2021-10-04

„Pusty przelot” Daniel Odija

 

Wydawca: Czarne

Data wydania: 6 października 2021

Liczba stron: 192

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Podwójne zagubienie

Powrót do macierzystego wydawcy bardzo służy Danielowi Odiji, bo znowu pojawia się ze świetną historią i bezkompromisowym piórem po nieudanej – w moim odczuciu – próbie eksperymentowania z formą w opowiadaniach zbioru „Przezroczyste głowy”. Nie wiem, czy ta narracja o braterskiej więzi jest równie dobra jak najlepsze skandynawskie – choćby „Submarino” Jonasa T. Bengtssona czy „Miód trzmieli” Torgny’ego Lindgrena – ale niewątpliwie to jedna z bardziej poruszających polskich powieści, które ukazały się w tym roku. Świetnie przemyślana w detalach i właśnie nimi najmocniej oddziałująca. Krótka, ale być może w dłuższej wersji byłaby już nie do uniesienia. Inteligentna, smutna i zadająca bardzo wiele pytań.

Mocno przeżyłem spotkanie z tą książką. Czytałem przez pryzmat osobistego doświadczenia, ale cały czas starałem się być czujny i kontrolować, czy jest to tekst dobry literacko. Jest taki jak najbardziej. Reszta to kumulacja moich prywatnych emocji, ale postaram się pisać obiektywnie. Kiedy idzie się przez życie z genetycznym balastem obłędu, każdego dnia ma się nadzieję, że ten obłęd pozostanie uśpiony. Tu się wybudził. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bohaterowie tej poruszającej powieści mogliby sparafrazować słowa sławnej poetki i powiedzieć, że tyle wiemy o sobie, ile ujrzymy się we własnym szaleństwie. Odija podejmuje udaną próbę opowiedzenia o braterskich demonach tańczących z melancholią. O ludziach, którzy zmuszeni zostali przedefiniować swoja najbliższą relację. Całość skomponowana bardzo kameralnie, niezwykle sugestywnie i doskonale oddaje poczucie utraty, której nie można zwerbalizować. „Pusty przelot” jest książką o tym wszystkim, czego nie umiemy wypowiedzieć albo boimy się to zrobić. Dlatego cenny jest nie tylko dobór tematyki, lecz przede wszystkim środków wyrazu, aby ją dobrze przedstawić.

Narrator jest młodszym bratem, który dość długo czuł się tym gorszym. Pierwszy syn spełnił oczekiwania rodziców, a dwa lata później „wydarzyło się” jeszcze jedno dziecko. Młodszy brat z dużą uwagą podglądał tego starszego, a więź między nimi zacieśniała się wbrew rozpadowi rodziny. Ojciec odpuścił. Pozostał tylko w jednym wspomnieniu świadczącym o tym, że był bliski. Matka zamknęła się w świecie własnych rojeń, ze wszystkimi lękami i uprzedzeniami wobec życia. Zostało ich dwóch. Najbardziej samotne rodzeństwo na świecie. A jednocześnie wzajemnie uzupełniające się i wspierające. Pełne czułości retrospekcje ujawniają, jak silna więź została stworzona. A potem skonfrontowana z czymś równie bezkompromisowym. Starszy brat stał się dziwny. Zaczął się rozpadać. Tracić zmysły. Zachorował jego umysł. I dopiero wówczas obaj bracia zaczynają rozumieć, co jest możliwe, a co niemożliwe w ich relacji. Jak bardzo trzeba zmienić wzajemne stosunki, by iść przez życie razem z chorobą niszczącą wszystko niczym tornado.

Daniel Odija w tym intymnym dzienniku chorowania brata oddaje oczywiście męską bezradność, ale jest to przede wszystkim książka o tym, co się z nami dzieje, kiedy doświadczy nas choroba umysłu. Zaczynając od parafrazy Szymborskiej, chciałem zwrócić uwagę na kwestię, która pada tutaj wprost i nie trzeba jej szukać w symbolicznej warstwie powieści – dopiero konfrontacja z ułomnością własnego umysłu daje prawdziwy obraz tego, kim jesteśmy. A tu do tej mrocznej konfrontacji dołączona jest kolejna. Młodszy brat nie tyle musi, ile chce pojąć, co niszczy najbliższą mu osobę. Przygląda się rozwojowi schizofrenii najpierw z bezpiecznego dystansu. Potem jednak staje się immanentną częścią szaleństwa brata, bo przecież zawsze był nieodłącznym elementem jego tak zwanego zdrowego życia.

„Pusty przelot” to przejmująca opowieść mająca charakter ostrzeżenia. Każdy z nas stara się twardo stąpać po ziemi, załatwiać wszystkie swoje ważne sprawy, uczyć się życia, dorastać, dojrzewać. Tymczasem może nadejść chwila nieposłuszeństwa mózgu. Takiego rodzaju słabości, wobec której jesteśmy bezradni na równi z lekarzami, którzy oczywiście chcą – przynajmniej w tej powieści – profesjonalnie pomóc, ale jeden z nich pozostaje zaledwie smutnym mentorem wzbudzającym wściekłość. Odija sugeruje, że wszystko, co uznajemy za stałe, bezpieczne i dające życiowy komfort, może się bezpowrotnie rozpaść. A kiedy to się dzieje, pozostają już tylko kompulsywne próby ucieczki od szaleństwa. Albo dramatyczne metody oswojenia się z nim, by dalej żyć. Dla bohaterów tej książki nie ma chyba takiej alternatywy. Tu wszystko jest po dwakroć napięte, trudne, niebezpieczne i przerażające. To są dwa oblicza obłędu – portretowanego ze strony mężczyzny, który go doświadcza, i tego drugiego, patrzącego na wszystko i analizującego raz po raz swoją rolę. Bo kim ma się stać młodszy brat w obliczu utraty zmysłów tego starszego? Opiekunem? Żałobnikiem po normalnym życiu? Pielęgniarzem? Czy może najbardziej bezradnym człowiekiem, który mimo wszystko najmocniej kocha, cierpiąc w tej bezradności?

Ta bardzo skondensowana w treści, chwilami przeraźliwie bolesna powieść opowiada o dwóch drogach poszukiwania ratunku w sytuacji groźnej, patowej, wymagającej uległości i kompromisów. Dwie prywatne Golgoty zestawione są ze wspomnieniami – razem tworzą wyjątkowo sugestywny fundament narracji o tym, że w zderzeniu z obłędem nie sposób pytać o przyczyny. Dramat, który opisuje Daniel Odija, może być sumą przypadków, zbiegów okoliczności i genetycznego obciążenia. Za każdym razem jest to nowa forma życiowego wyzwania. Nie ma bowiem trudniejszej konfrontacji niż ta ze swoim szaleństwem. „Pusty przelot” niesie w sobie wiele smutku i melancholii, ale opowiada również o determinacji w utrzymaniu najważniejszej relacji, gdy bierna w swym cierpieniu matka się odsunie, a bracia pozostaną sami ze sobą. I z obłędem rozbijającym dotychczasową więź. Najmocniejsze fragmenty powieści to te obrazujące, jak nieuchronnie rozpadała się ta więź. Jakby braterska miłość rozwiewała się niczym dym. I wtedy pojawiają się sugestie, o których wspomniałem – co jest możliwe, a co niemożliwe w tak nadwątlonej relacji.

Odija dyskretnie też daje znać o tym, o czym często się zapomina, a co jest oczywistą formą nielojalności wobec chorego psychicznie. To stygmatyzacja,  która często niszczy dużo bardziej niż sama choroba, a w zderzeniu z nią ujawnia się również obrzydliwa hipokryzja. „Pusty przelot” jest opowieścią bardzo bezpośrednią w wyrazie. Zrywającą z pomnikową martyrologią polskiej rodziny, lecz pełną fatalizmu. Autor opowiada mocną historię w taki sposób, że wchodzimy w sam środek skomplikowanego dramatu. A może w miejsce, w którym musimy zapytać retorycznie o to, co sami zrobilibyśmy z chorobą swojego umysłu. Albo umysłu najbliższej osoby.

2021-10-01

„NOrWAY. Półdzienniki z emigracji” Piotr Mikołajczak

 

Wydawca: Wydawnictwo Otwarte

Data wydania: 16 października 2021

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Lustro emigracyjne

Dosyć długo znam Piotra Mikołajczaka, ale nie aż tak długo, aby znać jego norweskie losy emigranta. Znany mi człowiek to raczej ktoś, kto pisze w tej książce ostatnie zdania. Szczęśliwy mąż cieszący się z odnalezienia swojego miejsca na ziemi. Nie jest nim bynajmniej Norwegia. „NOrWAY” to opowieść o czymś zyskanym i utraconym, a jednocześnie historia, w której najważniejsze jest nazywanie obszarów własnej tożsamości dzięki trudnym przeżyciom emigracyjnym wyjątkowo silnie kształtującym charakter i mentalność. Mikołajczak jawi się tu jako emigrant bardzo świadomy. Zarówno tego, dokąd przybywa i czym jest społeczność, w której będzie chciał na chwilę odnaleźć swoje miejsce, jak i tego, kim jest jako przybysz – co niesie ze sobą w trudnym do udźwignięcia bagażu polskich doświadczeń i w jaki sposób się z nim rozprawi. Bo autor zaznacza wyraźnie, że najważniejsze w życiu na obczyźnie jest „poukładanie starych problemów w nowym miejscu”. Piotr Mikołajczak nie będzie się starał rozwijać tezy ocierającej się już o truizm, że nie można uciec do innego kraju od tego, co uwierało w Polsce i zmuszało do wyjazdu. Ta barwna opowieść – świetnie niuansująca różne rodzaje tymczasowości – jest próbą zmierzenia się ze wspomnieniami w taki sposób, aby zrozumieć, co było najistotniejsze w byciu obcym, jak tę obcość można było oswoić i w końcu co w samej Norwegii było tak wyjątkowego, że autor czuł się w niej wyobcowany, ale nigdy nie miał poczucia, że jest tam kimś niechcianym.

Norwegia jest ostatnio bardzo wdzięcznym tematem dla polskiej literatury faktu. Otrzymaliśmy już znakomite książki o istocie norweskości – między innymi „Najlepszy kraj na świecie” Niny Witoszek, jak również dość kiepskie – i tu mam na myśli na przykład publikację Anny Kurek „Szczęśliwy jak łosoś”. Maciej Czarnecki stworzył ciekawy reportaż o norweskim Barnevernecie i w „Dzieciach Norwegii” gdzieś na marginesie kreślił obraz polskiej emigracji w tym kraju. Chyba jednak nikt dotychczas nie skoncentrował się tak silnie na całej społeczności Polaków, którzy z różnym powodzeniem usiłują znaleźć w Norwegii swój raj. Mikołajczak nazywa go rajem wyobrażonym. Wspomniana Witoszek, przyglądając się kulturze i mentalności Norwegów, prezentuje coś na kształt raju niemożliwego. Czy autorowi „NOrWAY” udało się trafić dobrze? Do właściwego kraju, w którym frustracje i gorycz można dzięki determinacji przekuć w działania, które sprawiają, że życie nabiera sensu i staje się satysfakcjonujące?

Należy oddzielić aspekt socjologiczny tej książki od jej wymiaru egzystencjalnego. Z jednej strony mamy tu do czynienia z obserwacjami rodaków tak samo jak autor zanurzonych w codzienności, w której trzeba przede wszystkim przetrwać. Opowiadanie o pojedynczych ludziach i brak tendencji do uogólniania są tu świadome. Gdyby uznać, że Piotr Mikołajczak chce nam zaserwować garść dotyczących relacji z rodakami wspomnień, w których umiejętnie połączy humor i ironię, ta narracja nie byłaby w żaden sposób wyjątkowa. Ale mamy tu do czynienia z czymś innym. Są obserwacja i analiza, są ogromna empatia i niewyobrażalny dla jego kolegów, z którymi pracuje lub mieszka, zasób słów oraz skojarzeń potrzebnych, by zniuansować dramaty i radości polskiej emigracji zarobkowej w Norwegii. Jest również to, co najbardziej istotne – przyglądanie się w tym wszystkim samemu sobie. To, co zwraca uwagę od samego początku, to niebywała wrażliwość na otoczenie, naturę. I widać to już w pierwszych relacjach, gdy autor wraz z towarzyszem podróży przemierza Szwecję. Potem Mikołajczak przyjrzy się choćby norweskiemu niebu, w które rzadko patrzą jego koledzy w emigracyjnej (nie)doli. Za tą wrażliwością idą spostrzegawczość i uważność obserwacji. Najważniejsi stają się ludzie i kiedy autor poświęca im uwagę, widzimy, że chce być tak skoncentrowany jak przy podziwianiu północnych pejzaży. Dlaczego? Bo każda postać na jego drodze – nawet ta najbardziej irytująca – jest jednocześnie opowieścią. Emigracja Mikołajczaka pośród ludzi, którzy zupełnie nie zwracają uwagi na to, na co on sam jest wyczulony, nie jest historią o tym, że praca za granicą nobilituje czy upokarza. Mamy do czynienia z zapiskami bardzo uważnego obserwatora i świadka. Mikołajczaka interesuje naprawdę wszystko – nawet losy jego niedopałka.

„NOrWAY” jest więc książką o tym, w jaki sposób polscy emigranci usiłują funkcjonować w państwie, którego bardzo często nie chcą rozumieć, ale przede wszystkim pamiętnikiem poszukiwania samego siebie. Wspomniałem już o tymczasowości, która pojawia się tu w kilku różnych znaczeniach. Piotr Mikołajczak stara się przyjrzeć temu, czym jest tymczasowość zawodowa, socjalna, trochę kulturowa i na pewno egzystencjalna. Portretowana Norwegia, którą ogląda z różnych stron (z ekipą remontową trafia również do dalekiego Tromsø), jest miejscem, gdzie doświadczając rzeczywistości intensywniej, Mikołajczak po latach nazywa siebie na nowo. Te wszystkie retrospekcje mówią nie o tym, co się przeżyło, ale o tym, jak to kształtuje całe późniejsze życie. Tu oczywiście skryte w niedopowiedzeniach, bo „NOrWAY” kończy się tam, gdzie chciałoby się posłuchać o dalszym ciągu. Jakkolwiek odbierać tę książkę, jest dowodem niebywałej samoświadomości. Piotr Mikołajczak wie, że aby zrozumieć ustalony życiowy azymut, należy bezwzględnie cofnąć się do wspomnień, do których nie wracał, a wszystko, czego się wtedy doznawało, traktowane było jak doświadczenie wzmacniające, zawsze uczące czegoś. Chciałoby się, aby wszyscy umieli się tak mierzyć z dawnym „ja”. Terapeuci straciliby pracę.

Podoba mi się sposób, w jaki ujawnia się wrażliwość Piotra Mikołajczaka. Najlepiej widać to w jego porównaniach. Tropy świadczące o tym, że te emigracyjne retrospekcje to coś więcej niż dziennik przetrwania, kryją się w wielu zdaniach i akapitach, które pozornie nie mają bezpośredniego związku z głównym tematem książki. Każdy rodzaj konfrontacji jest tu zwróceniem się do samego siebie. W każdej z ekscentrycznych postaci – czarnoskórej wielbicielce baraniny, specyficznym alkoholiku Królu Mirasie czy polskim fanie Boba Marleya – Mikołajczak dostrzega zarówno to, kim jest, jak i to, kim nigdy nie chciałby być. Relacje uczą go szacunku do samego siebie. Pozwalają na to, by odczuć emigrację w każdy sposób – nawet wówczas, gdy jest to wyjątkowo gorzkie doświadczenie. Są fragmenty, w których spotykani przez autora ludzie stają się trochę jak bohaterowie literaccy. Biorąc pod uwagę to, jak operuje językiem, Mikołajczak się trochę marnuje w tego typu narracjach, powinien nam raczej zaproponować powieść. Ale „NOrWAY” to książka, która nie tylko definiuje jego obecną tożsamość, lecz również zapowiada możliwości. Świetne jest to, że autor pisze w zasadzie dla każdego. Chodzi nie tylko o frazę i to, w jaki sposób opisywana jest rzeczywistość. To rzecz o bardzo ciekawych zderzeniach z norweską rzeczywistością i najważniejszej ciekawości – samego siebie. Otrzymujemy książkę, w której opis emigracji zarobkowej jest początkiem opowieści o szansach, które zostały wykorzystane. Bez marazmu i przekonania, że każde z opisanych doświadczeń jest w jakiś sposób uniwersalne i dlatego należy je przedstawić.

To zatem historia bardzo intymna. Stworzona przez człowieka, który oswaja to, co inne, z ciekawością oraz szacunkiem. Historia goryczy i euforii, bolesnych rozczarowań i świadomości tego, jak bardzo można w chwili trwogi… polegać na sobie samym. Jest to też dynamiczna książka, która może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców. Mikołajczak opowiada o tym, co to znaczy przekraczać granice, ale zwraca uwagę na to, że najtrudniejsze do pokonania są ograniczenia naszej mentalności i postrzegania świata.

2021-09-28

„Zadanie domowe” Lisa Wiemer

 

Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 29 września 2021

Liczba stron: 352

Przekład: Ryszard Oślizło

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec fobii i nienawiści

Lisa Wiemer – jak sama wspomina na końcu – pozwoliła sobie na osobistą rozprawę z piekłem pamięci o antysemityzmie i uczyniła to w postaci tej poruszającej książki. Bazując na rzeczywistych zdarzeniach, stworzyła fikcję literacką, w której nie tylko młodzi ludzie są konfrontowani z kontrowersyjnym zadaniem, ale i amerykańska społeczność staje w obliczu zaskakujących zmian, kiedy demony przeszłości ujawniają się ponownie, a świat tworzą ci, którzy wciąż nienawidzą. Czy tak jest rzeczywiście? „Zadanie domowe” to znakomita powieść młodzieżowa, ale również bardzo mocna narracja dla dorosłych odbiorców. To, co najbardziej zapada w pamięć, to umiejętność opowiadania o tym, z jaką gamą emocji mierzą się młodzi ludzie, kiedy otrzymują zadanie odtworzenia zdarzenia będącego największą hańbą gatunku ludzkiego w XX wieku. Stworzenie dodatkowo polifonicznej narracji uwiarygodnia bohaterów, sytuuje ich w kontrze do narzuconego działania, ale jednocześnie pomaga w tej opozycji lepiej zrozumieć siebie i swoje uczucia. Sprzeciw wobec wczuwania się w mentalność nazistów będzie początkiem zaskakujących wydarzeń. Polaryzujących społeczność szkolną i miejską, ale również pozwalających na to, by dorastający bohaterowie po raz pierwszy zaczęli zadawać sobie trudne pytania o swoją tożsamość.

Pan Bartley jest szanowanym i cenionym historykiem. Zwłaszcza dla Logan, głównej bohaterki właśnie kończącej szkołę średnią, do której zawsze lubiła chodzić i zdobywać wiedzę. Tymczasem wraz ze swoim przyjacielem Cade’em  staje w obliczu wyzwania. Oboje niepokoi motywacja ulubionego nauczyciela. Młodzież ma przygotować się do odtworzenia debaty w Wannsee, podczas której zapadły decyzje dotyczące losu wielu milionów Żydów w Europie. To, czego oczekuje nauczyciel, nie mieści się w granicach pojmowania Logan. Wejść w skórę nazistów? Przygotować w punktach argumenty za eksterminacją? Uczynić szkolnym teatrem wydarzenie początkujące masowe morderstwo? Impulsywność i zdrowy rozsądek bohaterki walczą ze sobą od samego początku, ale to, co najważniejsze, to sposób, w jaki reaguje ona na polecenie swojego nauczyciela. I to, co będzie stało za sprzeciwem wobec uczestniczenia w zleconym projekcie.

Wiemer opowiada o tym, o czym cały świat doskonale wie, ale jej młodzi bohaterowie zadają pytania, które przez dekady nie opuszczają także dorosłych ludzi. Dlaczego Holokaust się wydarzył? Jak to możliwe, że ludzie odpowiedzialni za machinę śmierci przyłożyli rękę do masowej zagłady? To nie jest tylko powieść o tym, w jaki sposób młodzieńcza mentalność zderza się z pytaniami, które być może o tej pory nie miały okazji się w niej pojawić. To historia konsekwentnie realizowanego buntu wobec tytułowego zadania, a w gruncie rzeczy opowieść o niezgodzie na faszyzm, antysemityzm i każdy rodzaj fobii wynikającej z nienawiści. Kiedy Logan i Cade dostrzegają, że część ich koleżanek i kolegów z klasy reaguje na pomysł pana Bartleya z nonszalancją, dezynwolturą, a nawet przerażającym poczuciem humoru, postanawiają zrobić wszystko, by nie dopuścić do realizacji nauczycielskiego zamierzenia. Wchodzą w przestrzeń rozmyślań, która uczyni ich bardzo szybko dojrzałymi i wrażliwymi ludźmi. A może to przede wszystkim historia o tym, że młodzież jest dojrzała i wrażliwa bez narzucania jej moralnego kompasu wartości i antywartości?

Fabuła powieści zmierza w zaskakującą stronę. Działania dwójki bohaterów – których relacja jest niejasna i pojawiają się w niej pewne wątpliwości bądź pragnienia – przeradzają się w coś o charakterze lokalnym, a potem ogólnokrajowym. Sprzeciw wobec zadania staje się początkiem lawiny wydarzeń prowadzących w zupełnie innym kierunku, niż można byłoby przypuszczać. Ale to cały czas opowieść o egzystencjalnym sprzeciwie wobec zła. Historia dotykająca nie tylko tego, co minęło, lecz i współczesnej polityki imigracyjnej Stanów Zjednoczonych. Okaże się, że Holokaust nie jest czymś, co na pewno nigdy się nie powtórzy. Że mimo wszystko nie możemy mieć takiej pewności. Emocjonalne zaangażowanie młodych bohaterów w sprzeciw wobec przyjmowania perspektywy nazistów prowadzi nie tylko całą szkołę do  pewnych deklaracji. Za czym i w jakim stopniu opowiedzą się bohaterowie? Czy „Zadanie domowe” to książka tylko o tym, że czasem granica między innowacyjnym projektem edukacyjnym a obciążaniem umysłu młodych ludzi zagadnieniami, z którymi muszą dać sobie radę jak dorośli, może być bardzo cienka?

Warto przyglądać się temu, czego tak naprawdę boją się Logan i Cade w konfrontacji z zadaniem, którego nie wykonają. Lisa Wiemer nie pozostawia ich samych sobie. Dylematy tych młodych ludzi są powiązane ze środowiskiem, z którego pochodzą, ale także odbijają się szerszym echem, bowiem opinia publiczna będzie miała możliwość odnieść się do tego, co myślą i co robią. Jednocześnie jedno z nich zmuszone zostanie do konfrontacji dużo trudniejszej niż opowiedzenie się za zadaniem czy przeciw niemu. Okazuje się, że całe spektrum problemów związanych z tym projektem poruszy do żywego wszystkich, albowiem upływ czasu i zmiany społeczno-polityczne nie zmieniły mentalności ludzi. Wciąż znajdą się tacy, którzy nienawidzą tego, co inne. Tacy, którzy gotowi są w imię tej nienawiści na eskalację przemocy. „Zadanie domowe” to powieść skonstruowana bardzo misternie, bo jest niczym kostki domina upadające w zaplanowanym precyzyjnie przez autorkę rytmie.

Wiemer bardzo dba również o bohaterów drugiego planu. Każdego stawia w obliczu trudnej konfrontacji i każdy będzie musiał przyjąć stanowisko – tu nie będzie możliwości pozostania neutralnym i obojętnym na to, co się dzieje. Autorka zajmuje się nie tylko odpowiedzią na pytanie o to, czy zaprezentowany model edukacyjny ma moralne prawo bytu i powinien być dozwolony. To bardziej książka o tym, w jaki sposób doświadczenie Zagłady wpływa na postrzeganie przez młodych ludzi świata, w którym pozornie każde tak skrajne zło się skończyło. Poza tym Wiemer zderza swoich bohaterów z ciężarem rozmyślań oraz dylematów, z którymi nie mogą sobie sami poradzić, muszą otrzymać wsparcie otoczenia.

Jako nauczyciel odnoszę wrażenie, że postać zlecającego kontrowersyjne zadanie domowe została tutaj potraktowana po macoszemu. Ale być może to tylko pozory. Doświadczony pedagog nie jest w żaden sposób osobą popierającą ideologicznie to, czym mają zająć się jego uczniowie. A jednak wszystko, co wydarzyło się w Wannsee i miało swoje przerażające konsekwencje później, rozwija się w świadomości poruszonej młodzieży w coś, nad czym nauczyciel z pewnością nie ma już kontroli. „Zadanie domowe” to również powieść o tym, jak łatwo człowiekowi uprościć rzeczywistość tylko dlatego, że tak jest wygodniej żyć. Logan i Cade nie chcą żadnych uproszczeń. Są nie tylko zdeterminowani w swoim proteście, ale również świadomi tego, że przyczyniają się do ważnej społecznie rewolucji. Do tego, by ludzie zrozumieli, kim są jako społeczność, ale również z jakimi demonami mogą się mierzyć jako członkowie tej społeczności. Ostatecznie jest to również powieść oskarżająca Stany Zjednoczone o obojętność wobec różnych rodzajów zła i wybiórczość w określaniu, co jest makabryczne, a co dla ludzkości możliwe do zniesienia.

Ciekawa jest konstrukcja tej książki, której rozdziałami są zapisy chatów, maili, esemesów i połączeń audiowizualnych oddające dynamiczny rytm współczesności i jego narzucony ciężar, z którym muszą mierzyć się nastolatkowie. Młodzi z tej powieści komunikują się szybko, zasadniczo i czasami bezrefleksyjnie. W szkolnej społeczności dojdzie do rozłamów. Wielu młodych ludzi zweryfikuje swoje spojrzenie na kolegów i koleżanki. Wszyscy zostaną skonfrontowani ze złem i świadectwami nienawiści. Być może po raz pierwszy w życiu będą zmuszeni do tego, by jasno wyrazić swoje stanowisko w jakiejś sprawie. Lisa Wiemer proponuje powieść, w której padają najbardziej przerażające pytania powtarzane od dziesięcioleci. Z tym przejmującym znakiem zapytania, bo ludzkość wciąż jest gotowa do tego, by żyć w uprzedzeniach, nienawidzić i niszczyć to, co znienawidzone.

2021-09-24

„Almond” Won-pyung Sohn

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 29 września 2021

Liczba stron: 224

Przekład: Urszula Gardner

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacja wyobcowanych

Rzadko sięgam po powieści young adult (z racji swojego zawodu chyba powinienem robić to częściej), a jeszcze rzadziej o nich piszę. Tym razem zdecydowałem się na uważną lekturę i polecenie, bo książka koreańskiej pisarki śmiało może być czytana przez odbiorcę w każdym wieku, ma też uniwersalny przekaz. Won-pyung Sohn operuje oczywiście przejaskrawieniami charakterystycznymi dla tego gatunku, jak również momentami staje się dydaktyczna, ale to wszystko świadoma konwencja. Ważne jest jednak to, w jaki sposób opowiada o młodzieńczej alienacji i jakie fantazje na temat związku przeżywanych przez nas uczuć z naszą tożsamością przekazuje na kartach tej jakże skondensowanej treściowo powieści, która wzbudza bardzo wiele emocji i wcale nie jest jednoznaczna w przesłaniu.

Seon Yunjae cierpi na aleksytymię. Tak naukowo nazwano jego przypadłość, ale bohater nie jest naukowcem i choć świat przyjmuje nad wyraz racjonalnie i zdroworozsądkowo, nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w jego głowie i sercu, bo ta historia inicjacyjna nie jest w żaden sposób historią schematu. Koreański chłopiec na zawsze zapamięta doświadczenie okrutnej przemocy, wobec której był bezradny, ale również nie zaangażował się w nią emocjonalnie. To niemożliwe, by stać i przyglądać się temu, czego świadkiem był Seon Yunjae. A jednak to, co niemożliwe, w tej powieści staje się czymś oczywistym. W swoim niedopasowaniu, odstawaniu od społecznych reguł jest jednocześnie przez Sohn bardziej sugestywnie ukazywane. Jej bohater nie bał się, kiedy bać się powinien. Nie płakał, gdy każdy miałby załzawione oczy. Nie rozpaczał, kiedy wszyscy znaleźliby się w tym trudnym do pokonania stanie. On po prostu był biernym obserwatorem, nie wszedł w rolę świadomego uczestnika.

Czy dorastający chłopiec rzeczywiście jest kimś takim? Fabuła powieści opiera się na dość przewrotnym sposobie portretowania rzeczywistości. Trudno określić, czy mamy się jej przyglądać z pespektywy pozbawionego umiejętności okazywania emocji nastolatka, czy też przez pryzmat tego wszystkiego, co zostaje dla niego nazwane przez innych. Jako czytelnicy jesteśmy postawieni w sytuacji trudnej konfrontacji. Chciałoby się polubić bohatera, zaakceptować jego odmienność. A jednak mimo wszystko wciąż możemy być po stronie tych, którzy zwracają mu uwagę, że z różnych powodów jest niestosowny, niedopasowany, inny, okrutnie odmienny.

Okrucieństwo nadchodzi tu jednak z zupełnie innej strony. „Almond” jest opowieścią o dorastaniu, w którym najtrudniejsze nie jest samo doświadczanie czegoś nowego i przyjmowanie wobec tego jakiegoś stanowiska. Tu doświadczeniem immanentnym, a także granicznym jest zetknięcie się albo z traumą, albo z sytuacją nadmiernie euforyczną bez dotknięcia ich naprawdę. Bo przecież od początku wiemy, że bohater nie rozumie uczuć, nie nazwie ich, nie doświadczy niczego, czego doświadczają jego rówieśnicy. W tym wszystkim nie będzie w stanie antycypować ani też porównywać własnych doświadczeń z przeszłości. Dwukrotnie znajdzie się w sytuacji bliskości czyjejś śmierci i nie zareaguje tak, jak tego się od niego oczekuje.

Seon Yunjae jest jednak chłopcem, który doskonale rozumie, co oferuje mu świat. Trudno szukać u niego młodzieńczej burzy emocji, ale poczucie zasadności własnego działania determinuje go na tyle, że można byłoby powiedzieć, iż to specyficzny stary maleńki. Rzecz ma się jednak inaczej i koreańska pisarka bardzo ciekawie to zaznacza. Jej bohater jest przejmująco samotny. W samotności, którą może sam nazwać, ale również w stanie oddalenia od wszystkiego, co gwarantowałoby mu tak zwany normalny rozwój i nawiązywanie właściwych relacji z rówieśnikami. Tymczasem na jego drodze staje ktoś równie odmienny jak on. Dochodzi do konfrontacji dwóch dziwaków. Nazywanych też potworami. Co wydarzy się wówczas, gdy na drodze oddalonego od przeżywania i określania emocji chłopca stanie drugi chłopiec – buntownik i kontestator, który jest w zasadzie samym przeżywaniem, samymi emocjami?

Won-pyung Sohn opowiada o tym, czym dla nas jest sfera naszych emocji. Ukazuje ją jako swoistą klatkę. Ich przeżywanie jest w „Almondzie” doświadczaniem tego, kim się jest dla siebie i w społeczeństwie. Tymczasem społeczeństwo nie akceptuje zarówno Seona, jak i przemocowego, problematycznego Gona. Obaj chłopcy z różnych powodów będą źródłem zażenowania i wstydu innych. Co wydarzy się, kiedy fala przemocy zamieni się w zainteresowanie, a dwaj odmieńcy zrozumieją, że znajdują jakąś dziwną przestrzeń wzajemnego porozumienia?

„Almond” jako powieść young adult oferuje więcej stwierdzeń zamkniętych stanowczą kropką niż pytań retorycznych i tez tak formułowanych, aby można było przejść przez tę historię z poczuciem odkrywania jej na nowo. Jednakże to, co oczywiste i nakreślone, a czasem wypunktowane, jest jednocześnie czymś, nad czym nie zastanawiamy się na co dzień. Jedno z ważniejszych zdań tej powieści brzmi: „Większość ludzi ma uczucia, ale nie podejmuje działań”. Sohn opowiada historię o przemianach nastolatków, kreśląc jednocześnie mroczny obraz społeczeństwa, w którym odczuwamy i przeżywamy pewne sprawy wybiórczo. To świat, gdzie empatia jest czymś pożądanym i oczekiwanym, ale niesie w sobie coś, czego jednak nikt nie oczekuje. I właśnie chłopiec z emocjonalnymi dysfunkcjami pokaże absurdy oraz paradoksy ludzkiego współczucia w bardzo nietuzinkowy sposób. „Almond” jest opowieścią o metamorfozie, ale punktuje również to, co w społeczeństwie niezmienne i niepokojące. W tym znaczeniu powieść traci swój koreański adres, staje się uniwersalną opowieścią o tym, jak nieoczywiste jest to, w jaki sposób widzimy i odbieramy świat, choć otoczenie jest gotowe utwierdzić nas w przekonaniu, że mamy to robić wedle bardzo ściśle określonych reguł.

Dla młodego odbiorcy na pewno ważny jest tu sugestywny obraz młodzieńczego wyobcowania. Ta książka bardzo dużo mówi o tym, co to znaczy być innym i jak trudno wówczas funkcjonować społecznie. Ale dorosły czytelnik przejmie się również całą skomplikowaną sytuacją głównego bohatera zmagającego się z niezrozumieniem, mającego jednak pełną akceptację dwóch najważniejszych dla siebie kobiet, które z różnych powodów nie stworzyły właściwie funkcjonującej rodziny także pokolenie wstecz. „Almond” jest też mądrą książką o tym, że jakkolwiek dalekie od zdrowego rozsądku jest to, co zawsze dyktuje nam serce, to właśnie ono może być i zapewne jest najważniejszym życiowym drogowskazem. Warto poznać tę historię nie tylko z powodu bardzo nieoczywistego wizerunku dojrzewających bohaterów. Won-pyung Sohn jest świadoma tego, że proponuje nam wejście w oryginalny świat przedstawiony, ale najważniejsze, że proponuje także kilka różnych odczytań tej książki. W zależności od tego, jakie emocje w nas wzbudzi i w jak dużym natężeniu będą nam towarzyszyć podczas lektury.

2021-09-22

„Niebo w kolorze siarki” Kjell Westö

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 29 września 2021

Liczba stron: 520

Przekład: Katarzyna Tubylewicz

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: W drodze życia

Na początku myślałem, że będzie to kolejna powieść inicjacyjna, a w interpretacji trzeba się będzie skupić jedynie na tym, w jaki sposób i na jakich warunkach autor odsłania okoliczności istotnych dla dalszego życia wydarzeń. Nie spodziewałem się, że spotkam się z książką tak wielowymiarową, a jednocześnie tak oszczędną w wyrazie. Panoramiczność stosowana przez Kjella Westö, by opisać kilka dekad i kilkanaście życiorysów, idzie w parze z takim specyficznym rodzajem czułości wobec bohaterów, dzięki któremu ani zanadto nie przewidujemy ich losów, ani też nie dowiadujemy się absolutnie wszystkiego, aby móc z pewnością siebie określać motywacje, które sprawiły, że dane życie ułożyło się w taki, a nie inny sposób. I kiedy stracimy odrobinę czujność, wchodząc w narrację o pokoleniu fińskich przyjaciół i o tym, w jaki sposób ruszyli w świat, a potem się w nim urządzali, Westö zaczyna koncentrować naszą uwagę na czymś innym – losach kolejnego pokolenia, dzieci tych bohaterów. Wówczas „Niebo w kolorze siarki” staje się powieścią bardziej intensywną, zagadkową, prowokującą i ostatecznie wybrzmiewającą mocno niepokojąco. Okaże się, że ta książka nie jest tylko opowieścią o przynależności, różnicach klasowych i materialnych oraz trudnych wyborach, pośród których podjęte decyzje na zawsze zmieniają życie innych. Kjell Westö opowie o niesprawiedliwości i nieprzewidywalności świata. O tym, że w minionych dekadach ten świat niebezpiecznie przyspieszył. O zbyt intensywnym jego przeżywaniu, byciu zbyt boleśnie doświadczonym zwłaszcza przez XXI wiek. Ostatecznie jest to przejmująca rzecz o ludzkiej bezradności i o tym, że może ona być dziedziczona. A wraz z nią poczucie, iż jest się nie na swoim miejscu, nie w swoim rewirze, nie jest się pogodzonym z własną mentalnością i nie sposób wyjść naprzeciw własnym pragnieniom oraz oczekiwaniom.

To w dużej mierze opowieść o miejscu. Od niego wszystko się zaczyna. Fińskie domki letniskowe i przypadkowa bliskość, która połączy chłopca z niższej klasy średniej z rówieśnikiem, którego los obdarował dużo lepiej. Narrator powieści wkracza w niezwykły świat Alexa, którego rodzina to „klan przedsiębiorców”, ludzi nie tylko majętnych, ale również doskonale radzących sobie z przeciwnościami losu. Na tyle dobrze, że członków swego „klanu”, którzy nie są wystarczająco przebojowi, asertywni, silni charakterologicznie i umiejący radzić sobie z problemami, wyklucza i stygmatyzuje. Jest w rodzinie Alexa ktoś, kogo rodzina się wstydzi, bo jest słaby. Ale ta tajemnica nie zaprząta uwagi młodego chłopaka zaproszonego do Ramsvik – miejsca, do którego częściowo wbrew sobie będzie przynależał. Tam rodzina jego nowego kolegi podaje pieczonego bażanta, który smakuje lepiej niż szczupaki łowione przez ojca. Tam dojdzie do niezwykłego przełamania barier i pokonania uprzedzeń. Tylko po to, by jedno i drugie po latach wciąż wracało z różną intensywnością.

Obraz niesprawiedliwości świata ukazywanego przez Westö rozpoczyna się od bardzo prostej dychotomii społecznej. Szybko stanie się oczywiste, że autor sięgnie po zupełnie inne środki wyrazu, aby opowiedzieć życie, które na każdym etapie oferuje nam nierówne szanse. Nie będzie tu już mowy o posiadanym majątku. Raczej o całym spektrum spadku po rodzicach, którzy potrafią przekazać przedsiębiorczość, empatię, zaradność i rozpacz, a czasem robią to w taki sposób, że mieszając dobre ze złym, stają się w pewnym stopniu rodzicami dysfunkcyjnymi. I potem ta dysfunkcja może się przenieść na kolejne pokolenie. „Niebo w kolorze siarki” to opowieść o tym, że zacieśniamy więzy także dlatego, że chcemy z innymi współdzielić swoją bezradność. Ale Westö opowiada o tym w bardzo przekorny sposób. Umiejętnie konstruuje biografie wszystkich bohaterów, także tych drugiego planu. Na przestrzeni wielu dekad prezentuje nam panoramę ich wzajemnych uprzedzeń, lęków, solidarności i tego, że uczą się na nowo akceptować siebie widzianych oczyma innych ludzi. Dlatego to bardzo dynamiczna powieść i tak napisana, że pozostaje w głowie nie tylko jako całość. W którymś momencie zwrócimy uwagę na jakiegoś konkretnego bohatera i dojdziemy do wniosku, że to on wyraża nasze poglądy, jest najbliższy naszej mentalności, a jego reakcje najbardziej podobne do tego, co zrobilibyśmy lub powiedzieli w ukazanych sytuacjach.

Istotna jest tu swoista wrażliwość na detale – zarówno autora, jak i tłumaczki. Z dużą przyjemnością czyta się książkę, w której natrafić można na tak zgrabne porównania jak zestawienie kobiecego śmiechu z odgłosem paciorków toczących się po kamiennej podłodze. Umiejętność tworzenia nastroju za pomocą drobnych elementów pozwala Westö robić to, co robią prawie wszyscy nordyccy pisarze – oddać niesamowitą rolę przyrody w całej opowieści, zestawić ludzkie emocje z potęgą, pięknem i powtarzalnością rytmu funkcjonowania świata natury. Idylliczne Ramsvik pozostaje niezmienione w pamięci starzejących się bohaterów. Oni sami ruszają w swoją drogę, zmieniają się. Niebo nadal będzie miało kolor siarki, jakkolwiek odmieni się świat ludzkich doświadczeń, osiągnięć, upadków i rozczarowań. Stąd też pewność, że wielbicielom literatury Północy ta książka spodoba się przede wszystkim z tego powodu, że jakkolwiek człowiek staje jest w niej zagadką, to majestatyczny świat natury pozostanie sugestywnym, ale wciąż tak samo portretowanym tłem.

Kjell Westö opowiada losy mężczyzny, który z różnych powodów – co jest tu bardzo istotne – nie zdecydował się na potomka. Będzie bardziej obserwatorem tego, jak kształtują się w nowym świecie dzieci jego najbliższych przyjaciół. Kiedy sam jest dzieckiem, przyswaja świat fragmentarycznie. Intymność z Alexem nakreślona przez wspólny onanizm będzie potem intymnością nie do zniesienia, coraz trudniejszą do akceptowania. Rozejście się emocji i światopoglądów dwójki przyjaciół przyniesie również możliwość innego spojrzenia na pozostałe osoby tworzące z nimi wspólnotę. Narrator pozostaje pod nieustannym wpływem dwóch kobiet jakby wzajemnie się uzupełniających w jego życiu. Tylko one na przemian gwarantowały mu spełnienie, którego nie daje nic więcej poza bliskością z płcią przeciwną. „Niebo w kolorze siarki” to ciekawa historia seksualności przekładającej się na poczucie wyobcowania. Ale jest to również opowieść o mrocznym zestawieniu, jakim jest zestawienie samotności z przemocą. Westö stara się w dynamicznych biografiach swoich bohaterów pokazać, jak różnorodnie pamiętamy swój czas, jak odmiennie zapamiętujemy niuanse w relacjach i do jakich niespotykanych sytuacji może nas doprowadzić subiektywność naszej pamięci.

Ale najmocniej ta opowieść rezonuje w wyobraźni jako rzecz o tym, że czasem wspólnie poszukujemy w życiu czegoś, co można odnaleźć tylko w pojedynkę. Sugestywni bohaterowie stawiają sobie nowe cele, każde z nich ma swój światopogląd, odpowiednio nakreśloną tutaj mentalność i to samo poczucie, że życie należy zapełnić jakąś treścią, a nie uwiesić się na wspomnieniach z dzieciństwa, bo początek relacji nie będzie odpowiadał za ich dalszy kształt. „Niebo w kolorze siarki” to również rzecz o społecznym wykluczeniu, a także o tym, że można znaleźć się w sytuacji społecznej osobności, za którą może kryć się nienawiść albo obłęd. Nieprzypadkowo pozornie sielankowa historia o chłopięcej przyjaźni rozpoczyna się enigmatycznym prologiem, w którym dowiadujemy się, że w świecie dojrzałego już bohatera pojawiła się skrajna forma przemocy. Westö doskonale wie, kiedy łagodzić napięcie, a kiedy je dodatkowo podsycać. Opowiada o ludziach, którzy weszli w relacje, w których pozostaną być może do końca życia. Nieświadomi tego, że to, co definiowało ich wcześniej, może być jedynie ponurym balastem wspomnień, kiedy nie są w stanie ujrzeć siebie naprawdę, ale widzą, że wspólnota to nie zawsze coś satysfakcjonującego. Wielowątkowa i pasjonująca powieść o tym, w jaki sposób zbliżamy się do siebie i oddalamy. I cierpimy, gdy wciąż nie możemy zrozumieć, kogo chcemy mieć przy sobie blisko, a z kim trzymać konieczny dystans.

2021-09-20

„Nie śpię. Osobisty reportaż z życia bez snu” Anders Bortne

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 29 września 2021

Liczba stron: 272

Przekład: Ewa Bilińska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Bezsenna konfrontacja

To nowość wydawnicza, której premiery wyczekiwałem chyba najbardziej w bieżącym roku. Dlaczego? Podobnie jak Anders Bortne zmagam się z bezsennością. O wiele lat dłużej niż autor tej książki. Na tyle długo, by nauczyć się z nią żyć, niwelować wynikające z niej dysfunkcje w tak zwanym życiu na jawie i zrozumieć, że jest częścią mojej tożsamości. Do takiego wniosku dochodzi również Bortne. „Nie śpię” nie będzie żadnym poradnikiem ani pełną entuzjazmu opowieścią o tym, jak to można poradzić sobie z niespaniem. Nie będzie to książka, po przeczytaniu której my, bezsenni, będziemy gotowi do stanowczej walki ze swoim nocnym demonem. I dlatego jestem tak bardzo usatysfakcjonowany. Bo ta narracja pozwoliła mi zrozumieć, że z tej przypadłości można nie wyjść, być może pozostanie ze mną do końca życia. A to dlatego, że – co sugeruje również ta książka – bezsenność to pewien rodzaj przekleństwa samoświadomości. Stan, w którym deficyty z intymnej sfery życia naznaczają to życie codzienne, kiedy wyspani ludzie wokół z łatwością pokonują nieśpiących kreatywnością, mają więcej energii do działania, ale być może są nieświadomi tego, jak ogromne spektrum wglądu w samego siebie oferuje – tak! – ten okrutny stan nazywany chroniczną bezsennością.

Zdanie definiujące tę książkę Bortne proponuje już na wstępie: „To historia mojego bezsennego życia, lecz również opowieść o ludzkim stosunku do snu”. Wychodząc od osobistej perspektywy, nakreśla szerszy norweski kontekst zjawiska bezsenności, ale zwraca również uwagę na to, jak wiecznie czuwający współczesny świat zapomniał o tym, czym tak naprawdę jest sen, jaki nieodłączny związek ma z naszym tak zwanym świadomym życiem i że wraz z niekorzystnymi wzorcami na przykład ludzkiego wyglądu jest rugowany ze świadomości społecznej jako coś, co w zasadzie jest złem koniecznym, stanem bezproduktywności, rzeczą zbędną i niewspierającą dynamizmu zwłaszcza ostatnich dekad.

Zasadnicze pytanie, jakie stawia sobie Anders Bortne, brzmi: dlaczego nie mogę spać? Jest ono wciąż pytaniem bez odpowiedzi, mimo że autor przepracował na sobie wszystkie zalecane techniki radzenia sobie z bezsennością. Od ziół i zmiany diety, przez hipnozę, akupunkturę, aż do terapii behawioralno-poznawczej. Każdy ten krok był desperacką próbą odzyskania nie tyle pełnego panowania nad swoim życiem, ile przede wszystkim harmonii w tym, jak funkcjonuje za dnia. Czy jest to zatem coś na kształt dziennika porażki? Bynajmniej. To przede wszystkim zapis gorączkowych poszukiwań kogoś, kto zrozumie problem autora. Kogoś, kto wie, że kilku nieprzespanych nocy nie można tak naprawdę nazwać bezsennością. A jednocześnie jest to dość brawurowa rozprawa z samym sobą – swoim rozumieniem tego, w jaki sposób brak snu definiuje życie, i intymnym, choć przecież uniwersalnym poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie o to, co gwarantuje życiowy spokój, a co brutalnie niszczy bezpieczne ramy codzienności.

Podoba mi się akcentowane tutaj poczucie humoru, kiedy Bortne opowiada o tym, jak na co dzień walczył i walczy z bezsennością. Na jego drodze stają ludzie z arsenałem „dobrych” rad. Ludzie, którzy nie mają pojęcia, czym jest lęk przed omamami wywołanymi przez kolejną dobę bez snu. Ludzie myślący o tym, że brak snu jest trochę jak ból. Wystarczy zażyć tabletkę i minie. O tym, że wszelkie leki nasenne są równią pochyłą i w żaden sposób nie rozwiązują problemu bezsenności, norweski autor pisze z całą stanowczością i za to jestem mu wdzięczny. Miniwykłady oparte na wiedzy naukowej przekonująco prezentują nawet cierpiącym na bezsenność, jak niewłaściwe jest walczenie z brakiem snu przez farmakoterapię, która w gruncie rzeczy oszukuje organizm i dodatkowo go pustoszy. A jednak tabletka jest najczęstszym sposobem „radzenia” sobie z brakiem snu. Bortne przytacza mroczne dane: co wieczór pół miliona Norwegów sięga po opakowanie leków, by dzięki jego zawartości przetrwać noc. Bo noc właśnie staje się dla wielu ludzi najgorszym polem bitwy. Czy wówczas, nie mogąc odejść w krainę snu, nie zmagamy się z samymi sobą najbardziej intensywnie?

„Nie śpię” to książka, która w znakomitej skondensowanej formie opowiada o tym, czym sen jest w historii, kulturze czy medycynie. Od wzmianek o tym, jak postrzegano śnienie w mitologiach i legendach, przez punktowanie, jaki związek ma sen z emocjami, po krytykę filozofów wielbiących swoją bezsenność oraz ostrzeżenia, w jak poważny sposób brak snu zagraża ludzkiemu życiu. Jednak najważniejsza jest tu oczywiście perspektywa autora. Szesnaście lat bez stabilnego zasypiania w znacznym stopniu odbija się na jego psychice i mentalności. Zwłaszcza że jest to szesnaście lat poszukiwań odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego akurat jego to spotkało i co leży u podstaw tego dysfunkcyjnego stanu. Bortne jest tu analitykiem własnej przypadłości, ale również przygląda się, co uczyniono do tej pory, aby pomóc ludziom takim jak on. Wnioski, do których dochodzi, mogą zaskakiwać.

„Nie śpię” to rzecz, w której pojawia się śmiała sugestia, że współczesna medycyna odpuściła sobie pewien ważny rejon działania. Nikt tak w zasadzie nie wie, jak kompleksowo, a przede wszystkim długofalowo i skutecznie walczyć z bezsennością. Łóżko staje się miejscem udręki, a samo myślenie o tym, co może w nim czekać – źródłem bardzo różnych frustracji, które mogą być destrukcyjne… Jednakże Anders Bortne wcale nie zmierza w kierunku autodestrukcji. Najciekawsza w tej książce jest perspektywa z jednej strony kogoś zrezygnowanego i wątpiącego, z drugiej jednak – człowieka wyjątkowo świadomego swojej silnej woli i każdej męczącej neurozy, w której skrywa się jakaś uniwersalna humanistyczna potrzeba absolutnego panowania nad sobą oraz kształtem własnego życia.

Myślę, że w tej opowieści – pełnej mądrego sceptycyzmu i umiejętnego przyglądania się sobie w szerszej perspektywie – jest coś, co zainteresuje nie tylko osoby zmagające się z bezsennością. Bortne opowie o funkcjonowaniu człowieka bez snu i o tym, że jego deficyt wpływa na to, jak myśli się o otoczeniu, swoim stosunku do obowiązków, a także o najbliższych, bo bezsenny autor nie ma komfortu walki ze swą ułomnością w odosobnieniu, współtowarzyszami jego niedoli są bowiem członkowie najbliższej rodziny. I właśnie gdy opowiada o relacjach rodzinnych, Bortne odsłania się najbardziej. W jednej retrospekcji znalazłem nawet odpowiedź na pytanie o to, dlaczego nie śpi. Ta opowieść – dedykowana również tym, którzy nigdy nie mierzyli się z problemem braku snu, uznając nocny odpoczynek za oczywisty element swojego życia – z rozdziału na rozdział staje się coraz bardziej niejednoznaczna, wychodząca coraz dalej poza sam główny problem. Jestem przekonany, że opowiadanie o swojej słabości jest jednocześnie skuteczną formą autoterapii innej niż wszystko, czego autor wcześniej próbował. Z jego opowieści wyłania się obraz człowieka w jakiś sposób niepełnego, ale jednocześnie jest to historia tego, że każdy deficyt może przynieść specyficzny ogląd samego siebie, a wraz z nim – lepsze poznanie i docenienie tego, kim się jest.

„Nie śpię” to książka o tym, że sen może stać się największym życiowym pragnieniem, ale również specyficzną obsesją. O tym, że z niedoborem snu można iść przez życie, jednak to życie zawsze w jakiś sposób będzie ograniczone. O tym przede wszystkim, że zapominamy zadbać o to, jak i kiedy śpimy. Stan, w którym spędzamy średnio jedną trzecią naszego życia, wciąż domaga się uwagi, bo wciąż jest przemilczany albo banalizowany. By docenić wagę czegoś istotnego, należy to stracić. Tylko że ta narracja nie koncentruje się na takich truizmach. Oskarża rzeczywistość, dla której sen staje się marginalną koniecznością, a nie dobrem organizmu. To również książka, na której kartach poznamy wiele znanych osobowości walczących o to, by spokojnie zasnąć. Jest to zatem w pewnej mierze solidna literatura faktu na temat czegoś, czym świat z różnych powodów nie chce się zająć, ale przede wszystkim odważna narracja o konfrontacjach z samym sobą. O tym, że tęskni się za czymś, co w pewnym wymiarze odeszło na zawsze, a nie może dać komfortu powrotu z jakichś konkretnych przyczyn. Warto je tu znaleźć i zastanowić się nad tym, co jeszcze poza snem uznajemy za oczywistość, której nie należą się uwaga i dbałość.

2021-09-16

„Już nie chcę być człowiekiem. Opowieść o przetrwaniu Zagłady” Pieter van Os

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 15 września 2021

Liczba stron: 480

Przekład: Iwona Mączka

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Niejednoznaczności

Bardzo mi się podoba to, że opowieść Pietera van Osa nie jest kolejną wtórną historią o drugiej wojnie światowej i dramacie Zagłady. Przyjęta przez holenderskiego autora perspektywa nie tylko zaskakuje, jest jednocześnie dość trafną sugestią, że nie można opowiedzieć ludzkiego życia, kiedy używa się wypowiedzeń pełnych i zamkniętych, definicji i oczywistych porównań. Myślę, że warto zwrócić uwagę na istotne zdanie, które w zasadzie zamyka tę książkę: „Życie ludzkie jest z definicji czymś więcej niż tylko ilustracją albo materiałem dowodowym”. I dlatego opowieść o Mali Rywce Kizel, której sam życiorys jest już nieoczywisty i pełen zaskoczeń, będzie jednocześnie opowieścią o przewrotności ludzkiego losu skonfrontowanego z największym złem – okrucieństwem czystek etnicznych, których Mala doświadczy kilkukrotnie, także w nowej ojczyźnie, Izraelu, gdzie jej rodacy bynajmniej nie leczą powojennych traum życiem bez kolejnych aktów agresji. Pieter van Os chce przedstawić nam losy kobiety, ale również społeczności, z której się wywodziła. Ta narracja w dużej mierze raczej snuje wątpliwości, niż punktuje fakty. Bo żydowska tożsamość w czasie drugiej wojny światowej była czymś jednocześnie deprecjonowanym, banalizowanym, rugowanym i demonizowanym.

Mogło być tak, że przez dwa lata możliwość życia dawała ciasna przestrzeń pod podłogą chlewu, a i tak można było zginąć tuż obok niej, zostać zabitym przez miejscowych. Można było na różne sposoby uciec od śmierci, kiedy decydował o tym szaleńczy przypadek, i nie było w nim niczego, co nadawałoby się na opowieść z tezą i wnioskami, bo przetrwało się po prostu w wyniku jakiegoś nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności. Mala Rywka Kizel przetrwała dzięki temu, że wielu ludziom i w wielu sytuacjach przedstawiała swą fałszywą tożsamość. Nie ma w opowieści o niej tego najbardziej dosadnego okrucieństwa wielu narracji o Zagładzie. Jest za to pewien rodzaj autorskiego zdziwienia tym, czym tak naprawdę wtedy była ludzka tożsamość w ogóle. W czasie, kiedy przynależność do narodu czy rasy była wyrokiem śmierci albo przepustką do dalszego życia.

„Już nie chcę być człowiekiem” to reportaż o tym, że nigdy nie powinno się jednoznacznie nazywać elementów świata, który w wojennej pożodze nie był możliwy do nazwania i oswojenia. Bo można było znaleźć matczyną bliskość nie u boku tej, która urodziła i miała dawać największe wsparcie, lecz w ramionach Niemki wpatrzonej w Hitlera jak w boga i nienawidzącej Żydów całą mocą swojej nieświadomości tego, kogo w gruncie rzeczy się nienawidzi. Czułość niemieckiej Mutti, która nigdy się nie dowiedziała, kim Mala była naprawdę, to tylko jeden z paradoksów wojennych. Pieter van Os opowiada jakże nieoczywistą biografię, by pokazać, że w czasie, kiedy jego bohaterka walczyła o przetrwanie, zmieniając tożsamość i dopasowując się do otoczenia, człowieka nie można było jednoznacznie zdefiniować, gdy bohater i morderca to były określenia stojące tuż obok siebie. Nazywające czasem jedną i tę samą osobę. W tej książce wielokrotnie pojawiają się tezy o okrucieństwie Polaków wobec Żydów, ale również o aktach heroicznego poświęcenia dla prześladowanych. Żadna nacja i żadna przynależność religijna nie definiuje tego, kim naprawdę się było w czasach niewyobrażalnego okrucieństwa. A życiorys Mali jest dowodem na to, że wówczas żyło się absolutnie nieprzewidywalnie. Wciąż w cieniu strachu o przetrwanie. Z ciągłą świadomością tego, jak wielu innym – często najbliższym – po prostu się nie udało.

Pieter van Os w opowieści o Mali poszukuje też samego siebie, swojego właściwego reporterskiego głosu wyrazu, który będzie adekwatny do tematu. Konfrontuje się z własnymi fantazjami, jak opisać tę historię, i modyfikuje plany oraz zamierzenia, podróżując po miejscach, w których kiedyś jego bohaterka mogła na chwilę schronić się przed wojennym ściganiem za pochodzenie. Sama Mala jest nieco zdumiona motywacjami i determinacją autora, zadając mu pozornie oczywiste pytanie: „Czego właściwie szukasz w tym świecie, którego już nie ma?”. Myślę, że van Os szuka tego wszystkiego, co było w wojnie nieoczywiste, tych zagadkowych definicji człowieczeństwa, które nie pasują do żadnej literatury faktu. Być może jest to przede wszystkim osobista podróż w przeszłość, aby zrozumieć współcześnie, czym jest moc pamiętania i zapominania jednocześnie. Nade wszystko ten reportaż do znakomity dowód na to, że można niuansować opowiadanie ludzkiego cierpienia, pozostając wciąż uważnym słuchaczem i obserwatorem.

Ciekawa jest konstrukcja tej książki. Zamiast nużących przypisów pojawiają się dodatkowe opowieści uzupełniające. Czasami stają się nawet bardziej pasjonujące niż rozdział, po którym zostały umieszczone. I w tych uzupełnieniach, i we właściwej narracji uwagę zwraca interesująca dygresyjność. W „Już nie chcę być człowiekiem” do głównej opowieści dołączają historie z tła albo marginesu. Tym samym powstaje opowieść nie tylko o jednostkowym przetrwaniu, ale również o tym, ile humanizmu, a ile wstydliwej goryczy przetrwało w piekle drugiej wojny światowej. Bo van Os opowie tutaj nie tylko historię ludzi, lecz również miejsc doświadczonych przez paradoksy wojennego okrucieństwa.

Pochodząca ze środowiska ortodoksyjnych chasydów młodziutka Mala jest tu symbolem determinacji. To przede wszystkim postać, która mierzyła się z osobistymi dramatami bardzo kameralnie. Wspomniana jedyna scena rzeczywistej agresji Mali w szpitalu, tuż przed porodem, wskazuje jedynie, że łagodność nastolatki wkraczającej w kolejne kręgi ludzkiego piekła była zapewne jednym z czynników pomagających jej przetrwać. Mówiąc wprost: Mala nigdy nie poddała się emocjom i cierpieniu. Ale ta książka wszystko nam pokazuje. W tym, jak żyła, z kim się związała, dokąd wracała i skąd uciekała. Dlaczego w bezpiecznej Holandii nie jest w stanie dobrze myśleć o Polsce? Co przeżyła w Izraelu, w którym rzekomo wszystkie koszmary miały się zakończyć? I co tak naprawdę było dla niej definicją samej siebie, kiedy musiała zmieniać miejsca pobytu, nazwiska i czasem też mentalność, by nie wydać się podejrzana?

Pieter van Os zdążył ze swoją świetną książką tuż przed śmiercią Mali. Od ubiegłego roku pozostała już tylko opowieść o niej. Historia podążająca śladami pamięci, która coraz bardziej się zaciera. Ale jest to wyjątkowe świadectwo – pokazujące nieoczywiste i zaskakujące zderzenia oraz dramaty, za którymi stoi teza, że możemy być dla siebie bestiami na zawołanie. A jednak to pośród ludzi, nie narodowości i religii, bohaterka tej książki znalazła wsparcie oraz zrozumienie. Ta opowieść jest również czytelnym oskarżeniem – wojenny absurd i okrucieństwo mogą wynikać z tak błahych powodów jak te każące zajmować określone stanowisko wobec drugiego człowieka tylko dlatego, że ma określoną przynależność narodową i wiarę. Znakomita rzecz o tym, jak odtworzyć ze wspomnień życie będące pasmem zaskakujących zagadek. Zwłaszcza w świecie, w którym terror odbiera definicje temu, czemu można było ufać. Mroczna i jednocześnie pełna nadziei książka.

2021-09-14

„Ucieczka od bezradności” Tomasz Stawiszyński

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 14 września 2021

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Przyzwolenie na smutek

Tak się składa, że na człowieka, którym obecnie jestem, wyrosłem ze smutku i melancholii. Nie dopadła mnie jednak bezradność, więc uważam, że miałem szczęście. Zaatakował mnie za to – jak nazywa to autor – „terror optymizmu”. Świat, w którym musiałem się wycofywać z tego, co mnie ukształtowało. Miejsce, gdzie nie czułem się z tym dobrze. Dlatego po pewnym czasie odpuściłem tak zwane społeczne życie. Wróciłem do emocji i przeżyć dla mnie podstawowych, immanentnych. Nie uczestniczę w życiu gromady, bo wolę z dala od niej doceniać to, że na przykład umiem się smucić. I nie pozwalam już światu na to, by kazał mi się uśmiechać wbrew mojej woli.

Nigdy w zasadzie nie pozwoliłem sobie na tak intymne refleksje przy analizie jakiejkolwiek książki, ale mam wrażenie, że jestem to winien Tomaszowi Stawiszyńskiemu. Choćby dlatego, że „Ucieczka od bezradności” to również bardzo osobista publikacja. Należy zaznaczyć już na wstępie, że to druga książka tego autora, którą możemy przeczytać w tym roku. Od zbioru felietonów budujących „Co robić przed końcem świata”, który mogliśmy przeczytać w styczniu, Stawiszyński przechodzi do prywatnego wyznania w formie eseju. Ani nie jest przez to bardziej hermetyczny w swoich rozważaniach, ani też nie kieruje drugiej książki zasadniczo do nowego czytelnika. O ile „Co robić przed końcem świata” odnosiła się do kształtu rzeczywistości programującej w nas i antycypującej szeroko pojętą apokalipsę, o tyle „Ucieczka od bezradności” jest o tym, co nasz świat usiłuje marginalizować, deprecjonować, w różny sposób ukrywać i dawać czytelny sygnał, że z pewnymi rodzajami emocji oraz przeżyć nie powinniśmy być blisko.

Po raz kolejny w tym roku Tomasz Stawiszyński uświadamia nam, że nie można właściwie zmienić kształtu rzeczywistości XXI wieku, ale generalnie można zmienić o niej myślenie. Tu kieruje naszą uwagę na to, co kultura wypiera coraz silniej i wydaje jej się, że coraz skuteczniej. Nie chodzi tylko o smutek, przygnębienie, całą gamę odcieni melancholii. Autor tej odważnej i bardzo mądrej książki sugeruje nam, że mamy pełne prawo kontaktu z naszą żałobą, depresją, frustracją rodzącą przemoc czy poczuciem braku kontroli nad sobą i swoim życiem. To również narracja o nieuniknionej konfrontacji ze śmiercią. O tym, że wszystko powyższe stanowi nieodłączny i równie ważny jak inne element naszego życia. Stawiszyński rozważa skomplikowany problem nieumiejętności spotkania się z tym, co w nas trudne, dyskomfortowe i bolesne. Obnaża techniki manipulacji naszą świadomością, w której rzeczy nie do zniesienia i bezkompromisowe zostają jakby na marginesie istnienia. I dlatego uważam, że autor to znakomity egzystencjalista naszych czasów. To nie jest książka o tym, jak ponurą istotą jest człowiek i jak silnie owładnięty cierpieniem nie potrafi sobie z nim poradzić. Bynajmniej! Tomasz Stawiszyński daje zielone światło takiemu rodzajowi egzystencjalnych przeżyć, które z różnych powodów nie pasują dziś do wzorców kształtowanych przez kultury, społeczeństwa, czasem też politykę.

Dlatego „Ucieczka od bezradności” to rzecz, którą dedykować można każdemu, kto boi się spotkać ze swoim smutkiem. Jednocześnie pełna trafnych spostrzeżeń i pozbawiona mentorskiego tonu opowieść o specyfice samych wątpliwości. Stawiszyński już w „Co robić przed końcem świata” ujawnił, w jaki sposób się temu światu przygląda, jakie ma narzędzia badawcze i przede wszystkim: co robi z wyciąganymi wnioskami. Stąd też ponownie otrzymujemy książkę pełną sugestii dyskretnych rad bez prognozowania zamiast nachalności przekazu charakterystycznego dla nowych narracji społeczno-kulturalnych usiłujących stworzyć nową mitologię doskonałego życia, w którym za wszelką cenę trzeba dążyć do doskonałości. Z dala od tego, co niewygodne i niepotrzebne. Na przykład starzenia się czy śmierci. Ilu z nas codziennie robi coś wbrew sobie tylko dlatego, że tak należy i tak robią wszyscy? Bo takie są wskazane wzorce, na których opiera się tak zwany porządek świata? Stawiszyński zwraca się do nas, abyśmy zatrzymali szaloną tendencję do odbierania sobie tego, co jest oczywistą częścią nas samych. Tak zwane pozytywne myślenie ma być gwarantem skutecznego zapomnienia o czymś, o czym nie da się zapomnieć, czy może jest narzędziem do okrutnego w gruncie rzeczy odbierania nam elementarnego prawa do kontaktu z każdą formą naszej słabości?

Podoba mi się sformułowanie, które zostaje tu rozwinięte na tyle szeroko, że nie sposób zreferować go bez psucia przyjemności lektury. Chodzi o „niepisany zakaz kwestionowania aktualnego kształtu świata”. Tomasz Stawiszyński wspomni i Junga, i Dostojewskiego, i komercyjne dokonania filmowe ze znanej platformy, ale sięgnie także do wspomnienia o przyjacielu – wszystko po to, by ujawnić, jak bardzo daliśmy sobie ten zakaz umiejscowić w świadomości. Ta książka opowiada o tym, że rozpaczliwie boimy się chaosu, który jest przecież naturalną częścią naszego życia. Istotne w zrozumieniu przekazu będzie również tytułowe słowo „ucieczka”. Nie tylko stojące w opozycji do konfrontacji. Stawiszyński opowiada bardzo wieloznacznie o eskapizmie. Można wręcz odnieść wrażenie, że jest to rzecz przede wszystkim o tym, jakie iluzje tworzymy, uciekając, a nie o tym, że wypieranie i zaprzeczanie tworzą jakąkolwiek spójną alternatywną rzeczywistość.

Nasza codzienna egzystencjalna bezradność jest składową bezradności innych. Całego świata, który w szalonym twiście odwrócił się od czegoś, co kiedyś było oczywistą częścią ludzkiej egzystencji. Ale to odwracanie nie spowodowało, że to, co przecież ważne i oczywiste, opuszcza nasze życie. „Ucieczka od bezradności” to bardzo stonowany, a jednocześnie pełen specyficznej stanowczości zbiór esejów, które chcą wzniecić bunt wobec kalekiej i jednowymiarowej konstrukcji życia w społeczeństwie i pośród praw niedających w gruncie rzeczy szansy na to, by naprawdę być człowiekiem.

Czy rzeczywiście można współczesnego człowieka tak wymodelować, by na przykład wyparł ze swojej świadomości oczywistość i wszechobecność śmierci? Czy cała myśl filozoficzna, do której odwołuje się autor, jest w stanie sformułować czytelne stanowisko, które zatrzyma szalony pęd ku eliminacji egzystencjalnego mroku i słabości? To nie jest książka, której zadaniem jest antycypowanie, Stawiszyński nie jest żadnym prorokiem, bardziej uważnym obserwatorem absurdów – tych zwyczajnych, prozaicznych i tych, które wypaczyły czytelne kiedyś myśli filozoficzne. A może chodzi tu o specyficzny rodzaj deformacji osobowości człowieka, która musi iść w parze z tym, jak siłą rzeczy został w minionych dekadach zdeformowany świat tak szybko przyspieszający rytm życia i tak ochoczo każący zapominać, że czeka nas nieunikniony koniec i to jest smutne? Jakkolwiek czytać Stawiszyńskiego, będzie to z pewnością książka, dzięki której naprawdę zatrzymamy się w miejscu i przyjrzymy bliżej samym sobie. Eseistyczna opowieść o tym, że ludzka bezradność bynajmniej nie jest oznaką słabości czy zagubienia. Stawiszyński nie będzie pocieszał, nie da alternatywnych rad, nie stworzy drogowskazu, którym moglibyśmy się kierować. Ale jest to filozof i autor niezwykle czuły na to, kim naprawdę jest człowiek i jak bardzo definiuje go to, że ma prawo do smutku i melancholii.

2021-09-10

„Zazdrość” Jo Nesbø

 

Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie

Data wydania: 15 września 2021

Liczba stron: 320

Przekład: Iwona Zimnicka

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Sytuacje graniczne

Choć zawsze wyżej stawiam powieść niż opowiadania, bardzo mnie zaciekawiła nowa książka Jo Nesbø. Oczywiście uwagę przykuwa tytuł, odnoszący się do motywu przewodniego zbioru siedmiu opowiadań. Któż z nas nie przeżywał zazdrości! Tutaj fantazje na jej temat sięgają bardzo daleko, kiedy autor sygnalizuje, jaki związek z naszą tożsamością może mieć to, że czegoś komuś zazdrościmy. Nesbø sugeruje, że zazdrość może być – co oczywiste – życiową obsesją, ale również goryczą i takim rodzajem traumy, który na zawsze naznacza kolejne życiowe wybory. Bohaterki i bohaterów tej książki widzimy w sytuacjach granicznych, kiedy rozważają dalsze życiowe możliwości, a wybór ich dróg staje się nieoczywisty. Tak samo jak ich tożsamość. Mamy w „Zazdrości” bardzo różne teksty. Ten tytułowy mógłby być fundamentem dobrej powieści. Tuż obok znaleźć można mocne miniatury – jak „Kolejka”, ale wydaje mi się, że najlepiej autor bawił się przy tworzeniu opowiadania „Odd”, w którym poznajemy losy pisarza usiłującego zmierzyć się ze sławą i tym, co niesie ona jemu samego, a co jego twórczości.

Jo Nesbø jest tu bardzo wyrazisty i prowokacyjny. W zasadzie każde opowiadanie ma dość przewrotny charakter i kiedy wydaje się nam, że rozumiemy konstrukcję świata przedstawionego oraz motywacje postaci – zostajemy wrzuceni na głęboką wodę enigmatycznego zakończenia. Te opowieści w dużej mierze zaczynają się dopiero wówczas, gdy pisarz postawi ostatnią kropkę. Łączą zazdrość ze zbrodnią w ten pozornie oczywisty związek, lecz niektóre – jak na przykład „Kolczyk” – są historiami tego, co dopiero może się stać, kiedy zazdrość ogarnie umysł i odbierze zdolność do zdroworozsądkowego myślenia. Tu właściwie w każdym tekście bohaterowie gubią się wciąż na nowo między swoim oglądem rzeczywistości a jej prawdziwym kształtem. Bo zazdrość to nie tylko wściekłość i furia. Zazdrość może niszczyć w bardzo podstępny i kameralny sposób.

Myślę, że dobrym mottem tych opowiadań byłyby słowa bohaterki opowiadania „Londyn”: „Śmiertelnie boimy się wzburzenia i smutku”. Nesbø fantazjuje o tym, do czego może prowadzić blokowanie tych uczuć w świadomości jako niestosownych lub niewłaściwych. Enigmatycznie punktuje, co dzieje się z ludźmi zmuszonymi do tego, by swoje wzburzenie w wyniku zazdrości i smutek po jej oswojeniu ujawnić światu w taki sposób, by zaznaczyć, co bardzo zabolało. I wówczas dzieje się to, co dziać się powinno – cierpienie przenosi się na inne osoby, a przyczyna zazdrości doprowadza do tragedii. Tylko czy popełniający podłe lub złe czyny zazdrośnicy do końca kierują się tym, że widzą, iż ktoś ma lepiej?

Już wspomniany „Londyn” sugeruje coś, co Jo Nesbø będzie rozwijał. Chodzi o to, że nagłe zainteresowanie się sobą poprzez cierpienia wywołane przez zazdrość pobudza chęć poszukiwania prawdziwego sensu życia. I paradoksalnie jest to najlepszy moment, w którym jesteśmy gotowi do dobrej zmiany. Ale z różnych powodów zazdrość paraliżuje i męczy. Autor koncentruje się tu na emocjach zdradzonych kochanków, jednak na przykład „Kolejka” to przejmująca opowieść o tym, jak można zazdrościć przebojowości i uprzywilejowania. „Śmieć” jest tekstem o tym, w jak silnym związku z zazdrością idą różnego rodzaju frustracje. Za każdym razem postacie z tych opowiadań zmuszają się do tego, by zrewidować przeszłość, a kiedy gorycz bycia zdradzonym i oszukanym staje się nie do zniesienia, podejmują się działań ostatecznych. Pełnych złości, wściekłości, nieprzewidywalności.

Emocje buzujące w bohaterach tych tekstów autor ujawnia stopniowo i jest w tym mistrzem, bo znając doskonale zakończenie opowiadania, prowadzi nas ku niemu w bardzo zawikłany sposób. Tytułowe opowiadanie jest tego świetnym przykładem. Nesbø usypia czujność, kiedy zdaje się nam, że o wszystkim już wiemy i z tą pewnością kierujemy się ku ostatnim stronom. A potem wszystko się zmienia, bo sama zazdrość jest tu nieprzewidywalna, lecz najbardziej nieprzewidywalne jest to, w jaki sposób wpłynęła na życie portretowanych ludzi i dlaczego doprowadziła ich do sytuacji skrajnych.

„Zazdrość” nie będzie książką, w której autor opuszcza swoją ulubioną tematykę. Będą tu kryminalne zagadki, znajdziemy elementy thrillera. Czy jest to cyniczny monolog budujący „Przyznanie się do winy”, czy też pełna autotematycznej ironii historia twórcy w opowiadaniu „Odd” – za każdym razem mamy do czynienia z bardzo dokładnie przemyślaną historią. Taką, której moc ujawnia się wtedy, kiedy konfrontujemy się z zaskakującymi rozwiązaniami. Zazdrośni bohaterowie z różnych powodów nie mogą panować ani nad swoimi emocjami, ani nad działaniami. Dzięki temu tworzą się napięcie i suspens. To są takie teksty, które łączą ze sobą ludzkie wyobrażenia, fantazje, groźne rojenia i wszelkiej maści koszmary. A w tym wszystkim jest również świadomość oraz sytuacje wyborów. Najciekawiej jednak ujawnia się zazdrość jako utrata części samego siebie. Po tym, co przeżyją, bohaterowie Nesbø są już dalecy od tego, kim byli. A jednocześnie wciąż na nowo usiłują odnaleźć równowagę, za którą jednocześnie tęsknią i której sobie już nie wyobrażają.

Wspomniane opowiadanie „Kolczyk” jest znaczące, kiedy przyjrzymy się tej książce jako opowieści o tym, jak zazdrość wkracza w naszą wyobraźnię, agresywnie sobie w niej poczyna i rujnuje to, co moglibyśmy nazwać logicznym przewidywaniem faktów i zdarzeń. Rujnując życie swoich bohaterów, autor przede wszystkim podkreśla destrukcyjne piętno samych wyobrażeń o tym, co zrobiła z nami zazdrość i jak zmieniła naszą rzeczywistość. I chociaż są to często historie zdrad oraz ich konsekwencji dla porzuconych, Jo Nesbø usiłuje tym pozornie oczywistym opowieściom nadać złowrogi rys. Jest zatem tak, że bohaterowie tych opowiadań stają się niebezpieczni w dwóch znaczeniach – dla otoczenia i przede wszystkim dla samych siebie. „Zazdrość” to siedem historii o tym, w jaki sposób człowiek musi sobie radzić z goryczą i poczuciem wyobcowania. Bez względu na to, czy robi to w przestrzeni powietrznej między Nowym Jorkiem a Londynem, na malowniczej greckiej wyspie, czy w kabinie śmieciarki porządkującej ulice Oslo.

„Wszystko, co mam do powiedzenia, jest w książkach” – tak mówi bohater opowiadania „Odd”, kiedy świat oczekuje od niego tłumaczenia się ze swojej twórczości. Mam wrażenie, że ten zbiór opowiadań w szczególny sposób również jest zamkniętym pisarskim przekazem. Pozwala fantazjować, otwiera furtki interpretacyjne, nie daje też żadnych prostych odpowiedzi. Zagubieni w swej zazdrości bohaterowie tych tekstów opowiadają skomplikowany świat ludzkich przeżyć w taki sposób, że nie możemy tu oczekiwać autorskich uzupełnień. Świetne jest również to, że Jo Nesbø nadal ciekawie opowiada ludzkie zbrodnie. Jest krwawy i bezkompromisowy, ale w tej książce wyjątkowo czuły dla ludzkich podłości i słabości. Warto sprawdzić, co z tego wynika.