Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura włoska. Pokaż wszystkie posty

2026-03-11

„Alma” Federica Manzon

 

Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania: 18 marca 2026

Przekład: Alina Pawłowska-Zampino

Liczba stron: 320

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Szukając tożsamości

Kobieta wędrująca. I surowa narracja wprowadzająca nas w klimat opowieści, w której najważniejsze będą retrospekcje, ale także to, dokąd zmierza tytułowa bohaterka. „Alma” jest powieścią o podróży w głąb siebie, ale jednocześnie książką o tym, że dawana przez rodziców wolność życiowych wyborów stwarza problemy, gdy chce się określić swą tożsamość. Opozycja „kiedyś” i „teraz” funkcjonuje tutaj równie silnie jak ta nakreślona zaimkami „tu” i „tam”. Federica Manzon proponuje nam opowieść, w której więcej będzie enigmatyczności niż wskazywania wprost emocji lub odczuć bohaterów. Kontrastem do tego staną się niezwykle plastyczne opisy miejsc, które odwiedza bohaterka. Także tych sprzed dekad. Teraz, będąc w średnim wieku, Alma zatrzymuje się na trzy dni w Trieście, lecz to nie będzie wędrówka tylko sentymentalna. Mamy tu specyficzną kobietę, specyficzny rodzaj wrażliwości i pamięci, specyficzną rodzinę tworzącą fundament tożsamości kobiety oraz bardzo wieloznaczną narrację o tym, skąd tak naprawdę pochodzimy, co nas kształtuje i o czym należy zapomnieć, by nie krzywdzić się, lecz poszukiwać odpowiedzi na pytania o siebie. Alma jest poszukiwaczką, jednak przeszłość nie pozwala jej odnaleźć siebie teraz: podczas tych ważnych kilku dni, kiedy wspominane są zdarzenia minionych dekad. 

Zacznijmy od tego, co jest tu zgrabnie określone mianem „pustyni rodzinnej pamięci”. Rodzinę Almy, a także siłą rzeczy ją samą, zawsze określały podziały. Językowe, etniczne, wyznaniowe, światopoglądowe. I geograficzne. Bo po latach bohaterka uświadamia sobie, że to położenie geograficzne miejsca naszych narodzin oraz okolice, w których dorastamy, czynią nas tymi, którymi jesteśmy. Rodzina tkwiła w rozpięciu mentalno-geograficznym, choć pozornie jej członkowie trzymali się blisko siebie. Ale rodzina nauczyła też Almę zachowawczości, pilnowania się w wyrażaniu emocji. Rodzina uczyniła ją czujną na relacje – z mężczyznami, lecz również ludźmi, którzy zachowywali się inaczej w czasie konfliktu zbrojnego na Bałkanach, a teraz pokazują inne oblicze. Alma wciąż pozostała taka sama. Z wieloma pytaniami, na które w rodzinie nie uzyskała odpowiedzi. Jednak umiała ją obserwować. Wiele z tych odpowiedzi znalazła sama. Samodzielnie też wyciągała wnioski, choć niewątpliwie często pod wpływem ojca. Spotkanie z nim w finale powieści mówi nam bardzo dużo o specyficznym charakterze relacji córki z ojcem, ale także o lokowaniu uczuć przez Almę tam, gdzie odbijały się one od ściany, za którą kryły się tajemnice. 

Ojciec był głową rodziny, którą podzieliło wszystko. Matka najlepiej czuła się pośród ludzi z problemami psychicznymi i to im potrafiła dać najwięcej ciepła oraz empatii. Córka i matka żyły w stanie swoistego zawieszenia, w którym wciąż czekało się na mężczyznę, który znikał, pojawiał się, ustanawiał niepisane zasady funkcjonowania domu, a przede wszystkim był tym innym, z bliżej nieokreślonego „tam”. Bliski marszałkowi Tito, podczas gdy Jugosławia uznawała się za najpotężniejszy kraj, i daleki żonie oraz córce, które wciąż widziały w nim cienie i tajemnice. Jest ich zresztą w tej powieści bardzo dużo. Manzon stworzyła świetny kontrast między wizualizacją przestrzeni, w których przebywa Alma, a rozmyciem przemyśleń i emocji wynikających z relacji z bliskimi ludźmi. Nie tylko z rodziną, która była wewnętrznie tak bardzo niejednorodna. 

Chodzi oczywiście o relację miłosną, chociaż takie określenie banalizuje trochę to, co w „Almie” buduje kolejną tajemnicę do rozszyfrowania. Ona poznaje go w bardzo młodym wieku. Dużo ich zbliża, choć równie wiele dzieli. On twierdzi, że nienawidzi swojego narodu, gdy potem zachowuje się tak, jakby tych słów nie wypowiedział. Dorasta jak Alma – wierząc w pewne ideały, a potem widząc, jak się rozpadają. Podobnie bliskość tych dwojga. Kiedy na Bałkanach rozpoczyna się wojna i rzeź ludności, ona jest dziennikarką, która ma o tym piekle pisać, a on piekło fotografuje. Oddalenie ma charakter mentalny, zawodowy, światopoglądowy. A jednak wciąż coś ich łączy. Vili – jego także Alma będzie poszukiwać po latach w Trieście. Mężczyzny, który przyciągał i przyciąga do siebie wszystkim tym, co nienazwane, czego nie decydował się wypowiedzieć wprost. Ale i Alma jest w dużej mierze enigmatyczna, choć włoska pisarka wyraźnie nakreśla jej poglądy w zasadniczych dla burzliwej historii Bałkanów latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy wielka Jugosławia rozpada się i tonie w morzu krwi. Rozpada się też ludzkie poczucie przynależności, a Alma zaczyna rozumieć, że wolność dana jej przez rodziców to właśnie ta zacytowana pustynia, po której kobieta błąka się spragniona – odpowiedzi na proste pytania, które nigdy nie zostaną zwerbalizowane wprost. 

„Ile początków może mieć jedna historia?” – to raz postawione pytanie wraca tu po wielokroć, bo w „Almie” połączenie zdarzeń i nadanie im klarownego punktu wyjścia jest w zasadzie niemożliwe. Ale to pytanie odnosi się także do Historii, przemian dziejowych i okrucieństwa, w którym człowiek stawał się zły pod wpływem okoliczności, a potem wypierał z siebie zło. Czy dlatego ojciec sugeruje Almie, że wracanie do przeszłości, a tym bardziej próby zrozumienia jej detali – nie mają sensu? Co w takim razie z pytaniem o to, skąd pochodzimy i przez kogo lub przez co zostaliśmy ukształtowani? Manzon opisuje burzliwy przebieg działań wojennych, w których Alma nie musi uczestniczyć wprost, ale które już zawsze będą wpływać na nią i jej postrzeganie samej siebie. 

Milcząca. Bez dostępu do wnętrza. Gotowa – jak ojciec – do ciągłego odchodzenia. I robi to, porzuca kolejnych mężczyzn, obsesyjnie myśląc o tym, z którym na pewno być nie może. Wykazująca narastające tendencje ucieczkowe, a jednak ciekawa zrozumienia faktów, których wcześniej nie rozumiała; chyba nie chce już uciekać od tego, co było trudne w jej i jej rodzinnej biografii. Czy to naturalne, czy wypracowane, że Alma nie chce się zwierzać, że nic nam tu sama od siebie nie powie, że będzie unikać ludzi pytających wprost o to, kim jest? Odnajduje sensy i treści w tej miniodysei po włoskim mieście? Jakich sensów i jakich treści poszukuje? W tle literatura, sztuka, ludzie wpływowi, destrukcyjna wizja władzy i zmiany, wobec których trzeba się ustosunkować. A także mnożące się pytania dotyczące czasu przeszłego. Czasu, w którym rozpadło się tak wiele: od osobistych relacji po kraj, który miał być najwspanialszym i najsilniejszym na świecie. 

Choć „Alma” prezentuje pewien panoramiczny ogląd rzeczywistości kilku bardzo trudnych dekad, punktuje też detale, które otwierają kolejne furtki interpretacyjne. Na przykład istota porozumiewania się za pomocą różnych języków. Upodobania estetyczne, fascynacje twórcze i literackie dziadków, a także radykalne czasem, ale wyraźnie wpływające na córkę poglądy ojca, kiedy ten zdecyduje się na powrót, a przede wszystkim na rozmowę. „Alma” to opowieść o tym, co nas determinuje i każe poszukiwać albo odrzucić poszukiwania swojego dziedzictwa – także narodowego. Opowieść, w której szukać mamy nie współczucia dla bohaterów, lecz zrozumienia tego, co ich spotkało. Alma spotyka samą siebie – po latach intensywnego życia, podczas którego chciała zapomnieć, kim jest, bo nikt jej tego dokładnie nie wytłumaczył ani nie zasugerował jakiejkolwiek pewności egzystencjalnej. Książka pełna niepokoju, białych plam biograficznych i przede wszystkim opowieść o tym, jak trudno opowiedzieć się po którejkolwiek stronie, gdyż podjęcie takiej decyzji zawsze wiąże się z wyrządzeniem komuś krzywdy. Historia, w której istotne są też fotografie, mająca pamiętnikarski sznyt, pozornie jednolita narracyjnie, ale skomplikowana znaczeniowo. 

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2025-08-22

„Ucieczka Anny” Mattia Corrente

 

Wydawca: Wydawnictwo Bo.wiem

Data wydania: 13 maja 2025

Przekład: Tomasz Kwiecień

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46 zł

Tytuł recenzji: Pożegnania

Ależ to fantastycznie skonstruowana, pełna niedopowiedzeń, swoistej mistyki, ale i bolesnego realizmu książka! „Wolność to świadomość tego, gdzie już nie chcesz być”. To powieść w dużej mierze o walce o wolność. O tym, że ona nie przychodzi sama. A jaki był motyw odejścia?… Znakomita kompozycja klamrowa, w której widzimy mężczyznę wychodzącego z domu w poszukiwaniu żony, która odeszła już przed ponad rokiem, a na zakończenie… Mattia Corrente pisze o tym, jak samotni, szlachetni, lecz także okrutni i bezkompromisowi potrafią być ludzie. Interesująca powieść drogi, takiej samotniczej odysei świetnie uzupełnionej licznymi retrospekcjami, dzięki czemu cała historia iskrzy, bulwersuje i każe zastanawiać się nad tym, co znaczy ludzki wybór. Ile kosztuje. Jakie niesie ze sobą konsekwencje. A przede wszystkim: jak wiele samozaparcia trzeba mieć, by podejmować trudne decyzje. I wybaczać innym to, że wybrali inaczej.

Starszy mężczyzna wyrusza w drogę. Chce w niej odnaleźć siebie, swoje ustabilizowane życie, które uznawał za spełnione. Błąka się po Sycylii, poznaje przypadkowych ludzi, trafia do konkretnych, którzy mogliby mu udzielić jakichś wskazówek. Starszy, nieprzystający do świata, niepotrafiący kupić sobie biletu na pociąg. Chce być inny i staje się inny. Symboliczna zmiana ubrań świadczy o tym, że nie tylko chce wyglądać inaczej, ale i chce zobaczyć siebie w nowej perspektywie. I zobaczy. I zaboli go to mocno.

Bo ciekawsza wydaje się ta, która zniknęła. Tak jak przed laty zniknął z rodziny Anny jej ojciec, tak teraz znika ona. Czy w dosłownym sensie? Czy nie znikała przed laty? Czy jej życie nie było cieniem, w którym zmuszana była do robienia czegoś, czego nie chciała? Jej matka urodziła dwie córki – jedna dostosowała się do wyznaczonego przez rodzicielkę modelu, druga zaczęła się buntować. A raczej widzieć matkę z innej perspektywy. Bo „Ucieczka Anny” to świetna wiwisekcja relacji matka-córka. To opowieść o macierzyństwie, które potrafi zawłaszczyć, ale jedynie powielając wzorce, nie dając niczego w zamian od siebie. To zresztą też dobra książka na temat ojcostwa. Narracja ojca głównej bohaterki, który opuścił dom rodzinny, wydaje się tu najciekawsza, choć jest snuta w taki sposób, że początkowo stanowi niewiele znaczące tło.

A potem wszystko składa się w całość. Związek, który po wielu perturbacjach nie mógł dalej być związkiem, i miłość – ta do drugiego człowieka, która zaślepia i uwalnia jednocześnie. Związek ludzi, którzy nie są już razem, okupiony był wielkim cierpieniem, choć to wciąż była miłość ze swoimi różnymi odcieniami, które włoski autor tak subtelnie tu prezentuje. Czyta się tę książkę z narastającym napięciem, bo i pojawiają się na drodze bohatera ludzie, które to napięcie potęgują. Jednakże postać Anny dominuje wszystko. Jej pragnienie bycia samowystarczalną, zdecydowanie, by podążać we własnym kierunku, a potem koło mrocznego zamknięcia, kiedy zaczyna przypominać matkę, od której chciała się uwolnić. Uwolnieni nie są tu także do końca szczęśliwi. Zdają sobie sprawę, że uwikłali się w sieć relacji, dla których najlepszym rozwiązaniem wydaje się odejście. A jednak nikt tu tak naprawdę nie odchodzi. Wszyscy są boleśnie obecni.

„Ucieczka Anny” to wielowymiarowa opowieść obyczajowa o utratach – partnerów, dzieci, miejsc, samych siebie, a nawet zwierząt. Wszystkie utraty wydają się bezpowrotne, a kompulsywne próby skierowania życia na właściwy tor – niemożliwe. Autor przygląda się uważnie postaciom z drugiego planu, które znowu przyglądały się związkowi Severina i Anny albo w jakiś sposób w niego ingerowały. Teraz wszyscy toną w pustce i niewiedzy. Wypaliła się miłość czy wygasły emocje, do których nie ma już powrotu? Jaka jest cena wyboru samotności i jak w sycylijskich wioskach żyją ludzie zdecydowani na to, by samostanowić o sobie?

Metafora lalki Anny jest tutaj znacząca i prowadzi przez powieść. Wraz z motywem zakopanej sukni ślubnej. Jakby chciało się ukryć rzeczy, emocje i zdarzenia, których ukryć przed światem się nie da, które wciąż będą o sobie przypominać. To powieść o pamięci i zdradzaniu jej. Ale najciekawiej wybrzmiewa, kiedy czyta się o samotnikach z wyboru. Dlatego postać ojca Anny uznaję tu za najciekawszą. Drugi plan staje się dużo bardziej interesujący niż to, co widzimy i czego doświadczamy z bohaterami. A raczej widzieliśmy i doświadczaliśmy, bo ta książka niewiele już ma wspólnego ze współczesnością. Wszystko osadza się tam w czasie przeszłym i zasadniczo nic nie można zmienić. Naprawdę nic?

Corrente bez pardonu krytykuje maczystowską tradycję charakterystyczną dla Włoch i choć osadza powieść w bardzo konkretnych dekoracjach, cały czas wychodzimy poza świat, w którym jedyne, co było zawsze na stałe, to słońce. Jest to też interesująca fantazja o tym, że miłość między mężczyzną a kobietą może się… zestarzeć. Bez względu na to, jak przedmiotowo traktowana jest kobieta i na ile zdaje się pozwalać sobie mężczyzna w miłości. Mamy tutaj panoramiczny obraz ludzi nieszczęśliwych lub unieszczęśliwionych, ale także takich, których tożsamość kształtuje przede wszystkim pamięć. Zwykle pamięć o tym, co złe.

Odejść to dokonać radykalnego wyboru. Odejść to znaczy ruszyć w drogę ku samemu sobie. Odejść to heroizm, lecz czasem akt desperacji. Sporo tutaj rozważań o tym, dlaczego ludzie nie chcą lub nie mogą być ze sobą. Że miłość, nawet ta najprawdziwsza (zresztą czym ona jest?), może spowodować wiele egzystencjalnych tragedii. Że kochać mimo wszystko to uciekać… od siebie. Przede wszystkim jednak Corrente prezentuje nam anatomię związku, w którym jedno coraz mocniej kocha, a drugie coraz bardziej nienawidzi. Wokół tego widzimy też wiele historii rodzinnych, bo – bez względu na potrzebę i pragnienie bycia samemu – Włochy to kultura społeczności. A jest to pokazane na kilka sposobów, gdy rodzina i przyjaciele stają się dla siebie ludźmi, z którymi trudno jest być blisko, bo nie można znaleźć bliskości w stadzie. Piękna, lecz i smutna powieść o tym, że być może w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy introwertykami i nigdy nie nauczymy się kompromisów. A przede wszystkim nienarzucania innym, w jaki sposób mają żyć i jaką drogą podążać. Wszystko napisane pięknym językiem, nawet gdy mowa o tych najbardziej brutalnych sprawach. W tej książce skrytych jest sporo emocji i może ona wywołać zarówno płacz, jak i wściekłość. Jedno jest pewne: od początku do końca jest niejednoznaczna. Nawet jeśli stara się mówić o emocjach, zjawiskach czy rzeczach konkretnych.