada nam siebie i swoje skomplikowane emocje w taki sposób, że rzeczywiście wzbudza wielką sympatię, ale do samego końca jest też kimś, kto pozostaje fenomenem oraz zagadką. Jak prawdziwa Pani Śmierć.

Czyta się „Oko snajperki” także jako świetną powieść o wydostawaniu się z patriarchalnego schematu kulturowego kobiety radzieckiej. O drodze ku wewnętrznej wolności, ale również o tym, jak mocno można być przywiązanym do swoich wartości, a także planów na dobre życie. Idąca z okopu do okopu bibliotekarka, która nosi w sercu pamięć o synu, a pod pachą swoją rozprawę naukową, jest symbolicznym wizerunkiem kobiety radzieckiej w obliczu wyzwania nieplanowanego i niedefiniowanego przez kulturę wzmacnianą propagandą. Tu mamy do czynienia z czułą matką oraz bezwzględną wojowniczką, jak również gotową do wzięcia pełnej odpowiedzialności za wszystkie skomplikowane działania kobietą. Udowadnia ona, że patriotyzm nie zna podziału na płcie, bo rozpada się on groteskowo, jak domek z kart, ukazując mężczyzn padających jak muchy od kul Pani Śmierci. Świetnie napisana powieść i dowód bardzo wnikliwego zainteresowania niejednoznaczną postacią, o której powstała bardzo niejednoznaczna w swej wymowie książka.

2022-11-16

„Inne życie” Jodie Chapman

 

Wydawca: Echa

Data wydania: 23 listopada 2022

Liczba stron: 464

Przekład: Szymon Żuchowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Wybory i emocje

W tej książce jest wszystko to, co najbardziej cenię w literaturze i co współcześnie proponują zwykle twórcy anglosascy oraz nordyccy, a czego brakuje mi w rodzimych powieściach. Chodzi o soczystą, znakomicie zaprezentowaną historię. O bohaterów, którzy ją współtworzą, każą jej się rozpadać, sklejają siebie i zdarzenia w jakiś możliwy do zaakceptowania sens, lecz przede wszystkim błądzą, ale twórca cały czas opowiada po prostu interesującą fabułę. Taka jest właśnie powieść Jodie Chapman. Rozważa ona posłowiu książki, czy „Inne życie” to powieść miłosna, czy powieść o miłości. W moim odczuciu jest ona o emocjonalnym angażowaniu się w istnienie drugiego człowieka, który nazywa i określa świat z innej perspektywy, zatem Chapman pisze o miłości jako o szerszej perspektywie spojrzenia na swój los.

Słowa, które najmocniej we mnie utkwiły, powtarzane tu zresztą głównemu bohaterowi przez dwie zupełnie inaczej na niego patrzące kobiety, to stwierdzenie, że życie mu się przydarza. „Inne życie” samym swoim tytułem kwestionuje – choć nie ma tu znaku zapytania – możliwość stworzenia albo wybrania innej formy egzystencji. A jednak ta nazwana w ten sposób, jaki przytoczyłem, zaczyna niepokoić i ten niepokój staje się coraz większy. Chciałoby się potrząsnąć mężczyzną, któremu życie się przydarza, i dać mu do zrozumienia, że nie można biernie przyjmować wszystkiego, co przyniesie los. Chapman opowiada o tym, jakie są konsekwencje egzystencjalnej wędrówki pod prąd. Co jest fascynującego, a co przerażającego w tym, by pozwolić kierować swoim istnieniem za pomocą emocji, instynktu, kompulsywnego działania, poddawania się ekscytacji chwilą. Jednakże to jest także mądra narracja o zachowawczości – o budowanym na niej poczuciu bezpieczeństwa i o tym, że miłość może je wykreować zupełnie inaczej, bo miłość przychodzi tutaj nagle i bezwarunkowo, determinuje działania ludzi, którzy muszą dokonać trudnych wyborów albo z różnych powodów nie dokonują ich wcale.

Nick i Sal dorastają w dość smutnej rodzinie. Szowinizm ojca, patriarchalny porządek ustanawiany przez jego niepisane prawa i obok niego żona – genialnie sportretowana postać drugiego planu, która nie ma odwagi walczyć o tytułowe inne życie, bo swoje napisała u boku mężczyzny, który nie oferuje wiele, ale daje poczucie przynależności. Ono zaczyna dusić i obezwładniać matkę Nicka i Sala. Kobietę, która zniknie z życia kochających ją synów. Chapman opowie o tym zniknięciu w taki sposób, że chwyci to każdego za serce, mocno potrząśnie jego sumieniem, zmusi do postrzegania działań i wyborów osamotnionych braci z zupełnie innej perspektywy. To, co ma być w tej powieści zagadką, niech tą zagadką pozostanie. Są nią również życiowe decyzje Nicka – wrastającego w specyficzną formę dystansu do siebie i do świata, pełniącego rolę odpowiedzialnego rodzica wobec młodszego brata. Ale problem jest nieco inny. „Dlaczego nigdy nie mówisz o tym, co ważne?” – pyta Nicka jego brat, będąc na skraju rozpaczy. Główny bohater Chapman ma przede wszystkim problemy z werbalizowaniem swoich emocji. Zachowuje bezpieczny dystans do wszystkiego, co mogłoby nim wstrząsnąć na tyle, aby go zmienić. Nick i Sal pozbawieni matki wybierają zupełnie inne życiowe drogi. Poruszająca jest scena, kiedy wraz z rodzicielką tkwią pod kołdrami, które stworzyły łóżkowy namiot. Są tam tylko we trójkę, ojciec jest wykluczony z tej zabawy. I wtedy obaj chłopcy słyszą, że jako mężczyźni powinni pozwolić rozwijać się swoim sercom. Tę drogę zdecydują się przebyć na dwa różne sposoby. Zatem tytuł powieści definiuje różnicę między braćmi. Ich relacje są trudne, zagadkowe i naznaczone cierpieniem, bo przecież przez całe życie niosą w sercach, które miały się rozwijać, wyrzuty sumienia za coś, co naznaczyło ich na zawsze i zawsze też pozostanie najboleśniejszą traumą.

Tymczasem w życiu Nicka pojawia się Anna. Charyzmatyczna dziewczyna, jeszcze nastolatka, w zasadzie całkowicie od niego różna. Zbliżają się i oddalają jednocześnie. „Będziesz moim końcem” – myśli o Annie Nick. Co zakończy się w związku z tą relacją i co nowego ona stworzy? Krótka i intensywna znajomość będzie mieć u Jodie Chapman ciąg dalszy. Jej powieść będzie opowiadać o ludziach, którzy mówią sobie bardzo wiele, jednakże najmocniej przyciągają ich do siebie wątpliwości. To, czego nie są pewni, choć każde z nich stara się szukać życiowego spełnienia. Być może innego życia. Nick z dala od wspomnień i bolesnej pamięci o swojej rodzinie. Anna w oddaleniu od stygmatu wiary i narzuconych przez społeczność wzorców, od których buntowniczo wciąż ucieka.

I tu warto wspomnieć o tym, co jest największą zaletą „Innego życia”. Dynamizm tej książki budują przede wszystkim partie dialogowe. Chapman jest w tym znakomita! Nick i Anna mówią sobie i o sobie bardzo wiele, ale tak naprawdę najbardziej intrygujące jest to, czego z różnych powodów nie mogą zwerbalizować. Ich pragnienia oraz tęsknoty wyrażane są poprzez nieustanne napięcie zauważalne w rozmowach wykreowanych przez autorkę w taki sposób, że ich intensywność zapisuje się w pamięci czytelników. To są wymiany zdań o znaczeniu egzystencjalnym, w których na pierwszy plan wysuwa się to, w jaki sposób ustanawiać i realizować życiowe priorytety. Bo „Inne życie” jest o tym, co świadomie wybieramy, kierując się doświadczeniami rodzinnymi i poczuciem bycia w kontrze do wszystkiego tego, co rodzinę czyniło daleką od ideału. Tu Chapman opowiada nie tylko o gorzkiej spuściźnie pokoleniowej. Pisarka proponuje nam fantazje o tym, w jaki sposób chcielibyśmy widzieć idealny model rodziny po tym, kiedy doświadczyliśmy rodzinnego upadku. Nick daleki jest od formalizowania związku, posiadania dzieci. Chce być stanowczy i osobny, jest bardzo zdeterminowany. A obok niego inne życie – w różnych swoich przejawach i z różną intensywnością na niego działające.

To mądra opowieść o tym, ile możemy uczyć się od drugiego człowieka i jak wiele stracić, dając się mu do siebie zbliżyć. Ale mimo wszystko to historia życiowych zysków, nie strat. „Jak sądzić innego człowieka, jeśli nie na podstawie naszych doświadczeń z nim?” – pyta sam siebie Nick. „Inne życie” pokazuje, w jak subiektywny i krzywdzący sposób patrzymy na siebie. Jednakże daje też wgląd w to, co się wydarzy, jeśli nauczymy się zwyczajnej empatii i połączymy ją z pokorą. To wielowątkowa książka o życiowym wyborze takiego modelu istnienia, w którym samego siebie najłatwiej wytłumaczyć. Rozbija się pozór poczucia bezpieczeństwa i rozpada sfera prywatnego komfortu, kiedy ktoś ważny i bliski pokazuje z zewnątrz, jak iluzorycznie okopujemy się w tym, co według nas zawsze jest słuszne. A poza wszystkim to naprawdę poruszająca opowieść o miłości w różnych wymiarach – miłości jako tęsknocie, braku, rozczarowaniu, frustracji, lecz również jako emocji porządkującej, uspokajającej i dającej satysfakcję bycia w relacji, która zmienia na lepsze. Jest w tej zmianie twórcza i odkrywcza. Jodie Chapman opowiada o mentalnych ograniczeniach na drodze osiągania szczęścia. Ale również pisze o ludziach, którym tego szczęścia nie udało się uzyskać. Bo czym jest życie na własnych zasadach? W jednej ze scen pada sugestia, że życie po swojemu może być krępujące dla innych. Czy większość z nas wiedzie fasadową egzystencję? Czy Chapman opowiada tu o drodze ku miłości, czy może przede wszystkim o odwadze dokonania słusznych wyborów? Wielowymiarowa powieść o poszukiwaniu siebie. I fantazja o tym, co znaczy życiowe spełnienie. Czyta się znakomicie, bo to wszystko o nas – w każdym akapicie i w każdym dialogu.  

2022-11-14

„Adam” Cezary Harasimowicz

 

Wydawca: Lira

Data wydania: 26 października 2022

Liczba stron: 496

Oprawa: twarda

Cena det.: 54,99 zł

Tytuł recenzji: Obok wieszcza

Pamiętam, jak podczas studiów polonistycznych słuchałem opowieści profesora Bogusława Doparta (wtedy jeszcze doktora), z których wyłaniała się ogromna pasja badacza starającego się za wszelką cenę odbrązowić postać Adama Mickiewicza i przyjrzeć mu się jako człowiekowi w służbie idei. Pamiętam, że onieśmielała mnie erudycja wykładowcy i nie wszystko rozumiałem, nie byłem też w stanie pojąć tak głębokiego zaangażowania w badanie życiorysu i twórczości Mickiewicza, jednakże otwierały się przede mną jakieś nowe drzwi. Miałem okazję ujrzeć biografię poety w zupełnie innym świetle. Dziś – po blisko dwudziestu latach pracy w szkole publicznej i mierzeniu się z najdziwniejszymi pytaniami młodzieży, która z natury kwestionowała wielkość wieszcza – z prawdziwą przyjemnością i zafascynowaniem czytałem „Adama” Cezarego Harasimowicza. Gdy przyglądam się dzisiaj drodze twórczej Mickiewicza, bliżej jest mi zapewne do „czucia i wiary” autora publikacji niż do „szkiełka i oka” na przykład Marii Janion. Zdaję sobie sprawę z tego, że podjęcie się napisania takiej książki było pod wieloma względami wyzwaniem i widzę już czytelników, którzy z wielką uwagą śledzą fabułę tylko po to, by szukać nieścisłości, istotnych luk, zdeprecjonować powieść Harasimowicza, która powstała nie z chęci ambitnego beletryzowania historii, lecz raczej z bardziej prozaicznego powodu. Lektura „Adama” jest przede wszystkim znakomitą rozrywką – i dla tkwiących w przekonaniach ukształtowanych przez badaczy teorii literatury, i dla pewnych tego, że Mickiewicz to synonim pięknie wykreowanego i stale pielęgnowanego narodowego mitu. Jakkolwiek odczytamy nową powieść Cezarego Harasimowicza, z pewnością dostrzeżemy, jakim znakomitym gawędziarzem jest autor i jak – dzięki ironii, poczuciu humoru i zmyślnie stworzonemu za pomocą postaci narratora dystansowi – nie tyle chwieje cokołem Mickiewiczowskiego pomnika, ile przede wszystkim toczy literacką grę, portretując człowieka zapisanego w historii i teorii literatury zbyt oczywistymi i zbyt patetycznymi definicjami.

Tym razem Harasimowicz stawia na wyjątkowo krótki tytuł. Przypomnieć należy, że całkiem niedawno mieliśmy przyjemność obcować z powieścią zatytułowaną cokolwiek karkołomnie. „Testament, czyli opowieść o Tadeuszu Kościuszce słowami jego ordynansa, syna afrykańskiego księcia, Agrippy Hulla” ma wydźwięk bardziej społeczny i historyczny, w „Adamie” jest więcej czułej intymności i zdecydowanie więcej autorskiej fantazji, która przykuwa uwagę nie tylko do tego, jak portretowany jest Mickiewicz, lecz i do tajemnicy, jaką jest tożsamość narratora robiącego tutaj spore zamieszanie. Że jego związek z kreowaniem życia Mickiewicza jest bardzo duży – nie mamy żadnych wątpliwości. Opowiadacz nazywa się „częścią przemijania” albo „metafizyczną figurą”. Jest wieloma postaciami wkraczającymi w życie bohatera: akuszerką odbierającą poród matki Mickiewicza, jak również policyjnym konstablem, carskim konfidentem, towarzyszem podróży emigracyjnej, a nawet snem. Jego ekspansywność w tej prozie nie jest oczywiście przypadkowa. W moim odczuciu wszystko to są fantazje Cezarego Harasimowicza o tym, w jaki sposób podlega interpretacjom i wartościowaniu życiorys tak zwanego wielkiego człowieka. Niejednoznaczny w swej roli narrator nie jest tu jedynie jakąś diaboliczną, metafizyczną zagadką. Są rozdziały, w których nawet może czytelnika trochę irytować. Wszystko to jednak inteligentna gra z konwencją opowiadania o Mickiewiczu w różnych formach, w których zawsze najważniejsze jest przekonanie, że dana opowieść ma moc sprawczą – informuje o faktach z życia polskiego poety w sposób oryginalny i twórczy. U Harasimowicza jest przede wszystkim zabawnie. Ale to taki inteligentny humor niepozbawiony koniecznej dozy ironii oraz autoironii. Patos i egzaltacja rozbijają dowcipnie skonstruowane, wręcz filmowe sceny. Autor razem ze swym niezwykłym opowiadaczem traktuje czytelnika podmiotowo. Kieruje do niego pytania, używa czasowników w trybie rozkazującym, jest angażującym w proces poznawania twórcy przewodnikiem po jego życiu. Albo jego kreatorem. Tu chodzi również o swobodę tworzenia, jaką ma sam Harasimowicz. W drugiej już w tym roku wydanej książce – po tej, której tytuł wspomniałem wyżej – udowadniający, że inspirują go wielcy ludzie, a najbardziej to, co na ich temat można opowiedzieć, przyjmując jakąś oryginalną perspektywę. Ordynansa albo… przeznaczenia?

Skoro już mowa o filmowości niektórych scen: warto zwrócić uwagę na ich detale. Harasimowicz bywa wybiórczy, zwracając naszą uwagę na elementy istotne z jego punktu widzenia. Jesteśmy w pomieszczeniach, które tak samo zapierają dech w piersiach swoim splendorem, jak i w takich, które pozostawiają doświadczenie obcowania z czymś, co jest na przykład brzydkie i cuchnie. „Adam” w ogóle napisany jest stworzonymi za pomocą obrazów zapadających w pamięć na długo. Dwie najciekawsze moim zdaniem sceny to prowadzenie poety i wpływanie na jego wyobraźnię, gdy powstaje tekst trzeciej części „Dziadów”, oraz pojedynek romantycznych poetów – Mickiewicza i Słowackiego, którzy toczą bój publiczny, dzierżąc taki oręż jak „Testament mój” i „Romantyczność”. Obecność twórczości Adama Mickiewicza jest tu ważną, integralną częścią tej powieści. Wyimki z jego utworów komentują opisywane zdarzenia – jedne są dobrane doskonale, inne nieco mniej trafnie. Przez cały czas jednak obcujemy z biografią poety. Młodzieńca, który dumnie mówi w rozmowie z kanonikiem: „Poeta zmienia świat”. A potem jako mężczyzna stara się go zmienić.

To zatem książka o tym, co można, co należy i czego nie da się zmienić. Opowieść bazująca na życiorysie, do którego w zasadzie nic już nie można dopisać. A jednak Harasimowiczowi się udaje. Zwłaszcza w tych momentach, w których opowiada prozę życia Mickiewicza – tak daleką od tego, co kształtuje jego samoświadomość. Autor jest jednocześnie czujny i czuły wobec wszystkich błędów oraz potknięć. Mickiewicz staje się symbolem doświadczania emigracji w dosłowny i twórczy sposób. Jest kimś, kto konfrontuje się z jasno wypowiedzianym w Paryżu zdaniem: „W Europie nie ma miejsca na Polskę”. „Adam” to opowieść o tym, w jaki sposób kraj wymazany z mapy Europy dojrzewa i pęcznieje w twórczej wyobraźni. Ale Harasimowicz nie chce koncentrować się na wizerunku zaangażowanego politycznie, społecznie i ideologicznie poety. Pokazuje go też jako fatalnego kochanka, momentami szowinistycznego okrutnika, egocentryka puchnącego z dumy nad samym sobą i dorastającego chłopca, który – kiedy staje się już mężczyzną – nie dostrzega w pełni, że nie zawsze uczy się na swoich błędach.

Nie ma tu oczywiście żadnego moralizatorstwa, Harasimowicz maluje świat półcieniami i korzysta z oryginalnych perspektyw patrzenia na problemy, które historia literatury wyraźnie określiła. Perspektywa wędrowca oraz poszukiwacza potrzebna jest autorowi przede wszystkim do tego, by pokazać zmieniające się relacje bohatera z innymi ludźmi. To także historia o życiowej pasji i byciu lojalnym wobec siebie, swoich przekonań. Nie ma tu pomnikowego wieszcza, nie ma powielania jakichkolwiek dotyczących go stereotypów, a nawet jeśli Harasimowicz musi się zmierzyć z suchym faktem, o którym każdy z nas wie, robi to na swój sposób – rubasznie i inteligentnie. „Adam” to zatem powieść, którą czyta się błyskawicznie. Dowód pomysłowości w opowiadaniu czegoś, co zostało już wielokrotnie opowiedziane. Ale nie w ten sposób! Rozbija stereotypy, przekształca twórczo legendy, a nade wszystko oferuje nam znakomitą narrację pokazującą, że warto każdego postawionego na cokole twórcę czasem stamtąd zdjąć i pokazać, iż nikt z nas nigdy nie był pomnikowy.

2022-11-10

„Na północ. Jak pokochałem Arktykę” Adam Wajrak

 

Wydawca: Agora

Data wydania: 9 listopada 2022

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka

Cena det.: 54,99 zł

Tytuł recenzji: W stronę piękna

Nie czytałem żadnej poprzedniej książki Adama Wajraka, ale czytałem jego ogólnodostępne w mediach teksty, w których dostrzegałem zawsze niezwykłą czułość wobec świata, w którym autor zaszył się na co dzień, mieszkając w takim, a nie innym miejscu. Tę książkę przeczytać musiałem. Nie tylko dlatego, że chciałem poznać fascynację tym, co od lat jest kierunkiem moich podróży – choć nie dotarłem tak daleko jak Wajrak, ale nastąpi to zapewne wcześniej czy później. O Arktyce czytałem już książkę rozczarowującą („Arktyczne marzenia” Barry’ego Lopeza) i znakomitą („Witajcie na cholernej Arktyce” Blair Braverman). Tej oczywiście jest bliżej do Braverman, ale to też zupełnie inna publikacja. Nie koncentruje się aż tak na relacjach z ludźmi w zimnym klimacie i doświadczeniach egzystencjalnych związanych z obcowaniem z Północą. Nie w jakimś zasadniczym stopniu, bo wspomnienia autora z północnych wypraw to przede wszystkim jego pamiętniki z poznawania arktycznego ekosystemu. Lecz również istotna książka o zależnościach, które przed dekadami destabilizowały ten ekosystem. Już wtedy, gdy Wajrak miał niewiele ponad dwadzieścia lat, pewne procesy wyglądały niepokojąco. Dziś jest z pewnością dużo gorzej. Arktyka – jakkolwiek imponująca, wymagająca i zmuszająca do pójścia na wiele kompromisów z samym sobą – jest coraz bardziej krucha i zagrożona unicestwieniem. O tej kruchości czytamy już na wstępie. To pierwsza z trzech planowanych książek opowiadających o arktycznych doświadczeniach Wajraka. Kolejne zapowiadają się znakomicie, ale ta wydaje się najbardziej osobista. Wracając do podróży i przeżyć z lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia, „Na północ” opowiada nam nie tylko surowy pejzaż, lecz również kształtującą się osobowość młodego odkrywcy, który nie wybiera zimnego kierunku z tych najbardziej oczywistych powodów powtarzanych przez tak zwanych zdobywców. To bardzo intymna, pełna humoru i gawędziarskiej swady opowieść o dzikim miejscu, które zawłaszcza już komercyjna turystyka. Jej przejawy są opisane kilka razy (autor staje się sam w sobie atrakcją turystyczną), ale Wajrak ucieka od komercji i łatwego północnego PR-u.

To będzie książka, w której poznamy przede wszystkim faunę i florę północnych regionów. To, co autor kocha. To, co zawsze w bezwarunkowy sposób przyciąga jego uwagę. To, do czego obserwacji został niejako stworzony ze swoją specyficzną wrażliwością każącą mu na przykład płakać nad losem arktycznych wydrzyków. „Na północ” uczy przede wszystkim tego, by docierać do Arktyki z pokorą i szacunkiem. Tam walczą o życie rośliny i zwierzęta, które podporządkowują się bardzo konkretnym i niezwykle surowym prawom. To również miejsce, w którym obcowanie z przyrodą staje się dużo bardziej intensywne. Adam Wajrak opowiada Północ przede wszystkim poprzez przejawy życia natury. I jest to wędrówka fascynująca, podczas której można się dowiedzieć czegoś, o czym na co dzień nie miało się pojęcia. Na przykład na temat fok czy funkcjonowania ornitologicznego raju dla badacza, a ważnego punktu dla tych ptaków, które na dalekiej północy szukają bezpieczeństwa rozrodu oraz mierzą się z trudnościami dorastania do tak zwanego dojrzałego życia.

Zwróciłem już uwagę na coś, co będzie największym atutem tej książki. To sposób, w jaki autor opowiada o sobie oraz swoich doświadczeniach sprzed wielu lat. Wajrak jest znakomitym gawędziarzem. Możemy się o tym przekonać już na samym początku. To zaskakujące, czego można się dowiedzieć z samego tylko faktu wspominania radzieckiego sztormiaka, który ma na sobie u wybrzeży Estonii. A to dopiero próbka umiejętności autora tak opowiadającego swoją historię, że czeka się na każdą kolejną dygresję, bo jest tak samo interesująca jak sprawozdanie z podróży. Tu wspomniane są trzy. Przystanki na drodze, którą zbliża się do Arktyki młody chłopak, badacz, znawca natury i odkrywca rzeczy nieoczywistych. Najpierw opustoszała estońska wyspa, potem Wyspa Niedźwiedzia, a na końcu Svalbard. Zbliżając się do arktycznej bezkompromisowości, Wajrak rozważa swoją kondycję w świecie ustalonym przez zależności, od których na co dzień jest przecież daleko. Szczególnie ciekawie w kontekście obserwacji niedźwiedzi polarnych oraz opowieści o nich jawi się tu kwestia konieczności bycia arktycznym zabójcą. To bardzo bezwzględny świat, w którym śmierć przychodzi nagle i jest wpisana w ekosystem. Z drugiej jednak strony świat niebywałego spokoju, naturalnej harmonii wypływającej również z tego, że Arktyka to oszałamiająca biel, inny upływ czasu, zacieranie granic poznawczych, aby określić przestrzeń czy odległość. Wajrak opowiada o świecie, w którym należy uczyć się pokory i samotności. Ale dzięki nim można zobaczyć, usłyszeć i poczuć dużo więcej.

Było dla mnie ogromną przyjemnością porównywać pewne doświadczenia północnych podróży. Adam Wajrak doświadcza na swojej drodze tego, co było moim udziałem na Wyspach Owczych – konfrontacji żołądka oraz jego treści z byciem na otwartym zimnym morzu czy oglądania z bliska jednych z bardziej fascynujących ptaków, czyli maskonurów. Ponadto jest w tej książce bardzo wiele anegdot, które powodują, że czyta się „Na północ” z uśmiechem, bo przecież trudy podróży należy w jakiś sposób zrekompensować sobie poczuciem humoru. I skoro jesteśmy przy nim, to Wajraka trzeba przeczytać koniecznie. Między innymi po to, by dowiedzieć się, co estońscy rybacy przetoczyli po lodzie na małą wyspę, jak wygląda arktyczna pralka, o czym autor myśli, próbując defekować w uroczych okolicznościach przyrody, albo do czego może służyć norweska budka telefoniczna. Wspomina on również ważnych w podróży ludzi, wskazując ich charyzmę. Odnieść można wrażenie, że na niekomercyjną i nieturystyczną Północ mogą dotrzeć tylko osoby z tą cechą. Bo jest tam pod każdym względem trudno. Ale jednocześnie to przestrzeń otwierająca możliwości zobaczenia i doświadczenia czegoś, co omija nas w każdym innym zakątku świata.

„Na północ” pokazuje również emocje Wajraka. To, w jaki sposób na zimnym odludziu może pracować wyobraźnia. Mamy fragmenty jak z thrillera czy horroru. Coś uderza w ściany prowizorycznego schronienia. Na śniegu leży coś, co potrafi wpędzić w obłęd. Jest tu również mowa o tym, w jaki sposób dzień polarny rozregulowuje rytm dobowy i wpływa na postrzeganie czasu, w którym organizm ludzki ma wypocząć. Ja z tym doświadczeniem poradziłem sobie inaczej niż bohaterowie tej opowieści, bo po prostu surowo pilnowałem konkretnych godzin snu i zacząłem (już na stałe) korzystać z opaski na oczy. Wajrak ze swoimi towarzyszami ekspedycji zupełnie inaczej wchodzi w czas wielomiesięcznej jasności. To także dowód na to, że Północ wymaga dostosowań, kompromisów albo elastyczności w postrzeganiu tego, jakie potrzeby ma nasze ciało.

„Kto chce czytać o lodzie? Kogo to obchodzi?” – mówi ówczesny szef do chłopaka, który ponownie chce ruszyć na północ, bo zrozumiał, że to miejsce jest magnetyczne, każe do siebie wracać. Od czasu pierwszych arktycznych podróży Adama Wajraka zmieniło się bardzo wiele i zapewne dzisiaj nie usłyszałby tego pytania. Pośród lodu, ciszy i wyzwań stawianych samemu sobie autor opowiada o Północy inaczej niż sprawozdawcy – koniunkturaliści, którzy poczuli okazję, by wykorzystywać komercyjnie ten region. To uczciwa książka o fascynacji, pasji, poznawaniu niezwykłego świata przyrody, ale również tłumaczeniu, dlaczego w naturze to jedynie człowiek jest szkodnikiem i to z jego ręki przychodziła w północnym pejzażu krwawa śmierć. Świetna i emocjonalna opowieść. Dowód na to, w jak twórczy sposób można powrócić do swoich wspomnień. Jak je przetworzyć, by blisko dwie dekady później powstała z tego interesująca książka.

2022-11-09

„Grisaille o zwykłym osiedlu” Justyna Hankus

 

Wydawca: Instytut Literatury/Fundacja Duży Format

Data wydania: 27 października 2022

Liczba stron: 152

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Zwykłe życie, niezwykła śmierć

Jakie były wasze pierwsze wrażenia, gdy ujrzeliście „Dulle Griet” Pietera Bruegla? Ja koncentrowałem się na szczegółach, bardzo długo nie widziałem tam całości, a to, co w pierwszej kolejności zwróciło moją uwagę, to wielka twarz obserwatora, pożeracza niepokojącego i zapewne pozornego chaosu przedstawionego na obrazie. Z niezwykłą książką Justyny Hankus miałem podobnie. Nie zwróciło mojej uwagi centrum opowieści, bo odniosłem wrażenie, że takiego nie ma. Dałem się porwać tej historii fragmentarycznie. Byłem przekonany, że pisarka opowiada tu epizody znaczące dużo więcej niż całościowe przesłanie tej książki. A może chodzi o technikę obrazowania – Hankus ma niebywałą zdolność przykuwania uwagi detalami. Mam wrażenie, że z tą książką jest jak z „Dulle Griet” – za każdym razem, gdy z nią obcujemy, możemy tam zobaczyć coś innego, jeszcze bardziej niezwykłego, coś niedostrzeżonego przy pierwszym kontakcie.

Jesteśmy w rzeczywistości wykreowanej przez niezwykłą wrażliwość debiutantki. Wkraczamy do opisywanych przez nią pomieszczeń z mieszaniną ekscytacji, niepokoju, zaskoczenia i zdumienia. Ta historia jednocześnie jest konglomeratem różnych opowieści i całościowo chce się zaprezentować jak zbiór malarsko zaprezentowanych przestrzeni oraz sugestywnych bohaterów. „Grisaille o zwykłym osiedlu” próbuje oddać niezwykłość absurdów istnienia. I nieistnienia. W tym samym czasie przenosi nas w rejony, w których życie zamarło, a mimo wszystko nadal się toczy. Dlaczego? „Śmierć jest rzeczą względną i niczego nie rozwiązuje”. Dlatego u Hankus końcem istnienia nie będzie nicość. Ta oniryczna i surrealistyczna powieść niewielkich rozmiarów, która wdziera się niepokojąco w zakamarki naszej wyobraźni, będzie mroczną przypowieścią o zależnościach między życiem a śmiercią, jak również o nas samych – rozsypanych tutaj jak elementy wspomnianego obrazu Bruegla, tworzących jednak całość. Żywi ze swymi udrękami i niepokojami będą swoistym jednym organizmem. A wszystko zostanie poddane obserwacji i deformacji w enigmatycznej technice malarskiej, która ma być tutaj chyba sposobem opowiadania tego, jacy jesteśmy w sobie zagubieni i jak w tym zagubieniu tworzymy mozaikę codzienności.

„W nocy obudził mnie Bruegel”. Co można zrobić z takim pierwszym zdaniem powieści? Justyna Hankus udowadnia, że bardzo wiele. Nakierowanie na pewien sposób odbioru rzeczywistości i jej przekształcania pozwoli nam przez jakiś czas panować nad światem przedstawionym. Portretowanym w taki sposób, że każdy z przejmujących rozdziałów jest jak mały obraz – doskonale naświetlona sytuacja i cienie wokół tego, czym tak naprawdę ona jest. Pozornie mamy tutaj dwie opowieści: złożoną z prozaicznych epizodów historię tego, jak budzi i kończy się dzień na pewnym bezpiecznym i uznanym za porządne osiedlu, a także narrację pierwszoosobową wywołującą tu najwięcej niepokoju oraz ekscytacji. Śledzimy życie mieszkańców kolejnych pięter warszawskiego bloku, ale na jednym z tych pięter już od jakiegoś czasu nikt nie mieszka. Czy na pewno? Hankus stara się sportretować pewną społeczność, która mierzy się ze zdarzeniem w dużym stopniu rozbijającym rutynę i zmuszającym do tego, by wyjrzeć na balkon, odejść na chwilę od swoich przyzwyczajenia, odpuścić na moment walkę o uporządkowanie po swojemu kolejnego dnia. W tej konfrontacji życie połączy się w surrealistyczny sposób ze śmiercią. Opowiadając o złożoności ludzkiej natury, Justyna Hankus sięga po wiele środków formalnych, aby przykuć uwagę i jednocześnie ją rozproszyć. Na jak wiele sposobów na przykład można opisać niepokojący dźwięk?

Od czasu „Świętego Wrocławia” Łukasza Orbitowskiego nie spotkałem się z prozą, która opowieść o mistyfikacjach i kształtowaniu się nowego ładu umieszcza w bloku mieszkalnym. Hankus jest dużo lepsza od Orbitowskiego – u niej zniknięcie będzie w zasadzie jedno, bez mnożenia zagadek. I ono da nam możliwość spojrzenia na życie tych, którzy mocno się w nim okopują, jako na jeden obraz różnorodności niepokoju. Wędrując po kolejnych piętrach, zatrzymujemy się u bohatera, którego odwiedził Bruegel, i otrzymujemy tak niepokojący oraz wieloznaczny obraz jak w przypadku „Dulle Griet”. Kto będzie tutaj Szaloną Gochą? Nie wiem dlaczego, ale pojawiła mi się w głowie i coraz intensywniej powracała do mnie myśl, że Justyna Hankus, opowiadając o wyobcowaniu, chce dotknąć problemu definiowanego przez medyków jako schizofrenia. Najwięcej niepokoju wywołuje tutaj bohaterka, która we własnym mieszkaniu usiłuje znaleźć schronienie przed czymś, co przychodzi do niej stopniowo, posługując się mrocznymi neologizmami. Język bohaterów również jest tu istotny i konfrontując ich ze sobą, autorka kreuje dowcipne sytuacje. Dystans wobec opowiadanych zdarzeń podkreślany jest również specyficznym poczuciem humoru Hankus. Bo „Grisaille o zwykłym osiedlu” to też narracja, w której autorka momentami dystansuje siebie i nas wobec swojej techniki opowiadania.

Widać w tej książce fascynację autorki tym, co dwuznaczne i niemożliwe do wyjaśnienia. Metafizyką, która nie idzie tylko w kierunku atrakcyjnych dla czytelnika symboli. Są tu ciekawie obrazowane stany emocjonalne, ale duże wrażenie robi również enigmatyczna wizyjność niektórych scen. O bohaterach Hankus opowiadają także ich ciała – ludzie ci albo im się poddają, albo z nimi walczą, są one dla nich źródłem opresji i narzędziem pracy zarobkowej. Tymczasem jeden z bohaterów nie ma już ciała, staje się wspomnieniem albo jakąś senną fantazją. A jednak istnieje. Podgląda. Nie dostrzega w świecie, który musiał opuścić, czegokolwiek atrakcyjnego. Bruegel zaś widzi coś, z czego chce stworzyć obraz. Dostrzega mróz, wilgoć, mgłę, ponury budynek mieszkalny, zajętych codziennymi szaleństwami i udrękami mieszkańców. Pieter Bruegel był niezwykle wrażliwy na ukazywanie tego, co nieoczywiste. Justyna Hankus podejmuje prozatorską grę z określonymi przez niego konwencjami ukazywania rzeczywistości i przekształca tę rzeczywistość w surrealistyczny obraz egzystencjalnego udręczenia. Niby we współczesnej dekoracji, a przecież uniwersalnego. Kogoś, czyje działania określane są mianem incydentu. Cienka jest linia tworząca ramy owego incydentu – granica między tak zwanym uporządkowaniem codziennego życia osiedlowego a pojawiającym się w samym środku tego życia obłędem. Tylko jeden krok może nas dzielić od tego, co niemożliwe do opisania, do opowiedzenia. Autorka w błyskotliwy sposób podejmuje grę z malarską wrażliwością i naturalistycznym wręcz obrazowaniem świata, w którym przecież nie ma niczego interesującego. Z lęków, smutków, ucieczek w alternatywne życie lub medyczne wspomaganie spokoju wydobywa coś, czego jej bohaterowie nie mogą się spodziewać, bo nie antycypują tego, jak surrealistycznie może się rozpaść fasada codzienności.

„Grisaille o zwykłym osiedlu” to fantazja o zagadkowości pewnej relacji życia i śmierci. Wszystkie nasze małe codzienne sprawy otrzymują tu niecodzienną i zastanawiającą wykładnię – kiedy jesteśmy częścią, kontekstem jakiejś głębszej w swym znaczeniu opowieści. Jaki zatem obraz wyłania się z fantazji Justyny Hankus? Nie stara się być dydaktyczna jak Bruegel. Jest uważną obserwatorką życia, ale przede wszystkim dobrze wie, w jaki sposób artystycznie to życie odkształcić, by jego opowiadanie stało się estetyczną przyjemnością dla czytelnika. I wyzwaniem. Bo to jedna z tych krótkich powieści, które na długo wprowadzają zamieszanie do naszych myśli. Jednocześnie są tam frazy, które zderzają metaforykę z naturalistycznym opisem. Hankus proponuje nam prozę, która dodatkowo znakomicie brzmi. Warto część z jej zdań przeczytać sobie na głos.

2022-11-07

„Houellebecq” Denis Demonpion

 

Wydawca: Agora

Data wydania: 12 października 2022

Liczba stron: 416

Przekład: A. Dwulit, M. Kowalska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 56,99 zł

Tytuł recenzji: Krytycznie i analitycznie

Miałem wrażenie, że z pisaniem Michela Houellebecqa już przy „Uległości” było coś bardzo nie tak, ale dawałem jeszcze szansę „Serotoninie”, ale znużyła mnie potwornie. Zatem zamiast najnowszej powieści francuskiego twórcy zdecydowałem się na lekturę jego biografii, co uważam za znakomite posunięcie, bo Denis Demonpion na swoim przykładzie pokazuje, w jaki sposób Houellebecq od lat przyciąga uwagę, polaryzuje opinie, wciąż jest obiektem żywiołowych dyskusji, a jednocześnie… nie musi już robić niczego, by stale istnieć w świadomości publicznej i wciąż ją niepokoi. Myślę, że ta biografia, mocno krytyczna wobec pisarza, jest właściwie książką o Denisie Demonpionie. O jego swoistej obsesji bardzo uważnego przyglądania się człowiekowi, który za nic ma publiczny voyeuryzm i nie niepokoi go fakt, że zarówno jego życie, jak i twórczość stale są tematami debat o talencie lub jego braku, sposobach koncentrowania na sobie uwagi, o determinacji i konsekwencji tworzenia wyrazistego wizerunku, w końcu o roli, jaką Houellebecq odgrywa, komentując i z chęcią tłumacząc zmierzającą w jego mniemaniu ku upadkowi cywilizację europejską. Zmysł krytyczny Demonpiona prowadzi go do konkluzji, z którymi momentami się nie zgadzam. Na przykład z „Wrogów publicznych”, korespondencji Michela Houellebecqa z Bernardem-Henrim Lévym, w moim przekonaniu świetnej książce o samotności ideowej, autor wyczytuje jedynie rozgoryczenie rozmówców ukazujących się światu jako wiecznie skrzywdzeni.

Nie można jednak posądzać autora tej biografii o wybiórczość czy zacietrzewioną stronniczość – zwłaszcza gdy dość celnie punktuje Houellebecqa w swoistej hipokryzji atakowania kultury, z której dóbr oraz zapewnianego przez nią komfortu bez problemu na co dzień korzysta. Czyta się Demonpiona z dużą fascynacją zwłaszcza wtedy, kiedy zauważa się pewne zjawiska, które autor konkretnie opisuje, a trudno byłoby dla nich znaleźć definicje. Autor dość wyraźnie sugeruje, że Houellebecq, jakkolwiek charyzmatyczny, atrakcyjny dla mediów i ideowo oraz skłonny do wiecznych gier medialnych ze swoim wizerunkiem, od pewnego czasu nie ma właściwie niczego nowego do zaoferowania, a być może jest tak, że opowiedział już siebie całego. Opisał każdy dręczący go problem społeczny i cywilizacyjny, wyraził każdą wątpliwość i przedstawił także historię goryczy spotykającej się stale w jego życiu z pewnym niesionym od dzieciństwa fatalizmem. To wszystko w ujęciu Demonpiona tworzy obraz człowieka, który stał się fenomenem, a dziś wydaje się konglomeratem idei, przekonań i przeżyć, które zastygły w formalinie. Ta książka opowiada o pomnikowości Houellebecqa w bardzo atrakcyjny sposób. Dlaczego? Z pewnością dlatego, że Denis Demonpion pisze tę biografię pod wpływem pewnych konkretnych emocji. Z tego powodu niektóre jego tezy tną świetnym ostrzem ironii, a niektóre mogą wydawać się absurdalne. Jakkolwiek czytać tę książkę, jest bardzo dobrym polem do odnajdywania analogii, formułowania sprzeciwów, wkraczania w dyskomfort zaskoczenia, zażenowania, zagubienia. Dyskutuje się z samym Demonpionem i jego sposobem opowiadaniem. To biografia, przy której lekturze można zapisywać całe marginesy swoimi przemyśleniami. Tekst wciąż żywy i podrywająca z fotela każdego czytelnika przekonanego o tym, że cokolwiek napisze się dziś o Houellebecqu, zostało już kiedyś wypunktowane, zinterpretowane, przedyskutowane i wyjaśnione.

Nie jest sztuką uporządkowanie sobie tego, kim francuski twórca jest albo kim się stał. Dużo ciekawsze wydaje się pytanie o to, dlaczego stał się kimś takim. Demonpion bliższy jest śledzeniu jego drogi twórczej i ideologicznej, przeglądaniu jego powieści oraz ich recenzji, a także analizowaniu, w jak nonszalancki sposób Houellebecq poczynał sobie z wydawcami oraz mediami, które przecież ostatecznie zapewniły mu znakomity dochód, a dzięki pieniądzom nie musiał już myśleć – jak sam stwierdza – „o pierdołach”. Jednakże Demonpion zostawia co chwilę margines wątpliwości i pozwala czytelnikowi na fantazjowanie o dwuznacznych kwestiach. Najbardziej intryguje obecność w tej biografii matki Houellebecqa. Kobiety, którą syn znienawidził i którą zdecydowanie oraz trwale odrzucił. Kobiety, której nie dał szansy wytłumaczyć się z żadnej kwestii będącej dla twórcy nie tyle zagadką, ile traumą, z którą musiał ruszyć w dalsze życie. Myślę, że dużym uproszczeniem jest stwierdzenie, że niedostateczna opieka i troska rodziców stworzyły wszelkie emocjonalne dysfunkcje w postrzeganiu siebie i świata, stworzyły człowieka tak boleśnie doświadczonego cierpieniem, które chciał dodać do cierpienia całej cywilizacji. Demonpion śledzi tropy rodzinne gdzieś na marginesie swoich rozważań, ale dzięki temu atrakcyjne staje się dla odbiorcy uświadamianie sobie, że problemy tożsamościowe okresu dorastania połączyły się z tym, jak mroczny ideologicznie i samotny egzystencjalnie był Houellebecq przez całe swoje dotychczasowe życie.

Demonpion opowiada nam jednak o człowieku, który nigdy nie pozwoli nam naprawdę zbliżyć się do siebie, ale bardzo lubi interpretowanie tego, kim jest i dlaczego tak, a nie inaczej postrzega ludzkość, która wciąż jest dla niego powodem do największego niepokoju. „Michel Thomas, czyli sztuka kpienia sobie z tego, co o nas myślą” – to zdanie z jednego ze wspomnień o młodym artyście definiuje znaczną część tej biografii. Denis Demonpion próbuje być trochę jak Houellebecq – egzegetą mrocznych niedopowiedzeń i symboli, które mają określać kondycję współczesnego świata. Ta opowieść jednak barwnie pokazuje, że opinie i fantazje o kimś deformują nie jego samego, gdyż ich nie przeżywa, lecz to, jak jest postrzegany. Autor nie sugeruje, że pisarska gra z odbiorem swojego wizerunku zaczęła się w momencie, w którym Thomas stał się Houellebekiem. Tendencje do kontestowania rzeczywistości i ironizowania na temat sądów o sobie artysta dźwigał od samego początku swego istnienia. W tym wszystkim fascynująca jest tendencja do palenia mostów, kategorycznego zamykania poszczególnych rozdziałów życia. A także do obsesyjnego rozliczania się z przeszłością w niedomkniętych drzwiach pomiędzy tymi rozdziałami, do którego dochodzi w każdej jego powieści.

„Houellebecq” to poza portretowaniem zjawiska i legendy bardzo ciekawa książka o francuskim rynku wydawniczym. O tym, w jaki sposób zmierza się na nim do opatrzenia danej powieści etykietą bestsellera. Że czasem jest to po prostu wdrażany w życie plan, a nie żadne niezwykłe czytelnicze odkrycie. Opowieść o bardzo inteligentnym człowieku, który na swój sposób wykorzystał wydawców – a zachowywał wobec nich zawsze ten cyniczny dystans mizantropa paradoksalnie ułatwiający mu wszystko, jeśli chodzi o zdobywanie twórczych celów i kreowanie swojego mitu. Demonpion zaznacza, że w recepcji Houellebecqa elektryzują i polaryzują nie tylko poglądy i że nie każda teza to zwyczajna kontrowersja. Jakkolwiek nieobiektywnie autor podchodzi do opisywanej przez siebie postaci, jest tu widoczna od samego początku duża ciekawość oraz skłonność do demaskowania tego, co zdemaskować trzeba. Można odnieść wrażenie, że Demonpion i Houellebecq cechują się tym samym rodzajem zawziętości i konsekwencji w działaniu. Może dlatego nigdy nie mogliby współpracować. I może dzięki temu otrzymujemy książkę w dużej mierze dyskusyjną, tak samo jak dyskusyjna jest twórczość człowieka, który zdobył miliony czytelników, umiejętnie przejaskrawiając lęki albo nazywając wprost te pokłady mroku, które tkwią w jego odbiorcach stłumione przez szeroko pojętą poprawność polityczną. Książka wyjątkowo dynamiczna. Tu wyraźnie wybrzmią wszystkie wątpliwości, ironia, sarkazm i przekonanie, że Michel Houellebecq to mistrz manipulacji. To też biografia pełna paradoksów i zaskoczeń. W przeciwieństwie do ostatnich powieści Houellebecqa przy lekturze tej książki nie można się nudzić.

2022-11-04

„Czereśnie od Świętej Anny” Michael Sowa

 

Wydawca: Lira

Data wydania: 12 października 2022

Liczba stron: 336

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Los i przemiany

Myślę, że Szczepan Twardoch nie ma już literackiego monopolu na opowiadanie o Śląsku i śląskości. Pojawia się nowy głos, którego warto posłuchać. W swoim debiucie Michael Sowa frapująco obrazował drogę śląskich emigrantów za ocean. „Tam, gdzie nie pada” to była książka opowiadająca o poszukiwaniu nowej przynależności, ale również o tym, co z miejsca pochodzenia zabiera się na emigrację na zawsze. W „Czereśniach od Świętej Anny” autor nie przyjmuje tak szerokiej w sensie geograficznym perspektywy. Tu wystarczy być mieszkańcem niefortunnie położonego miasteczka, aby wciąż na nowo stawać się emigrantem – także wewnętrznym – w obliczu zmieniających się ustrojów i granic. Sowa tym razem skoncentruje się na pojedynczych bohaterach, nie na zbiorowości. Z jednej strony będzie to kameralna historia o kobiecym poczuciu bycia zbędną, z drugiej zaś – o świecie przemian, który kobiecie określają i nazywają mężczyźni. Ta książka opowie również o tym, czym jest tożsamość śląska, kiedy ktoś rodzi się na niemieckiej ziemi, a potem musi ze swoim pochodzeniem skryć się gdzieś na marginesie życia. Wieloznaczność tej tożsamości podkreślać będzie w powieści kwestia trójjęzyczności. Bohaterka zorientuje się, że duże znaczenie oraz wyraźny kontekst ma to, w jakim języku się wypowiada: niemieckim, śląskim czy polskim. Sowa zobrazuje losy ludzi, którym historia kazała na nowo się określać i przekonywać innych, skąd się pochodzi. Ale jest to również opowieść o tym, że jedno miejsce może być punktem odniesienia do wszystkiego, co później w życiu robimy.

Najpierw jej imieniem jest Lenchen. Wtedy kiedy wojna toczy się gdzieś daleko, a do jej miasteczka nie wkracza przemoc, nie ma w nim śmierci. Tymczasem poznajemy dziewczynkę uciekającą do schronu. Niebo stanie się niebezpieczne. Schronienie pod ziemią również. Kiedy Lenchen wreszcie zorientuje się, czym jest bezkompromisowość wojny, będzie już za późno na rozważania o niej, bo obraz pozostanie jeden: rozstrzelany w piwnicy człowiek. Sowa opowiada losy dziecka, które nie rozumie, dlaczego z pewnymi miejscami, ludźmi, przyzwyczajeniami musi się po prostu pożegnać. Jego bohaterka nie zdaje sobie sprawy z tego, że po wojnie rzeczywistość będzie jeszcze bardziej opresyjna. Że dopiero wtedy, już jako Helenka, doświadczy wielokrotnie odrzucenia i stygmatyzowania. Nie pójdzie na urodziny do nowej polskiej koleżanki, nie zje kolacji wigilijnej z pracodawczyniami z zakonu, nie stanie się nigdy prawdziwą członkinią rodziny swojego męża. Wymieniam tylko kilka przykładów tego, że dziewczynka, potem kobieta Sowy to postać uznana przez wszystkich za zbędną. Helenka nie potrzebuje atencji i doskonale dostosuje się do życia w cieniu. Wykorzysta swoje umiejętności oraz praktycyzm myślenia, aby być choć przez chwilę panią swojego losu, przez chwilę mieć też złudne przekonanie, że cokolwiek dzieje się dlatego, że ona tego chce.

Tymczasem obok widzimy mężczyzn kreujących świat Helenki. Albo takich, którzy mają w nim przywileje, jak choćby trzej bracia bohaterki. Oni otrzymają warunki do tego, by ukończyć wybrane szkoły i zrealizować swoje plany. Im trzeba pomagać, gdy dorastają. Na nich musi pracować dziewczynka, gdy mama jest chora, a oni bezużyteczni. A wszystko w cieniu smutku po odejściu ojca – być może jedynego człowieka, który nie tworzyłby dla Helenki świata, lecz jedynie go odsłaniał. Będzie też ktoś, kto uważnie, stale i z dystansu będzie obserwował ten mały, szary i monotonny świat postaci, która w ogóle nie wydaje się atrakcyjna literacko. A jednak niepozorna, naiwna i prostoduszna Helenka całą tę powieść czyni znakomitą. Także wówczas gdy wychodzi ze swojej roli, a może przede wszystkim wtedy. Michael Sowa – wbrew pozorom – ukazuje kobietę jako tę, która w przeciwieństwie do mężczyzn jest gotowa odnaleźć się w przemianach ustrojowych i być wierna samej sobie. Tak po prostu. Bez ideologii oraz planowania życia pełnego zysków.

Łatwo obserwować taką szarą myszkę. Nie będzie to problemem dla kogoś, kto po wojnie jest wyrazicielem nowego ładu i jako człowiek po słusznej stronie cieszy się wszelkimi przywilejami. Także tymi pozwalającymi niszczyć innych ludzi, manipulować nimi, dostosowywać ich do kreowanej przez siebie rzeczywistości. Obok niego jeszcze jeden istotny bohater, nazwijmy go człowiekiem z siekierą. Helenka nie jest świadoma tego, jakie gry toczą się za jej plecami i jaki związek jej codzienne życie może mieć z ludźmi, z którymi przecież nigdy nie miała do czynienia.

Objaśniając zawikłane koleje losu, Sowa cofa się aż do 1921 roku. Tam ukryje się pierwsza z zagadek dotyczących tak zwanej męskiej solidarności, a sześć lat później wydarzy się coś, co na zawsze naznaczy trójkę przyjaciół. Każdy z nich na innych zasadach wejdzie w rzeczywistość powojenną, bo każdy inaczej przetrwał wojnę. „Czereśnie od Świętej Anny” to powieść znakomicie obrazująca formowanie się nowego ładu, którego kategorią poznawczą będzie pojęcie swojego i obcego. Prześladowania, donosy, ciągła czujność. Kim można być, a kim być nie wolno w Polsce po 1945 roku? Sowa wspomina również powojenne obozy, o których świetną książkę napisał Marek Łuszczyna. „Mała zbrodnia” zabiera nas na powojenny Śląsk, tak jak robi to Michael Sowa. Czytanie tego reportażu oraz opisywanej przeze mnie powieści będzie z pewnością wzmocnionym doświadczeniem okrucieństwa, o którym wielu historyków milczy. Sowa decyduje się na opowiadanie tego trudnego czasu. Niepozorna dziewczynka musi być kobietą już w innych warunkach, świecie opisywanym innym językiem. Sojusze się zmieniają, ale niezmienne pozostaje ludzkie okrucieństwo. Bo uprzedzenia oraz nienawiść wydostają się z ludzi bez względu na uwarunkowania społeczne czy polityczne. Można również nienawidzić bycia Ślązakiem – patrząc na nową powieść Sowy przez pryzmat tej tezy, jesteśmy w stanie przeczytać wyjątkowo poruszającą historię zatracenia się w nienawiści tak w ogóle.

Ważne są tytułowe czereśnie i ten motyw autor wykorzystuje w bardzo czytelny sposób, pozostawiając czytelnikom kilka ścieżek interpretacji tego, co znaczą te owoce. W dziejach Helenki nieodłącznie powiązane są z najważniejszymi życiowymi doświadczeniami. Bo jej życiorys nie jest jednak pozbawiony właściwości. Życie bohaterki Sowy stanowi gorzką sumę rozczarowań, których Helenka wcale nie chce widzieć jako rozczarowania. Czereśnie będą tu związane z siłą, jaką odnajduje kobieta z marginesu, oddalająca się od innych i oddalona także od tego, czego sama naprawdę pragnie. A mimo wszystko będziemy mieli do czynienia ze szczególnie ciekawą postacią literacką. I książką o tym, że świat definiuje pochodzenie, pochodzenie definiuje życiowy komfort lub dyskomfort, a wszystko to dzieło historycznego przypadku. Sowa interesująco pokazuje powojenne dekady rozwoju państwa polskiego aż do momentu transformacji ustrojowej. Portretuje jednak przede wszystkim Śląsk – geograficznie, językowo, geopolitycznie i z każdą śląską wątpliwością, z każdą formą zagubienia. Ślązak? „Takie coś pośrodku” – te słowa padają pod sam koniec książki. Między niemiecką ziemią, polskim wstrętem do niemieckości i w pułapce tożsamościowej. Sowa opowiada o tym, jak wciąż przesuwały i przesuwają się granice na Śląsku. W bardzo nieoczywistych znaczeniach. Świetna druga powieść i dobrze zapowiadający się polski pisarz.

2022-11-03

„Stara papiernia” Anna Klejzerowicz

 

Wydawca: Purple Book

Data wydania: 26 października 2022

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Kobiece emocje

Cieszę się, że odświeżyłem znajomość z Felicją Stefańską, bohaterką literacką poznaną w „Królowej Śniegu”, a potem trochę przeze mnie zaniedbaną. Jednakże znowu znalazłem się w świecie przedstawionym Anny Klejzerowicz i zastanawiam się nad tym, w którą stronę autorka poszłaby za swą postacią, gdyby zdecydowała się rozwijać wątek podróżowania w kamperze, by Stefańska mogła zapomnieć o przeszłości i skonfrontować się z nową sobą w rzeczywistości, która się zmienia, jest tymczasowa, przynosi ukojenie, a jednocześnie jakąś nową ciekawość świata, wyostrzenie zmysłów na pejzaż i odludzie. „Stara papiernia” pokieruje jednak kroki postaci tam, skąd kobieta uciekła przed dręczącymi ją wspomnieniami oraz nieprzepracowaną traumą. Tym samym nowa powieść Klejzerowicz już na samym początku sugeruje, że nasza przynależność to nie tylko poczucie bycia nieodłączną częścią jakiegoś miejsca. To również liczne relacje pomagające w doświadczeniu bycia u siebie i w harmonii z otoczeniem. Powracającą z europejskich wojaży bohaterkę wita społeczność małej miejscowości, wyjątkowo mocno dająca jej do zrozumienia, że nie jest wagabundą, jest potrzebna, jest nieodłączną częścią prowincjonalnego Kryszewa. Stefańska wraca i jak nigdy czuje, że jest u siebie.

Zatem „Stara papiernia” jest o powrocie, rozpoczynaniu czegoś od nowa (ważny wątek opisujący perypetie miłosne Stefańskiej), ale także o niebywałej wnikliwości i konsekwencji. Bohaterka tej książki powraca do Kryszewa przede wszystkim kierowana zepchniętym gdzieś na margines instynktem łowczyni i śledczej. Okazuje się, że całą sobą zaangażuje się w kolejną sprawę kryminalną, która kładzie się cieniem na wizerunku miasteczka, lecz jednocześnie wyjdzie z tej konfrontacji zwycięsko, bo wróci sama do siebie – z krainy melancholii i eskapizmu ponownie w centrum ważnych dla gminy wydarzeń, gdzie zdecyduje się przyjrzeć zdarzeniom sprzed trzech dekad, które mają właśnie swój ciąg dalszy.

Anna Klejzerowicz otwiera powieść cytatami z polskich romantyków, znanymi słowami opisującymi kobiece zbrodnie popełniane pod wpływem impulsu i emocji, ale także konsekwencje tych zbrodni. Można rozważać wiele aspektów czynów, do których Klejzerowicz się odwołuje, przypominając Mickiewicza i Słowackiego. Tu jednak ważna będzie ta niejednoznaczność motywacji. Wiemy, co się wydarzyło, ale nie wiemy do końca, dlaczego tak się stało. „Stara papiernia” zabierze nas w drogę ku zrozumieniu mrocznego sensu powtórzonej zbrodni. Autorka bardzo zręcznie będzie prowadzić nas przez zawiłości sprawy, która łączy tutaj dużo wątków, ale konsekwentnie kieruje się w stronę rozważań o tym, co jesteśmy gotowi poświęcić dla władzy i pewności posiadania tego, co dla innych może nie mieć wartości. Ciekawa jest też ekspozycja bohaterów: nie żyją, a my dowiadujemy się, kim byli za życia, jak są wspominani, jak oceniają ich inni. Felicja Stefańska skonfrontuje się tu ze złem, które wciąż jest groźne i wciąż determinuje czyjeś działania. Od niewyjaśnionej sprawy morderstwa wpływowego biznesmena dotrzemy do zbrodni najświeższej – pozbawienia życia kogoś, o kim najbliższa osoba mówi, że to „zła kobieta”. W ponurym tle Klejzerowicz zarysowuje obraz upadku pewnej rodziny. I fatalizmu jej rozpadu.

Mamy tutaj małżeństwo, które staje się wyrachowanym wyborem, a nie koniecznością nawiązania bliskiej relacji. Syna outsidera noszącego w sobie nienawiść do matki. Córkę tracącą życie, które zresztą chyba nigdy nie było takie, jakiego by chciała. Surowa i zdystansowana matka. Dzieci pozbawione poczucia bezpieczeństwa oraz pewności siebie. Rodzina, która niszczy się od środka, mająca dodatkowo wiele mówiące nazwisko. Wszystko złe, co wydarzyło się w tym domu, stanowi tutaj ciemne tło innej opowieści. Ale warto zwrócić uwagę na to, że Klejzerowicz mocno sygnalizuje, jak bardzo konflikty i silne negatywne emocje w rodzinie mogą ją wewnętrznie rozsadzić.

Autorka jest mocno poruszona wydarzeniami ostatnich lat i jej bohaterowie wraz z nią tkwią w poczuciu niepewności, wyrażają swoje postpandemiczne lęki, niepokój związany z wojną za wschodnią granicą – to wszystko dodatkowo dynamizuje fabułę, a także podkreśla stan wewnętrznego dyskomfortu wszystkich, którzy chcieliby spokojnie żyć i wpływać na dobry wizerunek Kryszewa. Ten jednak taki nie jest. Kolejna zbrodnia szybko każe szukać powiązań z tym, co wydarzyło się przed trzema dekadami. Ze światem chaosu polskiej transformacji ustrojowej, który dał doskonałe warunki rozwoju mrocznemu półświatkowi. Bohaterka Klejzerowicz i jej przyjaciółka to kobiety, które dobrze pamiętają szarą przeszłość, a jednocześnie konfrontują się z samymi sobą na nowo w teraźniejszości oferującej coraz więcej ponurych zagadek. Dość wspomnieć, że w jakimś stopniu ze sprawą będzie powiązany niespokojny etap życia przyjaciółki Felicji, która jak mało kto odczuje, że przeszłość może wrócić ze zdwojoną mocą przerażenia. Interesujące jest to, w jaki sposób wątki społeczne autorka łączy tutaj z historiami kobiet w tak zwanym średnim wieku – przyjaciółek odkrywających ciemne strony przeszłości, a jednocześnie wspierających się, motywujących wzajemnie do działania i działających wyjątkowo konsekwentnie. A do tego tandemu dołączą również inne kobiety, ciekawie sportretowane bohaterki drugiego, lecz wyraźnego planu. Prowincjonalne girl power? Jak najbardziej. To również cenne w tej powieści.

Felicja Stefańska daje się poznać bliżej niż na przykład w pierwszych dwóch powieściach ze swoim udziałem. Jest kobietą w kryzysie, lecz jednocześnie działającą na adrenalinie dziennikarką, dla której wiedzieć to istnieć, a istnieć to wyjaśniać zawiłości niepozwalające poznać prawdy, odbierające światu sprawiedliwość. Postać dziennikarki śledczej jest jednocześnie taką soczewką, w której widzimy, co jednoczy, a co polaryzuje opinię publiczną małego miasteczka, które chce być spokojną i zdystansowaną prowincją, a jednak staje się miejscem przerażających zdarzeń. To tu rozgrywa się pewna gra, której zasady poznawać będziemy stopniowo. Stefańska jest czujna i analityczna. Współpracuje z policją, jednak potrafi wyprzedzać jej działania. Dzięki temu Klejzerowicz dodatkowo przyciąga uwagę, bo pokazuje, w jaki sposób prywatne śledztwo i kobieca determinacja wręcz wyręczają policję w jej obowiązkach. Związki prywatnych działań z tym, w jaki sposób postępują policjanci, podkreśla i uwypukla specyficzna relacja, której raczej trudno szukać w literaturze tego gatunku. Anna Klejzerowicz chce wciąż zaskakiwać, choć to przecież piąta odsłona przygód jej bohaterki i na temat Stefańskiej powinniśmy już wiedzieć wszystko. Tu snuta będzie przede wszystkim opowieść o kobiecej intuicji. Ale również o kobiecej determinacji połączonej z okrucieństwem. O tym, że kobieta pamięta bardzo dużo i rzadko wybacza. Interesująca fantazja o zapamiętywaniu zła, a także o tym, w jak silnym stopniu ono rujnuje – zwłaszcza gdy prowadzi do morderstwa.

2022-11-02

„Bagno. Czternaście historii o ucieczce” Przemysław Rudzki

 

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 14 września 2022

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42,99 zł

Tytuł recenzji: Odchodząc i wracając

Polscy twórcy przez dekady w taki sposób przemielili polską prowincję, że nie sposób już o niej napisać nic nowego. Wyzwaniem, jakie można sobie postawić w takiej sytuacji, jest opisać prowincję jak najoryginalniej z formalnego punktu widzenia. Myślę, że to zadanie udaje się bardzo dobrze Przemysławowi Rudzkiemu, który swoje egzystencjalne i zawodowe doświadczenia umieścił w tym zbiorze opowiadań w taki sposób, by nie mówić o nich wprost (choć są dwa teksty, przy lekturze których można odnieść inne wrażenie), ale by stworzyć na tym fundamencie twórcze opowieści. O tym, że bycie z prowincji jest zarówno stygmatem, jak i czymś dającym poczucie bezpieczeństwa, bo mimo wszystko jest się skądś. Ta książka nie wpisze się w ten rodzaj prowincjonalnych opowieści, w których zmarginalizowana Polska tworzy sama w sobie pewną społeczność i coś niezwykłego. Nie jest to zatem narracja mająca ambicje bycia na przykład „Zimowlą” Dominiki Słowik czy „Niepowinnością” Pawła Radziszewskiego – że wspomnę tylko ostatnie ciekawe książki w tym temacie. Rudzki podejmie się innego zadania. Zostawi samą prowincję w spokoju, bo została ona już przecież opowiedziana całkowicie. Prezentując losy swoich bohaterów, skupi się na ucieczkach oraz powrotach.

W tej książce rotacja będzie bardzo duża: większość opuszczająca swoje symboliczne Bagno zdobywa szanse, aby wieść spełnione życia. Ale część z różnych powodów powraca. Niektórzy w sensie fizycznym, inni mentalnym. A najlepszym połączeniem jednego i drugiego jest tu powrót do rodzinnego domu i dziadka, którego życie jest już tylko zanikaniem, w najlepszym chyba opowiadaniu zbioru, „Tylko ty”. Jakkolwiek Przemysław Rudzki opisuje skomplikowane drogi wiodące z małomiasteczkowej bylejakości i kierujące do niej po stwierdzeniu, że byle jakie może być życie gdzieś dalej, na pewno zainteresuje tą książką wszystkich tych, którzy – jak ja, i jest nas naprawdę sporo – zaryzykowali zmianę, porzucili wsie i miasteczka, podjęli się nowych wyzwań i choć wracają w rodzinne strony, cały czas zastanawiają się nad bilansem zysków i strat, który ostatecznie nie pozwala żyć tam, skąd się pochodzi.

Formalnie będziemy mieli do czynienia z wszystkimi typami narracji, bo Rudzki chce oddać różnorodność życiowych postaw także tym, jak opowiada życiorysy. Wykorzysta każdy sposób portretowania ludzkich wątpliwości i trosk, pokazując jednocześnie, co łączy wszystkich jego bohaterów, choć przecież mają różne plany, inaczej myślą o sobie, inaczej też definiują swoje wzloty i upadki. Będzie bardzo intymnie, jak w poruszającym monologu ojca z „Syna”, ale będzie również drapieżnie i dwuznacznie, jak w tekście o tym, że zemsta jest kobietą – jednym z najbardziej dynamicznych w zbiorze opowiadaniu „Toast”. Poznając bohaterów, którzy mieli czas i możliwości, by zdefiniować, od czego uciec i jakie miejsce będzie dla nich tym, do którego nie mogą ponownie trafić, dotrzemy nawet do przyszłości, bo „New World Order” proponuje nam postpandemiczną wizję świata, w którym funkcjonuje ktoś z drugiego pokolenia, potomek człowieka opuszczającego swą prowincję z nadzieją na lepszy świat dla dziecka, bo już nie dla siebie. Opowiadania Rudzkiego spaja bardzo zgrabnie i absolutnie nienachalnie motyw zainteresowania piłką nożną, która łączy najbliższych, ale jest również punktem wyjścia do życiowych karier – znakomicie rozwiniętych i czasami koncertowo zrujnowanych. Zwracając uwagę na ten motyw, podkreślę raz jeszcze jego niezobowiązujący charakter. Opowiadania Rudzkiego nie mają tezy i nie są ściśle powiązane z jego codzienną pracą. Ten futbol mnie, mimo że nigdy nie umiałem się odnaleźć w żadnej grze zespołowej, wcale nie irytował, bo buduje naprawdę ciekawe tło dla szerszych sugestii autora. A poza tym całkiem interesująco dynamizuje niektóre teksty. Warto jednak pamiętać o tym, że wciąż są to opowiadania o życiowych wyborach i o życiowej przynależności. „Bagno” rozpisuje na czternaście rozdziałów historię goryczy, rozczarowania, tęsknot, ale również świadomości tego, że pochodzenie z małego świata pozwala uważniej przyglądać się konstrukcji tego dużego.

Czytając Rudzkiego, można odnieść wrażenie, że ten zbiór opowiadań przypomina trochę reportaż. Jakby ci wszyscy sugestywni bohaterowie opowiadali – z mniejszym lub większym przejęciem – swoje losy uważnemu słuchaczowi i kronikarzowi. To, co jednak trzyma te teksty po stronie fikcji literackiej, to między innymi zgrabne powiązania między bohaterami poszczególnych opowiadań, które odczytuje się trochę jak zagadkowe tropy. Tym samym widać, jak mocno zazębiają się uniwersalnością przeżyć losy tych, którzy swoje Bagno pozostawili w różnych miejscach Polski. Zbliża ich wszystkich i niejednokrotnie frustruje stolica. To tam ludzie Rudzkiego konfrontują się sami ze sobą i bardzo często są to smutne konfrontacje. Autor pokazuje ich często w kryzysie. Nie stara się za wszelką cenę wyjaśniać, dlaczego życie im się wykoleiło, ale nie czyni też zakończeń opowiadań – często otwartych – w żaden sposób dydaktycznymi. Mamy więc wrażenie, że przyglądamy się dramatom, które z różnych powodów mogą nam być bliskie – lub dalekie – gdy porównamy część własnych doświadczeń i przeanalizujemy przede wszystkim, jakie zyski i straty przynosi bohaterom „Bagna” decyzja o rozpoczynaniu życia w innym miejscu.

Przemysław Rudzki przemyca tu trochę publicystyki, ale robi to w taki sposób, że opowiadania nie tracą na jakości literackiej. Bezpardonowa krytyka świata współczesnych mediów – tradycyjnych oraz elektronicznych – idzie w parze z pokazaniem rzeczywistości jako zagadki oraz wyzwania, gdy jedno oraz drugie często rozwiązuje się i pokonuje farmakologicznie albo w gabinecie terapeutycznym. Rudzki ciekawie też opowiada o tym, jak natarczywie, natrętnie i bez możliwości pozbycia się tego wciąż porównujemy się do innych ludzi, zwłaszcza mając świadomość bycia kimś gorszym już z powodu swego pochodzenia. Ale prowincjonalne bagno nie jest tutaj światem jednoznacznie pełnym uprzedzeń, kompleksów czy braku możliwości. Myślę, że najbardziej opresyjne jest to, jak bohaterowie tej książki widzą miejsce swojego pochodzenia: wiedzą, że żyć lepiej to żyć szybciej i wykorzystać szanse. Jednak wciąż niektórzy wracają tam, gdzie mogą tak naprawdę wyrównać tętno i wrócić do równowagi, żyjąc w harmonii uznanej kiedyś za ograniczającą.

„Bagno” to dowód przekraczania granic nie tylko w odniesieniu do skomplikowanej kwestii tożsamości kogoś z życiowego marginesu. To przecież sprawozdanie – tym razem nie sportowe, lecz nieformalne, literackie sprawozdanie z tego, jak ukształtowała się wrażliwość Przemysława Rudzkiego, który dłuższy czas czekał na to, by ujawnić ją w nowej formie: w postaci tych czternastu przejmujących opowiadań. Nie wiem, czy więcej w nich melancholii, czy wątpliwości pożerających zarówno bohaterów, jak i czytelników. Otrzymujemy zbiór tekstów, w których polska prowincja staje się iluzją, symbolem, a przede wszystkim wiecznym punktem odniesienia. Zawsze skądś pochodzimy. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że nigdy nie można o tym zapomnieć.

https://bit.ly/krytycznym-bagno