2010-11-13

"Good night, Dżerzi" Janusz Głowacki

Jerzy Kosiński to postać tragiczna, która swój tragizm potrafiła wykreować. Pisarz w sumie dość przeciętny, osobowość niezwykła. Kiedy jego życie nagle się zakończyło w 1991 roku, wielu zadawało sobie pytanie, czy samobójstwo było także elementem przerażającej gry, w jaką wdał się Kosiński, wyjeżdżając z Polski, pisząc po angielsku, wciąż atakując, ironizując, szokując. Po blisko dwudziestu latach jego postać wydaje się mocno zapomniana – zarówno w kraju, z którego wyemigrował, jak i w Ameryce, jaka przed laty przyjęła go z otwartymi ramionami i pozwoliła na artystyczny rozwój. Czytając „Good night, Dżerzi” należy zadawać sobie pytanie nie tylko o to, o kim ta książka, ale także o to, kto ją napisał. Przecież Janusz Głowacki to także polski emigrant, któremu Nowy Jork daje możliwości rozwoju. Tak samo sarkastyczny, tak samo kontrowersyjny, równie mocno wyrazisty i zauważalny jak przed laty Dżerzi. O kim jest ta barwna opowieść? O Kosińskim czy samym Głowackim? Czy można w jednoznaczny sposób wypowiadać się o fikcji stworzonej po to, by… tak naprawdę opisywała fikcję? Bo przecież to, w jaki sposób kreował się Jerzy Kosiński było przede wszystkim grą. Książka Głowackiego także nią jest. Autor podejmuje inteligentną próbę wyjścia naprzeciw Dżerziemu, sam tworząc mity, spekulując, zmyślając i – jak przypuszczam – dobrze się przy tym bawiąc.

Zostawmy na razie na boku rozważania o tym, czy to książka napisana całkiem serio i pytanie o to, dla kogo została napisana. Przyjrzyjmy się jej koncepcji. Autor zbiera materiały do filmu o Jerzym Kosińskim. To, czego dowiemy się o Dżerzim, jest więc mocno fragmentaryczne. Nie chodzi tu bynajmniej o stworzenie biografii, bo i nie jest książka Głowackiego żadną biografią. Myślę, że „Good night, Dżerzi” powstało głównie z autentycznego zainteresowania twórczego, z zazdrości (sam autor przecież daje nam do rozważenia obrazową metaforę, pisząc „(…) Siedzę teraz w starej budzie, z łańcuchem na szyi i warczę. A Dżerzi naprawdę urwał się ze smyczy”), z fascynacji i niemocy. Bo bardzo można pragnąć napisać o Jerzym Kosińskim, ale tak naprawdę napisze się tylko o tym, co on sam chciał, by napisano. Głowacki zaś chce wniknąć w jego życie na inny, niepowtarzalny sposób. I ta inność jest wyraźna, bo przecież nie jest to linearnie układająca się historia, tylko zbiór tekstów o różnym charakterze i proweniencji, które niczym kolaż składają się w obraz niepokojący i dwuznaczny. A przecież taki przez całe swoje życie był Jerzy Kosiński. I widać, że to bardzo imponuje temu, który o nim pisze.


„Good night, Dżerzi” to świetnie skrojony obraz Ameryki, która potrafi przygarnąć każdego i w której można dość łatwo przejść drogę od pucybuta do milionera, jeżeli ma się odrobinę szczęścia i potrafi to wykorzystać. Jeden z rozmówców Głowackiego mówi o Ameryce następująco: „U nas jak w szpitalu wariatów, wybierasz sobie, kim chcesz być i jesteś”. Wykorzystał to przed laty Kosiński, wykorzystuje to także autor książki o nim i zmusza do ciągłego zastanawiania się nad rolą artystycznej kreacji. Przecież tak naprawdę Głowacki nie wydaje się pisać o Kosińskim czegoś, czego już byśmy nie wiedzieli. Problemy osobowościowe, niejednoznaczne relacje z matką, kontrowersje wokół wydawania książek napisanych w języku angielskim być może przy pomocy amerykańskich redaktorów; obsesyjne pragnienie bycia niezależnym i pełne dramatyzmu relacje z kobietami (z mężczyznami Kosiński nie chciał i nie próbował ich stwarzać), ucieczka w seks, alkohol, narkotyki. Intensywne życie na krawędzi i ciągłe poczucie, że jednak za mało się o tym wszystkim mówi. „Good night, Dżerzi” to jednak książka, która zmusza raz jeszcze do myślenia nad tym, co spowodowało, że mały żydowski chłopiec zastraszany przez otoczenie, wciąż nim tak naprawdę pozostaje, chociaż dumnie kroczy przez nowojorskie aleje, bywa wszędzie, gdzie go powinni widzieć, prowokuje, atakuje i pokazuje swą siłę. Głowacki snuje w swej książce rozważania nie tyle ciekawe, co kontrowersyjne. Choćby porównanie fatalizmu losu Edypa do życia polskiego autora, który zasłynął z makabrycznych wizji „Malowanego ptaka” i „Kroków”. Wydaje się być bardzo blisko problemów Dżerziego, a z drugiej strony subtelnie się od nich odsuwa. Opowiada o kreowaniu samego siebie i kreuje – nie tylko postać-legendę, ale i siebie jako piszącego o tej legendzie.


Niezwykle istotne są relacje Kosińskiego z kobietami i tym relacjom Głowacki poświęca sporą część książki. To nie tylko postać tragicznej rosyjskiej emigrantki Maszy, wokół której koncentruje się wiele opisanych zdarzeń. To także pozostająca w cieniu, ale wciąż ważna dla niego matka i żona, której teatralna obecność tylko za kotarą rzuca nowe światło na rozumienie istoty związku przez Kosińskiego. Kobiet w jego życiu było bardzo wiele, jednakże wszystkie one doświadczały z jego strony tych samych rozczarowań i upokorzeń. Głowacki próbuje nadać im mocno teatralnego wyrazu i wychodzi mu to całkiem nieźle.


W ogóle „Good night, Dżerzi” to niezła publikacja. Zastanawiająca. Dwuznaczna. Fascynująca. Opowieść o tym, w jaki sposób los zamienia się w przypadek i o przypadku zamienianym w los. Inteligencji i pomysłowości jest w Januszu Głowackim tyle, że bez względu na to, czy pisze o Kosińskim czy też o samym sobie, warto tę książkę poznać i zastanowić się nad tym, czy tragizm nie chadza w życiu (np. na nowojorskiej ulicy) nazbyt często pod rękę z komizmem i ironią.


Wydawnictwo Świat Książki, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-11

"Single+" Dawid Kornaga

Rozpędził się Kornaga w swej najnowszej powieści, językowo rozbuchał, lingwistycznie zaszalał i wyszedł z tego tygiel słów tyleż niestrawny, co po prostu przesadzony. Nie jest przyjemnie pisać źle o książce autora, który jest jedną z większych indywidualności współczesnej literatury polskiej, ale „Single+” mu po prostu nie wyszły i u mnie za tę powieść ma duży minus. Trudno doprawdy orzec, czy ta dość męcząca narracja ma się bronić formą czy treścią. Formalnie słów za dużo, posklejane ze sobą w ryzykowne kolaże, kompozycyjnie chaotycznie, w finale niezmiernie irytująco. Treściowo… no cóż, o lanserskim świecie warszawki napisano już trochę; bardziej ironicznie, bardziej dosadnie i bardziej kompromitująco. Obawiam się, iż błędem singli na minusie jest fakt, że opowieść rości sobie prawo do bycia swoistym manifestem, ale tyczy się ludzi zamkniętych zarówno w sobie jak i na innych.

Życie codzienne Warszawy to nie egzaltowane panienki robiące we własnym przekonaniu show ze swojego życia, to nie manieryczni geje ze skłonnością do samobójstwa, to także nie neurotyczni dilerzy narkotykowi ani wolni strzelcy branży medialnej. Kornaga pragnąc być wyrazicielem myśli swych bohaterów, nazbyt hermetycznie zamknął się zarówno w pewnej manierze stylistycznej jak i w ich światach zbudowanych przede wszystkim na toksycznych rojeniach o wolności i hedonistycznych pragnieniach bycia zauważonymi. I nie wiem, o co tak dokładnie chodzi – o zobrazowanie pewnych kręgów środowiskowych, które mają poczuć się wyróżnione czy o szaleńcze tempo i językowy freestyle, który sam w sobie nie robi wrażenia.


Utkana z losów kilku nieszczęśliwych ludzi historia koncentruje się wokół Krystiana nie tylko dlatego, iż będzie on sprawcą chcianych i niechcianych ciąż. Krystian jest w kompozycji „Singli+” najważniejszy, albowiem z jego losami w przewrotny sposób połączą się losy jego przyjaciela Kwiatuszka, który darzy bohatera niespełnioną miłością tak silną jak tylko silnie wrażliwy homoseksualista projektuje sobie własne pragnienia i marzenia na męski heteroseksualny obiekt nie do zdobycia. Kwiatuszek, który na co dzień wydaje, konsumuje i przerabia, jest w gruncie rzeczy fatalistycznym „wiecznym chłopcem”, któremu wrażeń dostarczają odpowiednie środki zdobywane u Kaczora. Tenże natomiast walczy z wulgarnym językiem i próbuje opisywać świat, swe kompleksy i nieustanne napięcia wynikające ze zderzenia marzeń oraz rzeczywistości za pomocą słów, których wielka moc jest jednocześnie dla niego tak niszcząca. Kaczora los połączy także z Just, artystką i kolekcjonerką filmów porno; nieszczęśliwą singielką, która czuje się niechciana, ale której to poczucie rekompensuje bardzo pożądana przez innych twórczość. Justyna w konfrontacji ze swą przyjaciółką Magdą jest wyrazicielką specyficznej formy kobiecości, której uzupełnieniem ma być dramat pustki i samotności Kai, serialowej gwiazdki telewizyjnej oraz Izy, kochanki Kaczora. W życiu każdej i każdego z tego specyficznego grona zaznaczy swą obecność właśnie Krystian. Kim jest?


Przede wszystkim szalenie upierdliwą personą. Przykleja się do czytelnika i nie może odkleić. Zostawia po sobie ślad nie tylko w pochwach kobiecych bohaterek książki, ale przede wszystkim w myślach tego, kto brnie przez jego szalenie nudne, przewidywalne i bełkotliwe rozważania o tym, kto jest kim w dzisiejszym świecie oraz w jaki sposób trzeba uciekać od odpowiedzialności i świadomości, że starość ze sraniem pod siebie już niebawem. Krystian to takie męskie „piździątko” odbiegające od schematu klasycznego macho. Odnajdujące dystans do świata w jakże klasycznym miejscu, na dnie butelki z alkoholem. To bohater upojony nie tyle procentami co świadomością tego, iż wokół niego koncentruje się cały świat. Krystian – i inni bohaterowie tej książki – jest przekonany, iż jego myśli są rzeczywistością. Obawiam się, iż tak też uważa Dawid Kornaga, dodając pikanterii swej narracji, bombardując nas co rusz oryginalnymi konceptami, które są po prostu językowymi kalkami i jedynie nieudolnie imitują rzeczywistość, jaką chcą opisać.


Wydaje mi się, iż Kornaga potrzebuje jednego wyraźnego bohatera, by jego proza była przekonująca. Przecież Adam z „Gangreny” czy Ola z „Rzęs na opak” to były persony rozbrajające szczerością; każda na swój sposób. Chociaż wyszło autorowi z wampirycznym bohaterem zbiorowym w „Znieczuleniu miejscowym”, w „Singlach+” to wszystko się rozmywa. Mówi Krystian i inni mówią za siebie. Wszyscy generalnie dużo mówią, sporo opisują. A słowa oczywiście mają moc, ale obawiam się, że nie w najnowszej książce Dawida Kornagi.


Wydawnictwo FILAR, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-09

"Między frontami" Evelio Rosero

"Nie sposób czytać „Między frontami” bez emocji, chociaż można odnieść wrażenie, iż wszystko opisane jest niezmiernie statycznie. Książka Rosero to opowieść o różnie pojmowanym cierpieniu, historia opowiadająca o makabrycznym tańcu żywych i umarłych, powieść o śmierci fizycznej i duchowej, o umieraniu i o bólu. Kolumbijski pisarz pisze tak, że niemal każde słowo jest ostrym sztyletem, którego zimne ostrze rozpruwa nas od środka. Najbardziej jednak wstrząsające jest to, w jaki sposób autor wplata do wojennej opowieści wątki egzystencjalne i jak bezkompromisowo rozprawia się z okrutną stroną człowieczeństwa. To książka ważna i wielka. Po „Lunatycznej krainie”, w której Mia Couto – operując innymi środkami wyrazu – opowiedział o dramacie egzotycznej dla nas wojny domowej w Mozambiku, otrzymujemy jej kolejny obraz. Bo przecież żyjemy tak daleko od skorumpowanej, niebezpiecznej i żyjącej w ciągłym strachu Kolumbii. Tyle tylko, że doświadczenia, jakimi dzielą się z nami zarówno mozambicki jak i kolumbijski pisarz, są doświadczeniami uniwersalnymi i niezależnymi ani od długości, ani od szerokości geograficznej."

Wydawnictwo W.A.B., 2010

Całość tekstu na stronie G-punkt


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-03

"Kobiety bez mężczyzn" Shahrnush Parsipur

PATRONAT MEDIALNY
„Dom jest dla kobiet, świat zewnętrzny należy do mężczyzn”. Od tego stwierdzenia warto wyjść, snując rozważania na temat magicznej powieści Shahrnush Parsipur, albowiem pięć kobiet opisanych przez irańską pisarkę stara się zaprzeczyć twierdzeniu, które słyszy jedna z nich i wspólnie odnaleźć się w otaczającym je świecie, którym kierować będą one same i w którym mężczyzna nie będzie miał nic do powiedzenia. Bohaterki Parsipur opuszczają domy, by w jednym wspólnym, w otoczeniu magicznego ogrodu Karadż, stworzyć własną przestrzeń do życia i miejsce, gdzie poczują się naprawdę wolne. Wydanie książki „Kobiety bez mężczyzn” było w Iranie wydarzeniem szokującym. Po licznych przekładach w USA i Europie polski czytelnik ma okazję poznać niepowtarzalną historię rozgrywającą się ponad pół wieku temu, a jednocześnie tak uniwersalną w swej wymowie, że pozostającą w pamięci na długo. Zanim to wszystko, co stworzy w wyobraźni czytających niezwykła narracja Parsipur, zweryfikuje obraz filmowy, który niebawem wejdzie na ekrany polskich kin, warto dowiedzieć się, dlaczego istotne jest to, by z dokonaniem irańskiej pisarki zapoznać się wcześniej, przed obejrzeniem filmu Shirin Neshat na jego podstawie.

Iran, rok 1953. Świat dowiaduje się o zamachu stanu, przeprowadzonym przez Centralną Agencję Wywiadowczą Stanów Zjednoczonych przeciwko premierowi Iranu Mohammadowi Mosaddekowi. W tle ważnych przemian dziejowych Iranu rozpoczynają się dzieje kobiet, których życie z tymi przemianami nie ma nic wspólnego, ale które stają się ważniejsze niż polityka i problemy społeczne, albowiem Shahrnush Parsipur połączy ich losy w subtelny i niezwykły sposób, tworząc opowieść o roli kobiety w społeczeństwie irańskim, o opresyjnym charakterze życia tychże kobiet i o ich niezwykłej woli przerwania dramatycznych zdarzeń, które prowadzą do upokorzeń i tworzą życie oparte na stałym lęku i niezrozumieniu samych siebie oraz własnych potrzeb.


Już sama wstępna prezentacja bohaterek powinna wystarczyć jako rekomendacja książki niebanalnej i frapującej. Dwie 28-letnie kobiety różni praktycznie wszystko. Mahdocht jest byłą nauczycielką, której nigdy nie dane było duchowo dorastać i rozkwitać, a jedyną szansą na to jest przemiana w drzewo, jakiej bohaterka ulega. Faezeh niesie w swym sercu wiele żalu i zawiści, jest kobietą niespełnioną i nieszczęśliwą, nigdy nie zaznała prawdziwej bliskości z mężczyzną i nie jest w stanie stworzyć jej w relacjach z innymi kobietami. Cierpi z powodu odrzucenia osobistego i społecznego. Jest istotą pozornie szorstką i bezkompromisową, a jednocześnie kobietą niosącą w życiu ciężar nie do opisania. Młodsza od nich o dwa lata Zarrinkolah to prostytutka, która pewnego dnia zauważa, iż jej kolejni klienci to mężczyźni pozbawieni głów. Zarri cierpi z powodu hańby, jakiej na co dzień doświadcza i wyobcowania, którego nie jest w stanie dłużej znieść. Dla niej dotychczasowe życie to duchowa śmierć. Śmierci natomiast doświadcza i to parokrotnie 38-letnia Munes, przyjaciółka Faezeh, której reinkarnacje i zdolności czytania w myślach po powrocie do świata żywych stanowią klucz do zagadki kryjącej odpowiedź na pytanie, kim tak naprawdę jest. Tego nie wie 51-letnia Farrochlagha, której trzydzieści lat związku z mężem nauczyły, by być niezauważalną, by się nie ruszać, by w żaden sposób nie dać się do siebie zbliżyć. Kiedy nadchodzi moment, w którym mężczyzna jej życia chce okazać żonie czułość, Farrochlagha odpychając go, przypadkowo pozbawia życia. Postanawia uciec od traumy wspomnień do idyllicznego Karadż. Tam będzie pielęgnować ogród, do którego bram pod wpływem różnych okoliczności zapukają wszystkie pozostałe kobiety.


Kobiety Parsipur próbują zdefiniować swoje nowe życiowe role, żyjąc w Karadż bez mężczyzn. Wyjątkiem jest dobry ogrodnik, z którym wchodzi w bliższe relacje Zarri, ale jego męskość jest zagadką i pozostanie nią do ostatnich stron opowieści. Karadż staje się ostoją dla każdej z bohaterek i każda na swój sposób będzie radzić sobie z brzemieniem przeszłości, w której mężczyźni je krzywdzili. Jednocześnie wszystkie ponownie będą starały się wejść w relacje z mężczyznami; każda na innej płaszczyźnie i z innymi doświadczeniami. Przede wszystkim z doświadczeniem pobytu w ogrodzie Karadż, w którym dokona się specyficzne oczyszczenie każdej z nich.


„Kobiety bez mężczyzn” to przejmująca opowieść o sile witalizmu i człowieczeństwa, definiowanej przez kobiety i określanej przez nie.
To historia o poszukiwaniu sensu w samym sobie, o płciowości, różnicach zeń wynikających, o prawie że Owidiuszowskich przemianach i o potędze kobiecości w kraju, w którym jej wielkość można ocenić tylko wówczas, gdy odważnie zajrzy się pod czador. Bohaterki Shahrnush Parsipur potrafią go zrzucić dosłownie i w przenośni, ale najbardziej przejmujący w tej książce jest urokliwy klimat i specyficzna symbolika, każąca na tę narrację spojrzeć z wielu różnych perspektyw.


To książka o doświadczaniu świata i opowieść, której doświadczanie będzie świata zgłębianiem. Bo świat zewnętrzny nie należy do mężczyzn, a irańska pisarka mówi o tym otwarcie.


Wydawnictwo Claroscuro, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-01

"Miasto ryb" Natalka Babina

Jak pokonać czorta babskim sposobem? Przywalić mu w jego czorci łeb podpaską przepełnioną krwią menstruacyjną. Walić, ile wlezie, aż wróg rozpłynie się w niebycie i nie starczy już sił na to, by myśleć, iż się go odpędziło. Ała Babylowa, główna bohaterka książki Natalki Babinej, będzie walczyć z niejednym czortem. Największym z nich będzie jednak upływ czasu i przemiany, jakie dotykają jej sielską małą ojczyznę, krainę nad Bugiem rozpiętą między granicami, miejsce od zawsze idylliczne i oddalone od świata. Miejsce, w którym Babylowej przyjdzie walczyć o ziemię, honor, o swą kobiecość, o poczucie własnej wartości i o marzenia, których coraz mniej. „Miasto ryb” to powieść – zaproszenie. Powieść, w której białoruska prowincja doświadcza przemian i historia opowiadająca losy ludzi, dla których przywiązanie do tradycji jest czymś nadrzędnym. Babina zaprasza do zajrzenia w miejsca, które kuszą równie silnie jak pragnienie ucieczki do baśniowego miasta ryb, kiedy nie ma już dokąd uciec od siebie.

Ała od urodzenia musiała walczyć o swoje. Już przeciskając się między matczynymi nogami, stała się niespodzianką, rodząc się po siostrze Uljance. Potem to już było coraz gorzej. Problemy osobiste, narkotyki, alkohol, rozstanie z mężem, ciągłe poczucie wyobcowania i świadomość krzywdy, jaką wyrządza sobie Ała swoim życiem. Jedyne co zostało, to ziemia, na której dorastała, z którą się związała i bez której nie potrafi żyć. Dobratycze, Stradycze, Zakazanka. Nieopodal majestatyczny Bug, wokół pustka; to miejsce, w którym można jakoś poszukiwać sensu pokiereszowanego 50-letniego życia. Ała jest silnie związana emocjonalnie z babcią Makrynią. Tymczasem któregoś dnia serię niespodziewanych zdarzeń, zakłócających spokój bohaterki, zainicjuje śmierć Makryni. Staruszka wypiła kawę, do której ktoś dosypał środka, wywołującego zawał. Kawa nie była przeznaczona dla niej, zatem ktoś miał zamiar zamordować albo Ałę albo jej siostrę, która niedawno wróciła do Dobratycz. Potem zdarzenia rozgrywają się w tempie wręcz szalonym. Pojawia się mężczyzna, który za wszelką cenę chce wykupić ziemię, na której mieszka Ała. Bohaterka parokrotnie jest o włos od śmierci. Tkwi w więzieniu, ukrywa się, doświadcza upokorzeń i zdrad. Coraz mniej w tym wszystkim sensu i coraz więcej goryczy. Nic dziwnego, że Ała ucieka w świat swoich widzeń, do czasowych nor; tam spotyka się ze swą babką, poznaje legendy, odkrywa tajemnice i doświadcza istnienia świata, do jakiego nikt nie ma dostępu.


Chociaż Babina w swej powieści stawia przede wszystkim na dynamiczny rozwój akcji, nie sposób nie zauważyć, że w tej przewrotnej i autoironicznej książce o charakterze paradokumentalnym, mamy także sentymentalną opowieść o poszukiwaniu szczęścia i spełnienia. Liryczność kontrastuje u Babinej z grozą, czarny humor idzie w parze z groteską. Trup ściele się gęsto, ale jakoś nie przeraża to do końca, bo „Miasto ryb” to historia tak niejednoznaczna i powikłana, że tworzy się z pytań, nie odpowiedzi. I nie jest to także wydumana powieść psychologiczna, bo mieszkańcy Dobratycz nie rozmawiają ze sobą za często, nie monologują niczym bohaterowie Dostojewskiego, nie dają siebie poznać przez to, co mówią, ale przede wszystkim przez to, co robią. A jeżeli do kryminalnej intrygi dołożyć jeszcze historię o skarbie z XVII wieku, którego poszukiwań podejmą się mieszkańcy wioski, otrzymamy doprawdy książkę całkowicie nieprzewidywalną. No, chyba że spojrzy się nieco inaczej na nieżyjącą Makrynię, bo „Kto zrozumie babcię, ten zrozumie wszystko”, jak mówi Uljanka. Niekoniecznie bowiem żywi w „Mieście ryb” będą najważniejsi.


Istotna jest przestrzeń, w jakiej rozgrywają się zdarzenia i emocjonalny stosunek Ały do tej przestrzeni. „Nas, swoich, z Dobratycz, Stradycz i Zakazanki, było kiedyś niewielu. A potem przyjechali ludzie i zadeptali Dobratycze, Stradycze i Zakazankę. I wtedy my też staliśmy się ludźmi. Nawet ja w pewnym sensie”. Krzywda dzieje się nie samej bohaterce, a miejscu, w którym dorastała i gdzie poznawała życie. Ingerencja z zewnątrz zabija Makrynię, a metaforycznie całą okolicę, w której od lat nie wydarzyło się tak wiele jak po śmierci starej Łukaszawnej. W tym wszystkim zagubiona i zmęczona życiem Ała Babylowa. Kobieta po przejściach i kobieta w trakcie przejść. Bohaterka twarda i bezkompromisowa, a jednocześnie specyficznie wrażliwa. Niechętna ludziom, a przecież tak serdeczna w relacjach z nimi. Samotna w gruncie rzeczy tylko i wyłącznie na swe własne życzenie. Dzielna, waleczna i dziarska, ale… przeraźliwie smutna. I chociaż smutku u Babinej jest najwięcej, autorka zna jednak granicę, po przekroczeniu której opowieść może stać się przez ten smutek nieznośnie ckliwa.


Białoruś Babinej to straszny i śmieszny świat, który wbrew pozorom nie jest nam daleki. To nie jest książka, w której doceniać trzeba lokalny koloryt. To opowieść o losie spełnianym i niespełnionym, o przywiązaniu, wierze, nadziei i bliskości. O tym, o czym się nie mówi, ale czego się bardzo pragnie…


Dom Wydawniczy Rebis, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-10-30

"Obsoletki" Justyna Bargielska

„Obsoletki” to książka straszna i śmieszna. Śmiertelnie poważna i niesamowicie lekka. Smutna i jednocześnie pełna witalizmu. Nie jest to właściwie książka. Formalnie przypomina niedawno wydanego przez to samo wydawnictwo „Wieloryba” Agnieszki Taborskiej, ale o ile struktura krótkich, nasyconych czarnym humorem i ironicznych tekstów Bargielskiej jest w jakiś sposób wtórna, o tyle to, o czym pisze poetka debiutująca w roli prozaiczki, jest jakością nową, dyskusyjną i kontrowersyjną.

Nieprzypadkowo rekomendacja Sylwii Chutnik znajduje się na okładce „Obsoletek”, bo nie można nie zauważyć pewnych podobieństw między pisaniem Bargielskiej a „Dzidzią” Chutnik. Obie pisarki próbują mówić o macierzyństwie niespełnionym, o jego trudach, o frustracjach matki, która zbyt szybko wychodzi ze swej roli albo też nazbyt prędko w tej roli musi się sprawdzać. Danuta Muter, pokarana przez los tytułową niepełnosprawną Dzidzią to po części narratorka „Obsoletek”, po części jedna z wielu kobiet, z którymi owa narratorka wchodzi w relacje. Bargielska bowiem pisze o bolesnych stratach i o problemach, jakie rodzą się wraz z dzieckiem. To taka szatańska biblia macierzyństwa. Książka o cierpieniu, jakie ono wyzwala i o tym, jak wiele mimo wszystko daje szczęścia.


Kim jest bowiem snująca swe rozważania bohaterka „Obsoletek”? Jest kobietą, matką, żoną, fotografką martwych płodów, artystką, demiurgiem słowa i poszukującą jakiejś granicy między życiem a śmiercią zadumaną nad przeszłością introwertyczką. Każda z tych definicji jest trafiona i jednocześnie każda niepełna. Bargielskiej chodzi w swym pisaniu głównie o to, by definiować przeżycia egzystencjalne, jakie towarzyszą kobietom balansującym między narodzinami a śmiercią. Czy logiczne jest stwierdzenie, że ktoś rodzi się martwy? Czy można być martwym za życia i jednocześnie tak intensywnie go doświadczać? „Obsoletki” to studium paradoksów, filozoficzna rozprawa ze wszystkim, co utracone, ale przede wszystkim nasycona symboliką i rozbita na kilkanaście krótkich narracji próba poszukiwania spokoju i świadectwo tego, iż czarny humor spełniać może dużo więcej funkcji niżby się po nim oczekiwało.


Swoistym przekleństwem Bargielskiej jest fakt, że niejako prowokuje pewne zdarzenia, najpierw je opisując. „Napisałam, dla przykładu, piękny wiersz o poronieniu, a dopiero potem poroniłam. Napisałam, dla przykładu, wielozdaniowe uzasadnienie, dlaczego warto robić zdjęcia zmarłym dzieciom, a potem sama zaczęłam takie zdjęcia robić”. Wydawać by się mogło, że przeczuwa wiele małych i dużych tragedii, których doświadczy w życiu. Nie jest to jednak życie tragiczne. Pośród smutków i rozczarowań rozgrywa się przecież życie – życie duchowe bohaterki, która codziennie wciąż na nowo się formuje.


Justyna Bargielska to taka matka nie-Polka. Jakieś – cytując Joannę Bator – fiksum dyrdum. Zamiast wyjąć cyca, karmić malucha, zamiast drugim zająć się po bożemu, śni że sama jest Matką Boską; zamiast siedzieć w domu i myśleć o tym, jaką papkę zrobić dzieciom, a co treściwego mężowi po pracy zmęczonemu ona z nim na temat światopoglądu dyskutuje; zamiast do piersi tulić i uciszać, w relacjach z dziećmi szorstka oraz chropowata, o jakichś śmieciach opowiada, z aparatem po prosektoriach biega, ból i smutek z twarzy osamotnionych przez martwe płody matek zdejmując.


„Obsoletki” nieprzypadkowo są zbudowane z historii krnąbrnych i niemożliwych do opowiedzenia. Niemożliwe jest bowiem to, by bolesne wspomnienia usunąć z pamięci. Uciec można w pure nonsens, w groteskę i surrealizm. Tyle tylko że Bargielska nie ucieka. Ona się mierzy. Z życiem, ze śmiercią, z własnym macierzyństwem i rozwojem osobistym, z samą sobą i z tymi wszystkimi kobietami, w których odnajduje siebie.


Wydawnictwo Czarne, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-10-19

"Dom tysiąca nocy" Maja Wolny

Pisarstwo Mai Wolny jest specyficzne z kilku powodów. Dla mnie osobiście dlatego, że jej najnowsza powieść nie pozwala mężczyźnie na pełne przeżycie tego, co jest w niej opisane, albowiem Wolny w dość zawikłany sposób kwestionuje męskość. Mimo wszystko jednak kusi każdą kolejną stroną. „Dom tysiąca nocy” jest bowiem opowieścią o silnych kobietach i o tym, w jaki sposób radzą sobie one przede wszystkim z balastem traumatycznych wspomnień. Mężczyzna, jedyny bohater tej książki, wydaje się efemeryczny i słaby; swą siłę czerpie z bliskich mu kobiet i poprzez ich kobiecość… staje się mężczyzną. Druga kwestia to sposób, w jaki autorka opowiada pozornie sentymentalną i ckliwą historię mającą w założeniu wzruszyć głównie czytelniczki, a mimo wszystko dotykającą czytelnika i pozostającą z nim na dłużej. Maja Wolny to pisarka specyficzna także dlatego, iż doskonale zdaje sobie sprawę, ile czasu i zdań poświęcić opisom sytuacji, przeżyciom, wspomnieniom i rozmowom budującym jej fikcję literacką. Wszystko gra; idealna harmonia, żadnych dłużyzn, żadnego niepotrzebnego słowa. W końcu argument ostatni – „Dom tysiąca nocy” to proza w pewien sposób magiczna, chociaż osadzona w realiach życia dwóch kobiet po przejściach, które najpierw łączy, a potem dramatycznie dzieli postać młodego, wrażliwego chłopaka. Jeśli to za mało, by głównie mężczyźni przekonali się do pisania Wolny (zakładam, że kobiet szczególnie zachęcać nie trzeba), warto zwrócić uwagę, iż autorka ma zapewne docelową grupę odbiorczyń swego pisania, ale naprawdę warto do tej grupy się włamać, by – co nie jest może męskie, lecz ludzkie – przeżyć chwile autentycznych wzruszeń, a tego literatura nie zapewnia już zbyt często bez stosowania banalnych i wielokrotnie wykorzystanych schematów fabularnych.

Do malowniczego Sorrento w pełni lata przyjeżdża Malwina, kobieta dojrzała, a jednocześnie młoda zarówno duchem, jak i ciałem. Malwina ma prowadzić dom Carli i opiekować się nią samą. Zarówno Polka, jak i Włoszka kryją w sobie tajemnice przeszłości, do których niechętnie wracają. Za Malwiną nieudane małżeństwo, utrata dziecka. Chociaż losy Carli, zagorzałej komunistki w młodości, wydają się inne, kobieta mierzy się dokładnie z tym samym co Malwina. Obie na różne sposoby, bo przecież inaczej ukształtowały je warunki życia w Polsce i we Włoszech. Obie zaskakująco do siebie podobne i to podobieństwo, coraz bardziej czytelne i wyraźne, stanowi oś konstrukcyjną „Domu tysiąca nocy”.


Pomiędzy dwiema dojrzałymi kobietami pojawia się on – pozornie całkowicie od nich różny. Bruno, wnuk Carli, przez całe życie był dla swej babki jak syn. Matka Brunona wybrała inne życie, w którym odpowiedzialność za potomka zrzuca się na czyjeś barki. Swego czasu podobnie postępowała Carla, natomiast Malwina, która szybko nawiązuje z młodym mężczyzną kontakt, projektuje nań swe wizje macierzyństwa niespełnionego. Jej bowiem, w przeciwieństwie do Carli i Alessii, nie dane było długo być prawdziwą matką, chociaż tak bardzo chciała spełniać się w tej roli. Zaczyna matkować Brunonowi, stając się jego natchnieniem i wyrocznią, albowiem młodzieniec pisze powieść opartą na losach Fryderyka Nietzschego oraz Malwidy von Meysenbug, którym los pozwolił na spędzenie czasu w malowniczym Sorrento. Polska pomoc domowa staje się uosobieniem wrażliwości i piękna, które adoruje Bruno; Malwina wprowadza go w świat kobiecych przeżyć, inicjując tym samym drogę samopoznania chłopaka, który świat musi poznawać wszystkimi innymi zmysłami, skoro zmysł wzroku mu szwankuje. Carla jest gwarantem dopełniania się historii opowiadanej przez Wolny, ale stoi jednocześnie gdzieś obok niej. Starzejąca się Włoszka nie może pogodzić się z faktem, że jej ukochany Bruno przejawia zainteresowanie innymi kobietami. Że zaczyna interesować się Malwiną i że jego życie wymyka się jej kontroli.


Maja Wolny opowiada o sprawach trudnych, ale nie jest to w gruncie rzeczy książka smutna, chociaż tak wiele smutku było w dotychczasowym życiu Malwiny i Carli. Słoneczne i skaliste Sorrento wydaje się tłem kontrastowym dla przeżyć bohaterek – piękne, ciepłe, idylliczne. Miejsce, w którym rozegra się dramat trzech osób, rozpisany na trzy różne role i trzykrotnie przykuwający uwagę.


„Dom tysiąca nocy” to proza finezyjna i proza skrojona z klasą. Opowieść o wielkości kobiecego serca, w którym znajdzie się miejsce na bardzo wiele i które potrafi kochać oraz wybaczać, a ckliwość takiego przesłania bynajmniej nie powinna zniechęcać do sięgnięcia po tę książkę.


Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2010

2010-10-12

"Instytut" Jakub Żulczyk

Przyznam, że postaci Jakuba Żulczyka w przestrzeni publicznej nie sposób nie zauważyć. Autor robi wszystko, by zwrócić na siebie uwagę, a kwintesencją tych starań jest lanserski, lecz skądinąd ciekawy blog Żulczyka. Tak się złożyło, że nie dane mi było poznać jego wcześniejszych dokonań literackich (podobno dobrych), aż wreszcie ukazał się „Instytut” rekomendowany przez popularne wydawnictwo. Kiedy przyglądałem się sposobom promocji tej książki w sieci, odnosiłem nieodparte wrażenie, iż takie filmiki z głuchym „uhuu” już gdzieś widziałem. Czytając trzecią (dla mnie pierwszą) książkę Jakuba Żulczyka, przekonałem się, iż jej autor albo bardzo zazdrości Łukaszowi Orbitowskiemu, albo chciał postawić na nową jakość awangardowej prozy – bo o ile się orientuję, taką Żulczyk do tej pory pisał - a wyszło mu jednak mimo wszystko coś wtórnego. Zastanawiałem się również nad celami stylizacji językowej i budowania napięcia w tej absurdalnej powieści. Nie jestem w stanie dopatrzeć się w „Instytucie” niczego poza popkulturową papką, w której mieszają się elementy powieści grozy i książki obyczajowej z zapędami do socjologizowania. Być może zaszkodziły Żulczykowi wielokrotne seanse „Matrixa”. Być może przekonanie, iż lepiąc prozę z odniesień do kultury masowej starających się jednocześnie kontestować tę kulturę tworzy coś, co można nazwać dziełem życia i co wzbudzi w czytelnikach wiele emocji. Podczas lektury głównie ziewałem, a cały absurd opisanych zachowań i sytuacji nieubłaganie zmierzał ku przerażającemu (sic!) finałowi, który pogrążył tę opowieść jeszcze bardziej.

Agnieszka ma 35 lat, za sobą burzliwy związek z niespełnionym reżyserem, przed sobą bliżej nieokreśloną przyszłość w Krakowie, gdzie otrzymuje w spadku ogromne mieszkanie. Bohaterka kumuluje w sobie całą masę rozbijających ją od środka emocji – od nienawiści do teściów, krzywdzących zarówno ją, jak i jej córkę, po euforię przeżywania wszystkiego naprawdę, w sposób wolny i nieskrępowany, na co pozwala życie „niebieskiego ptaka” dzielone między pracę w knajpie a trzeźwienie po tej pracy tudzież po absorbujących uwagę spotkaniach towarzyskich. Agnieszka snuje swą opowieść z perspektywy osoby zamkniętej i osaczonej, w sensie dosłownym i metaforycznym. Okazuje się bowiem, że krakowskie mieszkanie o nazwie Instytut stanie się pułapką zarówno dla właścicielki, jak i dla jej przyjaciół, którzy zamieszkują kolejne pokoje wielkiego lokum. Absurdy rozpoczynają się już w chwili zainicjowania rzekomo mrożącej krew w żyłach historii. Instytut staje się niedostępny, piąte piętro jest więzieniem, winda nie działa, krata na klatce schodowej zamknięta, odcięty dostęp do Internetu oraz telefonów, pustka i przerażające, rosnące przekonanie, iż z Agnieszką oraz jej kompanami ktoś pogrywa w grę rodem z „Piły” lub „Cube”.

Pomysł uwięzienia w mieszkaniu kryjącym mroczną tajemnicę jest jak najbardziej ciekawy. Mniej ciekawe jest już jednak to, w jaki sposób uwięzieni radzą sobie z sytuacją, jak nieracjonalnie postępują, jak wiele logicznych dziur jest w strukturze opowieści rzekomo wychodzących od tego, co jest naprawdę. Ja wiem, że w sytuacjach skrajnego napięcia nie działa się zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, ale to, co wyczyniają labilni emocjonalnie bohaterowie Żulczyka, to już lekka przesada. Tak naprawdę w „Instytucie” za wiele się nie dzieje. Autor próbuje przede wszystkim zobrazować, jaka jest Agnieszka, co wpłynęło na jej decyzję o przeprowadzce do Krakowa, jak opresyjny charakter miało jej dotychczasowe życie i jak modelową wręcz ucieczką od niego jest projekcja marzeń i pragnień na swe jedyne dziecko (wychowywane – mówiąc oględnie – dość kontrowersyjnie, skoro matka pochwala stosowanie przemocy i nawet do niej namawia). Najgorsze jest to, że rozwiązań finałowych dość szybko można się domyślić i staram się wierzyć w to, iż tak naprawdę nie chodzi o szaleńcze bieganie po stu metrach kwadratowych, stukanie, łkanie, smarkanie, przeklinanie, palenie papierosów, rozwalanie drzwi i głów innych, krzyki i inne wywołujące zamęt zachowania. Chciałbym wierzyć, że Agnieszka symbolizuje współczesną zagubioną kobietę nieszczęśliwą, której Żulczyk próbuje nadać psychologiczną wiarygodność.

„Instytut” dotyka wielu problemów, ledwie je tylko akcentując. Towarzystwo zamknięte w mieszkaniu nie jest bynajmniej przypadkowe i każda z osób jest jednocześnie drogą do zrozumienia socjologicznego szyfru, jakim zakodował autor tę książkę. Co z tego jednak, kiedy otrzymujemy po prostu marną jakość literacką oraz opowieść pełną szczeniackiego buntu i kontestacji sklejoną ze zdarzeń mocno, ale to mocno naciąganych. Pomijam już momenty, w których po prostu się pada na twarz przy lekturze (obchodząca urodziny córka Agnieszki nazywana solenizantką, błyskawiczne oklejenie deskami wszystkich okien mieszkania podczas kilku godzin snu wyczerpanych lokatorów), „Instytut” jest pozycją rażąco słabą i myślę, że nie zmieni tego ani promocyjny, ani autorski lans.

Wydawnictwo Znak, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-10-09

"Da capo" Jerzy Franczak

Nie sposób chyba pisać o najnowszej powieści Jerzego Franczaka, nie wspominając poprzedniej. Nie tylko dlatego, że tym razem bohaterem jest brat Emila Króla z „Nieludzkiej komedii”, Kamil, ale przede wszystkim po to, by uświadomić, iż pisarstwo Franczaka stanowi swoistą kontynuację i że wszystkie jego książki w pewien sposób stanowią jedność, bo poruszają problemy, z jakimi autor stale się boryka, a lubi najwidoczniej opisać je z gorzką ironią i stanąć obok siebie oraz tego, co przeżywa, próbując opisać to z innej niż własna perspektywy. W przypadku „Da capo” będziemy mieli do czynienia z książką na pewno inną od poprzednich. To chyba powieść bardziej konfesyjna niż „Nieludzka komedia”, ale i tak samo niejednoznaczna w swym przekazie jak choćby „Przymierzalnia”. Franczak opisze mężczyznę spełnionego i straconego jednocześnie. Człowieka, dla którego kategoria męskości nie jest jakoś szczególnie czytelna i który ową męskość będzie kwestionował. Będzie to także bohater, który wraca ku początkom, wciąż na nowo przeżywa całe swoje życie; jego egzystencja jest splotem okoliczności, które wikłają się na tyle, że aby zacząć je rozumieć trzeba rozpocząć od początku. Wciąż od nowa, „da capo al fine”, trzeba się zatrzymać, cofnąć czas, przeżyć coś raz jeszcze. Czy to w ogóle możliwe?

Kamil idzie drogą wytyczoną przez społeczne drogowskazy. Zdobywa edukację, wiąże się z kobietą, płodzi dziecko, ma dobrą pracę, ustabilizowaną sytuację materialną i… nie widzi w tym wszystkim sensu. Kamil wydaje się być przeciwieństwem swego brata Emila, kontestatora z „Nieludzkiej komedii”. We wspomnieniach z dzieciństwa i młodości to właśnie Emil potrafi się postawić ojcu, jest cyniczny i dumny, kroczy własną drogą i umie radzić sobie z życiem. A Kamil? Wyszydzany przez rówieśników, okrutnych rówieśników, którzy igrają z jego chłopięcością i rodzącą się męskością, dodatkowo czuje się osaczony przez ojca, jego dom pełen nakazów i zakazów, przez wojskowy dryl i poczucie, iż miejsce Kamila jest dokładnie tam, gdzie wskażą je inni. Przejmujące świadectwo dorastania w niezrozumieniu, opresyjny dom i skomplikowane relacje z ojcem, które – tak jak w przypadku bohaterów choćby Kuczoka czy Gołaszewskiego – odcisną się piętnem na całym dorosłym życiu mężczyzny, związek z kobietą, który nie daje spełnienia i poczucie rezygnacji to najważniejsze kwestie poruszane w „Da capo”. Dodatkowo mamy tutaj do czynienia z czymś na kształt apokryficznych zapisów, tego co minione, ale jednocześnie tego, co nadal trwa. Wszak „apokryfów pamięci jest więcej niż mitów, ale żyją życiem podziemnym, w cichym odpominaniu, w strefie cienia (…)”. I opowieść o życiu Kamila jest przede wszystkim odsłanianiem tego wszystkiego, co dotychczas ukryte było w cieniu i nienazwane przez niego samego.


Warto zwrócić uwagę na sposób portretowania kobiet przez Franczaka. Ilona z „Przymierzalni” wywoływała ambiwalentne uczucia, była niemal tłem do rozważań o istocie męskości. Natalia z „Nieludzkiej komedii”, kobieta życia Emila, staje się ofiarą i pozwala sobą manipulować, a w efekcie składa swoistą ofiarę w imię wartości kształtujących społeczne i obyczajowe normy. Alicja z „Da capo”, żona Kamila, spełnia rolę kata. To ona bez pardonu każe Kamilowi się wynieść z domu, kiedy odkrywa romans męża z kobietą, wodzącą go na pokuszenie w tak samo niejednoznaczny sposób, w jaki Kamil opowiada o swych egzystencjalnych problemach. To ona jest źródłem jego lęku i frustracji.


Bohater Franczaka konfrontuje się z kobietami silnymi i niezależnymi, zmienia się autorska optyka patrzenia na nie, a jednocześnie to przecież kobiety są w świecie „Da capo” kimś na kształt ofiar. Ewa żyje w bliżej nieokreślonej zależności od brutala, dla którego chce zachować dotychczasowe status quo i nie wikłać się w dalsze przygody z Kamilem. Alicja to żona zdradzona w sensie fizycznym, ale przecież tak naprawdę stale upokarzana i karana za właśnie bycie żoną (to przecież rozważania Kamila, obce Alicji, pokazują toksyczność ich związku). Jest jeszcze matka Kamila, postać epizodyczna, lecz wyraziście nakreślona w opozycji do władczego ojca. Kto zatem krzywdzi, a kto jest krzywdzony? Kim są kobiety na drodze Kamila, skoro od lodowatego łóżka dzielonego z Alicją ucieka w czułe objęcia Ewy, a w finale odnajduje spokój w bliskości z matką? Istotną rolę w postrzeganiu kobiet przez bohatera ma także fakt, iż Kamil stale ukrywa się ze swymi pragnieniami i żądzami, a cała jego seksualność ma charakter równie opresyjny jak relacje domowe z żoną i rodzicami.


„Da capo” to kolejna książka Jerzego Franczaka, która jest opowieścią pytań, a nie odpowiedzi. Nieludzkie to przecież, by tak traktować czytelnika, ale wydaje mi się, iż w momencie, kiedy autor wyda książkę bez dwuznaczności i autoironii, będzie autorem skończonym. Tymczasem pisarska siła Franczaka to jego twórcze niedopowiedzenia. „Da capo” jest przez to historią przejmującą i niepokojącą.


Wydawnictwo Literackie, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-10-04

"Willa" Magdalena Zimniak

PATRONAT MEDIALNY
Potężna willa na warszawskim Żoliborzu z 1924 roku opowie swą mroczną historię, splatając ze sobą dramatyczne losy dwóch kobiet – Ewy i Marzeny – które będą mieć ze sobą więcej wspólnego niż można by to było przypuszczać na samym początku. Jednoznaczna klasyfikacja „Willi” Magdaleny Zimniak jest bardzo trudna. Opowieść to w dużej mierze psychologiczna, ale także zarówno socjologiczny jak i historyczny rys przemian dziejowych w Polsce, które determinują życie kobiet, a zwłaszcza Ewy. Myślę, że w najnowszej publikacji Wydawnictwa JanKa odnajdą się przede wszystkim czytelniczki spragnione mocnej, emocjonalnej opowieści o miłości, krzywdzie i wybaczaniu tej krzywdy. To książka z żywo nakreślonymi wizerunkami kobiet, ale równie pasjonująca opowieść o istocie męskości, jej udowadnianiu i pragnieniu posiadania. W tej powieści nawet tani sentymentalizm i banalność niektórych rozwiązań fabularnych nie gorszą. Magdalena Zimniak bowiem stworzyła sugestywne wizerunki kobiet uwięzionych w ziemskim piekle. Jedną trzyma w nim nienawiść, drugą miłość. I jedna i druga nie mogą uciec od piekła życia z mężczyzną, a jednocześnie to, co najgorsze – wbrew temu, co mówił Sartre – rodzi się i umiera w nich samych. Bo piekło to one same. Jak to rozumieć?

Rok 1967. Ewa szykuje się na bal studniówkowy. Zakochana w Maćku, nie widzi poza nim świata. Wspólnie planują przyszłość i wierzą, że uda się ich miłości przetrwać w czasach, w których przetrwać jest ogólnie trudno. Na ich drodze staje jednak zasadnicza przeszkoda. Ewa i Maciek zostają aresztowani i przetrzymywani w więzieniu. Ewie udaje się wydostać. Maćka zwolnią, jeśli jego ukochana spełni wolę Piotra, partyjnego dygnitarza. Okazuje się, iż Piotr to diaboliczny despota, a Ewa podpisuje z nim swoisty cyrograf, dla dobra swego ukochanego na zawsze wiążąc się z przedstawicielem systemu, którego tak z Maćkiem nienawidzą. Małżeństwo Ewy z Piotrem to układ zmuszający kobietę do życia w ciągłym lęku i opresji. Kiedy los ponownie złączy ją z Maćkiem i na kołobrzeskiej plaży pozwoli zapomnieć o koszmarze życia w sztucznie zaaranżowanym małżeństwie, okaże się, iż owoc ich zakazanej miłości – dziecko, którego Ewa nigdy nie chciała mieć z Piotrem – będzie dopiero początkiem prawdziwego piekła dla bohaterki.

Rok 1998. Marzena słucha o rocznicy wydarzeń Marca’68, w których przecież nie mogła uczestniczyć, bo urodziła się dziewięć lat po tym pamiętnym roku. I ona także wkracza w dorosłość. Pozostawia za sobą pełną traumatycznych przeżyć młodość i okrutne dzieciństwo, w którym jako adoptowane dziecko musiała nieustannie dbać o to, by przybrani rodzice uznali ją za prawdziwą córkę. Osobowość Marzeny jest mocno zachwiana. Jej całe dotychczasowe życie było oparte na zadaniach do wykonania, zleceniach innych, którym trzeba się było podporządkować. Niepewna swej wartości, nigdy nie nawiązała z nikim bliższej relacji do momentu, w którym nie poznała Artura. Mąż w szybkim czasie stał się jedyną dla niej ważną osobą; całkowicie mu się podporządkowała, zrezygnowała z pracy, ze swoich marzeń i planów. Bezwzględne posłuszeństwo Arturowi stało się priorytetem takim samym jak stałe udowadnianie adopcyjnym rodzicom, że mogą na nią liczyć i mogą być z niej dumni.

Życie Marzeny staje się szybko tak samo toksyczne jak Ewy. Losy obu kobiet zdają się ze sobą mocno związane. A miejscem, w jakim dochodzi do mistycznego kontaktu między nimi jest piwnica willi – miejsce kary i opresji. Tam trafiała przed laty nieposłuszna Ewa. Tam także wędruje Marzena karana przez swego męża. Kto i w jaki sposób pomoże zrozumieć tajemnicę domu, w którym żyły dwie kobiety i jak rozwiąże się zagadka tajemniczych głosów, które Marzena słyszy w piwnicy?

Pomysł z uczynieniem domu symbolicznym miejscem, w jakim rozgrywają się zdarzenia minione i aktualne nie jest nowy. Wystarczy wspomnieć wydany ostatnio „Klucz do ogrodu” Jenny Erpenbeck, w którym brandenburski dom przez lata jest świadkiem zdarzeń tworzących barwną panoramę historyczną. Magdalena Zimniak nie musiała jednak sięgać do niemieckich wzorców, bo i na gruncie polskim w ciągu minionych kilku lat pojawiły się powieści z kluczową rolą domu – „W ogrodzie Mirandy” Katarzyny Krenz czy (powieść bliższą przekazowi Zimniak) "Dom Małgorzaty" Ewy Kujawskiej. To, co jednak czyni z „Willi” powieść wyjątkową to atmosfera grozy i napięcia, dobrze skonstruowane postawy kobiecych (i męskich) postaci zagubionych, samotnych, osaczonych i smutnych. Czyta się Zimniak dobrze, chociaż chwilami można odnieść wrażenie, iż ta książka jest po prostu za długa, a mnogość wątków niekoniecznie stanowi jej zaletę. Chwilami przypomina nieco „Rewers” Andrzeja Barta, to znowu pokoleniowe kobiece opowieści z książek Ingi Iwasiów. Nihil novi zatem, ale… powieść pasjonuje, zadając liczne pytania. Czy miłość naprawdę „nie podlega ziemskim kalkulacjom”? Jak wiele można dla miłości znieść i jak wiele straty unieść na swych barkach? Do czego doprowadza szaleńcze oddanie się jednej osobie i czy katujący mężczyźni nie są aby ofiarami kobiet, które krzywdzą?


Wydawnictwo JanKa, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-09-28

"Apte. Niedokończona powieść" Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski

Niezwykła publikacja. Pierwsze, co zwraca uwagę, to zeszyt dołączony do książki, w którym znajdziemy kilkanaście poruszających rysunków. Każdy z nich daje przerażające świadectwo zdominowanej przez strach osobowości ich twórcy. To Ryszard Apte. Rysownik, poeta, artysta… Kim byłby ten człowiek, gdyby jego obiecującego życia nie zakończyło tak nagle piekło drugiej wojny światowej, zesłanie do obozu, skrajne doświadczenia egzystencjalne i śmierć, jakiej doświadczały wtedy tysiące niewinnych ofiar? Postacie na rysunkach są przerażone i zagubione. Świat je otaczający to rzeczywistość stworzona z mrocznych symboli, rzeczywistość atakująca i grożąca. Zanim przejdzie się do lektury opowieści o życiu tego niezwykłego człowieka, poraża dramaturgia i bezpośredniość jego grafik. Zachowały się w pewnym wielickim domu, gdzie Apte ukrywał się przed nazistami. Są namacalnym dowodem tragizmu jego istnienia. Reporterzy „Gazety Wyborczej”, Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski, do tego dowodu dołączają na poły beletryzowaną, na poły reporterską wersję biografii, jakich w tamtych czasach być może było wiele, ale nie doczekały się opowiedzenia. Głuchowski i Kowalski tak jednak opowiadają o Aptem, że nic naprawdę nie wydaje się w jego historii zamknięte. To przecież symboliczna niedokończona powieść. Nie chodzi tylko o powieść, nad którą pracował Ryszard Apte.

Biografia tego człowieka obejmuje jego dzieciństwo i młodość w przedwojennym Krakowie, gimnazjalne wzloty i upadki, fascynację malarstwem i poezją. Następnie dramaturgię wydarzeń związanych z ucieczką do Lwowa z zagarniętego przez Niemców Krakowa. Skomplikowane losy Żyda na emigracji, który o mało nie staje się człowiekiem radzieckim i ulega złudzie socjalistycznych utopii. Decyzję o powrocie. Opis życia w Wieliczce, która na krótki okres staje się dla ludności pochodzenia żydowskiego miejscem, w jakim mogą ukryć się przed nazistami. Przebieg zachodzących wówczas procesów, które z cichego prowincjonalnego miasteczka czynią miejsce, gdzie rozegra się dramat setek rodzin. Zesłanie do obozu pracy, ostatnie miesiące życia w nieludzkich warunkach, desperacką próbę ucieczki. A potem, gdy pojawia się ostatnia kropka w tej dramatycznej biografii, rozpoczyna się na nowo śledzenie tropów, które ukształtowały tę wrażliwą osobowość, jakiej nie dane było rozwinąć choćby jednego z wielu talentów.


To, co uczynili Głuchowski i Kowalski jest nie do przecenienia także dlatego, iż ocalają oni od zapomnienia biografię człowieka doświadczającego cierpienia na wszelkie możliwe sposoby i kogoś, kto z cierpieniem próbuje się mierzyć. Życie Ryszarda Aptego początkowo wydawało się przewidywalne. Sytuacja rodzinna, talenty, marzenia i plany. Wszystko wskazywało na to, iż dorasta kolejny wielki i ważny dla polskiej kultury człowiek. Ten człowiek jednak już na kilka lat przed śmiercią żył w nieustannym strachu i lękał się jedynie o to, w jaki sposób swą twórczość ocalić od zagłady, skoro zagłada jego samego była już niemal pewna. Apte jawi się jako obsesyjnie zatroskany o losy tego, co tworzy. Tylko w twórczości widzi prawdziwy sens swego istnienia, jedynie w fakcie przetrwania tego wszystkiego, co chce po sobie pozostawić. A chce pozostawić wiele – to nie tylko rysunki i poezja. Przede wszystkim powieść, nad którą zaczyna pracę i która w symboliczny sposób ma oddać zawikłane losy ludzi takich jak sam autor. Apte za wszelką cenę chce ją napisać. To człowiek zamiaru i człowiek wielkiej wewnętrznej siły oraz dyscypliny. Tylko ona pozwala mu przetrwać okres między czasem, w którym powstają dołączone do książki rysunki a ostatnimi dniami obozu pracy w Stalowej Woli. Głuchowski i Kowalski starają się oddać nastrój przerażenia Aptego. Przerażenia tym, że jego twórczość może ulec zniszczeniu. I przerażenia faktem, iż proces jej tworzenia jest tak bardzo zagrożony.


Opowieść o Ryszardzie Aptem jest jednocześnie pasjonującym studium życia społecznego przedwojennego Krakowa, Lwowa początku lat czterdziestych minionego stulecia, barwną panoramą Wieliczki czasu wojny i przejmującym świadectwem Holokaustu w południowej Polsce. Takie książki jak ta dają wiarę w to, iż można z reporterską wnikliwością i humanistycznym skupieniem opowiedzieć biografie, które ocala się od zapomnienia.


Korporacja Ha!art, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-09-25

"Wąż w kaplicy" Tomasz Piątek

Rok bez powieści Tomasza Piątka rokiem straconym? Chyba tak. Bo po nieudanym „Morderstwie w La Scali” w tym roku otrzymujemy książkę przede wszystkim intrygującą. Boję się napisać, że to opowieść dobra, gdyż ogólnie należy się „Węża w kaplicy” bać. Straszy nas autor i specyficzną historiozofią (choć bliżej tej rzeczy raczej do czegoś na kształt historiozoficznej wariacji) osadzoną w czasach upadku cesarstwa austro-węgierskiego oraz latach późniejszych, i polskością, której przystawia krzywe zwierciadło do przejrzenia się, i bohaterem poszukującym, który latami poszukuje odpowiedzi na pytania o naród oraz jego pragnienia, sam będąc osobowością jakby poza narodami i poza pragnieniami tych narodów. Górska wędrówka z Jungiem? Ostatnie dni Baczyńskiego przed śmiercią inną niż była naprawdę? Dwuznaczne rozmowy z Freudem i wizyta u Göringa? Proszę bardzo, w najnowszej książce Tomasza Piątka znajdziemy to i jeszcze wiele, wiele więcej. Szaleństwem jest sam pomysł tej opowieści. Szaleńcza jest także jego realizacja. I lektura też może być szaleństwem. Gorszy, smuci, zmusza do zastanowienia nad polskością rozpatrywaną w wielu aspektach. Polskością tworzoną z narodowych mitów, archetypów, polskością drażniącą, smutną i irytującą. Taką, którą znamy, ale o której nie chce się już rozmawiać. Piątek postanawia o niej napisać. Szaleńczo.

Andreas Issli jest człowiekiem rozdartym. Tak naprawdę od dnia swoich narodzin trudno mu określić własną tożsamość. Jego rodzina to kulturowy oraz językowy tygiel i już we wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa mężczyzna sprawia wrażenie specyficznego poligloty: „Matka po włosku, ojciec po niemiecku, a niania po polsku i do szóstego roku życia odruchowo zwracałem się po włosku do pań, po niemiecku do panów, a po polsku do wszystkiego, co miało zimny głód w oczach”. Andreas dorasta w atmosferze nieustannych pytań i wątpliwości. Dodatkowo rozpoczyna się pierwsza wojna światowa i bohater rusza na front za swym bliskim przyjacielem, Jankiem. Janek jest ucieleśnieniem wszystkiego tego, co polskie, romantyczne, ckliwe, łzawe i pompatyczne. Relacje chłopców są zatem relacjami o niezwykle skomplikowanym charakterze. Andreas poznaje polskość wiecznego cierpienia i poczucia krzywdy, ale jednocześnie polskość wyjątkową. Poznaje Janka z jego żarliwym przekonaniem o doniosłej misji Polski w dziejach całej Europy… i jest świadkiem jego śmierci, tak bardzo bezsensownej i przypadkowej, że przekonania zaszczepiane mu przez przyjaciela rozpryskują się niczym krew na podziurawionym przez broń wroga korpusie dogorywającego Janka. Etap poznawania polskości nie jest zatem u Andreasa zakończony. Bohater rusza w podróż po Europie, gdzie zgłębiając myśli filozofów, psychoanalityków i teoretyków rozwijającego się nazizmu, próbuje sam określić rolę dziejową rolę Polski i nazwać charakter Polaków, którymi z jednej strony gardzi, a z drugiej ich podziwia.


Piątek prowokuje. Nie tylko nadmiernie ozdobioną symbolami i znakami zapytania historią Andreasa, ale przede wszystkim jego poglądami. Trudno jednoznacznie powiedzieć, że bohater „Węża w kaplicy” ma poglądy. On je przejmuje od innych, przejmuje łapczywie i w dużych ilościach. Zbiera opinie sprzeczne i wewnętrznie niespójne. Radykalne i pozwalające na to, by zostawić margines niepewności dla niedopowiedzeń. Z tego, co słyszy, buduje własną teorię polskości. I z nią powraca do kraju, którego wstydzi się, boi się go, który irytuje i drażni, ale przede wszystkim fascynuje bohatera. Powrót do Polski ma być powrotem nadczłowieka. Andreas bowiem jest przekonany, że panuje nad wszystkim, co wcześniej było dla niego zagadką i zmuszało do ciągłych rozmyślań. Teraz sprawa wydaje się jasna. Ale szybko okazuje się, że w tej polskości, którą bohater gardzi i którą jest jednocześnie zafascynowany, nic tak naprawdę nie jest jasne. I uciec od niej można tylko do dalekiej Argentyny.


Zaciera się nieco przekaz tej opowieści, bo odnosi się wrażenie, iż autor chce w niej przekazać więcej niż sam jest w stanie. Tłumaczenie się z własnej twórczości na okładce książki, które zawsze mnie osobiście nieco drażni, wskazuje na to, iż „Wąż w kaplicy” ma być opowieścią kontrowersyjną i niewygodną. Nie sądzę, by Piątkowi po tej publikacji groziła emigracja jego bohatera, jednak przyznać trzeba, że to jakość dość specyficzna i że obok książki nie można przejść obojętnie. Nawet jeśli rozpraw z polskością dużego grona współczesnych polskich pisarzy ma się już dosyć. Jadowita i szaleńcza książka, ale narodowa kuracja z poczucia polskiej wyjątkowości na jej podstawie nie jest niezbędna.


Wydawnictwo W.A.B., 2010


KUP KSIĄŻKĘ