2022-10-12

„Reguły na czas chaosu” Tomasz Stawiszyński

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 12 października 2022

Liczba stron: 240

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Na trudny czas

Ponad rok minął od publikacji poprzedniej książki Tomasza Stawiszyńskiego. W tamtym roku mieliśmy okazję i z pewnością przyjemność przeczytać dwa tytuły jego autorstwa, które będą uzupełnieniami do „Reguł na czas chaosu”. A czas mamy taki, że przydałoby się, aby Stawiszyński proponował nam kolejny książkowy zbiór swoich refleksji o nim przynajmniej raz na pół roku. Bo aktualnie naprawdę jest się czego bać. Nigdy czas nie mijał nam tak intensywnie i nigdy z tak nagłymi woltami licznych zdarzeń, obok których nie można przejść obojętnie. W swojej najnowszej publikacji Stawiszyński po raz kolejny będzie podkreślał i przypominał, że naprawdę nie mamy wpływu na kształt rzeczywistości, jednak mamy go na to, w jaki sposób o niej myśleć. Możemy co prawda zakwestionować pewien pokrzepiający ton pisania tego autora, wspominając, że świat, jaki znaliśmy, naprawdę się skończył – dla tysięcy ofiar śmiertelnych pandemii koronawirusa czy dla wszystkich Ukraińców, którzy stracili życie po tym, jak Rosja wdarła się na terytorium ich państwa. Możemy, ale będzie to radykalizm, od którego w wielu wymiarach Tomasz Stawiszyński stara się nas odwodzić. Zwłaszcza w tej książce napisanej i wydanej w czasie, w którym boimy się bardziej niż wtedy, gdy na Kubie celowano w Stany Zjednoczone z rakiet z głowicami nuklearnymi, bo to obok nas, a nie za oceanem, za chwilę ktoś szalony może użyć broni atomowej i po tym świat naprawdę będzie trzeba pisać, opowiadać, porządkować i racjonalizować na nowo.

Na szczęście mamy „Reguły na czas chaosu”, które w moim odczuciu należy przeczytać uważnie i rozważnie. Odnoszę wrażenie, jakby autor przestraszył się trochę tego prywatnego odsłonięcia się, jakie miało miejsce w „Ucieczce od bezradności”, i w formie swojej opowieści chętnie wracającej do czasowników w pierwszej osobie liczby mnogiej woli chyba dystans frazy filozofa, która charakteryzowała większość tekstów z „Co robić przed końcem świata”. Zwłaszcza że ze wspomnianej publikacji Stawiszyński bierze rozmyślania o tym, w jaki sposób apokalipsa wdziera się w naszą kulturę i świadomość oraz jak sprawnie radzi sobie w Europie z omijaniem chrześcijańskiej opowieści o linearności dziejów. Autor ponownie przyjrzy się też niebezpieczeństwom mediów społecznościowych. W jednym z rozdziałów jest odrobinę wtórny, analizując niebezpieczeństwa bezrefleksyjnego poddawania się totalitaryzmom XXI wieku, czyli żelaznym zasadom przykuwania naszej uwagi przez sztuczną inteligencję, logarytmy decydujące o tym, co mamy widzieć, czytać, kupić i w co się emocjonalnie zaangażować. Być może o niektórych kwestiach trzeba dziś jednak pisać kolejny i kolejny raz. Bardzo się za to cieszę, że w rozważaniach o tym, jak często dzisiaj rozpalamy wirtualne stosy dla ludzi, o których naprawdę nie mamy pojęcia, Stawiszyński jest bardzo zdecydowany w potępianiu samosądów, którym oddajemy się z taką przeraźliwą niefrasobliwością. Bo między innymi z tego powodu, co i jak pisano o nauczycielach w mediach społecznościowych, zdecydowałem się na zakończenie pracy w polskiej publicznej szkole. A jednak wciąż na nowo chcemy komuś zgotować jego koniec świata, bo przecież tak łatwo i intuicyjnie można dołączyć do przemocowego bestialstwa nazywanego „wyrażaniem własnego zdania o czyimś życiu”, co odbywa się szczególnie radośnie w bańkach informacyjnych, gdzie znajdziemy swoje miejsce i możemy niezauważenie rzucać kamieniami w innych.

Tomasz Stawiszyński sugeruje, że współczesna kultura bardzo polubiła katastrofizm, a karmiąc nas lękami, skutecznie wyrugowała umiejętność trafnego rozpoznawania, co się naprawdę dzieje ze światem, który uznajemy za równię pochyłą z już oczywistą apokalipsą, bo została zapowiedziana i nazwana na wiele różnych sposobów. Ta książka próbuje przyjrzeć się temu, na ilu polach oddaliśmy się emocjom, pozbyliśmy umiejętności dystansowania się od głównych nurtów ideologii antycypujących koniec świata, ale przede wszystkim bardzo ciekawie portretuje to, w jak łatwy sposób w ciągu dosłownie dwóch dekad odpuściliśmy to, by być zwyczajnie czujni i krytyczni wobec ogromu bodźców atakujących nas oraz oczekujących na to, że zmienimy zdanie, aby czuć się silniej skonsolidowani z konkretną grupą. Nie ma chyba bardziej sugestywnej i bardziej dosadnej wiwisekcji tego, jak bardzo podatny na wpływy jest człowiek współczesny, bez jednoczesnej kategoryzacji i bez utraty wiary w to, że potrafimy być jednostkami autonomicznymi. Między innymi po to, by nie przygotowywać sobie fundamentów pod swoją prywatną apokalipsę.

Reguł jest jedenaście, ale mnie najbardziej zatrzymało przy sobie rozwinięcie reguły czwartej, kiedy Stawiszyński uświadamia, czym naprawdę jest polaryzacja i że niekoniecznie zdajemy sobie sprawę z ogromu zła, które wyrządzamy także samym sobie, gdy udaje się ludziom, okolicznościom i technologiom osadzić nas po jednej stronie sporu w taki sposób, że staje się on już groźną batalią. Ta książka opowiada o tym, w jaki sposób daliśmy się podzielić, lecz również o tym, jak bardzo jesteśmy zatomizowani, coraz dotkliwiej osamotnieni w poczuciu, że apokalipsa tak jak śmierć będzie doświadczeniem właśnie samotności, dotkliwym ujrzeniem rozpaczy swojej egzystencji u jej kresu. „Reguły na czas chaosu” próbują jednakże przeciwstawić się każdemu rodzajowi deprecjonowania siebie. Co więcej, Stawiszyński za Jungiem podkreśla niezwykle twórczą rolę wewnętrznego skonfliktowania, kiedy nie oddajemy siebie, swej wrażliwości, światopoglądu i wierzeń do bańki tych, którzy się już nami zaopiekują. Pojawia się konkluzja zaskakująca, dyskusyjna i trochę również autoironiczna w odniesieniu do człowieka jako istoty poszukującej przynależności. Otóż możemy zmienić nasz toczący się ku upadkowi świat właśnie wtedy, kiedy zdamy sobie sprawę ze swoich słabości i ograniczeń oraz nazwiemy wady. Wcale nie będziemy słabsi. A coraz słabiej radzimy sobie z chaosem rzeczywistości przez to, że pozwoliliśmy na wdarcie się tego chaosu w naszą mentalność. Tomasz Stawiszyński opowiada tutaj o kilku uwarunkowaniach, z powodu których się to stało.

Ale najbardziej dramatycznie – choć tylko pozornie – brzmi tutaj jedno z pytań: „A może pewność to dobro nieodwracalnie utracone?”. Może tak naprawdę już w niczym i nikim nie możemy znaleźć pewności, bo nigdy jej nie było, a jej iluzje stawały się jedynie frustrujące? Ta książka faktycznie pokazuje, dlaczego tak naprawdę nie mamy już nic pewnego i być może też nigdy nie mieliśmy. Może poczucie doświadczania chaosu i zagrożenia końcem wynika z tego, że znany nam demokratyczny świat – co szczególnie zwraca uwagę, gdy czyta się rozmyślania Stawiszyńskiego ze skupieniem – nie jest wcale zgodnym z naturą stanem i tylko iluzorycznie stworzyliśmy sobie pewność, że mamy oto najlepszą z rzeczywistości? „Reguły na czas chaosu” w zasadzie niczego nie kwestionują. Nawet chyba tego, jak bardzo w wymiarze ontologicznym jesteśmy samotni i żaden element doświadczanego przez nas świata nie da nam komfortu bycia częścią czegoś. Ale może jest tak, że dryfujemy samotnie po coraz bardziej wzburzonym oceanie, bo kierujemy się na nim nie tam, gdzie być może powinniśmy? Gdzie zatem jest to, co odpowiada za kształt dzisiejszego niespokojnego świata? I czy musimy zadać aż tak wiele pytań, by znaleźć coś znajdujące się bardzo blisko nas, a właściwie w nas samych?

Stawiszyński stara się głosem trochę czujnego psychoterapeuty, trochę wyczulonego na niuanse i nowe interpretacje mitów oraz archetypów filozofa nie tyle uspokajać, ile pokazywać, że uspokoić (i zatrzymać) możemy się sami, bez niczyjej pomocy. To mądra opowieść o tym, że nie powinniśmy się bać różnorodności świata, ale raczej wychodzić jej naprzeciw wszystkimi zmysłami. To również książka o tym, że emocje wbrew współczesnym coachingom wcale nie są dobrymi doradcami i nie musimy ich eksponować. Czy trochę mniej boję się dzisiejszego chaosu po lekturze? Niekoniecznie. Bardziej boję się samego siebie w tym chaosie, który prawdopodobnie wcale nim nie jest, lecz z różnych powodów tak go muszę widzieć. Czekam więc na kolejną książkę Tomasza Stawiszyńskiego, która mi odczaruje to przekonanie. Naprawdę następna potrzebna w trybie natychmiastowym.

2022-10-11

„Pani K.” Marta Knopik

 

Wydawca: Lira

Data wydania: 28 września 2022

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 46,99 zł

Tytuł recenzji: W zamknięciu

Główna bohaterka tej niepokojącej książki zadaje mężowi pytanie, które stawiać sobie możemy, analizując poszczególne elementy stworzonej tu narracyjnej zagadki: „Nie można bać się samego siebie, prawda?”. Marta Knopik w prozie mocno kameralnej, stosującej bardzo wiele udanych środków wyrazu, by zamknąć nas w klaustrofobicznym labiryncie ludzkiej jaźni, stara się udowodnić, że sami dla siebie możemy być najbardziej mroczną i najmocniej traumatyzującą klatką. W tej książce klatka będzie mieć oficjalnie dwadzieścia osiem metrów kwadratowych, jednakże „Pani K.” jest historią przede wszystkim uwięzienia w pamięci, specyficznej artystycznej wrażliwości, ale głównie w poczuciu przemijania, za którym stoi coraz bardziej obezwładniające – i bohaterkę, i czytających – poczucie absolutnej bezradności wobec wszystkiego, co dzieje się wokół, jak również wszystkiego, co stale i niezmiennie atakuje udręczoną psychikę.

Z takim obrazowaniem świadomości głównej postaci spotkaliśmy się już w „Kroku trzecim” Bartosza Szczygielskiego, gdzie między mirażem a bolesną rzeczywistością znajdowaliśmy się w historii dużo bardziej dosadnej, w której punkty ciężkości rozłożone zostały nieco inaczej. Szczygielski stworzył na bazie fantazji o kobiecej depersonalizacji bardzo mglisty thriller, Marta Knopik działa w nieco innym rejestrze: również wywołuje czytelnicze lęki i całą masę wątpliwości, ale wymowa jej powieści jest inna, o co innego będzie chodzić w dramatycznych i kompulsywnych pytaniach o samą siebie. Co łączy te dwie powieści, to na pewno fakt, że ich bohaterki muszą walczyć o siebie, ale nie są pewne, czy w tej walce mają prawdziwy kontakt z tym, co je ukształtowało i obecnie kształtuje. Obie te książki fascynują i na różne sposoby przerażają. Knopik chyba trochę lepiej tworzy studium wyobcowania, bo jej kobieta przeżywa dużo więcej, więcej sobie wyobraża. Tymczasem wkraczamy w świat, z którego chciałoby się natychmiast wydostać. Między innymi dlatego, że „Pani K.” to znakomicie poprowadzona postapokaliptyczna opowieść, w której doskonale odnajdziemy wszystkie swoje współczesne lęki o przyszłość świata.

Świat Kaliny zamknął się na metrażu małego mieszkania w wieżowcu, w którym kobieta żyje wraz ze swoim mężem w rytm uporządkowanych przez rutynę tygodni, w ciągłej powtarzalności dającej złudne poczucie kontroli nad rzeczywistością. Poza ich mieszkaniem, poza ich blokiem, poza przestrzenią, w której małżonkowie usiłują stworzyć sobie nawzajem tak potrzebne im poczucie bezpieczeństwa, świat się wykrwawia. Albo dokonują się metamorfozy, po których życie już na zawsze będzie inne. Kalina zmaga się ze specyficznym rodzajem bezsenności. Budzi się w środku nocy o określonej godzinie, ale potem przez cały dzień ma wrażenie, jakby żyła we śnie, a wszystko, co ją otacza, niebezpiecznie balansuje między onirycznością a realnością. Jedno i drugie wywołuje lęk, a napięcie budowane w „Pani K.” jest jednocześnie coraz wyraźniej nakreślaną nam rzeczywistością trwogi. Kalina cała jest lękiem. Nawet wówczas, gdy przekonuje samą siebie, że w dającej komfort psychiczny obecności męża żadne mroczne demony jej nie dopadają. Tymczasem wciąż z nimi walczy. Walczy z udrękami określającymi jej tożsamość.

Retrospekcje są tutaj punktowe, bo Marta Knopik pozwala sobie przede wszystkim na jak najmocniej drobiazgowe sportretowanie codzienności bohaterki, w której dochodzi do swoistego przełomu; Kalina w pewnym momencie wyraża swój bunt, odmawiając połykania leków, które z taką pieczołowitością i drobiazgowością przygotowuje dla niej mąż. Kiedy autorce uda się naszkicować sugestywne ramy świata, w którym każdy właściwie element stanowi kolejną zagadkę interpretacyjną, zbliżamy się do wnętrza głównej bohaterki. Przyglądamy się temu, jak destrukcyjne znaczenie ma tu jej wyobraźnia kreująca nowe obiekty lęku. Niebezpiecznie połączą się tu ze sobą podświadomość i świadomość Kaliny. W pewnym momencie jawa zacznie mieszać się z wizjami sennymi, a granica między jednym a drugim zatrze się. Staniemy w obliczu trudnego wyzwania: określenia, co tu tak naprawdę się dzieje. Tymczasem Knopik w mistrzowski sposób obrazuje, jak przeraźliwie samotnym można być w obliczu ukrytych uprzedzeń do samego siebie, na które nakłada się też kilka granicznych doświadczeń utraty najbliższych osób oraz stygmatyzowanie przez otoczenie – o tym opowiadają rozbudowane retrospekcje tej powieści.

Będzie to narracja enigmatyczna w kilku wymiarach, kiedy zdamy sobie sprawę z tego, w jaki sposób pracują tutaj detale i jak silny związek z doświadczeniami rzeczywistymi mają te wyimaginowane, które stają się zawłaszczające. Aż przestaje być czytelne, czego bohaterka doświadcza, wiemy natomiast, jak kumuluje się w niej strach przed samą sobą. Bo Kalina przestanie sobie ufać, gdy zrozumie, że fasadowość jej codziennego funkcjonowania związana jest jedynie z tym, iż nie myśli o pewnych sprawach, nie nazywa określonych problemów. „Pani K.” przyciąga uwagę do postaci, która jest zdeterminowana, by walczyć ze wszystkim, co ją osłabia i co czyni ją niespokojną. Ale jest też w duchu Kafki i jego K. bezradna. Ten niepokój jest tu pokazywany w różny sposób – czasami dosadną realistyczną narracją, niekiedy zaś za pomocą poetyckich etiud ujawniających wyjątkową wrażliwość Kaliny. Można odnieść wrażenie, że Knopik sportretowała tutaj kobietę, która za wszelką cenę chce wyprostowana stawiać czoła wyzwaniom codzienności, ale w gruncie rzeczy jest cichutko łkającą dziewczynką wciąż opłakującą stratę najbliższych i wciąż na nowo mierzącą się z bolesnym odrzuceniem przez otoczenie. Czy obecnie Kalina również znajduje się na życiowym marginesie, a jeśli tak, to co ją tam sprowadziło?

Istotne staną się tu rozważania nad upływem czasu. Marta Knopik każe swojej postaci zwerbalizować wątpliwość, która potem nabierze nowych znaczeń: „Coś jest nie tak z czasem”. Coś rozsadza linearność, wspomnianą powtarzalność pełną rutyny, coś kwestionuje pewność kolejnych mijających dni i nocy. W świadomości Kaliny pojawią się sygnały świadczące o tym, że depersonalizacja będzie szła w parze z określeniem ram czasowych, brakiem możliwości odnalezienia się w wytyczonym przez kogoś z zewnątrz czasie. Coś tu jest nie tak nie tylko z nim. „Pani K.” to pełna coraz bardziej ponurych niejasności opowieść o tym, w jaki sposób doświadczamy utraty, przede wszystkim utraty samego siebie, braku kontroli nad własnymi emocjami. Czego Kalina boi się najbardziej? I co tak naprawdę potęguje jej strach przed tym, by ujrzeć siebie naprawdę?

Dawniej czarodziejką rzeczywistości była dla Kaliny jej babcia. Dziś pozostają smutne wspomnienia, jak również poczucie, że pewnego dnia odeszło coś, co było fundamentalne: świat przestał istnieć w określonym wymiarze i określonych ramach. Bohaterka Knopik jest tu egzystencjalną wędrowniczką, zagubioną przede wszystkim w relacji czasu przeszłego do tego, czego doświadcza obecnie. Jest przeraźliwie samotna, ale jednocześnie gotowa, by samodzielnie podejmować walkę z największymi demonami. Tymczasem może być bezradna wobec czegoś, co osacza tutaj już od pierwszych stron. Bezradna wobec braku wpływu na pewne wydarzenia i okoliczności. „Pani K.” to pozostawiająca mocny ślad w pamięci opowieść o tym, jak wiele krzywdy może wyrządzić obsesyjna pamięć, lecz i przerażające niepamiętanie samego siebie. Pozostaje się z tym niepokojem na długo, bo nietrudno sobie wyobrazić, że skomplikowana tożsamość Kaliny może być uniwersalnym obrazem ludzkiego zagubienia w świecie, w którym dzieje się bardzo dużo, ale łatwo w nim znaleźć się na marginesie i w cieniu, z którego wydostanie się jest już niemożliwe.

2022-10-10

„Koliber” Sandro Veronesi

 

Wydawca: Książnica

Data wydania: 12 października 2022

Liczba stron: 368

Przekład: Agata Pryciak

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina, pamięć, postrzeganie

Sięgnąłem po powieść Sandra Veronesiego, bo zawsze wyczulony na etykietę książkowego bestsellera mam świadomość, że można w tym modnym segmencie promującym często literackie mielizny odnaleźć jednak ciekawą i wartościową literaturę. „Koliber” jest właśnie taką książką. Jeśli miałbym wskazać coś, co zostało tutaj podkręcone właśnie pod kątem bestsellerowości, to jest to zakończenie. Ale wcześniej dzieje się dużo bardzo interesujących rzeczy, a całość ujmuje tym, jak jest skomponowana. Pomijając retrospekcje w przeskokach czasowych – które przez moment mogą wywołać poczucie zagubienia, lecz potem świetnie łączą się w całość –  jest to narracja będąca wyjątkowo osobistym wyznaniem twórczym. Niekoniecznie ze znajomością tego, o czym autor pisze na końcu, można rozpoznać mnogość różnych motywów literackich, muzycznych, odniesień do kultury masowej oraz wysokiej. A wszystko składa się w słodko-gorzką opowieść o tym, jak przemijamy. Jesteśmy tym, z czego się wydostaniemy, ale również tym, na co nigdy nie będziemy mieli wpływu. Tu przejawy różnorodności życia komponują się – bo uważam tę powieść za specyficzną kompozycję – przede wszystkim z fantazjami o tym, jak nieuchronnym i stałym elementem doświadczania świata jest kontakt z odchodzeniem. Śmierć u Veronesiego będzie przychodzić w zaskakujący sposób. Natomiast równie zaskakujące jest łączenie w sobie wynikających z utrat doświadczeń z tymi, które kształtują nas w rolach społecznych i rodzinnych. Jest to w gruncie rzeczy opowieść o upadku pewnej rodziny, co zresztą tak zostaje nazwane, ale nie ma tu ani fatalizmu, ani przekonania, że dramaturgię można oddać tylko w jeden dosadny sposób. Tym samym zyskujemy w „Kolibrze” z jednej strony panoramiczną, z drugiej jednak niezwykle intymną opowieść o kształtowaniu się tożsamości w trudnych relacjach. Albo w relacjach, które tylko miały zaistnieć, a tak naprawdę nigdy się nie wydarzyły.

Inspirowany Borisem Pasternakiem Marco Carrera wybrał swoją lekarską specjalizację zupełnie z punktu widzenia fabuły nieprzypadkowo. Jest okulistą, a historia jego życia to także splot różnych opowieści o tym, czym jesteśmy, postrzegając innych, przyglądając się ich życiu, nazywając je z pozycji obserwatora i… nie rozumiejąc w tym wszystkim samych siebie. Pozornie skomplikowane? Niekoniecznie. Jako czytelnicy również się przyglądamy. I poznajemy subiektywne punkty widzenia. Jednakże przez cały czas jesteśmy trzymani trochę na dystans do głównego bohatera, bo przecież „Koliber” chce go opowiedzieć raczej jako kogoś, na kogo patrzy się oczyma innych. Postać Marco jest bardzo ciekawie stworzona: można odnieść wrażenie, że ciężaru doświadczeń życiowych nie będzie w stanie unieść jeden mężczyzna, a jednocześnie ten mężczyzna wydaje się zdystansowany wobec wszystkiego, czego doświadcza. A doświadczy największych okrucieństw, zdziwień, rozczarowań, jak też najbardziej spektakularnych zaskoczeń. Veronesi opowiada zarówno o tym, co dręczy jego bohatera, jak i o tym – przede wszystkim – co stanowi życiowe udręki ludzi z jego najbliższego otoczenia.

Najciekawiej sportretowane są postacie kobiece. Także dlatego, że są jakby w oddaleniu, a bardzo intensywnie wpływają na emocje człowieka, który chciałby żyć trochę inaczej niż najważniejsze kobiety jego życia. Być może dlatego, że ich egzystencja to zwykle nie są wybory. Kobiety u Veronesiego najintensywniej zmagają się z samymi sobą. Potrzebują takiego wglądu w siebie, który kwestionuje Marco, bo każda z kobiet, która tu odchodzi, usiłuje zrozumieć swoją trudną sytuację dzięki psychoanalitykom, odważnym i rzekomo pełnym trafnych spostrzeżeń perspektywom obserwatorów widzących więcej, bo potrafiących słuchać. Tymczasem jedna po drugiej doświadczają prywatnych dramatów i bolesnych katastrof – nie są w stanie albo zapanować nad swoim życiem i emocjami, albo znaleźć kompromisów między tym, co trzeba koniecznie przeżyć, a tym, co w przeżywaniu swego istnienia może dawać jakąś satysfakcję. Tymczasem Marco jest pozornie usatysfakcjonowany. Miał szczęśliwe dzieciństwo, w którym nie dosięgało go nic z tego, co przyszło potem – z dorastaniem i wiedzą o swojej rodzinie. Wciąż gotowy jest do każdego rodzaju konfrontacji. Nawet jeśli jest to konfrontacja ze śmiercią. Tu umierają kobiety, które odchodząc, zabierają część bohatera ze sobą w niebyt. A jednak cały czas – paradoksalnie – bohater „Kolibra” zyskuje coraz więcej z każdym bolesnym dla niego odejściem. Żałoba ma tu wymiar bardzo nieoczywisty. Opowieść o doświadczaniu goryczy oraz melancholii jest już bardzo sugestywna i przemawia za pomocą oczywistych środków wyrazu. Czy jest to zatem opowieść o mężczyźnie, który w relacjach z kobietami każdy otrzymany cios utraty przekuł w coraz większą determinację, by nie poddać się rozpaczy?

„Koliber” to powieść o wszystkim, co komplikuje nam bliskość w rodzinie, ale również o tym, co wciąż na nowo każe domagać się szukania bezpieczeństwa w relacjach, które kształtują na zawsze. Doświadczeniami rodzinnymi Marco są jednak przede wszystkim konflikty. A potem milczenie. I stojąca za nimi bezradność. Dorastający bohater chce wspierać swoją naznaczoną wewnętrznym cierpieniem siostrę, a potem zaczyna mu brakować przekonania, by równie silnie zaangażować się w to, jak bardzo nie radzi sobie z życiem jego żona. W tym wszystkim sygnalizowane jest ciągłe napięcie. Veronesi pokazuje, jak bezradni możemy być w obliczu rozpaczy i jak stosunkowo łatwo możemy przez to stracić wszystko w relacji. Tu pojawi się także historia o tym, że ktoś wybiera oddalenie zamiast bliskości, a także pasjonująca opowieść o wielkim romansie, którego nigdy nie można było nazwać miłosnym spełnieniem.

Przyglądając się trudnym, lecz bardzo przekonująco zarysowanym relacjom, przyglądamy się w gruncie rzeczy różnego rodzaju niegotowościom człowieka na to, by uczynić swoje życie szczęśliwym. Marco zdaje się zachowywać bezpieczny dystans wobec każdego rodzaju życiowej katastrofy, ale to przecież nie jest historia nieczułego mężczyzny, który broni się przed wszelkimi formami traumy przez jej wyparcie lub bagatelizowanie. Nie. Jesteśmy w świecie, w którym ludzie walczą o siebie i ze sobą – i bardzo często przegrywają różne egzystencjalne batalie. Jest tu też sygnalizowana nadzieja na przemianę, także tę twórczą. W tym znaczeniu bardzo istotna będzie postać najmłodszej w rodzinie kobiety. Tej, którą jeszcze przed narodzeniem matka nazywa Człowiekiem Przyszłości. Przeniesiemy się w nieodległą przyszłość, bo „Koliber” to też śmiała fantazja o tym, że zawsze w jakimś stopniu kształtuje nas nasza przyszłość. A w tym wszystkim bardzo cenna różnorodność perspektyw, bo często na to samo zdarzenie patrzymy z kilku punktów. By było bardziej mozaikowo, włoski prozaik proponuje wszystkie typy narracji: od sugestywności pierwszoosobowej, przez zagadkowość drugoosobowej, po pozornie sprawozdawczą narrację trzecioosobową. Bardzo wiele znaczy tu również to, co niewypowiedziane. Bohaterom brakuje czasu lub odwagi, by pewne wyznania się zwerbalizowały. A sam czas jest i ekscentryczny, i okrutnie niewrażliwy na krzywdy, i jednocześnie narzucający tu specyficzny rytm tej nietuzinkowej sadze.

Sandro Veronesi będzie się starał oddać złożoność portretowanej rodziny także za pomocą stylistyki: od zasadniczego punktowania po strumienie świadomości owocujące zdaniami wielokrotnie złożonymi, których puls jest mocno odczuwalny i chwilami ta książka po prostu nie daje się odłożyć. „Koliber” to też historia o symbolicznej niskorosłości, „naprawianiu” przez ojca, przyspieszaniu i zwalnianiu przyswajania sobie osobliwie trudnych życiowych doświadczeń. Jest tu również dużo o tym, jakie demony sami tworzymy w sobie, a co demonicznego mogą nieść nam najbliżsi. Rozstania, zbliżenia, przekonania o tym, że niesie się w sobie pecha dla innych i samemu jest się życiowym pechem – pośród wszystkich mrocznych zdarzeń Veronesi tworzy jednak klimat powieści niesamowicie podbudowującej. O tym, jaką siłę możemy zdobyć, przeżywając kryzys, a jednocześnie o melancholii kryzysu, za którym zawsze stoi przerażająca nas zmiana, której nie rozumiemy. Mądra książka o sile, tęsknocie, przywiązaniu i umiejętności żegnania się z ludźmi, którzy nie zdążyli pożegnać się z nami.

2022-10-07

„Człowiek, który kochał Syberię” Anneliese Pitz, Roy Jacobsen

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 12 października 2022

Liczba stron: 320

Przekład: Iwona Zimnicka

Oprawa: twarda

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Surowość i fascynacja

Fabularyzowana biografia Friedricha Dörriesa to dowód wyjątkowej fascynacji małżeńskiej, bo Roy Jacobsen wspomina na końcu, w jaki sposób nim i jego żoną zawładnęła historia życia badacza i odkrywcy, oraz o tym, jak potem ta fascynacja przełożyła się na miłość do Syberii. Literackie inspiracje tym regionem są różne. Jedną z najbardziej znanych jest opowieść Sylvaina Tessona „W syberyjskich lasach” stworzona po półrocznym pobycie w tamtych okolicach. W historii Jacobsena i Pitz nie ma żadnego egzystencjalnego uniesienia, nie ma prób intelektualizowania doświadczeń przestrzeni tak bardzo surowej i tak silnie przez to działającej na wyobraźnię. Otrzymujemy powieść podróżniczo-przygodową niczym od Daniela Defoe. W kwiecistym sprawozdawczym stylu, w którym ujawnia się nie tylko czułość naukowca, lecz również, a może przede wszystkim czujność łowcy oraz odkrywcy. Przetworzone na literaturę doświadczenia Dörriesa, który w swym długim życiu wielokrotnie wracał na Syberię teoretycznie zawodowo, praktycznie – wciąż ze swoją wielką miłością do miejsca, które jest w zasadzie obojętne na to, czy ktoś się do niego przywiązuje, są naprawdę świetne. To historia o cudzie natury: złożonym, różnorodnym i tajemniczym. Ale także barwna historia dociekliwości, fascynacji i przekonania, że Syberia to życiowe wyzwanie i życiowe spełnienie. Wszystko uzupełnione miniwykładami na temat fauny regionu. Umiejętnie połączone w taki rodzaj powieści, który przywiązuje do siebie, bo posługuje się niezwykle działającymi na wyobraźnię wizjami. Dość niezwykła pozycja w serii proponującej nam dotychczas zupełnie inny rodzaj literatury.

Magnetyzm opowiadanego miejsca to jedno. Drugie – i dużo ciekawsze – to przyglądanie się temu, w jaki sposób człowiek funkcjonuje w nim, jak próbuje je oswoić, jakie ma sposoby na przetrwanie, a przede wszystkim – kim jest w tym ustalonym odwiecznie naturalnym ładzie, w którym istota ludzka jest jedyną zabijającą dla przyjemności i wykorzystującą przemoc jako narzędzie dominacji, nie strategię przetrwania. Bo należy zaznaczyć, że historia Dörriesa nie będzie opowieścią o oderwanym nieco od rzeczywistości badaczu, który biega sobie po syberyjskich lasach i równinach, dzierżąc w dłoni siatkę na motyle i opowiadając o tym, jakie okazy udało mu się w nią uchwycić. Oczywiście motyle są tu istotne, autorzy pięknie oddają miłość do tych istot i fascynację nimi. „Motyle to diamenty powietrza” – mówi bohater, przewodnik po niezwykłym świecie tak mało rozumianym przez ludzi niewrażliwych na efemeryczne piękno. A przecież widok skrzydła motyla pod mikroskopem to ponoć jeden z piękniejszych obrazów natury. Friedrich Dörries nie jest tu w żaden sposób oderwanym od rzeczywistości i poświęcającym się wyłącznie swojej pasji naukowcem. Wie, że w surowym klimacie, który tak pokochał, musi być gotów do działań oraz poświęceń, które z perspektywy tak zwanego cywilizowanego człowieka wydają się barbarzyństwami. Na Syberii trzeba przetrwać, zmierzyć się z niskimi temperaturami, zdobyć pożywienie, zarobić na dalsze ekspedycje naukowe, lecz przede wszystkim skonfrontować się ze światem, który wcale nie chce nikogo do siebie zapraszać i nie udziela przyjemnej gościny. Tymczasem ta książka jest wspaniałą kroniką doświadczania niezwykłości świata, którzy rządzi się surowymi prawami. I trzeba się do nich dostosować, jeśli chce się wkroczyć tam, gdzie z powodzeniem na stałe żyją jedynie autochtoni.

Zatem człowiek – istota usiłująca wejść z Syberią w jakąś relację. Dramaturgia niektórych scen oddaje to, w jaki sposób ludzie walczą o przeżycie. To przecież rejon, dokąd w XIX wieku zsyłano na katorgę. Miejsce, gdzie więźniowie symbolicznie oddawali swoje kajdany naturze, bo mieli stamtąd nigdy nie wrócić do swoich domów. Tu Jacobsen i Pitz usiłują oddać grozę oraz bezkompromisowość spotkań z ludźmi, którzy wydostali się z przerażających więzień na końcu świata, a jako banici muszą przemocą zdobywać to, co dla nich konieczne. Opowieści o bandyckich napadach i ludzkim okrucieństwie wciąż na nowo podsuwają tezę, że największym syberyjskim złem jest właśnie człowiek. Ale ta książka jest przecież sugestywnym hołdem złożonym ludności miejscowej. Frapujące opowieści o kulturze i tradycjach Goldów czy Oroczan to świadectwo zdziwienia i podziwu tak zwanego człowieka Zachodu, który umie skonfrontować się z trudną syberyjską aurą oraz opowiedzieć o szacunku dla ludzi, którzy żyją z nią w symbiozie od zawsze.

Dlaczego zwracam uwagę na człowieka w objęciach Syberii, a nie na genialnie portretowaną tu naturę? Bo ten rodzaj zainteresowania ma wzbudzić zapewne tytuł tej powieści. Jakkolwiek ogromną rolę poznawczą w opisywaniu odległego i surowego regionu ma ta książka, właściwie na każdej stronie jest przede wszystkim opowieścią o tym, w jaki sposób ludzka wrażliwość i dociekliwość łączą się z pejzażem, który można pokochać, ale który nie pokocha żadnego ze swoich adoratorów. Syberia to kraina dzikich zwierząt, o których dowiadujemy się bardzo wiele. Podobno życiowym wydarzeniem będzie spojrzenie w oczy tygrysa. Zmierzenie się z niedźwiedziem, jego potęgą i nieprzewidywalnością. Historia oswojonego niedźwiadka, który pewnego dnia bez sentymentu podąża w las, opuszczając Dörriesa, jest jednym z dowodów na to, że tam daleko przyroda ustanowiła swoje prawa i nic nie jest w stanie zmienić ich porządku. Bohater książki ingeruje w ten porządek jedynie na tyle, na ile jest mu to potrzebne do badań naukowych czy przetrwania. Ale każda taka ingerencja będzie miała też swoje konsekwencje. To historia podróżnika i fascynata, który jak mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że umiłował ziemię zawsze trzymającą przybysza na dystans.

„Człowiek, który kochał Syberię” to narracja wielu pięknych i zapierających dech w piersiach scen. Wystarczy odrobina wrażliwości na inność oraz surowość. Sugestywny opis purgi, pękania pokryw lodowych na rzekach, relacja z nocy spędzonej na wodach nieprzyjaznego morza. W wielu fragmentach zdecydowanie dużo ciekawszym bohaterem tej opowieści staje się natura. Widać również dużą dbałość Jacobsena i Pitz o to, by z detalami odwzorować naukowe fascynacje swojego bohatera. Bo stając się częścią rytmu natury, Friedrich Dörries jest tu jednak od początku do końca naukowcem zdobywcą. Gotowym nawet na to, by w służbie nauce przekroczyć granicę i zdobyć czaszkę jednego z autochtonów. Bardzo interesujące jest tu zestawienie w jednej postaci miłości do świata przyrody z fascynacją odczuwania zmysłami czegoś nowego, niepowtarzalnego. To też historia przemierzania specyficznej przestrzeni, wyjątkowa powieść drogi, lecz i bardzo intymna narracja o tym, co to znaczy tęsknić, powracać, stawać się częścią nieznanego i rozumieć coraz więcej ze świata, który wcale do siebie nie zaprasza, ale umie ugościć jak żaden inny. To powieść o walkach i konfrontacjach, jednak też o intymnych zbliżeniach. O specyficznym rodzaju umiłowania samotności, dzięki któremu Syberia staje się miłością, a jej codzienność – treścią najpiękniejszego życia. Jacobsen i Pitz zarazili się niezwykłą pasją. Jestem przekonany, że czytelnicy po lekturze również zaczną poznawać Syberię po swojemu. Z dystansem i fascynacją. Świetny pomysł na książkę i naprawdę zapadająca w pamięć jego realizacja.

2022-10-05

„Decyzja” Piotr Kościelny

 

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 28 września 2022

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Niewidzialne dramaty

To jedna z tych książek, które nokautują czytelnika, ale Piotr Kościelny doskonale wie, że nie tylko sam dramatyczny temat ma ku temu kierować, zadbał również o znakomitą formę swojej powieści. Tak naprawdę struktura narracyjna „Decyzji” jest bardzo prosta i na początku może wywoływać rozczarowanie. Jak to? Mamy wstrząsające zdarzenie stające się początkiem przejmującego śledztwa, którego szczegóły tak naprawdę już nie zaskakują, i mamy jednocześnie winną tego, co się stało. Sprawa jest oczywista, o czym czytać dalej? Ano właśnie jest o czym. Te wszystkie początkowe mocne ekspozycje mają swój wyraźny cel, bo Kościelny chce, by wszystko było tu jak najbardziej czytelne. A potem doskonale zaciemnia tę czytelność, udowadniając, że takie opowiadanie historii dzieciobójczyni jest perfekcyjnie przemyślane w każdym szczególe. Tu znakomitą robotę we wspomnianym symbolicznym nokautowaniu wykonują krótkie rozdziały w bardzo naturalistycznej konwencji. Autor unika refleksyjności, nadmiaru opisów, konstruuje sceny zwarte i wstrząsające. Ten sposób obrazowania przypomina mi trochę pisarstwo Przemysława Piotrowskiego, ale Kościelny jednak trochę inaczej zagęszcza napięcie i w gruncie rzeczy publicystyczny wydźwięk swojej powieści. Bo poza czytelną krytyką tak zwanej prorodzinnej polityki rządowej otrzymamy u niego obraz różnego rodzaju „niewidzialności” dla systemu rozmaitych prywatnych dramatów, bo jest tu i gwałt bez konsekwencji, i wieloletnie znęcanie się nad członkami rodziny, i bardzo wyraźne kulturowe, a także religijne podłoże egzystencjalnego bagna, w którym pewnych rzeczy się nie robi, a innym nie daje wiary.

Jest zatem zamordowane niemowlę, które ktoś wyrzuca na śmietnik, i jest tuż obok, w jednym z pierwszych rozdziałów, dzieciobójczyni, która przyznaje się do tego, że odebrała życie córeczce. Ocena opinii publicznej jest jednoznaczna: taka kobieta to potwór, nie ma prawa żyć, nikt nie może wytłumaczyć jej okrucieństwa, w żaden sposób nie można sankcjonować dalszego społecznego funkcjonowania tak zdemoralizowanej istoty. Odium i potępienie przychodzą od razu, są instynktowne, nie ma tu znaczenia żadne dochodzenie, żadne śledztwo, wszyscy oczekują jedynie najsurowszego wymiaru kary. Jeden z policjantów na kartach powieści mówi o tym wprost – „zabiła i tyle”. No właśnie. Piotr Kościelny zajmie się tym „tyle”, które zawsze zamyka jakikolwiek margines empatycznego spojrzenia na zbrodnię popełnioną przez matkę. Fabuła tej powieści, a głównie coraz bardziej duszne i klaustrofobiczne w swej wymowie retrospekcje, będzie sobie stawiała za cel pokazanie pewnych nieoczywistych kontekstów, ale przede wszystkim wpłynie na wnioskowanie moralne, a nawet zatrzęsie w posadach kulturowo-społecznymi fundamentami, które zawsze każą deprecjonować, oskarżać i w zasadzie w tym samym momencie oceniać matkę mającą w założeniu troszczyć się o swoje dziecko. Czy Justyna, powieściowa dzieciobójczyni, nie zatroszczyła się o swą córkę?

Kolejną kwestią, która jest tu nośna i ujawnia się wbrew pozorom w bardzo nieoczywisty sposób, jest przemoc domowa oraz jej konsekwencje dla ofiary i dla kata. Można odnieść wrażenie, że Piotr Kościelny chwilami przejaskrawia temat, że wszystko jest dość jednowymiarowe i przez to kolejne mroczne odsłony dramatu rodzinnego stają się do przewidzenia albo nie wnoszą niczego nowego. Otóż w każdej tej bolesnej scenie ukryta jest kolejna składowa tego, czym tak naprawdę jest struktura przemocy w rodzinie. Role są rozpisane czytelnie, ale wszystko, co najważniejsze, kryje się na dyskretnie sygnalizowanych marginesach. To, że Justyna na co dzień jest bita przez swojego męża, to pokłosie wielu zaniedbań, o które autor „Decyzji” w bardzo czytelny sposób oskarża otoczenie, w zasadzie każdego z nas. Żyjąca w skrajnym napięciu i oczekująca na kolejne ciosy kobieta nie może wyjść poza spiralę przemocy. Nie tylko dlatego, że ta przemoc jest konsekwentna i znakomicie łączy dwa etapy: psychiczne i fizyczne udręki. Justyna żyje ze swym mężem oraz maleńką córką w otoczeniu znakomicie zdefiniowanym przez jedno zdanie: „Im mniej widzisz, tym lepiej dla ciebie”. Rodzinne piekło staje się niewidzialne i niekoniecznie należy rozumieć tę niewidzialność w jakimś przenośnym znaczeniu. Kościelny nie proponuje oczywistych obrazków ani prostych definicji. W jego powieści ktoś przełamie zmowę niedostrzegania ludzkich dramatów. Ale to tylko kropla drążąca skałę. Tu ofiara zamyka się w świecie stworzonym przez swojego prześladowcę z bardzo czytelnych powodów. A „Decyzja” jest książką także o charakterze interwencyjnym, bo bardziej dosadnie nie można zobrazować samotności kobiety, którą deprecjonuje się i krzywdzi, rujnując przede wszystkim jej tożsamość.

Kościelny operuje tu dwiema perspektywami w pokazywaniu tego, jakie patologie toczą polskie społeczeństwo. Z jednej strony jest tu kameralny dramat, którego kolejne odsłony wbijają się niczym sztylety w serca czytelników, a kilka scen jest skonstruowanych w taki sposób, że każdy z nas gdzieś podświadomie odczuje na swoim ciele ciężar któregoś ciosu. Z drugiej jednak – mamy w tej powieści znakomicie zarysowaną panoramę dziewczęcej czy kobiecej bezradności. Są tu nieletnie matki, ciąże z gwałtów, kobiety nieświadome nawet tego, kiedy mają się rodzić ich dzieci, dzieci porzucane i traktowane przedmiotowo, ale przede wszystkim poruszający obraz tego, czym jest polskie ubóstwo i jak pasożytniczo żyje w nim każdy rodzaj przemocy. Naprawdę wstrząsające są sprawy, którymi policjanci się zajmują, podążając tropem tej ocenionej już jednoznacznie przez społeczeństwo. Podążając za kimś, kogo ma się za potwora, konfrontują się ze sprawami tak potwornymi, że nie można wprost uwierzyć w to, iż człowiek byłby w stanie żyć w takim piekle.

A jednak życie w „Decyzji” trwa, chociaż wydaje się nie do zniesienia, jest piekielnym kręgiem, to wszystko ma bardzo klaustrofobiczną formę i zapewne przez to Kościelny próbuje znaleźć pewien wentyl, proponując nam nad wyraz uporządkowany i gładki wizerunek polskiego policjanta, co przecież rzadko się zdarza w literaturze tego gatunku. Komisarz Kosowski ma niezwykle stabilne, szczęśliwe oraz spełnione życie. A jednak działa impulsywnie i potrafi łamać procedury. Targają nim również silne emocje i nad niektórymi nie jest w stanie panować. Zwraca uwagę portretowanie środowiska polskich stróżów prawa jako niezwykle solidarnego i pełnego wewnętrznej harmonii. Słabe ogniwa, czyli funkcjonariuszy skorumpowanych, szybko się eliminuje, kolega jest w stanie pożyczyć koledze większą sumę pieniędzy, byle tylko troski nie wpływały na efektywność jego pracy. Ten świat tworzy pewien kontrast do rzeczywistości, w której żyją ludzie z drugiego bieguna. Nie wszyscy winni, niektórzy tylko niewłaściwie uwikłani w niestosowne układy.

Ta książka ma w zamierzeniu przynieść kilku postaciom jakieś duchowe katharsis, jednak pozostaje bardzo ponura w każdym wymiarze. Zwłaszcza wtedy, kiedy uświadamiamy sobie, że jest ktoś wyjątkowo okrutny i nie dotkną go żadne konsekwencje tego okrucieństwa. Piotr Kościelny przenosi nas do świata, w którym mamy przede wszystkim patrzeć, dopiero później wyciągać wnioski. Opowiada Polskę bez filtra. I daje znać, jak wiele nieoczywistych dla nas form ludzkiego zła otacza wszystkich na co dzień. To nie będzie powieść, po lekturze której szybko się uśnie. Doceniam przemyślaną formę tej wielowątkowej fikcji, która uderza w nas jak najbardziej bliski bolesnej rzeczywistości reportaż.

2022-10-04

„Rów Mariański” Jasmin Schreiber

 

Wydawca: Otwarte

Data wydania: 7 września 2022

Liczba stron: 272

Przekład: Agnieszka Walczy

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Wyjść poza żałobę

Wydawnictwo Otwarte staje się specjalistą od niemieckojęzycznych narracji, które w założeniu mają podnosić na duchu, opowiadając o trudnych egzystencjalnych kwestiach. Powieść Jasmin Schreiber nie jest może dla każdego jak „Sen o okapi” Mariany Leky, bo ciężar jej wymowy jest znacznie większy, niemniej wraz z „Rowem Mariańskim” te dwie książki są doskonałym przykładem tego, że literatura ma ogromną moc terapeutyczną, a także potencjał, by pomagać zrozumieć to, co wydaje się nie do zrozumienia. Zwłaszcza w rozpaczy, a ta już dawno przejęła władzę nad bohaterką Schreiber. Po utracie bliskiej osoby brak jej zdecydowanie tego rodzaju wglądu w siebie, jaki prezentuje na przykład Joan Didion w „Roku magicznego myślenia”, ale to przecież coś zupełnie innego, fikcja literacka w służbie przekonania, że każdą traumę jesteśmy w stanie unieść i zaakceptować, jeśli pogodzimy się z tym, że zaistniała, zmieniła nasze życie i nigdy już nie pozwoli być tym, kim się było. „Rów Mariański” nie jest opowieścią tylko o pustce pojawiającej się po stracie młodszego brata. To specyficzna powieść drogi fantazjująca o tym, na ile konieczne jest pojednanie się ze światem, w którym zabrakło kogoś bliskiego, a na ile istotniejsze staje się w tym stanie pojednanie z samym sobą.

Dla Pauli przysłówek „zawsze” będzie jednoznaczny z brakiem, którego nie da się zrekompensować. Jej życie w pewnym momencie się zatrzymało – jak życie Tima, który pytał o świat i interpretował go po swojemu. Wspomnienia rozmów z chłopcem pokazują, jak dociekliwy w badaniu życiowych zagadek był i jednocześnie jak wiele witalizmu zabrał siostrze poprzez swoje odejście. Dziś pogrążona w nieustającej żałobie Paula nie ma już żadnych pytań, a retrospekcje dosadnie przypominają, że wraz z wyjątkowo wrażliwym i ciekawym otoczenia chłopcem odeszła już jakakolwiek chęć poznawania tego, co jest wokół. Te wspomnienia mają charakter monologów do zmarłego, które punktują, co było dla niego najważniejsze i co odeszło wraz z nim bezpowrotnie. Paula nie jest już zainteresowana ani otaczającą ją rzeczywistością, ani też samą sobą, bo przerwanie specyficznej bliskości z bratem odebrało jej ochotę na to, by fantazjować na temat świata z jego niefrasobliwością, której tu tak pełno, jednakże jest już tylko wspomnieniem. Schreiber nie chce jednak kreślić klasycznego obrazu kobiety podążającej w kierunku abnegacji i depresji. Chce swą bohaterkę sportretować w takim stanie emocjonalnym, w którym bardzo dużo już przeżyła, ale nie jest gotowa na to, by doświadczyć spojrzenia na swój prywatny dramat z perspektywy czasu. Bo czas pozornie się dla Pauli zatrzymał. Do momentu, w którym los zetknie ją z kimś, kto walczy z upływem czasu, by zrobić wszystko to, co w jego życiu konieczne.

„Rów Mariański” to opowieść o ekscentrycznej parze bohaterów, których zbliża wzajemna obcość wobec świata i kilka bardzo konkretnych doświadczeń egzystencjalnych. Frank jest już w jesieni życia, Paula dopiero to życie rozpoczyna. Oboje skryli się przed światem ze swoimi smutkami i rozczarowaniami, oboje też potrafią rozpoznać w tej drugiej osobie charakterystyczne cechy życiowej alienacji. Oboje także ruszą w niezwykłą podróż. I okaże się, że nie tylko bohaterowie tej powieści będą ekscentryczni. Schreiber operuje świetnym poczuciem humoru: czasem jest to czarny humor, niekiedy znakomity komizm sytuacyjny. Spłukiwanie z siebie prochów zmarłej, banda nagich staruszków w lesie, ratowanie kontuzjowanej kury – elementy co najmniej niezwykłe wyskakują nam z tego narracyjnego kapelusza kilka razy, a sama autorka udowadnia, że o sprawach ostatecznych oraz ludzkim bólu wobec utraty można opowiedzieć nieco inaczej. Powstaje z tego zwyczajnie dobrze napisana historia, w której istotne w podróży jest przemierzanie kolejnych kilometrów (a także czasu w świadomości i wspomnieniach bohaterów), a nie docieranie do konkretnego celu. Choć oczywiście podróż się tu kończy podobnie jak życia młodych ludzi pozostawiających po dramatycznych utratach bliskich, którym rozpada się świat.

Tożsamość Pauli rozpada się w różny sposób. Z jednej strony negowane jest wszystko, co do tej pory osiągnęła, na przykład w edukacji. Z drugiej – bohaterka chciałaby natychmiast stać się kimś innym, przemodelować swoje życie oraz wartości. Scena kompulsywnego usuwania z mieszkania wszystkich zbędnych dla Pauli rzeczy, które dopiero teraz postrzega jako naprawdę niepotrzebne, jest świetnym przykładem tego, w jaki sposób bohaterka chciałaby za wszelką cenę stworzyć sobie nowe warunki życia, stać się nową osobą. Bojąc się wszystkiego, nad czym nie ma kontroli, zrozpaczona zdaje sobie sprawę z tego, że straciła kontrolę nad sobą, swoim przeżywaniem świata. Jej żałoba jest destrukcyjna. Trudno jej określić, czy dla odnalezienia równowagi należałoby naprawdę skonfrontować się z tym, co minęło, czy po prostu otworzyć się na nowe możliwości, dać sobie szansę odbicia się od dna wspomnień. Paula nie spodziewa się, że podróż, w którą się uwikła, da jej odpowiedzi przynajmniej na kilka pytań, które wciąż pozostawały dla niej tragicznie retoryczne.

„Myśli kontroluje się równie trudno jak miłość, która je wywołuje” – to zdanie może stać się ważne, gdy Jasmin Schreiber będzie nam pokazywać, w jaki sposób tworzy się bliskość między ludźmi uciekającymi od świata i dramatycznych wspomnień. Opisana tu niezwykła podróż każdemu z nich uświadomi, że samokontrola pomaga przeżyć żałobę, ale również ułatwia stworzenie jakiegoś alternatywnego świata po niej. Po śmierci, która się wydarzyła, nikt tego nie cofnie i zwyczajnie trzeba przyjąć to do wiadomości. Tymczasem brak kontroli nad ogromem miłości, jakim bohaterowie obdarzyli swoich bliskich, będzie tu miał swoje konsekwencje, bo żal rozleje się szeroko, a powrót do duchowej równowagi będzie niemożliwy, jeśli nie znajdzie się sposobu na to, by przeszłość przestała być wyrzutem sumienia. „Rów Mariański” opowiada o tym, ile można sobie wzajemnie dać w przypadkowo nawiązanej relacji, jeśli spojrzymy na własne cierpienie z perspektywy drugiego człowieka. Frank i Paula wzajemnie się obserwują. Ale jednocześnie próbują znaleźć płaszczyznę porozumienia. Być może na niej znajdzie się również miejsce, by zaakceptować swój ból. Ale tak naprawdę autorka sugeruje nam, że najprawdopodobniej jesteśmy w stanie określić granice swojej rozpaczy dopiero wówczas, gdy ją komuś zwerbalizujemy.

Bardzo ciekawa jest numeracja rozdziałów tej książki, stopniowe symboliczne wynurzanie się bohaterki, ale też zmierzanie do konfrontacji z czymś, co z jednej strony jest blisko niej, lecz z drugiej – nigdy nie wydarzyło się tuż obok. Paula to młodzieńcza tęsknota, Frank to staroświeckość pamiętania o bliskich i przekonanie, że zmarłych należy pożegnać na własnych zasadach. Oboje staną się tu wyrazicielami rozpaczy w konfrontacji, która pomoże im tę rozpacz zrozumieć. Schreiber w rozważania egzystencjalne bardzo ładnie wplata też świat natury: ten, o który pyta Tim, ale również ten widziany oczyma jego siostry podczas podróży. Ta książka ma w założeniu najbardziej empatycznie jak to możliwe zasugerować nam, że możemy być sami dla siebie zagadką natury dotąd, dopóki jesteśmy jej częścią. Pokrzepiająca lektura.

2022-10-03

„O zmierzchu” Hwang Sok-yong

 

Wydawca: Bo.wiem

Data wydania: 20 września 2022

Liczba stron: 208

Przekład: Dominika Chybowska-Jang

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,99 zł

Tytuł recenzji: Architektura intymności

Mam wrażenie, że cena za ekspansywny rozwój kapitalizmu zawsze jest ta sama, ale nie zawsze narody w nim wiodące chcą o tym mówić lub to sobie uświadamiać. Na szczęście w Korei Południowej jest literatura. Nie wiem, na ile przekonująco oddaje gorycz i rozczarowanie nowoczesnością, jednak próbuje opisać procesy, które nie mają nic wspólnego z budowaniem wielkiego, lśniącego i nowoczesnego świata. Zaglądając w głąb człowieka, koreańscy twórcy sygnalizują, że można boleśnie rozczarować się tym, z czego powinno się być dumnym. W powieści „O mojej córce” pisarka młodego pokolenia Kim Hye-jin jedynie w tle swojej historii, choć bardzo wyraźnie, zaznacza zgubny wpływ koreańskiego kapitalizmu na kondycję współczesnego człowieka. Dużo starszy od niej Hwang Sok-yong zdecyduje, że ten problem będzie wiodący w jego powieści. Jednak „O zmierzchu” to podobnie jak dokonanie Kim Hye-jin powieść o intymności rozczarowania. O tym, jak łatwo od niego przejść do rozpaczy. Tu rozwojowi bohaterowie będą ujawniać stopniowo fatalizm sytuacji, w jakiej się znaleźli. Ale najciekawsze będzie śledzenie, w jaki sposób dwa pozornie odległe od siebie życiorysy splotą się tu w jedną smutną historię.

Park Min-u wie, że jakiekolwiek prywatne troski lub wątpliwości należy zachować tylko dla siebie. Nauczył się doskonałego kontrolowania swoich emocji oraz przeżyć. Świat nie dowie się o tym, co naprawdę myśli. Tymczasem jest on architektem tego świata, usiłuje przekonać sam siebie, że buduje nową Koreę, a jego plany zawodowe podporządkowane są ogólnym założeniom rozwoju kraju. Czy architektoniczna spuścizna, której jest współtwórcą, za dekady będzie źródłem dumy? Czy może jest to coś, co dziś i dużo wcześniej przesiąkło różnymi formami demoralizacji i samo w sobie staje się marzeniem o wielkości projektantów nowych budowli, które niewiele ma wspólnego z ich użytecznością?

Druga opowieść to historia dużo młodszej od głównego bohatera Jeong U-hui. To ona głównie traci na tym, co stanowi zysk Min-u. Kobieta żyje w monotonnym rytmie – zawieszona między pracą artystyczną w teatrze a przyziemnością nocnych dyżurów w sklepie spożywczym, w którym usiłuje dorobić, by ratować skromny budżet i móc zapewnić sobie w miarę bezpieczny kąt, czyli ponure mieszkanie w suterenie. Biografia bohaterki zapewne nie jest wyjątkowa. Poruszające są tu opowieści między innymi o tym, jak Jeong U-hui i jej rówieśnicy poszukują tanich kwater na obrzeżach Seulu, bo tylko to proponuje im kapitalistyczna rzeczywistość, w której walczy się o przetrwanie kolejnego miesiąca. Ta postać w przeciwieństwie do portretowanego mężczyzny uosabia wyjątkową bierność i jest zrezygnowana w wielu aspektach. On ma plany i zamierzenia, które realizuje, uznając swoje życie za spełnione. Ona wciąż szuka jakiegoś istotnego sensu własnego życia. Oboje zaczynają wspominać to, czego doświadczyli. I przeszłość obojga będzie mieć tu istotne znaczenie, bo Park Min-u jasno udowodni, że jesteśmy tym, co zyskaliśmy albo straciliśmy, dorastając.

Park Min-u nie chce pamiętać, ale pamięta wszystko. Rodzinne strony, których już nie ma, bo jego dom nie istnieje. Biedę i wszystkie deficyty, z którymi wiązało się jego dorastanie. Kontakt z małoletnimi przestępcami, stygmatyzująca pamięć siły, której musiał używać, by być szanowany. Spełnione marzenie o stabilizacji i pewności, gdy otrzymuje swój pokój w domu bogatych ludzi, u których pracuje jako korepetytor. Nie znamy wielu dekad życia bohatera, bo poznajemy istotne dla jego rozwoju zdarzenia z dzieciństwa i młodości, a potem przyglądamy mu się jako człowiekowi pozornie spełnionemu. Imponująca jest w jego biografii ta zaciętość w dążeniu do tego, aby zmienić jakość swego życia. Pożegnać wspomnienie ubogiego chłopca, który w jednym z domów musiał przyglądać się temu, jak ryż je tylko jedna osoba przy stole. „O zmierzchu” jest historią usilnego zapominania, a jednocześnie usilnego przypominania sobie, co ukształtowało tożsamość i co zawsze pozostanie trudnym do uniesienia bagażem. Wyjść z ubogiego życia i dołączyć do tego, w którym nie trzeba martwić się o sprawy bytowe – ta droga była trudna, ale została pokonana, teraz nic już nie przypomina o mrocznej przeszłości. Czy na pewno nic? Intryga zawiązuje się w tej powieści stopniowo, a Park Min-u zostanie zmuszony do bardzo trudnej konfrontacji, kiedy uświadomi sobie, kim tak naprawdę jest. Albo kim być może nigdy nie był.

To książka, w której splatają się nitki różnych losów, a fatalizm ich wszystkich obrazowany jest w taki sposób, że „O zmierzchu” staje się historią bardzo różnorodnie portretowanego smutku. Główny bohater jest bacznym obserwatorem rzeczywistości. Umiejętnie rozpoznaje ludzką naturę. To, że przeżywamy komfort pozornie radosnego spotkania po dekadach z kimś dawno temu ważnym dla niego, czy też to, że ludzka pamięć potrafi deformować minione zdarzenia. Jedno i drugie staje mu się bliskie, kiedy w zaskakujący go sposób zmuszony zostanie do wspominania tego, kim był i jakim człowiekiem się stał. Hwang Sok-yong nie jest tutaj drobiazgowym kronikarzem życiowych traum. On jedynie punktuje ważne momenty, od których zaczynają się nowe opowieści. Świetnie opisuje ludzką samotność, ale ta historia najbardziej iskrzy emocjami wtedy, kiedy traktuje o bliskiej relacji, która mogła być jakąś możliwością, a stała się traumą. Nie każdy miał okazję zmienić swoje życie jak Park Min-u. Nie każdy w obecnej Korei ma ku temu jakąkolwiek możliwość. Bohater tej powieści nie chce widzieć się takim, jakim był. Okazuje się, że w życiowym wyścigu niektórzy zaliczyli falstart, a inni nigdy nie wystartowali i na zawsze pozostali tam, gdzie było biednie i gdzie gorycz zapisała się na tyle silnie, by nie można było się jej pozbyć przez całe życie.

Podoba mi się, jak w tej powieści konfrontują się liryzm i okrucieństwo. Jest to przecież książka niezwykle intymnie wkraczająca w obszar wrażliwości swoich bohaterów. Ale cały czas dosadnie podkreśla, że życie to przemiany i powiązana z nimi walka. Potęga współczesnego Seulu została zbudowana być może na skrywanej bezradności tych, o których nikt nie opowiada. „O zmierzchu” to również poruszająca historia miłosna, w której na pierwszy plan wysuwają się przykre okoliczności powodujące, że nie można kochać, nie można się przywiązać. Park Min-u świadomie rusza w drogę, nie oglądając się wstecz. Ale wprawność w niepokazywaniu świata, jaki jest naprawdę, coś tu zaburzy. Co z pewnością siebie bohatera? Co z przekonaniem, że w przeszłości zrobił wszystko, co zasadne i słuszne, aby zdobyć lepsze życie?

Hwang Sok-yong sięga tu do przejmujących kart koreańskiej historii, by pokazać, ile bezwzględności główny bohater musiał się nauczyć, aby stać się niewidzialny w swym dostosowaniu. Wspominając bunty oraz ich konsekwencje dla koreańskiego społeczeństwa, twórca rozważa rolę życiowej kontestacji tak w ogóle. Mamy tu dwoje ludzi – jedno z nich zdecydowane na bunt, który zmienia wszystko, drugie zaś niezdolne do żadnej formy wyrażenia niezadowolenia, choć jest ono wciąż obecne i stale rujnuje życie. Będzie to też poruszająca powieść o tym, kiedy decydujemy się na zakończenie swojego życia. A wszystko połączone z symboliką oczywistych opowieści o tym, w jaki sposób koreańska architektura nie chce pokazywać tego, co było, i jaką to ma cenę dla wszystkich. Bardzo interesująca książka.

2022-09-30

„Albania. W szponach czarnego orła” Izabela Nowek

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 12 stycznia 2022

Liczba stron: 300

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół kontrastów

Na kraj, którego się nie zna, najwygodniej patrzeć przez pryzmat stereotypów. Dlatego ta książka jest taka potrzebna. Bardzo konkretna, napisana przez miejscową przewodniczkę, a portretująca jednak wyjątkowe historie ludzi i miejsc. Wychodząca poza sprawozdawczość przewodnika oraz ujawniająca niezwykłą miłość, jaką do Albanii żywi autorka, która opowie ten kraj, koncentrując się przede wszystkim na jego kontrastach, do czego później wrócę. Specyficzne bałkańskie państwo, które przez lata izolacji reżimowej było wyjątkowym skansenem, dziś – po zakończeniu rządów Envera Hoxhy – bardzo powoli stara się określić swoją lokalną i europejską tożsamość. Izabela Nowek chce tą książką wyjść naprzeciw stylizowanym narracjom, w których Albania pasuje do smutku i melancholii, więc nieprzypadkowo już na wstępie zaznaczy, że opowie ten kraj konkretnie i rzetelnie, a nie w określonej formie, jak zrobił to Andrzej Stasiuk. Daleko będzie temu reportażowi także do napisanej przez Małgorzatę Rejmer znakomitej książki, która również na pierwszych stronach jest wymieniana jako wartościowa publikacja o tym kraju. Odnoszę wrażenie, że Rejmer w „Błocie słodszym niż miód” opowiadała, co Albańczycy pamiętają, ale też – co mitologizują. Nowek skupi się bardziej na teraźniejszości a także na tym, dlaczego Albanii tak trudno wybiegać myślami w przyszłość i co powodowało oraz powoduje, że kraj znajduje się wciąż na europejskich peryferiach. Doceniając potencjał państwa, w którym pamięć zastępuje różnorodność myślenia o obecnej chwili, Izabela Nowek pokaże go z bardzo wielu stron. Będzie to propozycja dla tych, którzy o Albanii wiedzą niewiele albo nie wiedzą nic. Na tyle przekonująca, że po lekturze zajrzałem z ciekawości na stronę internetową autorki oferującą podróże po kraju, których esencję zawarła w jednym tomie.

Porównania tego, co opowiedziały Rejmer i Nowek, są bezzasadne, bo obie książki mają zupełnie inną stylistykę i na czym innym się koncentrują. Ta opowieść poświęca czasowi dyktatury Hoxhy właściwie dwa rozdziały: nie chce i nie widzi konieczności sięgania do okresu, który dla Albańczyków jest definitywnie zakończony. Nie tylko dlatego, że kraj zasiedla już nowe pokolenie, które nie pamięta albo nie chce pamiętać krzywd przeszłości. Nowek pragnie skoncentrować się na tym, jak różnorodnie Albania żyje dzisiaj. Nie jest jednak ignorantką – bardzo  czytelnie zaznacza to, czemu Rejmer poświęciła cały swój reportaż, a mianowicie czas nieustannej inwigilacji, w którym donosiciele byli wszędzie, życie codzienne stale naznaczała niepewność, a cień tamtego modelu funkcjonowania wciąż w jakimś stopniu zasłania albański horyzont i perspektywa nowego życia nie jest wolna od tego, co było. Jeden z rozmówców mówi o Hoxhy: „(…) zamknął nas w bunkrze”. Ta książka wykorzysta metaforyczny i dosłowny wymiar tego pojęcia, sygnalizując jednocześnie, że w Albańczykach tkwi ten tak różnorodnie portretowany przez Rejmer sentymentalizm w odniesieniu do okrucieństwa. Duch dyktatora wciąż tkwi między Albańczykami, wdziera się w ich świadomość i do ich domów. Tak szczelnie kiedyś zamkniętych przed otoczeniem, dziś będących miejscami wielkiej gościnności, bo współczesny albański dom – jak dowiadujemy się od Nowek – należy do Boga i do gościa.

W czasach dyktatury Albania miała być jedynym ateistycznym krajem na świecie. Dzisiaj mieni się różnorodnością kulturową, także religijną, choć jest państwem muzułmańskim i w związku z tym kojarzy się z wieloma sprawami, które właściwie nie odgrywają tam istotnej roli. Przede wszystkim Albańczycy podchodzą raczej liberalnie do tradycjonalistycznych surowych nakazów i zakazów islamu. Krótki wykład o bektaszyzmie wystarczy, by pewne kwestie lepiej zrozumieć. Nowek bardziej skupi się na tym, jak religijność wpływa na codzienne zwyczaje, jak kształtuje różnorodną albańską kulturę, a także jak kreuje wciąż odmienny od reszty regionu czy kontynentu obraz kraju, który w zasadzie zawsze chciał żyć po swojemu i teraz również to robi.

Zwróciłem we wstępie uwagę na obrazowanie kontrastowe, bo kraj, który Izabela Nowek zrozumiała i pokochała, jest jednocześnie miejscem znacznych podziałów oraz utrwalonych opozycji. Kontrast oddaje tutaj to, w jaki sposób postrzegane są wszelkie role związane z płcią. Kontrastowana jest Tirana z resztą kraju. W kontraście ukazane są połączone sfery sacrum i profanum – warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób Nowek konkretnie to wyjaśnia. Kontrastowo – i to bardzo – prezentują się tutaj doświadczenia przeszłości w zestawieniu z tym, w jaki sposób Albania chce określać się dzisiaj. Ta książka koncentruje się na tym, co w dwóch wymiarach wyznacza kilka rodzajów wyjątkowości tego kraju. A wobec wszystkiego zachowany jest dystans, cenna na pewno w pracy przewodnika umiejętność niwelowania napięć w opisach tego, co zazwyczaj te napięcia wywołuje i utrwala. Albania ma wiele sfer życia, które być może wciąż nie przystają do tak zwanych europejskich standardów. Ale okazuje się również w niepowtarzalny sposób piękna. Zaskakująco różnorodna. A autorka ze swoim umiłowaniem do prowincji, na której czas płynie sennie i nieco inaczej niż na przykład w Tiranie, będzie umiała pokazać każdy aspekt tego kraju. Najbardziej podoba mi się to, w jaki sposób Albania opisywana jest za pomocą leksykalnych i semantycznych komplikacji, o których Nowek opowiada tutaj bardzo często. Nie tylko dlatego, że język albański jest trudny, sankcjonujący ważność wielu dialektów i nielubiący na przykład fonetycznych przyzwyczajeń.

Swoiste uwięzienie w micie matki, gloryfikowanie maczyzmu, albańska przedsiębiorczość granicząca z przestępczością, nazbyt oczywiste i od wieków wciąż te same wzory w postrzeganiu roli drugiego człowieka – jest sporo kwestii, które mogą od Albanii odstręczać. A jednak pojawia się tu dużo zaskoczeń. Nowek z powodzeniem stosuje zamiennie styl anegdotyczny i sprawozdawczy, by dać czytelnikowi możliwość wyrobienia sobie własnego zdania na temat tego, co pozornie wydaje się bulwersujące lub kontrowersyjne. Ale są też fragmenty wyjątkowe, dyskretnie sugerujące pewne kwestie – nie odsłaniają problemu, nawet nie próbują go konkretnie nazwać. Taka będzie na przykład opowieść o seksualności: o tym, co pojawia się i domaga usankcjonowania między podziałami w tak oczywisty i archaiczny sposób określającymi to, co kobiece, i to, co męskie. Podoba mi się tu swoboda opowiadania o wszystkim – bez dramaturgii czy sugerowania tez. Nowek nigdzie nie jest nauczycielką albańskości, jest za to wyborną literacką przewodniczką po tym kraju. Można uśmiechnąć się na myśl, że lubiący obserwować innych Albańczycy sami są tu teraz uważnie przez nas obserwowani. A wszystko w zamierzeniu ma być opowieścią o zwykłych ludziach i ich zwykłych problemach czy radościach. Bo taką Albanią Nowek żyje i taką chce nam zaprezentować.

Patrząc w przyszłość, autorka snuje fantazje i określa perspektywy. Nazywa może to, co dla samych Albańczyków trudne jest do nazywania. W kilku rozdziałach jest świetną socjolożką. Historyczne fragmenty odpowiednio skraca i umiejętnie łączy w dobrych proporcjach z tym, co opowiada o teraźniejszości. Albania jest krajem, który na określenie swojej tożsamości w XXI wieku potrzebuje być może trochę więcej czasu niż inne izolowane państwa Europy wschodniej i południowej. A może ma ją bardzo solidnie ugruntowaną, tylko jeszcze nie jest do końca pewna tego, na ile kompromisów i nowatorskich rozwiązań może sobie pozwolić. Nowek rozpoczyna od mozaiki i to słowo będzie tu kluczem. Otrzymujemy opowieść o małym górskim kraju z wyjątkowym językiem narodowym, wyjątkową historią i bardzo wyjątkowym połączeniem nieśmiałości państwowej z jednoczesną dużą pewnością siebie. Uzupełniające reportaż zdjęcia z pewnością udowodnią, że całość jest pasjonującą opowieścią o naprawdę niezwykłym miejscu. Tuż obok nas, choć dopiero od kilku lat dostępnym w bezpośrednim połączeniu lotniczym.

2022-09-28

„A gdy obejrzysz się za siebie” Juan Gabriel Vásquez

 

Wydawca: Echa

Data wydania: 28 września 2022

Liczba stron: 464

Przekład: Katarzyna Okrasko

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Rodzina i ideologia

Juan Gabriel Vásquez stworzył poruszającą i inteligentną opowieść o tym, jaką rolę literatura piękna ma przyjąć wobec biografii. Zadał pytanie o to, czy biografia jako taka ma być właśnie beletrystyką, czy też powinna pozostać biografią. Określił granicę między faktem a autorskim zmyśleniem, a następnie umiejętnie ją zatarł. Jest to powieść wynikająca z wielu zaangażowanych rozmów z charyzmatycznym twórcą, a jednocześnie akt twórczości powstały na bazie tych rozmów, w którym Vásquez udowadnia, że to, co powiedziane i wynotowane, może być fundamentem dla niejednoznacznej w swej wymowie narracji. Kolumbijski autor tak jak w „Kształcie ruin” – od których kompozycyjnie ta książka znacznie się różni, bo jest prostsza albo przynajmniej sprawia takie wrażenie – ponownie z powodzeniem jest w stanie balansować na granicy między teoriami stworzonymi na bazie faktów a faktami, które są tu różnie rozumiane, bo sama opowieść kieruje się swoimi prawami. Granice między prawdą a zmyśleniem Vásquez nie tyle wyznacza po swojemu, ile wciąż podaje w wątpliwość. Powstaje z tego bardzo enigmatyczna książka. Jednocześnie jedna z lepszych powieści o rodzinie, jaką kiedykolwiek czytałem, bo nic w portretowaniu więzi rodzinnych nie jest tutaj oczywiste. Każdy problem jest złożony i każda postać wywoła ambiwalentne odczucia. Najważniejsza jest relacja łącząca ojca z synem sportretowana w dwóch pokoleniach: mamy tu dwie pozornie różne konfrontacje, jednakże „A gdy obejrzysz się za siebie” to powieść sugerująca, jak wiele z postrzegania najbliższych zabieramy ze sobą w kolejne pokolenie. Jak wiele tego samego wciąż w nas pozostaje, choć chcemy być innym, lepszym ojcem.

Na początku wydaje się, że kompozycyjnie Juan Gabriel Vásquez wykona jakąś nieprzewidywalną woltę. Że ta powieść wcale nie będzie się opierać na retrospekcjach i barwnym opowiadaniu dziejów ludzi, którym los kazał żyć, funkcjonować i dojrzewać do rewolucyjnej tożsamości na różnych kontynentach i z różnymi definicjami tego, czym jest komunizm i jego utylitarność, czym jest proletariackość, co określa bunt wobec opresji systemu. Nie dzieje się nic niezwykłego, a jednak cała ta spójna opowieść staje się niezwykła. Zwłaszcza gdy widzimy, że to historia tego, jak prywatne relacje i intymne doświadczenia w nich wciąż na nowo stają się jakąś sprawą publiczną. Ludzie portretowani przez Vásqueza wciąż są przekonani, że jako członkowie rodziny muszą stawać wobec spraw ważnych i bezwzględnych. Muszą określać swe relacje rodzinne poprzez działania: społeczne, ale przede wszystkim polityczne. Oni rewolucję mają w sobie i przeprowadzają ją wszędzie. Dołączają do niej w każdym zapalnym punkcie, w którym swoją obecnością można zaznaczyć, że chce się zmienić świat. Jednak najmocniej zmienia się siła ich więzi. Ta rodzina doświadcza emigracji w najbardziej bolesny sposób, a uciekanie przed opresją i przed ryzykiem śmierci to dopiero początek. Tu istotne jest to, w jaki sposób rodzice ideologizują swoje dzieci i jak samotne te dzieci mogą być, kiedy zmuszone są podejmować najtrudniejsze decyzje. Czasem takie, które nigdy nie powinny być podejmowane, bo zmieniają kształt życia na zawsze.

Sergio Cabrera, kolumbijski artysta, aktor, reżyser. Z dala od Kolumbii przygotowuje się do tego, aby opowiadać publicznie o swoich filmach i przekonywać, że estetyka oraz ideologia filmu to projekcja przekonań nabytych pod wpływem różnego rodzaju konfrontacji. Już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że Sergio musi zmierzyć się z odejściem ojca. Tego ojca, który gotów był wędrować po całym świecie w poszukiwaniu i realizowaniu słusznych według niego idei, a umiera nagle i w tej śmierci nie ma ani charyzmatycznej buntowniczości, ani świadectwa tego, że oto odchodzi człowiek, dla którego całe życie było historią ideologicznej kontestacji. Nieprzypadkowo Sergio decyduje się na to, by nie uczestniczyć w pogrzebie ojca. Wybiera życie: plan swoich publicznych wystąpień w Hiszpanii i czas dla własnego syna, który u progu dorosłości domagać się będzie tego, czego Sergio być może nie zaznał od swojego ojca. Skomplikowane relacje z przeszłości można określić jednoznacznie: ciągłe konfrontacje. Fausto był ojcem wymagającym, często kostycznym, nieznoszącym sprzeciwu. Ojcem, który oczekiwał, że syn podda się jego wpływom bezgranicznie. Ojcem modelującym jego życie, narzucającym mu światopogląd, ingerującym w tożsamość, przekonanym, że ta najbardziej intymna relacja zawsze będzie się wiązała z tym, co publiczne, nieustanną walką. „A gdy obejrzysz się za siebie” to znakomita opowieść o tym, co się dzieje, kiedy ojcostwo stanie się sprawą ideologiczną, i jakie dramaty mogą kryć się w wychowywaniu dzieci, które mają wybierać jedyną słuszną drogę. Sergio wybiera wolność. A jego syn pyta o doświadczenia, które uczyniły ojca wolnym.

Kiedy ojciec z sentymentem sięga po Barthesa, osiemnastoletni syn chętnie czyta Palahniuka. Juan Gabriel Vásquez na kilka sposobów pokaże, jak wygląda różnica pokoleniowa między człowiekiem, którego świadomość ukształtowały rodzinne wolnościowe historie, a młodym mężczyzną, dla którego świat jest już pewną uporządkowaną całością, w której kontestacja ma zupełnie inny charakter. Do rozmów ojca z synem dochodzi w Barcelonie mającej tutaj znaczenie symboliczne. Miasto pojednania i zrozumienia tego, co tak trudno było zrozumieć w przeszłości. Miasto, z którego syn Sergia nie musi uciekać, a które chciałby ujrzeć oczyma ojca rozumiejącego, że ważna jest przekazywana przez lata pamięć opresji. Rodzinna emigracja, perypetie nękanej konfliktami Kolumbii czy dorastającego do swojej rewolucji świata Chin epoki Mao Zedonga jest jednocześnie wspomnieniem o tym, w jaki sposób historia i polityka kształtują więzi rodzinne. Coś, co w zasadzie nadal ma miejsce, choć Sergio chce porządkować wspomnienia przede wszystkim z powodu tego, co w nich najbardziej okrutne.

Bo jest to opowieść o okrucieństwie idącym w parze z każdą ludzką potrzebą rewolty i imperatywem wspólnego kształtowania zmian. Dziadek Sergia już jako sześciolatek przekonuje się, że za walkę o sprawiedliwość trafia się do więzienia. A potem dzieje rodziny cały czas będą powiązane z definiowaniem pojęcia sprawiedliwości i walką z opresyjnym systemem, w którym przykładami zniewolenia są zakneblowanie ust, blokowanie umysłu, odbieranie wolności przekonania w najbardziej przejmujący sposób. Tylko czy ta historia rodzinna jest opowieścią o tym, że przekonania naprawdę były wolne? Trochę tutaj mitu o byciu społecznie spełnionym i potrzebnym, trochę gorzkiej demitologizacji wszelkich kontestatorskich działań. Czy rodzina Fausta Cabrery poświęciła to, co powinna poświęcić dla idei? Czy społecznikostwo, o którym tutaj mowa, i wieczne rzucanie się w wir ideologicznego sporu ze światem wzmocniło, czy osłabiło więzi między ludźmi, którzy – jak opisuje autor – mimo wszystko się boleśnie zatomizowali. 

W tym wszystkim obraz Kolumbii z jednej strony bliskiej, z drugiej – niesamowicie odległej, także w sensie geograficznym. Wspomnienie choćby obecności człowieka, na którego legendzie autor stworzył swój „Kształt ruin”. Jorge Eliécer Gaitán pojawia się tu w epizodzie, ale znacząco oddziałuje na człowieka wyznaczającego sobie potem swoją drogę ideologiczną i twórczą. A później opowiedziane jest wszystko to, co kształtuje wizerunek Kolumbii – państwa wiecznej przemocy oraz wiecznie nierozwiązalnych konfliktów, w którym wolność to czasem również przemoc. „Dla tego kraju nie ma już ratunku” – pisze w złości i goryczy Sergio po tym, gdy po raz kolejny istotne porozumienia pokojowe stają się w gruncie rzeczy iluzją. Jak bardzo dynamiczna jest Kolumbia zmagająca się z kolejnymi konfliktami wewnętrznymi, tak bardzo zdynamizowane są tu relacje rodzinne, w których najboleśniej ujawnia się chyba dziecięce i młodzieńcze osamotnienie – Sergia i jego siostry. A imię syna Sergia to imię jego partyzanckiej tożsamości. Czy w kolejnym pokoleniu przyjdzie czas, by zbliżyć się do siebie, a nie do ideologii kształtującej każdą relację?

To fascynująca historia rodziny w wiecznej podróży – pośród systemów politycznych, wyzwań społecznych, pośród prywatnej niesprawiedliwości i idei walki z niesprawiedliwością tak w ogóle. To również opowieść o tym, jak mocno kształtują nas doświadczenia przemian i jak bardzo można tęsknić za tym, co oczywiste: bezpiecznym domem, bezpiecznym państwem, bezpieczną i oswojoną przestrzenią akceptacji samego siebie.