Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

2026-06-18

„Zgotuję ci piekło. Jak rozwodzą się Polacy” Paulina Socha-Jakubowska

 

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 24 czerwca 2026

Liczba stron: 264

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,99

Tytuł recenzji: Co sobie robimy?

Ta książka jest ciężka jak ołów i pełna opisów bezgranicznych dramatów. Jednocześnie Paulina Socha-Jakubowska zaskakuje, bo chociaż obserwuje pogorzeliska miłości, wciąż w tę miłość wierzy, ba, nawet to przekonanie powtarza, czyniąc z tego reportażu o przerażającym tytule książkę mimo wszystko dającą nadzieję. Nie tylko poprzez wiarę w miłość jako taką, ale również przez to, że reportażystka wierzy w moc dokonywania zmian; że to, o czym napisała, powstrzyma choć część ludzi przez fundowaniem sobie życiowego piekła, w którego kolejne kręgi wkraczamy wraz ze wszelkimi obawami autorki, ale również z faktami dowodzącymi, jak straszne rzeczy możemy sobie nawzajem robić, kiedy zdecydujemy, że nie chcemy już być razem. A zwłaszcza: co się może stać, kiedy łączą nas dzieci – ich osobne dramaty to właściwie książka w książce, o czym łatwo będzie się przekonać już na wstępie.

Wielu z nas doświadczyło rozstań z kochanymi kiedyś osobami. Wielu zdecydowało się na zmiany partnerów, część wybrała samotność. Socha-Jakubowska nie pisze o bezproblemowych rozstaniach i o tym, że one – zwykle dotyczące ludzi bezdzietnych – dają wolność, pozwalają się realizować na innej płaszczyźnie, z kimś podobnie myślącym i czującym. To nie będzie książka o tym, że odejścia warunkują często lepsze życie. Ten reportaż mógłby nosić tytuł jednego ze swoich przejmujących rozdziałów, a mianowicie „Zabiorę ci nawet chęć do życia”. Myślę, że brzmiałoby to bardziej boleśnie i gorzko, choć przyznać trzeba, że i tak nie ma na polskim rynku zbyt wielu tytułów tak mocnych jak ten nadany przez Sochę-Jakubowską. Pomyślałem, że mógłby powstać też reportaż o tej łagodnej formie zjawiska rozchodzenia się dwojga ludzi. Jeśli powstał, a ja go przeoczyłem i nie przeczytałem, to przepraszam. Bo uważam, że rozstania mogą nieść w sobie wspaniałą formę wyzwolenia, i to dla obu stron. Tutaj tak jednak nie będzie. W tej publikacji przeczytacie o bólu, strachu, niszczeniu sobie nawzajem życia i o tym, jakim koszmarem staje się trwanie w zawieszeniu, funkcjonowanie ze znienawidzoną często osobą, bo system prawny działa powoli i bywa tak, że koszmary opisane w tej publikacji trwają bardzo długo, wyniszczając wszystkich uczestników dramatu, przede wszystkim zaś dzieci, które zwykle na nic nie mają wpływu.

Zgotuję ci piekło” opowiada nie o rozwodzie, lecz o rozwodzeniu się. Bolesnym procesie rozłożonym w czasie i wynikającym z wielu powodów. Także z tego, że byli małżonkowie jak najdłużej chcą być dla siebie nawzajem okrutni. To wybija się tu na pierwszy plan, jest dla autorki nie do pojęcia i wydaje się absurdalne, kiedy zdroworozsądkowo pomyślimy, że w gruncie rzeczy nie dążymy do życia w traumie, a jednak się nią obciążamy na własne życzenie. Będzie tu mowa o ludziach, którzy czerpią jakąś chorą przyjemność z długotrwałego dręczenia swoich byłych partnerów. Nie będzie podziału na płeć, bo tych przejmujących zachowań dopuszczają się zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Będzie oczywiście zaznaczone, że to kobiety cierpią w takich sytuacjach bardziej, ale o dziwo Socha-Jakubowska z wyjątkową empatią oddaje głos skrzywdzonym mężczyznom. Tym, którzy płaczą nad swym losem, nie czują się winni destrukcji związku i chcieliby po przejściu przez piekło żyć na nowo. Albo cofnąć czas.

Reportaż ma ciekawą strukturę, albowiem nie koncentruje się tylko na opowieściach rozwodników, jakkolwiek drastyczne by były i jak wiele mogłyby pokazać oblicz ludzkiego zła. Autorka rozmawia również z innymi ludźmi zaangażowanymi w rozwody. Są tu sędziowie i adwokatki, jest też prywatny detektyw. Ich relacje nie tylko uzupełniają opowieści skrzywdzonych – bywa tak, że dodają nadspodziewanie przerażające aspekty tych historii. Przeszkadza mi tu trochę warszawocentryzm, bo mam wrażenie, że gdyby autorka udała się do specjalistów od rozwodów w mniejszych miejscowościach, usłyszałaby zapewne inne opowieści, a być może dowiedziałaby się, że procesy rozwodowe można przeprowadzać szybciej, mniej boleśnie. Jednak tutaj mamy historie ludzi, którzy celowo rozciągają i potęgują ten ból, zastraszają i alienują byłych partnerów i partnerki, a przede wszystkim wciągają w swoje spory innych ludzi, jak również usiłują manipulować adwokatami, by zajmowali się ich sprawami po godzinach pracy.

Najmocniej rezonuje zdanie jednego z rozmówców, lekarza niewstydzącego się swoich łez po rozstaniu. Mówi o byłej partnerce wprost: „Stała się złym człowiekiem”. To stwierdzenie zdaje się kluczowe na tle nakreślonych tu problemów. Jacy potrafimy być dla siebie? Co takiego się dzieje, że z miłości rodzi się nienawiść? Skąd biorą się pokłady zła i podłości, o jakich będziemy czytać tutaj tak często, że podczas lektury z pewnością trzeba będzie robić sobie przerwy na oddech? Paulina Socha-Jakubowska pozornie nie odkrywa tu nic nowego: ludzka podłość znana jest od wieków i widywana w każdym wymiarze, nie tylko przez pryzmat opuszczania kogoś z zamiarem niszczenia mu dalszego życia. Niektóre rozdziały wybrzmiewają tutaj jednak wyjątkowo przejmująco. Zwłaszcza opowieści o losach dzieci, ale i – choć inaczej – historie o tym, co sobie robią ludzie dorośli, do czego są zdolni. Bezpośrednie opowieści przełamane są wyimkami z forum rozwodowego. Tam pojawiają się szczegółowe opisy bezkompromisowego wzajemnego dręczenia, ale także rozpaczliwe pytania, co można zrobić, zanim zanim zapadnie decyzja o złożeniu pozwu rozwodowego.

Nie sposób czytać „Zgotuję ci piekło” bez poczucia bezradności i wyjątkowego rodzaju cierpienia, które jest niczym cios prosto w serce. Chodzi o opowieści o tym, jak w trakcie rozwodów traktowane są dzieci, jak wiele rodzajów manipulacji stosują rodzice i jak na zawsze traumatyzują ludzi, którzy nawet jako dorośli nie dadzą rady wydobyć się z bagna tych wszystkich emocji. W tym znaczeniu ciekawa jest opowieść ratowniczki górskiej, będącej teraz w średnim wieku kobiety czynu, która była alienowana przez swego ojca i dopiero jako dorosła osoba mogła poznawać matkę. Nie poznać, bo na to już było za późno. Poznawać i próbować zrozumieć. Że nie porzuciła, nie zostawiła na pastwę męża alkoholika, że jej nieobecność wywołana była wieloma czynnikami i dopiero po latach można o tym wszystkim opowiadać, kiedy dorosłe dziecko – największa ofiara rozwodu – ma zdolności i kompetencje do tego, by zacząć w pełni rozumieć swoją historię, a dzięki temu pożegnać się z mrocznymi emocjami z dzieciństwa.

Nie wiemy, jak ułoży się życie wspominanych w reportażu dzieci. Jednak czasami bardzo wyraźnie widzimy, jak toczą się dalsze losy samych rozwodników, kto co osiąga, jakim kosztem i do jak obrzydliwych działań się posuwając. W tle płaczą nieukojone dzieciaki, które zabiorą w dalsze życie wspomnienia, a większość z nich nie będzie miała szansy danej przez los wspomnianej wyżej ratowniczce górskiej – nie dowiedzą się, że ich dorosłe lęki są pochodną tego, co uczynili ich okrutni rodzice. Bo opisywany w „Zgotuję ci piekło” poziom barbarzyństwa wobec rzekomo kochanych dzieci chwilami zwyczajnie nie mieści się w głowie dojrzałego czytelnika. A musi się pomieścić w umysłach, które powinny zajmować się czymś zgoła innym, koncentrować na bodźcach tworzących fundamenty normalnego dzieciństwa. Mamy więc tu zarówno obrazy miłosnych pogorzelisk, jak i zrujnowanych dzieciństw. Nie wiem, co uderza w serce i wyobraźnię najbardziej. Na pewno istotne jest to, że autorka stara się zachować daleko idącą bezstronność wobec wszystkich aktów zła i że trzyma dystans do wybranego przez siebie tematu, choć jest to piekielnie (sic!) trudne. Paulina Socha-Jakubowska jako obserwatorka lub słuchaczka jest bardzo blisko pól przerażających bitew. Nie umie wcisnąć nikomu do ręki białej flagi. Ale nie ocenia, choć czytamy o kwestiach jednoznacznie złych. To książka paradoksalnie także dla tych, którzy tworzą szczęśliwe związki i wychowują kochane przez siebie dzieci. Pomyślcie, co dzieje się w innych rodzinach. Być może w domu obok waszego albo w mieszkaniu za ścianą.

Świetny i wieloaspektowy reportaż o zjawisku sankcjonowanym przez Polaków coraz częściej. Szkoda, że nie wszyscy mają pojęcie o tym, jak naprawdę potwornie czasem to zjawisko wygląda.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-02-24

„Kochając Sylvię Plath” Emily Van Duyne

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak Literanova

Data wydania: 25 lutego 2026

Przekład: Agata Ostrowska

Liczba stron: 464

Oprawa: twarda

Cena det.: 69,99 zł

Tytuł recenzji: Czuła badaczka

Tytuł tej książki można odczytać bardzo konkretnie, a przynajmniej ja tak zrobiłem. Emily Van Duyne wpłynęła na dość niebezpieczne wody morza narracyjnego. Jest to od początku do końca tekst o charakterze rozprawy naukowej, lecz jednocześnie intymny dziennik wyznania miłości do poetki, o której napisano tak wiele, ale najprawdopodobniej nie z taką czułością i empatią, jak robi to Van Duyne. Sama zresztą podkreśla w podsumowaniu, że książka o charakterze akademickim pisana przez wielbicielkę osoby, o której ta publikacja opowiada, jest „przepisem na katastrofę”. Łączenie rozważań badaczki i naukowczyni z prywatnymi opiniami, czasem szeroko rozwijanymi osobistymi przemyśleniami – to było ryzykowne i mogło się nie udać. 

A jednak się udało. „Kochając Sylvię Plath” to dowód na to, że korzystając z mnogości materiałów źródłowych, można stworzyć jednocześnie wspomnianą już rozprawę naukową, specyficzny esej, tekst o charakterze dziennika, jednak przede wszystkim skupioną na relacji Sylvii Plath z jej mężem książkę o tym, jak odczytywanie poezji może mylić, ile można z niej odczytać, jak na tym zarobić i w jaki sposób poetka, która zmarła w pełni świadoma warsztatu i możliwości twórczych, funkcjonuje teraz w formie kultu. Bo wydaje się, że o Plath napisano już wszystko. Van Duyne interesuje oczywiście, co już napisano, i mierzy się z tym z wyjątkową drobiazgowością. Analizuje teksty opiniujące życie i śmierć Plath, uzupełniając je lub łącząc ze sobą, gdy tworzy dany rozdział tej opowieści. Nie boi się trudności, nieuznania, kwestionowania tego, co stworzyła. Odwołuje się do badaczy trudnych i niezbyt jej przychylnych – jak na przykład Harriet Rosenstein, która ostatecznie nie zdecydowała się spotkać z Van Duyne. Brnie w kierunku, który sobie wyznaczyła. I ku wyjaśnieniu kilku niewyjaśnionych spraw.

Przede wszystkim tej, czy w poezji Plath naprawdę ujawniała całą gamę trudnych emocji. Pojawia się tu teza, że forma i treść twórczości poetki to zaledwie uchylone drzwi do jej prawdziwego wnętrza. Wnętrza poszukującego swobody i wolności, a także własnego domu – w znaczeniu przenośnym i dosłownym. Wnętrza, które w jakiś magnetyczny sposób przyciągnęło ją do człowieka, który pozostał jej wierny, ale dopiero po jej śmierci, we własnej twórczości nawiązującej pośrednio i bezpośrednio do relacji z Plath. Najważniejsza niewyjaśniona sprawa dla Emily Van Duyne to właśnie pełna ambiwalentnych uczuć, bardzo silnych i często wykluczających się nawzajem, relacja z Tedem Hughesem – człowiekiem oskarżanym tutaj o stosowanie przemocy wobec kobiety. A cała książka orbituje wokół kwestii przemocowych mężczyzn unikających konsekwencji i kobiet, które doświadczenia przemocy na wiele sposobów ukrywają. Podoba mi się bardzo czytelny fragment, w którym twórczyni podkreśla, że użyty formalnie w twórczości zwrot „fioletowy siniak” nie będzie żadnym symbolem, lecz rzeczywistym śladem po doznanej przemocy. Tak, jest tu cały czas szukanie konkretów – mąż testujący różnego rodzaju wyższość nad żoną.

Książka mocno w duchu feministycznym nie jest jednostronna. „Kochając Sylvię Plath” to nie rozprawa o tym, że Ted Hughes był potworem, a Sylvia Plath jedną z jego ofiar. Faktem jest to, że jako spadkobierca niewydanej twórczości swojej żony zarobił krocie na tantiemach i puścił w obieg utwory po prywatnej selekcji. Co ukrył, co zniszczył, co wyparł spośród treści przeczytanych po śmierci Plath? Zwłaszcza że niebawem samobójstwa dokonała jego kochanka, której twórczość, pochodzenie i mentalność także pozostawiły ślad na dalszym kreowaniu literatury przez Hughesa.

Co jednak wykreował w realnym życiu? Van Duyne mocno podkreśla, że bez względu na liczbę analiz naukowych, recenzji czytelniczych czy sposobów odbioru twórczości Sylvii Plath wciąż naprawdę nie wiemy, co się wydarzyło, choć fakty zna cały świat – młoda kobieta łyka leki nasenne, wkłada głowę do piekarnika, odkręca gaz, przed którym chroni swoje dzieci, zabezpieczając drzwi do pomieszczenia, gdzie się znajdują, i odchodzi z tego świata, pragnąc prawdopodobnie jeszcze wysłać list do swojej matki. Wiemy, że ma miejsce śmierć. Nie wiemy, jak wyglądało naprawdę życie wewnętrzne samobójczyni, a także – jak kształtowała się jej relacja z Hughesem. Van Duyne chodzi o pomijane albo niewystarczająco opowiedziane fakty. Ale jest też naukowczynią, w związku z tym zdecyduje się na schemat analizy tekstu źródłowego, którą poprzedzi własnym wprowadzeniem w dany problem, a potem to, co naukowe, interpretuje czasami zaskakująco, czasami zdradzając przy tym zbyt wiele uczucia, jakim darzy Sylvię Plath. Szkoda, że ktoś pokochał poetkę tak mocno dopiero po jej śmierci.

Związek z Tedem Hughesem był specyficzny. Najbardziej prozaiczne słowo do opisania relacji, która bardzo szybko przerodziła się formalnie w związek małżeński. A w nim Sylvia Plath znalazła się w kolejnym kręgu piekielnym. Interesujące jest to, jak autorka traktuje samego Hughesa. Jest to przecież książka o mężczyźnie stosującym przemoc wobec kobiety, która była tak rozpaczliwie samotna, że tej rozpaczy nie opisze właściwie nikt, nawet Van Duyne ma świadomość, że sama nie jest do tego zdolna. Wie jednak, w jakim kierunku poprowadzić narrację, by zbliżyć nas do sedna problemu – braku rozliczenia Hughesa za to, co zrobił swojej żonie, zanim ona zdecydowała się na odejście z tego świata. Nie wchodzimy do ich domu, nie oglądamy sypialni, nie jesteśmy świadkami kłótni i sposobów, w jaki Hughes dręczył Plath. Ta książka ma zaprezentować szerszy kontekst do rozmyślań o tym, jak destrukcyjne może stać się to, co przemilczane. A jednocześnie ile siły do dalszego przetrwania może dostarczyć. Plath pisała wiele, autorka podkreśla, że uznano, iż nawet histerycznie, że wcale nie jest ofiarą, że w jakiś sposób doprowadzała do takiego, a nie innego końca związku z Hughesem. Jej twórczość to nie ekstrawertyzm na sprzedaż. To jedynie fragment błagania świata o zrozumienie wewnętrznego cierpienia. Z pewnością przemilczała bardzo wiele. Dużo więcej przemilczeń odnajdziemy u Hughesa. A może bardziej kłamstw, które padały za życia Plath i po jej śmierci? W tym kontekście podoba mi się umieszczenie na początku książki słów z mojego ulubionego utworu Madonny „Life to tell”. Mam wrażenie, że „Kochając Sylvię Plath” to taka książka, która chce opowiedzieć życie takim, jakim było, a nie takim, jakie wynika z analiz, opinii, doświadczeń naukowych oraz czytelniczych i z odbioru twórczości Plath.

Oczywiście, że Emily Van Duyne sięgnie do tej twórczości. Wskazuje konkretne fragmenty „Szklanego klosza”, w którym jest mowa o okrucieństwie męża wobec Plath. Dociera do tekstów mało popularnych lub wielu nieznanych – jak „Widow”. Śledzi nie tylko to, jak przez lata kształtował się przede wszystkim naukowy odbiór twórczości Sylvii Plath, ale także tropy z tej twórczości, które według niej nie zostały dostatecznie dokładnie przeanalizowane. W kluczowym temacie – doświadczenia przemocy – głos zabiera tylko poszkodowana, jej oprawca milczy. Van Duyne nie używa mocnych słów, ale wystarczająco dosadnych, by pokazać, z jaką niesprawiedliwością wiąże się analizowanie przemocowego związku dwojga poetów, w którym nie ma po latach dwugłosu. Oboje nie żyją, ale zmarli inaczej, Hughes inaczej, lepiej się czuł ze swoim światem. Tymczasem autorka tej książki, podążając za głosem cytowanych naukowców i publicystów, pisze o ich „niesprawiedliwości epistemicznej” wobec Plath. Tylko dlatego, że to ona zabierała głos, a krzywdziciel nabierał wody w usta.

Gdy kończyłem lekturę, nasunęła mi się refleksja, że ta ogromna liczba podziękowań na końcu świadczy o tym, że  Emily Van Duyne, tworząc swoją pracę, otoczona była wieloma bliskimi, przychylnymi jej ludźmi. Oni wsparli ją w stworzeniu tej książki, są jej częścią, mieli w opracowaniu jej kształtu dużą rolę. Van Duyne otoczona była po prostu gronem osób wspierających. Analizując biografię Plath, do której włączane są wątki wykluczania z życia innych kobiet znajdujących się wokół niej, twórczyni tej opowieści ujawnia najbardziej bolesną samotność egzystencjalną. Tę, która pojawia się po doznanej krzywdzie i gdy za krzywdą nie idzie zadośćuczynienie. Całość jest bardzo ważnym głosem naukowym, publicystycznym i częściowo konfesyjnym – jak sporo wierszy Plath – o relacji, która zrujnowała wiele, bo zbudowana była nie na dobrych fundamentach, lecz w pogorzelisku, bo przecież stan psychiczny Sylvii Plath był bardzo skomplikowany, gdy wchodziła w opisywany związek. Czytelnicy wejdą w jej świat z bardzo różnych perspektyw – głównie badawczych. A ze strony na stronę coraz bardziej zrozumieją znaczenie tytułu i fakt, że to książka o tragizmie poznawczym i tragedii egzystencjalnej rozpisanej na kilka rozdzierających serce aktów. Aktów, które próbuje się opisać językiem naukowym. Ten wkroczy tu tylko fragmentarycznie, bo Van Duyne będzie stale mieszać style i gatunki. Ustawicznie podkreślając dramatyczną sytuację kobiet milczących w sprawie krzywd zaznanych od mężczyzn. Lektura poruszająca, niebywale smutna, ale jednocześnie udowadniająca, jak z miłości można stworzyć tekst naukowy o bardzo osobistym charakterze.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 


2026-01-26

"Grenlandia. Ulotny duch Północy" Paulina Tondos

 

Wydawca: Wydawnictwo Bezdroża

Data wydania: 7 stycznia 2026

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Opowieści z lądolodu

Grenlandia niewątpliwie jest teraz na ustach całego świata, więc Paulina Tondos nie mogła lepiej trafić z czasem opublikowania swojej książki. Poprzednio wydała dwie publikacje o Islandii, ale ponieważ żyłem tam prawie trzy lata, nie paliło mi się do tego, by przeczytać kolejną książkę o wyspie lodu, która w porównaniu do Grenlandii ma dużo silniejszy międzynarodowy PR, a jest on tak doskonale skonstruowany, że na maleńką Islandię rwą się po lekturze książek masy turystów, a potężną lodowatą Grenlandię omija się dosłownie szerokim łukiem – chyba że jest się pasażerem statku wycieczkowego, który zresztą cumuje także w Islandii, i to w kilku miejscach. Bardziej niż aktualność tematyki geopolitycznej (której autorka poświęca dużo miejsca na końcu publikacji) przyciągnęła mnie do tego tytułu burza – w dodatku z feministycznym tłem – która przed laty wybuchła między Iloną Wiśniewską a Adamem Jarniewskim.

Paulina Tondos nie jest pierwszą, która pisze o Grenlandii, podobnie jak wielu opisywało Islandię. Ciekaw jestem natomiast odbioru jej książki przez wspomnianą dwójkę. W tamtym sporze szło generalnie o to, że Jarniewski uważał, iż Wiśniewska opisuje nieprawdziwą Grenlandię. Padły zarzuty, że żyjący tam od lat Polak ze specyficznym charakterem zna wyspę lepiej i nie może znieść niekompetencji i indolencji Ilony Wiśniewskiej. Za autorką stała masa popleczników z jej ogromnym wydawcą włącznie. Jarniewski był właściwie sam. Teraz jest tak, że oboje napisali swoje książki o Grenlandii, więc ucichł spór o narrację o niej. Tyle że Wiśniewską czyta cała Polska, a Jarniewskiego – być może niesłusznie – nie, albowiem jedną ze swych książek wydał własnym sumptem, a tylko jedną zdecydowała się opublikować Muza.

Skąd ten wstęp? Pewnie stąd, że powyższe kłótnie i przekomarzania można by – banalizując i upraszczając – określić mianem konfliktu pod tytułem „Ja wiem więcej o tej wyspie, a ty piszesz o niej bzdury”. Tak się składa, że doświadczyłem ataków podobnej treści, gdy śmiałem opowiadać, jak odmienne są moje doświadczenia na prowincji Fiordów Zachodnich Islandii w porównaniu z tym, czego doznawali krytykujący mnie ludzie żyjący w regionie stołecznym. Nie wydaje mi się, aby książka Pauliny Tondos polaryzowała opinię publiczną, choć przyznać jej trzeba, że po tym, co napisała, nie nabiera się wielkiej chęci, by odwiedzić Grenlandię. I być może paradoksalnie jest to wartość najcenniejsza tej książki, albowiem są miejsca, które – mówiąc ogólnie – powinno się zostawić samym sobie, a o reszcie pisać tylko przez pryzmat własnych doświadczeń. Zupełnie inne były te Wiśniewskiej, która była na Grenlandii czasowo. Inne są Jarniewskiego, człowieka, który żyje tam na stałe i – co chyba najważniejsze – w innym niż opisywane przez Wiśniewską rejonie Grenlandii, założył tam rodzinę i jeśli nawet nie zna grenlandzkiej kultury i mentalności od podszewki, to jest o krok od tego, bo spędził na tej potężnej wyspie bardzo wiele lat i nie jest zwykłym przyjezdnym.

Przyjezdną jest Paulina Tondos. Podkreśla to, opowiadając, jak trudno czasem dostać się drogą lotniczą do Grenlandii z powodu zmieniających się i zwykle bardzo trudnych warunków atmosferycznych. Trudno jest także określić gatunek tej książki. Nie jest to klasyczny reportaż. Pojawia się jakaś rozmówczyni, w innym miejscu kolejna, ale zasadniczy tok narracji należy do autorki. Nie wiem, co to może być, bo mam wrażenie, że po pierwsze – nie ma tezy, a po drugie – tonie w ogólnikach i być może dzięki temu Tondos nie oberwie dlatego, że „inni wiedzą lepiej”. Autorka tylko dyskretnie zaznacza, w jakich miejscach była, przede wszystkim wspomina miejscowość Ilulissat. Ale to mimo wszystko bardzo ciekawie skonstruowana książka. Z jednej strony pełna informacji o kulturze, obyczajowości czy historii Grenlandii, które bez problemu można znaleźć w Internecie, z drugiej jednak – łączy encyklopedyzm z mroczną baśnią, którą czytając, możemy „przestraszyć się na śmierć”, ale przede wszystkim zrozumieć różnorodność małego narodu rozsianego po wielkim terenie. Tondos wychodzi od geologii, przeprowadza nas między innymi przez zagadnienia gramatyczne tamtejszego języka, by w końcu opowiedzieć kilka mrożących krew w żyłach legend i pokazać, jak trudno, naprawdę trudno żyje się Grenlandczykom na co dzień, choć starają się zachować pogodę ducha i dbają o to, by społeczności miały rodzinny charakter. Nieistotne, że czasami takie rodziny są patologiczne, a na Grenlandii mógłby się rozegrać niejeden zapierający dech w piersiach thriller psychologiczny. Mnie do tego miejsca przyciągnęła właśnie literatura piękna.

Zatem moje pierwsze prawdziwe literackie spotkanie z Grenlandią to nie był reportaż, lecz powieść. Poruszająca do głębi „Dolina Kwiatów” Niviaq Korneliussen to była książka, która mocno wryła mi się w pamięć. Stworzenie mrocznego klimatu na skutej lodem ziemi, gdzie często nie dociera słońce, a ludzie z samotności lub głodu postanawiają popełnić samobójstwo, byłoby banałem, czego Korneliussen uniknęła. Wprowadziła jednak taki rodzaj niepokoju, który spowodował, że o Grenlandii jako wyspie myślałem w bardzo specyficzny sposób. Paulina Tondos stara się dość dużo punktować, konkretyzować, nazywać po imieniu, uzupełniać po swojemu podania i legendy, ale nie szukać ścieżek interpretacyjnych. Nie chce subiektywności relacji jak Ilona Wiśniewska. Chce pokazać, jak bardzo skomplikowane jest życie na wyspie, która zapiera dech w piersiach rozmiarami i wciąż pozostaje niezmierzoną przestrzenią pełną mrocznych tajemnic dusz jej mieszkańców.

O nich też jest sporo. O ich biedzie. Niemożności wybicia się na niepodległość. Przeszkodach w dostępie do edukacji. Codzienności ubarwionej tradycją, ale zagrożonej przez alkohol, którego tuż po jego przywiezieniu z kontynentu autochtoni wcale nie lubili. Podoba mi się to, że analizując przeszłość, niekoniecznie tę dalszą (choć są tu też wikingowie!), Tondos przez moment rezygnuje ze swojego sprawozdawczego stylu i pochyla się nad dramatem tożsamości narodowej Grenlandczyków. Wspomina duńskie eksperymenty mające na celu uczynienie dzieci Inuitów pełnymi Duńczykami i opisuje, jak fatalne były skutki. Opowiada o tym, jak silne były i są zakusy mocarstw na ląd, który oczywiście jest cenny ze względu na znajdujące się tam surowce mineralne, ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy wciąż znajdują się pod presją innych narodów. Chcąc być sobą, coraz mocniej gubią się w tym, kim nie są. Tondos celnie punktuje wiele kwestii, kiedy swoje rozważania ukierunkowuje na to, co to znaczyło być Grenlandczykiem, co to znaczy teraz i co może znaczyć za chwilę, jeśli – co przecież bardzo prawdopodobne – wyspę siłą przejmą Stany Zjednoczone.

I chociaż sporo tutaj szkolnych określeń typu, że coś jest „nieziemskie”, choć korekta nie przyłożyła się do posprzątania literówek i choć na początku ta książka wydaje się zwyczajnie nudna, opowieść Tondos – wielowątkowa i niełącząca zasadniczo tych wątków – to solidna dawka interesującej wiedzy o Grenlandii, która jest tu specyficznym domem. Takim, którego nie chce się opuszczać, jest się zalęknionym, będąc wewnątrz, i nie ma się pojęcia, czy istnieje jakaś inna jego definicja. Interesujące jest też pokazanie, jak wiele ekscentryczności i obcesowości kryje się w inuickich wierzeniach i przekonaniach. Grenlandia sama w sobie to różnorodność, nieprzewidywalność i trochę ekscentryzmu właśnie. Walkę o nią, która rozgrywa się na naszych oczach, także można zdefiniować za pomocą tych określeń. Nie bójcie się tego, że Tondos chwilami jest zachowawcza i encyklopedyczna. Ona wam odsłoni kawał Grenlandii, słusznie kryjąc swą tożsamość. Żeby znowu nie było, że „ja bym to napisał inaczej i lepiej”.

---

Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ