2018-03-07

„Biała chryzantema” Mary Lynn Bracht


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 6 marca 2018

Liczba stron: 412

Przekład: Janusz Ochab

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Azjatyckie memento

Z omówieniami tego typu książek jest zawsze duży problem. Niewątpliwie ważna tematyka wojennych okrucieństw wobec kobiet w Azji jest tym, co świadczy o wartości tej powieści. Mary Lynn Bracht opowiada o bolesnych doświadczeniach dwóch sióstr rozdzielonych podczas wojny i przeżywających nieopisany ogrom cierpienia. Dlatego „Biała chryzantema” to jedna z bardziej wstrząsających narracji, jakie udało mi się przeczytać. Poza ważnym kontekstem historycznym i istotną rolą publicystyczną jest to jednak rzecz po prostu kiepsko napisana. Główne bohaterki zaprezentowane są jednowymiarowo. Kontrast wyostrza zarówno rysy ich charakterów, jak i wagę doświadczonych traum. Te kobiety cierpią w niewyobrażalny sposób, ale są bardzo statyczne w tym, jak zmagają się z przeciwnościami losu. Bracht stawia na opis cierpienia, ale nie interesuje jej za bardzo psychologiczna złożoność prezentowanych zdarzeń. Niepogłębione są zarówno nakreślane konteksty, jak i postacie drugiego planu; dość kiepsko prezentuje się także emocjonalna sfera tych opowieści. Z mnogości brutalnych zdarzeń wydobywają się bardzo proste konkluzje, a styl opowiadania jest nie tyle uproszczony, ile przede wszystkim słabo odwołujący się do emocji i wyobraźni. Otrzymujemy zatem poruszającą historię opowiedzianą w sposób dość sztampowy. Nie tylko przewidywalny, ale na swój sposób szkolny. Taka ładna, choć przerażająca historia ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Z bohaterkami, nad którymi można zapłakać, ale jednocześnie w uproszczony sposób skontrastowanymi – jedna jest odważna i dzielna, druga zamknięta w sobie i niemogąca dać pozwolenia na to, by skonfrontować się ze swoimi emocjami. Historyczne konteksty robią wrażenie. Bliskość z portretowanymi kobietami już niekoniecznie, bo stale jesteśmy gdzieś obok nich, nie we wnętrzu straumatyzowanej psychiki.

Tytułowy kwiat to symbol koreańskiej żałoby. Wiekowa Emiko nie jest w stanie jej dogłębnie przeżyć. Cały czas skrywa w sobie bolesne tajemnice z przeszłości. A także mierzy się ze wstydem, nie mając tak naprawdę prawdziwego kontaktu z własnym wnętrzem, dzięki czemu mogłaby zdefiniować ów wstyd dokładniej. Emiko przybywa do Seulu, by po raz ostatni wziąć udział w demonstracji mającej na celu wyegzekwowanie uczciwego rozrachunku między Japonią a Koreą w sprawie niezawinionych cierpień kobiet, które w czasie drugiej wojny światowej zmuszane były do świadczenia usług seksualnych japońskim żołnierzom. Chodzi o nabranie wody w usta w jednej z bardziej elektryzujących opinię publiczną spraw. Chodzi o niepisane zasady sankcjonujące wykorzystywanie seksualne Koreanek, które były porywane i pozbawiane wszelkich praw, usługując mężczyznom z wrogiej armii. Taki los stał się udziałem starszej siostry Emiko, z którą staruszka po latach chciałaby nawiązać jakiś kontakt. Nie ma go tymczasem ze swoimi dziećmi. Bracht stopniowo odkryje karty i wyjaśni, dlaczego jej bohaterka utrzymuje córkę i syna w nieświadomości tego, co było haniebną kartą historii ich rodziny. Kolejne pokolenie stara się zapomnieć zarówno o koszmarze drugiej wojny światowej, jak i o koszmarze wojny koreańskiej. Emiko na zawsze została naznaczona obiema tymi wojnami. W jej długim życiu działy się rzeczy niewyobrażalnie okrutne, ale kobieta nauczyła się być wprawna w milczeniu oraz posłuszeństwie. Nie chce, by dzieci były świadome tego, ile bólu w sobie nosi. Nie potrafi zbliżyć się do nich na tyle, by wyrazić, jak bardzo jest dumna, że – w przeciwieństwie do niej – młodzi stale dokonywali własnych wyborów i ukształtowali swoje życie tak jak chcieli.

Niewielki wpływ na kształt swego życia miała pozostawiona przez Hanę Emiko. Dzień, kiedy z plaży zabrał Hanę japoński żołnierz, był jednym z kilku końców, z którymi musiała zmierzyć się młodziutka dziewczyna. Hana miała szesnaście lat, gdy została zmuszona do tego, by udać się z okupantem tylko po to, by ocalić siostrę. Emiko także w tym wieku zrozumiała, czym jest dogłębna samotność. Siostry nie zdążyły się pożegnać. Czego szuka ta młodsza po tak wielu latach od wojennego koszmaru? Czego w czasie wojny doświadczyła Hana i czy jest to w ogóle do opisania, do wyrażenia?

„Biała chryzantema” ściska za gardło. Perypetie Hany to jak wkraczanie w kolejny krąg piekła. Świat widziany oczyma uprowadzonej dziewczyny zaczyna być definiowany przez jej oprawcę i wyzwoliciela jednocześnie. Bracht proponuje nam obraz specyficznej relacji między porwaną koreańską dziewczyną a straumatyzowanym japońskim żołnierzem, którego człowieczeństwo kwestionowane jest tak samo często jak jakakolwiek czytelna definicja relacji łączącej Hanę z Morimoto. Opowieść Bracht staje się dosyć tendencyjna, bo autorka bardzo wyraźną kreską oddziela dobro i zło w człowieku, niemniej zbudowanie niejednoznaczności w wyżej wspomnianych relacjach stanowi ciekawy element powieści. Książki zdecydowanie antywojennej i mówiącej o skali nieopisanego okrucieństwa nie tylko przez pryzmat doświadczeń więzionych kobiet. Bracht pozwala sobie na jasny i klarowny komentarz, gdy opisuje scenę męskiego okrucieństwa. To właśnie robią sobie mężczyźni na wojnie. Tylko tym jest wojna. Bezmyślną i szaloną torturą. Co wówczas, gdy jest to nie tylko tortura ciała, ale odbieranie wolności i tożsamości tylko dlatego, że jest się przedstawicielką tak zwanego wrogiego narodu?

Mary Lynn Bracht komentuje w swojej fikcji literackiej także koreańskie antagonizmy. To Emiko doświadcza bratobójczego okrucieństwa i może je zdefiniować w siatce pojęć starszej siostry, której nie było dane ujrzeć rozpadającej się Korei i momentów, w którym rodak był w stanie pozbawić życia rodaka. Skala kobiecych upokorzeń w tej powieści jest ogromna. Mężczyzna dominuje, zniewala, niszczy, odbiera radość życia. Dychotomia płci czyni z „Białej chryzantemy” powieść chwilami zbyt prostych przesłań, ale jest to niewątpliwie bardzo emocjonalny debiut autorki, która opowiadając historię rozdzielonych i skrzywdzonych sióstr, rozprawia się z bolesnymi sprawami z przeszłości własnej rodziny. Bracht niezbyt dobrze radzi sobie z niuansowaniem nastrojów i emocji, nie potrafi też stworzyć przekonującej bohaterki dynamicznej. Tym niemniej ujmuje bezkompromisowością przekazu swojej książki. Przeraża ogromem przytaczanych zdarzeń, które bynajmniej nie są elementami jej fikcji literackiej. To także ważny i odważny głos w sprawie podmiotowości i tożsamości koreańskich kobiet. Głos w sprawie wojny, która nigdy dla nikogo nie jest wygrana. Samoudręczenie Emiko oraz nadmiernie podkreślana siła woli i chęć przetrwania Hany nie opowiadają historii o wojennych gwałtach w sposób na tyle przekonujący, by pozostał po tej książce ślad inny niż uderzenia opowieściami o niewyobrażalnych zbrodniach. Chciałoby się z tej narracji wydobyć coś więcej niż tylko współczucie. „Biała chryzantema” formalnie rozczarowuje. Jest jednak bardzo czytelną i ważną książką wnoszącą wiele w debatę publiczną o deprecjonowaniu kobiecości – nie tylko w warunkach wojennych.

2018-03-05

Rozmowa z Wiolettą Grzegorzewską

Autoportret zrobiony przed 44. urodzinami

Znacie się z Andrzejem Muszyńskim? Opowiadacie o tych samych miejscach, okolicach Jury Krakowsko-Częstochowskiej, z których się wydobyliście. Ty ruszyłaś w świat, Andrzej pozostał tam, gdzie jego rodzinna miedza.

Nie, nigdy się nie spotkaliśmy, choć wymieniliśmy kilka listów. W przeszłości podjęliśmy pewne wyzwanie dla magazynu „Znak”. Napisaliśmy artykuły o polskiej prowincji, które były odpowiedzią na esej Wiesława Myśliwskiego Kres kultury chłopskiej. Andrzej jest młodszy ode mnie o dekadę i zapamiętał zupełnie inny świat Jury Krakowsko-Częstochowskiej. W pewnej podkręconej językowo powieści opisuje na przykład nalewkę z cytryn. U mnie nalewkę robiło się z niedojrzałych łupin orzecha włoskiego, pędów sosny, dziurawca, bo cytryny były towarem deficytowym. Wychowaliśmy się w tym samym regionie, jakby za miedzą, ale świat mojej wsi był zupełnie inny od tego, o którym opowiedział Muszyński. Jako kilkulatka byłam straszona demonem bebokiem: „Ucisz się, bo przyjdzie bebok i cię porwie”, w świetle popielnika sama czytałam książeczki „Poczytaj mi, mamo” i baśnie z całego świata, dreptałam boso po klepisku, bo w niektórych izbach nie było jeszcze podłogi, zasypiałam na siennikach uszytych ręcznie z worków jutowych, spałam w budce z królikami. Pamiętam, że moi dziadowie, chyba jak w „Konopielce” Redlińskiego, nie lubili jeść żuru, kaszy czy polewki metalową lub aluminiową łyżką, bo jak twierdzili, taka łyżka psuła im smak potrawy i parzyła w język. To był zupełnie inny, bardzo panteistyczny i biedny świat.

A jednak opowiada się o nim w sposób magiczny!

Tak, teraz go mitologizujemy. Ciekawi mnie to, że pisarze pochodzący z prowincji, nie tylko polskiej, bo na przykład amerykańskiej również, opowiadają zwykle o światach swego dzieciństwa językiem poetyckim. Może ich pisanie wzięło się z pieśni, tak jak moje.

„Gugułach” zaintrygowała mnie postać ojca demiurga wydobywającego życie ze śmierci, mistrza oprawiania padliny, jednocześnie ateisty niewierzącego w to, że między życiem a śmiercią jest cokolwiek innego.

Tata nigdy nie preparował padliny. Nadpsute tkanki nie nadawały się do preparacji. Wyprawiał zwierzęta zimą. Na moich oczach dusił schwytane w różne pułapki ptaki drapieżne: myszołowy, błotniaki, pustułki, jastrzębie. Rozkładał na stole gazety i od razu przystępował do skórowania. Musiałam mu pomagać, trzymać koniec sznurka, kiedy je dusił. Odwracałam głowę, żeby na to nie patrzeć. Te piękne, dzikie i wolne ptaki miały ogromną wolę życia. Nie tak jak kury kładzione w niedzielę na pieniek. Tak szaleńczo walczyły o życie, uderzały mnie skrzydłami w policzki, próbowały wyszarpać się z więzów, tak mocno machały skrzydłami, aż wapno odpadało z sufitu prosto na moją głowę.

A kiedy czułaś się przy ojcu dobrze i bezpiecznie?

Lubiłam z nim tańczyć na weselach i zabawach, grać w tysiąca, przeglądać albumy przyrodnicze, słuchać, jak opowiada o swoich wędrówkach po lesie, gra przejmujące melodie na liściach lub na bandżo, lubiłam patrzeć, jak zajmuje się pszczołami. Te owady były do niego tak przywiązane jak ja. Nie żądliły go nawet wtedy, kiedy niemal gołymi rękami, owiniętymi tylko w strzęp firanki, zabierał im miód, przenosił nowe roje do ula, ale po latach mogę powiedzieć, że nie czułam się z nim bezpiecznie.

To od niego – mam wrażenie – Loletka uczy się niepokorności, by konsekwentnie stawać się wędrującą po świecie Wiolettą. Mężczyzna kształtujący tożsamość córki. Jaki ma na nią wpływ?

Ojciec żył tylko czterdzieści dziewięć lat. Był fascynującym człowiekiem. Mogłabym opowiadać o nim godzinami. To z myślą o nim przełożyłam wiersz Seamusa Heaneya „Śmierć przyrodnika” oraz poemat Robina Robertsona „Skórowanie Marsjasza”. Tata był pasjonatem, wędrowcem, samoukiem, ale tak jak go nazwałam w inwokacji, którą opublikowałam w tomie „Orinoko”: był jak ten chrząszcz niemający w języku polskim swojego imienia, po łacinie nazywany Tribolium destructor, który wiedzie żywot we wnętrzu orzecha włoskiego, a w poczuciu zagrożenia niszczy swoje larwy, czyli zwyczajnie je pożera. Tata był demoniczny i destrukcyjny. Raczej Frankenstein niż do dobroduszny Doktor Dolittle.

Co jest najbardziej opresyjne w polskim modelu wychowywania dziewczynek? Nie każda ma odwagę i siłę samostanowienia twojej powieściowej bohaterki.

Wystarczy przystanąć przy polskim placu zabaw, żeby się przekonać, jak są wychowywane dziewczynki. To jest zwykle tresura, a nie wychowywanie: nie wchodź, nie wspinaj się, nie brudź się. Ja mogę powiedzieć, jak to wyglądało u mnie, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Z jednej strony było to wychowanie katolickie, z którego wynikało wiele restrykcji, brak edukacji seksualnej, dorastanie w poczuciu winy, zmuszanie do spowiedzi i rachunków sumienia, a z drugiej prymitywna i wulgarna kultura z wszelkimi odmianami molestowania psychicznego i fizycznego, z którym musiały się zmagać dziewczynki. Mnie właściwie wychowywali dziadkowie. Ich chłopska moralność polegała na takim lawirowaniu, czyli rób, co chcesz, tylko uważaj na to, co ludzie powiedzą, i nie przynoś wstydu rodzinie.

Czy nie jest trochę tak, że poznajesz bohaterkę „Stancji” dopiero wówczas, gdy rozmawiasz o niej w wywiadach? I że spoglądasz na nią z nieco innej perspektywy niż wówczas, gdy opisywałaś jej losy? Mówienie stanowi formę nadpisanego?

Tak, tak jest. Coś sobie obmyślę, a potem okazuje się, że postać i tak mi się wymyka i żyje własnym życiem. I to jest najwspanialsze w pisaniu! Kiedy świat przedstawiony sam się przedstawia. Mnie zdarzyło się nie rozpoznać cytatu z własnej książki. Ktoś wysłał fragment „Stancji” z pytaniem, czy może wykorzystać go w eseju, a ja nie mogłam uwierzyć, że sama to napisałam. Albo taka sytuacja. Pewien mężczyzna zagaił mnie podczas warszawskich targów książki, że znał ojca Pana Kamila, jednego z bohaterów „Stancji”: – Wiem, w jakiej kopalni zginął jego ojciec – powiedział. – A to jego ojciec zginął w kopalni? – zapytałam.

A jakie najbardziej zaskakujące cię pytanie usłyszałaś na spotkaniu autorskim?
fot. Joanna Sidorowicz

Byłam bardzo zaskoczona, kiedy w „Metrze”, takim brytyjskim brukowcu, ukazała się recenzja „Guguł” ze zdjęciem prosiaka, a w notce angielskiego poczytnego i szanowanego magazynu literackiego ktoś stworzył biogram na podstawie przygód mojej bohaterki i napisał, że moja rodzina trzymała indyki w klatce pod stołem, kaczki pod drabiną prowadzącą na strych, że hodowała świnie w chlewie. Jeden z amerykańskich studentów zapytał mnie, czy krawcowa naprawdę ujeżdżała kukłę swego męża i czy mogłabym to wyjaśnić.

Wioletta celowo nie wchodzi w głębsze relacje, bo wie, że jest w Częstochowie tymczasowa? Czy to może taki etap zbierania doświadczeń i opowieści innych bez przywiązywania się do nich?

Relacje Wioletty Rogali ze światem są dość skomplikowane i nieoczywiste. Minęło pół roku od premiery, a ja wciąż nie potrafię ich wytłumaczyć. Chciałbym, aby czytelnik po swojemu sobie wszystko zinterpretował. Cieszy mnie to, że tak szybko sprzedał się cały nakład i są planowane dodruki. Nie ma lepszej wiadomości dla autora niż ta, że jednak ma swoich czytelników.

W „Stancjach”, ale i w „Gugułach” jest sporo melancholii. Towarzyszy ci też w codziennym życiu?

Zdarzają się mi takie tygodnie w czasie wilgotnych, mrocznych zim w Anglii – pogrążam się w melancholii. Nie ukrywam tego. To są dość twórcze, samotne i świadome okresy, w których zwykle piszę. W kapitalistycznym świecie człowiek nauczył się wypierać emocje. Nie możesz okazywać smutku, lęku, bólu, wściekłości, bo wtedy jesteś mniej produktywny i zarażasz tym innych. Pamiętam, jak władze próbowały tłumić w tamtym roku emocje po różnych zamachach terrorystycznych. Kapitalizm wie, że melancholia może być pierwszą oznaką oporu. Pogrążasz się w smutku i wytrącasz się z systemu. Świat urządzony przez chicagowską szkołę ekonomiczną jest dla uśmiechniętych, bezproblemowych, ładnych oraz elegancko ubranych i wreszcie umundurowanych.

A jest w nim miejsce dla wrażliwych?

Wrażliwcy zawsze, nawet w czasach późnego kapitalizmu, znajdą swoje enklawy czy heterotrofie, na przykład w sieci, tam na Facebooku lub w bibliotece. Myślę, że sieć blogów książkowych jest jedną z takich subkultur i bywa formą ucieczki. W przyszłości tylko kreatywnych wrażliwców nie będą mogły zastąpić maszyny, więc staną się oni towarem deficytowym. Ktoś będzie musiał twórczo myśleć i ewokować emocje, choćby na potrzeby reklamy.

Stancje” wydobyły się z „Guguł” i mam wrażenie, że z nich może powstać trzecia narracja. Myślałaś o takim tryptyku egzystencjalnym jednej bohaterki? Oswajanie Hektarów, ruszenie w drogę, odnalezienie celu – taką mam fantazję.

Niesamowicie to wyczułeś, bo ja już na początku tego wieku, to znaczy wiele lat przed premierą pierwszej części, planowałam tryptyk jurajski. „Guguły” były najłatwiejsze do napisania. Wybrałam formę gawęd. Wcieliłam się w rozgadaną, pyskatą, żywiołową, wszędobylską i wrażliwą dziewczynkę. W „Stancjach” wchodząca w dorosłość bohaterka, która opuściła dom rodzinny, milknie. Pisząc tę książkę, próbowałam odtworzyć z pamięci swój dziennik, który prowadziłam w trakcie częstochowskich studiów filologicznych. Zrekonstruowałam przygody w krótkich scenach, jakbym pisała dramat czy scenariusz filmu. Tytuł odnosi się do treści i formy. „Stancje” są chronologicznie poukładanym zbiorem migawek, często zakończonych wierszem zapisanym bez łamania na wersy. Zaraz to udowodnię, cytując kilka takich puent z różnych rozdziałów:
Na jej widok skaczę w płomienie.
Za horyzontem wzbierał ocean.
Nasze usta spotykają się w ciemności.
Słońce nad polami zachodziło rdzą.
Na jej szyi krzyżyk połyskiwał jak wyliniała z larwy jętka.
Dziś, po sierpniowej premierze, czuję niedosyt. Myślę, że tych scen napisałam za mało. Zaprosiłam czytelnika do świata Wioletty Rogali, ale nie pozwoliłam mu się tam rozgościć.

A jak piszesz?

Bardzo powoli. Męczę każde zdanie. Po publikacji dwóch książek prozy mam świadomość, że popełniam ten sam błąd. To znaczy za bardzo kondensuję treść. Myślę, że nie mam dystansu. Pracuję w samotności, po nocach. Kiedy piszę, z nikim niczego nie konsultuję, nikomu nic nie wysyłam, a potem, w procesie obróbki książki, zapominam o uzupełnieniach. Widziałeś, ile nazwisk wymienią amerykańscy pisarze w podziękowaniach? W powieści Margaret Atwood „Oryks i Derkacz” wszystkie nazwiska osób, które były jej pierwszymi czytelnikami, specjalistów w danej dziedzinie, asystentek, opłaconych bibliotekarzy nie zmieściły się w podziękowaniach i pisarka musiała założyć specjalną stronę, aby je wymienić. Ja nie mogłam liczyć na taką pomoc. Moja zaliczka wystarczyła na opłacenie dwóch czynszów za wynajęty dom we wschodniej Anglii i kilku rachunków za prąd.

Czy w relacji pisarz-wydawca ten pierwszy może czuć się osamotniony, porzucony?

Nie wiem, czy to powiedzieć, bo mi się za to oberwie, ale co tam. Moja znajoma zrezygnowała z pracy translatorskiej, bo zatrudniona na cały etat na poczcie nie wytrzymała presji związanej z łączeniem pracy zarobkowej i artystycznej. Tych spraw nie da się pogodzić. Rozumiem to. Też nie dawałam rady tak żyć i pewnie wkrótce, kiedy ucichnie szum związany z moją nominacja do Bookera, znów zacznę się miotać. My, pisarze, tłumacze, redaktorzy, pozwoliliśmy zamienić się towar. W ubiegłym roku mocno tego doświadczyłam zarówno w Polsce, jak i Wielkiej Brytanii. Zaproszona przez pewne wydawnictwo na trasę promocyjną, pracowałam trzy dni bez przerwy, codziennie od ósmej do późnej nocy. Sama się na to zgodziłam, bo myślałam, że jest to konieczne, że w innym wypadku moja powieść się nie sprzeda i znów będę zmuszona do pracy w fast foodzie, hotelu czy kawiarni. Miasto, w którym wówczas przebywałam, widziałam tylko z okien taksówek. Mam słabe zdrowie i w końcu tego nie wytrzymałam, poczułam się tak wyczerpana, że w ostatnim dniu zasłabłam i zrezygnowałam z kilku wywiadów oraz spotkań w radiu. To trudne doświadczenie, które dało mi do myślenia. Media wykorzystują za darmo mój wizerunek i słowa, nie płacąc mi za nic. Wszyscy szarlatani, którzy zajmują się nami, agenci, specjaliści od imaginistki powtarzają, że takie działania są konieczne dla promocji książki. Dlatego teraz postanowiłam na chwilę się zatrzymać i pomyśleć, co dalej.

Powiedziałaś Oldze Wróbel, że motywami wody w „Stancjach” chciałaś nawiązać do „Odysei”. Wit Szostak w „Zagrodzie zębów” dał przed tobą wyraz temu, iż „Odyseja” ze swym szeroko pojętym motywem powrotu jest jedną z książek jego życia odczytywaną na nowo.

„Odyseja” jest jedną z moich ulubionych książek, którą wciąż podczytuję. W pieśni jedenastej Odyseusz dociera do krańców oceanu, gdzie znajduje się kraina zmarłych, gdzie lud żyje w wiecznej ciemności, gdzie Odys spotyka duszę swojej matki.
Był taki polski krytyk Ryszard Gansiniec. Nie wiem, czy dobrze zapamiętałam jego nazwisko. No i ten Gansiniec, który, muszę dodać, pisał na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku, uważał, że Odys jest nieboszczykiem, że zginął w bitwie trojańskiej, a „Odyseja” jest tak naprawdę opowieścią o zmarłym, który z krańca mórz wraca do żywych, aby wymierzyć sprawiedliwość.
Chyba nie potrafię powiedzieć, dlaczego w mojej prozie jest aż tyle motywów wody. Może chodzi o to, że wszystkie książki pisałam w specyficznych miejscach, nad morzem czy nad wielką rzeką. „Guguły” powstały na wyspie Wight, która nazywana jest lądem dinozaurów, starców i duchów. Spędziłam tam aż dziesięć lat i moja wyobraźnia przesiąkła widokami morza, kanału La Manche, cieśniny Solent, wszelkich zatok i delt.

Z psem Leo nad Tamizą
Oswoiłaś wodę?

Na początku, jako szczur lądowy, który w Polsce widział morze tylko kilka razy, miałam chorobę morską, ale szybko mi to przeszło. Kilkadziesiąt razy pływałam z portu East Cowes do Southampton, skąd wypłynął słynny liniowiec Titanic; z portu Ryde do Portsmouth, gdzie urodził się autor „Wielkich nadziei”. Od osiemnastego roku życia wciąż żyję na walizkach i jestem w podróży. Jakby powiedział Odys, na włóczęgę żywot tracę. Teraz mieszkam nad deltą Tamizy, w strefie wysokiego zagrożenia powodziowego. Tam był kiedyś teren bagienny, po którym zostały zardzewiałe tabliczki ostrzegawcze. Rzeka wylewa tu co kilka lat. Podczas odpływu rozlewiska budzi mnie zapach gnijących wodorostów, jakbym zasypiała w kompoście. Do snów przenikają mi sygnały promów.

W twojej twórczości chodzi chyba bardziej o tę archetypową podróż niż powracanie?

Tak, zdecydowanie. Itaką są moje Hektary, ale ja tam nie powracam, tylko stamtąd wciąż uciekam. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że w prozie aż trzy razy posłużyłam się metonimią wieloryba. W „Gugułach”, w pierwszym rozdziale, Loletka opowiada o wielorybie, który popłynął do chmur. „Zatrzymałam się dopiero przy straganie z dmuchanym srebrnym wielorybem. Wieloryb nie mógł odpłynąć do chmur. Słońce złapało go w fioletowe i czerwone kręgi, oślepiło mnie i piekło w policzki”. W kolejnych rozdziałach dziewczynka podczas burzy bawi się w ciemnej sieni w Jonasza, który przebywa w brzuchu wieloryba.
„Stancje” też rozpoczynam taką wodną sceną. Moja bohaterka chcę wypłynąć, choćby na suchy przestwór oceanu. Kolejny raz posłużyłam się tym samym chwytem, to znaczy autobus zamieniałam w akwarium, a tłum w autobusie w zdychającego walenia.

Nominowanie twojej książki do Bookera to wielki sukces i moja prywatna radość. Uważam – tak jak Kasia Tubylewicz – że większość polskich narracji jest nieprzetłumaczalna dla świata ze względu na lokalność swojego przesłania i eksperymenty formalne. U ciebie treść i przesłanie są również ukłonem ku czemuś lokalnemu, ale zagraniczna krytyka literacka i czytelnicy odnaleźli się w tym. Jak myślisz, co pomogło tej książce, że ją dostrzeżono za granicą?

Dziękuję. Wciąż trudno mi pojąć, dlaczego akurat ta książka znalazła tylu czytelników na świecie. Czymś musiały ich ująć te przygody dziewczynki dorastającej na prowincji w czasach socjalizmu. Może zmysłowy konkret świata, którego już nie ma? Światło popielnika, migotanie świętego źródełka, pachnący miodem lep na muchy, szelest podomki, zapach żuru w sieni… Właśnie dowiedziałam się, że przed Wielkanocą kilka rozdziałów tej książki, w przekładzie Renate Schmidgall, wyemituje Westdeutscher Rundfunk Köln, jedna z największych państwowych rozgłośni radiowych w Niemczech. Pewne książki trafiają na swój czas. Myślę, że „Guguły” zawdzięczają swój sukces przede wszystkim wybitnemu przekładowi Elizy Marciniak.

Wielka Brytania jest twoją stancją czy domem? Opowiedz o swojej tożsamości emigrantki.

W Wielkiej Brytanii zbliża się brexit, więc jestem nieco zdezorientowana. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Jestem też chyba na etapie jakichś wewnętrznych przemian. Jedno mogę powiedzieć na pewno. Czuję się wykorzeniona, ale moja tożsamość kobiety zyskała na tej przeprowadzce do Anglii.

Dlaczego?

Nikt tu nie wtrąca się w moje życie. Mogę funkcjonować, rozwijać się w poczuciu wolności. W Polsce prawdopodobnie żyłabym pod presją społeczną, wbrew sobie i swoim przekonaniom religijnym musiałabym ochrzcić córkę, posłać ją do komunii i tak dalej.

Czy jest szansa lub możliwość, że kiedykolwiek wrócisz do Polski?

Wątpię, żebym wróciła do Polski. Choć bardzo tęsknię za tym krajem, to jednak po kilkunastu latach mieszkania w wielokulturowym społeczeństwie czułabym się tam jak emigrantka do kwadratu.

Kiedy emigracja może być początkiem nowego życia, a kiedy pułapką utkwienia w czymś opresyjnym i rozczarowującym?
Na wieży Spinnaker, Portsmouth

Wielu przyjezdnych udaje, że tak naprawdę nie wyemigrowało. Zamykają się w świecie pobratymców i to jest problem. Znam ludzi z Londynu, którzy zupełnie nie integrują się z Brytyjczykami, kupują jedzenie tylko w polskich sklepach, mają polskie przychodnie, pracują i przebywają na co dzień tylko z Polakami. Tworzą sobie iluzoryczną Polskę i takie życie w końcu okazuje się dla nich pułapką.

Zmieniając swoje zdjęcie profilowe na Facebooku, napisałaś o swym wieku i dodałaś, że nigdy nie czułaś się lepiej. To bardzo budujące i chciałbym się dowiedzieć więcej.

Wspomniałam o tym pod koniec ubiegłego roku. W tamtym dniu, tuż przed czterdziestymi czwartymi urodzinami, chciałam sobie uświadomić coś ważnego. W pierwszej dekadzie nowego wieku dzięki mojej pracy i mojemu uporowi spełniły się wszystkie moje marzenia, i to z nawiązką. Zawsze chciałam pisać, ale nigdy nie przypuszczałam, że dzięki temu zajęciu polecę za ocean, do Nowego Jorku, Los Angeles, że z lotu ptaka zobaczę Kalifornię, będę się włóczyć po Chinatown w Kanadzie i nad Zatoką San Francisco, że wpadnę kiedyś do Toronto, gdzie przy okazji nominacji do poetyckiej nagrody Griffina przeczytam wiersze przed tysiącem ludzi.

Bliższa jest ci poezja czy proza? Jako autorce i jako czytelniczce.

Nie ma dla mnie znaczenia, czy piszę prozę, czy poezję. Choć ostatnio zupełnie zdominowała mnie ta pierwsza. Ostatnio czytam przede wszystkim powieści amerykańskie, aby podszkolić warsztat pisarski. Może i większość z tych książek to wydmuszki, które przeczytasz i po miesiącu zapomnisz, ale jednak jak sprawnie zrobione wydmuszki. Weźmy na przykład powieść Donny Tartt „Mały przyjaciel”. Dla jednej mistrzowskiej sceny pokazującej, jak dzieci w letnie popołudnie polują na węże, warto było przeczytać ponad sześćset stron. Nigdy tej sceny nie zapomnę, bo sama tak polowałam nad rzeką. Tylko moje węże nie były śmiertelnie jadowite. Oto kryminał, z którego na końcu dowiesz się – uwaga, spoiler – że ten, który miał zabić, jednak nie zabił, i to wszystko. W sumie fajne zgrane. Czytasz, aby się dowiedzieć, że tak jak życiu, nie otrzymasz odpowiedzi na żadne pytanie i wiecznie jesteś robiony w bambuko.
Najgłębszą formą czytania poezji jest praca translatorska. Ja w przerwach między pisaniem książek tłumaczę sobie wiersze z języka angielskiego.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

2018-03-02

„Moja córka komunistka” Agnieszka Wolny-Hamkało

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 17 stycznia 2018

Liczba stron: 296

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: O tożsamości

Agnieszka Wolny-Hamkało po raz trzeci próbuje swych sił jako prozaiczka. Omawiając jej poprzednią książkę, zaznaczyłem, że sposób pisania autorki jest na tyle rozpoznawalny, iż wystarczy kilka zdań, by wiedzieć, że to ona. Tym razem, w nowej książce, było trochę inaczej, ale o tym napiszę za chwilę. Na początku jednak chciałbym zauważyć, jak niesłychanie odważne i ambitne zadanie stawia sobie po raz kolejny osoba zanurzona bez pamięci w innym wymiarze słowa. Określenie tego wymiaru poetyckim to wielkie uproszczenie. Chodzi mi o to, że widzę, czuję to, z jaką konsekwencją i uporem Agnieszka Wolny-Hamkało próbuje opowiadać – siebie i swoje bohaterki – inaczej, w innym rejestrze, a przecież z tą samą wrażliwością. Po lekturze trzeciej powieści wrocławskiej poetki odnoszę trochę wrażenie, jakby znajdowała się w symbolicznej sieni, w której umieszcza swą bohaterkę – dziewczynkę z „Mojej córki komunistki”. Sień dla dorastającej Anny to przestrzeń między tym, co znane i oswojone w domu, a tym, co czeka na nią na zewnątrz. Ta książka opowie o tym, jak dziecko wydobywa się z rodzinnej sieni i staje odpowiedzialną za swe wybory kobietą. Moja córka komunistka” to także świadectwo tego, z jaką pewnością autorka mierzy się z prozą. Ta droga wydaje mi się dużo bardziej ciekawa niż u Anny Janko. A może po prostu jest inna. Bo Wolny-Hamkało pisze w naprawdę niepowtarzalny sposób.

Dlaczego nie rozpoznałem znajomej mi już frazy? Może dlatego, że ta ogólnie deklaratywna narracja na początku jest narracją stricte opisową. Tonącą w przymiotnikach, ale jednocześnie bardzo plastyczną. Poznajemy lata dzieciństwa głównej bohaterki, jej zmaganie się z niesprecyzowanymi kształtami świata i niejasnymi intencjami ludzi, którzy ten świat jej budują. Siedmioletnia Anna widzi śmierć sarny. Potem przygląda się coraz to nowym przejawom życia. Chłonie je, doświadczając na przemian czułości i rozczarowań. Opowiadając ten etap życia bohaterki, Wolny-Hamkało zbliża się trochę do poetyki „Guguł” Wioletty Grzegorzewskiej. Potem jednak jest już całkowicie rozpoznawalna w swej oryginalności. Oswojona w języku dzięki dwóm poprzednim książkom. Opowiadająca wyjątkową i inną od dwóch pozostałych historię.

Dlaczego? Zarówno Ewa z „Zaćmienia”, jak i Ada z „41 utonięć” nie posiadały skonkretyzowanej tożsamości. Były hybrydami emocji i myśli, były niejako tłem wydarzeń, nie stanowiły o ich kontekście. „Moja córka komunistka” to konsekwentna proza o budowaniu tej tożsamości. Anna idzie przez życie z wieczną ciekawością, nienasyceniem, z potrzebą eksperymentowania – chce doświadczyć jak najwięcej i unieść wagę tych doświadczeń, nazywając je po swojemu. Dlatego kiedy Wolny-Hamkało żegna swą bohaterkę z jej dzieciństwem, książka zmienia się też strukturalnie. Nie upodabnia do poprzednich, ale w pewnym stopniu jest ich kontynuacją. Zwłaszcza obrazując środowisko artystyczne, z którym rozprawiało się już „41 utonięć”.

To nie jest jednak powieść diagnozująca ludzi sztuki, choć oczywiście tacy znajdują się wokół Anny i właściwie są nieodłączną częścią świata, do którego chce się dostać, którego czynną uczestniczką chce być. Ważni są mężczyźni jej życia i relacje, jakie z nimi tworzy. Romans, związek na całe życie. Nieustanne napięcia między płciami i ich wspaniałe kompromisy. Dla mnie jednak najważniejsi stają się ci oddaleni albo nieobecni. Rodzice Anny. Ojciec, który czule nazywa ją określeniem z tytułu. Zabierający na plan filmowy, by pokazać, że z rzeczywistości można wykreować coś więcej, nadać jej nowe znaczenia, określić nowe drogi postrzegania różnych zależności. Ojciec zawsze był na drugim planie, ale pozostał blisko. Tajemniczą nieobecną jest matka. Uciekająca w religię, a potem ku lepszemu życiu na północy. Opuszczająca i pozostawiająca niedopowiedzenia. On – samotny i oddany córce. Ona – laborantka, która przeanalizowała dotychczasowe życie i zdecydowała się na zmiany. To był dobry, ciepły dom. Anna wydobyła się z niego bezboleśnie, choć na pewno uwierała ją wieczna nieobecność. Wkraczając w życiową sień, oddawała lęki czasowi przeszłemu. Przestała się bać cienia czy tego, że ktoś ją zje. Zaczęła łapczywie połykać życie. Artystyczne, wyzwolone, niepozbawione druzgoczących chwilami elementów prozy życia. Zawsze jednak świadome i pełne. Tak, „Moja córka komunistka” to opowieść o formowaniu się silnej tożsamości, która często musiała stanąć w opozycji do czegoś, by wypracować szacunek do siebie. Wolny-Hamkało opowiada o latach dorastania, po których nadeszły lata względnej stabilizacji, ale mimo wszystko ciągłego i uporczywego poszukiwania innych znaczeń tego, co dookoła. Bo przecież „życie jest niewyobrażalne” i ta książka jest w gruncie o tym, czego nie można opowiedzieć, a co musi zrodzić się w wyobraźni czytającego.

Podoba mi się to, że autorka w swoich książkach poszukuje nowych asocjacji, wciąż eksperymentuje, jest odrobinę ekscentryczna i buduje narracyjne gry słowne. A także tworzy sytuacje, których pierwowzorów poszukuje się w realnym świecie. Wolny-Hamkało zaprzecza, by była to powieść autobiograficzna. Wyznawała jednak, jak ciężko nad nią pracowała, i jak wiele czasu jej poświęciła. Myślę, że ogrom wspomnień miał na tę rzecz duży wpływ. Anna nie pożegnała się ze swoimi, nie zniszczyła ich w sobie jak niszczono stare instrumenty na jej oczach w obecności ojca. Anna to już nie jest symbol, idea, to nie jest pewien konstrukt myślowy czy lingwistyczna igraszka narracyjna. Anna skądś się wydobyła. Jest z krwi, kości i swej wrażliwości. Docenia każdy aspekt artyzmu, ale wie, jak łatwo stać się tylko artystycznym prowokatorem. „Moja córka komunistka” na pewno ukrywa przed nami to, co było osobiste w jej tworzeniu. Jest jednocześnie wyjątkowo spójną i chyba najlepszą jak do tej pory powieścią Agnieszki Wolny-Hamkało. Specyficznie czułą i też w charakterystyczny sposób bardzo subtelną. Ujmuje mnie pisanie autorki. Łącznie z jej niefrasobliwością obecną już od „Zaćmienia”, gdy prowadziła bohaterkę w Krakowie okrężną drogą z Rynku Głównego na Kazimierz, a tutaj fado wkłada w usta Hiszpana, nie Portugalczyka, a „Aleję gwiazd” każe śpiewać Urszuli, nie Zdzisławie Sośnickiej. Bardzo dziękuję za to trzecie spotkanie z wyjątkowym pisaniem. Nie należy brać bohaterki ani samej autorki zbyt serio i odbierać książki nad wyraz poważnie – choć mówi chwilami o śmiertelnie poważnych sprawach. Należy poszukać w niej siebie, odrobiny własnej wrażliwości. Wolny-Hamkało daje zawsze ten wspaniały margines interpretacyjny. I tym razem nie zawodzi.

2018-02-28

„Pierwszy bandzior” Miranda July

Wydawca: Pauza

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 336

Przekład: Łukasz Buchalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Odkryć siebie

Zacznę może od tego, komu nie przypadnie do gustu powieść Mirandy July. Na pewno czytelnikom bez poczucia humoru. Oczekującym spójnej i niezaskakującej fabuły. Zwolennikom przekonania, że role społeczne porządkują rzeczywistość i w te nam wyznaczone należy wrosnąć. Przekonanym o tym, że kobiece pragnienia erotyczne są ograniczone. Uwaga! Bohaterka będzie marzyć o zrobieniu na kogoś kupy albo operowaniu sprawnym penisem. Co dalej? July odrzucą ci, którzy lubią prozę wysublimowaną. W ładnych zdaniach, bez nadmiaru groteski oraz ironii, bez zaskakującego tempa, które nie każdy może znieść i unieść. Pierwszy bandzior” to powieść wywrotowa, zaskakująco dobrze obalająca mity oraz stereotypy, drapieżna i kontrowersyjna, ale przede wszystkim dynamiczna oraz wyraźna. July opowiada o tym, jak trudne i zarazem możliwe jest zdefiniowanie siebie i wyjście naprzeciw swoim oczekiwaniom. Portretuje neurotyczkę, która późno, lecz zaskakująco trafnie określa, czego oczekuje od życia. Nakreśla niezwykłe relacje, których charakter zmienia każdy kolejny rozdział. Ile w tym wszystkim zmyślenia, ile absurdu, ile bolesnej prawdy o ludzkich ograniczeniach? Czyta się świetnie, ale jest ryzyko zagubienia się w rollercoasterze emocji i zdarzeń. Autorka drwi nie tylko z utartych schematów klasycznych powieści obyczajowych. Przede wszystkim stawia pod pręgierzem instytucjonalność nakazującą nam odgrywanie ról zdefiniowanych przez status społeczny czy płeć. „Pierwszy bandzior” to proza nasycona mocnym ładunkiem. Można dostać mocno w twarz jak główna bohaterka. Po to tylko, by ujrzeć i zrozumieć siebie w innym świetle.

Poznajemy Cheryl, gdy przybywa na sesję terapeutyczną specjalisty poleconego przez kolegę z pracy, w którym skrycie się durzy. Zawodowo zajmuje się samoobroną kobiet, ale czy potrafi obronić się przed samą sobą? Cheryl przekroczyła czterdziestkę i zasadniczo źle jej samej. Dom uznaje za twierdzę, gdzie panuje system niebrudzenia i niebałaganienia. W codziennym życiu bohaterki nie jest już tak sterylnie. Cheryl pielęgnuje swoje lęki oraz neurozy, nigdy nie dopuszczając do siebie tezy o tym, że jej myśli nie są rzeczywistością. Tonie w smutnym sentymentalizmie przełamywanym dynamicznym działaniem. July nie proponuje nam żadnej diagnozy osobowości bohaterki. Musimy ją zaakceptować taką, jakiej nie akceptuje sama siebie. Dopiero wtedy zaczyna się frajda czytelnicza, gdy dostrzegamy, ile nowego o swojej osobowości Cheryl dowie się z ulgą, a ile z przerażeniem.

Adorująca potajemnie Phillipa kobieta uznawana jest przez niego za wzór wyemancypowania. Tymczasem Cheryl gubi się w świecie wolności, który wypracowała wokół siebie dość fasadowo. Wszystko, co było przez nią oswojone, rozpada się, kiedy poznaje prawdę o oczekiwaniach Phillipa, ale przede wszystkim przyjmuje pod swój dach młodziutką Clee, córkę pracodawców. Clee jest „opaloną blondynką wielkiego formatu”, ale Miranda July kwestionuje każdą oczywistość i każde przewidywanie, w związku z tym jej bohaterka absolutnie nie będzie taka, jak być może postrzegają ją odwracający się na ulicy mężczyźni. Clee zawłaszcza dom Cheryl. Gospodyni staje się bezradna wobec jej grubiaństwa i bezkompromisowości. Musi powalczyć nie tylko o swoje cztery kąty. Musi podjąć z Clee specyficzną grę. Jej finałem będzie coś zupełnie nieoczekiwanego dla Cheryl, ale czy gdziekolwiek napisałem, że July proponuje nam przewidywalną powieść?

Podoba mi się to, z jaką lekkością pojawiają się tu sytuacyjne oraz słowne absurdy, a także pewność oraz konsekwencja, z którymi autorka prowadzi nas przez swój ekscentryczny świat przedstawiony. To świat widziany oczyma Cheryl, przez pryzmat jej niezadowolenia, buntu, potem podążania za odkrytymi właśnie potrzebami. Relacje między bohaterami są bardzo napięte. Clee wydobyła się z domu, w którym nikt nie tłumił emocji. Cheryl uczy się te emocje nazywać w bezpośredniej konfrontacji z dwudziestolatką. Dodatkowo ma jeszcze jeden front wojenny, którym są rozmowy z terapeutką. Zaskakujące i prowadzące do nieoczekiwanego finału. To w gabinecie terapeutycznym Cheryl dowie się, iż fundamentem właściwie funkcjonujących relacji ma być porozumienie między stronami, które czasem warto spisać. Co i w jaki sposób kieruje nami w postrzeganiu drugiego człowieka? Kiedy jesteśmy wściekli na siebie, a kiedy na tę drugą osobę w nieprzystającej relacji? July prowokuje i dokłada do pieca – jest coraz bardziej energetycznie, gdy Cheryl przechodzi z roli do roli. Nie takiej narzuconej przez innych, ale takiej, jaką świadomie wybiera. Bo człowiek to zmienność. Kobieta to zmienność wyjątkowa. Nie chodzi o feminizujące przesłanie tej powieści. Chodzi bardziej o to, że Miranda July zdobywa się na takie rejestry narracyjne, które jednocześnie kwestionują wiarygodność bohaterek i czynią je chwilami takimi swojskimi, do pełnej akceptacji.

„Pierwszy bandzior” to przewrotna opowieść o tym, jak osiągnąć życiowe cele, oraz o ludziach z naszego otoczenia, którzy rzadko kiedy właściwie odczytują nasze intencje. July traktuje stosunki międzyludzkie jako specyficzną przestrzeń zamieszania i chaosu, z której uważny czytelnik ma wydobyć jakąś jasną treść. Jacy jesteśmy – dla siebie i dla innych? Dlaczego krzywdzimy – siebie dużo bardziej niż innych? Kto lub co ustala nam nieszczęśliwe priorytety i co stanie się, gdy zmieciemy je doszczętnie z życiowego horyzontu? To powieść o utajonej złości oraz rozczarowaniach. Jednocześnie historia zaskakująca ciepłem i empatią w portretowaniu najbardziej czułych oczekiwań wobec życia. July opowiada o bezpośrednich konfrontacjach, ale daje także duże pole do działania wyobraźni tych, którzy chcą widzieć relacje ludzkie jako dość ekscentryczne. Bo prawie wszystkie takie są, ale trzeba mieć śmiałość i narracyjny pazur, by to pokazać. Amerykańskiej autorce udaje się to doskonale. Dlatego „Pierwszy bandzior” to niezwykle plastyczna książka pozostająca w pamięci na długo. Kumulacja wyrażanych i niewyrażanych emocji czyni z tej powieści bombę z opóźnionym zapłonem. July konsekwentnie zmierza do satysfakcjonującego nas zakończenia, ale cały czas zadajemy sobie pytania o to, co dzieje się wokół, czego naprawdę doświadczamy i jakie to wszystko ma rzeczywiste oraz symboliczne odniesienia do kwestii człowieka osadzonego w płci, kulturze, tkance społecznej i skomplikowanych relacjach z najbliższymi. Warto czytać książki dyskusyjne, a „Pierwszy bandzior” to jedna z nich. Zabawna, przejmująca, zaskakująco uczciwa wobec czytelnika. Manipulująca uwagą i stopniująca napięcie niczym w dobrej sztuce teatralnej. July pisze tak, że pochłania całkowicie. Każdego, kto zdecyduje się ją przeczytać, uwalniając umysł od wszelkich ograniczeń.


PATRONAT MEDIALNY

2018-02-26

„Wstyd” Iga Zakrzewska-Morawek

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 7 lutego 2018

Liczba stron: 328

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Grzechy nasze dziedziczne

Dynamiczna fraza stu dwudziestu pięciu krótkich rozdziałów składających się na „Wstyd” przypomina dokonania pisarskie Sylwii Chutnik i Zośki Papużanki, ale Iga Zakrzewska-Morawek prezentuje się tu w bardzo osobliwym stylu, proponując nam specyficzną polifonię ludzi naznaczonych traumami z przeszłości. Uważność, dbałość o detale, szczegółowość obserwacji i zaskakujące porównania – styl „Wstydu” na pewno jest wyróżniający, bo to w języku i poprzez język autorka oddaje wszelkie ułomności emocjonalne, wszystkie naznaczone bólem wspomnienia i marzenia, których nie można spełnić, choć bardzo by się chciało nie popełniać błędów toksycznych rodziców. „Wstyd” jest między innymi o tym, że całe życie dźwigamy ciężar tych błędów, bezskutecznie usiłując uwolnić się od wychowawczych porażek. To opowieść o tym, że matka i ojciec wypalają się stygmatem na skórze i w świadomości. Że trudno jest wyprzeć pomyłki tych, którzy powinni prowadzić przez życie, a nie czynić je niemożliwym do zniesienia. Zakrzewska-Morawek prezentuje bohaterki z krwi i kości, które cierpią do wewnątrz, na zewnątrz pozostając czujne i gotowe albo do walki, albo do kompulsywnej ucieczki. W świetnie dynamizowanej frazie opowiada o poczuciu wyobcowania i o tym, jak niezmiernie trudno jest zbudować tożsamość w opozycji do rodziców. To także książka o odrzuceniu, trudnym macierzyństwie i potrzebie wyrażenia swoich lęków w najprostszy z możliwych sposobów. O trudnych więziach i o zaskakujących relacjach. Zmuszająca do koncentracji, by nie pogubić się w poszczególnych scenach tej wielogłosowej opowieści.

Zośkę matka napełniała jedzeniem. Nic nie mogło się zmarnować. Nie miało znaczenia to, czy córka ma apetyt, czy nie. To tylko jeden z przejawów przemocy emocjonalnej i spartańskiego wychowania, w którym Zośka nie miała czasu na dziecięcą beztroskę. Kiedy rodzi, a potem wychowuje córkę, chce przede wszystkim, by była ona normalna. Nie zamierza powielać schematu zachowania matki, a jednak dojrzewa do trudnego macierzyństwa. Zośka chciałaby pobiegać nago po polu rzepakowym albo zrobić jakąś inną szaloną rzecz, która oderwałaby ją od przykrych wspomnień związanych z matką i codziennego życia u boku męża oddalającego się zarówno od Zośki, jak i od swojego dziecka.

Bosa poznaje ją, gdy odwiedza sąsiadkę Zośki. Wiekowa Fryda domaga się płatnej opieki po to, by zachować resztki godności w obliczu starości, której różne definicje poznaje Bosa. Tak jak poznawała wzory matematyczne, z których odpytywał ją nocami pijany ojciec. Ten, co zaciskał zbyt mocno gumkę na włosach, blokując też umysł córki. Mówiący, że dziewczyna nie osiągnie niczego nadzwyczajnego. Że ma się mu bezwzględnie podporządkować, a potem pokornie iść przez życie, nie oczekując od niego zbyt wiele.

Marta nie oczekuje już niczego. Zmaga się z najmroczniejszymi demonami spośród całej trójki bohaterek, ale może wynika to z tego, że – w przeciwieństwie do Zośki oraz Bosej – nikomu nie pozwala zbliżyć się do siebie. Projekcje jej wyobraźni czynią ze „Wstydu” lekturę przesyconą trudnym do zniesienia napięciem, ale straumatyzowanie Marty ma tu szersze znaczenie. Trzeba uważnie czytać tę powieść. Znaleźć coś, co łączy wszystkie kobiety. Odszukać w ich niepokojach i neurozach jakąś cząstkę siebie, bo Zośka, Bosa czy Marta są przecież osobami, które możemy znać z sąsiedztwa, nie wchodząc z nimi w bliższy kontakt.

Tę swojskość zaserwowanych tu problemów, których nie objąłby pewnie jeden gabinet psychoterapeutyczny, Zakrzewska-Morawek stara się pokazać z różnych stron. Przełamuje dramatyzm dowcipnymi wstawkami. Nie pogrąża swoich bohaterek w otchłani rozpaczy. Właściwie sugeruje, że to, co najgorsze, już w życiu przeżyły, choć nigdy nie możemy być pewni tego najgorszego, gdy tkwią w nas niezagojone rany oraz przejścia na zawsze łamiące charakter i życiowe zasady. Wstyd” to nie tylko opowieść upokorzeniach kobiet, ich lękach i próbach przezwyciężania emocjonalnych ograniczeń. To też bardzo interesujący mężczyźni – sportretowani jakby w drugim planie, ale równie wyraźną kreską. Nie ma bowiem u autorki postaci, która byłaby zbędna. Wzajemne zależności wyjaśniają się w trakcie lektury, ale nawet jeśliby traktować „Wstyd” jak ponad setkę etiud literackich, powieść przyniesie satysfakcję czytelnikowi wrażliwemu na niuanse językowe, frazę podporządkowaną chaosowi myślenia, zdania obrazujące bezradność, rozpacz oraz kompulsywną walkę o kolejny dzień.

Zakrzewska-Morawek opowiada o tym, jak funkcjonuje w ludzkiej świadomości poczucie zbędności i w jaki sposób może doprowadzać do autodestrukcji. To także historia o tym, że jesteśmy bezradni wobec życia i odpowiedzialności za drugiego człowieka, jeśli wcześniej zaznaliśmy emocjonalnych deficytów ze strony swoich bliskich. Są w tej książce opowieści wyjątkowo wzruszające, są też momenty bezkompromisowego spotkania z tym, co absolutnie złe, niszczące, potrafiące zgładzić najsilniejszą nawet wolę życia. Marta będzie walczyć o siebie w samotności, a Bosa w opozycji do tego, który krzywdził. Zośka będzie starała się przede wszystkim zapomnieć, ale nikt tu zapomnieć nie potrafi, skoro przeżył coś, co na zawsze zniekształciło strukturę świata, w którym trzeba walczyć o tak zwaną normalność. Opresyjność dzieciństwa i młodości podkreślana jest tutaj punktowo, ale w miarę konsekwentnie. Zakrzewska-Morawek fantazjuje także o tym, w którym momencie nie mamy już prawa powoływać się na doświadczenia z przeszłości i musimy podjąć decyzje kluczowe dla wydobcia się ze schematów.

„Wstyd” jest o tym, co schematycznie powtarzamy, ale także o istocie ludzkich ułomności, bo krzywdzą krzywdzeni albo nieświadomi tego, jak bardzo potrafią być opresyjni. To pouczająca historia o braniu odpowiedzialności za siebie. O pozbywaniu się balastu niesprawiedliwego poczucia winy, które blokuje najbardziej i najbardziej przygniata. Iga Zakrzewska-Morawek pisze także o tym, co niemożliwe do przełamania, i o drogach, którymi nie jest dane kroczyć, bo wymagają zbyt wiele odwagi i samozaparcia. „Wstyd” z czułością pochyla się nad słabościami i obrazuje, w jaki sposób przypominamy swoich bliskich, wciąż na nowo pragnąc się od nich wyzwolić, odciąć. To trudna powieść o rodzinie, przynależności, zaburzonym poczuciu wartości oraz o tym, że zawsze trzeba walczyć. Napisana naprawdę świetnym językiem, który wchłania i uzależnia. Ostatni rozdział przynosi poczucie niedosytu. A jednak autorka opowiada wszystko, co ważne, i w taki sposób, w jaki konsekwentnie chce to przedstawiać. Bardzo interesująca, choć smutna i zapadająca w pamięć cieniem powieść.

2018-02-24

„Legenda o samobójstwie” David Vann

Wydawca: Pauza

Data wydania: 17 stycznia 2018

Liczba stron: 256

Przekład: Dobromiła Jankowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pożegnanie

„Legenda o samobójstwie” to zbiór wyjątkowo dobranych opowieści. Ich struktura wydaje się mało spójna, ale przecież doskonale widzimy, co stanowi centrum, punkt odniesienia, jądro tej bolesnej bezradności, o której Vann stara się pisać w sposób bardzo stonowany, nie obarczając nas zbyt wielkim balastem emocjonalnym. Trudno wybrać teksty, które wyróżniają się jakoś w tej książce. Każdy stara się niuansować smutek w różny sposób. Każdy też trzyma nas niejako na dystans, bo nie podąża w kierunku sentymentalnej wiwisekcji uczuć. Widzimy raczej obrazy, jesteśmy w centrum wspomnień, mamy do czynienia z fikcją literacką, ale też czytelnymi symbolami. Dziecko, a następnie mężczyzna opowiada o trudnościach i (nie)możliwościach wydobycia się z aktu, który naznacza przede wszystkim żyjącego, choć przecież jest świadectwem dramatu tego, kto odchodzi, gdy wybiera śmierć z własnej ręki. Prawdziwym bohaterem tej książki jest rozpacz, która staje się udziałem mężczyzny. Ta, która pogrążała ojca i kierowała go w stronę emocjonalnej równi pochyłej, ale także ta, z którą musi się zmierzyć osierocony syn, wyjątkowo silnie reagujący na porzucenie cichym, lecz konsekwentnym buntem. Bez niego nie zaistniałyby narracje tworzące tę książkę.



Całość tekstu na stronie "Czas Kultury"