Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-12-14

„Najlepiej dla wszystkich” Petra Soukupová


Wydawca: Afera

Data wydania: 23 października 2019

Liczba stron: 424

Przekład: Julia Różewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne napięcia

Nie dołączę do grona zachwycających się tą książką. Petra Soukupová – czeska specjalistka od portretowania ludzkich problemów i dylematów – proponuje tym razem męczącą i teatralną powieść. To drugie określenie wcale nie byłoby zarzutem, gdyby w takiej formule książka została skrócona. Tymczasem rozgrywa się w tym samym rejestrze stałego napięcia, formami komunikacji bohaterów są krzyki i wzajemne oskarżenia, czytelnik nie ma chwili, by od nich odetchnąć, i w gruncie rzeczy napięcie staje się nie do wytrzymania. A po pewnym czasie nuży, bo szybko można się zorientować, że Soukupová nie proponuje nic innego. Ta świetnie pomyślana opowieść o tym, że trudne więzi rodzinne są zawsze najsilniejsze, została zrujnowana tym, że stale utrzymuje bardzo napiętą atmosferę, nie dając ani bohaterom, ani tym bardziej czytelnikowi możliwości spojrzenia na sportretowane konflikty z jakiegokolwiek dystansu. „Najlepiej dla wszystkich” to także powieść z bardzo papierowymi postaciami. Interesująca jest narracja chłopca, w którym ogniskują się i odbijają konflikty dorosłych kobiet z jego otoczenia, ale same te kobiety nie są w żaden sposób interesujące. Jedna jest rozczarowana – zmęczona? – macierzyństwem, ale w płaskim rysie charakterologicznym nie ma żadnego niuansowania tego problemu. Druga po śmierci towarzysza życia kompulsywnie potrzebuje kogoś, kim mogłaby się opiekować, a jej codzienność to bezpieczna rutyna i rytuały. Również nie wejdziemy nigdzie głębiej i nie spojrzymy na tę bohaterkę z żadnego zaskakującego nas punktu widzenia.

To, co niewątpliwie było wyzwaniem dla tłumaczki, jest w gruncie rzeczy najbardziej irytującą, bo nie zawsze uzasadnioną, formą opowieści o dysfunkcyjnej rodzinie. Chodzi o mnogość zdań wielokrotnie złożonych, które oczywiście mają oddawać podkreślone już napięcie i zbliżać nas do bohaterek miotających się między miłością, przywiązaniem, niechęcią a poczuciem odrzucenia przez tę drugą. Nie wydają mi się one potrzebne w takiej formie i konstrukcji, widzi się tu ich nadmiar. Tym bardziej że mniej lub bardziej kameralne dramaty rodzinne koncentrują się na kilku wyraźnych problemach i nie wychodzą poza nie, a składnia jak najbardziej tak – usiłuje stworzyć wrażenie, że świat przedstawiony jest czymś bardziej ambitnym, niż to się wydaje.

Ciekawa narracja dziesięcioletniego Viktora to element powieści, który na pewno przyciąga uwagę. Tym bardziej że chłopiec jest naprawdę dobrze przedstawioną postacią. Ta narracja jest oczywiście naiwna, ale także rozwojowa. Viktor musi unieść na swoich barkach swoiste odium ze strony rodzicielki, lecz także zmierzyć się z dużo większą odpowiedzialnością, kiedy jego babcia podupada na zdrowiu. Viktor jest tu jednocześnie tęsknotami, żądaniami i oczekiwaniami. Zbyt wcześnie musi stać się dojrzały, by ujrzeć niedojrzałość własnej matki, a także zrozumieć uprzedzenia babki. Odesłany do tej drugiej początkowo wrasta w bunt i wściekłość, ale to zmiana środowiska będzie kluczowa dla kształtowania się jego tożsamości. Na Viktorze odbijają się emocje i nastroje dwóch kobiet, które powinny otoczyć go opieką, a nie zaskakiwać konfliktami. Zwłaszcza że krnąbrny chłopiec oczekuje od matki jeszcze pewnego intymnego rodzaju relacji (spanie w jej łóżku), a traktowany jest jak dojrzały mężczyzna, który powinien zrozumieć skomplikowane okoliczności i się do nich dostosować.

Wizerunek Hany, matki Viktora, jest już moim zdaniem bardzo uproszczony. Hana jest tym, co wewnętrznie przeżywa, i tym, co wykrzykuje, bo jest bardzo dynamiczna, stale skonfliktowana z matką i w zasadzie nieobecna dla czytelnika, gdyż poznajemy tylko jej przyzwyczajenia, idiosynkrazje i kilka podstawowych lęków, nie widząc niczego złożonego w tym, jak postępuje. Sankcjonuje się jakoś nawet zaskakująca decyzja Hany o oddaniu syna pod opiekę jej własnej matki. Wszystko dzieje się ewolucyjnie, bohaterka od początku do końca jest postacią bardzo czytelną i brakowało mi jakiegoś głębszego wglądu w jej emocje – poczynania i nawyki poznałem bardzo dobrze. Soukupová bliska była stworzenia postaci, która jest nieszczęśliwa, bo nie może wyjść poza stan bezradności. Kobiety, która zaprzecza owej bezradności momentami kompulsywnego silenia się na twardość, zdecydowanie i bycie całkowicie odpowiedzialną za swoje decyzje. Hana byłaby interesująca jako niespełniona matka, artystka, kochanka i córka, ale powodów tych niespełnień w zasadzie nie ma. Są nagromadzone frustracje i bojownicze nastawienie do rzeczywistości. Petra Soukupová nie mówi mi pod koniec książki o swojej bohaterce wiele więcej niż to, co opowiedziała na pierwszych kilkudziesięciu stronach.

Jeszcze gorzej ma się sytuacja z wizerunkiem Evy – seniorki usiłującej w racjonalny sposób porządkować rzekomy chaos życia swojej córki. Eva nie ujawnia żadnych emocji, które mogłyby wzbudzić zainteresowanie. Jest samotna, rozczarowana, porządkuje życie poprzez powtarzalne działania i dodatkowo serwuje dzięki temu dobrą kuchnię, której jadłospis – jakby w oderwaniu od egzystencjalnego mrocznego klimatu powieści – pojawia się jako specyficzny apendyks. Eva musi się także zmierzyć ze słabościami swojego ciała. Chociaż wykorzystywana – takie są sugestie – przez swoje dzieci, wciąż na nowo chce im zaufać i stale odbija się od muru niezrozumienia. Jest w tym wszystkim jednak bardzo statyczna i trudno zadać sobie pytanie o to, dlaczego jej relacje z dziećmi wyglądają w taki sposób. Petra Soukupová swoją seniorkę czyni kimś, kto z jednej strony gwarantuje pewien porządek w rodzinie, w której stale ktoś się z kimś ściera. Z drugiej jednak strony Eva jest pewnym tłem prawdziwych konfliktów. Jej dom to przestrzeń niedopowiedzeń. Nie jest jednak atrakcyjny dla czytelnika, bo jest jednocześnie domem, w którym wyrzuca się z siebie oczywiste frustracje i żale, nie oferując w zasadzie niczego w zamian.

Dlatego moim największym zarzutem wobec „Najlepiej dla wszystkich” jest uformowane we mnie poczucie, że jest to opowieść portretująca napięte relacje rodzinne, ale niegotowa w żaden sposób, aby te relacje uczynić czymś interesującym. Zbyt szybko i zbyt przewidywalnie zmierza się tu ku katharsis. Nawet niecodzienny wizerunek zagubionego chłopca przestaje być czymś niezwykłym, bo zlewa się z tłem oczywistości i – niestety – banału. To jest taka książka, w której można ujrzeć swoje prywatne złości, kłótnie, niedopowiedzenia i nadmiar wyrzucanych z siebie podczas utarczek słów, ale dla mnie to za mało, by się jakoś zidentyfikować z przesłaniem. Za dużo tu teatralności, niewiele pogłębienia psychologicznego motywacji działania bohaterów, ale przede wszystkim problem jest to, że Soukupová chciała chyba opowiedzieć o trzech indywidualnościach, które wywołują konflikty, ale opowiedziała o tym, że czasem w życiu jest pod górkę, ludzie się kłócą, lecz zawsze tak czy owak dojdą do porozumienia, bo są rodziną. Przyznam, że to zdecydowanie za mało, i choć starałem się czytać uważnie, pomiędzy kolejnymi scenami ataków słownych i opowieścią o bolesnym impasie pośród niezrozumienia nie odnalazłem niczego poza powtarzalnością zdarzeń, która w gruncie rzeczy uczyniła z książki o mentalnych rozstaniach i powrotach proste w obsłudze jo-jo, które w dodatku chyba się psuje. Nie ratuje tego wszystkiego nawet intrygująca fraza końcowa „wszystko przed nami”. Soukupová proponuje powieść, która może się spodobać, bo jest faktycznie o prawdziwym życiu, ale niewiele w gruncie rzeczy opowiada o tym, skąd biorą się nasze animozje i toksyczność relacji, które zacieśniają się wprost proporcjonalnie do napięcia, jakie jest w nich zawarte. Spore rozczarowanie.

2019-12-11

„Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach” Czarek Borowy


Wydawca: Tourist Baggage Re-eksport Publishing

Data wydania: 15 listopada 2019

Liczba stron: 402

Oprawa: twarda

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Tożsamość, podróże i społeczność

Dawno nie czytałem tak dynamicznej i żywiołowej książki. Czarek Borowy postanowił zebrać najważniejsze życiowe wspomnienia i skonfrontować je z przeżyciami, których doświadcza, odwiedzając swoje ukochane Indie po latach. Powstaje z tego bardzo interesująca proza konfesyjna. Z jednej strony ma być rozliczeniem z samym sobą, z drugiej natomiast opowiada o kształtowaniu się tożsamości autora. Kiedyś dzieciaka z biednego kraju komunistycznego, który chciał być Arkadym Fiedlerem, a został indyjskim „przewalaczem”, wybierając ze swym PRL-owskim paszportem nieoczywisty w latach osiemdziesiątych minionego stulecia kierunek podróży. Borowy opowiada oczywiście o własnych doświadczeniach, ale ta książka to hołd złożony dawnym przyjaciołom. Ludziom, którzy stworzyli wyjątkową grupę w dalekich Indiach. To historia ich serdeczności oraz solidarności, która przeciwstawia się stereotypom twierdzącym, że Polacy za granicą nie trzymają się razem. W czasach, do jakich wraca autor, to trzymanie się razem było ściśle związane ze specyfiką zajęcia, ale opisani ludzie nie tylko latali samolotami między Indiami a Singapurem czy Nepalem, przemycając sprzęt elektroniczny, a potem złoto. Stworzyli również niezwykłą społeczność i choć później zmienili zajęcie, status majątkowy, stan cywilny czy zainteresowania – Czarek Borowy uznaje, że należy im się ta opowieść. Jego opowieść o przywiązaniu do miejsca i o tym, dlaczego wciąż określać się może, nie tylko w Indiach, „królem życia”.

Niepokój wzbudzać może moralny aspekt opisywanych działań. W końcu to przemytnictwo, działalność niezgodna z prawem. Autor w bardzo ciekawy sposób odnosi się do tego w zakończeniu. To, co robił i jak myślał, na zawsze ustawiło jego życiowe priorytety, ale przede wszystkim pozwoliło pokochać Indie miłością szczerą i bezwarunkową. Chyba nikt nie mógł lepiej zrozumieć indyjskich absurdów i zawiłości codziennego życia niż turysta z kraju, gdzie dogorywał system komunistyczny. Indie mają tu wiele oblicz. To kraj, w którym wegetarianizm to wyraz empatii, nie mody. Miejsce, gdzie po osiemnastej zapada zmrok i na ulicach rządzą już tylko dzikie psy. Kraj pokornej śmierci, w którym nie słychać sygnałów karetek pogotowia. Najbardziej uduchowiony, potwornie przeludniony, bardzo kolorowy i dumny z tego, że nie musi już odczuwać podległości wobec białych ludzi. To właśnie obrazowanie tego, jak funkcjonują brytyjsko-indyjskie rozliczenia postkolonialne, jest najciekawszym socjologicznym i politycznym aspektem tej książki. Borowy swą miłość do Indii wyraża poprzez wielki szacunek. Dla tego kolosa, który jest i ofiarą historycznego wykorzystywania, i jednym z najbardziej nieprzewidywalnie rozwijających się krajów na świecie. Specyfikę Indii podkreśla także ich położenie – geologicznie wyznaczone granice między nimi a pozostałą częścią Azji, które nasuwają autorowi skojarzenia z ósmym kontynentem.

Opowieść ta zmierza ku specyficznemu zespoleniu wspomnień ze współczesnymi refleksjami podróżniczymi. Obserwujemy zatem, jak zmieniło się życie w Indiach na przestrzeni kilku dekad, ale także czytamy o tym, co nieustannie i bez zmian przyciąga do tego kraju podróżników. Czarek Borowy ukształtował swą świadomość jako młody człowiek mierzący się z lukami systemu. Musiał być sprytny i przebiegły, ale był przede wszystkim w takiej formie ruchu, która wyzwalała w nim niezwykłą adrenalinę. Ta już opadła, jednak wspomnienia wciąż są żywe. Domagały się spisania. „Spowiedź Hana Solo” to też po części bezkompromisowe rozliczenie z absurdami świata tak w ogóle. Uzupełnione o historie pokazujące, jak silne więzi z rodakami można stworzyć w kraju, w którym przecież tak bardzo liczy się obecność drugiego człowieka obok.

Borowy w niektórych fragmentach bawi do łez. Pisząc o tym, jak przemyca się banknoty, jak uczono Hindusów pić indyjską herbatę, czy o tym, w jaki sposób dopasować czas samolotowego rejsu do przemytniczych potrzeb. Obok dowcipnych wspomnień takich jak to o wyścigu rikszami pojawia się także sporo egzystencjalnej refleksji nad upływem czasu i nad formą, w jakiej ludzka solidarność potrafiła dawniej przeciwstawić się jego upływowi. Inaczej Borowy oddychał Indiami w latach osiemdziesiątych, inaczej oddycha nimi dzisiaj. Ale to z pewnością miejsce, z którego wydobył się taki, jakim był później, kiedy Polska zaczęła jednak dawać szansę na życiowe urozmaicenia, ale przede wszystkim otworzyła się na możliwości.

Świetne jest to, że w „Spowiedzi Hana Solo” częsta dygresyjność jest bardzo barwna, w żaden sposób nie nudzi. Każde z opisywanych zdarzeń przedstawione jest niezwykle plastycznie, ale urok tego przedstawienia tkwi przede wszystkim w języku. Liczne kolokwializmy – nawet te powtarzane – przyciągają do tekstu. Dodają tej narracji specyficznego sztubackiego uroku. W języku tkwi autorska świadomość tego, po co opowiadać te wszystkie historie. Borowy ma swój styl opowiadania indyjskich doświadczeń i jest to książka bardzo spójna językowo. W tym wszystkim jawi się jako znakomity obserwator egzotycznej różnorodności. Zwraca uwagę na to, że by poznać Indie, trzeba poczuć ich rytm – przyjrzeć się ulicy i chłonąć jej różnorodność. Podobnie różnorodna jest ta książka. Może być odczytywana jako kronika podróżnicza, może być pamiętnikiem, ale w moim odczuciu najlepiej chyba wypada jako opowieść o absurdalności i jednoczesnym uporządkowaniu życia w świecie, w którym rządzą deficyty. W komunistycznej Polsce brakowało może czegoś innego niż w Indiach sprzed dekad. Czarek Borowy opowiada jednak o zyskach albo odzyskiwaniu tego, co ważne. Przede wszystkim jednak o przyjaźni, jaką stworzyły zaskakujące zbiegi okoliczności.

„Spowiedź Hana Solo” to z pewnością książka wielu odczytań. Z konkretnie nakreślonymi kontekstami, ale w pewien sposób uniwersalna, kiedy mówi o tym, czym może być ludzka tożsamość. Dająca dużo przyjemności, bo fabularnie rozmywająca się trochę, a jednocześnie spójna jako opowieść o życiowych optymizmie i wigorze. Zabierająca nas w inne realia, ale pokazująca, że pod każdą szerokością geograficzną ludzka niedola może być taka sama, a więzi braterstwa tworzą się w podobnych okolicznościach. Czyta się to wszystko z wielką frajdą, bo Czarek Borowy to świetny opowiadacz. W tej książce – wraz z dołączonymi do niej zdjęciami – ciekawie łączą się nonszalancja i czułość do wspomnień. Bycie twardym i bezkompromisowym z wyjątkową formą męskiej wrażliwości. To narracja o przygodzie życia, ale także opowieść o tym, że życie zawsze będzie przygodą, jeśli odnajdzie się w nim swoje ukochane miejsce i zrozumie, co najbardziej przywiązuje. Borowy pisze o marzeniach, tęsknotach, zdziwieniach i euforiach. Wszystko w malowniczym plenerze kraju nędzy i wielkiego optymizmu jednocześnie.

2019-12-05

„Czernucha” Antonina Kardaś


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 27 listopada 2019

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Odcienie smutku

Kończy się niewątpliwie bardzo dobry rok dla Korporacji Ha!art. Wraz z deszczem zasłużonych nagród dla „Psów ras drobnych” Olgi Hund wiosną ukazał się w tej oficynie znakomity debiut powieściowy „Dziwka” Anny Mazurek. Kiedy wszystko wskazywać mogłoby na to, że ten wydawca niczym już nie zaskoczy, pojawia się „Czernucha”. Opowieść petarda. Rzadko pozwalam sobie na takie etykiety, ale czyta się to jednym tchem i po lekturze ma się wrażenie, jakby ktoś dość mocno zaingerował w to, jak funkcjonuje nasz umysł i zdrowy rozsądek. Niebywale frapująca językowo, szorstka i bezkompromisowa, ale przede wszystkim mocno zapadająca w pamięć, bo oddająca ludzkie lęki, frustracje, idiosynkrazje i wewnętrzne udręki w polifonicznej formie tak różnych od siebie tekstów, że jedyne, co winienem autorce, to wielki ukłon za to, jak swobodnie i z rozmysłem porusza się po rozmaitych ścieżkach językowych.

„Czernucha” jest zbiorem opowiadań, ale można dopatrywać się w niej cech powieści. Ważna jest klamrowa kompozycja książki – zaprezentowanie losów jednej z bohaterek w dwóch odmiennych konwencjach. Powstają dwie historie życia wydostające się z tej samej traumy. Kardaś udowadnia, że powiedzenie „każdy jest kowalem własnego losu” nie jest archaicznym i banalnym zwrotem, który stał się trochę wyświechtany, i że zbyt często nie stoi za nim świadomość tego, iż to właśnie my sami możemy stoczyć z życiem najcięższe boje. Innym bohaterom tej książki walka o własne szczęście i samostanowienie nie wychodzi. Pojawiają się motywy samobójstwa – jedno w realistycznej konwencji monotonnego opowiadania niezapowiadającego dramatu, drugie w dynamicznej i groteskowej fantazji o tym, jaki nieporządek pozostawia po sobie roztrzaskana na asfalcie głowa samobójczyni. Ale to, co przykuwa uwagę do tej książki, to zmienność perspektyw i sposobów opowiadania, w jakiej klatce emocji możemy sami siebie umieścić. Jak bolesne jest tkwienie w niej i jak doskonale programujemy mechanizmy emocjonalne, które każą nam czuć się źle w swoim życiu.

„Czernucha” to książka odważnie atakująca czytelnika. Trochę jest tak, że debiutantka bierze sobie czytających za jeńców – mają się światom przedstawionym z uwagą przyglądać, ale przede wszystkim przysłuchiwać. Bohaterami są ludzie w różnym wieku, różnego statusu, z różnymi życiowymi przeżyciami, wszyscy podkreśleni jedną czarną kreską melancholii i wewnętrznej rozpaczy. Ważniejsze jest jednak to, jak opowiadają swoje życie. Czasem bezpośrednio w pełnych egocentryzmu monologach. Czasem za pomocą dramatycznych dialogów, do których nie zostaje dodane ani słowo komentarza – jak w tekście „Rozmowy nad Wisłą”. To właśnie ten fragment „Czernuchy” jest najbardziej ekspresyjny, ale z równą siłą uwagę przykuwa także stonowana narracja o kobiecie w sidłach samokontroli. „Czemu wciąż jest czwartek” boleśnie uwiera tak samo jak rozkrzyczane „Rozmowy nad Wisłą”. Kardaś wie, że zbliżyć się do bohatera to wydobyć najbardziej dla niego wstydliwe emocje na wierzch. Tutaj mamy operacje na żywych tkankach, a nerwy są uwypuklone, nieosłonięte, narażone na bolesne uderzenia świata zewnętrznego. Nieważne, czy jest mowa tylko o zgorzknieniu, czy też o groźnych obliczach depresji, czy też po prostu o rozczarowaniu prozą życia; autorka tej książki wie, jak zintensyfikować ból istnienia swoich bohaterów, a jednocześnie – jak skutecznie uderzyć tym bólem w czytelnika.

Wydaje się, że bohaterowie „Październikowego mężczyzny” czy „Przeciętnego tygodnia nieprzeciętnego człowieka” nie mają żadnych szans na polepszenie życia. Też chyba nieprzypadkowo są to mężczyźni, dużo bardziej bierni w tej książce od kobiet. Cechujący się pewną, lecz jednocześnie złudną omnipotencją – wiedzą doskonale, jak zniszczone zostało ich życie, i nie pozostaje w nim nic, co można byłoby odbudować z gruzów. Rozpaczliwymi sposobami ratunku są albo pogarda dla świata, albo wycofanie się z niego w sferę powtarzalności, fizjologii czy mechanicznego odtwarzania tego, co rzekomo potrzebne organizmowi. Trudno złapać oddech po lekturze wspomnianych opowiadań. Ale Antonina Kardaś wie, że nie o odcienie smutku i beznadziei chodzi w tym zbiorze tekstów, bo choćby nie wiem jak mocno bohaterowie wypierali się prawa do szczęścia i radości, jest w tych zdaniach, dobranych świetnie stylistykach i różnorodnych formach opowiadania nieszczęścia pewien literacki wigor. „Czernucha” wbrew tematom i przedstawianym sytuacjom jest książką pełną witalności językowej.

Dynamizm i siła tego intrygującego debiutu rozpina się między skalą obserwacji rzeczywistości czytelnika a subiektywnym jej odbiorem przez udręczonego bohatera. To bardzo ciekawe zderzenie i interesujące doświadczenie czytelnicze. Górujemy gdzieś nad wszystkim, o czym czytamy, i chętnie przyłożylibyśmy temu i owemu, żeby wziął się w garść, ale widać u Kardaś jednocześnie portretowanie tych wszystkich emocjonalnych klinczów, w jakich znajdują się jej bohaterowie. „Czernucha” to także opowieść, w której warto zwracać uwagę na poszczególne tropy. Choćby na ten, kto i dlaczego maluje. Konstrukcja książki każe spojrzeć na nią jak na opowieść z głębi egzystencjalnego piekła, bo autorka podzieliła ją na części o przejmujących tytułach – takich jak „Zaraza”, „Śmierć”, „Głód” czy „Wojna”. Zapowiada zatem stany jakiegoś bardzo intensywnego przeżywania. Opowieści z tych rejonów emocji, w których dominuje często paniczny strach. Bohaterowie tej książki boją się świata, ale czytelnik może odnieść wrażenie, że bardziej przerażający są oni sami – niezdolni do elementarnej choćby formy autorefleksji, tonący w coraz większych neurozach, które sami w sobie hodują. Nie wszystko jest jednak tak oczywiste. „Czernucha” to też książka, która potrafi wydobyć świetny czarny humor z najbardziej nawet mrocznych tematów. Zapada w pamięć tym, że jest tak niesłychanie dynamiczna.

U Antoniny Kardaś każde słowo ma drażnić, prowokować, ale jednocześnie jakoś mocno wbijać się w świadomość. Są nawet całe zdania, które od razu się zapamiętuje, chociaż wcale się tego nie chce. Niezwykła wrażliwość autorki i jej zmysł obserwacji idą w parze z niepokorną buńczucznością. Wychodzi z tego książka naprawdę niezwykła. Można opowiedzieć o sfrustrowanych bohaterach literackich, nie męcząc jednocześnie czytelnika swoją jednowymiarowością. Tutaj jest ona fascynująca i niezwykła, choć nie ma w zasadzie żadnej opowieści, w której cokolwiek – poza ogromem bólu bohaterów – mogłoby nas zaskoczyć. Mam nadzieję, że Kardaś uporządkuje w przyszłości swoją swobodę językową i zdecyduje się na równie godną zapamiętania narrację jednego nurtu. Póki co można traktować „Czernuchę” trochę jak eksperyment literacki – tak jak jako eksperyment widzą swoje życie zdegradowani na własne życzenie bohaterowie książki. Można jeszcze opowiedzieć ludzki smutek i ludzką frustrację w taki sposób, że naprawdę chce się o nich czytać. To z pewnością jeden z ciekawszych debiutów literackich i – miejmy nadzieję – literacka nadzieja na przyszłość.

2019-12-02

„Dzieci Kronosa” Siergiej Lebiediew


Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 24 października 2019

Liczba stron: 442

Przekład: Grzegorz Szymczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Pamięć przodków

Trudno po takiej książce, jaką jest „Granica zapomnienia”, napisać coś równie doskonałego. Dlatego jakkolwiek odczytywać „Dzieci Kronosa”, mając z tyłu głowy mistyczne wręcz doznanie lektury debiutanckiej powieści Siergieja Lebiediewa, w każdym porównaniu będzie ta książka wypadać gorzej. A może inaczej, choć widać, że to próba odważnej kontynuacji tematyki „Granicy zapomnienia”. W tej powieści autor skupi się na penetracji lat od drugiej połowy osiemnastego wieku po czasy zaraz po drugiej wojnie światowej. Trochę tak, jakby z Rosją radziecką rozprawił się już w debiucie, a tym razem chce stworzyć coś nowego, choć to dalej gorzka opowieść o tym, jak boli i uwiera go ojczyzna, z zaskakująco współczesnym wątkiem kreowania, oceniania, deprecjonowania i atakowania kogoś uznanego za obcego. Brakuje mi w „Dzieciach Kronosa” opowieści o najbliższym przodku bohatera, o losach i czasach jego ojca. Ale Lebiediew doskonale waży proporcje swojej ambitnej książki o tym, że nie jesteśmy znikąd i choć XXI wiek zaciera pojęcie tożsamości kulturowej czy narodowej, choć łatwo dziś być po prostu obywatelem świata bez wikłania się w tożsamościowe pułapki, zawsze powinniśmy sobie zadawać pytanie o to, jacy ludzie i jaki kraj stworzyli nas takimi, jakimi jesteśmy dzisiaj.

To ponownie narracja o istocie pamięci. O tym, że pamięć może być przekleństwem, ale tylko poprzez pamięć można zdefiniować swoje miejsce. Tym razem bohater prowadzący nie jest tak plastycznie zindywidualizowany, jak miało to miejsce w „Granicy zapomnienia”. Co więcej: Kiryłł chwilami zdaje się tylko autorskim zabiegiem mającym opowiedzieć mroczny czas przez pryzmat zdziwienia kogoś, kto odkrywa tajemnice swoich przodków, ich pochodzenia oraz nieszczęśliwego fatum. Nie jest to zatem pełnokrwista postać, raczej obsesyjny poszukiwacz. Ktoś bez właściwości, kto próbuje określić właściwość historii ludzi ze swojej rodziny i zadać pytania o to, kim jest ofiara historii, jak boleśnie i nieświadomie może stać się elementem machiny zniszczenia w dziele ludzkiego zła. Kiryłł nakreślony jest bardziej jako przedstawiciel pewnego pokolenia. Ludzi, którzy wkraczali w dorosłość wówczas, gdy Rosja transformowała się w niewiadomym kierunku, bez sentymentu żegnając ZSRR, ale i bez większych nadziei oraz planów spoglądając w przyszłość. Dla Kiryłła przyszłość będzie tym, co wydobędzie z historii. Nie chce być jednym ze swojego pokolenia, które nie rozumie życia w tak opresyjnym państwie, jakim kiedyś była Rosja. A może nie chce być kimś, kto bezrefleksyjnie przejmuje traumy, a wraz z nimi właściwości charakteru, z powodu których bycie dzisiaj Rosjaninem to również zagadkowa i mroczna sprawa. Lebiediew konstruuje bohatera, który będzie podążał tropami członków swojej rodziny – w sensie dosłownym, ale także poprzez analizę zapisanych śladów po nich. Zobowiąże się do tego przed śmiercią swojej babki, która wyzna mu tajemnicę rodzinnego pochodzenia. Niemieckie nazwisko stanie się punktem wyjścia do skrupulatnej i metodycznej podróży odsłaniającej przeszłość. Kiryłła właściwie w niej nie będzie. Pojawi się sprawozdawczy ton, który wypiera tak wspaniałą poetyckość Sergieja Lebiediewa.

Powieść chyba na tym traci, choć jest tak samo wyrazista i bolesna jak „Granica zapomnienia”. Kiedy czyta się pierwsze zdania i wchłania tę subtelną impresję o krajobrazie świata po burzy, ma się nadzieję na powrót do znajomej frazy. Ale to tylko początek książki pisanej przez Kiryłła. Potem „Dzieci Kronosa” przybierają formę kroniki, opowieści detektywistycznej, trochę sensacyjnej, a nawet mającej znamiona prozy podróżniczej. Tymczasem motyw podążania w przeszłość nie niesie jakichś bardzo odkrywczych wniosków. Lebiediew analizuje kondycję jednostki w zderzeniu z piekłem systemu opartego na uprzedzeniach. Portretuje, jak niemieccy przodkowie tracili godność i prawo do bycia sobą pośród Rosjan wciąż na nowo kreujących w swojej wyobraźni widmo wroga, obcości i konieczności dzielenia społeczeństwa, oddzielania jednostek wrogich i złych. Ta powieść opowiada jednak o złu wyborów w taki sposób, że splata naznaczone cierpieniem i niepewnością losy poczciwych ludzi, dla których zmieniające się sojusze polityczne i buzujące tło społeczne były chwiejącymi się drogowskazami – ich życiowe drogi stawały się bowiem wciąż próbami kamuflażu. Jednym udało się przetrwać dłużej dzięki zachowawczości. Inni od początku wiedzieli, że za bycie sobą grozi śmierć. Ale w tej opowieści rodzinnej Lebiediew przede wszystkim odmalowuje oblicze zmieniającej się Rosji. Posługuje się mocnymi metaforami – jak ta gnijącego mięsa – ale potrafi również opowiedzieć o nieszczęśliwych zbiegach okoliczności i nieszczęśliwych ludziach, którzy nie zasłużyli na nie.

Autor nie porzuca poetyckiego rozmachu, gdyż są fragmenty, w których brutalność i bezkompromisowość faktów ulegają konstrukcji nieoczywistych zdań, jakie o nich opowiedzą. Zastanawia mnie również dobór tytułu tej powieści, który oczywiście czytelnie obrazuje pożeranie przez historię oraz heroiczne, zeusowe próby wydobycia z niepamięci dzieci tej historii, którym Kiryłł poświęca absolutnie cały swój czas oraz energię. Oryginalny tytuł odnosi się jednak do ważnego dla Kiryłła wspomnienia. Do Sierżanta, który strzelał do gęsi, albowiem widział w nich Niemców, wiecznych wrogów. To symboliczne wspomnienia o człowieku, którego dusza „skamieniała”, i butnym gąsiorze, za którym stali nieświadomi niczego opierzeni przodkowie, bardzo czytelnie zaznacza się w całej opowiadanej historii. Lebiediew wyraźnie zaznacza: „nie ma pamięci – nie ma strachu”. Ale wszędzie mogą pojawić się opętani szaleństwem przeszłości Sierżanci i nieświadome zagrożeń gęsi, które nie muszą pamiętać, nie chcą, nie mają czego.

Kiryłł za to pamięta dzieciństwo pośród domowych antyków. I wie, że aby zrozumieć ich znaczenie po latach, musi oddać się poszukiwaniom. Musi opisać i nazwać cierpienie ludzi, którzy chcieli związać się z Rosją jako nową ojczyzną, ale doświadczyli w niej przede wszystkim grozy niepewności swojego losu. To książka bardzo dosadnie sugerująca, że każdy z nas ma moralny obowiązek odkryć i nazwać trudności życia swoich przodków. Kiryłł wie to, co autor podkreśla – „los może trwać nawet poza śmiercią”. I tu ożywa wszystko to, co jest już tylko bolesną przeszłością. Lebiediew doskonale stopniuje napięcie. Nie nuży dygresjami o kolejnych odgałęzieniach rodzinnego drzewa genealogicznego. „Dzieci Kronosa” to powieść bardzo spójna i szczególnie czytelna. Ujawnia momenty, w których zło wytyczyło kształt świata, i demaskuje ten kształt, sugerując, jak wiele może się powtórzyć. Ta powieść to sięgająca głębi rozpaczy anatomia ludzkiego strachu, strachu społeczeństwa oraz państwa, ale przede wszystkim mroczne memento tego, że powtarzalność doświadczeń i sytuacji jest czymś, na co nie mamy wpływu. Możemy jednak uniemożliwiać mroczne powtórki z nienawiści i uprzedzeń. Głęboka i mądra powieść o „sieroctwie martwych” i o tym, że żywi wciąż nieświadomie kroczą w jakiejś przestrzeni zapomnienia tego, kim są – dla siebie i państwa. Surowość idzie w parze z nadzwyczajną zdolnością do niuansowania tego, co w przeszłości Rosji było przerażające, a co może przerażać i dzisiaj. Bez względu na rozmiar czytelniczego rozczarowania po „Granicy zapomnienia” ta powieść również na zawsze pozostanie w pamięci.