Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura egipska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura egipska. Pokaż wszystkie posty

2015-04-28

"Chan al-Chalili" Nadżib Mahfuz

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 9 kwietnia 2015

Liczba stron: 288

Tłumacz: Jolanta Kozłowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Dramat przemian

Sopocki wydawca znakomicie dobiera nam powieści z bogatego dorobku Nadżiba Mahfuza, a najnowsza rzecz - choć wydana przecież już w 1946 roku - to naprawdę świadectwo dobrego smaku, finezji i wyczucia tego, o jakich wartościach we współczesnym świecie powinniśmy rozmawiać i które z ważnych problemów egipskiego pisarza dzisiaj jak nigdy są wciąż aktualne, uwierające i zmuszające do głębszej refleksji. Czytelna płaszczyzna interpretacyjna każe spoglądać na "Chan al-Chalili" jako na powieść o silnych więzach rodzinnych, braterskiej bliskości i o kolorycie Kairu podzielonego na dzielnice niczym na enklawy, gdzie możemy przyjrzeć się tej jednej szczególnej, poznać topografię jej niezwykłości, ujrzeć ją z czułością, przy drobiazgowym spoglądaniu na szczegóły tworzące klimat czegoś wyjątkowego, hermetycznej przestrzeni. To jednak książka przede wszystkim o dramacie przemian, które kwestionują ład przeszłości, iluzorycznie kreślą ramy teraźniejszości i każą zastanawiać się nad tym, co przepada, by przyszłość nabrała nowego kształtu, i na ile ten kształt jest przewidywalny.

Tytułowa dzielnica Kairu tętni życiem na swój własny sposób. Zamieszkują ją ludzie przyjmujący rzeczywistość taką, jaka ona jest. Jednocześnie silnie osadzeni w lokalnej obyczajowości, często znajdujący się w półśnie wywołanym haszyszem, niezbyt wyraźnie widzący granicę tego, co realne, i świata własnych wyobrażeń. Do Chan al-Chalili przeprowadza się rodzina Ahmada Akifa. Mamy rok 1941 i bombardowany Kair. Specyficzna dzielnica ma dać wytchnienie od nalotów. Można się w niej schronić, bo opiekuje się nią inna, przepełniona transcendencją siła. To tutaj kairczycy czują się naprawdę sobą i to w Chan al-Chalili odnaleźć mogą spokój przybysze z innych dzielnic. Czy na pewno? Czy kulturowo odmienna od reszty miasta część, w której mieszkają specyficzni ludzie ze specyficznymi problemami, jest gotowa przyjąć przybyszy z zewnątrz? To jakby odrębny świat, swoiste miasto w mieście. Przestrzeń z jednej strony zamknięta, z drugiej - tak samo jak inne dzielnice miasta narażona na niszczycielskie naloty, bo pewność nietknięcia może być tylko proislamską propagandą państw Osi.

Ahmad czuje niepokój i nostalgię w pierwszych dniach pobytu w Chan al-Chalili. Jego uporządkowane życie nie przystaje do tego, co wokół. Drażni go gwar ulicy, pogłębia się poczucie wyobcowania i nasilają stany depresyjne, tak charakterystyczne dla mężczyzn z jego rodziny. Ahmad jest szeregowym urzędnikiem, choć mógłby być kimś znacznie cenniejszym dla społeczeństwa. Ono nie doceniło jego zalet. Mężczyzna nie ukończył studiów, nie zrealizował śmiałych planów, nie odnalazł się w dynamicznym świecie kariery i zaszczytów, choć doskonale wie, że w Egipcie tym światem rządzą nepotyzm i układy. Ahmad czuje się kimś lepszym, ważniejszym. Wybrał eskapizm, by potęgować wewnętrzne cierpienie i samotność. Ufający religii i trwałym zasadom, które określone zostały przed wiekami, żyje w świecie fikcji literackich i pośród mądrości zdobytych w książkach. Nie ożenił się, nie założył rodziny. Czuje, że czas uciekł mu niepostrzeżenie i że nie jest w pełni przydatny światu, w którym rodzina jest wręcz magicznym kręgiem.

Mahfuz portretuje nam intelektualistę w szponach własnych uprzedzeń i kompleksów. Ogranicza swojego bohatera, by pokazać mu namiastkę wolności. W przestrzeni wymiany poglądów, jaką staje się dzielnicowa agora, kawiarnia Az-Zuhra, i w sferze emocji, bo Ahmed dostrzega w nowym otoczeniu kobietę, wobec której czuje lęk, ale także fascynację, bliskość prawdziwego uczucia. Niegotowy na miłość oddaje się nowemu towarzystwu, które rewiduje jego dotychczasowe poglądy. Szczególny wpływ wywiera na niego Ahmad Raszid - piewca nowoczesności, odrzucający tradycję i kwestionujący to wszystko, co z takim pietyzmem budował w sobie Akif, zamknięty w czasie przeszłym, bezpiecznym i do tej pory naprawdę pięknym. Jego rozmówca uświadamia mu, iż nie ma pojęcia o tym, kim jest Nietzsche, Freud czy Marks. Po pewnym czasie zagubiony w dyskusjach światopoglądowych Akif zadaje sobie dramatyczne pytanie: "Jak mógł mi uciec świat wiedzy współczesnej?". Anachroniczne wydaje się zarówno jego pojmowanie rzeczywistości, jak i poglądy na miłość. Te trudno jest zwerbalizować, kiedy toczy się wewnętrzną walkę między mizoginią i goryczą a pragnieniem oddania się uczuciu. Ahmadowi jest coraz trudniej i sprawy nie ułatwi przybycie młodszego brata. Ruszdi jest śmiały, bystry, pewny siebie i chwyta się tych przejawów życia, które dla Ahmada stanowią zagrożenie. Zdobył wszystko, czego nie udało się zdobyć Ahmadowi. Zdaje się, że ma wszystko i może wszystko, a to już pewne niebezpieczeństwo.

Nadżib Mahfuz snuje niespiesznie opowieść o bolesnym zderzeniu ideałów i wiary w przeszłość z teraźniejszością, której niepewność naznaczają nie tylko nowe poglądy i idee, ale przede wszystkim powtarzające się naloty, świadectwa wojny, czasu chaosu i niepewności o jutro. W Chan al-Chalili nie myśli się dużo o wojnie, a rozmowy na jej temat sprowadzają się do wyrażania luźnych opinii oraz opowiadania żartów. Ahmad Akif zostaje skonfrontowany z nowoczesnymi poglądami wpędzającymi w coraz większą niepewność oraz z siłą uczucia, na które nie jest gotowy. To bohater osamotniony, ale przede wszystkim tragiczny w kilku wymiarach. Dodatkowo wyobcowany faktem przebywania w obcej dzielnicy, w której rozpaczliwe próby dopasowania się do jej kolorytu kończą się oczywistym niepowodzeniem i poczuciem kolejnej klęski.

Świat Mahfuza to świat zmienności i niepewności. W uporządkowaną przestrzeń wdziera się chaos. Pojawiają się poglądy, których głoszenie świadczy o byciu nowoczesnym, ale ich ślady pozostawiają jedynie niepokój, bo drążą pewien społeczny i kulturowy ład, który gwarantowały setki lat znanej i pewnej tradycji. Wojna jest tłem, ale tłem bardzo wyraźnym. Niepewność głównego bohatera idzie w parze z konfrontacją jego zachowawczości z tymi wszystkimi ludźmi, którzy śmiało wychodzą światu naprzeciw, nie izolując się i nie popadając w intelektualny stupor. "Chan al-Chalili" to uniwersalna powieść o przemianach, za którymi kryje się niepewność. O wartościach, które przestają nimi być, i chaosie, jakiego nie sposób uporządkować. Powieść gorzka, bo dająca do zrozumienia, jak wiele na każdym etapie życia można odrzucić, by dać się uwieść mrzonkom i przeżyć smutek rozczarowania tym, co nowe i nieznane. Ważny głos sprzed blisko siedemdziesięciu lat, który warto znać - głównie dlatego, że to głos sugestii, nie autorytarnej siły.




PATRONAT MEDIALNY

2013-11-19

"Dzieci naszej dzielnicy" Nadżib Mahfuz

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 4 listopada 2013

Liczba stron: 560

Tłumacz: Izabela Szybilska-Fiedorowicz

Oprawa: miękka

Cena det: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Prorocy przegrywają…

Polski czytelnik kilkadziesiąt lat musiał poczekać, by poznać tę opowieść Nadżiba Mahfuza. „Dzieci naszej dzielnicy” nie straciły na swej aktualności. Ba, nigdy nie stracą. To taka historia, którą można będzie opowiadać wciąż na nowo, bo traktuje o odwiecznych pragnieniach ludzi, o ich udrękach i o wierze w to, że transcendencja zmieni kształt prozy życia; tego życia, którego nie da się znieść bez wiary, iż cierpienia i niesprawiedliwość mają jakiś ukryty cel, nie są dziełem przypadku, nie pochodzą z nas samych i to z naszym odejściem również się skończą… Alegoryczność tej rzekomo najważniejszej w bogatym dorobku Mahfuza książki jest nie tyle czytelna, co boleśnie dotykająca wszędzie tam, gdzie istoty śmiertelne łudzą się, iż gdzieś w nieśmiertelności i boskości zapisane są prawa, jakich nie są w stanie odczytać i się nimi posłużyć.

„Dzieci naszej dzielnicy” to świadectwo powtarzalności dziejów, dowód ludzkich słabości i ignorancji, historia o wędrówce we mgle oraz wybiórczym jedynie smakowaniu życia, którego sensu się nie rozumie. Mahfuz opowiada o prorokach, którzy głosili prawdę i ginęli w nieprawości. Snuje historię tych, co chcieli ludzkości wskazać dobrą drogę ku przyszłości, a pożegnali się z nadziejami swoimi i tych, których chcieli nimi obdarować. Nade wszystko jednak jest to historia o niegodziwości wynikłej z poddania się instynktom; o braku pewności wiary w siebie, o świecie bezprawia drwiącego z boskich praw i o poszukiwaniu ukojenia bólu egzystencji oraz o prawdziwym szczęściu, które będzie możliwe tylko wtedy, kiedy wszyscy go zaznają.

Niejaki Al-Dżabalawi wybudował wspaniałą Posiadłość, w której zamknął się przed światem. Zanim odizolował się od niego, był futuwwą, chuliganem o dobrym sercu i słabości do biednych. Autor "Pensjonatu Miramar" swą opowieść rozpoczyna od momentu, w którym Al-Dżabalawi podejmuje decyzję o nadaniu znaczących praw nie najstarszemu, a najmłodszemu z pięciu synów, Adhamowi. Rozpoczyna się historia uczciwego, łagodnego i delikatnego człowieka, jaki uległ złym namowom i zapragnął poznać zapisaną w księdze ojca historię. Wyrzucony z posiadłości cierpi wespół z najstarszym z synów, Idrisem. Adham cierpi pokornie, Idris jest pełen złości. Agresja i impulsywność zderzają się z pokorą i opanowaniem. A jednak cierpią obaj! Dodatkowo Adham zazna jeszcze jednej krzywdy, kiedy jego potomkowie skonfliktują się i dojdzie do tragedii. Adham będzie wspominał chwile szczęścia w zamkniętym ogrodzie i z fletem; po opuszczeniu posiadłości nie zazna go już nigdy, ale nigdy też nie zakwestionuje decyzji surowego ojca.

Tymczasem mijają lata i pojawia się Dżabal – syn Efendiego i Hudy. Dzielnica, nad którą dominuje Posiadłość, w jakiej izoluje się Al-Dżabalawi, to miejsce zła, bezprawia i niedostatku. Nikt nie jest tam pokorny wobec losu jak Adham, choć wielu go wspomina. Dżabal – z piętnem zabójcy mimo woli – postanawia przywrócić dzielnicy spokój i sprawiedliwość. Ucieka, by powrócić i stanąć do walki ze złem. Wybawia swoich ludzi z przemocy i upadku, ale jego sprawiedliwość zdobywana jest przy użyciu siły. Widzimy naród wybrany, do którego zwraca się ktoś z innego narodu, jakiemu też jest źle i też pragnie wybawienia. Mahfuz pokazuje bezradność wobec faktu, iż uratować można tylko pewną grupę ludzi; inna wciąż będzie cierpieć i tylko nieświadomość tego może dać satysfakcję, kiedy zwycięża sprawiedliwość.

Dzielnica nie zaznaje jej na długo. Pamięć o dzielnym Dżabalu pozostaje, ale ludzie wciąż są tacy sami. Sterroryzowany przez futuwwów świat przyjmuje do siebie Abdę i Szafi’ego; powracają po latach do swojej ojczyzny z dwudziestoletnim synem, którego łagodność i delikatność nie przystają do okrucieństwa miejsca, w jakim ma zamieszkać. Rifa’a widzi, że przegrano pokój i że nie ma wokół miłości. Winni są nie tylko ludzie, ale i ifryty – demony w nich drzemiące. Rifa’a chce z nimi walczyć, a jego siłą nie jest tężyzna fizyczna czy bezkompromisowość. On chce zbawić ludzi tym, czego pośród nich nie ma. Słabość nie jest słabością, kiedy można udowodnić swą mądrość. Tymczasem mądrości nikt nie chce, a nowego proroka zdradzi najpierw żona, potem bliscy przyjaciele.

Po latach, kiedy pokolenie Dżabalitów i Rafa’itów nadal żyje w okrutnym świecie, pojawia się Kasim, odpowiednik Mahometa. Jego poczynaniom Mahfuz poświęci najwięcej stron. Osierocony w dzieciństwie pasterz wykaże się mądrością, zyska zaufanie i podąży nie tylko ku ponownie utraconej sprawiedliwości, co ku prawdomówności i ku zjednoczeniu, jakie jeszcze nigdy nie miał miejsca. Przyglądamy się brutalności, za pomocą której osiąga się cele. Przelewa się krew, a mądrość Kasima wydaje się być kwestionowana. Rewolta prowadzi donikąd i za pewien czas nie pojawi się już nowy prorok, lecz odkrywca, Arafa. Pamiętając o przodkach, którzy nawiązywali kontakt z Al-Dżabalawim, sam wedrze się do jego posiadłości, inicjując ciąg tragicznych zdarzeń. Umiera wiara, pozostaje magia. Przekonanie, że wybuchająca buteleczka zaprowadzi porządek i posłuch. Świat wciąż jest taki sam, choć tak wielu chciało go zmieniać. Czy warto snuć dalsze opowieści?

Jeden z licznych bohaterów książki wyraża się nad wyraz trafnie: „Jakże świetnie dzieci z naszej dzielnicy są obeznane z opowieściami! Ale coś nie tak jest z ich głowami, skoro nie wyciągają z nich żadnych wniosków?”. Ludzie przez wieki tkwią w niegodziwości; ma ona te same oblicza i tak samo straszy, odbierając spokój. Może dlatego Al-Dżabalawi zamknął się w swojej Posiadłości, ale skoro jest ojcem cierpiących dzieci dzielnicy, dlaczego nigdy nie interweniuje? Co więcej, jakikolwiek mistyczny z nim kontakt kolejnych potomków staje się dla nich stygmatem i prędzej czy później ponoszą tragiczne konsekwencje tego naznaczenia. A ludzie w dzielnicy cierpią wieloaspektowo. Właściwie poza pojawiającymi się raz na jakiś czas prorokami nie dzieje się nic, co mogłoby zmienić ich życie. Nie są świadomi tego, że mogą zmienić coś sami. Terroryzowani przez futuwwów, nauczyli się żyć w niegodziwym świecie. Każde słowo, każda idea, każdy powrót do mądrości proroka-męczennika kończy się tym samym, klęską.

Nadżib Mahfuz przedstawia historię gorzką i dwuznaczną w swej wymowie. Wiara i religia potraktowane są w sposób mogący budzić kontrowersje. Ale czy „Dzieci naszej dzielnicy” nie pokazują pewnych uwarunkowań, które ludziom zawsze każą odrzucać innych i zawsze wierzyć w to, co wydaje im się wygodne? Mahfuz zastanawia się nad tym, co dają chwilowe i iluzoryczne zwycięstwa nad ludzką niegodziwością. Rozważa, co popycha człowieka do wiary; tej głębokiej wiary w zbawienie mimo zła wokół i w pewność czyjejś niewyraźnie nakreślonej misji w życiu naznaczonym trudami i nieszczęściami. „Dzieci naszej dzielnicy” to komentarz do religii monoteistycznych wraz z ich oddziaływaniem na ludzką świadomość. Dość gorzki, trzeba przyznać. Mamy oto książkę, gdzie bardzo prostymi środkami formalnymi ukazano prawdę o ludzkiej naturze. Wierząca w ideały, nie jest w stanie podjąć wyzwania, kiedy ideały można urzeczywistnić. Cierpienie to nie przejaw życia, to naturalna konsekwencja wielu dokonywanych przez nas wyborów. To świadectwo tego, że nie umiemy siebie nawzajem słuchać; jakże zatem słuchać natchnionych proroków, którzy bywają niewygodni, bo każą spojrzeć na siebie z dystansu? Takiego, w jakim znajduje się odizolowany Al-Dżabalawi. Obserwator, Stwórca czy ten, który jest odpowiedzialny za zło, jakiego nie chce nam się poszukać w sobie?

PATRONAT MEDIALNY

2012-11-09

"Pensjonat Miramar" Nadżib Mahfuz

Lektura „Pensjonatu Miramar”, egipskiego laureata Literackiej Nagrody Nobla z 1988 roku, to dla mnie jak na razie najwyborniejsza ze wszystkich tej jesieni. Książka gorzka, smutna, a jednocześnie przepełniona nadzieją na to, iż ludzki los, ludzką tożsamość, zawsze można odbudować i zmienić; bez względu na polityczne, społeczne czy egzystencjalne uwarunkowania. Choć powieść ta, wydana w 1967 roku, gdy autor borykał się z depresją, mocno osadzona jest w realiach Egiptu, który spalał się w kolejnych przewrotach i rewolucjach, nie można na nią patrzeć tylko przez pryzmat polityki kraju nad Nilem i tamtejszej sytuacji. Jest to przecież przepiękna parabola o tym, kim możemy być, a kim się nie staniemy, jeśli się o to nie postaramy. Przejmujący obraz samotności i pragnienia jej przezwyciężenia. Gorzki obraz tych, co uznają się za straconych i tych, którzy faktycznie stracili wszystko. To rozpisana na kilka głosów narracja o trudzie budowania tożsamości w kraju, który wciąż znajduje się w gruzach kolejnych idei. Egipt Nadżiba Mahfuza to kraj, w którym przejrzeć się może każdy, bo wyraźnie zarysowane postacie mówią językiem symboli, choć przecież opowiadają tylko swoje, bardzo prywatne dramaty wplecione w rzeczywistość końca lat sześćdziesiątych minionego stulecia w konkretnym państwie…

Tytułowy pensjonat założono w 1925 – jak twierdzi jego właścicielka, roku nieszczęść. Kiedyś był miejscem pełnym życia i witalności. Obecnie – ponad 40 lat później – staje się obiektem, w którym zamieszkują ekscentrycy i ludzie gdzieś na marginesie życia, chociaż usilnie starają się dołączyć do jego głównego nurtu. Marianna, która w Aleksandrii prowadzi Miramar, przeżyła dwie rewolucje i każdą z prywatną stratą. Jedna odebrała jej męża, a druga majątek. Marianna za wszelką cenę próbuje uczepić się tych resztek witalności, jakie w niej pozostały. Duchowo przygasła, z promiennym uśmiechem otwiera drzwi przed kolejnymi gośćmi. Ludźmi, którzy spowodują, iż przestrzeń pensjonatu stanie się miejscem kilku duchowych ekspiacji i jednego dramatu, skoncentrowanego na postaci wiejskiej uciekinierki Zuhry Salamy, której Marianna zaproponuje posadę służącej w Miramar.

Do ukochanej Aleksandrii i pod adres Marianny pierwszy przybywa Amir Wadżi. Po niemal dwudziestu latach znowu może spojrzeć w twarz kobiecie, która kiedyś tak bardzo go fascynowała. Szybko zorientuje się, iż uwagę warto przenieść na Zuhrę, ponieważ wiekowa gospodyni nie ma już tak wiele do zaoferowania jak przed laty. Wadżi jest emerytowanym dziennikarzem. Życie za nim, ale tak naprawdę pytania o istotę sensu życia dopiero sobie stawia. Amir Wadżi to taki syn marnotrawny Aleksandrii, który po powrocie nie tyle wyraża skruchę, co próbuje zrozumieć wszystko to, czym było jego życie z dala od tego miasta. Inkrustowana wspomnieniami dziennikarza i koranicznymi surami narracja Wadżiego jest pełna patosu, dostojności, ale też ciekawości świata, jaki go otacza. Nie zapisał się w historii świata tak, jakby tego chciał, bo trudno cokolwiek osiągnąć w pojedynkę, a Amir nie związał się z nikim ani też nie zostawia po sobie potomstwa. Prostoduszna Zuhra wzbudza jego fascynację swoją dziewiczością, ale nie tylko. Wadżi czuje z nią więź, widzi podobieństwo biografii i prosi Boga, którego sam nie jest pewien, by tej prostej dziewczynie dano więcej szans niż jemu.

O ile Wadżi od początku wzbudza sympatię czytelnika, o tyle inni mężczyźni pojawiający się w pensjonacie już jednak nie. Najpierw poznamy jeszcze jednego bohatera starej daty, bliskiego przyjaciela Marianny. Tulba Marzuk przegrał swoje życie nie tylko ideowo. To postać, której pozostaje tylko uciekanie przed demonami przeszłości. Zachowawczy intrygant gotów klaskać nowemu porządkowi w państwie, byle tylko zaspokoił on jego potrzeby. Marzuk z Marianną próbują oszukać upływ czasu i udają, że nie pamiętają tego, co pamiętać powinni. Problemów takich nie mają młodzi goście pensjonatu. Każdy z nich zaczął życie w nowych czasach. Każdy przyjął Egipt takim, jakim jest od lat – niespokojnym, pełnym sprzeczności, wykluczających się idei, niepewnego losu dla tych, którzy nie potrafią walczyć o swoje. Ci mężczyźni mają biografie fatalne i każdy z nich, próbując zbliżyć się na swój sposób do niewinnej Zuhry, przypuszcza atak nie tyle na silną w gruncie rzeczy i wiedzącą, czego chce dziewczynę, ale przede wszystkim na siebie samego.

Najstarszy z nich, Sirhan al – Buhajri, to osobnik moralnie wybrakowany i pełen gwałtowności, któremu niestety będzie chciała oddać swoje serce Zuhra.  Sirhan przez ponad trzydzieści lat swojego życia nie osiągnął tego, o czym marzył. Był nie tyle zachowawczy, co nieuważny; nie umiał obserwować prawdziwego życia. Poznajemy go, gdy znajduje się pod silnym wpływem socjalistów, obserwując niecne poczynania zabijaki i Don Juana. Młodszy od niego Husni Allam zazdrości mu oddania Zuhry i wznieca w sobie coraz większą niechęć do al – Buhajriego. Allam to uparty egocentryk, który odrzucony w dzieciństwie, obecnie wypiera się swego pochodzenia i znudzony Aleksandrią, próbuje na tej egipskiej prowincji znaleźć możliwości zdobycia majątku w łatwy sposób. Bogactwo służy do pomnażania, a kobiety do używania – takie jest życiowe credo Allama, który uważa, że Bóg przymknie oczy na jego rozpustny tryb życia. Nigdy nie zaznał miłości w przeciwieństwie do Mansura Bahiego, najmłodszego rezydenta w Miramar. Mansur, pracownik radia, nurza się w nieszczęściach i gardzi sobą. Zamyka się na wpływy innych i poddaje szaleńczym rojeniom chorego umysłu, który nie może znaleźć w życiu szczęścia. Miłość, wielka i spalająca go, jest dla Mansura źródłem opresji. Imponuje mu pewność siebie Zuhry, bo sam tak naprawdę nigdy nie był pewien choćby tego, kim jest naprawdę. Działa pod wpływem impulsu i to prowadzi go po równi pochyłej ku wciąż coraz większym utrapieniom.

Kto z tej trójki młodych i gniewnych Egipcjan nowych czasów dotrwa do końca ostatniego dnia roku? Kto pożegna się z życiem? Kto zabije? Czy jest możliwe szczęście w świecie, w którym tak trudno o jego definicje? I czy polityczne uwarunkowania naprawdę potrafią nas bardzo zmienić? Nadżib Mahfuz stawia pytania, nie daje odpowiedzi. „Pensjonat Miramar” jest egzystencjalną opowieścią o bólu istnienia i o tym, że człowiek przestaje wierzyć nawet samemu sobie, kiedy wokół słyszy kłamstwa i widzi, że kolejne idee okazują się zdradliwe.

To książka o byciu świadkiem zdarzeń, które trzeba przeżyć i do których trzeba się ustosunkować. Mahfuz pozostawi nas na końcu z samymi sobą, własnymi myślami. Niepokojąca, wspaniała książka. Egipska opowieść o losie, przeznaczeniu i budowaniu własnego „ja” na nowo. 

tłum. Jolanta Kozłowska i George Yacoub

Wydawnictwo Smak Słowa, 2012