2024-05-21

„Tajni dyrygenci chmur” Wioletta Grzegorzewska

 

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.

Data wydania: 15 maja 2024

Liczba stron: 272

Oprawa: twarda

Cena det.: 46,99 zł

Tytuł recenzji: Melancholia minionego

Wioletta Grzegorzewska swoją nową powieścią powraca do tematu, który podjęła przed dekadą. W zasadzie go uzupełnia. Nie pisze na nowo, lecz z innej perspektywy. „Tajni dyrygenci chmur” to rzecz udowadniająca, że w twórczości pisarzy czasem jeden okres jest najważniejszy i domaga się powrotu z kolejną książką. Tylko że Grzegorzewska wszystko robi subtelnie, pięknie literacko i bez żadnej nachalności ani niczego, co mogłoby być monotematyczne, a co jest takie w przypadku wielu polskich twórców piszących wciąż na nowo tę samą powieść. Czy można czytać nową narrację autorki bez znajomości „Guguł”? Jak najbardziej. Bo to, co pisarka opowiedziała o własnym dorastaniu, dojrzewaniu do samoświadomości i na temat określania swojej przynależności, jest tu powtórzone o tyle, o ile konieczne jest nakreślenie fundamentów, od których Grzegorzewska wychodzi. Jako emigrantka, kobieta w wiecznej podróży, chce po raz kolejny pochylić się nad momentem, w którym w swą życiową drogę wyruszyła. Czyli wracamy do wsi Hektary i do ludzi zaprezentowanych już w „Gugułach”. Nawiązując do tego tytułu, można by powiedzieć, że formalnie i literacko guguły Grzegorzewskiej dojrzały. Przed dziesięcioma laty był to skromny zbiór opowiadań, w którym jeszcze melancholia nie była tak widoczna jak w „Tajnych dyrygentach chmur”, jak również więcej było o samych ludziach, mniej o ich nieoczywistych powiązaniach ze światem natury, wierzeń, ale również z takim, a nie innym systemem polityczno-społecznym. Teraz otrzymujemy powieść i uzupełnienia w tych miejscach, które kiedyś były enigmatyczne. Albo domagały się dopowiedzeń. Bo widać, że to nie jest obsesja tematu, lecz dowód na jego kreatywne wykorzystanie po raz kolejny.

Zatem tym razem nie mała Loletka, lecz dorastająca Lola oprowadza nas po świecie, w którym wszystko wydaje się jednocześnie boleśnie prozaiczne i magicznie nierealistyczne. To znakomite połączenie elementów sprawozdawczych, sentymentalnego stylu wspomnieniowego oraz elastyczności w asocjacjach – to, co wydaje się oczywiste, na kartach tej powieści staje się co najmniej dwuznaczne. Albo ucieka definicjom, bo ta opowieść jest przecież historią tego, na ile sposobów i jak intensywnie młoda dziewczyna chce uciec przed czymś, co przecież też kocha, bo jest częścią jej tożsamości. Zatem nastoletnia Lola wstydzi się po pewnym czasie rodzinnej biedy, braku wykształcenia, dobrych manier, niemożności zdobycia pewnych umiejętności prospołecznych. A przecież dom rodzinny Loli to galeria charyzmatycznych postaci, pośród których wyróżniają się ojciec i dziadek. Ludzie sportretowani już w „Gugułach” tutaj wracają, autorka zaś opowiada o nich na nowo, inaczej i być może jeszcze wyraźniej.

O ile metaforą zbioru opowiadań sprzed dekady była niedojrzałość owoców, o tyle – szukając paraleli w podobnej sferze – tym razem znaczenia symbolicznego nabiera brukiew. Określana w powieści oczywiście innym słowem, bo Grzegorzewska dba o regionalizmy i ukazywanie niezwykłości konkretnego świata, z bardzo wyraźnym adresem. Zatem brukiew, która jest warzywem pełnym witamin, ale oddawana jest zwierzętom, bo wygląda nieestetycznie i nie kojarzy się z niczym dobrym jako składnik posiłku dla ludzi. Tutaj sama Lola może być jak brukiew: pełna tego, co cenne dla innych, lecz niezauważalne. Nieprzystawalna. Oddalana. Określana jako inna, choć właściwie nikt nie wytyka wprost dziewczynce tego, że świat bardzo różni się od niej samej i nie przystaje do pragnień i oczekiwań. Dlatego jest to ciekawa powieść o wartościach ukrytych. Także o tym, jak niewiele może wiedzieć otoczenie o nas samych, jeśli my nie jesteśmy w stanie poznać siebie. Lola poznaje się głównie poprzez smutek rozpisany tu na kilka ciekawych symboli. Wspomniałem wcześniej o melancholii. Bohaterka książki nie osuwa się w melancholijny mrok, ona stara się nim otoczyć wszystko, czemu się przygląda i co próbuje zrozumieć.

Bo podstawowym doświadczeniem egzystencjalnym Loli jest niepokój. W domu rodzinnym wszystko ma swoje miejsce, wszystko do czegoś przynależy, ta okrutna dla Loli utylitarność ukształtowała się nie tylko przez związki z komunizmem, lecz również przynależność do określonej struktury społecznej, klasowej, jak również do miejsca. Miejsce oglądamy nie z tej perspektywy, z której widzą je zapracowani członkowie rodziny Loli tak mocno skupieni na codziennych czynnościach związanych z przetrwaniem. Dziewczynka spogląda w niebo. I nieprzypadkowo opis nieba rozpoczyna tę cudownie delikatną powieść o okrutnych doświadczeniach: śmierci, przemocy seksualnej czy wyobcowania rówieśniczego.

„Tajni dyrygenci chmur” to opowieść o wrażliwym dziecku, które musi wziąć na siebie największe egzystencjalne ciężary tylko ze względu na swą wyjątkowość. Dlatego Grzegorzewska wychodzi od opisu konkretu, a przechodzi w rejestr przekształcania realizmu w opowieści nasycone ponurymi barwami i jednoczesną ekscytacją wszystkim, co jest opisywane. Zwyczaje i tradycje, o których wspomina Lola, to oczywista baza – z nich wyrosło dziecko, które chce przestać nim być. I nie idzie za tym tylko potrzeba ruszenia w świat. Po „Gugułach” Grzegorzewska udowadnia, że przed wyruszeniem w życiową drogę trzeba czasami po raz kolejny nazwać miejsce rozpoczęcia wędrówki. Być może wszystko, co zdarzyło lub zdarzy się potem, jest jedynie mniej lub bardziej czytelnym odbiciem tych doświadczeń pierwszych. Izolująca się na strychu z książkami dziewczynka nieustannie żyje pośród różnego rodzaju lęków. A niepokoje przekształcają się w poetyckie opowieści o prozaicznym życiu, z którego ucieczka to czasami po prostu nazwanie tego, co wokół, za pomocą nietuzinkowej wyobraźni.

Czas, w którym rozgrywają się wydarzenia, określony jest jako ten, w którym „wszyscy wszystko kradli”. Komunizm czarujący rzeczywistość do tego stopnia, że jest w stanie odsunąć z nieba radioaktywną chmurę z Czarnobyla, to świat, w którym rzeczywiście sporo głównej bohaterce ukradziono, ale idąc tym tropem, warto zadać sobie pytanie, co i na jakich warunkach ona sama skradła. Bez jakichkolwiek złych intencji. Po to, by zrozumieć siebie. „Tajni dyrygenci chmur” to przede wszystkim powieść o tożsamości, ale ogranicza się do krótkiego okresu zdarzeń, gdy bohaterka jest młodziutka. Co zatem można z tego wydobyć? Podziwiam subtelność, z jaką Wioletta Grzegorzewska opowiada o skomplikowanej sferze emocji dziecka, które z różnych powodów bardzo szybko musi przestać nim być. Jednocześnie istoty wciąż wpatrzonej w dorosłych, w których widzi antywzory, ale z drugiej strony każdy z tych dorosłych jest fascynujący i każdy stanie się jakimś punktem odniesienia. Pisarka akcentuje, że właśnie w świecie deficytów można było sporo zyskać. Wystarczyło zmienić perspektywę. Dlatego też Grzegorzewska po dekadzie zmienia sposób konstruowania opowieści, lecz opowiedzieć chce o tym, co przed laty: o sobie z każdą swoją niezwykłością i o sobie jako wrażliwej kobiecie i artystce. Bardzo wartościowa oraz piękna powieść.

2024-05-17

„Nie ma co” Mahsa Mohebali

 

Wydawca: Wydawnictwo GlowBook

Data wydania: 1 maja 2024

Liczba stron: 184

Przekład: Aleksandra Szymczyk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 40 zł

Tytuł recenzji: Szukając spokoju

Nie znam zbyt wiele irańskich książek, choć dzięki takim pisarkom jak Szarnusz Parsipur czy Goli Taraghi miałem przyjemność zaobserwowania, jak daleko w głąb ludzkiej psychiki sięgają irańskie prozaiczki, dzieląc świat przedstawiony swoich książek na doświadczenia płci. Parsipur feminizowała, Taraghi koncentrowała się bardziej na zobrazowaniu egzystencji wspólnotowej widzianej z perspektywy mężczyzn. Tymczasem Mahsa Mohebali nie koncentruje się na podziale na płcie, choć oczywiście kobiecość jej głównej bohaterki będzie tu miała znaczenie, wiążąc się przede wszystkim z doświadczaniem opresji. „Nie ma co” to narracja zupełnie inna niż te książki z Iranu, które do tej pory przeczytałem. Powieść niebywale dynamiczna, skondensowana i napisana w taki sposób, że należy do kategorii nieodkładalnych. Zwłaszcza że doświadczanie tej lektury będzie tym bardziej intensywne, im swobodniej podąży się za konstrukcją książki: kalejdoskopowym przebiegiem zdarzeń jednej doby, które tak przykuwają uwagę, że – jak wspomniałem przed chwilą – w zasadzie nie da się tej powieści odłożyć. Szczególnie że to jedna z tych interesujących narracji, których punkt ciężkości znajduje się w ostatnim, a nie pierwszym zdaniu. Jest to gorzka historia wyobcowania w wielkim mieście połączona z opisem fascynującej topografii Teheranu – miasta różnorodności, okrucieństwa i deficytów.

Tym podstawowym dla Szadi jest głód narkotykowy. Być na głodzie to być w stanie trudnej do zdefiniowania, lecz o wiele trudniejszej do zniesienia egzystencjalnej pustki, którą niekoniecznie ma wypełnić zdobycie upragnionej używki. Bo wydaje mi się, że Mahsa Mohebali opowiada przede wszystkim o ludziach, którzy przekonani są, że sens i porządek ich życia ma zostać zapewniony przez zdobycie czegoś, zaspokojenie jakiejś wewnętrznej bolesnej potrzeby. Skąd się ona bierze? Z braku oczywiście. Szadi brakuje tego, co pozwala jej osiągnąć namiastkę spokoju, jednak w jej otoczeniu życie innych ludzi pośród deficytów emocji, rzeczy, doświadczeń, tęsknot czy spełnień jest w zasadzie tak samo intensywnie gorzkie. Mohebali wychodzi od akcentowanej mocno perspektywy jednostkowego doświadczania rzeczywistości, w której punktem wyjścia jest bycie członkiem rodziny, gdyż portretowane wielkomiejskie oblicze Iranu to przede wszystkim silne, choć często toksyczne więzi między bohaterami, a te najsilniejsze (i najbardziej toksyczne) mogą się zrodzić pośród najbliższych sobie ludzi, przywiązanych do siebie często tradycją lub społeczną normą.

Zatem Szadi jest częścią swojej rodziny i niezaprzeczalnie nigdy nie przestanie nią być, ale to właśnie wychodząc z rodzinnego domu i ruszając w spektakularną miejską odyseję rozpoczynającą się kroczeniem po dachach samochodów stojących w korku, zaczyna być bardziej wyraźna dla czytelnika, bo odrywa się od kontekstu, oczywistych powiązań, naturalnych skojarzeń. Szadi rusza w kierunku piekła Teheranu, by uwolnić się od piekła rodzinnego. Od przemocowej atmosfery, w której marzy tylko o jednym: by nie słyszeć już nigdy krzyku. Nie jest w stanie zagłuszać go, uciekając w modlitwę jak matka. Nie jest w stanie określić swojej silnej pozycji między jednym bratem, który jest śliczny, a drugim, którego ohyda rozpisana jest tu w zupełnie nieoczywisty sposób w porównaniu z podkreślaniem fizycznego piękna. Szadi staje się nomadką, wychodząc z domu w bardzo symboliczny sposób i w niezwykle szerokim znaczeniu słowa „wychodzenie”. Jej domem stanie się ulica, a celem – podróż sama w sobie, gdyż zorientujemy się bardzo szybko, że Mohebali nie chce nam zaprezentować jakiejś przewidywalnej i zawikłanej dla samej formy opowieści à la „Trainspotting”. W tej powieści ważna będzie bohaterka, za którą podążamy, ale również, a może przede wszystkim relacje, jakie nawiązuje lub próbuje nawiązać z innymi ludźmi.

Bo Szadi to uciekinierka, poszukiwaczka, przepełniona tęsknotą i goryczą samotniczka kompulsywnie pragnąca jakiejś przynależności, która zdejmie z niej część odpowiedzialności za samą siebie. Jak narkotyk ma rozluźnić i spowodować, że nie będzie się czuło na barkach największego ciężaru – własnej egzystencji. „Nie ma co” świetnie wychodzi od kameralnej historii do fascynującej panoramy tętniącego życiem miasta. Ta książka charakteryzuje się wspaniałą dynamiką, która powstaje dzięki temu, że jedno zdarzenie wyłania się z kolejnego, a wszystkie związane są z jakąś ludzką aktywnością. Albo nadaktywnością wywołaną przez krzywdę i niesprawiedliwość.

Perspektywa opisu jest zmienna, lecz zasadniczo widzimy, że główna bohaterka to bardziej obserwatorka, nie możemy zbyt głęboko sięgnąć do jej wnętrza. Mahsa Mohebali pisze jednak w taki sposób, że dostrzec można bardzo wiele, kiedy widzi się jakąś postać jedynie w zarysie. To nie jest powieść o opisywaniu doświadczenia, lecz przede wszystkim o samym doświadczaniu mnogości bodźców, pośród których te związane z kilkoma rodzajami przemocy są punktowane najmocniej. Jest to również przewrotna historia tego, jak bardzo silnym i jednocześnie bezradnym można być wobec zbyt wielu bodźców i doświadczeń. Szadi chciałaby spokoju i zrozumienia. Nie ma pojęcia, co otrzyma w zamian, ruszając w drogę ku upragnionemu spokojowi, który ma zostać zapewniony przez narkotyk.

Bardzo cenne jest to, że tłumaczka, Aleksandra Szymczyk, w każdym istotnym momencie stara się nam przybliżyć irańskie tło danego zdarzenia, opowieści albo rozmowy. Bo z jednej strony to przecież uniwersalna opowieść o tym, jak uciekamy przed tęsknotami i jak tęsknimy za tym, by przestać uciekać, jednakże „Nie ma co” to współczesny Iran, którego opis skoncentrowany jest na tkance miejskiej, w której nieustannie odbywają się jakieś rewolucje, przewroty, pełne gniewu lub bezradności zwroty akcji – niektóre kameralne jak próba samobójcza, inne spektakularne jak zachowania tak zwanych stróżów prawa na ulicach Teheranu. Jest w tym wszystkim pewien chaos kompozycyjny, gdy przypisy stają się w niektórych momentach zbyt liczne, jednakże oderwanie od rytmu prozy Mohebali chwilami ułatwia zrozumienia tej opowieści. Stąd uzupełnienia tłumaczki osadzone w taki sposób, jakby chciały wyciszyć czytelnika podążającego za wciąż niespokojną bohaterką w pełnym niepokoju świecie, w którym nieustannie coś się niebezpiecznie zmienia, przekształca.

„Dlaczego dziś wszystko idzie nie tak?” – pada pełne rozpaczy i rezygnacji pytanie, ustalając jednocześnie symboliczną przestrzeń do interpretacji tej niewielkiej powieści. Bo przecież wszystko rozgrywa się w krótkim czasie, wszystko jest pulsującym „teraz” i wszystko sprawia wrażenie, jakby pojawiało się i po chwili (choć po części tak się dzieje). Jednakże Mahsa Mohebali tą swoją fatalistyczną teraźniejszością pokazuje także, że jest to pokłosie tego, co już się w społeczeństwie irańskim wydarzyło, i tego, co może się wydarzyć, a czego nie chce antycypować Szadi, gdyż dla niej z kilku powodów bezpieczniej jest skupić się na odbieraniu „tu i teraz”. Myślę, że odczytania tej książki mogą być równie liczne jak liczba kieszeni w spodniach głównej bohaterki. Jednak trzeba przyznać, iż bez względu na sposób oddziaływania na wyobraźnię czytających, a potem kształtowania jej i wzbudzania ciekawości, widać tutaj stylistyczną, formalną i strukturalną spójność. Dynamika jest jednocześnie i przejaskrawieniem, i dość konkretnie widocznym egzystencjalnym cieniem opowieści o ludzkiej samotności. Ale także o rozedrganiu i niepokoju, które egzemplifikowane są opisami stanu organizmu głównej bohaterki. Można też stawiać sobie pytanie: co w tej książce jest w ruchu, a co przeraźliwie zatrzymane? Mocno przykuwająca narracja o trzęsieniu ziemi, które z tego rzeczywistego zamienia się w roztrzęsienie wewnętrzne. Mohebali to mistrzyni psychologii detalu. Umiejętnie odbiera oddech i wie, że nie można zwolnić, bo nie da się opowiedzieć wszystkiego bez zintensyfikowania zdarzeń. Świetna lektura na jeden pełen emocji wieczór.

2024-05-13

„Wszyscy mieli w dupie, co się stało z Carlottą” James Hannaham

 

Wydawca: Wydawnictwo Cyranka

Data wydania: 28 marca 2024

Liczba stron: 376

Przekład: Maciej Świerkocki

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Powrót

James Hannaham udowadnia dwie rzeczy. Po pierwsze: jest mistrzem przykuwania uwagi samym tytułem książki. Czegoś tak dobrego jeszcze nie widziałem, choć przeczytałem naprawdę sporo książek, które przyciągnęły mnie właśnie tytułami. Po drugie: amerykański prozaik doskonale wie, że za tym, co chwytliwe, powinna stać jakość, bo czytelnika sporego segmentu współczesnej literatury z USA można bardzo łatwo wyprowadzić w pole tytułem. Tymczasem ta książka nie zawodzi także jako przemyślana, brawurowo skonstruowana i przede wszystkim bardzo dobra literacko struktura. Od czasu lektury „Tortilla Flat” Johna Steinbecka nie śmiałem się tak gromko i aż do łez, a jednocześnie mam świadomość, że przeczytałem jedną z najsmutniejszych książek w swoim życiu. Hannaham proponuje przede wszystkim pełną dynamiki, wzruszeń i dramatów opowieść o ludzkiej tożsamości. Ale pokazanej w taki sposób, że czyta się tę historię z niezmiennym przekonaniem, iż o człowieku wciąż można jeszcze napisać coś, co będzie nowe, odkrywcze, nieznane i przede wszystkim zmuszające do głębszej refleksji.

„Jestem po prostu Carlottą. To wszystko, co mam”. Te dwa zdania definiują nie tylko główną bohaterkę, niezwykle łączącą w sobie szorstkość, gniew, wrażliwość i melancholię. To ogólna wykładnia powieści: mamy tylko swoją tożsamość, której zgłębiania w zasadzie nikt nie jest ciekaw, a która domaga się dostrzeżenia, bo przecież świadome ludzkie istnienie to także współistnienie z otaczającym je światem. Zatem Carlotta jest sobą, lecz także tym, kim widzi ją otoczenie i w jaki sposób na nią reaguje. Ten świat wokół jest barwny, pełen dźwięków, zapachów, przesycony różnorodnością, autor zaś potrafi ją podkreślić dzięki perspektywie opowieści. Oto bowiem główna bohaterka po dwóch dekadach wraca do rodzinnego Nowego Jorku, a konkretnie do Brooklinu, otrzymując od losu szansę ujrzenia świata ponownie, a być może po raz pierwszy naprawdę bardzo wyraźnie. Bo Carlotta jest przecież przestępczynią. Złą osobą, którą państwo skazało na lata więzienia, stygmatyzując już na zawsze. Człowiekiem, którego amerykański system karny wciąż deprecjonował, nie myśląc o jakiejkolwiek formie wsparcia. I kiedy Carlotta wychodzi na wolność, musi zapewnić to wsparcie sobie sama. Straumatyzowana w więzieniu niesie w sobie niejedną mroczną tajemnicę. Ale tajemnicą jest przede wszystkim to, kim Carlotta jest naprawdę. Albo kim się stała, bo odbywanie kary w więzieniu paradoksalnie dało jej wolność.

Tu pojawia się zasadniczy problem: jak o tej książce dalej pisać, by nie zepsuć czytelnikowi przyjemności, którą rujnuje opis wydawniczy. Na szczęście przeczytałem go dopiero po lekturze i innych zachęcam do tego samego. James Hannaham pokazuje, jak wyjątkowym jest pisarzem, łącząc opowieść o wyobcowaniu jednostki izolowanej społecznie oraz przesyt, ekshibicjonizm (symboliczny na wielu poziomach) oraz ekspresję amerykańskiego społeczeństwa, które nieprzypadkowo świętuje właśnie rocznicę dnia, gdy ich kraj ogłosił niepodległość. To powieść z mocno zarysowanymi diagnozami społecznymi, a także kameralna historia o tym, jak absurdalnie i boleśnie niewidocznym można być w tak zwanym wolnym świecie. Gdzie jeden ma szansę, by stać się gwiazdą, a drugi pozostanie nikim. I co zrobić, kiedy z różnych powodów jest się właśnie tym „nikim”. A to przecież opowieść o tym, że się jest. Być zatem nikim? Niemożliwe.

„Jestem tutaj! Zauważcie mnie” – myśli sobie Carlotta, odwiedzając sklep, ale wyrażona tymi dwoma zdaniami myśl pobrzmiewa w każdym rozdziale, a w zasadzie w każdej części, bo tak nazwał składowe swojej powieści Hannaham. Bohaterka po latach konfrontuje się z najbliższymi, którzy w rzeczywistości nigdy nimi nie byli. Z przyjaciółką, wobec której trudno być szczerą, skoro przez lata było się nauczaną nieufności. Zderza się jednak przede wszystkim z tym nowym, nieznanym jej światem. Z miejscami, które kiedyś były oswojone i jej własne, a teraz przerażają obcością. W tym wszystkim znakomicie poprowadzona narracja, językowo oddająca to, z jak wieloma emocjami konfrontuje się bohaterka powieści. To również historia ze znakomitymi postaciami drugiego planu. Najbardziej iskrzy w niebanalnej relacji pomiędzy skazaną przebywającą na zwolnieniu warunkowym a jej kuratorką, która ma zdecydować, co dalej z niepokorną podopieczną. Jej opisy tworzą dwie świetne sceny tej powieści. Bo Carlotta nauczyła się w więzieniu pokory, ale jest również niepokorną czarną owcą, której nikt nigdy nie okazał pełnej akceptacji. Czerń symbolicznie wyeksponowana jest tutaj zresztą z całą swoją mocą: chodzi o kolor skóry, o czarny humor, o ten egzystencjalny mrok, z którego Hannaham próbuje wydobyć swoją bohaterkę. A właściwie opowiedzieć jej człowieczeństwo jako bycie cieniem. Stąd też moja refleksja, że ta książka ma nie tylko znakomicie dobrany tytuł, ale również okładkę.

„Wszyscy mieli w dupie, co się stało z Carlottą” to powieść stworzona – co już zasygnalizowałem – ze scen. Część z nich przypomina skecze. Wszystkie są bardzo filmowe. Plastyczne i niesamowicie działające na wyobraźnię. Na zawsze zostaną ze mną tańce bohaterki, która uświadamia sobie, że wreszcie może pląsać w wolnym świecie, mimo że nikt jej w tym świecie w zasadzie nie zauważa. Przeszkolona, by po wyjściu z więzienia hamować wszystkie negatywne emocje i nie dawać im żadnego ujścia; wie od dziecka, co to znaczy pacyfikacja jej potrzeb, gdyż w tym latami znakomita była choćby jej matka, która teraz z powodu choroby nie poznaje Carlotty. Bo przecież nikt nie pamięta jej takiej, jaka wraca do świata, do którego jedynie otworzono jej drzwi i nie wskazano, którędy podążać dalej. Hannaham opowiada jednocześnie o osamotnieniu, ale i wielkiej wewnętrznej sile stanowienia. O tym, jak trudno jest być po prostu człowiekiem z silną osobowością. A także o tym, jak trudno takiej osobowości odnaleźć się w świecie. Świecie proponującym właściwie wszelką różnorodność, a jednak sprawiającym, że odmienność Carlotty bywa dla niej opresyjna. Stąd ten mocno i znakomicie ironiczny obraz tętniącego różnorodnym życiem miasta, które staje się jednocześnie bardzo skomplikowanym labiryntem. I nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co czeka w nim bohaterkę, czyli po części stajemy się nią samą. A w związku z tym nie dołączamy do „wszystkich” z tytułu. I najpiękniejsze jest to, że Hannaham na kartach swojej prozy daje nam znakomitą lekcję empatii. Dlatego „Wszyscy mieli w dupie, co się stało z Carlottą” to powieść wzruszająca na kilka sposobów. I myślę, że jedna z ciekawszych książek tego roku – wcale nie ze względu na swój tytuł.

2024-05-09

„Co widziała Matka B. Opowieści z Barda” Tomasz Karamon

 

Wydawca: Wydawnictwo Dowody

Data wydania: 22 kwietnia 2024

Liczba stron: 250

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 51 zł

Tytuł recenzji: Ludzie i opowieści

Ten reportaż to znakomity przykład tego, w jaki sposób miłość do danego miejsca oraz fascynację nim można wyrazić w formie przykuwającej uwagę książki. „Co widziała Matka B.” to przede wszystkim rzecz o perspektywie. Tę naczelną i najważniejszą ujawnia sam tytuł. To, co cenne u Tomasza Karamona, to umiejętność swobodnego przechodzenia między stylami i formami opowieści. Najbardziej spodobało mi się tu fabularyzowanie notatek historycznych. Ale są inne rodzaje narracji: klasycznie w przypadku tego gatunku literackiego wywiad, jak również monolog skierowany do oprawcy, a także ciekawe historie opowiadane w pierwszej osobie liczby pojedynczej. W tym wszystkim oczywiście najważniejsza jest Matka Boska Bardzka. Najstarsza drewniana rzeźba w Polsce, o której wiele można przeczytać w Wikipedii. A po tej lekturze warto sprawdzić, co z tym informacjami zrobił Karamon i w jaki sposób stworzył dziennik zdarzeń, pośród których kryją się sugestie dotyczące tego, w co, w jaki sposób i przede wszystkim dlaczego wierzą ludzie. To po części historia o naszych wiecznych tęsknotach do transcendencji i czasami rozpaczliwych próbach uporządkowania chaosu realnego życia poprzez wiarę w jakąś pozaziemską sprawczość. Przede wszystkim jednak świadectwo tego, jak wiele serca Tomasz Karamon ma do dolnośląskiego miasteczka Bardo i z jaką czułością potrafi opowiadać nawet najokrutniejsze historie związane z tym regionem.

Bardo określa się w Internecie mianem Miasta Cudów, ale jest to również opowieść o egzystencji jako cudzie. Autor punktuje cztery istotne kwestie: życie, umieranie, stan po śmierci i odrodzenie – i to na nich się koncentruje. Dlatego jego opowieści w bardzo uporządkowanej strukturze (wielbiciele linearności w literaturze faktu będą zachwyceni) są właśnie wykreowane w takich czterech wymiarach: opowiadają o intensywnych przejawach życia, o tym, co potem umarło, o pozostałościach po tym procesie, ale także o legendzie, czyli formie odradzania się danej historii. Bo sporo jest tu opowieści właśnie o charakterze legendy, w innych zaś funkcja mitotwórcza akcentowana jest pewnymi detalami. Dlatego też warto czytać ten reportaż z wyczuleniem na szczegóły. Nie jest to po prostu zbiór opowieści o miejscu, które fascynuje Tomasza Karamona.

Zanim wejdziemy w tekst, ujrzymy mapę. To ona jest w zasadzie prologiem tej książki. Warto postawić sobie potem pytanie, ile map tworzy tutaj autor, jakiego rodzaju one są i która wydaje się najciekawsza. Moją uwagę najmocniej przykuła mapa mentalna związana z tym, w jaki sposób ludzie przenoszą swoje niepokoje, troski, żale i okrutne doświadczenia w rejon zapominania o nich, a w jego centrum znajduje się tylko, a może aż drewniany posąg ze średniowiecza. Obserwujący w milczeniu wszystko, co dzieje się wokół. Mający faktyczną moc sprawczą albo przynajmniej przypisaną przez lata i usankcjonowaną dzięki zbiegom okoliczności oraz wierze religijnej. Jako ateista czytałem ten reportaż z jeszcze większym zainteresowaniem, bo ciekawe było dla mnie nie tyle to, co się wokół figury Matki Boskiej Bardzkiej rozgrywało, lecz to, czego ona sama nie nazywa jako niema obserwatorka: sposób, w jaki ludzka świadomość racjonalizowała sobie to, co nieracjonalne, a także porządkowała chaos, nadawała znaczenia wydarzeniom być może bez znaczenia. Posąg, który przetrwał tyle wieków, konserwowany i konsekrowany, jest punktem wyjścia opowieści o tym, jak bardzo jesteśmy ciekawi tego, czy poza otaczającą nas rzeczywistością istnieją we wszechświecie inne, magiczne siły.

Chronologia „Co widziała Matka B.” pozwala spojrzeć na losy miasteczka i okolic od czasu, kiedy pewien rycerz złamał tam nogę, do okresu, w którym komunistyczne służby bezpieczeństwa brały pod lupę działania duchownych mające na celu koronację posągu, nadanie mu wyjątkowego znaczenia. Tymczasem wyjątkowo brzmi to, w jaki sposób Karamon łączy skomplikowane ludzkie historie z mniej skomplikowaną, lecz zawsze silną wiarą w to, że wokół panuje dobra aura zawsze wspierająca w każdym trudzie. I jest tu sporo opowieści miejscami anegdotycznych, kiedy mowa o tym, jak ważna okazała się w historii miasteczka rola pierników, piwa czy… epidemii cholery. Autor stara się stworzyć barwną kronikę dziejów, bo przecież sam posąg jest barwny i wyjątkowy. Otwiera się tu dyskusja na temat tego, w jaki sposób i kogo literacko może on inspirować. Nieprzypadkowo wspomniano o utworze Olgi Tokarczuk. Jednak najważniejsza jest tajemnicza charyzma figury, która przygląda się temu, jak bardzo zmienia się świat i jak zupełnie tacy sami są wciąż w tym świecie ludzie.

Ten żywioł kilkunastu opowieści to też literackie świadectwo tego, że przemijanie jest nieuchronne, ale pamięć pozwala zatrzymać to, co odchodzi. Dlatego „Co widziała Matka B.” to dowód istnienia pomimo odejścia. Ożywiania wszystkiego poza samą figurką. Początek tego reportażu to relacja, jak profesjonalnie konserwuje się posąg. Potem jest znacznie ciekawiej, albowiem czytamy o tym, w jaki sposób konserwują się ludzkie pamięć, mentalność, a przede wszystkim emocje. Bardzo ciekawy jest kontrast przemijania i czegoś stałego, bo zasadniczo wiek oraz kondycja Matki Boskiej Bardzkiej także są tutaj istotne.

Czego jest w nadmiarze? Być może szczegółów topograficznych, ale doskonale rozumiem, że to jest opowieść Tomasza Karamona o miejscu dla niego najważniejszym, w którym każdy element, każde miejsce mają swe znaczenie. Zwłaszcza gdy zmieniają nazwy lub kształty. Bo przecież okolice opisywane przez autora doświadczyły kilku form destrukcji i dramatycznego końca. Nie mam tu na myśli tylko czegoś tak spektakularnego jak pożary czy wspomniana wyżej epidemia. To jest piękna historia o wskrzeszaniu i sytuowaniu we właściwym miejscu: opowieści związanych z danym miasteczkiem, ale i miasteczka, którego tożsamość określają przede wszystkim barwne opowieści.

Autor zastanawia się na wstępie, co miałaby do powiedzenia Matka Boska Bardzka, skoro cała narracja koncentruje się tylko na tym, co mogła zobaczyć, bo to jest po prostu możliwe do opisania. Mam wrażenie, że to nieśmiała próba zabrania głosu za nią przy jednoczesnych staraniach, aby nie przytłoczyć tego reportażu intensywnością miłości samego Karamona do miejsca, o którym opowiada. Bo choć to świadectwo niezwykle silnego kontaktu z tą okolicą, sam autor usuwa się tu jednak w cień. Nie jest to egocentryczna historia o miejscu, które w mniemaniu twórcy powinno wszystkich zainteresować ze względu na osobę opowiadającą. To bardziej filozoficzna i historyczna próba ujęcia tego, jak bardzo złożona była rzeczywistość doświadczana w pewnym miejscu na Dolnym Śląsku, który przynależał do różnych ludzi i państw, ale zawsze był miejscem, gdzie jedno było pewne: wiara w sprawczość niezwykłego posągu.

2024-05-06

„Złodziej bólu” Jarosław Kamiński

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 24 kwietnia 2024

Liczba stron: 424

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 59,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje i miłość

Wiem, że po „Tylko Lola” Jarosław Kamiński nie może napisać lepszej powieści, gdyż wspomniana jest dla mnie arcydziełem i nieprzypadkowo uznałem ją za książkę roku 2017. Ale wiem też, że chyba jako jedyny polski prozaik współczesny tak twórczo i fascynująco przekracza granicę płci, pisząc o kobietach jako wyzwaniach, zagadkach, problemach, wątpliwościach. Wszystko znakomicie niuansowane, bo Kamiński nie opowiada o kobietach w żaden osobisty sposób. Najnowszą powieść z „Tylko Lola” łączy pozornie kilka elementów. Mamy skomplikowane biografie kobiece z wątkiem dziennikarskim w tle i mamy ten ponury czas, który tak monumentalnie określają trzy wielkie litery, a który dla Jarosława Kamińskiego jest nadal źródłem wielu inspiracji, bo i PRL, i kobieta są absolutnie fascynujące, wieloznaczne i warte uporczywego wracania do nich. Dlatego pisarz wraca. W bardzo ciekawej formie. Z intrygującym narratorem, którego opisują cztery kategorie poznawcze, a za nimi ma stać dyletantyzm. Bo przecież stary biały heteroseksualny mężczyzna nie ma prawa opowiadać takiej historii, jaką opowiada „Złodziej bólu”. A to właśnie człowiek określony tymi czterema słowami przez wieki usiłował definiować i wyjaśniać świat. Myśląc o przewrotnym eseju Rebeki Solnit, myślę również o tym, jak autoironiczna jest tu figura narratora. A także o tym, że Jarosław Kamiński z całym swym pisarskim dorobkiem jak mało który mężczyzna ma prawo tworzyć literaturę o kobietach, bo robi to po prostu znakomicie.

Warto zwrócić uwagę, że jest to również pisarz nietworzący „na akord”, w który to komercyjny tryb dali się wciągnąć świetni polscy prozaicy i niekoniecznie wyszło im to na dobre. Dlatego na nową powieść znowu musieliśmy poczekać. Trudno mi będzie dokładnie wypunktować, dlaczego warto było czekać, ale wiem jedno: opowieści Kamińskiego są dojrzałe i bardzo dobre literacko prawdopodobnie dlatego, że autor z niczym się nie spieszy. Dostrzec to można również w koncepcji „Złodzieja bólu” – intrygująco odsłaniane są kolejne karty kilku zazębiających się tutaj historii, a sama postać narratora staje się ciekawa przede wszystkim dzięki wzbudzaniu w czytelniku ambiwalentnych emocji i uczuć.

Jeśli miałbym jeszcze na wstępie wspomnieć o jakimś formalnym aspekcie tej powieści, z pewnością byłby to trafnie dobrany tytuł, który nawet sam w sobie, bez kontekstu, brzmi wyśmienicie, a nabiera głębi, gdy zorientujemy się, że jest pewną figurą retoryczną, dzięki której Kamiński chce zasugerować, czym jest literatura tak w ogóle. Tu po raz kolejny będziemy mieli do czynienia z przykładem bardzo dobrej powieści współczesnej, choć pozostawiającej w lekkim niedosycie w porównaniu z „Tylko Lola”, ale to wynika jedynie z tego, o czym wspomniałem wcześniej. „Złodziej bólu” jest książką opowiadającą o bólu właśnie w taki sposób, aby nie stać się narracją mroczną, fatalistyczną. Stara się imitować rzeczywistość, a jednocześnie zaznaczać, jak złożona może ona być na granicy dwóch mentalności, systemów społecznych i politycznych przechodzących jeden w drugi. Przede wszystkim zaś pokazuje, jak atrakcyjnie opowiedzieć o miłości. Tak, to książka o miłości i o tym, czy na nią zasługujemy, a jeśli się przydarzy – czy umiemy z tego naprawdę skorzystać. Powieść o fascynacji – także erotycznej i seksualnej – dwóch kobiet, która opiera się na wyraźnie sugerowanych, ale również pięknie niuansowanych w tle kontrastach.

Agnieszka jest młodą antysystemową działaczką, która gotowa jest zaryzykować wiele, by uświadomić światu, jak bardzo do niego nie przystaje. Może nie tak wiele jak jej przyjaciel, którego wstrząsająca historia nakłada się na wątek główny z sugestywną siłą, Ale też jest skłonna wiele poświęcić. Nie wie tylko, że najwięcej w imię miłości. Tymczasem przygląda się światu z perspektywy studentki filozofii i przez pryzmat tych wszystkich starych, białych i heteroseksualnych mężczyzn, którzy usiłowali ująć świat w swoje definicje. Kiedy profesor podczas egzaminu, nawiązując do Hegla, daje Agnieszce do zrozumienia, że często zmiana polega na tym, że zmieniamy paletę pozorów, pośród których żyjemy, w tych słowach zamyka się jedno z ciekawszych przesłań „Złodzieja bólu”. Książki o pozorowaniu, ale i wychodzeniu naprzeciw stagnacji, trwaniu w pozorach. Namiętna relacja Agnieszki z przybyszką z tego lepszego świata określanego jako Zachód stanie się punktem wyjścia do snucia przynajmniej trzech historii o tym, co to znaczy strząsnąć z siebie pozory i czy po tym wszystkim życie nie jest rodzajem walki z samym sobą. Znaczący jest również kraj, z którego przybywa Bianca – na początku po prostu pracodawczyni Agnieszki, potem ktoś zupełnie inny.

„Trzeba wiedzieć, po co się żyje, prawda?” – te słowa kieruje do Agnieszki milicjant służący jedynemu słusznemu systemowi; i nie chodzi już nawet o ironiczną gorycz tego pytania w ustach bohatera, który pyta. Wydaje mi się, że w taki sposób Jarosław Kamiński oddaje wahania i wątpliwości wobec ustroju, w którym rodzi się coś nowego, ale nie każdy jest przekonany, że zmiana będzie słuszna. I tak jak rozłamuje się PRL, a w jego miejsce wchodzi dwuznacznie tu postrzegana Solidarność, tak w pozornie uporządkowanym życiu młodej buntowniczki oraz jej buncie sprecyzowanym i mimo wszystko określonym pewnymi granicami zaczną się otwierać nowe drogi: wędrówki, myślenia, uczuć. Wszystko stanie się dużo bardziej skomplikowane, niż zapowiada to zarys historyczny i socjologiczny „Złodzieja bólu”. A mimo wszystko Kamiński konsekwentnie i uparcie pisze o tej miłości, o której napisano już przecież wszystko. Niekoniecznie z takiej perspektywy, z taką wrażliwością i z taką umiejętnością łączenia świetnej obyczajowej literatury środka z traktatem filozoficznym oraz z elementami fascynującego szkicu socjologicznego o tym, że nikt nas nigdy nie widzi naprawdę, bo widzi w zawężających i krzywdzących kontekstach.

Można czytać nową powieść Kamińskiego także jako inicjacyjną historię o tym, co to znaczy szanować samego siebie i w tym szacunku być zgodnym z własnym sumieniem. Jest dużo o miłości i nie ma jej mrocznej antynomii, czyli nienawiści, co szalenie mi się podoba, gdyż autor pisze o wyjątkowo ponurym czasie i zdecydowanie skomplikowanych emocjach, jednakże nie zabiera nas w ten okrutny rejon bezkompromisowych rozwiązań, które na przykład sam proponowałem w swoich „Winnych”, którym Jarosław Kamiński napisał dobre słowo na okładkę, a jednocześnie podczas spotkania autorskiego powiedział, że jest zmęczony tak przeraźliwie smutnymi historiami. Dlatego w „Złodzieju bólu” smutek, gorycz i boleść rozczarowania pięknie komponują się z umiejętnym, świadomym postrzeganiem świata jako pola do rozpoznania samego siebie, a nie toczenia walki „świat kontra ja”. To powieść mimo złożonej problematyki przede wszystkim chyba najbardziej pogodna w twórczości Kamińskiego. Jest także misterną narracyjną układanką, w której język staje się jednym z bohaterów książki.

Kiedy Agnieszka podsumowuje swoją relację z PRL-em, wypowiada znamienne słowa: „Żyjemy równolegle”. To wraca nie tylko w scenie, w której funkcjonariusz SB cytuje Allena Ginsberga, to wraca przez cały czas, kiedy zdamy sobie sprawę z tego, że „Złodziej bólu” to powieść o równoległościach, które są stworzone przez to, że z różnych powodów unikamy konfrontacji. Agnieszka i Bianca zderzą się ze sobą w jednym uczuciu. To intrygujące, w jakich kierunkach z tym samym uczuciem prowadzi je później Jarosław Kamiński. To niezwykle ciekawe: po raz kolejny przekonywać się, że są w polskiej literaturze mężczyźni, którzy doskonale wiedzą, iż kobieta zawsze jest dużo ciekawszą bohaterką literacką. Zwłaszcza od starego białego heteroseksualnego mężczyzny. Świetna językowo, koncepcyjnie i przede wszystkim atrakcyjna w opowiadaniu o zróżnicowaniu ludzkich emocji książka. Taka, na którą można było dłużej poczekać i czytać teraz z ogromną satysfakcją.