2015-12-23

"Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było" Kinga Kosińska

Wydawca: Nisza

Data wydania: 25 listopada 2015

Liczba stron: 134

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Walcząc o tożsamość

Debiut Kingi Kosińskiej to niebywale odważne i równie przejmujące świadectwo stygmatyzacji, jakiej winna jest skomplikowana tożsamość. Jest to historia osoby transpłciowej, która po latach rozlicza się sama ze sobą - ze swojego strachu, własnej samotności, z wiecznych tendencji ucieczkowych i z problemu akceptacji siebie zwielokrotnionego przez brak tolerancji otoczenia. "Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było" to świadectwo przekleństwa własnej pamięci. Historia życia, które - jak sama autorka podkreśla  - naznaczone było bliznami. Nie tylko tymi po operacjach, ale przede wszystkim śladami po ludzkiej niefrasobliwości, która z taką łatwością pozwalała atakować, ośmieszać, kpić i zaburzać poczucie wartości.

Ten intymny dziennik powstał z potrzeby wewnętrznego rozliczenia się z samą sobą. Z pewnymi etapami życia, które należało przejść, by uzyskać wewnętrzną wolność. Kosińska urodziła się mężczyzną i jej pierwszy życiowy dramat polegał na tym, że nie identyfikowała się z płcią. Wspomina szkolne piekło, to wieczne wytykanie palcami, definiowanie jej inności przez heteronomiczną gromadę, która z taką łatwością i wielką ulgą odnajdywała sobie obcość do krytykowania. Bo przecież człowiek z pewną ulgą dostrzega obok siebie ofiarę, ciesząc się, że sam jest w tej silnej grupie, która potrafi stygmatyzować... Autorka czuła na sobie piętno wykluczenia przez bardzo wiele lat, ale nawet wtedy, gdy - co ważne i nieczęste - zaakceptowała ją rodzina, nie potrafiła przekonać się do tego, że w oczach innych może być pełnowartościowym człowiekiem.

To książka o trudnym człowieczeństwie gdzieś ponad płciami i społecznymi rolami, które warunkują stabilność w tak zwanym normalnym świecie. To opowieść przede wszystkim o tym, jak skomplikowane może być odkrywanie własnej tożsamości i jaką cenę trzeba zapłacić za bycie sobą w konflikcie z otoczeniem zbyt łatwo kategoryzującym i ferującym wyroki. Kosińska przyjęła czytelny azymut własnych myśli oraz uczuć, który starała się wspierać konsekwentnym działaniem. Opowiada o kobiecości kojarzonej ze sferą prawdziwej wolności oraz o tym, jak okrutne było zgłębianie tej kobiecości w sobie. Autorka czytelnie sygnalizuje, że kwestia zmiany płci to nie tylko zdobycie stosownych zapisów w dokumentach czy operacja dopasowująca ciało do nowej roli. To dużo bardziej skomplikowany proces okupiony lękami i wiecznym poczuciem zagrożenia. Także myślami samobójczymi, o których sporo jest w tej książce. Kosińska wyznaje, że przez całe życie czuje pewną bliskość z tymi, co odważyli się odejść na własnych zasadach i pożegnać życie, gdy stało się nieznośne.

"Brudny róż" to bolesna opowieść o życiu, w którym najbardziej uwiera bycie sobą. O nazywaniu swego istnienia "własną klęską" i o problemie znalezienia sensu w tym, jak się działa i co się myśli. Kinga Kosińska opowiada o niemożności skonfrontowania się z kimś podobnym i o pewnych rozczarowaniach, kiedy do takiej konfrontacji dochodzi. Najważniejsze bowiem jest zaakceptowanie siebie. Wewnętrzne i świadome. Takie, które daje perspektywy, bo chce się żyć naprawdę, chce się lubić świat i doceniać jego złożoność, tak często przecież deprecjonowaną przez lękających się inności. Transseksualizm trzeba na każdym etapie zmiany płci bardzo stanowczo udowadniać. Batalie w gabinetach lekarskich, a potem na salach sądowych zdają się nie mieć końca. A przecież formalnie to dopiero początek. Potem zaczyna się istnienie usankcjonowane przez zewnętrzne organy. Co jednak z poczuciem wewnętrznego spełnienia i satysfakcji, że jest się wreszcie sobą?

Myślę, że to głos wszystkich tych, dla których życie stawało się zbyt mroczne, by w nim pewnie kroczyć. Ta książka jest anatomią specyficznej samotności. Takiej, która uwiera, i takiej zaakceptowanej jako stan świadomy i normalny. W świecie przedstawionym tej prozy wciąż trzeba mierzyć się z tą dramatyczną dychotomią - jaką płeć akceptuję ja, a jaką postrzega otoczenie. Kosińskiej na pewnym etapie zabrakło determinacji, by stanowić o sobie, w związku z tym opisuje powroty do szpitala, bezpieczną przestrzeń snu i izolacji, poczucie nieprzystawalności do samej siebie i ten wieczny konflikt między oczekiwaniami względem nowego życia a jego kanciastą, nieprzyjazną formą.

Kinga Kosińska opowiada o swym nerwowym introwertyzmie, który utrudniał jej kontakt z rzeczywistością i blokował poczucie satysfakcji po tym, gdy prawnie uznano ją za kobietę. Ta książka opowiada o dramacie osób transpłciowych - im poczucie spełnienia dawane jest przez los niezwykle rzadko. To historia osamotnienia, w którym ogromną rolę odgrywają ludzkie uprzedzenia. Jest ich sporo także w samej autorce. Tak zwany normalny świat każe jej spoglądać na siebie z dużym krytycyzmem. Pomaga wsparcie rodzinne i przede wszystkim wiara. Być może Bóg jest substytutem ludzkości, pomaga zrozumieć szereg przerwanych z różnych powodów relacji, pozwala poczuć bliskość z czymś, co daje nadzieję, pozwala iść do przodu. Kosińska w swym życiu wielokrotnie podejmowała trud stawiania kolejnych kroków okupiony strachem i dezercją, gdy cofała się pełna lęku i frustracji. Jednocześnie opowiada o tym, w jaki sposób dała radę. Nie światu wytykającemu palcami, lecz samej sobie. Tej, która wielokrotnie odczuwała, czym może być piekło uwięzienia. Tej, co odważnie powalczyła o swą wolność.

"Brudny róż" to osobista wyprawa w poszukiwaniu szczęścia i studium samotności, dla której trzeba znaleźć trwałe miejsce i w pełni ją zaakceptować. To też historia niebywałej determinacji - nie są w stanie zdobyć się na nią te osoby transseksualne, dla których perspektywa życiowej rewolucji jest zbyt paraliżująca. Kosińska opowiada o tym, co utraciła i w tej wielości strat sygnalizuje także, co udało jej się zyskać. Jej pamiętnik dramatycznie sygnalizuje fakt, że to instytucje i inni ludzie czasem decydują o tym, czy wolno pozostać sobą. Co więcej - sankcjonują lub odrzucają przestrzeń wewnętrznej wolności. Bo człowiek to nie płeć, to przede wszystkim tożsamość. Autorka staje się wyrazicielką kilku prostych prawd, o jakich zapomina świat tak zwanej heteronormy. Sami stwarzamy sobie granice w myśleniu i pojmowaniu rzeczywistości - dla własnego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego. Sami odrzucamy także to, co w nas niezgodne z pojęciem normalności. Czasami skazujemy się w życiu na prywatne piekło w imię spokojnego trwania gdzieś na marginesie. Kinga Kosińska odważnie opuszcza ten margines. Pisze o ludzkiej godności i możliwości samostanowienia. O czymś, o co zawsze warto walczyć. Nawet samotnie i ocierając łzy upokorzenia. Mądra i istotna książka o ludzkiej czułości i delikatności, której nie zniszczyły uprzedzenia i nienawiść.

2015-12-21

"Krym. Miłość i nienawiść" Maciej Jastrzębski

Wydawca: Helion

Data wydania: 18 listopada 2015

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ponad podziałami

To zupełnie inny reportaż niż "Rosja Matrioszka i Jastrząb". Przede wszystkim dlatego, że jest fabularyzowany. Śledzimy w nim historię miłosną Rosjanina i Ukrainki z Krymu, a oczywista symbolika tej opowieści każe spoglądać na nowy reportaż Macieja Jastrzębskiego jak na rzecz z tezą. Skoro kochankom udaje się pokonać ogromne różnice i przedrzeć przez to, co zaognia konflikt między ich rodakami, porozumienie między Rosjanami a Ukraińcami w obliczu dramatycznych wydarzeń ostatnich lat jest jednak możliwe. Napisać książkę o polityce i miłości, a dodatkowo zachować konieczny obiektywizm reportażu - to zadanie bardzo trudne, jednak Jastrzębskiemu się udało. "Krym. Miłość i nienawiść" to uderzająca w sentymentalną nutę opowieść o podziałach, które zaistniały w ludzkiej świadomości i spowodowały dzielenie terytorium, sankcjonowane ideologicznie i uzasadniane propagandą. To książka o tym, że możliwe jest wzniesienie się ponad podziały, ale jednocześnie niezwykle trudno dostrzec ich granice. Bo autor nie kategoryzuje - zmusza nas do spoglądania na agresorów z czułością i do rozumienia motywów postępowania zwaśnionych stron. W tle niemy Krym, którego piękno opisywane jest przy użyciu znanych poetyckich fraz. Powstała książka o pojednaniu i o miejscu, gdzie trudno o jakąkolwiek jedność. Książka, w której zarysowuje się bardzo szeroka perspektywa słuchacza analizującego przyswojone treści i poszukującego w niej śladów kompromisu. Bo żeby żyć dzisiaj na Krymie, trzeba sobie ustalić jakiś wewnętrzny azymut oparty właśnie na kompromisie.

Marianna z Symferopola i Fiodor z Moskwy stają na drodze Macieja Jastrzębskiego zupełnie przypadkowo, niedaleko granicy rosyjsko-ukraińskiej - a może obok tego, co z tej granicy obecnie zostało. Autor wykorzystuje sytuację, z przypadkowości czyniąc zasadność. Uważnie słucha dramatycznej opowieści zakochanych i to na niej właśnie buduje fascynującą opowieść o Krymie. Przedstawia anatomię fanatycznego wręcz zjednoczenia narodowego, które wypchnęło półwysep z ukraińskiej sfery wpływów i skazało go na izolację, stałą atmosferę grozy i podejrzeń. Zaburzyło normalne życie i wielu ludziom odebrało nadzieję na lepszą przyszłość, czyniąc rozgoryczonymi wygnańcami. Opowieść miłosna to jedno, ale portretowanie codziennego życia w strachu i niepewności to zasadnicza wartość tej książki. Fiodor powoli zbliża się mentalnie do tego, czym jest dzisiaj Krym i jak został naznaczony, bo jego miłość pozwala przedrzeć się przez propagandę i uwierzyć w wartości oraz czyny dotychczas przez niego potępiane. Marianna zdaje się złamana na kilka możliwych sposobów, jednak daje szansę miłości między granicami i skłonna jest do pewnych kompromisów, by naprawdę ujrzeć portret wewnętrzny swego rosyjskiego wybranka. A ten zmieni się nie tyle diametralnie, ile przede wszystkim rozumnie. Fiodor ujrzy problemy z innej perspektywy niż ta prezentowana przez rosyjskie media. Zaangażuje się mocno w odbicie Marianny z rąk porywaczy i tutaj Jastrzębski uraczy nas próbką prozy sensacyjnej, bo opisywana miłość dojrzeje w bardzo burzliwych okolicznościach, a sytuacja na Krymie oraz wojna na wschodniej Ukrainie staną się z tą miłością związane trudnym węzłem.

Maciej Jastrzębski odtwarza znane nam z doniesień medialnych wydarzenia prowadzące do obecnej sytuacji na Półwyspie Krymskim. Przygląda się uważnie temu, w jaki sposób Krym został dotknięty tą nieoczekiwaną inwazją uzasadnianą przecież przez wielu przekonaniem, iż nagle, po 23 latach, należy odebrać Ukrainie ten półwysep, bo to kwestia sprawiedliwości historycznej. Autor słucha tych, którzy podczas manifestacji wyrażają między innymi takie opinie. "Dążenie do aneksji Krymu to otwieranie puszki Pandory. Całe zło, którym teraz epatują nasi politycy, prędzej czy później wróci do nas". To nie jest tak, że Krym w rękach Rosji jest jakimś gotowym tworem i miejscem, w którym będzie budowany ład na nowych zasadach. To przede wszystkim miejsce ludzkiego smutku i łez. Rozgoryczenia tych, którzy musieli uciekać. Mrocznej dumy pozostałych, akceptujących specyficzny akt transformacji. Dających przyzwolenie na to, żeby obcy zawłaszczał domy, sugerując ich wyzwalanie i sankcjonując swoją w nich obecność. Krym cierpi i płacze, ale jednocześnie boryka się z wieloma trudnościami, z powodu których codzienne życie staje się nie do zniesienia. Ponad tym wszystkim monumentalna przyroda, niewzruszony świat natury traktujący ludzkie szaleństwa z wiecznym dystansem. Jastrzębski stara się pokazać, w jaki sposób ludzie tacy jak Marianna, wciąż na Krymie z ukraińskim paszportem, odbierają sytuację aneksji w kilku możliwych kontekstach. To także historia rosyjskiej świadomości Fiodora, któremu pewne zdarzenia wydają się naturalne, ale ujrzenie ich z innego punktu widzenia powoduje dramatyczną rozterkę.

Obrazowanie wewnętrznego podziału Krymu idzie w parze z zaglądaniem do tych domów, w których mówi się odważnie o niesprawiedliwości dziejowej i płacze w gniewie za utraconym status quo. Ten reportaż to także historia okrucieństwa i bezkompromisowości, której nadano tatarskie imię i nazwisko - Reszat Ametow. Opowieść o zaginięciu pewnego Tatara, który chciał zaciągnąć się do ukraińskiej armii i walczyć z okupantem, dyskretnie sygnalizuje skomplikowaną sytuację ludności tatarskiej na półwyspie i ich zderzenia z układem sił opartym na terrorze. Ta dodatkowa opowieść czyni reportaż Jastrzębskiego jeszcze bardziej dramatycznym, ale autor unika tak naprawdę dramatyzmu, bo przez pryzmat swych zakochanych z dwóch krajów stara się pokazać, w jaki sposób możliwe są dzisiaj porozumienie i wzajemny szacunek. Ta książka ukazuje niejako dwa oblicza wojny. Po każdej stronie - rosyjskiej i ukraińskiej - kryją się te same troski, niewybaczalne utraty, ta sama złość i podobne nadzieje. W gruncie rzeczy ludzie są podobni i nie tylko miłość jest dla nich wspólnym mianownikiem. Jastrzębski ostrzega przed bezwzględnymi i jednoznacznymi ocenami. Ukazuje szaleństwo wojny, w której obie strony cierpią podobnie. Pokazuje ludzkie zagubienie, a w tym wszystkim siłę miłości. Jej moc skryta jest naturalnie w osobnej opowieści, ale i nienawiść także ma wiele oblicz, wielokrotnie niezrozumianych.

Maciej Jastrzębski zabrał nas do świata, którego kształtu nikt dzisiaj nie może być pewien. To reportaż o ocaleniu ludzkich uczuć i takich odruchów, dzięki którym zawsze możemy się odróżnić od wojennej grozy. Nie jesteśmy istotami stworzonymi do zabijania i niszczenia. Miłość symbolizuje sporo, ale przede wszystkim jest orężem wobec zagubienia, stereotypowego myślenia, chęci odwetu i żądzy niszczenia innych. Po części jest to więc pacyfistyczna książka. Bardzo wyraźna, wielowątkowa, napisana z zaangażowaniem i czułą bliskością do poezji opisującej Krym najpiękniej jak to możliwe. O zderzeniu dwóch całkowicie różnych światopoglądów i o wypracowaniu rozumnego kompromisu. To naprawdę jest i może być w przyszłości możliwe.

2015-12-19

"Gwiazdozbiór" Marta Zaborowska

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 4 listopada 2015

Liczba stron: 494

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Krawiec na tropie zbrodni

Marta Zaborowska dzielnie pisze kolejne kryminały z podkomisarz Julią Krawiec w roli głównej, a ja uległem pokusie przeczytania jej książki bez znajomości poprzednich, czego teraz nieco żałuję. Płynnie wprowadzono mnie w skomplikowany świat przeżyć i w trudną sytuację życiową bohaterki. Nie pogubiłem się w żadnym istotnym wątku. Nic nie powodowało dezorientacji. Wszystkie wcześniejsze zdarzenia z tej wiarygodnej psychologicznie biografii zostały umieszczone we właściwym kontekście i z subtelnym zaznaczeniem momentów zwrotnych, po których Krawiec jest w "Gwiazdozbiorze" na takim, a nie innym etapie życia. Świetnie się to czyta, bo Zaborowska opowiada o trudzie bycia dzielną kobietą i o traumie kilku życiowych utrat. Umiejscawia swoją bohaterkę na takim etapie życia, że poza prowadzonym śledztwem musi podejmować bardzo trudne decyzje i myśleć o przyszłości w narzuconej niejako przez los perspektywie. Zaczynam od peanu na cześć wątku obyczajowego tej powieści, albowiem jest on jej najmocniejszą stroną. Intryga kryminalna - dość efekciarska, grająca na emocjach, zręcznie myląca tropy, lecz w gruncie rzeczy przewidywalna. Nie do końca, oczywiście. I szkoda, że autorka odbiera nam ten bezpośredni kontakt z psychopatycznym zabójcą, który nawiązujemy na początku powieści, potem pozostając już tylko w wirze wydarzeń policyjnej gonitwy za oprawcą.

Zabijane są dzieci, w związku z tym wiadomo, gdzie będzie umieszczony środek ciężkości i do jakich emocji czytelniczych odwoła się Zaborowska. Jest w gruncie rzeczy dość przewidywalnie. Młodziutkie ofiary otacza aura niewinności także dlatego, że są dziećmi albo porzuconymi, albo z patologicznych rodzin. "Gwiazdozbiór" nakłada okrutne prawa dorosłych na świat dzieci. Mamy bowiem takie, które z różnych powodów uznawane są za niewygodne. Tutaj ponoszą najbardziej dotkliwe konsekwencje swojej zbędności. Wykorzystane są ich słabości oraz ten rodzaj niewinności, który nie jest w stanie ostrzec przed tym, że staczają się po równi pochyłej, wpadając w łapy demonicznego zabójcy planującego z wyprzedzeniem kolejne rytualne zbrodnie. Marta Zaborowska opowiada także o matkach pozbawionych instynktu macierzyńskiego albo takich, którym ów instynkt gdzieś po drodze zasnął. Dzieci pozostawione są same sobie. Jedna z ofiar nie wyzwala w swej młodocianej matce nawet tyle skruchy, by wróciła pogrzebać córkę. Jasno i czytelnie naznaczone są trudne losy dzieci, które umierają także z powodu pewnych defektów. A mogłyby wieść życie geniuszy. Ktoś odbiera im tę szansę. Julia Krawiec natomiast gotowa jest poświęcić własne (i nie tylko) zdrowie, by walczyć z czasem oraz z psychopatą, bo - jak sama twierdzi - zwłoki dziecka porusza ją dużo bardziej niż nawet dziesięć trupów dorosłych ludzi. O ile niepojęte jest dla mnie tego rodzaju kategoryzowanie ludzkiego nieszczęścia, o tyle wiadomo, że ten punkt widzenia będzie się bronił, a czytelnik dużo silniej niż przy innych kryminałach zaciskać będzie kciuki, wierząc w skuteczność działań policjantki.

Zaborowska fantazjuje dodatkowo o tym, co kryje się w murach tak zwanych renomowanych szkół. Podsuwa niekoniecznie nieprawdopodobne scenariusze mogące mieć miejsce w tych kuźniach talentów, gdzie selekcja jest okrutna i gdzie absolwentem staje się naprawdę wyjątkowa jednostka. W "Gwiazdozbiorze" rolę szkoły z dysfunkcjami gra podwarszawska podstawówka, której uczniowie osiągają znakomite rezultaty w dziedzinie plastyki, muzyki i sportu. Talenty wykuwane są pod czujnym okiem pedagogów, ale rekrutacja także odbywa się na podstawie określonych uwarunkowań. To właśnie uczniowie tej wspaniałej szkoły padają ofiarami zabójcy. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że być może nigdy nie rozwiną w pełni swoich talentów, ale to tylko jedna z przyczyn. Taka dość racjonalna, bo wynikająca ze śledztwa i zbadania odpowiednich materiałów, także po profesjonalnie przeprowadzanych rozmowach. Prawdziwe powody morderstw kryją się już w pokrętnej logice zabójcy, z którym Julia Krawiec naturalnie musi skonfrontować się osobiście w finale książki. Dla mnie dużo bardziej ciekawe staje się to, z czym konfrontuje się dopiero na ostatnich kartach, ale już wspomniałem, że czytało mi się "Gwiazdozbiór" dobrze niekoniecznie jako powieść kryminalną. Tymczasem cyniczny dyrektor szkoły stara się zacierać ślady i ignorować to, co się dzieje, ale dość ciekawą wojnę charakterów między nim a Krawiec Zaborowska również - jak w przypadku narracji zabójcy - ogranicza do jednej sceny. Jaka jest cena bycia kimś wielkim? Jak naprawdę wykuwa się talenty w tej szkole? To jeden z ciekawszych wątków, bo zgrabnie obrazuje sposób myślenia o licznych sukcesach, których na każdym etapie życia i w każdym nasileniu Polak Polakowi odwiecznie zazdrości. Zazdrość pojawi się także w mentalności zabójcy. Ale nie można zdradzać niczego więcej...

Ta książka składa się także z wyraźnie zarysowanych wątków pobocznych i frapujących postaci drugiego planu. Michalina Bodnar, pozornie mniej rozgarnięta policjantka, nieszczęśliwie lokująca swoje uczucia, stająca przed problemem zdradzenia rodzinie sekretu tożsamości seksualnej. Była bibliotekarka, zdegradowana, a następnie zwolniona ze szkoły. Matka przeżywająca osobiste nieszczęście i kobieta niemogąca sobie poradzić z frustrującą ją sytuacją zawodową. Jest także hipochondryczna i rozmodlona matka Julii Krawiec, okazująca się nad wyraz praktycznie nastawioną do życia osobą. Jest też partner policjantki próbujący zbudować wokół niej namiastkę domowego ciepła i planujący daleko idące kroki, by status jego związku z Krawiec stał się bardziej stabilny.

Jest o czym poczytać, to na pewno. Zaborowska napisała o ludzkim smutku i cierpieniu, rozpisując tę egzystencjalną przypowieść na kilka możliwych historii. Każda z nich przesycona jest fatalizmem. Jest w tym wszystkim także sporo zgubnych namiętności i ta tendencja Julii Krawiec do bycia idealną i konsekwentną policjantką, kiedy osobisty świat obok cierpi na skutek jej zawodowego zaangażowania. "Gwiazdozbiór" to książka o tym, jak trudno człowiekowi unieść ciężar własnego geniuszu, i o zdradzaniu samego sobie, o narastającej frustracji i o gniewie niespełnienia. Nic nie jest w tej książce przypadkowe i nic nie dzieje się bez związku z poprzednimi wydarzeniami. Czyta się więc Martę Zaborowską w skupieniu, ale trudno jednoznacznie orzec, na co tak naprawdę autorka chce zwrócić naszą uwagę najmocniej.

2015-12-16

"Dygot" Jakub Małecki

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 7 października 2015

Liczba stron: 312

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Drżenia

Kiedy Jakub Małecki pozamykał swoich bohaterów w ciasnych przestrzeniach, gdzie dusili się w swym fatalizmie i mrocznym myśleniu, wyszła mu powieść niezbyt udana, czyli "Odwrotniak". W "Dygocie" wszyscy zostali umieszczeni w pewnej przestrzeni, której przemierzanie jest istotne, podobnie jak przywiązanie - bądź jego brak - do ziemi, miejscowości, swego miejsca o określonych kształtach i w określonej metrażem powierzchni. Nowa powieść Małeckiego to dowód na to, że uważnie czyta on swoich kolegów po piórze, biorąc od nich to, co najlepsze i na dobrych wzorach budując świetną fabułę. Koło czy Piołunów z "Dygotu" to takie tajemnicze Rykusmyku, które naznacza na zawsze, każąc konfrontować się z prywatnymi demonami. Przestrzeń przypominająca tę ze "Szczęśliwej ziemi" Łukasza Orbitowskiego to także ziemia, z którą związani są bohaterowie. Senior rodu Łabendowiczów kładzie się na niej wraz ze swą wybranką, a potem rozpaczliwie do niej lgnie, gdy przychodzi mu wyzionąć ducha. Jeden z synów czuje odpowiedzialność za ziemię, z którą się zrasta, a wnuk po latach powraca do niej, intuicyjnie jakby, za podszeptem ducha zmarłych. "Dygot" tak jak "Drach" Szczepana Twardocha jest powieścią o intymnym związku z miejscem swego pochodzenia i tak jak powieść Twardocha traktuje o strachu. Czyta się zatem nowego Małeckiego ze świadomością, że gdzieś w pamięci grają jakieś wcześniejsze podobne książki, ale to tylko dodatkowy walor, bo "Dygot" jest przejmującą i hipnotyzującą powieścią o ułomności ludzkiego życia naznaczonego przez wieczne tytułowe telepanie się w lęku.

Jeśli tytuł jest synonimem egzystencji, widzimy ją w wielu przygnębiających wymiarach. Życie to nieustanne wahanie i ogarniający całe ciało strach. To biologiczny aspekt odbierania rzeczywistości, atawizm sugerujący trudność dostosowania się. I niepewność, bo w niej zanurzeni są wszyscy bohaterowie Małeckiego. Dygot jest zresztą wszechobecny. Dygocze zabijana na początku powieści świnia. Dygocze Janek Łabendowicz, który porzuca pewną Niemkę tuż przed granicą i tuż po zakończeniu wojny. Także ojciec Janka, który wraca do domu po przesiedleniu. Jego syn w hipnotycznym tańcu. Potem córka, po raz pierwszy rozbierana przez mężczyznę i ukazująca mu swe poparzone ciało. Dygot towarzyszy wnukowi Łabendowicza, gdy dostrzega bezsens i kruchość swego życia. Także jego samotnej matce, której pozostały jedynie wspomnienia męża i syn zupełnie go nie przypominający. Może to słowo nie jest zatem szeroko rozumianym symbolem, lecz po prostu synonimem życia? Małecki pokazuje tę bojaźń, z której często nie zdajemy sobie sprawy, a z którą jesteśmy połączeni na zawsze, do śmierci. Tańczymy mroczny danse macabre, bojąc się swego cienia, konsekwencji własnych działań, bojąc się samotności i samego strachu przed dalszym istnieniem.

A ludzkie istnienie doświadcza nadmiaru okrucieństwa i bezwzględności losu. Zdarzenia rozpoczynają się tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, a kończą w 2004 roku. Zaczyna się od porzucenia przez Janka Łabendowicza frau Eberl, którą miał bezpiecznie dowieźć do granicy, gdy po wojnie Armia Czerwona kazała takim jak ona się wynosić. Kończy się na poszerzeniu świadomości wnuka Łabendowicza, który odkrywa mroczne tajemnice swego ojca, Wiktora i jednocześnie uświadamia, że pochodzi z konkretnego czasu, miejsca i kontekstu, co daje pewną ulgę po tym, jak wrósł w pewną życiową bierność i zachowawczość. Wydarzenia historyczne nie odgrywają większej roli, Małecki tylko dyskretnie je sygnalizuje. Może bardziej jest w nich osadzona rodzina Geldów, z której pochodzi Emilia, wybranka Wiktora. Dwie rodziny połączy związek odmieńców, ludzi stygmatyzowanych i bezwzględnie skazanych na potępienie przez polską prowincję. Ich życie naznaczone zostanie także mrocznymi klątwami i przepowiedniami. Małecki nie pozbawia bowiem tej realistycznej prozy metafizyki. Co więcej - umie ją umieścić na stałe i w bardzo subtelny sposób.

Autor ukazuje losy Łabendowiczów i Geldów jako ciąg konsekwencji własnych czynów czy wypowiedzianych słów. Emilia i Wiktor to szczególnie naznaczona przez społeczność para. Takich chciałoby się nie mieć w gromadzie. Tacy są rysą na jej obliczu. Inność jest u Małeckiego nie tylko źródłem frustracji, ale budzi także gniew, również nienawiść. Emilia i Wiktor żyją naznaczeni mrocznymi przepowiedniami i starają się o namiastkę normalności w świecie, który ich samych uważa za nienormalnych. Cierpią wewnętrznie, nie mają możliwości dzielenia się swoim cierpieniem. Ich rodzice przeżywają dramaty drugiego planu, równie wyraziste jednak i tak samo przejmujące. Dopiero ten ostatni, jedyny syn, Sebastian, przejmie odium i je porzuci. Tylko na niego wpłynie wyraźnie to, co wokół. O ile jego przodkowie żyli wbrew światu i jego kształtowi, o tyle Sebastian dopasuje się do tego kształtu - krwiożerczy kapitalizm odciśnie piętno na jego myśleniu oraz decyzjach.

"Dygot" to powieść wyrastająca z ludowego mitu, a kończąca się  w chwili, w której przyszłość przypomina o sobie Sebastianowi, odbierając mu wrodzony cynizm czy buntowniczość. Małecki wprowadza do narracji niepokojące stwory i nazywa ludzkie byty tak, jakby tkwiły w centrum mrocznej ballady. Są także sygnalizowane związki ze zwierzętami mające charakter nieco metafizyczny. Najtrudniej jest autorowi oddać grozę i niedopowiedzenie w budowaniu postaci wiejskiej wariatki. Dojka tylko przez chwilę staje się w naszych oczach wiedźmą. Potem widzimy, że jest jedynie głęboko nieszczęśliwą i samotną istotą ludzką. Taką jak Wiktor - albinos z czerwonymi oczami, dla którego nie może znaleźć się nawet odrobina szczęścia i spełnienia. Życie Wiktora naznaczają trzy śmierci. Ta ostatnia będzie ostateczna. Jej zagadkę rozwikła Sebastian, stając niemo przed tajemnicą i przed własnym spojrzeniem na życie. Bo przecież Małecki pisze przede wszystkim o tym, czym ludzkie życie jest w sensie symbolicznym i bardzo jednoznacznym. Proza życia to bolesne doświadczenia, bunt, namiętności i wyrządzane sobie nawzajem krzywdy. Nagromadzenie życiowych traum jest w powieści chwilami nieznośne i nie czyni jej przez to bardziej wiarygodną, ale czyta się to z wielką uwagą. Z wielkim smutkiem i przekonaniem, że na niewiele spraw mamy wpływ. Że nasza wolna wola może nie istnieć. Że nie istnieje żadna alternatywa dla kompulsywnego dygotania do momentu wydania ostatniego tchu...

Problem "Dygotu", a może jego wielkość, polega na tym, że trudno jednoznacznie określić, o czym jest ta powieść. Jej sens opiera się na licznych symbolach. Małecki pisze w taki sposób, że nasza uwaga nie koncentruje się na nikim szczególnie. Podążamy z bohaterami przez życie, w którym czeka ich wiele rozczarowania, pustki i gdzie liczne śmierci boleśnie naznaczają wszystkich tych, którzy jeszcze żyją. Jedni mają do dyspozycji dramatyczne dwadzieścia osiem lat. Inni z rozpaczą i nostalgią przełykają kolejne wiosny, dożywając ich aż dziewięćdziesięciu pięciu. Jakub Małecki dyskretnie sugeruje, że ten korowód umierania przepełniony boleścią i pretensjami do świata to najwyraźniej zaakcentowany przejaw życia w tej powieści. "Dygot" jest książką wielu interpretacji i sprytnie unika jednoznacznej klasyfikacji. Mroczna proza, która pożera własnych bohaterów. Stworzona na dobrych wzorach książka niepozwalająca na wytchnienie. Taka rzecz pozostaje w pamięci na bardzo długo.

2015-12-14

"Zabij mnie, tato" Stefan Darda

Wydawca: Videograf

Data wydania: 10 listopada 2015

Liczba stron: 432

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Zaangażowanie i manipulacje

Thriller Stefana Dardy mocno manipuluje czytelnikiem. Autor wyraźnie gra na emocjach, ukazując sytuację, wobec grozy której wszyscy możemy przeżyć to samo. "Zabij mnie, tato" to historia pewnej małomiasteczkowej rodziny, która traci dwójkę dzieci. Porwane niewinne dziewczynki wzbudzają nieskrywane emocje i każdy czytający zada sobie pytanie o to, co sam by zrobił, jak postąpił, gdyby to jego dzieci zostały oddane na łaskę lub niełaskę psychopatycznego porywacza. Ta powieść broni się przede wszystkim w retrospekcjach, bo tam zarysowuje dużo ciekawsze i bardziej niejednoznaczne historie niż w opisywanej ze skrupulatnością kronikarza teraźniejszości, gdy walczy się z czasem i początkowo niepewnym wrogiem. Wszystko jednak zarysowane jest za bardzo wyraźnie. Problem Dardy polega na tym, że dopowiada za nas każdą niejasność, nie zezwala na dręczące wątpliwości, sugeruje drogę interpretacji i przede wszystkim narzuca swój punkt widzenia. Nie ma w tej książce elementu zaskoczenia. Jest sporo niepotrzebnych scen, za dużo oczywistych przemyśleń, zbyt wiele sugestii i prowadzenie czytelnika za rękę jak przez mgłę - oby tylko nie zinterpretował sobie po swojemu danego zachowania lub wydarzenia. Z bolesnej i dotykającej problematyki społecznej tworzy się dość wtórna opowieść o ludzkiej złości na niewydolny system sprawiedliwości, szkic charakterologiczny populacji na prowincji oraz wzruszająca historia o przyjaźni i wyrzutach sumienia. Te ostatnie dręczą w dwóch pokoleniach. Poza wszystkim - sprawnie nakreślona intryga kryminalna, gdzie jesteśmy informowani o wszystkim i na bieżąco śledzimy sprawę, w której znikają wszelkie niedomówienia, a świat przedstawiony operuje łatwymi do przewidzenia zwrotami akcji i przesłaniami.

Nie ma zatem u Dardy koniecznego dla thrillera napięcia, które budują kwestie dyskusyjne, dwuznaczne. Najbardziej kontrowersyjne wydaje się emocjonalne mierzenie ze skutkami systemowych zaniedbań i poszukiwanie zemsty na kimś, kogo odziera się z jakiejkolwiek tajemnicy, niszcząc tym samym ten specyficzny spiritus movens, dopowiadając za wiele, rujnując element zaskoczenia, nieśmiało ujawniający się w zakończeniu. Byłaby to dobra powieść, bo jest wielowątkowa i sygnalizuje przynajmniej kilka ważkich problemów egzystencjalnych, jednak składa się z samych wyjaśnień, a nie z dwuznaczności, swoją strukturą przypominając tym samym wykład z tezą. Szkoda, bo konstrukcja fabularna mogłaby i zaskakiwać, i czynić czytającego odpowiedzialnym za własny wybór, gdy bohaterowie nie mogą zdecydować się na swoje wybory, uwikłani w skomplikowane zależności i zamknięci w dramatycznym klinczu między emocjami i żalem a zdrowym rozsądkiem nakazującym umieścić mnożące się dramaty w tak zwanej prozie życia, która zmusza do budowania pozorów normalności w świecie tracącym swe kontury. Tym bardziej trudno o tę normalność, gdy trzeba mierzyć się z niepewnością. To dramatyczna sytuacja tych, którzy konfrontują się ze zniknięciem kogoś bliskiego i pustką, jaka w nich pozostaje.

Można banalizować tematykę i pokrótce stwierdzić, że to książka o złych ludziach, dla których wymiar sprawiedliwości jest łaskawy, i o ludzkim cierpieniu nabierającym większego znaczenia, gdy obserwowane jest z perspektywy kogoś bliskiego cierpiącemu. To powieść mająca wzbudzić jawną wściekłość - na nieudolność prawa, na niejasną definicję sprawiedliwości społecznej. Jest to również dość kameralna historia o rodzinnym dramacie, w który uwikłany zostaje mężczyzna z chłopięcymi demonami sprzed lat i jego córka biorąca na siebie odpowiedzialność za pozostawienie bez opieki sióstr, które dostały się w ręce zwyrodnialca. Darda nadzwyczaj czytelnie obrazuje dramaty swoich bohaterów, włączając do nich także uważnego obserwatora, przyjaciela rodziny, mężczyznę po przejściach i podobnie jak wskazana dwójka borykającego się z poczuciem odpowiedzialności za czyjeś życie.

Zdzisław Mokryna przybywa do prowincjonalnego Rykowa, aby zacząć nowe życie. Pożegnał się ze służbą w policji i ze wspomnieniami, które każą mu wciąż na nowo przypominać sobie pewne bolesne zdarzenie. Stara się wieść życie kogoś nijakiego, bez właściwości. Chce się wtopić w senny klimat miasteczka, w którym jest bezpiecznie i gdzie każdy może odnaleźć namiastkę spokoju. Niespodziewanie szybko nawiązuje bliską znajomość z Kamilem, właścicielem miejskiej pizzerii. Mężczyzn zbliża poczucie, że w życiu doświadczają wciąż od nowa zdarzeń, dla których nie mogą znaleźć racjonalnego wytłumaczenia i z którymi nie jest im dane spać spokojnie. Kamil wspomina przyjaciela, którego życie skończyło się zbyt szybko być może z jego winy. Mokryna ma na sumieniu policyjnego funkcjonariusza. Obaj żyją ze stygmatem potępienia, ale to oni sami go na siebie nałożyli. Bliskość i przyjaźń pomogą im przetrwać coś niewyobrażalnego. Kiedy znikają dwie córki Kamila, rozpoczyna się rozpisany na kilka perspektyw koszmar. Za zniknięciem stoi bowiem psychopatyczny zabójca, którego wymiar sprawiedliwości potraktował z nadzwyczajną łagodnością...

Myślę, że to proza z silnym zaangażowaniem społecznym. Bezlitośnie punktuje luki w polskim prawie, stawia pod pręgierzem krótkowzrocznych polityków, deprecjonuje porządek państwa i wskazuje jego słabości. Jedynym skutecznym sposobem walki z psychopatą, który z dość prozaicznych, choć w gruncie rzeczy niewiarygodnych powodów porywa dwie dziewczynki, okaże się droga prywatnego tropienia. Mokryna będzie miał w sobie coś z mściciela, który wymierzy sprawiedliwość za pogrążonego w rozpaczy Kamila. Jego poczynania mają w sobie wszystko to, co sami robilibyśmy w takiej sytuacji albo z całą pewnością byśmy akceptowali. Przeżycia czy przewidywania byłego policjanta nie są dla nas niczym zaskakującym. Prywatna zemsta na mordercy jest nieco teatralna, przewidywalna. Darda nie pozwala nam przemyśleć samodzielnie żadnej z istotnych kwestii. Stara się jednocześnie zbudować wiarygodną psychologicznie opowieść o ludziach niszczonych przez wyrzuty sumienia oraz o wszystkich tych, którzy muszą skonfrontować się z brutalną śmiercią - na kilku możliwych poziomach.

Czyta się to dość dobrze, choć bez większych emocji. Zło jest wyraźnie złem, dobro jednoznacznie dobrem. Nie ma w tej wielowątkowej powieści jakiejkolwiek rysy. Każdy zachowuje się przewidywalnie, a tajemnice są nimi tylko przez chwilę. To dobry materiał do dyskusji o pozycji jednostki w bezdusznym systemie prawa i o możliwościach obywatelskiej obrony przez psychopatyczną jednostką. Sama książka jednak kurczowo trzyma się przewidywalnych ludzkich reakcji i nazywa ich oczywiste emocje. Stefan Darda nie dał możliwości ujrzenia jakiegoś naprawdę mrocznego dna całej tej historii, choć niewątpliwie pisze o sprawach i przeżyciach jeżących włos na głowie. To thriller, który w gruncie rzeczy nie straszy. Historia zbudowana tak, by można się było w niej wyraźnie określić. Od samego początku do końca, niestety.

2015-12-12

"Tatuaż z tryzubem" Ziemowit Szczerek

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 listopada 2015

Liczba stron: 328

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Żywa postapokalipsa

Książek o Ukrainie wydano ostatnio niemało. Ważne są głosy samych pisarzy ukraińskich i tak właśnie dowiedzieliśmy się od Tarasa Prochaśko, o czym nie napiszą w gazetach, a na kartach powieści Dzwinki Matijasz zanurzaliśmy się w symbolicznym i subtelnym traktacie o tym, jak trudno jest szukać Ukrainy w samym sobie. Poznaliśmy ważną rozmowę Jurija Andruchowycza z Pawłem Smoleńskim i przeraziliśmy się trochę, a może zastanowiliśmy głębiej nad ukraińską tożsamością w kilku wymiarach. Polskie publikacje to czasami pisane na kolanie relacje z Majdanu, które wydawano, bo czas był gorący, ale nie przynosiły nic ponad to, co już zdążyliśmy sami zaobserwować. Takie mnożenie publikacji wciąż na ten sam temat. Tymczasem "Tatuaż z tryzubem" się wyróżnia.

Dlaczego warto przeczytać Szczerka i co więcej, uwierzyć mu? Autor wędruje po Ukrainie bez pośpiechu. Nie pali mu się, by oddać gorący materiał i dobrze go sprzedać. Przygląda się prowincjonalnemu obliczu kraju - gdzieś w drodze między Truskawcem a Odessą, między Iwano-Frankiwskiem a Donieckiem. Bada tę trudną do zbadania złożoność ukraińskiego gniewu i analizuje wewnętrzny wulkan wciąż eskalujących uprzedzeń. Podąża tam, gdzie nikomu nie chciałoby się zajrzeć. Kiedy trzeba, przeklnie siarczyście, kiedy indziej - pochyli się z zadumą. Ważna są ulica, budynki, podsłuchane rozmowy i trudne pytania, bo w "Tatuażu z tryzubem" Szczerek przede wszystkim Ukraińców pyta o to, czym jest dla nich ich kraj, a nie sam mnoży tezy i domysły. To książka napisana z miłością i niezwykłą czułością. Drżąca od ambiwalencji, bo przecież krytyka wciąż miesza się z zachwytem. Jeśli tytuł traktować jak osobisty stygmat autora, dowiemy się z tej książki bardzo dużo o tym, jak trwale wytatuowano symbol, z którym nie wszędzie Ukrainie jest po drodze. To opowieści autentyczne i przepełnione empatią. Zwracające uwagę na szarość codzienności i gdzieś poza nią - w różnych kontekstach - szukające odpowiedzi na pytania, na które trudno udzielić odpowiedzi Ukraińcom. Szczerek przekonuje, bo doskonale wie, po co pojechał, i świetnie obrazuje momenty, w których nie ma pojęcia o tym, co robi w danym miejscu. Dlatego warto poświęcić mu czas, bo ma naprawdę dużo ważnego do powiedzenia. Bez zadęcia, bez uprzedzeń, wprost i zaskakująco szczerze.

Zaczyna się od oswajania przestrzeni przemalowanej na żółto-niebiesko. Tak jakby litry farby miały zatuszować tę niepewność i wieloznaczność kryjącą się w poradzieckich budowlach, przybudówkach i karłach architektonicznych wzbudzających niepokój, ale i pewien rodzaj czułości. Ziemowit Szczerek sam wyznacza sobie azymut. Penetruje miejsca, w których zapisana jest historia uprzedzeń i wzajemnej niechęci. Ogląda państwo, które wciąż się staje, wciąż na nowo konstytuuje. Stale zjada własny ogon i tkwi w jakimś masochistycznym marazmie, dzieląc się na nowo i groźnie pomrukując w stronę myślących inaczej. Autor kreśli odważną i dość wyraźną myśl. "Ukraina nie była państwem, o które walczono. Ukraina była produktem geopolitycznych okoliczności i - po prostu - wydarzyła się. Tworzono ją i tworzy się nadal, pracując już na żywym, niepodległym ciele". Będzie się starał pokazać wysiłki zmierzające do tego, by państwo wydarzyło się naprawdę. Do tego, aby odnaleźć w nim tożsamość narodową, bo na Ukrainie często się ją wybiera, zamiast w niej wzrastać. Wędrówki po prowincji powiedzą więcej o trudnym charakterze państwowości, gdyż ujawnią spotkania z ludźmi, których na żadnym etapie tworzenia ani destabilizacji państwa nikt nie zapytał o zdanie. A Szczerek liczy się z tym, co usłyszy. Nawet wówczas, gdy nie jest w stanie tego skomentować, bo głos odbiera mu niemoc wynikła z buntu oraz bunt niemocy, rozżalenia i posądzania o brak wspólnotowego poczucia odpowiedzialności za państwo.

O podziale Ukrainy na tę zachodnią i wschodnią napisano już bardzo wiele, z różnych perspektyw. Autor "Siódemki" będzie się starał pokazać, dlaczego Hałyczynie nie jest po drodze z Donieckiem. Interpretowane są liczne fakty, ale przede wszystkim mity. Autor grzebie w niezwykłych historiach, przywołując czas miniony, by także socjologicznie osadzić gnębiące go problemy w szerszym kontekście - dla samych Ukraińców nieodgadnionym. Majdan pełnej kultury we Lwowie to nie groźne utyskiwania na poczynania kijowskiego rządu, które w Donbasie idą w parze z agresją i przeogromną dozą frustracji. Dlaczego zachód kraju leniwie popija kawę, a wschód walczy o każdy kolejny dzień normalności, kryjąc się przed tym, co wypluwają wyrzutnie Grad? Nie ma jasnych odpowiedzi, ale Szczerek stara się poszukiwać możliwych odpowiedzi. Unika ognia wojny, jednak czuje jej oddech na plecach. Na Majdan stara się spojrzeć z takiej perspektywy, z jakiej nie spoglądał nań żaden zachodni dziennikarz. Czasem musi ukrywać, że jest Polakiem, bo to niebezpieczne. Równie groźne są narastające uprzedzenia i poczucie, że Ukraina krwawi na dwa możliwe sposoby - inaczej ta zachodnia, inaczej wschodnia. "Tatuaż z tryzubem" to także zbiór esejów o sankcjonowaniu lokalnych historii. O takich opowieściach, które wchodzą gdzieś pod skórę, warunkują światopogląd, każą spoglądać nie tyle krytycznie, ile z pewną dozą nieufności. Bo wielu Ukraińców sobie nie ufa. Wielu pogodziło się z tym, że korupcja i różne układy sił są nie do zniszczenia. Że ten kraj przed laty powstał na kruchym fundamencie i teraz przychodzi za to zapłacić - także wojną, której sens wytłumaczyć można na kilka różnych sposobów. Podobnie wielokrotnie można ujrzeć w niej bezsens. Ziemowit Szczerek poszukuje tego, co prawdziwe i obiektywne. Poszukuje w niebezpiecznych miejscach, ale i w takich przestrzeniach, których nikt nie sfotografował, nie opisał.

Ukraina ma inne oblicze w Odessie, inne we Lwowie. Inaczej spogląda się na wojenną pożogę w Dniepropietrowsku, a inną optykę mają kijowianie. Co z tymi, którzy żyją pod obstrzałem? Ta wojna wydaje się groteskowa i śmiertelnie poważna jednocześnie. Tę dwuznaczność nakreślił już Paweł Pieniążek w "Pozdrowieniach z Noworosji", ale Ziemowit Szczerek dokłada do tego jeszcze zgorzknienie i zagubienie. Nie tylko tych młodych żołnierzy zwolnionych z frontu, a wcześniej zagonionych doń z najdalszych zakątków kraju. Autor stara się ukazać, jak funkcjonuje ukraińska rzeczywistość postapokalipsy. Ile w niej żalu za tym, że coś minęło bezpowrotnie, a ile mrocznego niepokoju o przyszłość. Wędrowanie Szczerka też naznaczone jest niepewnością. Celu i metody badawczej, bo trudno cokolwiek jednoznacznego powiedzieć o Ukrainie po Majdanie. "Tatuaż z tryzubem" to świetna rzecz dla wszystkich tych, którzy wolą zadawać pytania niż utwierdzać się w przekonaniach. Bije z tej książki żar zaangażowania i umiłowanie kraju, którego kochanie jest dla części Ukraińców tak trudne...

2015-12-09

"Grząskie piaski" Henning Mankell

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 4 listopada 2015

Liczba stron: 318

Tłumacz: Ewa Wojciechowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Ślady po sobie

Henning Mankell nie żyje. Ta książka to dowód na to, w jaki sposób żegnał się z życiem od momentu usłyszenia diagnozy o chorobie nowotworowej. Można mieć obawy przed otwieraniem tej książki. Przed tym, co samemu by się czuło, o czym zaczęło myśleć i w co wierzyć, gdyby spadł na nas tak okrutny cios i kolejne dni miałyby być godnym wycofywaniem się w cień. Mankell nie lamentuje i nie użala się nad sobą, choć zdaje sobie sprawę z tego, że wielu z nas na różnych etapach życia tylko to pozostaje. Tytułowe grząskie piaski to dość krótki okres zapadnięcia się w sobie. Ogromnej niemocy i świadomości, że z nieuniknionym nie warto walczyć. Tymczasem walka rozgrywa się na kilku poziomach i w kilku znaczeniach. Chory pisarz nie chce się zadowalać iluzjami, przez co staje się boleśnie realistyczny. Powstaje książka, na którą składają się zapiski będące wspomnieniami. Pamięć to bowiem oręż w walce ze zbliżającą się śmiercią. Pamięć to opowieści. Ich różnorodność ma jednak wspólny mianownik. To niebywale heroiczna próba ocalenia zarówno swojej tożsamości, jak i sensu - wszystkiego wokół, także diagnozy i związanych z nią konsekwencji. "Grząskie piaski" to opowieść o tych wszystkich przejawach życia, na które często nie zwracamy uwagi. Znajdziemy w tej książce szereg dość prostych, fundamentalnych wręcz refleksji, na które nie mamy siły ani czasu. To też historia oswajania lęku i strachu. Opowieść o tym, że na śmierć nigdy nie jest się gotowym.

Choroba przedefiniowała Mankellowi wiele pojęć. Kazała przyjąć inną perspektywę patrzenia na własne życie oraz na różnorodne przejawy życia ludzkości. Pojawia się szeroki kontekst oraz wielowątkowość. Autor wraca do poprzednich myśli, rozwija je pod wpływem dodatkowych refleksji, snuje rozmyślania o kondycji człowieka oraz kondycji nas wszystkich. Rozmyśla o tym, jakie globalne zagrożenia sobie stwarzamy oraz jacy w tym wszystkim jesteśmy nieroztropni, pełni uprzedzeń, niekiedy barbarzyńscy. Kilkakrotnie powraca wspomnienie odpadów radioaktywnych, dla których wykuwa się bezpieczne miejsca w skałach, gdzie złożone zostaną miedziane kopuły, a w nich ślady współczesnego życia - śmiercionośne ładunki mające rozkładać się przez tysiące lat. Mankell podkreśla, że to niechlubny ślad, jaki pozostawia po sobie nasza cywilizacja. Groźny ładunek będzie przypominał o tym, w jaki sposób korzystaliśmy z zasobów Ziemi i co z nią w gruncie rzeczy zrobiliśmy. To takie mroczne memento, w którym zapisane są doświadczenia kilku pokoleń. Nowoczesnego świata niewiele mającego w gruncie rzeczy wspólnego z innowacją, twórczością czy działaniami na rzecz wolności ludzkiego wyboru. Autor "Comédii infantil" ironizuje, a jednocześnie z grozą przygląda się czasom, kiedy ułożyliśmy sobie wygodne życie w ogromnych dysproporcjach, a nasza spuścizna to smutne ślady po nieroztropności i nadmiernej pewności siebie. Te zapiski są bowiem o wewnętrznej pokorze, do której dochodzi się po latach aktywnego życia w przekonaniu, że wciąż jest czas na rzeczy nowe i wielkie.

Szersza perspektywa ustępuje tej osobistej w momentach, w których Mankell przypomina sobie znaczące obrazy. Zadziwia dokładność i plastyczność prywatnych wspomnień. Zwłaszcza wtedy, gdy sięgają nawet pół wieku wstecz. "Grząskie piaski" pokazują, w jaki sposób obejrzane obrazy, przeczytane książki, podejrzani w różnych sytuacjach ludzie czy przeżyte podróże wpływają na taki, a nie inny sposób widzenia rzeczywistości. Jest mowa o bezkompromisowych wyborach i o tragizmie jednostek wyrażanym za pomocą gestów, nie słów. To znamienne także dlatego, że Mankell wspomina działalność swojego teatru w Mozambiku i te artystyczne próby wyjścia poza poprawność oraz niedomówienie, w których wyrażała się gorycz przeżywania dramatów - tych prawdziwych, ulicznych, znanych bardzo dobrze z autopsji.

Te zapiski obrazują także wnikliwość poszukiwań różnych form człowieczeństwa. Są wyrazem troski o to, że tak naprawdę po nikłym procencie z nas pozostanie jakaś pamięć dla przyszłych pokoleń. Groza odchodzenia czai się wszędzie, ale życie ma być sztuką przetrwania i zapisywania się w pamięci innych. W pamięci autora trwały ślad znalazły przypadkowo spotkane osoby, których już być może nie ma, ale zaznaczyły swą obecność własną wyrazistością. To zbieranie okruchów ludzkiej egzystencji w jej najbardziej gorzkich przejawach. Bezdomni chłopcy mieszkający w kartonie. Kelner teatralnie porzucający pracę. Oczekująca na ważną wiadomość kobieta w kawiarni. Ale także postacie na obrazach, w tym te nieistniejące, enigmatyczne duchy i ślady po niespełnionych formach życia.

Wspomnienia są zemstą na czasie, dlatego pojawia się ich tak wiele. Trzeba mieć odwagę, by mierzyć się ze strachem przed końcem ostatecznym, ale Mankell wie, że dużo ważniejsza jest odwaga pogodzenia się z odejściem. Jego próby osadzenia własnej biografii w wielowątkowej historii ludzkości to proces poszukiwania właściwego kontekstu, by zrozumieć swoje przemyślenia i by wybrać z nich te najważniejsze, budujące tożsamość. To trudne, gdy dodatkowo rozmyśla się o tajemnicach ludzkości. O tym, co ukryte w posągach na Wyspie Wielkanocnej czy zapisane w manuskryptach ukrywanych w Timbuktu. Cała ludzkość we wszystkich jej formach jest śmiertelna i zmierza do unicestwienia. Autor stara się osadzić siebie w tej znikającej całości. Być dla siebie pewną zagadką, a jednocześnie świadomie znieść udręki chemioterapii i kolejnych diagnoz brzmiących jak wyroki.

Niebywale osobista książka staje się jednocześnie humanistycznym wyznaniem ludzkiej wartości osadzonym w tak wielu kontekstach, jak wiele ich Mankell może przywołać, analizując znaczące dla siebie doświadczenia z całego życia. Docenia sprawy najważniejsze - że przeżył syte życie i że zawsze miał możliwość decydowania o jego kształcie. Teraz przyszedł czas, kiedy to się kończy, a ostateczne decyzje nie wychodzą od niego. Jest w tym duże przerażenie, ale także rozumne poddanie się bezwzględności losu, któremu wciąż na nowo próbujemy gdzieś uciekać, nie analizując nieuniknionego i możliwości realnych wyborów przed śmiercią. "Grząskie piaski" to opowieść, która wychodzi od paniki i bezradności, a kończy się na wewnętrznym przekonaniu, że wszystko dzieje się właściwie i z sensem. O lęku jednostki i o pełnym niepewności świecie, w którym każdy wybór okupiony jest swego rodzaju niepewnością, że można było wybrać inaczej. Ta książka to dowód na to, w jaki sposób można przynajmniej częściowo oswoić świat i jak ujrzeć siebie w tej szerokiej perspektywie, gdzie widać wszechświat, kontynent, państwo, najbliższe otoczenie i samego siebie, obywatela prawdziwego świata. To także opowieść o kurczowym trzymaniu się przez nas teraźniejszości. O odwadze wędrówek w przeszłość i nazwania przyszłości nicością. Wzruszająca, plastyczna opowieść o ludzkiej kruchości i szczególnego rodzaju wyjątkowości.

2015-12-04

"Zaginiony" Michael Katz Krefeld

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 5 listopada 2015

Liczba stron: 416

Tłumacz: Ewa Frątczak-Nowotny

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zniewoleni

Staram się nie szufladkować autora i nie zrażać do niego, gdy kontakt z pierwszą książką wywołuje rozczarowanie. Dlatego mimo negatywnej oceny "Wykolejonego" podjąłem się z ciekawością lektury drugiej powieści Michaela Katza Krefelda. Napisać o niej, że jest dobra, to zdecydowanie za mało. Mistrzowsko obrazuje los jednostki w sidłach systemu i rozpaczliwe trzymanie się wiary w jego zasadność, gdy wszystko chwieje się w posadach i pozostaje już tylko zemsta sterowana coraz bardziej nasilaną nienawiścią. Problem "Zaginionego" polega na tym, że książka jest świetna zupełnie nie dlatego, iż ponownie śledzimy w akcji byłego duńskiego śledczego Thomasa Ravnsholdta. Krefeld buduje hipnotyzującą i mroczną narrację osadzoną w Berlinie tuż przed upadkiem muru i to ona stanowi o niezwykłości tej powieści. Powiązanie losów Ravna z przejmującą historią o ludzkim zniewoleniu oraz bezwzględności to jedynie dodatek do soczystej opowieści o tym, w jaki sposób w opresyjnym systemie funkcjonują kat i ofiara. O tym, jak więzi międzyludzkie opierają się bezwzględności władzy. O konsekwencjach uwierzenia w chwiejącą się już w posadach strukturę i o szaleństwie podążania za upatrzoną ofiarą do końca.

W 1989 roku Berlin pęka w szwach. Zasadniczy podział miasta warunkowany odmiennymi systemami za chwilę przestanie istnieć. Socjalizm Niemieckiej Republiki Demokratycznej chwieje się w posadach. Służby bezpieczeństwa zdają sobie sprawę z tego, że zaraz spadnie na nie odium za inwigilacje i bezwzględność, w związku z tym niszczą tajne dokumenty i dowody zbrodniczej działalności, chcąc zwinąć się z pola widzenia opinii publicznej, nim będzie na to za późno. Nie wszyscy jednak. Pułkownik Hausser jest nadal oddany Stasi. W rozpoczynającej powieść scenie widzimy, jak potrafi być bezwzględny, i dostrzegamy, jakie spustoszenie uczyniła w jego psychice jedyna słuszna służba. Służba oparta na przemocy i terrorze. Hausser działa w cieniu, ale w obliczu nadciągającej katastrofy chce wykazać się po raz ostatni. Zdemaskować niejakiego Midasa, odnieść spektakularny sukces, stać się prawdziwym bohaterem narodowym, nim ulegną zmianie priorytety i ład, do którego zdążył się przyzwyczaić. Krefeld portretuje i demaskuje człowieka w służbie przemocy. To jedyny sposób, by wydobywać z więźniów ważne zeznania. To także sposób bycia samego Haussera - roszczeniowy, przepełniony pychą i poczuciem, że jest kimś lepszym.

Sprawa Midasa zawładnie całkowicie świadomością tego, który mentalnie nie jest gotowy na zmiany i kurczowo trzyma się upadającego systemu. Kiedy mur przestanie już dzielić, Hausser do ostatniej chwili będzie tropić swojego wroga. Wcześniej jawi się jako mistrz zakamuflowanej inwigilacji. Życie na podsłuchu i na podglądzie będzie gorzką metaforą życia obywateli Niemieckiej Republiki Demokratycznej. To w mieszkaniu Midasa i przy konfrontacji jego rodziny ze śledczym ujawni się cały ogrom terroru. Tymczasem Hausser okaże ludzkie uczucia, gdy z czułością obserwować będzie poczynania dziewięcioletniej córki obserwowanego, wiernie oddanej ideom socjalizmu i nadziei na odrodzenie ładu, którego już nie ma.

Dramat z 1989 roku będzie powiązany z historią zniknięcia pewnego księgowego, który wiódł swe nudne i uporządkowane życie, by pewnego dnia zacząć precyzyjnie planować rabunek sejfu szefa oraz ucieczkę z kraju ku nowemu życiu. Do Ravna zgłosi się urocza siostra zaginionego i choć początkowo zostanie obcesowo odprawiona, znajdzie potem sposób, by zainteresować sprawą Mogensa, w związku z czym - co dość przewidywalne - ruszy razem z Ravnem śladem brata. A ten udał się do Berlina właśnie. Tam rozpocznie się walka z czasem i ściganie bezwzględnego przestępcy oraz ujawnią się powiązania zniknięcia Mogensa z mrocznymi wydarzeniami 1989 roku.

Tym razem Krefelda czyta się z nieukrywanym zainteresowaniem. Powiązanie barwnie przedstawionej historii, w której człowiek ściera w nierównej walce z systemem opresji z dość sentymentalną historią znajomości Ravna z ujmującą go kobietą tworzy w gruncie rzeczy powieść dla wielu różnych czytelników. Śledzenie tropów, jakimi podążają Louise i Thomas w Berlinie, jest dużo mniej absorbujące niż analizowanie tego, co dzieje się w 1989 roku i jak pewna rodzina mierzy się z bezwzględnym śledczym. Bo "Zaginiony" to w dużej mierze opowieść o zniewoleniu, które duński autor przedstawia na kilka sposobów. Także o dramatycznych konsekwencjach ludzkiej samotności i o różnego rodzaju manipulacjach. Przedstawione życie na podsłuchu to przejmujący obraz nie tyle ludzkiej bezradności w walce z terrorem władzy, ile przede wszystkim opowieść o sile przywiązania do życia i o tym, że wiele możemy sobie wybaczyć, kiedy system nie ma zamiaru wybaczyć nam niczego.

Michael Katz Krefeld napisał historię o ludzkim upodleniu, podnosząc jednocześnie swego Ravna z kolan. Główny bohater nadal mieszka na trawlerze, ale zaczyna radzić sobie z widmem przeszłości, godzić się ze śmiercią Evy, odpuszczać to, na co nie ma już wpływu. Żeby jednak było ciekawiej, odnajduje w szafie sprzedanego wreszcie mieszkania tajemniczą komórkę, a w telefonie zaskakujące zapisy. To zmieni jego sposób patrzenia na związek z Evą, a być może także zmusi do rewizji kilku poglądów, które w pierwszej części pogrążały go na tyle, że ratunkiem był jedynie alkohol w nadmiarze i monotonne odwoływanie się wciąż do tych samych emocji. Ravn odżywa, ale narrację o nim wzbogaca przede wszystkim historia o ludzkim zniewoleniu i o tym, w jaki sposób człowiek jest w stanie walczyć o godne życie nawet wtedy, gdy nie udawało mu się do końca godnie żyć.

"Zaginiony" to opowieść z symboliką muru berlińskiego. W narracji z przeszłości mur chwieje się w posadach. Kiedy duńscy bohaterowie poszukują Mogensa, Berlin świętuje dwudziestą piątą rocznicę upadku muru. To przede wszystkim książka o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy z frustracji rodzi się nienawiść, a w niej obsesyjna chęć zatrzymania ładu świata na zawsze. Nawet wtedy, kiedy świat w pewnej swojej formie przestaje już istnieć. Wyborna lektura z bohaterem prowadzącym w dalekim i chwilami nieistotnym tle. Zaskakujące i zajmujące!

2015-12-02

"Opowieść o rzeczywistym człowieku" Pavel Vilikovský

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 25 lipca 2015

Liczba stron: 272

Tłumacz: Tomasz Grabiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Prawdziwy człowiek, prawdziwy system

Straszną i śmieszną książkę skreślił Pavel Vilikovský. Ta standardowa dychotomia zawsze bardzo wyraźnie opisuje każdą jednostkę zniewoloną przez system. "Homo sovieticus" słowackiego prozaika to człowiek doskonale dostosowany do aparatu opresji i jednocześnie w swej postawie groteskowy. "Opowieść o rzeczywistym człowieku" oddaje głos tym, którzy nie byli w stanie opowiedzieć ani napisać historii własnego szarego i smutnego życia. Tego życia, gdy naiwność groźnie łączy się z poczciwością, a potulność i zachowawczość dodatkowo ukazują tragizm istnienia w świecie, w którym okazać się można jedynie sentymentalnym głupcem - wykorzystanym przez wszystkich wokół, bo przecież podatnym na wpływy otoczenia. Vilikovský napisał o stygmatyzującym świecie, w którym istnieją tylko interesowne relacje - w każdej sferze życia i przeżywania go, w każdym możliwym miejscu i wszędzie, gdzie jednostka w trybach machiny pożerającej indywidualność czyni z ludzi czułe potwory. Równie bezwzględne, co naiwne i prostoduszne. O kimś takim jest ta książka. Również o jedynym możliwym rodzaju buntu. Bohater bowiem w systemie jawności wszystkich i wszystkiego ma w sobie dość cywilnej odwagi, by pisać dziennik. Osobisty, przejmujący, wzruszający i zabawny. Naznaczony jednak pewnym rodzajem grozy i bezkompromisowości już od pierwszych słów. Bo to nie jest opowieść o pogodnej zachowawczości, lecz bezwzględna rozprawa z socjalizmem, który zagarniał wszystko dla siebie, deformując osobowość i światopogląd.

Mężczyzna Vilikovský'ego kończy czterdzieści lat. Otrzymuje dość specyficzny prezent od syna. To dziennik, który ma mu dobrze służyć. Jego autor chciałby stać się godnym w oczach dziecka, które być może po latach przeczyta jego zapiski. Zaczyna więc ambitnie ubierać w słowa to, co do tej pory nie było należycie przemyślane, w jego mniemaniu właściwie zwerbalizowane. Otrzymujemy monotonną historię codzienności, w której nic nie jest zaskakujące i niczego nie trzeba się bać. To przecież okrutny paradoks, albowiem system niewoli bohatera w każdym możliwym wymiarze. Tymczasem on sam wydaje się doskonale dostosowany. Nie czuje się ograniczany, a już na pewno upodlony. Nabył zdolność mimikry idealnej. Pozory szczęścia wystarczają mu za nie. Marzy mu się niezobowiązujący romans i samochód, na który składa w pocie czoła. W strukturach partyjnych wpisany został w miejsce, z którego jest zadowolony. Pozornie nic mu nie przeszkadza. Życie nie musi być apoteozą wolności, ważna jest wolność wewnętrzna. A ją można osiągnąć w roboczym kolektywie i obok żony, która szczególnie dosłownie przeżywa tę nędzną prozę życia, gdzie przejaw odstępstwa od normy karany jest społecznym odrzuceniem. Pojawia się jednak dość niepokojąca refleksja. "Ale połowa życia już minęła i człowiek pyta, co dalej. Jak mówię, nie narzekam, tylko czasem przyjdzie mi do głowy: to ma być już wszystko?".

Czym jest to wszystko? To zakładowe mieszkanie w bratysławskiej dzielnicy - sypialni miasta. Monotonne życie rodzinne, w które wdzierają się niepokojące objawy młodzieńczego buntu syna. Uporządkowany system pracy oraz awans, który dodatkowo rozświetla czterdziestą rocznicę urodzin. Kilku dobrych znajomych i przewidywalny czas wolny. Inni zdają się podejrzliwi względem siebie, ale on jest nadzwyczaj spokojny. Snuje fantazje o skoku w bok, ale tak naprawdę o prawdziwej miłości, jakiej być może nie zaznał. Podejmie ryzyko, którego konsekwencji nie przewidzi. Uporządkowany świat przestanie nim być. Punkty odniesienia się zmienią, a nasz poczciwy bohater zostanie wykorzystany w stopniu, jakiego nigdy by nie przewidział.

Vilikovský snuje mroczną fantazję o tym, na jak silną ingerencję systemu w nasze życie możemy sobie pozwolić. Mamy tutaj człowieka doskonale wpasowanego w ustrój i takiego, który nie szuka alternatywy, nie myśli nawet o innym ładzie. W jego rozumieniu ludzkość jest monolitem i socjalizm zapewnia właściwą harmonię w tym ludzkim morzu - tak przecież identycznym, tak łatwym do sterowania, z tak prostymi potrzebami i oczekiwaniami. Bohater "Opowieści o rzeczywistym człowieku" widzi ludzką stałość następująco: "Kiedy ludzie są nawet po dwóch czy ilu tysiącleciach ciągle tacy sami, jest jasne, że nawet gdybyśmy od razu wybili wszystkich współczesnych, to ci, co przyjdą po nich, nie będą inni". Wie, że żyje w ustroju najlepszym z możliwych, a jakiekolwiek jego pęknięcia to dowody na to, iż ludzie mogą być niewdzięczni wobec tego, co warunkuje spokój.

A przecież nie ma w tych zapiskach żadnego prawdziwego spokoju, dominuje zdumienie i zadziwienie, czasem naiwne pytania retoryczne, a w finale dramatyczna uległość, której raz już nauczony bohater nigdy się nie pozbędzie. Pavel Vilikovský zderza ciągłą inwigilację z intymnością zapisków. Takich, które dodatkowo porządkują to, co niejasne. Bo największym dramatem może się okazać wątpliwość, a ci podejrzliwi ludzie wokół mogą mieć trochę racji i to wzbudza już duży niepokój. Niepokojący jest jednak obraz tego, komu przypisana jest obywatelska ważność, a kto jest obywatelsko zbędny. Słowacki pisarz opowiada o życiu na pewnym marginesie, którego ład warunkują proste zasady, a złamanie choćby jednej z nich może wprowadzić - tu cytat z innej myśli - "chaos i burdel". Nasza czytelnicza sympatia miesza się z niedowierzaniem i jednocześnie z pewnym współczuciem dla tego rodzaju człowieka, który każdą narzuconą mu ideę jest w stanie wchłonąć jak gąbka. Rzeczywisty człowiek Vilikovský'ego dostosuje się do najbardziej nawet skrajnych warunków. W żaden sposób nie zakwestionuje okoliczności zmuszających go do kolejnego aktu mimikry. Tragizm miesza się tu z surrealizmem i groteską, ale tak wygląda prawdziwe życie. Tak rzeczywiście doskwiera w każdym swym absurdalnym przejawie.

To w gruncie rzeczy niebywale smutna książka, ale też gorzki obraz czasów, z którego wspomnieniem borykają się dziś dorośli ludzie w wieku powieściowego syna. Vilikovský opowiada o traumie przeniesionej w czasie i o tym specyficznym rodzaju uwarunkowania, które z człowieka czyniło tryb systemowy i nie dawało mu żadnej szansy na ekspiację, żadnej możliwości duchowej zmiany, żadnego bodźca do przewartościowania poglądów. Kostyczny system i ludzka bierność. W tym wszystkim pewna czułość do bohatera, który przecież poszukuje śladów miłosnego spełnienia i z serca kupuje synowi gitarę, nie zważając na deficyt środków i ubytek w budżecie przeznaczonym na wymarzone auto.

Tyle złego możemy otrzymać od systemu, ile dobroci jest on w stanie w nas skruszyć. "Opowieść o rzeczywistym człowieku" to historia prawdziwych rozczarowań oraz bólu. Jednocześnie niepozbawiona autoironii rozprawa z czasem i państwowością, które wciąż straszą Słowaków swymi demonami. To jednak oni je stworzyli, oni oswoili i oni sami pozwolili im rosnąć w siłę. To książka o poddańczym charakterze życia, o wrodzonej bierności, ale też o manifestacji buntu. Logiką istnienia bohatera jest swego rodzaju wchłanianie w siebie rzeczywistości. Vilikovský ukazuje niebezpieczeństwa tego procesu i prostotę, z jaką ulegamy manipulacjom. A przecież jesteśmy tylko poczciwymi, rzeczywistymi ludźmi oddanymi na pastwę groźnych idei i układów. Czy słowacki prozaik rozgrzesza, oskarża, a może snuje refleksje o dwuznaczności istnienia w opresyjnym systemie? Warto przekonać się samodzielnie. Warto przeczytać tę książkę o groteskowym bojowniku z dobrym sercem i wiodącą na manowce intuicją.