2013-10-23

"Blogotony" Inga Iwasiów

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 9 października 2013

Liczba stron: 343

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Tony świadome

Etykiet, jakimi opatrzono i nadal się opatruje zarówno samą Ingę Iwasiów, jak i jej twórczość w szerokim rozumieniu tego słowa, jest już bez liku i wypadałoby doprawdy dorwać jakąś publikację, w której dowiemy się, kim Inga Iwasiów jest naprawdę. Wydaje mi się, iż wydane ostatnio „Blogotony” będą satysfakcjonujące dla każdego, kto się nieco zagubił i nie wie już, którą drogę rozwoju szczecińskiej intelektualistki obserwować, na którą zwracać baczniejszą uwagę i którą utożsamiać z nią samą taką, jaka jest naprawdę. Autorka dość przekornie zaznacza: „Już na pewno nie dam tego, co moje, nie opowiem życia”. Tyle że w wydanych zapiskach życie, jej i wokół niej, toczy się żywo, jest wyraźne, stanowi nieodłączny dowód przeżywania i myślenia o tym przeżywaniu.

W „Blogotonach” na początek teksty pogrupowane są tak, żeby porządkować punkt widzenia autorki – najpierw wypowie się jako literaturoznawczyni, potem feministka, następnie podróżniczka i prawie na koniec jako badaczka w sensie ogólnym, analizując przejawy życia polityczno-społecznego w aspektach, które ją naprawdę interesują. O przemijaniu opowiada przede wszystkim jako kobieta świadoma swego wieku, doświadczeń i perspektyw, jakie przed nią. Bo Iwasiów jest wyraźna nie tylko dlatego, że świadoma każdego słowa; używa go tak, by znaczyło dokładnie to, co ma znaczyć. Podoba mi się to, iż jest świadomie wybiórcza. Wie, co nie jest dla niej interesujące i nie zajmuje się tym. Zabiera głos w sprawach, które są dla niej nie tyle ważne, co dotykają istoty absurdów, bolączek Polski do naprawy; tej Polski, z której należałoby najlepiej uciec (substytutem ucieczki mogą być wyprawy do ukochanego Wilna), ale z którą jest się przecież związanym i za którą czasem trzeba odpowiedzialnie zabrać głos. Wtedy, gdy naprawdę jest to konieczne i w takiej konwencji, która jest wyraźna. Z naukowym narzędziem obserwacji i analizy, ale i językiem jasnym dla tych spoza naukowego kręgu. Takie publikacje są potrzebne. Wtedy, gdy można poczytać o czymś wartościowym.

„Blogotony” to nie tyle prywatne rozważania na sprzedaż, co inteligencja, błyskotliwość i czujność, by nie zgubić tych elementów układanki, co zwą się życiem, życiem świadomym; takim męczącym chwilami dość okrutnie i wymagającym, by łykać Stilnox albo inny Zolpic, bo bez farmakologicznego wsparcia duszność i męka świadomości nie dałyby rady odpuścić. „Blogotony” to książka napisana przez lata i publikacja, która wzbudzać może kontrowersje, jak w przypadku każdego opublikowanego zbioru tekstów, z którego robi się potem dodatkowy produkt na półce księgarnianej. Żyjący – jak autorka wspomina w jednym felietonie – najwyżej do trzech miesięcy po wydaniu w dobrej oficynie i w tym przypadku tym bardziej winny omówienia, bo już za chwilę pojawi się dziennik żałobny, „Umarł mi”, o śmierci ojca Ingi Iwasiów, jej ukochanego zegarmistrza, recenzenta-świadomego czytelnika, o jakim opowiada w końcowych wpisach na blogu, które udało się jeszcze zamknąć w tej książce. Spieszę się zatem omówić, by „Blogotony” nie odeszły w niepamięć.

Lubię takie książki, bo jestem anachroniczny i nie kocham cyfrowej rzeczywistości. Przecież mogę sobie wejść na stronę „artPapieru”, do którego też pisuję, wyświetlić wszystkie felietony i czytać, czytać. Mogę zajrzeć na blog, przewertować historię, wisieć przy elektronicznym ekranie i czytać. Tyle że ja wolę czytać coś, co trzymam w ręku. A „Blogotony” można mieć i można do nich wracać bez strachu, że braknie prądu czy że zerwie się połączenie internetowe. Ale przecież nie o tym mam pisać, zupełnie nie o tym. Choć o strachu, o obawach wszelakich, o walce z nimi i stawianiu sobie wyzwań mimo lęków także jest ta książka. Pełna słów. „Słowa same ze mnie wychodzą, nie ma na nie stoperanu”. Udowadniająca, co to znaczy blogować świadomie; w jaki sposób korzystać z narzędzia elektronicznego dziennika tak, by nie znaleźć tam wiecznego raportowania z tego, że się żyje, ale poczytać o tym, co to znaczy życie świadome. W opozycji do kultury masowej, do agresywnego futbolu, do głupoty prasy kobiecej, do patriarchatu opresyjnego, do polskich nienawistników, do bolączek codzienności i do świata, gdzie trudno jest trwać samemu w sobie, być sobą w pełni i znać swoją wartość. Co więcej – mówić głośno o tym, że się ją zna. Mówić o swojej sile i o tym, że ma się rację. „Blogotony” to kryzysowe zapiski kogoś, kto doświadcza jedynie kryzysu braku czasu, by znaleźć go na wszelkie możliwe aktywności; świadome aktywności w życiu, gdzie za świadomość nie jest się cenionym.

Teraz można rzucić garścią tematów i problemów, jakie porusza Inga Iwasiów, by zachęcić do lektury tej pozycji. Można, ale po co? Każdy, kto sięgnie po „Blogotony”, musi mieć świadomość bezkompromisowości,  z jaką autorka mierzyć się będzie ze wszystkim, co wymaga intelektualnego sprzeciwu. Ale to nie jest zbiór tekstów malkontentki, choć może być tak odebrany przez określonych ludzi i określone środowiska. To książka o wiecznym badaniu świata w określonym paradygmacie. Książka o polskich kontuzjach – rozumu i emocji. Zajmujący zapis obserwacji świata, w jakim tożsamość i zdolność jej nazywania wciąż na nowo, każe poznawać siebie zwykle poprzez sprzeciw. Czy „Blogotony” są obiektywne? Oczywiście, że nie! To książka, podkreślam raz jeszcze, świadomej kobiety, świadomej feministki, badaczki-naukowca (proszę wybaczyć męską formę), działaczki społecznej i pisarki, która może sobie pozwolić na tworzenie literatury tylko wtedy, kiedy ma wakacje – od ogromu spraw, jakimi się zajmuje.

Mnie osobiście kilka kwestii szczególnie zainteresowało, ale to już ostatni akapit tego omówienia, moje wyjątkowo prywatne odczucia, można nie czytać; już teraz zdecydować, czy warto sięgać po książkę. Rozważania o perspektywie pisania; tej kobiecej i tej ogólnoludzkiej. O tym, jak pisała swoje powieści. O dumie feminizmu i jej stygmacie. O świadomym czytaniu Lessing, Atwood, Nałkowskiej czy Gretkowskiej. O tym, jak wieść życie, by uczestniczyć w kulturze, krytykować ją, uciekać od narodowych psychoz oraz o tym, jak radzić sobie z rozgoryczeniami. I o komunikowaniu, tym codziennym, tym międzykulturowym. „Blogotony” pozostają ze mną i wiele z nich we mnie. Szkoda że pewnie nie wyjdzie następna książka i muszę teraz śledzić blog przez komputerowy ekran…

2013-10-20

"Czas Żniw" Samantha Shannon

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 520

Tłumacz: Regina Kołek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czas zniewolenia

Trudno jest ogarnąć rozmach, z jakim Samantha Shannon zapowiada „Czasem Żniw” siedmiotomową serię, o jakiej z pewnością przez najbliższe lata będzie głośno. Imponująca jest wyobraźnia młodej brytyjskiej pisarki, która stworzyła futurystyczną wizję nie tyle mroczną, co przede wszystkim sugestywną, bardzo przekonującą. Takiej wizji nie powstydziłby się nawet Orwell; najgroźniejsza z możliwych i najokrutniejsza zarazem, bo pokazująca, że nasze dusze i umysły nie będą wolne od manipulacji. Odważne, brawurowe i przerażające! Pisanie Shannon pochłania bez reszty i wzbudza nie tylko zainteresowanie, ale także strach; opowiada przecież o możliwych ingerencjach w najbardziej intymną przestrzeń, nazwaną w „Czasie Żniw” sennym krajobrazem. To sfera najbardziej osobistych przeżyć, iluzja bezpieczeństwa i przestrzeń wyobraźni. Tam może dotrzeć bohaterka powieści Shannon. Do każdego z nas. Chciałoby się przejrzeć senny krajobraz autorki, bo to zapowiedź naprawdę niezwykłego cyklu.

Mamy rok 2059. Paige Mahoney jest dziewiętnastolatką, która zmuszona była dojrzeć zbyt wcześnie. W tajemnicy przed ojcem podejmuje się pracy tyleż ryzykownej, co ją samą wyniszczającej i pochłaniającej bez reszty każdą możliwą formę energii, którą Paige na co dzień kipi. Bohaterka szybko przestała być niewinną dziewczynką z makowego pola. Tam została zaatakowana przez poltergeista i tam właśnie zrozumiała istotę swej odmienności. Paige bowiem jest Bladą Śniącą, najwyższą formą jasnowidza – śniącym wędrowcem. Typologię tych, którzy mogą zaglądać w dusze innych, stworzył pracodawca Paige, Jaxon Hall. Wedle tego, co głosi jego broszura „O wartościach odmienności”, Mahoney jest medium z ogromną wrażliwością na zaświaty i zatrudniona przez Halla odwiedza dusze innych, naprowadzając je na właściwą drogę, a może po prostu sprytnie nimi manipulując…

Jasnowidzenie w Londynie 2059 roku to jednak przestępstwo. Jasnowidze mają wpływ na to, jak żyją zwykli ludzie zwani ślepcami oraz bardziej pejoratywnie – zgniłkami. Świat, w jakim przyszło im egzystować, to przestrzeń nieustającego zagrożenia i wszechobecnej manipulacji. Nie można skryć się ze swoimi marzeniami, myślami, wyobrażeniami. Życie ludzkie jest w gruncie rzeczy bardzo podłe, a prawdziwego świata, tego naturalnego, dawno już nie ma. Wyrugował go i zniszczył Sajon. Ponoć nie ma teraz bezpieczniejszego miejsca. Ale to tylko gorzka ironia. Sajon wydaje się być piekłem. Jego prawdziwe oblicze pozna jednak Paige w momencie, kiedy w wyniku niesprzyjającego splotu okoliczności, wykorzysta swe umiejętności, by zabić i zaraz potem trafi do karnej kolonii, w której zmuszona będzie walczyć nie tylko o życie. Rozpocznie się trudna droga, by ocalić własną tożsamość; zrozumieć siebie i swój talent oraz pojąć grozę wroga, z jakim Paige wejdzie w skomplikowaną zależność…

Tam, gdzie zesłano Paige, rządzą bezwzględni Rafaici. Nie są ludźmi. W ich żyłach nie płynie krew, lecz ektoplazma. Dwieście lat temu stworzyli przestrzeń, do której zsyła się jasnowidzów, by złamać ich, upokorzyć i kazać stać się takimi, jakimi nigdy nie chcieliby być. Rafaici są potężni i wieczni. Roszczą sobie prawo do tego, by być kimś na kształt bóstw. Z niepokornymi jasnowidzami z Sajonu radzą sobie brutalnie i bezkompromisowo. Z samym Sajonem są w pewnym skomplikowanym układzie. Paige zorientuje się, że aby przetrwać, musi przyjąć zasady gry Rafaitów. A oni boją się mocy Mahoney, która z czasem coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że musi powalczyć nie tylko o samą siebie.

Jej tożsamość zredukowana zostaje do numeru. XX-59-40 trafia pod opiekę enigmatycznego Naczelnika. Ich wzajemne relacje są zawikłane, bo okazuje się, iż Paige nieprzypadkowo znalazła się w posiadaniu Arcturusa i jako wybrana podejmuje pewną grę; musi zachować twarz, pokonać śmiertelnych wrogów i zrobić wszystko, by nie wykorzystali oni jej daru w złym celu. Tyle tylko, że w opowieści Shannon samo zło przyjmuje coraz to nowe definicje i jest czymś, czego nie da się określić w świecie, jaki atakowany jest dodatkowo przez tajemniczych Emmitów z ich dzikością i witalną siłą, jakiej Rafaici nie mogą się przeciwstawić.

Tytułowy czas to cykliczne przejmowanie od Sajonu kolejnych jeńców, jakie ma miejsce co dziesięć lat i odbyło się właśnie po raz dwudziesty. Paige nie dzieli losu większości skazańców; zostaje poddana wielu próbom wytrzymałości i każą jej robić rzeczy, którymi gardzi, a które dadzą jej możliwość ucieczki z piekielnego kręgu Szeolu I. Mahoney szybko odkrywa, iż nowi zesłańcy etapami są przygotowywani do tego, by stać się precyzyjnymi maszynami do zabijania sterowanymi przez Rafaitów. Paige decyduje się na opór i chce pokazać, że nie złamie jej nic w świecie, do którego trafiła, bo tam, skąd przybyła, jej siła i zdecydowanie urosły tak, iż nie da się zniewolić. Tylko czy już wcześniej nie znalazła się w niewoli i czy jej dotychczasowe życie jest tym, za czym warto tak silnie tęsknić?

Samantha Shannon stworzyła swoją wizję z różnego rodzaju detali, jakie niesamowicie budują aurę przestrzeni,  w której zniewolone są umysły, a jedyną szansą na to, by pozostać sobą jest podjęcie się prac, o których nie mówi się z dumą, bo nie ma już chyba zajęcia, które byłoby bezwzględnie etycznie czyste. Świat stworzony przez Shannon to świat opresji, jakiej nie da się opisać wprost. Przyszłość to czas, w jakim nikt nigdy już nie może zostać sam na sam ze sobą. To czas, gdzie trzeba być bezwzględnym i gdzie tożsamość jest nie tyle zagrożona, co nieustannie kwestionowana. Paige Mahoney ma tę tożsamość, ale musi się z nią kryć wyjątkowo umiejętnie. W kolonii karnej nie tylko pozna siebie z takiej strony, z jakiej się nie znała, ale mierząc się z wrogami, mierzyć się będzie także ze swoimi słabościami i intymnymi przeżyciami, które w tym nieludzkim świecie udało jej się mimo wszystko zachować dla siebie.

Ta imponująca swoim rozmachem narracja opowiada o przekleństwie daru jasnowidzenia i jednocześnie o jego wielkości, która czynić może wyjątkowym i niepowtarzalnym. To bardzo mroczna opowieść o zniewoleniu rozpatrywanym w wielu aspektach. Książka, której przesłanie wydaje się jednoznaczne, ale tak naprawdę Shannon zdaje się w niej pozostawiać pewne tropy, które czytelnik podejmie chyba w kolejnych tomach opowieści. „Czas Żniw” to symboliczna opowieść o wielu wymiarach okrucieństwa; takiego, którego nie sposób już nazwać ludzkim. O godności, o jaką walczy się w warunkach, w jakich brak już sił na tę walkę. I o sprawiedliwości, jakiej wciąż się szuka. Shannon napisała jednak przede wszystkim historię o dojrzewaniu do tego, by być wyjątkowym. O sile, którą przeklina się i wielbi jednocześnie. Dotknęła trudnej problematyki egzystencjalnej osadzonej w przyszłości, ale jednak tak dobrze nam znanej z tego, co widzieliśmy lub widzimy teraz, nie w 2059 roku. Nade wszystko jest to świetnie skrojona powieść fantastyczna z elementami grozy i sensacji, od której nie sposób się oderwać. I dynamika zdarzeń będzie zapewne siłą napędową tego tytułu. Zachęcającego, by sięgać po kolejne.

Wejdź w mroczny świat Samanthy Shannon, jeśli masz odwagę. Pamiętaj, że tam kontroluje się wszystko – przede wszystkim dusze i umysł. I nie można tego świata opuścić! Ta fantastyczna wizja może nie tylko uwodzić, ale także uwięzić. Obok tej książki nie można po prostu przejść obojętnie.


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-18

"Zgorzkniała pizda" Maria Sveland

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 25 września 2013

Liczba stron: 262

Tłumacz: Maciej Muszalski

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Kobieca martyrologia

Książka Marii Sveland nawojowała się już medialnie tylko z racji swojego tytułu. Na okładce widnieje informacja, że to światowy bestseller i potem spróbuję znaleźć odpowiedź na pytanie o to, dlaczego powieść literacko mierna nim się stała. Ponieważ nie lubię gier opartych na prostych chwytach, postanowiłem zajrzeć do środka i zastanowić się nad tym, czy Sveland rzeczywiście ma jakąś magnetyczną moc przyciągania i czy stoi za tym jakość. Nie stoi. Obawiam się, że jest to pozycja robiąca dużo szumu, ale niewiele tak naprawdę wnosząca. Do dyskursu o płciowości, wolności, sprawiedliwości czy podziale zajęć w taki sposób, by realizowały się obie strony związku oraz by męskość uzupełniała kobiecość i odwrotnie. O tym przecież ma być ta książka. O problemie niemożności pojednania.

Sveland prezentuje nam kobiecość opresyjną; stłamszoną i deprecjonowaną wciąż przez mężczyzn. Taką, która nie wychodzi naprzeciw światu, bo obsesyjnie skupia się na sobie. Na historii ukształtowanej przecież w konkretnych warunkach i przez konkretnych ludzi. To manifest subiektywny, taki feminizm w populistycznej wersji. Maria Sveland wie, czym z łatwością przyciągnąć uwagę czytelniczek, by identyfikowały się z główną bohaterką. Sztuczki są proste i łatwe do zdemaskowania. Powieść sama w sobie nieznośnie monotonna. Szykująca rewolucję w zakończeniu i tym zakończeniem mocno rozczarowująca, bo wszelkie problemy banalizuje i  czyni je produktem umysłu kobiety, która wścieka się o to, iż… narodziła się kobietą, ma kobiece pragnienia i czuje, że świat lepiej się ułożył mężczyznom; że to oni dyktują, jak należy żyć i że w takim życiu można się dusić.

Duszna jest atmosfera tej książki. Niesie jedynie kilka naprawdę odkrywczych myśli. Męczy stronniczością i faktem, iż kwestionuje wszelkie możliwe sposoby osiągnięcia szczęścia i spełnienia. Jest skomplikowana równie jak XXI wiek, ale z drugiej strony ucieka od czegoś, co współczesność stara się docenić w każdym dyskursie. Od obiektywnego przedstawienia problemu, który czyniłby tę książkę naprawdę ważną. Jest natomiast powieścią, którą część czytać będzie z wypiekami na twarzy, a część odrzuci po kilkunastu stronach. Nie tędy droga, by pokazać, iż stworzyło się literaturę. Nie można też całkowicie skrytykować tej książki, bo podejmuje ważny problem kobiecej izolacji, poczucia pustki i obrazuje zgubny wpływ patriarchatu na codzienność relacji damsko-męskich. O czym jednak naprawdę pisze Maria Sveland? Pewnie o gniewie, o złości, o zagubieniu i zniechęceniu. O tłumieniu własnych potrzeb i braku umiejętności wyjścia poza własny narcyzm. Bez względu na płeć, naprawdę.

Sara wychowywała się w domu, jakich wiele. Jej matka była bierna i wycofana. Na każde skinienie męża. W wiecznej gotowości, by wyjść mu naprzeciw. To córka, już dorosła, uznaje z pełnym przekonaniem, iż to ona może jej życie zrozumieć, ocenić i na jej przykładzie snuć rozważania o ciężkim losie kobiety. Los matki Sary był ciężki. Mąż stale nieobecny, tatuś doskonale niedostępny; zarówno małżonka, jak i córki stale walczyły o jego zainteresowanie, a dorastająca Sara była zdolna do podstępów, by zdobyć jego troskę, czułość, bliskość przecież należną, a wciąż deficytową. Sara pragnęła szczęśliwej, chrześcijańskiej rodziny. Otrzymała model niedopasowania, w którym najpierw trudno jest się ze sobą komunikować, a potem już się nie chce. Pamiętając ojca jako skupionego tylko na sobie, przejmuje po nim tę kompulsywną wadę, wypowiadając wojnę światu mężczyzn i przeklinając swoją w nim rolę, wciąż niedocenianą, wciąż krytykowaną.

Teraz Sara kończy trzydzieści lat i żeby zrozumieć, kim się stała, wyjeżdża na Teneryfę, zostawiając dwuletniego synka i męża Johana, z którym żyje od wielu lat, a ich małżeństwo jest nowoczesne w tym znaczeniu, iż każde robi swoją karierę i starają się wzajemnie nie ograniczać. Nie jest tak do końca. Sara uważa, że nie ma szczęśliwych małżeństw. Że troski, nieporozumienia, wszelkie konflikty kryją się za fasadą uśmiechniętej rodziny, która nie dzieli się z nikim swoimi troskami. Bohaterka Sveland ukazuje małżeństwo jako stan opresji. Chce też skończyć z mitem szczęśliwego macierzyństwa, bo nie była szczęśliwą matką, wiele cierpiała, nazbyt wiele znosiła. Do samolotu lecącego w styczniu na słoneczną Teneryfę zabiera „Strach przed lataniem” Eriki Jong i książka ta stanie się jej bliska, towarzysząc rozmyślaniom i przemianie, jaka ma się dokonać, by Sara wróciła do swojego życia szczęśliwsza.

Tymczasem szczęśliwa nie jest. Dlaczego swój stan określa tak dramatycznie? „Bo kiedy przepaść między marzeniami a rzeczywistością jest zbyt duża, kobieta zmienia się w zgorzkniałą pizdę”. Bohaterka ma trudność z oddzieleniem swoich pragnień od warunków życia, w jakich te pragnienia można zrealizować. Atakuje męskość jako stan dominujący. Determinujący drogę kobiecości ku samorealizacji. Punktuje bezlitośnie. Mężczyźni szybciej robią karierę, mają łatwiejsze życie. Oderwanie się od małego dziecka jest u nich czymś normalnym, nieobecność matki się piętnuje. Kobieta jest przez nich określana mianem dziwki zawsze wtedy, gdy chce okazać podniecenie, do którego ma takie samo prawo jak oni. Nazywana jest dziwką nawet i bez tego. Na jej głowie znajduje się domowy etat, to ona doradza i kieruje życiem rodzinnym oraz dziecka, nie otrzymując za to wdzięczności. Mężczyzna ma prawo zamknąć się w sobie, kobieta to czyniąca jest wytykana palcami. Sara wymienia mnóstwo sytuacji, w jakiej życie kobiety jest podłe i niedoceniane. Ona sama staje się zakompleksiona i zła. Zła na świat i zła na siebie. Nierówność społeczna czyni ją osaczoną. Sara nie dostrzega w męskości niczego więcej ponad to, z czym trzeba walczyć. Utyskuje, narzeka. Niczego nie proponuje w zamian. Jej monolog to wizja świata nieszczęścia, w jakim kobiety cierpią dlatego, iż nimi są. Bohaterka Sveland wygłasza opinie nie tyle skłaniające do refleksji, co przetarte już przez schemat i powtarzalność. Choćby taka - „Za każdym odnoszącym sukcesy mężczyzną stoi kobieta ze zmęczonymi nogami i migreną. A za każdą odnoszącą sukcesy kobietą jest rozwód”. Prawda objawiona? Nie wydaje mi się.

Też mogę napisać o własnych doświadczeniach. O tym, że znam zawody i znam sytuacje, w  których mężczyzna jest dyskryminowany. O tym, że poznałem matkę odrzucającą dziecko i dramat ojca, który bezskutecznie o nie walczył. Nawet o tym, że istnieje coś takiego jak przemoc, gdy w domu żona potrafi uderzyć męża albo słowami zadać mu rany gorsze niż od jakiegokolwiek narzędzia. Mogę o tym opowiadać, ale po co? Z takiego snucia myśli wynika tylko tyle, co z monologu Sary. Niewiele. Nie ma miejsca na dyskusję, na przemyślenia, na ujrzenie problemu w szerszym spektrum. Dlatego „Zgorzkniała pizda” bazując jedynie na prostych emocjach, zdobywa popularność, bo mówi o krzywdzie. Czy w jakikolwiek sposób krzywdę tę ukazuje szerzej? Czy Sara jest w stanie wyjść poza samą siebie? Czy to wartościowa książka? Wątpię. Nie ze względu na to, że jestem mężczyzną. Powodem jest fakt, iż lubię rozważać problem przedstawiony wielowymiarowo. Tu wszystko jest płaskie, przewidywalne; nie ma ujęcia problemu, jest gniew, krzyk, żal i emocje. Emocjami nie opowiada się o problemach, jeżeli naprawdę pragnie się zwrócić na nie uwagę.

2013-10-16

"Miedza" Andrzej Muszyński

Wydawca: Czarne

Data wydania: 1 października 2013

Liczba stron: 136

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Powroty

Takie pisanie, takie książki są nam bardzo potrzebne. Żyjemy w czasach wykorzenienia totalnego, a może i fatalnego zarazem. Pamięć się skraca. Miejsca umierają. Wędrowanie nie pozwala już przypomnieć sobie punktu, z którego się wyruszyło. Andrzej Muszyński udowadnia w swych dziewięciu opowiadaniach, że bez pamięci o miejscach nie jest się sobą do końca. Jeden z jego bohaterów, i on sam zapewne, to taki współczesny Noe z arką, która kryje w sobie czas miniony i czas niezmienny, na zawsze. „Miedza” jest nie tyle intymnym świadectwem własnej tożsamości, co przede wszystkim opowieścią o przywiązaniu i bliskości z miejscem. Jeśli przycupnie się na miedzy, tej swojej miedzy, oglądanie spektaklu umierania świata nie będzie napawać lękiem. Umiera bowiem to, czemu umrzeć pozwolimy. Muszyński odważnie podkreśla, iż bez korzeni nie istniejemy, oddając nam książkę przepełnioną nie tylko tęsknotami, ale przede wszystkim mądrością bycia sobą. Prowincjonalnym i związanym z prowincją na zawsze.

Całość tekstu na stronie artPapieru             

2013-10-13

"Zaklinacz słów" Shirin Kader

Wydawca: Lambook

Data wydania: 14 października 2013

Liczba stron: 316

Oprawa: miękka

Cena det: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Opowiedz swoje życie…

Życie każdego z nas składa się z opowieści. Sztuką jest nie tylko zauważyć to, ale także przeżyć je świadomie. Chodzi o zdolność odkrywania w sobie narracji, które mają szansę stać się zapisane. Wtedy nasze historie tracą coś, ale także zyskują. Bo przecież „powieść traci wolność z chwilą, w której zostanie zapisana, zyskując w zamian życie wieczne”. O życiu wiecznym w opowieściach, o ich odnajdowaniu, przekazywaniu i rozmyślaniu nad nimi jest właśnie książka Shirin Kader. Pozornie kusząca orientalnym pięknem. Tak naprawdę osadzona jednak w świecie, w którym mało kto chce zrozumieć swoje opowieści i niewielu pragnie ocalić je od zapomnienia.

„Zaklinacz słów” rozgrywa się na ulicach multikulturowego Londynu; tam główna bohaterka pozna wiele tajemniczych historii i tam właśnie będzie starała się zrozumieć najważniejszą, swoją. Bo słuchanie opowieści będzie poszukiwaniem własnej tożsamości i stanowieniem swojego losu. Polka z Lublina stanie się współczesną Szeherezadą, która nie tyle opowiada, co gromadzi opowieści. Tym, którzy opowiadają swoje życie samodzielnie i z rozmysłem, Szeherezada dzisiaj nie jest potrzebna. Warto jednak przyjrzeć się temu, w jaki sposób Shirin Kader wychodzi od narratora, skupia się na bohaterze, a ostatecznie nadaje znaczenie historiom, które się opowiedziały. Tak po prostu, chociaż sporo w nich magii, orientalnego czasu i tajemnic, do których nie mamy dostępu.

Nina Czaplińska była specyficznym dzieckiem. W dzieciństwie, a właściwie jeszcze przed urodzeniem, kształtowały ją orientalne baśnie. Odkąd w wieku pięciu lat zaczęła czytać, zrozumiała, iż jest kimś napisanym, tylko nie była do końca pewna tego, czy sama się pisze, czy też może potrzebny jest ktoś, kto za to pisanie się weźmie. Bo spisywać życie można tylko z pełną jego świadomością. A młoda Nina miała przede wszystkim świadomość tego, iż otaczająca ją rzeczywistość jest światem niepełnym, daleko niedoskonałym, wybrakowanym nawet, bo wyzutym z prawdy narracji, które kryją się w życiorysach. Bohaterka – jak Sara Crewe – postanowiła polegać na wyobraźni i dzięki niej czuć się lepiej w świecie, w którym ludzie nie chcą znać siebie, nie wierzą we własne opowieści, nie mają świadomości, iż w nich są mikrokosmosem. Nieprzypadkowo Nina podejmuje się badań nad rolą bajarzy w arabskim średniowieczu. Kiedy staje przed okazją wyjazdu do Londynu, nie waha się. Z Lublinem nie jest związana; tam ludzie zamykają się w sobie, nie opowiadają, nie fantazjują, nie wierzą w życie ukryte w słowach. W Londynie Nina pozna kogoś, kto zwie się zaklinaczem tychże słów. Stanie się na nie bardziej otwarta i uczulona. Odkryje, że w słowach zapisana jest ona sama i jej przeznaczenie, ale tylko wtedy, kiedy kierowane do niej opowieści zrozumie w pełni i w sposób dojrzały.

Stający na jej drodze Gabriel Stork jest enigmatycznym hakawatim, także człowiekiem mediów ofiarującym im orientalny smak historii z symbolicznymi odniesieniami. Gabriel jest efemeryczny. Nieprzewidywalny. Nina wiąże się z nim, nie znając jego przeszłości i nie mając pojęcia o tym, czego oczekuje w ich związku. To związek bardzo specyficzny. W nim ujawnia się szczególna wrażliwość Niny; wrażliwość na szczegóły, ulotne drobiazgi, zapachy i dźwięki. Gabriel zaczyna być wszędzie i jest jednocześnie wszystkim. Tymczasem Nina nie ma jeszcze świadomości tego, że dzięki niemu ma odkryć samą siebie. Tę, która kiedyś skryła się przed światem w świecie baśni i tę, która teraz powinna z nich na chwilę wyjść, by – bogata o przeczytane mądrości – napisać siebie naprawdę. Gabriel prosi ją, by napisała o nim, a Nina dopiero potem zrozumie prawdziwe przesłanie tej prośby. Tymczasem będzie chłonąć Londyn taki, jakiego jego mieszkańcy na co dzień nie dostrzegają. Londyn wiecznych opowieści, które snują się po kawiarniach, straganach, księgarniach czy gabinetach wielbicieli sztuki. Nina kroczy drogą ku samopoznaniu, ale najpierw poznać musi kilka symbolicznych przypowieści, dzięki któremu zrozumie i częściowo Gabriela, i samą siebie, w gruncie rzeczy niedostępną dla świata przez dłuższy okres czasu.

Poznamy historię egipskiego sklepikarza Abu Zaida, u którego klienci otrzymują dokładnie to, co mają w sercu. Będziemy podążać drogą jordańskiego włóczęgi o hipnotyzującym spojrzeniu, którego nieszczęśliwa dusza domagać się będzie uwolnienia od klątwy okrutnego dżinna. Wysłuchamy opowieści Marokanki Jasminy o ucieczce przed zbrodniarzem z namiętności i o tym, że można okraść kogoś z miłości i szczęścia. Stawimy czoła zarzutom pewnej Hinduski, która neguje chrześcijańskie przywiązanie do cierpienia, snując jednocześnie opowieść o cierpieniu wielowymiarowym i to w dwóch pokoleniach. Co te opowieści dają Ninie? Na co mają ją naprowadzić? Okazuje się, że nie są to spotkania przypadkowe i poprzedzają dramatyczny zwrot akcji, po którym bohaterka nie będzie w stanie określić tego, co się dzieje wokół niej i w niej samej.

Shirin Kader rozpisuje na kilka głosów przejmującą narrację o dorastaniu do życia świadomego; o znalezieniu w nim swojego miejsca, o które nie będzie łatwo, jeśli nie ukonstytuują go życiowe opowieści. Każdy z nas bowiem może być opowiedziany i powinien zostać spisany. Każdy kryje w sobie historie, dzięki którym można pomóc innym. „Zaklinacz słów” jest zatem o wysiłku opowiadania i o roli, jaką opowiadanie może mieć na drodze zrozumienia tego, po co i przede wszystkim dla kogo się opowiada.  To także – o czym nie wspomniałem – piękna historia miłosna, która ucieka od ckliwych, banalnych rozwiązań. Autorka zamyka swe narracje w egzotycznym kręgu, bo tylko dzięki bliskości z Orientem, może tę historię – europejską przecież – opowiedzieć w sposób pełny i wyraźny. Na kartach książki spotkamy ludzi, ale i magiczne przedmioty, które za nich będą opowiadać. Tajemniczy portret, rozpadająca się filiżanka, szron w upale i mnóstwo zestrojonych ze sobą drobiazgów, które czarują i zachęcają do poznania – historii Niny i tego, ile jest w niej dla nas samych do wzięcia. Bo życie wciąż się opowiada; czasami tylko potrzebujemy Szeherezady, aby opowiedziało się naprawdę.

PATRONAT MEDIALNY

2013-10-09

"Eli, Eli" Wojciech Tochman

Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 października 2013

Liczba stron: 136

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Bóg tak chce?

Biedę zobaczyć może każdy. Może się jej przyjrzeć, podejrzeć ją bezrefleksyjnie, szybko schować się w sytym świecie i pomyśleć, że inni mają gorzej, dużo gorzej. Tak biedę widzi każdy z nas. Widzi i nie rozumie. Nie każdy potrafi o niej opowiedzieć tak jak Wojciech Tochman. On biedy nie podgląda, on w niej się zanurza cały; czuje ją z jej ogromem, beznadziejnością, z jej siłą i okrucieństwem. „Eli, Eli” to reportaż, w którym okrucieństwo losu właśnie zostanie wyeksponowane najwyraźniej. Nie po to, by nim epatować. Od takich reporterskich zagrań Tochman odcinał się już w "Dzisiaj narysujemy śmierć", kiedy próbował opisać, jak wygląda normalne życie po ludobójstwie w Ruandzie. Jego najnowsza książka współistnieje ze zdjęciami Grzegorza Wełnickiego, tworząc całość i pragnąc zmusić odbiorcę do tego, by nie tylko spojrzał i podejrzał, ale przede wszystkim zrozumiał – to, co widzi oraz komentarz do obrazu.

Tochman i Wełnicki wybrali się do Filipin. Chcieli pokazać, że ten kraj to nie „zielone islands i turkusowy ocean”. Zagłębili się w filipińskich slumsach, które rozrastają się w Manili tuż obok nowoczesnych wieżowców i dzielnic sytości, krainy wiecznego kupowania w centrach handlowych i bogacenia się w nieświadomości, obojętności wobec biedy obecnej tuż za rogiem. Za sygnalizacją świetlną przy Paseo de Roxas – biedni dobrze wiedzą, że granicy świata sytych przekraczać nie mogą. Do tego nie jest potrzebny żaden mur, żadne ogrodzenie, żaden strażnik. Bieda slumsów zna swoje miejsce. Zna swe przeznaczenie. W beznadziei próbuje znaleźć jakiś sens. Przetrwać kolejny dzień. Nie dać się następnemu wyzwaniu, jakim jest zdobycie czegoś do jedzenia czy uniknięcie przypadkowej śmierci na ulicy. Reporter i fotograf – dwa syte białasy przekraczają granicę umowną, docierając do piekła, którego tylko mały fragment są w stanie nam pokazać.

Życie manilskiej biedoty koncentruje się przy rozległej ulicy Onyx. Co to za miejsce? „Ulica śmieci, czarnego dymu, smrodu palonej izolacji, gumy, smarów, uryny i kału, wszelkiego rozkładu, trucizny, syfu”. Stamtąd pochodzi Edwin, który wpadł kiedyś na genialny pomysł, by turystom pokazywać prawdziwe oblicze filipińskiej stolicy. Zabiera więc żądnych doznań do slumsów, pokazuje junk shopy, loobany; pozwala się fotografować z nędzą, umieraniem, z beznadzieją i pustką. Edwin rozwija prawdziwy biznes, dzisiaj jego fanpage True Manila na facebooku lubi ponad 2700 osób. Można tam zobaczyć zdjęcia, jakich nie znajdzie się w „Eli, Eli”. Uśmiechnięte twarze turystów, którzy zobaczyli biedę i chwalą się tym przed światem. Tochman i Wełnicki zobaczyli dużo więcej. Pokazują nam to, co uznają za ważne. Fotografie mają kontekst; ten kontekst jest najistotniejszy. Dzięki niemu nie widzimy manilskich slumsów poprzez szczegóły, jakich nie wiążemy ze sobą. Wbrew przeciwnie – z tego materiału rodzi się zaskakująco spójna opowieść. Zaskakująca dlatego, że nie ma ładu, nie ma logiki, nie ma żadnego punktu wyjścia ani też miejsca, w którym można postawić ostatnią kropkę, kiedy opisuje się dramat skazanych na biedę w Manili. Pojawia się jeszcze pytanie o to, czy zdobyty materiał można wycenić. Ile dać tym, co pozwolili się fotografować? Ile dla tych, co opowiadali? Czy uratuje ich zastrzyk finansowy, skoro są i pozostaną jedynie w tym, co mają na swym biednym tyłku? A może rola opowieści o nich ma być zupełnie inna? Tochman ironizuje, pisze z przekorą i prowokuje – przede wszystkim stawianymi na kartach „Eli, Eli” pytaniami. Między nimi snuje opowieści.

Kto lepiej opowie o filipińskich slumsach? Owrzodzona Josephine, która byłaby atrakcją cyrku ludzkiego albo eksponatem osobliwości do badań i eksperymentów medycznych? Jo jest pogodzona z tym, że wygląda jak monstrum. Nie ma o to pretensji. Los przyjmuje z pogodą ducha. Ma proste marzenia. Jednym z nich jest zobaczyć morze. I to właśnie stojąca w nim z matką Josephine znajduje się na zdjęciu, które towarzyszyć będzie nam stale przy lekturze. Na tej fotografii widać bezgraniczne szczęście. Mimo bólu. Mimo szpetoty. Mimo skazania na wegetację. Niewyobrażalne szczęście, jakiego nie potrafi zaznać niejeden bogaty mieszkaniec tego sytego świata.

A może lepiej skupić uwagę na tych, co żyją wśród zmarłych? Może ciekawsza będzie historia Angeliny, która mieszka na cmentarzu i jest biedną opiekunką mogił? Może wyraźniejsza będzie opowieść o Christianie, trzynastolatku cmentarnym, jaki żyje w grobie i dla którego najlepszym miejscem jest właśnie cmentarz? Dziecko żyjące tam, gdzie leżą zmarli – toż to przecież światowa hańba. A Filipiny jej nie ukrywają. Nie ukrywają niczego tak, jak inni rozmówcy Tochmana. Na przykład Danilo – były skazaniec, teraz skazany najbardziej boleśnie, bo na życie w slumsach. Troskliwy ojciec, który nigdy nie uderzył synka, choć bicie dzieci jest na Filipinach powszechnie praktykowane.

Może te dzieci będą wdzięcznym materiałem, bardziej wzruszą? Na Filipinach żyje dwa miliony sierot. Dzieci manilskich slumsów żyją w ciągłym strachu – wśród przemocy, głodu, uszkodzeń ciała, dziesiątkujących je chorób. Są jednak dowodem boskiej ingerencji; są tymi, którzy przedłużają życie, zapierają się cywilizacji śmierci. Bo przecież po katolicku jest rodzić mimo świadomości, że noworodek pewnie umrze z głodu. Megakatolicy filipińscy tak wytresowali swoich obywateli, że mimo znoju i biedy, wierzą oni w to, iż znaleźli się w najlepszym z możliwych światów i że Bóg ma w opiece ich nieszczęścia, wiedząc dokładnie, ku czemu zmierzają.

Tu warto zatrzymać się nad lamentacyjnym tytułem, prowokacyjnym także i zmuszającym do kilku prostych refleksji. Bo jak to jest, że filipiński naród kocha Boga, a ten prawdopodobnie nie zagląda nigdy tam, gdzie zajrzeli Tochman i Wełnicki? Ten Bóg zaiste stworzył raj – raj dla umierających i dla seksturystów; dla brudu, nieprawości, przemocy i bólu. Ale to przecież wszystko będzie wynagrodzone, przecież po śmierci czeka tych wszystkich nieszczęśników godne życie w niebycie. Tak, w to można wierzyć. Może katolicyzm jest jednym z tych czynników, dla których bieda na Filipinach ma i będzie mieć się dobrze? Bo przecież mieszkańcy tego kraju bierność przyjęli najpierw od Hiszpanów, potem od amerykańskich okupantów. W swej bierności żyją bezwolnie, krótko i w smutku. Onyx jest chyba jego kwintesencją. Tam łatwiej o krew i spermę niż o wodę. Tam też duchowni się nie zapuszczają, bo nie mają po co. Biedota wie, że pewnie Bóg tak chciał. Biedota przyjmie wszystko z pokorą. Nic gorszego poza to, co już przeżyli, spotkać ich nie może.

My natomiast stajemy przed możliwością niezwykłego spotkania ze światem nędzy, którego Tochman nie chce za bardzo nawet tłumaczyć, ale każe jednocześnie spojrzeć na tę przestrzeń jako na symboliczne miejsce, gdzie nigdy nie będzie odkupienia i gdzie los wiecznie będzie wielką niewiadomą jutra, pełną okrucieństwa zadawanego już nawet nie od drugiego człowieka. Bo ten drugi często na okrucieństwo nie ma już sił. A reporterowi brakuje czasem środka wyrazu, by przedstawić bezsilność. Wojciech Tochman nie tylko oprowadza nas po piekielnych kręgach filipińskiej rzeczywistości, co sam ze sobą toczy dyskusję o to, w jaki sposób pracować dalej, jak zdobywać kolejne doświadczenia; jak przekazać je innym, by pojęli, a nie westchnęli przez chwilę, odkładając książkę na półkę.

Filipiny stały się wyzwaniem, ale największym wyzwaniem jest dla Tochmana on sam. Szczerze zadający pytania, na które nie sposób odpowiedzieć. „Eli, Eli” to nie tylko wyprawa do azjatyckiego kraju o dwóch obliczach (tego sytego nie ma co portretować, bo to kalka Zachodu, w dodatku bezmyślna). To reporterska i fotograficzna rozprawa z tym, co nazywa się reporterską misją i co nakazuje pokazywać świat tak, by został zrozumiany, nie tylko obejrzany. Mocna i pozostająca w pamięci rzecz. Jeden z ciekawszych reportaży tego roku.

2013-10-05

"Dziecko piasku" Tahar Ben Jelloun

Wydawca: Karakter

Data wydania: 1 października 2013

Liczba stron: 208

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 35 zł

Tytuł recenzji: Piętno ojcowskiego szaleństwa

Po czterech latach od wydania powieści Tahara Ben Jellouna nagrodzonej Nagrodą IMPAC, wydawca postanawia zaprezentować polskiemu czytelnikowi jego książkę pisaną blisko trzydzieści lat temu. Wznawiając jednocześnie "To oślepiające, nieobecne światło", pokazuje pisarstwo Ben Jellouna z dwóch różnych stron. „Dziecko piasku” to bowiem książka, która się nie zestarzała. Jej przesłanie jest aktualne do dzisiaj, bo wciąż islamska kobiecość jest tłamszona, a bycie mężczyzną podnoszone do rangi kreatora, który – jak w „Dziecku piasku” – może zdecydować, iż kolejna córka będzie synem, zamieniając życie dziecka w dramat wyobcowania i naznaczając ojcowskim piętnem na zawsze. Ben Jelloun ponownie pisze o zniewoleniu. Nie w mrocznym leju więzienia politycznego, lecz w sobie samym. We własnej tożsamości i płciowości. Szuka w dramacie czegoś, co oświetli mrok. Tak jak światła poszukiwał więzień Tazmamartu. Stawia na opowieść – wielowątkową, gubiącą tropy, opowiadaną przez różnych gawędziarzy. W opowieści ma zostać wskrzeszony byt, jakiemu zabroniono żyć naprawdę. „Dziecko piasku” będzie dowodem na to, iż cierpienie istniało mimo faktu, że już się skończyło; trzeba o nim opowiedzieć po to, by smutny, nieżyjący od czterdziestu dni człowiek pozostał na zawsze w pamięci słuchaczy.

Zwraca się uwagę na wielkość tej powieści ukrytą w jej szkatułkowości. Taką orientalną polifoniczną opowieść mieliśmy okazję poznać niedawno, czytając "Bajarza z Marrakeszu" Joydeepa Roy-Bhattacharyi. Tak jak Roy-Bhattacharya już pisano. Forma nie jest niczym nowym, choć faktycznie każe na tę opowieść spoglądać nieco inaczej; opowiadana historia ma wiele znaczeń, można ją rozpatrywać na różne sposoby, można odchodzić od dramatu odosobnienia, kierując się ku interpretacji tej historii upadku i życia przeklętego jako alegorii życia przy braku tożsamości i przy zdradzie samego siebie, swoich pragnień.

Zaczyna się od szaleństwa z tęsknoty. Pewien marokański garncarz nie może znieść faktu, iż jego żona wciąż rodzi mu córki. Postanawia, że ósmy potomek na pewno będzie synem. Chociaż syn się nie rodzi, istota przychodząca na świat musi się nim stać. Ojciec tęskni za męskim potomkiem wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew życiu, ale przecież jego męskość musi być spełniona w chłopcu, jakiemu przekaże schedę po sobie, czyli wszystko, co zakazane dla córek, z góry kierowanych na margines życia. Rodzi się zatem ustanowiony przez ojca syn, który nie jest synem. Rozpoczynający tę opowieść bajarz Si Abdel Malek nadaje mu imię Ahmed. Dla dorastającej kobiety wola ojca staje się własną wolą. Ona będzie synem, będzie żyła jak syn. Piersi rosnąć będą do wewnątrz, tam też skryte będzie krwawienie. Ahmed oszuka biologię – swoją skórę bez owłosienia, słabo rozwinięte mięśnie, mutujący głos. Bezwzględne posłuszeństwo ojcu nakaże mu przyjąć drogę życia w niewoli własnego ciała. W rozmowie z nim Ahmed wspomina: „Wybierając to życie, zgodziłem się na przygodę”. Jakże to gorzka ironia, kiedy poznajemy los człowieka, który znalazł się w więzieniu własnego przeznaczenia. To los naznaczony fatalizmem i prowadzący do ucieczki w samotność. Najgłębszą i tak silnie przeżywaną, że staje się namiętnością. Ahmed odrzuci życie, które ma go czekać jako mężczyznę. Nie znajdzie alternatywy dla losu, jaki zgotował mu ojciec. Jego poszukiwania własnej tożsamości będą nie tylko bolesne, ale też wycieńczające, bo to poszukiwanie czegoś między płciami, między rolami społecznymi naznaczonymi przez islam i między losami, jakie opowiada Koran.

Czy Ahmed alias Zahra uwierzy w swoją wykreowaną męskość? Czy podda się dyktatowi ojca, podejmie specyficzne wyzwanie, pozostanie wierny tajemnicy skrytej między kilkoma osobami – świadkami narodzin dziecka? Przecież dla milczącej matki jest potworem; tym większym, gdy za towarzyszkę życia wybiera sobie kaleką i chorą żonę, kochającą wbrew rozsądkowi i mimo poznania mrocznej tajemnicy. Męskość Ahmeda to tylko spadek po szalonym ojcu; ta męskość się nie konstytuuje ani społecznie, ani kulturowo. Krzywdą jest nie tylko to, że cały świat przystaje na mistyfikację i każe być mężczyzną istocie, której daleko do męskości. Największym dramatem w „Dziecku piasku” jest dramat wewnętrznego wyobcowania, niemożności odpowiedzi na potrzeby i pragnienia własnego ciała, niemożność kontaktu duchowego z samym sobą i bezradna ucieczka w samotność jako jedyna droga ocalenia w świecie, w jakim nie można funkcjonować bez wiecznych kłamstw, bez wspomnianego bolesnego piętna, bez naznaczenia mimo woli.

Tahar Ben Jelloun snuje niespieszną, wielowątkową i zaskakującą często narrację o transgresji fatalnej; o dojmującym poczuciu smutku i żalu za istnieniem alternatywnym, jakiego nie można dosięgnąć. To gorzka rozprawa z kategorią męskości i przejmująca boleścią opowieść o szykanowanej kobiecości. Między płciami w „Dziecku piasku” pojawia się to napięcie, które próbują zredukować różni opowiadający. Między pierwszym bajarzem a słuchaczami tworzy się specyficzna więź. Potem opowieść o Ahmedzie-Zahrze staje się już wieloznaczna i przez to coraz mniej wiarygodna. Warto zadać sobie pytanie o to, kim jest główna osoba dramatu i czym ten dramat może być w szerszym kontekście, kierującym nas ku ludzkiej wędrówce wbrew własnym dążeniom i potrzebom spełnienia się w określonych rolach.

Nie wszystko zresztą można zobaczyć i ważna jest jedna z opowieści, opowieść ślepca. Nawiązująca do argentyńskości, do Borgesa, do tajemnic z innego świata i innego kręgu kulturowego, opowieść Ben Jellouna nabiera jeszcze innych znaczeń. To traktat o iluzji bycia mężczyzną. O męskości kwestionowanej w swej sile, wyjątkowości i władzy. Tak, bohaterowi książki brak jest władzy. A tylko ona w islamskim świecie pozwala na to, by żyć tak, jak chce się żyć. „Dziecko piasku” to ponadczasowa opowieść o dramacie istnienia samego w sobie traktowanego jak wyzwanie. Ta opowieść o samotności odmieńca równie dobrze może wynurzyć się poza orientalne tło, to społeczno-kulturowe, nie do końca chyba najważniejsze. Czymkolwiek jest ta książka, z pewnością stawia pytania o wolność, o porządek (ten koraniczny przecież się burzy, gdy kobieta nie chce być mężczyzną i mężczyzna pragnie uciec w kobiecość), o pragnienia zrozumienia własnej płciowości i o namiętnym byciu z samym sobą, które wcześniej czy później prowadzi do tragedii.

Przejmująca i bardzo smutna książka o dyktaturze męskości, która uwiera i o kobiecych słabościach, dla których nie znajduje się miejsca w literaturze, bo nie chce się ich rozumieć. Tahar Ben Jelloun – jak jego rozliczni bajarze – staje gdzieś ponad całą historią i chce opowiedzieć wszystko. Także to, co trudne do wyrażenia i tym bardziej trudno jest to zrozumieć. Diagnoza więzienia, jakie stwarzamy sami dla siebie. I liczne pytania o wolność, dla której nie ma miejsca, choć ona się go domaga. Powieść o losie, co się nie spełnia i o smutku istnienia wbrew sobie. Unikalna narracja o niezrozumieniu i pułapce opresyjnego życia.


PATRONAT MEDIALNY

2013-10-02

"Kobieta w 1000⁰C" Hallgrímur Helgason

Wydawca: Znak

Data wydania: 10 października 2013

Liczba stron: 428

Tłumacz: Alicja Rosenau

Oprawa: miękka

Cena det: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Żar życia, zimna wyspa

1000C to temperatura rozgrzanego pieca krematoryjnego, gdzie ludzkie zwłoki poddane są procesowi utylizacji. Tytułowa bohaterka kolejnej brawurowej powieści Hallgrímura Helgasona dzięki wyjątkowej idiotce przy telefonie rezerwuje sobie termin na tej jedyny w swoim rodzaju zabieg. Herra ma 80 lat, schorowane ciało i ogromną ochotę, by zakończyć własne buntownicze życie po swojemu. Zatem 14 grudnia obiecuje telefonistce być gotowa do skremowania. Ponieważ zostało trochę czasu, Herra wspomina. A ma co wspominać. Jej życie to nie tylko zapis trudnego i ekstrawaganckiego życia, ale także historia Islandii w bardzo subiektywnej pigułce. Losy jednostki obrazują losy całego kraju. Kraj ten – jak zawsze u Helgasona – ukazany jest w krzywym zwierciadle i tym razem po męskim punkcie widzenia zarysowanym w "Poradniku domowym kilera", przyjrzymy się Islandii oczyma kobiety; takiej kobiety, która sama jest Islandią, która kpi z niej i kocha jednocześnie, dostrzega bolesność bycia Islandką i jest w pełni świadoma, że żadna inna tożsamość nie mogłaby być dla niej lepsza.

Herra jest na marginesie życia i społeczeństwa. Pozornie tylko, choć o czym innym mogą świadczyć słowa: „Tutaj tonie chory gruchot, gnijący garażowy bożek, marmurowa mumia, która nie zasłużyła na nagrobny krzyż, najwyżej na łopatę”. Po tym jak trzej synowie solidarnie ogołocili ją z forsy, sprzedając matczyny dom i dzieląc się zyskami ze swymi chciwymi żonami, pozostaje jej tylko znaleźć jakąś tanią miejscówkę na uboczu i powoli żegnać się ze światem. Herra mieszka w garażu i wcale nie jest jej tam źle. Łóżko co prawda nie jest wygodne, do toalety droga przez mękę, niewydarzone dziewczątka z opieki społecznej nie do końca nadają na jej falach, ale przecież jest komputer i połączenie z Internetem, dzięki któremu Herra może wabić na fejsie adoratora z Zimbabwe oraz mięśniaka z Antypodów, podając się za Miss World roku 1988, która wciąż jest rześka, piękna, gładka i powabna. To jedna z kilku tożsamości Herry na portalu społecznościowym. W wolnych chwilach jest także hakerką mszczącą się na synowej oraz podglądaczką absurdów świata, jaki nie zmienił się ani o jotę od czasu, kiedy jego absurdalności mogła doświadczać realnie, nie dzięki monitorowemu oknu na świat.

Wydawać by się mogło, że sytuacja osiemdziesięciolatki jest co najmniej beznadziejna. Biorąc pod uwagę, że niebawem musi się wywiązać ze zobowiązania telefonicznego, nie ma niczego zabawnego w tym, że jest, tkwi w garażu i surfuje po sieci szybciej i sprawniej niż niejeden gimnazjalista. A jednak Herra zachowuje pogodę ducha. Zachowuje krzepkość i witalność. Mimo bezpośredniego zagrożenia życia wciąż pali pall malle, a w garści dzierży granat ręczny – pamiątkę od taty i z czasów Hitlera, kiedy to w 1942 roku musiała zostać sama na dworcu w Hamburgu, bo ojciec spieszył się na służbę Führerowi. Wspomina. Opowiada o życiu trudnym, nietuzinkowym i przesyconym wręcz fatalizmem, jakiemu Herra nigdy się nie poddała. Islandzkością także. Tą, którą nosiła w sercu od momentu narodzin poprzez trudne lata wojenne, po czas światowych wojaży i czas gorzkiego oglądu teraźniejszości, kiedy Islandia pogrążyła się w kryzysie gospodarczym. Opowieść Herry jest barwna i przygnębiająca, ale przyciąga. Daje świadectwo kobiecej siły, która zawsze zwycięża i zawsze znajdzie w sobie na tyle zdrowego rozsądku, by nie poddać się rozpaczy i powalczyć o godność; o przekonanie, iż życie przeżyte raz i intensywnie musi być czasem, z którym się pogodzimy i który zaakceptujemy takim, jaki był.

Herra od zawsze była inna. Właściwie to miało jej nie być. Ojciec z wyższych sfer zapomniał sobie o kochance i o córce, by przypomnieć nagle o nich po siedmiu latach, obdarzając miłością nie tyle totalną, co skażoną fatalizmem zbliżającej się wojny. Druga wojna światowa, spędzona z dala od ojczyzny, to we wspomnieniach Herry okres najdokładniej sportretowany. Może dlatego, iż wtedy jej islandzkość nabierała nowego znaczenia i wtedy właśnie, w oddaleniu, ojczyzna wołała najsilniej, zaznaczała się najbardziej intensywnie. Ta Islandia, z którą Herra nigdy nie była pogodzona. Ojciec pokochał nazistów i wstąpił do niemieckiego wojska, by zrekompensować sobie brak islandzkiego męstwa. Herra jest mężna po islandzku za wszystkich nieudanych, biernych i uległych mężczyzn. Jako dziewczynka w wojennej zawierusze poznaje swoją kobiecość poprzez gwałt, poprzez tarcie z męskością dziką i kierującą się jedynie instynktem. Jej późniejsze związki z mężczyznami to wieczne tarcia. Bez względu na to, czy jest z nimi w RPA, w Paryżu, w Argentynie czy Hamburgu. Czterem islandzkim mężom zamówiła taksówki – tak nauczyła się żegnać z tymi, którzy nie są jej pisani. Jej trzej synowie nie mogą być dumni z matki, bo nimi też poniewierała, będąc matką z doskoku, matką sezonową, prawdziwie i czule myślącą chyba jedynie o zmarłej tragicznie córce. Mężczyźni są opresyjni, ale tylko w opozycji do nich bohaterka Helgasona jest w stanie wyrazić kobiecość na swój własny, niepowtarzalny sposób. Feminizujący nieco, ale z przymrużeniem oka. Bo przecież „Całkowite wyzwolenie kobiet zostanie osiągnięte dopiero wtedy, kiedy wszyscy mężczyźni zginą na wojnie”. Tej wojnie, która kazała jej poznać ból, rozpacz, tęsknotę i przywiązanie do Islandii, o jakiej tak gorzko potrafi mówić.

Hallgrímur Helgason oddaje w nasze ręce kolejną książkę, w jakiej ostrzem ironii oraz w niekonwencjonalnym stylu rozprawia się z islandzkością, która mierzi go i jest jednocześnie bliska jego sercu. Tą tonącą w milczeniu. Uległą tak, że podczas przejęcia wyspy w czasie wojny nie padł żaden strzał. Tę islandzkość bardzo odrębną i mało w sumie europejską, ale jednocześnie swojską, beztroską i zbliżoną z naturą w niezwykłej symbiozie. Do tego, by po raz kolejny rozprawić się z Islandią, posłużyła Helgasonowi prawdziwa historia. Prawdziwe życie i prawdziwe wspomnienia, o których pisze już na wstępie „Kobiety w 1000C”. Powieści o godnym umieraniu i o życiu spełnionym. O świecie, w którym spełnić się może tylko część marzeń i planów, ale właśnie te niespełnione powinny dawać siłę i nadzieję na piękny czas. Nim pochłonie nas mrok lub krematoryjny piec. To książka rewelacyjnie łącząca dowcip, nostalgię i śmiertelną powagę. Książka o pełnym życiu do końca. O Islandii i o tym, że trudno ją kochać. O wszystkich możliwych niespodziankach od losu, jakie trzeba zawsze przyjąć i wykorzystać. O życiu gorącym; bardziej nawet gorącym niż żar kremacji…

2013-09-29

"Horror Vacui" Katarzyna Gondek

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 25 września 2013

Liczba stron: 253

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Ku wnętrzu…

Przy tej oryginalnej książce należy się zatrzymać. Nie opowiada bowiem o świecie zewnętrznym, a prowadzi do wnętrza. Bardzo specyficznego. To powieść tworząca na poły oniryczną, na poły fantasmagoryczną wizję ucieczki przed bolesnym zewnętrzem do świata, w którym ukryło się drugie, alternatywne życie; są tam wewnętrzni mieszkańcy zwykle przyjaźnie nastawieni, jest tam bezpieczna przestrzeń, są znaki wyjaśniające potrzebę wejścia wewnątrz i jest porządek, którego nie można znaleźć w tym, co nas otacza, bo to rzeczywistość, która się nie udała. Może Bogu. Może nam samym. Katarzyna Gondek w przejmujący sposób opowiada o konfrontacji życia i śmierci; zestawia witalizm z piekłem istnienia. Opisuje ból fizyczny i cierpienie wywołane niedostosowaniem do życia. Wprowadza nas w świat mrocznych baśni i enigmatycznych bohaterów, zabierając z życia opresyjnej rodziny, jaka nie ma siły się rozpaść. „Horror Vacui” zadziwia, zastanawia, zasmuca i intryguje. To książka dla tych, których rodzice wiecznie prowadzili wojny. Dla tych, co zaznali okrucieństwa wykluczenia w szkole. Dla wszystkich, którzy chcą się schować. I zrozumieć kosmogonię organizmu, w której brzuch jest istotą, a ocalenie życia kryje się w niebycie…

Norma przywykła już do tego, że chuda Matka ciągle pali i złorzeczy, a gruby Ojciec wiecznie pije i ma pretensje do Matki o to, że jest obok niego. Swoją wrażliwość i delikatność kryje przed gruboskórnością rodziców, co tkwią ze sobą z przyzwyczajenia, a wzajemne ranienie stało się już po prostu jednym z wyznaczników ich życia. Norma żyje w swoim świecie, do jakiego nie dopuszcza nikogo, bo nikt nie jest godzien, by tam zajrzeć. Kiedy pewnego wigilijnego wieczoru burzy porządek, rozlewając świąteczny barszcz, otrzymuje jednocześnie niezwykły prezent pod choinkę, a jest nim starsza kobieta, której chce się zanurzyć palce w zmarszczki i którą przygarnia rodzina, by sobie w spokoju umarła, toczona rakiem i nieobecna, od lat zamknięta w sobie i bez kontaktu z otoczeniem.

Norma dowiaduje się, że ma Babkę. Co więcej – milcząca dotąd staruszka zaczyna mówić, opowiadać wnuczce baśnie i wprowadzać w tajemnicę bytu alternatywnego, który koncentruje się wokół brzucha, z niego wyrasta i w nim znajduje swoją pełnię. Babka dotychczas udawała wariatkę, nie pozwalając światu zewnętrznemu skontaktować się ze swoim wnętrzem. Normie pozwala się tam dostać. Zrozumieć. Znaleźć ukojenie i odejść od tego, co opresyjne. Babce towarzyszy broszka w kształcie Pawia, która ożywa tak, jak inni bohaterowie opowieści snutej przez zmęczoną życiem i toczoną rakiem staruszkę. Mała Norma, która staje się Norą, pozna niezwykłe opowieści. O Królu Złote Czoło, co chciał poznać niebo. O Olbrzymie – Obżartuchu, który pożarł wszystko wokół i chciał sięgnąć słońca. O wszechwiedzącym i złośliwym Wężu oraz o drewnianym Jezusie, którego małej Normie udaje się wyzwolić tak jak sobie samej, zasłuchanej w opowieści Babki, a potem podejmującej wysiłek, by dostać się do świata, skąd pochodzą.

Gdzie my się właściwie znajdziemy i z kim spotkamy w opowieści Katarzyny Gondek? „Za siedmioma drabinami, za siedmioma brzuchami. Z pawiami i wężami. Z drewnianym Jezusem. Z Babką. Z czekoladowymi rogalami…”. Norma skryje się tam, gdzie nikt nie będzie mógł jej odnaleźć. Jednocześnie zmuszona zostanie do tego, by odnaleźć siebie i zadać sobie pytania, o jakich nigdy nie myślała. Zachodzą przemiany, a sygnalizuje je już zmiana imienia dziewczynki. Norma jest przecież czymś, co kochają tłumy, do niej się dostosowują, ją wielbią za przewidywalność i za to, że porządkuje życie w prosty sposób. Nora – a nią się stanie młoda wędrowniczka – to mroczna przestrzeń, do której trudno się dostać i której nikt tak naprawdę nie chce poznawać. Podróż dziecka w kierunku życia nazywanego na nowo idzie w parze z procesem odchodzenia Babki. Umiera, a jej brzuch pali bólem. Tam są wszyscy ci, z którymi spotka się Norma, kiedy przyjdzie jej odkryć tajemnice brzucha. Babka symbolizuje koniec tragiczny bez możliwości ukrycia się w bezpiecznej przestrzeni, niszczonej przecież przez chorobę. Norma jest symbolem początku życia, jednak nie życia w piekle domu czy szkoły, gdzie potwory nie dają oddychać, ale początku istnienia w przestrzeni, dzięki której pojmie to, co delikatnie sugerują bohaterowie mrocznych baśni snutych przez umierającą staruszkę. To dwa byty z brzucha zrodzone i w brzuchu chcące pozostać. Miały pecha, gdy wydobyto je na świat; Babce nie udało się ujść cierpieniu, szansę ma Norma, ale nie jest świadoma tego, czy rzeczywiście będzie mogła ją wykorzystać.

„Horror Vacui” to historia opowieści wiodących do samopoznania. Norma dowiaduje się: „Słuchaj, co ci świat opowie. To jedna z najważniejszych prawd o sprawczej mocy człowieka”. Moc, by zmienić zastany porządek świata, znajduje się w nieoczekiwany sposób. To także moc wyzwolenia się z piętna samotności i odrzucenia. Gondek pisze bowiem przede wszystkim o tych samotnych i odrzuconych w różnych pokoleniach i różnie krzywdzonych przez los. Pokazuje jednak, że mają alternatywę. Buduje metafizyczny świat rządzący się swoimi prawami i pozwala stać mu się światem, w jakim zanegowana rodzina nie będzie już potrzebna, zgubiony gdzieś na katechezach z otyłym Księdzem Bóg być może się odnajdzie, a Norma odkryje wszystko to, czego bezskutecznie poszukiwała na zewnątrz. Dlatego sięga do środka. Symbolicznego i niejednoznacznego.

Katarzyna Gondek w ciekawy sposób opisuje obcość. Tą, która każe otoczeniu stygmatyzować innego, ale także obcość względem samego siebie, kiedy nie można poznać, kim jest się naprawdę, do czego dąży i jakie ma oczekiwania. Brzuch stanie się symboliczną przestrzenią, w której będzie i poznanie, i odkupienie, i znajdą się też odpowiedzi na pytania, jakie wciąż zadawane w zewnętrznym świecie, nigdy nie doczekały się odpowiedzi. „Horror Vacui” to proza w gruncie rzeczy przygnębiająca, ale mająca przecież znamiona opowieści oczyszczającej – przynajmniej dla jednej z bohaterek. Osadzona w realnym świecie, wciąż wymyka się temu, co go definiuje. Niejednoznacznym, nasyconym symboliką językiem prowadzi nas ku zagadce bytu, dla którego trzeba stworzyć definicję.

Gondek jest świadoma tego, o czym pisze i w jaki sposób to robi. Zabiera nas w poetycką podróż do wnętrza nas samych. Wskazuje szanse ocalenia dla tych, których brutalny świat skazuje na cierpienie w każdym możliwym wymiarze. Ta książka niepokoi, bo w gruncie rzeczy nie możemy mieć pewności, kto ostatecznie prowadzi nas przez drogę, jaką kroczy Norma. I nie jest to proza, w jakiej można doszukiwać się wrzuconych po omacku tropów bez uzasadnienia tegoż zabiegu. „Horror Vacui” trzeba czytać powoli, rozważnie. To bowiem proza, dzięki której Bogiem może poczuć się ludzka świadomość. Kto kreuje światy w tej książce? Zagadkom u Katarzyny Gondek nie ma końca, choć problemy, jakich dotyka, wydają się przecież oczywiste, wiecznie obecne i wiecznie ciążące, bez możliwości ucieczki od nich. Ta opowieść pokazuje, iż uciec można. Można się ocalić. Można zrozumieć. I można oswoić tytułowy lęk przed pustką…