2016-02-22

"Venla" J.K. Johansson

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 21 stycznia 2016

Liczba stron: 208

Tłumacz: Sebastian Musielak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Rozwiązania, rozstrzygnięcia

Ci blogerzy książkowi, którzy solidnie wykonują swą robotę, nie komponując laurek za gratisy, już dawno zauważyli, że „Venla” to fatalna książka. Będę zatem wtórny, podzielając tę opinię i pozwalając sobie przede wszystkim na podsumowanie obcowania z cyklem powieści J.K. Johansson(ów), którym zdecydowanie nie wyszło – mimo promocyjnego pompowania ich dokonania nie tylko w krajach, gdzie tłumaczono książki. Tryptyk „Miasteczko Palokaski” uznałbym za literacki zakalec. Pierwsza warstwa, czyli "Laura", była zdecydowanie niesmaczna. Druga, intrygująca "Noora", przejmowała dreszczem i miało się wrażenie, że ciąg dalszy będzie naprawdę wyborny. „Venla” to mocno spalony spód tego zakalca. Powieść mieszająca w głowie tak intensywnie, że opuszcza się ją z bólem tejże głowy. Dlaczego?

Dlatego że misternie tkane tajemnice i sugerowane rozwiązania sprowadzają się do chaotycznego, bardzo szybkiego ciągu wydarzeń. Nie chce się wierzyć, że na ślady zaznaczone w trzecim tomie cyklu fińscy śledczy nie wpadli wcześniej, nie powiązali dość oczywistych wątków, nie podążyli torami nakreślanymi pospiesznie w "Venli". Powieść niepokoi już samą swoją objętością. W tak krótkiej narracji można pozamykać namnożone historie i wyjaśnić wszystkie wątki, które domagały się rozwiązania? Niemożliwe. Chyba że kreśli się sceny bez przemyślenia, skleja z nich niewiarygodny kolaż wydarzeń, pozbawia plastyczności opisów i podąża jedynie ku finałowemu rozwiązaniu, czyli odkryciu zagadki zaginięcia szesnastolatki, za którym stały potem morderstwa w sennym fińskim miasteczku.

Ginący w "Noorze" kochanek Mii Pohjavirty zapowiada, że pojawią się kolejne trupy. Wszystko się zgadza. Policjanci wciąż próbują rozwikłać zagadkę zniknięcia dziewczyny, która jako Madde prowadziła poczytny wśród rówieśników blog oparty na stwarzaniu iluzji, jakim ulegała sama autorka. Tymczasem otrzymujemy dość spektakularnego trupa. Uczennice już się twórcom cyklu znudziły, w związku z tym postanowili uśmiercić osobę, która w poprzednich książkach wywoływała wiele ambiwalentnych emocji i widać było, że żaden z bohaterów nie może przejść obok niej obojętnie. Koniec życia jest równie efektowny jak życie denatki. Mia Pohjavirta ponownie angażuje się w sprawy, które mogą jej zaszkodzić. Korhonen nie może się otrząsnąć po śmierci wnuka, ale bada skomplikowane zależności między zgonami a zaginięciami z pomocą Emilii - policjantki oddelegowanej do Palokaski, by spojrzeć nieco inaczej na stare sprawy, dla których miejscowi stróże prawa nie znaleźli rozwiązań.

Wszystko toczy się bardzo dynamicznie. Akcja przenosi nas do lat osiemdziesiątych minionego stulecia i rekonstruuje losy Venli - siostry Mii, której zaginięcie jest mrocznym tłem zdarzeń z poprzednich powieści. Wiemy, że Venla postanowiła rozstać się z fińską prowincją i prawdopodobnie poniosła tego konsekwencje. Związek ma z tym pewien chłopiec z Włoch, z którym bohaterka rozpoczęła obiecującą korespondencję. Podążamy za nią i obserwujemy, co się wydarzyło. Motywy postępowania Venli nie są do końca jasne, choć próbuje się ją zrozumieć i podążać jej tokiem myślenia. Autorzy usiłują skleić to z dramatycznymi wydarzeniami z Palokaski, które dopadła jakaś klątwa od momentu zaginięcia i śmierci Laury Andersson. Wychodzi im to całkowicie nieprzekonująco. Tym bardziej że pewne oczywiste ślady już wcześniej powinny prowadzić do miejsca, do którego udaje się odważny reporter z misją mogącą zmienić życie wielu mieszkańców Palokaski. Tam też czeka się jakby ze zmęczeniem na odkrycie tropów pozostawionych dość czytelnie i niewidocznych dla fińskich śledczych zajętych problemami dziewcząt z miasteczka.

Mia nadal znajduje się w centrum wydarzeń, ale o ile poprzednio była jedną z najbardziej sugestywnych i dynamicznych bohaterek, o tyle tutaj znajduje się jakby w tle. Wiemy, że coś silnie przeżywa. Traumatyczne zdarzenia z ostatniego czasu kładą się cieniem na jej percepcję. Mia Pohjavirta nie może się pogodzić z niemocą i zdaje sobie sprawę, że jest w stanie naprawdę dowiedzieć się, co przydarzyło się jej siostrze przed laty. Nakładają się na siebie zdarzenia z poprzednich książek, ale w tej Mia - spiritus movens cyklu - drepcze w miejscu i miota się w bezsilności, choć jest też gotowa na ostateczną rozgrywkę z kimś, kto stoi między innymi za morderstwem, o którym wspomniałem we wstępie.

J. K. Johansson(owie) postanowili zamknąć cykl kryminalny w sposób pospieszny i nieprzemyślany. Warto w zakończeniu zwrócić uwagę na to, jak potraktowali niektóre irracjonalne motywy postępowania bohaterów. Wszystko zaczyna się wyjaśniać w przerażająco szybkim tempie. Nie ma już miejsca na psychologizację, uwiarygodnienie trudności bohaterów. Nie ma śladu po tym, co budowało interesującą narrację "Noory", gdzie można było się po prostu zastanowić nad skomplikowanym światem przedstawionym i przemawiał on do nas bardzo wyraźnie, bo zadbano o szczegóły, a przede wszystkim o czytelność ludzkich motywacji. "Venla" zasadniczo porzuca wszelkie tropy związane z niespokojnym światem fińskich nastolatków. Porzuca również wyjaśnienie tego, co naprawdę zdarzyło się dziewczynie, która uwierzyła, że staje się opiniotwórczą blogerką modową. Autorzy zamykają cykl w bardzo kiepskim stylu. Być może nawet lepiej, że swą tożsamość ukrywają przed opinią publiczną. Po przeczytaniu "Venli" odnosi się wyraźne wrażenie, iż takim cyklem powieści naprawdę nie ma się co chwalić. Szkoda, bo był w nim potencjał i można było mnożyć zagadki, nie niszcząc przyjemności lektury przy poznawaniu tych już przedstawionych. "Venli" nie można polecić nikomu - ani osobom nieznającym poprzednich części, ani tym bardziej czytelnikom czekającym w napięciu na rozwiązanie nakreślonych już spraw i tajemnic. Czytelnicza porażka na całej linii, niestety.

2016-02-19

"Winda" Magdalena Knedler

Wydawca: JanKa

Data wydania: 12 lutego 2016

Liczba stron: 236

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 28,56 zł

Tytuł recenzji: Bliskość między piętrami

Książka Magdaleny Knedler może być literacką odtrutką na choćby niedawno wydaną "Fermę ciał" Jarosława Maślanka. Ta narracja udowadnia, że ludzie zgrupowani na pewnym metrażu mogą się wzajemnie uzupełniać, wspomagać i nawet uzdrawiać duchowo. Maślanek takiej alternatywy nie oferuje. Motyw gęsto zaludnionego budynku mieszkalnego nie jest ani nowy, ani szczególnie odkrywczy, ale najważniejsze, co się w tym budynku dzieje. A u Knedler dzieje się bardzo dużo. Autorka portretuje w dużej mierze ludność napływową. To ludzie, których historia zaczęła się w innym miejscu niż wrocławski wieżowiec. Dla jednych w dalekiej Japonii czy Kanadzie, dla innych na warmińskiej prowincji. Bagaż doświadczeń, którymi nadzwyczaj łatwo dzielą się użytkownicy tytułowej windy, idzie w parze z pewnym poczuciem przybycia do miejsca, gdzie życie miało wyglądać inaczej, a powieliło czasem najgorsze wzorce lub kazało pamiętać, skąd się jest.

"Winda" charakterologicznie odzwierciedla to, co autorkę w życiu zainteresowało - konkretne miejsca, kultury, istotne odniesienia i kształt pisania o świecie także. Nieprzypadkowo dużą rolę odegrają w powieści kaligramy czy haiku. Nieprzypadkowo również pochylimy się nad pozornie egzotycznymi biografiami, które okażą się tymi najbardziej spełnionymi. Knedler bowiem sugeruje, że życiowego szczęścia nie szuka się daleko w sensie geograficznym. Odnajduje się je w sobie i zabiera jako bagaż. Wszyscy bohaterowie - z podróży i w zasiedzeniu - stają się sobą dopiero wówczas, gdy będą w stanie odnaleźć te bagaże zagubione, prywatne szczęścia porzucone na pastwę losu, zapomniane i wyśmiane przez innych. "Winda" posługuje się metaforą w duchu Michela Fabera. Pod skórą wszyscy jesteśmy tacy sami. To książka o tym, iż niewiele nas różni, ale także o tym, że sobą stajemy się zawsze w pewnej interakcji z drugą osobą.

Dziesięć pięter i ciasna przestrzeń windy, w której dochodzi czasem do niewerbalnej przemocy, do pojednania, rozpaczy czy utraty zdrowego rozsądku. Symboliczna przestrzeń kumulująca w sobie ludzką bliskość. Przestrzeń tymczasowa, a jednocześnie przyciągająca. Być może tylko dzięki windzie lokatorzy rozmawiają ze sobą. A za rozmowami idzie chęć zrozumienia drugiego człowieka. Magdalena Knedler portretuje dziesięć kondygnacji egzystencjalnego wyobcowania i pokazuje, w jak przewrotny sposób dochodzi do zbliżeń w relacjach. Ukazana jest ludzka samotność na równi z ciekawością tego, co jest za ścianą. Sąsiedzi mocno się przyciągają, nie do końca pewni siły tego przyciągania. Nieświadomie wspierają wówczas, gdy sami nie mogą liczyć na wsparcie. Widzą sprawy z różnych perspektyw, bo ta wielopłaszczyznowość ukazywania dramatów czyni z "Windy" opowieść o tym, że rzeczywistość ma inny kształt niż to, co o niej myślimy. Łatwiej dźwigać własną samotność, kiedy wiadomo, że inni też mają pod górkę. Mieszkańcy wieżowca wspinają się na możliwe dla nich wyżyny empatii, by przemierzać piętra i zaglądać do innych - do ich oczu i serc.

Jest także sporo animozji i problemów wynikłych z egoizmu albo zachowawczości. Budynek Knedler nie jest przestrzenią rozgrzeszenia, bo cierpienie wynikło z określonych uwarunkowań i upływ czasu może jedynie niwelować ból. Przeczytamy o niszczącym wpływie zazdrości i o pojęciu tego, czym jest związek w momencie, w którym naprawdę przestaje istnieć. O rozczarowaniach. Krawcowej opuszczającej męża, pracownika korporacji ubezpieczeniowej kryjącego się ze swą wrażliwością, psycholożki klinicznej żyjącej z poczuciem winy za śmierć matki. Cienie dramatów z przeszłości odbijają się na twarzach ludzi spotykanych w windzie. Odbicia mówią coś o cierpiących, ale przede wszystkim pokazują, że zbiorowość ma możliwość wchłonięcia największego ludzkiego zła. Czy "Winda" to zatem powieść o eskapizmie w konfrontacji z drugim człowiekiem? Może o pewnym symbolicznym odbiciu naszych przeżyć? Takim jak surowa forma haiku, do której trzeba dopasować treść i przekaz. W realnym życiu trzeba dopasować się do innych, z którymi łączy nas winda. Nie tylko ona i nie tylko w oczywistym wymiarze.

Odnosi się wrażenie, że dużo więcej w tej powieści straciły kobiety. Mężczyznom jest coś czasowo zabrane albo też stają oni wobec konfrontacji z taką formą życia, której do tej pory nie rozumieli. Pośrednikiem, łącznikiem i takim dobrym duchem domu jest wiekowy lwowiak i nieprzypadkowo to jego zabraknie w wieżowcu żalu, smutku, rozczarowań oraz kompulsywnych poszukiwań szczęścia. Ważne będą też przemieszczania się między piętrami oraz nieprzypadkowa obecność w jednym budynku kilku osób z przeszłości danego bohatera. Knedler komplikuje fabułę nie tylko po to, by pokazać swą empatię. Istotne w opisywanych relacjach są próby zmian. Niekoniecznie rewolucyjnych, ale na pewno ważnych. "Winda" to powieść o ewolucji i o katharsis. Także o dobroczynnym wpływie różnorodności, w której niektórzy się gubią, ale wielu odnajduje.

Jeden z bohaterów nie powalczył w życiu o żadną jego radość. Tymczasem inni walczą dzielnie. Potrafią ponieść konsekwencje niewłaściwych wyborów, ale i naprawdę wyrazić siebie. Klaustrofobiczna przestrzeń windy wyzwala paradoksalnie optykę patrzenia dużo dalszego niż do tej pory. Schowani w sobie bohaterowie Knedler są gotowi wyciągnąć rękę i poprosić o pomoc. Są gotowi udowodnić, że mogą być inni, by uczynić drugiego człowieka lepszym. Idealistyczna wizja wchodzących w bliskie relacje sąsiadów drapieżnie uderza w te wszystkie osiedlowe zaułki nieufności, wątpliwości, ciszy i braku kontaktu. Autorka "Windy" chce sprowokować i opowiedzieć o sile zmian. Chce także uraczyć nas tym, co ją w życiu zainspirowało i co pomogło... przede wszystkim napisać taką książkę. Tak optymistycznych w gruncie rzeczy powieści nie pisze się zbyt wiele. Nie dajemy sobie prawa do szczęścia w oczach innych. Knedler pozwoli swoim bohaterom na słabość i na jej wyrażenie. Wszystko skryje jednak w niedopowiedzeniach, aby przesłanie "Windy" w żaden sposób nie wybrzmiało czytelnie.
PATRONAT MEDIALNY

2016-02-17

"Danke" Dominika Dymińska

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 5 lutego 2016

Liczba stron: 184

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Rozczarowania

Ci, którzy czytają mnie w miarę regularnie, dobrze wiedzą, że zawsze z dużą ciekawością otwieram drugą książkę autora słabego debiutu. Nic to bowiem, gdy świetny debiutant popełnia następną książkę i odsłania swoje braki. Zupełnie inaczej jest wtedy, gdy można stwierdzić, iż pierwsza proza nie wyszła, ale talent i determinacja pokazały, że druga to już coś. A Dominika Dymińska kilka lat po fatalnym "Mięsie" stworzyła poemat. Z nieprawdopodobnie męczącą manierą, która dowodzi, że czas między "Mięsem" a "Danke" był okresem zasklepienia się wokół tych samych motywów.

Truizmem byłoby określenie nowej rzeczy autorki książką męczącą. Z niewiarygodną wręcz konsekwencją znowu dolepiane są do jej frazy porównania z Hertą Müller czy Agłaią Veteranyi. Dymińska nie chce pisać prozą, a jednocześnie nie tworzy poezji. Traktat o umartwianiu się we wszystkich możliwych wymiarach i o rozpaczliwym poszukiwaniu punktów życiowego oparcia wybrzmiewa nie tyle niewiarygodnie, ile bez jakiejkolwiek mocy. Dowiemy się między innymi, jaką trudną rzeczą jest mieć chłopaka i go obok siebie zaakceptować. Jak trudno pozbyć się bulimii i narkotyków. Przeczytamy wykłady na temat seksu, książek czy wymiotowania. Dostaniemy do przeanalizowania opowieść, w której nowatorsko przeszłość wyrażana ma być czasem teraźniejszym. Dymińska nie tworzy jednak własnego praesens historicum. Ona wciąż na nowo opowiada historię z "Mięsa". Ma się za to ochotę naprawdę serdecznie podziękować. Niekoniecznie po niemiecku.

Konstrukcja "Danke" opiera się przede wszystkim na poszukiwaniu celowości. Jest obecne wewnętrzne rozdarcie między tym, co ma się ze sobą w życiu robić, a tym, co się robić powinno. Wokół tej wielce oryginalnej sprzeczności koncentrują się myśli wrzucane kompulsywnie i w taki sposób, by rozsadzać frazę. Poetyka okrucieństwa w przypadku Dymińskiej to zaznaczanie śladów po sobie i swym przepełnionym lękami "niechciejstwie" egzystencji. "Danke" to dość klasyczny zapis tego życiowego czasu, w którym trzeba pożegnać się z marzeniami. Właściwie tylko po to, by wejść w świat nowych iluzji przy całkowitej niezgodzie na to, jak skonstruowana jest rzeczywistość. W niej zaś dużo chłopców i mężczyzn - wykoślawionych, wykolejonych, w dużym stopniu niepełnych, zazwyczaj dość opresyjnych. Bohaterka książki z mężczyzną mogłaby mieć co najwyżej aborcję. A jednak krąży niczym ćma w orbicie ich wpływów. Podatna na sugestie i odpychająca je - w sposób wulgarny, mało wyrafinowany, chłopcom nie należy poświęcać aż takiej uwagi. Czemu zatem poświęcona jest narracja "Danke"? Rozczarowaniom i dziewczęcej nienawiści, która wynikła z wyobcowania.

Może gdyby bohaterka odpuściła sobie nieco użytkowanie Facebooka i gdyby przestała wrót świadomości upatrywać w internecie, byłoby jej ze sobą choć odrobinę lepiej. Kompatybilność z wirtualnym światem to pewna cecha dystynktywna pomagająca uwierzyć w siły witalne. Dlaczego? "Starość zaczyna się wtedy, kiedy internet zaczyna się nudzić". Narratorka niewiele wie o starości. Zdaje się, że tak naprawdę niewiele wie również o swoim świecie wewnętrznym, choć usiłuje nas przekonać swymi karkołomnymi metaforami o tym, jak bardzo jest on rozbuchany i głęboki. Najbardziej deprymującym doświadczeniem okazało się uświadomienie, że życia nie można sobie wymienić. Że jest się w nim zakleszczonym i miarą nieszczęścia jest stopień doświadczania kolejnych rozczarowań. Te z "Danke" niosą w sobie coś romantycznego, ale to taki przybrudzony trochę romantyzm, albowiem bohaterka nie złoży samej siebie na ołtarzu niespełnienia i buntu. Odrobinę pełza w tym życiu, trochę się buntuje. Jej rozwój jest adekwatny do rozwoju frazy, która go opisuje. To wszystko zmierza donikąd. Chyba że niemiecka forma pożegnania może nas prowadzić ku tej dramatycznej decyzji, wobec której każdy z nas potem pozostanie niemy i zdziwiony...

Bohaterka Dymińskiej usłyszała kiedyś, że wszystko wydarzy się w swoim czasie. Trudno jej dokonać selekcji zdarzeń adekwatnych do czasu i trudno przede wszystkim odnaleźć się w jego upływie. Bo to przecież aż dwadzieścia lat. Gdzie osiągnięcia? Gdzie sukcesy? Gdzie jakiekolwiek czytelne satysfakcje? Świat jest do zjedzenia, zwymiotowania, do przeżucia, pobawienia się i wyplucia. Wszyscy chłopcy także. I wszyscy ludzie w zasadzie, bo przecież w tej skoncentrowanej na zaimku osobowym odmienianym we wszystkich możliwych przypadkach narracji nie ma ani odrobiny miejsca na to, co inne, ludzkie z zewnątrz, odmienne i być może wartościowe. Dochodzi do tego jeszcze problem określenia i uznania, co jest w życiu rzeczą ważną, a co niewartą uwagi. Takie nasilenie wątpliwości i dylematów egzystencjalnych sytuuje bohaterkę na progu izby przyjęć szpitala poprawiającego perspektywę i optyka dobierającego różowe okulary. Kwestia zasadnicza - co my, czytelnicy, mamy mieć z obcowania z tą prozą? Bo przecież opisywana tragedia życia to zwyczajna jego niemoc. W tym pozbawionym głębszego przekazu monologu nie kryje się nic poza rozpaczliwą próbą wyduszenia z siebie wszystkich tych emocji, których nie można skanalizować i trzeba je wepchnąć do prozy.

"Danke" jest książką nieco drapieżną, ale w dużej mierze irytującą. To kolejny przykład tego, że można latami pisać o czymś, co dotyka samego autora oraz jego krewnych i znajomych. W pewnym momencie wyłącza się czytelnicza czujność, bo pochłania nas klimat utyskiwania i melancholijnego żalu. Jest też sporo pozerstwa. Duża doza ironii, sporo złośliwości. To naprawdę do niczego nie prowadzi. Sporo jest książek stanowiących dowód na to, że sam autor i tylko on ze swą narracją czuje się do końca zrozumiany. "Danke" każe nam rozumieć, ale i zadawać pytania. Jednym z podstawowych jest pytanie o to, co autorka miała na myśli i czy rzeczywiście poradziła sobie z wyrażeniem tego w należnym porządku oraz we właściwym sensie.

2016-02-15

"Zawsze nie ma nigdy" Jerzy Pilch, Ewelina Pietrowiak

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 lutego 2016

Liczba stron: 260

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rozmowa i zaduma

Żywioł autobiografizmu zawładnął Jerzym Pilchem. To jedna z dwóch rozmów, które dane nam będzie poznać w tym roku. Ta druga, z Katarzyną Kubisiowską, wolna jest podobno od poprawek opowiadającego. "Zawsze nie ma nigdy" to książka bardzo uporządkowana. Wchodząca w pewną korespondencję z "Drugim dziennikiem", bo wówczas mieliśmy do czynienia z czymś na kształt spowiedzi ekstremalnej, ale tym razem emanująca jednak pewnym spokojem i harmonią - mimo opowiadania o sprawach trudnych, wielokrotnie ostatecznych, często wywołujących wciąż na nowo zdumienie i boleśnie dotykających. Ewelina Pietrowiak słucha i analizuje. Płynnie inicjuje przejścia z tematu na temat. Jest rozmówcą łagodnym, ale jednocześnie ustalającym pewne ramy współpracy. Dlatego rządzi tą książką ogromna dyscyplina myślowa i dzięki temu czyta się ją być może łatwiej niż dzienniki Pilcha. Rozmówczyni pisarza dopytuje o to, co zbudowało go i wzmocniło na wielu płaszczyznach. Bo to przede wszystkim rozmowy o sile życia, jego różnorodności, o zazębianiu się lęków z zachwytami i przede wszystkim o różnych aspektach upływu czasu.

Samotnicza natura Jerzego Pilcha zarysowuje się tu w kilku znaczeniach. Nie tylko wtedy, kiedy czytamy, że pisanie powieści to konieczność pozostania w dobrej, twórczej samotności. Jest mowa także o samotności egzystencjalnej, ontologicznej. O tej wynikającej z pewnych braków, niezrekompensowanych strat. Choćby wątek trudnych relacji z ojcem poruszany pozornie pobieżnie, traktowany zachowawczo, a jednocześnie bardzo ważny dla kilku innych rozważań. Pilch mierzy się z własnym opowiadaniem siebie. Pietrowiak z dużą swobodą i wnikliwością wydobywa to, czego oczekuje, w formie satysfakcjonującej obie strony. Wywiad rzeka obejmuje wszystkie "dyżurne" Pilchowskie tematy, więc siłą rzeczy pojawią się ponownie rozważania o wiślackiej tożsamości, tożsamości kibica, czytelnika i autora, ale przede wszystkim człowieka zmagającego się z chorobą. Przejmujące są rozmyślania o kondycji człowieka chorego w społeczeństwie. Chory jest samotny w każdym możliwym wymiarze. Bycie osobnym i sankcjonująca to bycie radość osobnego istnienia to coś, co zachowuje się także na przedmiotach w domu artysty. Mieszkaniu, do którego zaprasza niewielu. Ewelina Pietrowiak wchodzi tam z empatią i wrażliwością na detale.

Ta książka mówi sama za siebie i nie trzeba jej szczególnie rekomendować. Intrygują motywy jej powstania. Potrzeba tak szczegółowego omawiania swojego życia, porządkowania wspomnień. Pietrowiak nie zatrzaskuje furtek do tematów już omówionych. Pewne kwestie wracają kilkakrotnie, bo za każdym razem związane są z innym rodzajem pojmowania świata. Tego świata, którego Pilch nieszczególnie jest ciekaw, wymieniając swe nieliczne podróże i udowadniając, że jego imago mundi to mieszkanie przy Hożej. A przecież jest to książka o podróżowaniu - tym bliskim i dalekim. O przemierzaniu przestrzeni - z Wisły do Krakowa, potem do Warszawy. O towarzyszach tych podróży i ludziach, dzięki którym Pilch zdobył wszystkie potrzebne kompetencje - do pisania, tworzenia, odnajdowania się w literaturze i porozumienia z jej teorią. Bezpieczna przestrzeń mieszkania skłania do zwierzeń o poznawaniu świata w jego przedziwnych formach. O tym, że na każdym etapie życia pozostało coś nie do końca przemyślane, niezbyt czytelne w pamięci i niepokojąco często powracające we wspomnieniach.

Dowiemy się, jak powstała pierwsza niewydana powieść Jerzego Pilcha, dlaczego nie został aktorem, jakie poczucie humoru ceni i dlaczego takie smaczne były zupki w proszku u Wisławy Szymborskiej. Ciekawe będzie także poznanie zdania autora na temat ekranizacji oraz adaptacji jego twórczości. Anegdot jest sporo, ale nie odnoszę wrażenia, by szkieletem konstrukcyjnym tych rozmów było igranie ze wspomnieniami, zgrywanie się czy ironizowanie po raz kolejny, bo przecież znamy już te wszystkie środki artystycznego wyrazu z powieści Pilcha. Jest raczej poważnie i momentami śmiertelnie poważnie. Rozmówcy pochylają się nad śmiercią - to niebezpieczne, niepokojące i bardzo wieloznaczne. W tym wywiadzie muszą pojawić się takie tematy, dla których przede wszystkim ta książka powstała. Nie jest to przecież powielanie tez, rozmyślań, wyrażonych już wspomnień czy intymnych zwierzeń. Prawdziwą przyjemność lektury będzie dawało poszukiwanie tego wszystkiego, co dotychczas było nienazwane. Tego, dla czego czas przyszedł właśnie teraz, w tych okolicznościach, podczas tej rozmowy. "Zawsze nie ma nigdy" to rzecz o wyzwaniu wyrażenia siebie w formie najprostszej z możliwych. Wyrażenia wszystkiego tego, co kumulowało się w myślach i bywało zwodnicze. Bo Pilch pięknie opowiada o momentach swego życia uznanych za dość spore porażki, uzupełniając jednak zwierzenia o te chwile, w których był dumny z tego, że jest sobą. Ta duma w parze z pokorą i skromnością powoduje, że mamy do czynienia z rozmową niebywale intymną i bez tezy. Z rozmową mającą charakter porządkujący. Sporo tu bowiem podsumowań i dużo szczerego zadziwienia tym, że dotychczasowe życie miało tak wiele kształtów i barw.

Sensem życia Pilcha było pisanie. Ten nowy kształt świata, wartościowania go i opisywania we wspomnieniach, to swoista droga do poznania siebie, której nie gwarantowała samotność przebywania z żadną wydaną książką. Dodatkowym atutem publikacji są zdjęcia. Jerzy Pilch uchwytywany znienacka. Z enigmatycznym wspomnieniem lub w zastanawiającej pozie. To ślady życia minionego. Ten wywiad to pamiątka życia przeżytego świadomie i lęku przed tym, co jeszcze pozostało i co może być dużo większą zagadką niż wszystkie inne wynikające ze wspomnień. Świetna lektura. Czekamy zatem na drugą, tym razem nieautoryzowaną spowiedź Jerzego Pilcha. Myślę, że dzięki tym książkom będzie można wrócić do jego twórczości i odczytywać ją być może w nowych kontekstach. Mamy bowiem jedną z niewielu okazji, by pisanie skonfrontować z poglądami obecnymi przy tym pisaniu. Mamy szczerość, na którą niewielu polskich pisarzy jest w stanie się zdobyć.

2016-02-12

"Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker" Anna Arno

Wydawca: słowo/obraz terytoria

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 262

Oprawa: twarda

Cena det.: 58 zł

Tytuł recenzji: W poszukiwaniu samej siebie

Anna Arno dość odważnie ujawniła swoją wrażliwość w opowiadaniach ze zbioru "Okna". W opowieści o Pauli Modersohn-Becker widać nadal tę fascynację efemerycznością istnienia. Mamy bowiem do czynienia z książką, która opowiada o apetycie na życie i zbyt wczesnym końcu. Arno najpierw rekonstruuje najważniejsze fakty z krótkiego życia niemieckiej malarki, a następnie podejmuje się interpretacji jej dzieł, których reprodukcje są niejako wstępem do tej publikacji. Jesteśmy świadkami zatrzymania w słowie tych wszystkich przejawów życia, które czyniły z Modersohn-Becker artystkę odważną, niezależną, żywiołową i oczekującą kolejnych wyzwań. Te tymczasem nie nadeszły. Ziściły się lęki malarki bojącej się przedwczesnej śmierci. Pozostawiła po sobie twórczość, którą dopiero po jej śmierci próbowano nieudolnie zorganizować w wystawy. Anna Arno opowiada o dramatycznym rozdarciu między wzniosłością i potrzebą tworzenia w samotności a obowiązkami życia rodzinnego i ograniczeniami konserwatywnej publiki, o żywionej względem pewnej prowincji w północnych Niemczech czułości, która zrodziła ten rodzaj oburzającego część opinii publicznej prymitywizmu. Paula Modersohn-Becker nie mieściła się w żadnej percepcyjnej skali. Arno usiłuje ukazać, jak kształtowała się tożsamość malarki końca XIX wieku. W czasie, w którym podział ról i oczekiwania społeczne nie ułatwiały artystycznego rozwoju. W tym czasie, który nieuchronnie mijał. Być może nie dał możliwości wypracowania do końca własnego stylu, ale dał szansę odnalezienia wolności twórczej.

Do rekonstrukcji losów swojej bohaterki Anna Arno wykorzystała lekturę jej prywatnych zapisków oraz swoją własną wyobraźnię. Ponad faktami unoszą się interesujące interpretacje. Przyglądamy się losom artystki, dla której śmierć była niewątpliwie momentem, w którym odebrano jej możliwość samospełnienia. To też książka o bliskich w otoczeniu Pauli Modersohn-Becker. Między innymi o Rainerze Marii Rilkem – poślubił on najbliższą przyjaciółkę artystki – który jako jeden z nielicznych w pełni docenił jej wielkość oraz niezależność. O Ottonie Modersohnie, u którego boku Paula dopracowywała styl i który swoją obecnością wywoływał ambiwalentne uczucia, gdy z jednej strony zapewniał stabilizację i czułość, z drugiej zaś – odwodził od drogi wybieranej przez małżonkę.

Malarka umiłowała sobie wioskę Worpswede, która stała się także źródłem inspiracji dla wielu malarzy i przyciągnęła do siebie Rilkego. Kontrastem dla spokoju prowincji, gdzie Paula Modersohn-Beker malowała wieśniaków w sposób komentowany przez męża w słowach "nosy jak bulwy, usta jak otwarta rana", był odwiedzany wielokrotnie Paryż. We francuskiej stolicy artystka zdobywała szlify w zakresie szkiców. Tam też chłonęła atmosferę twórczości, w której konsekwentnie poszukiwała własnej drogi. Anna Arno uważnie przygląda się temu, co malarka - rozdarta między przywiązaniem do prowincji a poczuciem wspaniałości wielkiego miasta, gdzie czerpała inspiracje od najlepszych - z takim pietyzmem i dokładnością przedstawiała na płótnach, czasem niepokojących, niekiedy prowokujących. Zakres motywów był dość zawężony, ale w jego obrębie powstawały dzieła świadczące o stałym poszukiwaniu właściwej formy wyrazu. W kręgu zainteresowań Modersohn-Beker znalazły się natura, ciało, pejzaż i macierzyństwo. Obrazy zawierały w sobie sporo niedopowiedzeń, będąc jednocześnie dosadnie czytelnymi. Arno zwraca uwagę na szczegóły. To w nich ukryta jest zagadka interpretacji obrazów. Paula Modersohn-Becker odważnie traktowała nagość. Tworzyła oryginalne mapy ciał, wokół których koncentrowały się wizerunki życia pełnego tajemnic. Co może być tajemniczego w nagim autoportrecie lub ujęciu kobiety karmiącej piersią? Myślę, że wszystkie analizowane dzieła stanowiły dowód na to, że przedwcześnie zmarła artystka na co dzień konsekwentnie rzucała wyzwania przemijaniu.

"Jaka szkoda" to opowieść o inspiracjach czerpanych kompulsywnie. O znajomościach z artystami, które należało przeżyć intensywnie. O tym, że proza życia odbierała artystce autonomię, ale jednocześnie narzucała pewien rytm pracy, sposób poszukiwań twórczych. Paula Modersohn-Becker portretowana jest jako kobieta świadoma własnej wartości. Niósł ją przez życie ten rodzaj zdrowego egoizmu, który pozwala na to, by liczyć się tylko z wybranymi opiniami i nie podporządkować normom uniemożliwiającym odkrywanie kolejnych wyzwań. Życie - jak samo malowanie - było dla niej walką. Konsekwentnie walczyła o to, by pokazywać świat na własnych zasadach i wedle własnego planu. Jej ciekawość biedy, kalectwa czy starości była ciekawością tego, z czym los jej osobiście nie związał. Szukała możliwości namalowania każdej ludzkiej ułomności, za którą stał dłuższy upływ czasu. Na płótnach wymierzała sprawiedliwość jego bezlitosnemu upływowi. I malowała dużo autoportretów. Namalowała także siebie nago. Dążyła do prostoty, wyrazistości, ale i akceptacji najbliższego otoczenia. Nie zawsze jednak odnajdywała zrozumienie dla trudnych czasami i pełnych skrytego mroku obrazów.

Anna Arno opowiada o tym, jak w artystce ścierały się potrzeba samotności koniecznej dla powołania i ta drugą, ważniejsza chyba potrzeba – bliskości ludzi, bycia pośród nich i dla nich. Zasugerowane jest dyskretnie, że malarka nie walczyła z ograniczeniami wynikającymi z obowiązków żony i matki. Artystyczna dusza była w stanie iść na wiele kompromisów i odnajdywać się w codzienności. Przecież to z niej czerpała inspiracje do malowania. Problem Modersohn-Becker to przede wszystkim problem nieukształtowanej do końca tożsamości twórczej. Zabrakło i lat, i możliwości, by odnaleźć wolność i niezależność. Arno szuka natomiast ulotnych śladów wskazujących na to, kim Paula Modersohn-Becker była naprawdę jako kobieta zalękniona tym, że nie zdąży zrobić w życiu tego wszystkiego, co planuje. Rzeczywiście nie zdążyła. Autorka tej książki nie rozważa, co stałoby się, gdyby podarowano Pauli dłuższe życie. Stara się wyłuskać z tego krótkiego wszystkie przejawy pasji, niezależności i szczęścia. Bo przecież artystka zmarła naprawdę szczęśliwa.

2016-02-10

"Nie patrz w tamtą stronę" Marcin Grygier

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 14 stycznia 2016

Liczba stron: 448

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Zemsta w obłędzie

Debiut Marcina Grygiera może być przewrotnie dedykowany tym, którzy całe życie niosą ze sobą traumę młodości, kiedy poczucie własnej wartości zostało zachwiane i kiedy trzeba było rozpaczliwie bronić jego resztek. Autor rozprawia bowiem o zemście za upokorzenia. Prezentuje przepełniony fatalizmem ciąg wydarzeń, w którym zarówno kaci, jak i ofiary pogrążają się w mroku. Dochodzą do tego sceny spektakularnych morderstw oraz zazębiające się ze sobą liczne wątki. Wszystko bardzo dynamiczne, ale jednocześnie mocno rozpraszające uwagę.

Bo "Nie patrz w tamtą stronę" to powieść lekko przedobrzona. Dzieje się tam zbyt wiele i zbyt szybko. Mnogość opowiadanych historii nie do końca uzasadnia ich funkcjonowanie. Zaproponowany przez autora model zemsty w wykonaniu kogoś innego, niż można przypuszczać, też nie wydaje mi się do końca wiarygodny psychologicznie. Grygier namnożył scen, które rozbudowują akcję do monstrualnych rozmiarów. Trudno jednoznacznie uznać, która historia jest najważniejsza, który wątek przewodni. Tym niemniej ta duszna proza rozprawia się z bohaterami i czytelnikiem bez żadnej taryfy ulgowej. Wkraczamy w świat ludzkich obsesji, z którymi nie można się pożegnać. Tkwimy kurczowo uczepieni tych przejawów normalnego życia, o jakie można się jeszcze postarać. Ale tracą w zasadzie wszyscy. To równia pochyła domagająca się dramatycznego zakończenia. Marcin Grygier pozostawia swoich bohaterów w beznadziei, z której nie można się wydostać. Kreśli wyraziste portrety skrzywdzonych i krzywdzących. Wyraźnie daje do zrozumienia, że jakakolwiek ekspiacja jest niemożliwa.

Nadkomisarz Roman Walter zmierza do Puszczy Kampinoskiej, w której odnaleziono zwłoki. Zbrodnia jest makabryczna i nikt nie jest w stanie przejść obok niej obojętnie. Dlaczego nastoletniej dziewczynie obcięto głowę i kto jest odpowiedzialny za kolejne enigmatyczne morderstwa? Walter musi mierzyć się z psychopatą, ale także ze swoimi wspomnieniami. Bo Puszcza Kampinoska to miejsce, w którym przed laty jego życie się zatrzymało. Potem pozostały już tylko używki, pustka i kompulsywna praca na akord. Tymczasem pierwsza ze zbrodni to dopiero początek wyzwania, które zabójca stawia śledzącemu go policjantowi. U boku osamotnionego i zgorzkniałego mężczyzny znajdzie się kobieta - koleżanka z pracy, kryjąca się jednak ze swą miłością do Waltera. Tych dwoje stoczy walkę z nieprzewidywalnym. Grygier na ich przykładzie pokaże, czym są zawodowe wsparcie i emocjonalna bliskość w trudnych chwilach.

Jak wspomniałem, autor mnoży nam sporo wątków. Czy widzę zasadność zagłębiania się we wszystkie? Nie. Mamy retrospekcje i opowieść o tym, w jaki sposób Walter stracił rodzinę. Mamy wątek pedofilski i historię zaskakującej obecności przy śledztwie zdeklarowanego wroga Waltera, który nie zamierza przepuścić jakiejkolwiek okazji, by namieszać w życiu nadkomisarza. Ostatecznie krystalizuje się także wizerunek mordercy. Sięgamy w przeszłość, by rozumieć motywy jego działania. Walter jest jednym z tych, którzy muszą zostać ukarani. Wszystko przez to, że przed laty ktoś podglądał czyjąś krzywdę i nie zrobił nic, by pomóc. Grygier tworzy opowieść o samotności i nagromadzeniu złych emocji niczym spektakularną budowlę stworzoną z dodatkowych historii, nakreślających tło działania psychopaty. Policjanci nie walczą bowiem z jednym człowiekiem. Muszą zmierzyć się z konsekwencjami zła popełnionego wcześniej wiele razy i w różnych sytuacjach. Kiedy je poznamy, zrozumiemy, dlaczego zabójca obserwuje. Kiedyś ktoś przyglądał się jego krzywdzie. Dziś on stanie się kreatorem krzywdy innych. A zapłaci za swoje grzechy sprzed lat bardzo wiele osób.

Marcin Grygier na potrzeby fabuły wchodzi kilka razy do szkoły, ale nie jestem pewien, czy robi to właściwie. Zdarzenia rozgrywają się w czasie ferii zimowych. Tymczasem w ich trakcie działa jedno z gimnazjów, gdzie badany jest jeden z wątków śledztwa. Jak to możliwe? Jeśli zaś jest to okres tuż po zakończeniu zimowej przerwy w nauce, autor winien wiedzieć - wyprowadzając jednego ze śledczych na prowincję - że w województwie lubelskim ferie rozpoczynają się po ich zakończeniu w Warszawie. Wrota szkół u Grygiera otwarte są w czasie, w którym niekoniecznie powinny przyjmować na rozmowy policjantów. Nie ma chyba bardziej ryzykownego terminu akcji niż styczeń, gdy zdarzenia mają się rozgrywać w placówkach oświatowych. A wątek szkolnych porachunków to przecież jeden z najważniejszych w tej powieści. Okaże się, że to właśnie wokół niego koncentrować się będą coraz bardziej spektakularne zdarzenia, łącznie z filmowym wręcz zakończeniem. Nie wiem, czy autor rzeczywiście uważnie zbadał tereny, po których poruszają się jego bohaterowie. My jako czytelnicy czasami błądzimy po nich po omacku.

"Nie patrz w tamtą stronę" to brawurowa opowieść o potrzebie wyrównania rachunków i o masochistycznej wręcz chęci pogrążania swoich dawnych oprawców. To także książka, w której wyraźnie zaznaczona jest teza, że czas nie leczy żadnych ran. Całość wyrasta z przeszłości i na niej się osadza, w związku z tym to także inteligentna książka o tym, w jaki sposób rozprawiamy się z trudnymi dla nas zdarzeniami sprzed lat. Takimi, które naznaczyły na zawsze, choć w gruncie rzeczy powinny zostać zapomniane. Marcin Grygier opowiada o tym, jak ogromnym balastem może być ludzka pamięć, oraz o tym, że traumy i bolesne przeżycia przekazywane są często z pokolenia na pokolenie. Ten kryminał to mroczna opowieść o życiu naznaczonym złem na zawsze. O ludziach, dla których nie ma nadziei, bo nigdy się w ich życiu nie pojawiła. O stygmacie inności niesionym przez życie i przekazywanym innym jako fatalny podarunek. Jedna z bardziej przygnębiających powieści kryminalnych, jakie ostatnio czytałem. Także jedna z mylących czujność, angażujących nas w historie, których usunięcie z pewnością uczyniłoby tę prozę bardziej wyraźną, jednoznaczną.

2016-02-08

"Najlepsza książka na świecie" Peter Stjernström

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 358

Tłumacz: Emilia Fabisiak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół pisania i wydawania

Peter Stjernström ma duże poczucie humoru. Napisał bardzo zabawną autotematyczną powieść. Granice między realnym a zmyślonym zacierają się w niej tak samo jak w świadomości twórców - wyraźnych bohaterów pierwszego planu. "Najlepsza książka na świecie" to rzecz o rywalizacji i o tym, jakie cechy odkrywamy w sobie, kiedy jesteśmy zmuszeni z kimś konkurować. To książka o samym procesie pisania oraz licznych jego uwarunkowaniach. O autorach uwięzionych w sobie. Pochylonych nad własnymi słowami, ale też wiecznie skoncentrowanych na własnych przeżyciach. To też powieść o tym, czym tak naprawdę jest pisarska wolność, na którym szczeblu marketingowej drabiny stoi twórca książki, jak działają wydawnictwa i kto komu w różny sposób potrafi dokopać. Bo w literackim światku jest jak w każdym innym - zawiść, intrygi, konspiracje, manipulacje i ta zawsze widoczna ludzka cecha, którą jest potrzeba uwielbienia.

Pomysł napędzający fabułę jest tyleż irracjonalny, ile zaskakująco bliski pożądaniu wszystkich tych, dla których książka to przede wszystkim towar do sprzedania. Dwaj autorzy rozprawiają o koncepcji prozy totalnej. Zawierającej w sobie elementy każdego gatunku, wartkiej i porywającej. Czy można napisać bestseller, łącząc w sobie to, co pozornie niemożliwe do połączenia? Czy można w ogóle przewidzieć sukces komercyjny książki, kiedy sami wydawcy nigdy do końca nie wiedzą, co rozejdzie się po rynku w największych nakładach? Tytus Jensen i Eddie X chcą sławy, wysokich nakładów, uwielbienia czytelników i mocnej pozycji gracza, który będzie mógł dyktować swoje warunki wydawcy. Rozprawiają o genialnym pomyśle. Obaj przyjmą go z takim zapałem, że gotowi będą natychmiast przekuć ideę w czyn. Tymczasem droga ku temu wygląda u każdego z nich zupełnie inaczej. Bohaterów Stjernströma zdecydowanie więcej dzieli niż łączy. A jednak obaj uwierzą, że stworzenie tej najlepszej książki odmieni nie tylko ich życie, ale także życie czytających. Bo takiej lektury szwedzki czytelnik jeszcze nie poznał! Jak ją jednak napisać?

Tytus ma na swoim koncie już dwadzieścia książek. Jego ugruntowana pozycja jest jednocześnie wyzwaniem dla młodszego Eddiego X. Eddie zajmuje się poezją i lansowaniem w mediach. Od początku widzimy, że jego nieszczere zachwyty względem Tytusa to nieudane próby uchwycenia tej manii wielkości, w której tkwi egocentryczny Jensen. Młody poeta ma jednak plan na siebie. Jest pełen charyzmy i zdobywanie zainteresowania publiczności przychodzi mu dużo łatwiej niż jego starszemu koledze. Świeżość pomysłów wydaje się mocno kontrastowa wobec zamierzeń twórczych autora od lat osadzonego już na rynku wydawniczym. Tymczasem zagadką pozostanie dla nas to, który z nich tak naprawdę przepełniony jest innowacyjnymi pomysłami. Bestseller zacznie powstawać, ale jaka będzie droga jego tworzenia? Który z twórców wygra mozolną gonitwę za sławą warunkowaną przez słowa ułożone w porządku wyjątkowo oryginalnym i równie wyjątkowo zajmującym?

Śledzimy głównie poczynania Tytusa. Wydawca obwarowuje go bardzo surowymi zasadami, wedle których proces twórczy ma być inny niż zazwyczaj. Przede wszystkim chodzi o zerwanie z nałogami. Jensen otrzymuje bowiem laptop uruchamiany alkolockiem. Tylko w stanie pełnej trzeźwości można zapisywać kolejne strony dokumentu tekstowego. Nasuwa się skojarzenie, że takie zabezpieczenie przydałoby się wielu wizjonerom przekonanym o tym, że pod rozmaitym wpływem tworzą rzeczy zmieniające świat. A Tytus chce zmienić przede wszystkim siebie. Pisanie tej najwspanialszej z książek musi okupić wyrzeczeniami. Podejmuje się wielu ekscentrycznych działań, aby trzymać w ryzach proces twórczy. Zbieranie materiałów będzie go zmuszało między innymi do zbudowania filozofii pizzy czy zapoznania się z tajnikami enigmatycznej multiterapii. Pomoże też kontemplowanie Dalego i nabieranie dystansu do siebie. Bo Tytus Jensen chce tę książkę napisać zupełnie inaczej niż pozostałe.

Peter Stjernström tworzy dość zjadliwą satyrę na rynek wydawniczy. Rozprawia o kondycji pisarza oraz strukturze wydawnictw. Jest to bowiem powieść o różnych rodzajach drapieżności. Zdeterminowany jest twórca, ale i ktoś odpowiedzialny w znacznej mierze za sukces i zysk. Relacje twórcy oraz wydawcy Stjernström nakreśla bardzo wyraźną kreską, nie stroniąc od wielu dowcipnych sytuacji, w których obie strony mogą się przejrzeć niczym w krzywym zwierciadle. Kiedy Tytus Jensen zorientuje się, że dzieło jego życia jest zagrożone, podejmie kroki mające na celu wyśledzenie tego, kto chce pokrzyżować jego plany. Czy jest to Eddie X? Czy obaj nie tańczą jakiegoś mrocznego danse macabre wokół cieni samych siebie stworzonych na potrzeby promocji i istnienia w świadomości odbiorców?

"Najlepsza książka na świecie" to wartka fabuła i nieprawdopodobne zwroty akcji. Jest śmiesznie i strasznie. Czasami tragikomicznie. Nic nie jest tutaj tym, czym się wydaje. Sam autor puszcza do nas oko i każe traktować tę opowieść z wyraźnym dystansem. A jednak sporo prawdy tkwi w tym pozornie przede wszystkim dowcipnym tekście. Stjernström prezentuje anatomię sławy. Ona zniewala i frustruje, ale z drugiej strony jest motorem napędowym działań przekraczających możliwości działającego. Tytus Jensen po raz pierwszy skonfrontuje się sam ze sobą, samotnym bytem wstukującym litery do pliku tekstowego. Ta konfrontacja przyniesie zaskakujące efekty. Najpierw będzie nerwowo i mocno paranoicznie, by po pewnym czasie zmiana zapisała się na trwałe przede wszystkim w świadomości twórcy.

To książka dla wydawców i wszystkich pisarzy - oczywiście dla tych, którzy mają do siebie i swoich dokonań duży dystans. To książka także dla wszystkich tych, których interesuje, czym są blurb albo research i jaki procent ceny okładkowej trafia do kieszeni piszącego. Stjernström napisał przede wszystkim o tym, w jaki sposób człowiek mierzy się z prawdziwym wyzwaniem. Co nas czeka w momencie, w którym musimy zacząć myśleć i działać zupełnie inaczej, niż nauczyliśmy się tego przez lata. Dynamiczna proza przykuwająca uwagę od pierwszej do ostatniej strony. Lekka, ale i wieloznaczna. Opowiada o artystycznej rywalizacji, ukazując ją przede wszystkim jako symbol pewnych interakcji społecznych. Ciekaw jestem, czy autorowi zależało na dużym nakładzie. Cieszę się, że książka ta trafia do polskiego czytelnika. To sukces, gdy pisanie o pisaniu staje się eksportowanym towarem wydawniczym. Peter Stjernström ironizuje, ale przede wszystkim ukazuje w różnym świetle to, co nazywane jest po prostu ludzką ekscentrycznością. Książek ujawniających tak ciekawe poczucie humoru autora chciałoby się czytać więcej.

2016-02-05

"Rachunek" Jonas Karlsson

Wydawca: Znak

Data wydania: 3 lutego 2016

Liczba stron: 190

Tłumacz: Patrycja Włóczyk

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Definicje szczęścia

To jedna z tych książek, które wykorzystują inteligentny koncept, by przykuć do siebie uwagę na stałe. Jedna z powieści, w których najważniejsze jest zakończenie. Chce się je poznać już od pierwszych stron. I naprawdę nie jest ważne, co tymczasem autor wymyśli, jakimi woltami nas uraczy i jak bardzo zagubi w swojej narracji. Liczy się koniec. Ten zaproponowany przez Jonasa Karlssona może zaskakiwać, ale także rozczarować. Niewątpliwie "Rachunek" to jedna z tych małych książek, które wbijają się  w pamięć na długo. Któż z nas nie zainteresuje się historią szarego obywatela, do którego drzwi puka bezduszny system? Kto nie zada sobie pytania o to, czy i mnie w jakichś okolicznościach może spotkać to samo? Dlatego tej książki się nie odkłada. Warto przeznaczyć sobie na nią czas, bo to lektura do pochłonięcia w całości. Surrealistyczna i groźna. Dowcipna i niezmiernie przerażająca. Pełna zaskakujących zdarzeń, do których opisania potrzebne było nietuzinkowe poczucie humoru i przede wszystkim inteligencja.

"Rachunek" odwołuje się do doskonale znanych z literatury motywów inwigilacji przez państwo. Karlsson nie jest ani Kafką, ani Orwellem. Jest sobą. Tak jak jego bohater. Mężczyzna zbliżający się do czterdziestki, którego życie pozornie jest nie do pozazdroszczenia. Nie zgromadził wokół siebie nawet procenta dóbr, którymi szczycą się jego rówieśnicy. Wynajmuje mieszkanie, w którym - co wykażą później odwiedziny wysłanników systemu - nie ma niczego posiadającego jakąkolwiek wartość. Karlsson portretuje człowieka żyjącego w pewnym zawieszeniu i oderwaniu od rzeczywistości. Czy ten samotnik jest nieszczęśnikiem? Czy egzystencja okrojona do codziennych rytuałów i obserwacji przejawów życia wokół nie jest przypadkiem żałosną wegetacją? Wciąż zmieniamy zdanie na temat sytuacji bohatera powieści, bo to wymusza na nas narracja. Nie wiemy, czy jest mu w życiu dobrze. Wiemy, że otrzymuje ogromny rachunek za wykorzystanie życiowego szczęścia. Kto go wystawił i na jakich warunkach? Rozpoczyna się konfrontacja jednostki z czymś nieprzewidywalnym. Zaczyna się spektakularna gra między człowiekiem a bezduszną machiną inwigilacji. Kto zachowa umiar i zdrowy rozsądek, a kto polegnie w zagubieniu i frustracji? Przecież dochodzi do zburzenia czyjejś harmonii życiowej i do sytuacji, w której padają pytania bez odpowiedzi...

Jonas Karlsson fantazjuje na temat pojęcia szczęścia. Są dwie zasadnicze drogi jego definiowania. Albo zagląda się w głąb siebie i dokonuje subiektywnej analizy, albo zestawia się swoje dokonania, plany i przeżycia z tym, czego doświadcza świat wokół, inni ludzie. Sytuacja wyjściowa przedstawiona w tej narracji jest wielce dwuznaczna. Oto bowiem bohater czuje samozadowolenie, gdy przebywa we własnym towarzystwie. Nikt i nic nie jest mu potrzebne do osiągnięcia stanu zadowolenia z życia. To życie to wieczne zwlekanie z decyzjami - choćby z tą, by zmyć klejącą się od czegoś podłogę. Mężczyzna tkwi w wypracowanych latami schematach. Nigdzie mu się nie spieszy. Jego ważne zajęcia to zmienianie tapety w telefonie komórkowym czy nadmuchiwanie policzków. Za nim niewątpliwie przykre doświadczenia, czyli śmierć rodziców i odejście ukochanej kobiety. Przed nim niewiele perspektyw. Czy to wszystko jest żałosne? Jak ocenia sam siebie człowiek, w którego życiu pojawia się niepokój, gdy przestaje czuć się dobrze we własnym towarzystwie?

W "Rachunku" dostrzegamy czytelną dychotomię, która cały czas zmusza nas do myślenia nad rozwiązaniem finałowym. Z jednej strony prostoduszność obywatela. Z drugiej - skomplikowany mechanizm wyznaczający mu miejsce w społeczeństwie i decydujący o pobraniu stosownej opłaty za status jego życia. Te dwie strony ścierają się w nierównej walce i dzięki temu narracja cały czas iskrzy. Karlsson dyskretnie sugeruje, że bardzo często poczucie własnego szczęścia albo klęski skrywamy gdzieś naprawdę głęboko. Niekiedy potrzebny jest jakiś dynamiczny bodziec, by zadać sobie pytanie o to, czy nasze życie jest spełnione. Tutaj do codzienności wdziera się nieprzewidywalny system. W zasadzie pewien układ naczyń połączonych o jasnej strukturze, ale dla głównego bohatera źródło lęku, bo tytułowy rachunek to suma powstała ze skomplikowanych obliczeń i przemyśleń wszystkich zaangażowanych w funkcjonowanie systemu.

Jego ludzkim głosem jest niejaka Maud. To z nią bohater książki ucina sobie pogawędki, gdy niespodziewanie szybko służbowy ton kobiety zastąpi zwyczajna ciekawość losu i przeżyć skazanego na zapłatę horrendalnej sumy. Maud to pewne wrota, przez które można zajrzeć do wnętrza opresyjnej organizacji, jak się okazuje – wszędzie mającej swe wpływy i wszystko kontrolującej. Nic bardziej przerażającego niż czytanie opowieści o tym, iż każdy z nas jest pod lupą, prawda? Tyle tylko, że lupa z "Rachunku" nie jest ani precyzyjna, ani też wyważona. W konfrontacji z poczuciem szczęścia głównego bohatera system staje wobec niemożliwego. Jak zachowa się w momencie, w którym wystawiony rachunek stanie się sumą absolutnie nierealną do spłacenia?

Powieść Karlssona - sama w sobie szczuplutka - jest w pewnych momentach przegadana. To ją osłabia, bo napięcie, o którym wspomniałem na wstępie, daje siłę napędową, by naprawdę zachłannie przemierzać kolejne strony. Zbyt wiele zostaje powiedziane i wyjaśnione. Mimo, że opisana sytuacja składa się głównie z niedopowiedzeń i szeregu surrealistycznych sytuacji, wobec których stajemy bezradni podobnie jak główny bohater. Pojawia się sporo truizmów w tej zagadkowej historii i zwłaszcza w drugiej części powodują one, że potencjał książki słabnie, wypala się. Z pewnością jednak jest to rzecz z wyrazistym zakończeniem. Paraboliczna historia o tym, w jaki sposób określamy swą pewność lub boimy się niepewności. Co robimy, by obronić się w konfrontacji z systemem i w jaki sposób zakładamy, co nas w życiu spotka, po analizie tego, co do tej pory przeżyliśmy. Karlsson wyraźnie pokazuje, iż nazywanie szczęścia może być niebezpieczne. Zwłaszcza wtedy, gdy chcemy je określić na zasadzie porównań i zestawień. Podobnie niebezpieczne jest jego nadużywanie w życiu. Za to można słono zapłacić. Nawet nie wiemy kiedy.

2016-02-03

"Dary życia" Martha Woodroof

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 416

Tłumacz: Małgorzata Fabianowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: O dobroci w nas

Późny debiut Marthy Woodroof to klasyczne wyznanie o tym, w jaki sposób uzyskało się życiową harmonię i jak chce się o pięknie życia opowiedzieć. Tego typu powieści są bardzo budujące. Podczas ich czytania odnosi się jednak wrażenie, że złudzenie idyllicznych rozwiązań fabularnych to przede wszystkim narracyjna bajka, nie zawsze sugestywna i nie zawsze odnosząca się do życiowych realiów. A przecież taka książka wydobywa się jak najbardziej z prozy życia! Powieść tę można uznać za naiwny pean na cześć ludzkiego istnienia, ale Woodroof na szczęście nie wpada w pułapkę tworzenia książki o bardzo wyraźnym wydźwięku dydaktycznym, bo tak naprawdę każe nam wybierać, opowiadać się po stronie różnych bohaterów. Każe widzieć każdą ludzką ułomność w różnym świetle. "Dary życia" to bowiem książka przede wszystkim o problemach i dopiero później o optyce patrzenia na nie. Chwilami zbyt pretensjonalna, ale oddziałująca na wyobraźnię.

Sytuacja wyjściowego dramatu nakreślona jest bardzo obiecująco. Oto bowiem wykładowca akademicki poznaje kobietę, która silnie oddziałuje na jego zamkniętą przed światem żonę. Marjory jest udręczona i nieszczęśliwa, a jednak zauważa w Rose coś, co każe wspiąć się na wyżyny empatii i zaprosić ją do siebie. Tom Putnam dostaje w międzyczasie list od byłej kochanki, która w żołnierskich słowach informuje, że tak po prostu wysyła do niego owoc ich romansu, dziesięcioletniego już syna, którym Tom ma się przez pewien czas zaopiekować. Woodroof szybko układa narracyjne klocki tak, by świat przedstawiony dopasować do kilku uproszczonych tez i choć mija się z logiką, manewruje bohaterami tak, że generalnie ze wszystkim będą w stanie sobie poradzić.

"Dary życia" to książka o tym, w jaki sposób można z ludzi wydobywać dobro oraz wiarę w siebie. Mistrzynią jest w tym właśnie Rose Callahan. Przybywa właściwie znikąd i od razu roztacza wokół siebie aurę niezwykłości. Widać, że to kobieta, która potrafi być szczęśliwa i nie daje się życiu. Rose wywiera pozytywny wpływ na każdego, kto znajdzie się w jej otoczeniu. To ona będzie władna zmienić Toma. Mężczyznę, który w małżeństwie był wiecznym opiekunem. Poczciwym człowiekiem, któremu wszyscy współczuli, i delikatnym partnerem osoby zmęczonej samym istnieniem. A Tom stanie przed nie lada wyzwaniem. Będzie musiał zmienić formę opieki wypracowaną przez lata. Stanie się opiekunem wspomnianego już syna, który przywiezie ze sobą wiele smutnych tajemnic. Rose także ma kilka swoich. Przede wszystkim zależy jej na tym, by wreszcie poczuć pewną życiową stabilizację. Oboje zrozumieją, że w życiu liczą się tytułowe drobne dary. Oboje staną przed wyzwaniami zmian i przed takim rodzajem egzystencji, w którym muszą na nowo nazywać siebie w relacjach z innymi.

Martha Woodroof ukazuje dość skomplikowane środowisko akademickie Południa,  w którym ludzie żyją wymodelowani przez opinie innych. Jest w portretowanych relacjach dużo zawiści, tłumionych kompleksów, jest obcesowość i są problemy alkoholowe. Są jednak także więzi, dzięki którym można poczuć się kimś wartościowym. Pewne relacje trzeba zmienić, o pewnych sprawach powiedzieć głośno. Być może wiele zmian nie zaszłoby, gdyby nie obecność Rose, ale Woodroof dyskretnie sugeruje, że czas na zmianę siebie zawsze jest właściwy i zmiany tej dokonujemy tylko my sami, bez pomocy innych.

W tej powieści bohaterowie stają wobec wyzwania bycia szczęśliwymi i wobec przyszłości, która zaczyna nabierać innych kształtów. Autorka sygnalizuje, że każdy traumatyczny moment życia można wykorzystać jako lekcję, by żyć inaczej oraz by cieszyć się istnieniem niejednokrotnie przełamanym smutkiem i melancholią. Zmiany dotykają wszystkich bez wyjątku. W tej fabule będziemy mieć do czynienia z ludźmi mającymi bardzo różne problemy, ale jednym głosem wołającymi o zrozumienie przez innych. Być może to właśnie Rose pokazuje, w jaki sposób wspiąć się na wyżyny empatii i naprawdę siebie słuchać. Być może także to ona, a nie Tom Putnam, jest główną bohaterką tej powieści stworzonej chyba przede wszystkim po to, by nieść otuchę. W tym wszystkim jest jeszcze Szekspir w tle - znawcą jego twórczości jest Tom, a autorka pozwala sobie na komentowanie rzeczywistości słowami angielskiego dramaturga, co chwilami wzbogaca powieść o dodatkowe odniesienia, a chwilami czyni ją mimo wszystko pretensjonalną.

Myślę, że to w dużej mierze książka o tym, jaki obraz rzeczywistości sobie kreujemy i jak próbujemy dopasować się do tego, co sądzą o nas inni. Zmieniają się społeczne i osobiste role w życiu ludzi, dla których dotychczas nie było szansy na żadną zmianę. Dość ciekawie portretowani są bohaterowie drugiego planu, koledzy Toma z uczelni. Woodroof nie koncentruje się na nakreślonej już czytelnie relacji, ale stara się wejść gdzieś głębiej. Usiłuje wyraźnie nakreślić kontekst, by wyznaczyć zadania ludziom różnym od siebie, ale przepełnionym pustką egzystencji niezgodnej z tym, czego mogliby oczekiwać od życia. "Dary życia" to też opowieść o tym, w jaki sposób gubimy się w nadmiarze bodźców, dokonując nie zawsze trafnych wyborów i będąc w stanie takiego dziecięcego wręcz zagubienia. Perspektywa dziecka będzie u Woodroof równie ważna jak dylematy głównych bohaterów. Dlatego ta książka jest jednak przekonująca. Takich pozytywnych lektur powinno się czytać sporo. Uczą empatii i postrzegania życia z różnych perspektyw. Uczą także, by zajrzeć głębiej w siebie.

Najciekawiej sportretowane są różne oblicza samotności na równi z wielością szczęścia, które przychodzi nagle i niespodziewanie. Szczęście to także pokłosie wewnętrznej walki. Kompromisów, do których nie jesteśmy w stanie dojrzeć. Martha Woodroof dyskretnie sugeruje, w jaki sposób spojrzeć na drugiego człowieka, by zobaczyć w jego obliczu to radosne oblicze samego siebie niejednokrotnie z różnych powodów skrywane przed światem. Ciepła i pozytywna lektura o niełatwych problemach. Banalizująca je momentami, ale uczciwie sugerująca, że każda droga zmiany jest drogą niesłuchanie trudną, lecz możliwą do przebycia. Przez każdego z nas.

2016-02-01

"Ostatnia noc w Tremore Beach" Mikel Santiago

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 390

Tłumacz: Maria Mróz

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Wizje pełne grozy

Mikel Santiago gra wykorzystanymi już do bólu motywami. Udaje mu się nieźle, bo ta historia rzeczywiście potrafi zainteresować - choć wątpię, czy spowoduje ominięcie stacji docelowej, gdy czyta się w pociągu. Jest w niej kilka smaczków, które powodują, że to lektura nietuzinkowa. Bo mimo, iż autorem jest Hiszpan, jest to przede wszystkim książka dla wielbicieli Irlandii. Przepięknie prezentuje się dziewicza irlandzka przyroda będąca tłem dramatycznych wydarzeń. Ujmująco połączone są zmiany w naturze ze zmianami w psychice głównego bohatera, również narratora, dość mocno skupionego na sobie i w dużym stopniu egocentrycznego, ale za to właśnie - jak się dowiemy - porzuciła go żona. Santiago nieco szarżuje, wymyślając historie gdzieś w tle, które mają wstrząsnąć czytelnikiem. Choćby epizod z portugalskim psychopatą, czyżby jakaś sąsiedzka uszczypliwość? "Ostatnia noc w Tremore Beach" to książka o przekleństwie daru przekazywanego z pokolenia na pokolenie. To także rzecz o tym, jak bardzo może on pomóc, ale przede wszystkim historia sugerująca nam, że nikt w zadowalającym nawet stopniu nie zna swego umysłu i nie ma pojęcia, czy może na nim polegać.

To, co literatura przeżuła już do wyplucia, u Mikela Santiago nabiera jednak pewnej świeżości. Zagubiony w życiu artysta, który poszukuje weny twórczej w domu na odludziu. Dzika przyroda i szaleństwo wyobraźni pozostawionej na pastwę pustkowia wokół. Odpowiednio udramatyzowane zjawiska atmosferyczne, niespokojne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, jak żyć dalej po piekle rozwodu, oraz małomiasteczkowa społeczność nobilitująca niezwykłego gościa i spoglądająca w jego stronę z niezdrowym zainteresowaniem. Wszystko we właściwych proporcjach i w dobrze skrojonej narracji. Można ze sztampowych rozwiązań fabularnych stworzyć opowieść zajmującą uwagę. Bo Santiago napisał krwisty thriller, który początkowo jawi się jako narracja ściągnięta częściowo z "Przebudzenia" Kinga, a potem zaprasza do zabawy w rozszyfrowywanie tego, co się wydarzy, i wpływu na to niezwykłego umysłu głównego bohatera.

Czterdziestodwuletni Peter Harper wynajął dom z dala od cywilizacji, by pokonać kryzys twórczy i przypomnieć światu, że jest jednak znanym i cenionym kompozytorem muzyki filmowej. Irlandzka gościnność małej miejscowości przenosi się na relacje z najbliższymi sąsiadami. Pete przyjaźni się z Leo i Marie, choć w zasadzie niewiele o nich wie. Podobnie o traumatycznej przeszłości swojej nowej partnerki życiowej, Judie. Miewa ona koszmary senne, na ciele widać blizny - ślad po mrocznych wydarzeniach, a sama Judie zbliża się do Harpera przede wszystkim dlatego, że oboje poszukują prawdziwej samotności. Oboje też mają do przepracowania dramaty, z którymi się nie pogodzili. A tymczasem okolica zachęca do beztroskiego życia pośród silnych wiatrów, szumu oceanu i z dala od ciekawskich spojrzeń, bo nawet te z miasteczka należą do ludzi, którzy wiedzą, czym jest prywatność innych.

Peter latami żył silnie związany z matką. To ona zasugerowała mu drogę rozwoju zawodowego. Jego pochodzenie nie wskazywało na to, że Harper stanie się artystą. Niewiele też o jego pasji tworzenia mówi sama fabuła, przez co fach bohatera nie ulega znaczącemu uwiarygodnieniu, bo w gruncie rzeczy ważniejsze są jego niezwykłe umiejętności. To wizje przepowiadające przyszłość, które stają się coraz bardziej natarczywe, gdy pewnej burzowej nocy Harper nie zadba o podstawowe zasady bezpieczeństwa. To też niewidoczny ślad po matce. Tej, która wczesnym odejściem unieszczęśliwiła syna, ale także męża. Ojciec Petera zamknął się w czterech ścianach i nie oczekuje już od życia żadnego wyzwania. Samotniczy charakter ma też syn, ale to reakcja obu mężczyzn na przejścia, z którymi nie mogli sobie poradzić, bo ich przerosły. Santiago portretuje ich obu z dużą dozą czułości, bo to także książka o tym, w jaki sposób można wyjść życiu naprzeciw nawet wówczas, gdy zostało się przez to życie wybitnie skrzywdzonym.

Wątek kryminalno-sensacyjny przykuwa do lektury bardziej niż sugestywne opisy irlandzkiej przyrody, jest też poprowadzony na tyle sprawnie, że wizje Harpera nie niszczą nam przyjemności odkrywania tego, co ma się wydarzyć. Zmysły głównego bohatera odmawiają mu posłuszeństwa, a może to on sam źle interpretuje wszystkie mroczne objawienia, którymi raczy go jego umysł? Pojawiają się głosy i sugestywne obrazy. Coś wyprzedza myślenie o rzeczywistości. Coś wyraźnie niepokoi, podskórnie daje o sobie znać. Przed Harperem na pewno czas próby. Będzie musiał zadbać o swój zdrowy rozsądek oraz bezpieczeństwo dzieci, które przyjeżdżają do niego na wakacje. Będzie też zmuszony do tego, by podjąć kilka ważnych decyzji oraz odkryć tajemnice, których być może nigdy by nie poznał, gdyby nie jego szósty zmysł.

Mikel Santiago sugeruje, że nasza podświadomość może być przekleństwem oraz zaznacza, iż poczucie bezpieczeństwa to także miraż, któremu ulegamy zazwyczaj w spokojnym i odludnym miejscu. "Ostatnia noc w Tremore Beach" to książka o odwadze i niezwykłym sposobie pojmowania rzeczywistości. O tym, jak inni ludzie widzą nas przez pryzmat naszego szaleństwa i o tym, że - jak wspomina jeden z bohaterów - w czasach, gdy ludzie podbijają kosmos, nie są w stanie pojąć tego, czym jest ludzki umysł. Tutaj ten umysł przechowuje pewne niewygodne fakty i przeżycia oraz przewiduje przyszłość ze wszystkimi jej tragicznymi konsekwencjami. Santiago nie stworzył jednak dobrej prozy psychologicznej, bo próby uwiarygodnienia motywów działania niektórych bohaterów nie do końca są przekonujące. Rzecz jednak napisana ze swadą i zaangażowaniem, a w związku z tym - dobra rozrywkowa lektura zaspokajająca gusta różnorodnych czytelników.