Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura islandzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura islandzka. Pokaż wszystkie posty

2026-04-07

„Złe decyzje” Yrsa Sigurðardóttir

 

Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania: 8 kwietnia 2026

Liczba stron: 376

Przekład: Paweł Cichawa

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,90

Jaka to przyjemność: po trzech latach wrócić do czytania Yrsy Sigurðardóttir! W międzyczasie konkurencja pisarska na Islandii mocno się rozrosła, ale autorka wie, że nikt nie jest w stanie jej zdetronizować, choć w przeciwieństwie do wielu piszących zawodowo Islandczyków Sigurðardóttir tworzy „po godzinach”, pracując w zgoła odmiennym zawodzie. Tym razem poza znakomicie zaprezentowaną z wielu perspektyw historią kryminalną ważna i cenna poznawczo jest lokalizacja zdarzeń. Nie wszyscy wiedzą, że Islandia to nie tylko jedna wyspa, ale także archipelagi lub mniejsze wysepki tuż obok. W „Złych decyzjach” przeniesiemy się do Vestmannaeyjar, na archipelag na południe od Islandii, a dokładnie na półwysep Stórhöfði, do którego nawet ja, odwiedzając Vestmannaeyjar, nie dotarłem, skupiając się na wulkanie oraz osadniczej części Heimaey. Z mrocznymi intrygami doskonale współgra tutaj wybrana pora roku – styczeń to jeden z najbardziej nieprzyjemnych miesięcy na Islandii, a autorka pokazuje to już w pierwszej scenie, gdy sugestywnie opisuje śnieg kłujący jednego z bohaterów w twarz. Potem jest mgła, więcej śniegu, potężny wiatr i opowieść, która rozgrywa się zasadniczo dwutorowo i w taki sposób, że przez chwilę można stracić czujność, myśląc, że te dwa tory narracyjne są symultaniczne.

Nie są. Nic nie jest tutaj tym, czym się wydaje – może poza dzikością natury pochłaniającą ludzkie sekrety. „Złe decyzje” kryją ich mnogość. We wspomnianej interesującej lokalizacji pojawia się kontrolowany chaos. Coraz więcej niedopowiedzeń i tajemnic powoduje, że czytający dezorientują się w sieci uwarunkowań, które mogą sprawiać wrażenie nieprawdopodobnych. A jednak takie nie są. I wszystkie rozsypane puzzle znajdują tutaj swoje miejsce, gdy ujrzymy w pełni mroczny obraz namalowany słowami Sigurðardóttir – jak zawsze z mistrzowską klasą.

Powieść wykorzystuje ograny literacko motyw tajemnicy grupy przyjaciół, którzy po latach spotykają się ponownie, by wrócić do czegoś, o czym chcieliby zapomnieć. Prezentowana grupa ma jednak specyficzną hierarchię; relacje w niej – a wraz z nimi wewnętrzne sojusze – zmieniają się. To wszystko portretuje jeden z bohaterów, który wydaje się zdystansowany w stosunku do reszty nie tylko dlatego, że pojawił się na Islandii, przylatując zza oceanu. Jednak jak każdy w tej grupie chce pożegnać koleżankę, która straciła życie. Dziś na jej pogrzeb płyną trzydziestolatkowie – kiedyś połączeni traumatyczną sytuacją, obecnie mający uporządkowane życie, dobre pozycje zawodowe i płace oraz ułożoną całą resztę, na którą ciężko się pracuje i by tego nie stracić, jest się w stanie zrobić wszystko. Na przykład konfabulować.

Konfabulacje połączone z misternym opisem narastającej paniki tworzą tutaj nie lada wyzwanie czytelnicze. Jak wspomniałem, ważna jest perspektywa opisu. Tylko jedna z postaci jest w stanie opowiedzieć nam o reszcie. Ten piąty. Najbardziej chyba rozsądny. Najmocniej przeżywający wszystko, co zacznie się dziać na dzikiej wyspie. Najciekawszy psychologicznie, bo próbujący racjonalizować to, co dzieje się z jego koleżankami i kolegami, kiedy wpadają w pułapkę toksycznych zależności związanych z tym, że przeszłość przypomina się tu wyraźnie, bardzo wyraźnie. Dobitnie jak śmierć. Nie tylko ta, z którą związany jest pogrzeb – zasadniczy cel wizyty w Vestmannaeyjar.

Na drugim torze mamy dużo chłodniejszą emocjonalnie narrację dotyczącą losów patolożki, która przybywa ze stolicy, gdy okazuje się, że na wyspie prawie że spłonęło ciało jednej kobiety, druga zmarła tuż obok płonącego stosu, a trzecia walczy o życie i jest w krytycznym stanie. Tu tylko pozornie zapanuje porządek wynikający z metodycznej pracy lekarki i zespołu policyjnego, który w mniejszym lub większym stopniu ją wspomaga. Punktem wyjścia są dwie absurdalne śmierci. Finalnie w historii lekarki odsłaniane są karty, które psychologicznie uwiarygodniają bohaterkę w nieco inny sposób, niż ma to miejsce w przypadku piątki przyjaciół. Tu mamy dramatyczną historię rodzinną, w której niektóre bolączki nie przemijają, a na pierwszym torze – do którego wracam – zaznaczone jedynie punktowo jednostki postawione wobec największego zagrożenia: utraty tak zwanego normalnego i poukładanego życia.

„Czasem niewiedza jest błogosławieństwem”. Nikt jednak nie pobłogosławi piątki przyjaciół. Raczej będą oni schodzić do kolejnych piekielnych kręgów, odkrywając, dlaczego tak naprawdę znaleźli się na wyspie. Podoba mi się dynamizm islandzkiej pisarki pokazującej, do jak absurdalnych zachowań mogą posunąć się pozornie uporządkowani ludzie, których cechuje zdrowy rozsądek – w końcu zdroworozsądkowo ułożyli sobie życie i chcą, by wszystko pozostało tak, jak jest. Ile są gotowi zrobić, by zatrzeć ślady przeszłości? Jak daleko posunąć się w autodestrukcji, jak blisko śmierci stanąć? Świetnie dobrany tytuł powieści funkcjonuje tu w wielu wymiarach i na kilku planach czasowych. Ale ujmuje sedno tej historii: działanie impulsywne może pogrążyć, a w chwili niestabilności nerwowej można zrobić wszystko. Czasem stać się potworem. Czasami targnąć na swoje lub cudze życie. Bo przecież, jak mówi jeden z bohaterów: „Wszyscy mamy w sobie coś dobrego i coś złego, prawda?”.

Surowość przepięknego otoczenia znakomicie współgra tutaj z poczynaniami ludzi, których umysły i serca wydają się równie surowe – dla innych i dla samych siebie. Wiwisekcja emocji patolożki idzie w parze z punktowaniem jedynie tego, co dzieje się w emocjach piątki przyjaciół. A właściwie ludzi już całkowicie sobie obcych, którzy w rywalizacji o życiowy spokój są gotowi kąsać się nawzajem. Albo zrobić coś jeszcze gorszego. Całość przedstawiana z perspektywy tego, który robi wszystko, by nie oszaleć, gdy na jaw wychodzą coraz bardziej mroczne szczegóły wydarzeń sprzed siedmiu lat, a pogrzeb znajomej to dopiero początek ekstremalnych doświadczeń. Bliskość żywych i umarłych czyni z tej powieści fascynującą lekturę o tym, do czego możemy być zdolni, zaspokajając swoje własne potrzeby. Do czego może doprowadzić chora lojalność i czym ona jest tak w ogóle. Vestmannaeyjar staje się areną przerażających zdarzeń. Ich nagromadzenie zaskakuje i zachwyca jednocześnie, bo dzięki tej mnogości „Złe decyzje” zyskują jako kryminał, gdyż praktycznie każdy detal zostaje tutaj wyjaśniony, a ważne okazują się także postacie spoza pierwszego planu. Jak również te, które nie żyją, a choć pozornie nie wniosą już nic nowego, to wnoszą niepokój. Przeradzający się w szaleństwo. To jak żywioł islandzkiego sztormu, który najpierw wysyła charakterystyczne zapowiedzi, a potem smaga ląd bezlitośnie i długo. Tu poznamy ludzi, którzy nie mieli lub nie mają litości, ale także tych, którzy potrafią antycypować zagrożenia, jednak nie są w stanie pomóc samym sobie.

Brawurowo opowiedziana historia o tendencjach ucieczkowych, które przynoszą zarówno ukojenie, jak i coraz więcej napięcia. Eskaluje ono tu w kilku wymiarach. Można uznać, że bohaterowie tej powieści Yrsy Sigurðardóttir są skazani… przede wszystkim na siebie. I to może wydać się jeszcze bardziej makabryczne niż śmierć, której niejedno oblicze tutaj ujrzymy. Mocna rzecz i znaczący dowód na to, że autorka wciąż jest w formie. Zastanawiam się tylko, na ile w opisach detali ucierpiała pierwotna islandzka wersja, bo czytamy jej przekład z angielskiego na polski. Mam wrażenie, że w tłumaczeniu wprost z języka islandzkiego mógłby nam zostać tutaj zaprezentowany jeszcze gęstszy mrok. Ale i tak mamy go pod dostatkiem. I ludzi, którzy nigdy z mroku nie wyszli, a ich wrogiem może być własny cień. Druga część nowego cyklu pisarskiego czyta się znakomicie także bez znajomości pierwszej książki.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2025-08-26

„Głupota” Eiríkur Örn Norðdahl

 

Wydawca: Wydawnictwo Marpress

Data wydania: 21 sierpnia 2025

Przekład: Jacek Godek

Liczba stron: 168 

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 59 zł

Tytuł recenzji: Pisanie w świecie deficytów

Nie wiem, w jakim stopniu reprezentatywna dla twórczości Eiríkura Örna Norðdahla jest „Głupota”, ale znakomity jak zawsze tłumacz Jacek Godek wyjaśnia na końcu, że to trzecia część i kreśli krótko problematykę całej trylogii. „Głupota” – mam wrażenie – napisała się sama. Wystarczyło, że autor przyjrzał się temu, co najbliższe, a jednocześnie przeanalizował zarówno islandzkie, jak i uniwersalne środowisko literackie. Po dodaniu kilku ciekawych metafor, czarnego humoru i przede wszystkim wielopoziomowej groteski płynnie łączonej z sarkazmem powstała książka o naszych czasach. Taka, jakich wiele. Autor, którego znam osobiście, na pytanie o to, ile napisał książek, odpowiedział żartobliwie, że za dużo. I to poczucie humoru jest tu istotne, w różnym wymiarze i z różnym natężeniem, ale „Głupota” jest przede wszystkim krzywym lustrem, w którym ludzkość wcale nie chce się przyglądać.

Opowieść przełamana jest jakby na pół. Opowiada o dwójce pisarzy, którzy kiedyś byli w związku, a on obecnie najbardziej lubi się przyglądać minom ludzi słyszących stwierdzenie „jestem rozwiedziony”. Ale ta dwójka tak naprawdę wcale się nie rozwiodła, utknęli w sieci skomplikowanych relacji, a w opowieści o nich buzuje adrenalina – dzieje się dużo, intensywnie, zmieniają się fronty, a wszystko komplikuje się najbardziej wówczas, gdy oboje piszą podobne książki. W tym samym czasie je wydają i mierząc się z narastającymi frustracjami oraz wściekłością wobec siebie, przyglądają się temu, jak mała Islandia odbiera wydane w sporej liczbie egzemplarzy powieści, które na dobrą sprawę mogłyby być swoimi kopiami.

Ale nie są. Tak jak on jest rozpuszczonym i zawsze pewnym siebie egocentrykiem (rujnują go prezentowane w książce wydarzenia wraz z tragicznym finałem), tak ona koncentruje się na przeżywaniu samej siebie w taki sposób, że staje się to dla czytelnika najpierw irytujące, potem przerażające, w końcu odrobinę zabawne, ale nie ma nic zabawnego w tym, że byłe małżeństwo pisarzy decyduje się na wydanie powieści tak bliskich sobie, jak bliscy byli przed laty, zanim ich związek zaczął być siecią toksycznych zależności, w których jedno chciało udowodnić drugiemu bycie lepszym, lepszą w różnych znaczeniach. Na pewno zaś ich wspólnota opierała się na walce. Wewnętrznej, długotrwałej, świetnie tutaj zarysowanej psychologicznie (Eiríkur Örn Norðdahl nie wchodzi głębiej i myślę, że świadomie nie zamierza tego robić).

Druga kwestia przełamująca tę krótką powieść to zarysowany kształt świata. Z jednej strony mała społeczność Ísafjörður – miejsca, w którym słońce jest zawsze, ale przez wiele miesięcy go nie widać (to też ciekawa metafora świata przedstawionego, choć dotyczy konkretnej lokalizacji, rodzinnej miejscowości pisarza). Z drugiej – Islandia pogrążona w jakimś trudnym do wyrażenia, lecz bolesnym impasie egzemplifikowanym przerwami w dostawie prądu czy internetu. „Głupota” zaczyna się sceną aktu seksualnego, który zostaje przerwany z powodu frustracji, a potem zakończony tak, jak czasem kończą się sprawy w życiu – bezsensownie, bezwładnie, kompletnie nieprzystająco do oczekiwań. Pisarz w wieku tak zwanym średnim odkrywa, że znowu nie ma prądu, co uniemożliwia mu dostęp do komputera. A dostęp do komputera to część jego tożsamości, jakkolwiek to utrudnia odbiór książki i i czyni go niewygodnym. Tymczasem on – ona zresztą też – to istoty z właściwościami. Kontestatorzy samych siebie żądni obserwacji tego, jak się kontestują. A obok jest świat, świat islandzki. W każdym razie mała wyspa zdaje się przeżywać najazd terrorystów, a mieszkańcy skupiają się głównie na gromadzeniu najbardziej niezbędnych dóbr, bo coś niedobrego się dzieje, a islandzcy ludzie z prowincji nie lubią zła.

Tu nie będzie zła. Będzie opowieść o życiu, które obrazuje trochę wspomniane już słońce. To życie jest albo pełne i intensywne, albo przygaszone, lecz wciąż obecne. Bohaterowie – co pokazuje zwłaszcza ciekawy kontrapunkt relacji głównej bohaterki z jej siostrą – są w „Głupocie” zupełnie nieprzewidywalni w emocjach i zachowaniach. A powinno być inaczej, bo są śledzeni przez kamery, odbierany jest im dostęp do urządzeń elektronicznych, świat staje się przez to niebezpieczny, bo fragmentaryczny i niepewny.

Tymczasem pewne staje się zainteresowanie obiema książkami traktującymi o Syryjczyku w specyficznej relacji z Islandią. Tu oczywiście możemy zauważyć, że „Głupota” to proza autotematyczna. Autor głęboko ujawnia absurdy, ciekawostki i oczywistości towarzyszące temu, co dzieje się wokół wydanej książki, a wcześniej – bardziej kameralnie – w trakcie jej tworzenia. Napisana już przed dekadą jest pewnym mrocznym ostrzeżeniem dla wszystkich piszących. W XXI wieku napisano już o wszystkim, pozostaje jedynie kwestia doboru formy i kształtowania niuansów opowiadanych historii. To wszystko tutaj widać: my, pisarze, napisaliśmy już o każdym problemie tego świata, a teraz coraz częściej może się zdarzać (i zdarza, co doskonale widzę z perspektywy osiemnastu lat bycia recenzentem), że możemy napisać o tym samym, po czym uznać to za wyjątkowe. I wtedy pojawia się dramat. Co jest niezwykłego: okoliczności, w jakich przyszła nam do głowy historia i ją spisaliśmy, czy ona sama, opowieść o czymś ważnym i jeszcze niewyrażonym? Tu w sensie dosłownym walczą o uwagę twórcy, którzy wiodąc wspólne życie, wypracowali jednocześnie inne modele pracy twórczej. A spotkali się na polu obejmującym jeden temat. Co z tego wyniknie? Na pewno nic dobrego dla nich samych.

„Głupota” oddaje intensywność i szybkość zdarzeń poprzez bardzo krótkie, rwane rozdziały. Norðdahl stawia na dynamikę, lecz jednocześnie bawi się słowem (zastygłem na chwilę przy „Zło. Szczące” i myślę, że Jacek Godek także). Widać, że potrafi znakomicie oddać, w jak bardzo nielogiczne dla samych siebie relacje potrafimy wejść, a także to, jak wejść w nie nie potrafimy, gdyż część z nas robi ze swojego życia to, co dzieje się na przykład w zakładzie przetwórstwa krewetek. Mielimy siebie, ze swoimi emocjami i niezgodą na nie, przerabiając na bezkształt, masę. A potem już wszystko nam jedno. Niech Islandię napadają terroryści. Niech nas podglądają, nawet w intymnych miejscach. Niech sterują nami, włączając i wyłączając prąd. Niech robią, co chcą, mogą też ten bezkształt wyrzucić. Dystopia to już nie jest autorska fantazja. Dystopia to nasz świat codzienny.

„Głupota” jest nie tylko o kosztach, konsekwencjach i specyficznej błazenadzie literatury zasadniczo będącej czymś bardzo poważnym. „Głupota” to też ciekawa rozprawa o tym, co znaczą trzy przestrzenie czasowe i jak je odbieramy. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Przez pryzmaty wszystkich trzech można odczytać to, co dzieje się nie tylko w Ísafjörður na końcu Islandii, lecz także na całym świecie. Cyniczny islandzki pisarz jest jednocześnie bardzo uważnym obserwatorem rzeczywistości. Zwłaszcza tej mu najbliższej, a interesuje go wiele spraw, to nie tylko pisarz czy poeta. Miotający się między sobą i w sobie bohaterowie książki, która z jednej strony jest kameralna, z drugiej – niebezpiecznie uniwersalna w przekazie, nie dają się do siebie zbliżyć, bo mentalnie tkwią częściowo w tym przemielonym krewetkowym bezkształcie. Wydaje się, że tak dawno po prostu się kochaliśmy i byliśmy sobie bliscy lub po prostu dobrzy dla siebie. Tymczasem utknęliśmy – bez symbolicznego prądu, dosłownych uczuć, bezkompromisowego żalu za tym, że nie udało nam się to, co było marzeniem lub wielkim planem. Eiríkur Örn Norðdahl pisze także o człowieku jako takim – pozbawionym płci czy okoliczności kształtujących jego świadomość. O człowieku pełnym oczekiwania, lęku i niebezpiecznej frustracji. A króciutka „Głupota” wciąga jednocześnie tym, w jaki sposób autor operuje językiem i jakie stosuje środki, by utrzymać uwagę czytelnika. Absurdalna, mroczna, pełna metaforycznych przejaskrawień i bolesnego buntu książka z rodzaju tych nieodkładalnych.

2023-05-12

„Konsekwencje” Yrsa Sigurðardóttir

 

Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania: 17 maja 2023

Liczba stron: 424

Przekład: Paweł Cichawa

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Kochać i utracić

Popularność Yrsy Sigurðardóttir w kręgach literackich można śmiało porównać z muzycznymi osiągnięciami innej Islandki – Björk. Kolejna odsłona perypetii Huldara i Freyi udowadnia, że autorka wciąż ma ogromny potencjał i niesamowicie bogatą wyobraźnię. Nie wiem, czy ujęło mnie to, w jaki sposób skonstruowane są „Konsekwencje”, czy raczej to, jak wielki wiarygodny ładunek psychologicznych dramatów Sigurðardóttir za każdym razem umieszcza w swojej prozie i wcale nie szkodzą narracji opisy zdradzające szczegóły fabularne, bo wszystko, co najcenniejsze i najtrudniejsze, islandzka pisarka zawsze ukrywa gdzieś głębiej. Za to ją cenię i dzięki temu wciąż jestem wierny jej pisaniu, bo to dziś nie tylko islandzka, ale naprawdę światowa liga kryminału. Za każdym razem Yrsa Sigurðardóttir umiejętnie opowiada o ważkich problemach społecznych – tych uniwersalnych i tych lokalnych, zupełnie nieprzystających do tak świetnego wizerunku Islandii, który z niezrozumiałych dla mnie powodów tak doskonale sprzedał się na całym świecie.

W nowej książce Islandia ponownie będzie krajem, w którym bardzo wiele spraw nie idzie we właściwym kierunku, wiele kwestii jest dyskusyjnych, a sporo pisanych i niepisanych norm życia dla niektórych staje się koszmarem. Sigurðardóttir śmiało od lat pisze o tym, co w Islandii bywa dysfunkcyjne. Świadomie używa hiperbolizacji w intrygach kryminalnych, by tym mocniej zaakcentować tło społeczne. Tym razem mimochodem, lecz znów wyraźnie zostanie zaakcentowane między innymi to, że w jednym z najszczęśliwszych krajów świata nie za bardzo jest gdzie mieszkać i że kraj, w którym rzekomo żyją niezwykle zadowoleni ze swojego życia ludzie, wpada coraz głębiej w pułapkę globalnego konsumpcjonizmu. To oczywiście tylko kilka kwestii z tła bardzo tu wyeksponowanej intrygi kryminalnej. Dość wspomnieć rozczłonkowane kobiece zwłoki, ale przecież grozę „Konsekwencji” zbudują jak zawsze u Sigurðardóttir kameralne dramaty bohaterów drugiego planu, a także postaci epizodycznych. Wyjątkowo uważnie trzeba się rozejrzeć po peryferiach świata przedstawionego tej książki i czytać to, co pozornie nie ma większego znaczenia. Mnie najmocniej ujęły i przejęły dwie opowieści. O niezdolności do odpowiedzialnego macierzyństwa, która rodzi mnóstwo dramatów. O tym, w jaki sposób kształtuje się świadomość dorosłego dziecka alkoholika, ile jest gotowa znieść, by zadowolić innych, dać innym to, co najlepsze, a sobie wciąż odbierać prawo do bycia szczęśliwym i spełnionym.

Zanim jednak nawiążę do tych dwóch ciekawie zarysowanych kwestii, czuję się w obowiązku poinformować, że wszyscy wielbiciele powieści cyklicznych będą zadowoleni, bo Yrsa Sigurðardóttir daje nowe, ciekawe możliwości rozwoju specyficznej znajomości dwojga ludzi, o których czytaliśmy już w poprzednich powieściach. Huldar tym razem jest bardzo blisko zawodowo z Freyą, która wraca na policyjny posterunek i nieustannie rozmyśla nad tym, czy związek z bohaterem ma być czysto przyjacielski, czy jednak erotyczny. Tymczasem spotykamy ją ponownie, mieszkającą z pytonem i z radością oddającą swoje ciało Huldarowi. Ten zaś mierzyć się będzie ze swoją złośliwą szefową, która jednak pomoże pokonać trudności związane ze śledztwem, w które angażują się znani nam bohaterowie, a Sigurðardóttir nie decyduje się na to, by specjalnie rozwijać wątek ich skomplikowanej bliskości.

Wyobraźnia czytających skoncentruje się najpierw na zaginięciu dziecka, potem na makabrycznej zbrodni, a następnie na tym, w jaki sposób islandzka pisarka twórczo połączy dwa wyjątkowo ograne literacko motywy: utraty dziecka z wszelkimi tego konsekwencjami oraz krwawej zemsty za to, że wraz z dzieckiem straciło się wszystko, co można było nazwać szczęściem i spełnieniem. „Konsekwencje” to jednak powieść ambitna. Z oczywistych rozwiązań fabularnych tworzy bardzo nieoczywistą układankę mrocznych zdarzeń. Nie muszę chyba dodawać, że autorka udowodniła, iż umie zaskakiwać czytelnika do ostatniej strony. Tutaj jednak zaskakujący stają się ludzie, którzy utracili swe córki. Nieoczywistym zbiegiem okoliczności chodzi o dziewczynki. O wszelkie nadzieje z nimi związane i każdy rodzaj rozpaczy, który przynosi ich utrata.

Jednocześnie przyglądamy się intrydze mającej na celu odsłonięcie między innymi tego, że posiadanie dziecka może być pewną formą konformizmu, a uczucia kierowane do niego – projekcją osobistych rojeń o spełnieniu i satysfakcji. Stąd z jednej strony Sigurðardóttir opowiada o tym, że dziecko staje się specyficzną kartą przetargową w różnych emocjonalnych szantażach, z drugiej jednak – obdarzenie go wielką i bezwarunkową miłością może jednocześnie prowadzić do przerażających czynów, jeśli to uczucie zostanie nagle, niespodziewanie utracone. „Konsekwencje” to powieść niewątpliwie, lecz jednocześnie w dużym rozmyciu określająca granicę między miłością a nienawiścią. Dziecko staje się niepokojącą figurą: wyzwala wszystko to, co w człowieku najpiękniejsze, ale kieruje również ku największemu złu. A poza tym będziemy mieli tu również wieczną dziewczynkę. Dorastającą kobietę, której wyrządzono krzywdę, a jej psychika domaga się teraz czegoś, co nazwać można wiecznym zadowalaniem innych, zaś to prowadzi do niespodziewanego i wyjątkowo tragicznego zbiegu okoliczności. Sigurðardóttir wikła  wydarzenia w taki sposób, że wciąż tracimy czujność i nie wiemy, na kogo przenosić odpowiedzialność za zło, a komu współczuć w niewyobrażalnym cierpieniu. Wszystko napisane w taki sposób, że zagubienie Huldara i Freyi będzie tutaj również zagubieniem, którego doznawać będą także czytelnicy. Jednocześnie uważam, że jest to jedna z najmroczniejszych powieści, jakie wyszły spod pióra Yrsy Sigurðardóttir.

To, jak zaskakująco można rozpisać skrajne uczucia wywołane posiadaniem dziecka, to jedna z ciekawszych cech „Konsekwencji”. To także intrygująca opowieść o tym, jak mieszają się, uzupełniają oraz wykluczają światy dorosłych i dzieci. Rodzice będący przekonani, że dla dobra swoich córek zrobią dokładnie to, co powinni, oraz ich córki świadome lub nieświadome brzemienia, z jakim idą przez życie, bo urodziły się lub znalazły opiekę rodzicielską w takich, a nie innych okolicznościach. Sigurðardóttir zdaje się także pytać o to, co stanowi o istocie bycia prawdziwym opiekunem dziecka. W tej powieści krzywda dotknie ludzi dorosłych i dziewczynki nieświadome wielu kwestii. Freya ze swoim specjalistycznym wyczuleniem na rozmaitość rodzajów krzywd z pewnością poprowadzi nas przez zaprezentowane śledztwo w atrakcyjny sposób. Myślę, że zachwyceni będą zarówno wielbiciele nietuzinkowej i przerażającej intrygi kryminalnej, jak i wszyscy czytelnicy Yrsy Sigurðardóttir, którzy za każdym razem czekają na powieść z dramatami wyostrzonymi i zniuansowanymi. Ta powieść przeraża, ostrzega i zastanawia. Mam wrażenie, że zbyt wielu bohaterów tu przegrywa. Ale całkowicie rozumiem jej fatalizm.