2023-11-27

„Rumowiska” Wit Szostak

 

Wydawca: Wydawnictwo Powergraph

Data wydania: 11 października 2023

Liczba stron: 384

Oprawa: twarda

Cena det.: 59 zł

Tytuł recenzji: Rzeka i opowieść

Czytam nową książkę Wita Szostaka w czasie, w którym w zasadzie odwracam się od polskiej literatury współczesnej na rzecz przede wszystkim tłumaczeń literatury anglojęzycznej. Nie widzę w polskim pisaniu powieści, którą postrzegam dość prosto: jako narrację opowiadającą konkretną historię, bez eksperymentów z formą i treścią. Szostak nie tyle eksperymentuje ze wszystkim, co można określić mianem powieści, ile przede wszystkim stawia fundamentalne pytania o jej kształt. Dezawuuje linearność fabuły, zastanawiając się jednocześnie nad tym, co czyni początek i koniec powieści tym, czym są. „Rumowiska” są po „Szczelinami” w pewnym stopniu eksperymentem literackim, jednak mnogość wątpliwości czy pytań retorycznych przypomina mi bardziej „Cudze słowa”. To, co najbardziej wyróżnia tę książkę, to zasadnicze pytanie o istotę metafory w prozie. Metaforyczna rzeka będzie meandrować i przywoływać skojarzenia, a wszystkie będą wynikać z wyrażanych przez autora wątpliwości. Czy ta statyczna, pełna eseistycznych dygresji proza może być uznana za powieść? Bo przecież w całej swojej nieoczywistości podejmuje temat wykorzystany w literaturze już wiele razy: spuścizny pokoleniowej i tego, w jaki sposób tożsamość wnuka staje się pochodną tożsamości dziadka oraz ojca.

Wnuk raz jest chłopcem, który przeżywa sytuacje graniczne albo gromadzi w sobie pierwsze doświadczenia wynikłe z obserwacji członków rodziny, raz dorosłym przejętym swoją rolą interpretatorem, który zamiast obserwowania wybiera analizę wspomnień i rozważa rolę tego, w jaki sposób możemy zapamiętać człowieka, jeśli nie był nam bliski za życia, a śmierć stworzyła tę naturalną barierę, wobec której wielu z nas staje bezradnie. Bo jeśli zasadnicze rozważania Szostaka koncentrują się na tym, czym jest początek, a czym koniec opowieści, egzystencjalnie jego bohater zdecydowanie konfrontuje się z końcem – ze śmiercią. Poprzez nią opowiada jednak o różnorodności życia w rodzinie pełnej różnego rodzaju niedomówień i tajemnic. Rodzinie, o której nie sposób opowiedzieć jedną narracją, gdyż rodzące się wątpliwości, kim byli i kim się stawali nieobecni już w życiu narratora mężczyźni, to przecież kolejne strumienie świadomości. A „Rumowiska” to rzecz o wodzie, jej swobodzie przepływu, sile i nieprzewidywalności. Płynąca rzeka pojmowana tutaj jako problem filozoficzny i odpowiedź dla filozofa szukającego źródeł (!) literackiej opowieści stanie się i jedną z bohaterek, i jednocześnie figurą zaprzeczającą temu, że proponowaną historię rodzinną można opowiedzieć po prostu z podziałem na role.

Wit Szostak odchodzi od intelektualnego dystansu, od eseistycznego stylu tak charakterystycznego dla niejednej z swoich książek. Odrywając odbiorców od rozważań na temat płynności i wieloznaczności wszechrzeczy składających się na opowieść, pokazuje, że nadal można snuć opowieść dzięki korelacji różnych punktów widzenia oraz odmiennych wrażliwości. Dlatego znajdą się tutaj różne narracje, jak dopływy rzeki, a w pewnym momencie pojawi się głos kobiecy, który robi chyba najsilniejsze wrażenie, bo jest emocjonalny, subiektywny, boleśnie dosadny, a jednocześnie lirycznie smutny, gdy opowiada o gorzkich aspektach macierzyństwa i tożsamości osamotnionej, wyobcowanej kobiety.

Jest tu też sporo miejsc, które stają się poniekąd furtkami otwierającymi drogi do opowieści innych niż te sugerowane. Są też symboliczne sceny, które rozbudowują i uzupełniają wskazywane w eseistycznych partiach wątpliwości. Na przykład dziadek otoczony za życia rzeczami, z którymi po jego śmierci robi porządek żona odzyskująca wolność albo może nawet przeżywająca ją po raz pierwszy. Trasa kolejowa wyznaczana przez dziadka wnukowi, której ten nigdy nie przebył. Ukradkiem zniszczone pióro, którego duplikat wręczany jest później z przekonaniem, że to oryginał pozostawiony przez zmarłego. To propozycje ilustrowania narracji, czym jest ludzka tożsamość, gdy się o niej opowiada. Albo w momencie, w którym ma narodzić się historia, jednak z różnych powodów to nie następuje, gdyż staje się czymś niepełnym albo przekłamaniem. Albo nieudolną próbą wydobycia z przeszłości tego wszystkiego, czego nie można w żaden sposób odtworzyć.

Wit Szostak odtwarza i stwarza. Rekonstrukcja losów rodziny, w której mężczyźni poprzez swą fizyczną nieobecnością tworzą wizerunki postaci wciąż żywych we wspomnieniach, enigmatycznych i skupiających na sobie uwagę, idzie w parze z kreowaniem sposobu opowiadania tego, co minęło, w odniesieniu do tego, co jest. I wciąż obecna metafora płynności wody. Tego, że jest to żywioł, którego nic nie ogranicza, a jednocześnie rzeka jest po prostu rzeką. „Rumowiska” to książka o tym, w jaki sposób i na jakich zasadach wszystko w naszym życiu płynie. Szostak nie chce być wtórny, więc wyraźnie wspomina i podkreśla, jakie jest stanowisko filozofii na ten temat, zwłaszcza filozofów greckich, choć na kartach tej książki spotkają się przekonania o płynności ludzkiego życia przy zastosowaniu metafory rzeki sformułowane i podawane w wątpliwość nie tylko w starożytnej Grecji. Idąc tropami, które mają odsłaniać tajemnice rodzinne, Szostak podaje coraz to od nowa w wątpliwość wszystko to, co jest narzędziem literackiego odsłaniania mrocznych tajemnic, a także tego, w jaki sposób wpływają one na życie ludzi traktujących te tajemnice jako wyzwania. Dlatego „Rumowiska” to kolejna książka autora, który zawsze stawia sobie wyzwania, bo wciąż nie jest pewny, czy literackie historie mają się toczyć w zdaniach, w sposób linearny, w uporządkowanym trybie i w jasnych dla czytelnika zależnościach. Dlatego pozostaje pytanie zasadnicze: czy ta książka jest powieścią? Jeśli nie, czy się do niej zbliża, czy też od niej oddala?

Pośród pytań, które tutaj się pojawiły, jedno zostało ze mną na dłużej: czy możliwa jest opowieść koncentrująca się na tym, co ma przedstawić dalej. Zwłaszcza gdy materia literacka dotyczy przeszłości i musi wykorzystać retrospekcje. To utwór pytający nie tylko o kierunek, w którym ma iść pisanie, lecz przede wszystkim esej o tym, skąd się ono wydobywa, jakim celom służy, a czym na pewno nie jest, choć przecież każde zapisane zdanie istnieje, ma swoją wartość i jest punktem wyjścia dla wyobraźni ruszającej gdzieś poza postawioną kropkę. „Rumowiska” to nie tylko dowód na to, że można napisać autotematyczną prozę o tworzeniu poprzez czerpanie z przeszłości i tego, co po niej pozostaje. To także przyjemność obcowania z jak zawsze pięknym językiem, który tym razem bywa celnie sentencjonalny. „Rumowiska” to książka dla każdego, kto chce wejść w literaturę bez pośpiechu, pobłądzić w jej formalnej strukturze i wydostać się z niej usatysfakcjonowany wątpliwościami oraz pytaniami, a nie rzeczowością oraz odpowiedziami na wszystkie pytania czytelników. Bo powieść to nie wykład, lecz raczej ćwiczenie z kreatywności, przy którym można być bezradnym. A Szostak jak zwykle inspiruje do rozmyślania o tym, dlaczego literatura wciąż jest enigmatyczna.

2023-11-17

„Bezwładność” Jacek Łukawski

 

Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non

Data wydania: 25 października 2023

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Klatka związku

Jacek Łukawski swoją tożsamość pisarską zbudował na fantasy i kryminałach. O ile w pierwszym przypadku jest to zupełnie mi obcy segment literacki, o tyle w drugim miałem okazję przyjrzeć się powieściom tego autora. Spodobało mi się to, w jak niespieszny, lecz konsekwentny sposób buduje on intrygę, ale jeszcze cenniejsze wydawało mi się, że w powieściach kryminalnych Łukawski sporo od razu odsłania, wcale nie psując tym przyjemności lektury. „Bezwładność” to kolejny już dowód na to, że pisarz – tak jak ja – świadomie stawia na oddziaływanie na czytelnika tytułem powieści złożonym z zaledwie jednego wyrazu. Tytułowy rzeczownik znakomicie oddaje atmosferę tego, co najcenniejsze w tej książce – anatomię toksycznego związku, w którym dryfują w nieokreślonym kierunku ludzie będący egocentrykami, a jednocześnie zagubionymi w niespełnionej potrzebie bliskości introwertykami. „Bezwładność” jest thrillerem psychologicznym. Utkanym ze znakomicie dobranych nici, z których powstaje okrutna pajęczyna. Dwoje pozornie bliskich sobie ludzi czeka na jakiś koniec, nie mogąc ruszyć w żadną stronę, przekonani o zbliżającym się do nich niebezpieczeństwie. Ale Łukawski decyduje się na to, by jego nowa powieść była również wymowną historią okrucieństwa. Tego dosłownego, bo przecież fundamentem opisywanego związku małżeńskiego jest okrucieństwo obojętności, zaniechania i bezradności.

„Bezwładność” przypomina mi trochę „Odmęt”, choć tu intryga kryminalna jest wątła, a sami policjanci stanowią pozornie nieprzekonujące tło. Dlaczego? Bo Jacek Łukawski chyba pisze w pewnym sensie tę samą powieść: to ponownie inteligentnie skonstruowana narracja o tym, że całe życie możemy samych siebie poszukiwać, ale i od siebie uciekać. Powielanie wzorca tematycznego nie jest tu bynajmniej wadą. Zwłaszcza że wielu czytelników tej powieści nie będzie znać „Odmętu”. Obie książki intrygująco opowiadają o wyobcowaniu. Tu będzie to wyobcowanie w parze. Najbardziej bolesny rodzaj osamotnienia, bo zrodzony z relacji, która przed samotnością powinna chronić jak żadna inna. Ale wspólnym mianownikiem jest tu też coś innego. Ktoś obcy. Nie stąd. Nie we właściwym miejscu. Niedopasowany do otoczenia, w którym wywołuje niepokój. Marcin z „Bezwładności” jest nazwany dwukrotnie „przybłędą”, kiedy próbuje odnaleźć się w środowisku, w którym dorastała jego żona, a które w żaden sposób nie chce zaakceptować mężczyzny u jej boku. Powody tego są bardzo złożone. Łukawski skieruje nas na podkielecką prowincję o wiele mówiącej nazwie Sennowo, by rozegrać tam kilka dramatów. Ten małżeński jest kameralny, a jednocześnie najbardziej sugestywny. Jednak tuż obok dzieje się coś jeszcze. Dodatkowe zło. A może zło z twarzą, którą Marcin mógłby ujrzeć w swoim małżeństwie, gdyby tylko zdecydował się przyglądać uważniej.

Jego żona, Renata, to postać nakreślona w taki sposób, że wielbiciele pogłębionej analizy psychologicznej bohaterów literackich mogą poczuć się zawiedzeni. W moim odczuciu chodzi tutaj o to, by enigmatyczną i przejmującą postać Renaty celowo punktować i nie pozwalać zbliżyć się do tego, kim jest naprawdę, co i w jaki sposób ją ukształtowało. Kreując jedną z ciekawszych femme fatale polskiego thrillera psychologicznego, Łukawski stawia na nieszablonowe i nieprzypadkowo skomplikowane odsłony z życia kobiety, która męczy się u boku męża, ale jej zmęczenie – kierujące się wręcz w stronę upadku – ma tu zupełnie inny wymiar, niż można byłoby się tego spodziewać.

Zatem oni dwoje, niczym duchy względem siebie, a być może zwalczające się w kameralnej wojnie demony. Kim są w tym związku? Co tak naprawdę o sobie wiedzą? Dlaczego Marcin coraz bardziej się frustruje życiową decyzją o zamieszkaniu z żoną w domu, którego nie da się nawet porządnie wyremontować? Jacek Łukawski w bardzo zniuansowany sposób pokazuje, jak zbliżają się i oddalają od siebie mąż i żona – toczący skomplikowaną walkę, psychologiczny bój o przetrwanie, z niewyjaśnionymi do końca przyczynami, dlaczego pozwalają na flautę związku i dlaczego żadne z nich nie może zdecydować się na stanowczy krok: odejście, rozwód, zamknięcie tej toksycznej relacji.

Wszystko rozgrywa się tu w tak skonstruowanym świecie przedstawionym, że można odnieść wrażenie, iż znajdujemy się w jakimś koszmarnym śnie na jawie. Że każda próba zbliżenia się bohaterów oraz każdy krok zmierzający do oddalania sprawiają wrażenie niewartych opisywania, bo przecież pozornie wszystko wydaje się banalne, gdy dwoje skupionych tylko na swoich potrzebach ludzi usiłuje przekonać samych siebie, że małżeństwo da się ocalić, a oni sami gotowi są na bycie dla siebie kim innym. Nie są gotowi przede wszystkim na zmiany. Ale to, co cenne, ukryte jest też w retardacjach. Przeszłość tej pary wydaje się coraz bardziej zawikłana, a Łukawski bardzo powoli, lecz sugestywnie odsłania kolejne karty w tym pełnym niedomówień związku. Do czego to wszystko prowadzi? Na pewno do intensyfikacji strachu bohaterów przed samym sobą. Ale z każdą kolejną stroną rośnie również ciekawość czytających, czy tytułowa bezwładność tego związku doprowadzi do czegoś dramatycznego. Bo napięcie rośnie, autor stopniuje je bardzo dobrze. W tym wszystkim dodatkowo rozwija się kryminalna intryga, bo mamy denatkę silnie związaną z jedną z głównych postaci. „Bezwładność” nie idzie jednak w kierunku rozwiązań proponowanych przez klasyczny kryminał. Najciekawsze jest to, w jaki sposób autor rozprawia się ze swoimi bohaterami w zakończeniu. A w zasadzie: co im oferuje jako kreator ich losu w zamian za to, jacy są dla siebie i dla tej drugiej osoby.

Poza tym, że Jacek Łukawski umiejętnie odsłania tajemnice małżeńskie, ale nie czyni przez to powieści przewidywalną, mamy również mocno zaakcentowany wątek historyczno-społeczny połączony z klasycznym motywem małomiasteczkowej zmowy milczenia. Co wyniknie z takiej mieszanki? Lektura, która początkowo nie obiecuje wiele, właściwie sama studzi jakiekolwiek emocje bohaterów. A jednak jest to tak napisane, że „Bezwładność” atakuje nas boleśnie za pomocą detali. Opowiada też historię rodzinnych traum, które nie są ani przeżywane w klasyczny sposób, ani też nie wywołują przewidywalnych odruchów bądź oczywistych emocji. Jest bardzo ponuro i kameralnie. Wszystko rozgrywa się w dosłownym (zbrodnia) i symbolicznym mroku. Jest tu też czytelna fantazja o tym, jak bardzo zachłannie próbujemy przekonać w związku drugą osobę, że sami stworzyliśmy definicję małżeńskiego szczęścia.

Łukawski zdecydowanie stawia na interesujące wizerunki kobiet. Denatka, najbliższa przyjaciółka zmarłej, która wcale za życia nią nie jest, młoda policjantka silnie zaangażowana w rozwikłanie zagadki kryminalnej, na czym chyba nikomu nie zależy. Tak jak Marcinowi i Renacie na tym, by dać sobie kolejną szansę, zacząć od początku. W relacji małżeńskiej portretowanej przez Łukawskiego nie ma zasadniczego początku, ale dzięki temu jest coraz więcej wątpliwości, gdy przyglądamy się temu, co tak w zasadzie zbliża tych ludzi. Przecież to oczywiste, że się nie kochają. To oczywiste, że chcieliby ułożyć sobie życie inaczej. W oczywisty sposób zaglądamy do wnętrza ich rodzinnego domu, który wcale nim nie jest, bo dla Marcina staje się bolesną banicją. Tylko że pośród tych pozornych oczywistości jest tu opowiedziana wyjątkowo mroczna historia o tym, do czego przynależymy z racji tego, skąd się wywodzimy. I jakimi potworami mogą nas uczynić inne ludzkie potwory. „Bezwładność” jest powieścią kondensacji. Krótką i intensywną, choć wolną od jakichś spektakularnych zwrotów akcji. Osadzoną w życiu pośród pozorów. Jacek Łukawski znakomicie rozpisze takie życie na kilka literackich ról.

2023-11-13

„Iluminacje” Alan Moore

 

Wydawca: Wydawnictwo Echa

Data wydania: 8 listopada 2023

Przekład: Paulina Braiter, Krzysztof Cieślik, Paweł Podmiotko, Michał Rogalski, Robert Sudół, Wojciech Szypuła, Łukasz Witczak, Tomasz Wyżyński, Aga Zano

Liczba stron: 560

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Odbicia świata

Jeżeli ktoś tak jak ja przypuszczał, że tej jesieni ukazała się już najbardziej oryginalna książka tego roku i ma na myśli „Mapy naszych spektakularnych ciał” Maddie Mortimer, być może zmieni zdanie po lekturze „Iluminacji”. Nie tylko dlatego, że formalnie Alan Moore może sobie pozwolić na więcej ekscentryczności i niezwykłości, bo wykorzystuje opowiadania, a nie powieści. Także dlatego, że mamy tutaj do czynienia z historiami uniwersalnymi związanymi z tym, w jaki sposób autor fantazjuje o otaczającej nas rzeczywistości, a Mortimer była mimo wszystko tematycznie kameralna. W „Iluminacjach” ogromne znaczenie ma wpływ na siebie przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości. A raczej opis tarć i napięć stwarzanych między trzema płaszczyznami czasowymi, bo sięgamy tu daleko wstecz, ale będzie również kilka sugestywnych futurystycznych wizji. Nie jestem do końca pewien, jakie słowa dobrze odzwierciedlałyby relacje między czasami. Mam nadzieję, że udało mi się to określić czytelnie. Z precyzją przekładu natomiast musieli mierzyć się inni. Cała ta książka jest popisem translatorskim, bo każde z opowiadań w języku angielskim wzięli na swoje barki inny tłumacz lub tłumaczka. Można zatem śledzić nie tylko ewolucję twórczą autora – są tu teksty nowe i wyjęte z zakurzonej szuflady – ale również to, na jak wiele różnych sposobów można przełożyć niepokojący i wyjątkowo niezwykły świat wyobrażeń autora.

W opowiadaniu „Ta ostatnia niedziela” pada dość istotna konstatacja, która być może podsumowuje cały zbiór tekstów. „Nic tutaj nie jest tym, czym się wydaje”. Nieistotne, czy mamy – jak we wskazanym opowiadaniu – postapokaliptyczną wizję nakreśloną w nietuzinkowy sposób, czy może coś na kształt eseju krytycznego analizującego kultową powieść, czy też miniatury literackie takie jak tekst tytułowy albo „Zimny odczyt” opowieść o hochsztaplerze ludzkiego umysłu żerującym na pragnieniu kontaktu z kimś, kto odszedł na zawsze. Najbardziej zbliżone do realizmu i najdłuższe, mogące być zalążkiem powieści opowiadanie dotyczy świata komiksów i ich mocy oddziaływania na wyobraźnię odbiorców, czyli sfery bardzo bliskiej Moore’owi, czyta się z podziwem przede wszystkim dla sposobu, w jakim autor w „Co można wiedzieć o Thundermanie” wykorzystuje liczne rodzaje narracji i tworzy gry oparte na przeskokach czasowych, które razem stanowią fragmenty zaskakującej układanki.

Właściwie wszystkie te opowiadania są historiami nasyconymi dużym niepokojem i niepewnością. Otwarte zakończenia dają poczucie niedosytu. Moore rozpoczyna niebanalną opowieść, by w najbardziej ciekawym momencie ją zakończyć. Albo przede wszystkim pokazać – co cenne – w jaki sposób umiejętnie w opowiadaniu wywołać niepokój u czytelnika. Każdy z tych tekstów jest niepokojący. Niektóre niesamowicie plastyczne. Na bardzo długo zostanie w mojej pamięci obraz bohaterki, której twarz jest częściowo porcelanowa, a świadomość uległa złożonemu procesowi depersonalizacji. Tekst o tym, czyli „Hipotetyczna jaszczurka”, otwiera tę brawurową książkę, już na samym początku pokazując, jak znakomity w sferze opisu jest Moore. Wszystko, co zwyczajne i gotowe do opisania za pomocą schematycznych lub oczywistych zdań, pisarz zamienia w surrealistyczne kreacje. Nie mam na myśli pojawiających się na ulicy wielkich insektów jak w „Tej ostatniej niedzieli”. Myślę bardziej o tym, że trzeba dużej umiejętności i specyficznej wrażliwości, by na przykład w pierwszym z opowiadań opisać zwyczajny chodnik, który przestaje być zwyczajny.

Mocno przyciąga uwagę autorska fantazja o teorii mózgu Ludviga Bolzmanna, a opowiadanie „Nieprawdopodobnie złożony stan skupienia energii” to brawurowa historia o tym, co tworzy  rzeczywistość i co zmienia czasoprzestrzeń. Od dyskusji po akty przemocy – nie tylko w tekście o tożsamości mózgu Moore pokazuje pewne znane nam procesy destrukcji albo autodestrukcji, które dotychczas nie doczekały się tak oryginalnych ujęć. Duże znaczenie w „Iluminacjach” ma to, w jaki sposób odkształcający się lub zdeformowany świat wpływa na sposób myślenia o nim, ale także to, jak kształtuje się egzystencjalna wątpliwość wobec faktu, że przychodzi nam żyć w dokładnie takim, a nie innym świecie. Widać w tych tekstach pandemiczne niepokoje. Alan Moore wspomina o świecie, który po doświadczeniu pandemii, staje się inny, ale jednocześnie jakby powracał do czasu sprzed strachu i niepewności. Bohaterowie tych opowiadań starają się iść przez życie z podniesioną głową, a przede wszystkim ze świadomością, że muszą zmierzyć się z każdą trudnością na swojej drodze. Chyba że jednak znikają jak bohater tytułowego opowiadania. Tylko że Alan Moore nie chce opowiedzieć prostej historii o człowieku, który zdecydował, że jego prawdziwa tożsamość utknęła w czasie przeszłym, po którym pozostaje już egzystencjalna pustka. Prawdziwą przyjemnością dla czytelnika będzie odkrywanie, jak pisarz proponuje nam kwestionowanie tego, co zostało opisane, dzięki pełnym nieokiełznanej fantazji dygresjom. W nich zaś kryją się kolejne zagadki. Cała ta książka będzie przecież wyzwaniem oraz zagadką. Powstawała latami i autor w zakończeniu pozwala sobie wspomnieć kilka kontekstów dla opowiadań z różnych okresów jego twórczego rozwoju. Dlatego warto poświęcić jej więcej czasu i czytać każde opowiadanie powoli, by mogło się ono rozwijać w naszej wyobraźni nawet po zakończeniu lektury, gdy przekonamy się, że Moore świadomie wykorzystuje rozwiązania formalne opowiadań, by nakreślić świat przedstawiony, stygmatyzować nas, niepokoić, a następnie grzecznie wyprosić  ze swojego świata przedstawionego. W taki sposób, by jeszcze bardziej nas to zaniepokoiło.

W tym zbiorze tekstów zwraca naszą uwagę także rozmaicie portretowana sfera seksualności. Akt seksualny staje się tutaj czymś, co może mieć moc kreacji albo destrukcji. Fascynacje bliskością ludzkich ciał kierują autora w stronę opowiadania o miłosnym zespoleniu, które zawsze ciekawym uzupełnieniem innych wątków, a niekiedy bywa nawet zasadniczą treścią danego tekstu, jak w przypadku wspomnianej już „Hipotetycznej jaszczurki”, w której opis świata, w którym zaspokajają swoje pragnienia ludzie możni i wymagający, zamienia się w opowieść o metamorfozach sugerujących, jak bardzo miałkie może być życie. A także o tym, że akt seksualny może być silnie powiązany z mocą sprawczą. Doświadczenie erotycznego zbliżenia jest czasem momentem przejścia na jakiś inny poziom odbioru rzeczywistości. Albo ucieczką od niej. Fascynujące jest też to, w jaki sposób Moore w niektórych opowiadaniach opisuje ludzkie ciało. To oczywiście nie wszystko, co zatrzymuje uwagę czy zastanawia. Jest tu więcej powtarzających się tropów, za którymi stoi stwarzanie, nie destrukcja. „Iluminacje” są opowieścią rozpiętą między dwoma kontynentami (poza brytyjskim adresem mamy bardzo ciekawą socjologicznie opowieść o społeczeństwie Stanów Zjednoczonych w opowiadaniu „Co możemy wiedzieć o Thundermanie”). Opowieść ta jest również rozpięta – co już zaznaczyłem – między tym, czego doświadczyliśmy, czego doświadczamy i czego możemy doświadczyć. I za każdym razem kolejne opowiadanie budzi w nas wątpliwości co do tego, czy żyjemy po to, by kreować, czy po to, by niszczyć. Rzeczą najciekawszą jest tu jednak plastyczny język i śledzenie tego, w jaki sposób różni tłumacze radzą sobie z trudną materią słowa „Iluminacji”.

2023-11-10

„Raj” Abdulrazak Gurnah

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 25 października 2023

Przekład: Krzysztof Majer

Liczba stron: 404

Oprawa: twarda

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Wędrówka i tożsamość

Pierwsza przetłumaczona dla polskiego czytelnika powieść Abdulrazaka Gurnaha, czyli „Powróceni”, zawierała w sobie znacznie bardziej pogłębioną diagnozę kolonializmu na kontynencie afrykańskim, bo i obejmowała ramami narracyjnymi późniejszy okres niż ten nakreślony w „Raju”. Tutaj Europejczycy, traktowani jak intruzi z boskimi mocami sprawczymi, dopiero pojawiają się na terytorium, które przybywają dzielić tak, jak podzielona jest właśnie daleka Europa. Opowiadają o niej afrykańscy kupcy, których historie stają się odbiciem ich własnych fantazji dotyczących tego, co znaczy żyć w zagrożeniu ze strony całkowicie innego człowieka decydującego się na ustanawianie swoich porządków. W „Raju” Niemcy budują kolej mogącą zaprowadzić bohaterów do symbolicznego wybrzeża, innego i dającego ukojenie miejsca. Ale ci sami Niemcy są nie tylko budowniczymi. Zaczyna się ingerencja w świat, który za chwilę całkiem się zmieni. Jednak pozostaje ten sam, w dawnych kształtach, gdy ujawnia się w opowiadanych przez bohaterów historiach mających chwilami znamiona przypowieści.

I choć Gurnah konstruuje swój świat przedstawiony wokół losów nastolatka, którego rodzina oddaje bez sentymentów na służbę do bogatego wuja przez to przestającego w świadomości chłopca być członkiem rodziny panoramiczność tej historii oparta jest przede wszystkim na tym, że na drodze zazwyczaj milczącego chłopca, który podgląda i podsłuchuje, stają ludzie związani z handlem – fachem kształtującym tożsamość i nadającym jej sens. Ludzie bez pogłębionych wizerunków psychologicznych, pojawiający się tu często tylko na chwilę, wygłaszają przemowy o tym, jaki charakter ma ziemia, na której żyją, co im daje i zabiera, ale przede wszystkim: do czego i do kogo przynależą. Są tu dysputy przypominające egzystencjalne spory, zwłaszcza gdy nawiązują do tytułowego raju, a przy okazji do ciekawie ujmowanego tu motywu ogrodu. Są również historie o ludzkiej krzywdzie, a retoryka nabiera dużego znaczenia, kiedy łączy się z sugestywnie kreślonymi afrykańskimi pejzażami.

Młodziutki Yusuf słucha zatem opowieści o kształcie świata oraz charakterach ludzi, z którymi przyjdzie mu za chwilę żyć, a przecież nie zna ich i nie rozumie, bo cała jego tożsamość to tożsamość dziecka wygnanego z rodzinnych stron, tułającego się po świecie, zbierającego zasłyszane opowieści i na tej podstawie kreującego własne wyobrażenie rzeczywistości, potem zaś decydującego się na to, by przerwać milczenie, zacząć działać, decydować i rozważać samodzielnie, żeby we wstrząsającym finale tej powieści dokonać zasadniczego życiowego wyboru. Abdulrazak Gurnah swobodnie przemodelowuje biblijną historię Józefa, by opowiadać o tym, na jak wiele niebezpieczeństw narażony jest młody człowiek, którego w dorosłe życie wypycha niesprawiedliwość, a dalszą jego część naznacza przemoc. Nie tylko Yusuf jest tu kimś, kto został oddany przez krewnych, opuścił rodzinną wioskę, dorastał w bólu i tęsknocie i nikt nigdy nie zaoferował mu jakiejkolwiek rekompensaty za utracone już w dzieciństwie poczucie bezpieczeństwa.

Bezpiecznie nie jest nigdzie. Także na szlaku karawany kupieckiej, bo znaczna część „Raju” to sugestywna powieść drogi, która być może służy Gurnahowi do ukazania tego, co tak widoczne było w „Powróconych”: chodzi o strach przed przynależnością do obcych z Europy, którzy po prostu biorą sobie ziemię i ludzi i zarządzają miejscem, o którym nic nie wiedzą, ale również przerażające wizerunki tego, jakie okrucieństwo rodzi się z antagonizmów społecznych zastanych na miejscu. W tym znaczeniu rajskie (!) opisy afrykańskich przestrzeni skontrastowane będą z różnego rodzaju klatkami, z których nie sposób się wydostać. Wrodzy są wobec siebie lokalsi i w utrwalanych latami podziałach muszą przyjąć do wiadomości, że zostaną podzieleni przez kogoś z zewnątrz. Europejczycy pozornie przynoszą ład, jednak ta ich odległa kraina szykuje się przecież do wojny. Miejsce, w którym Yusuf ma zacząć nowe życie, także wrze od różnego rodzaju niepokojów. Dlatego opowieści poszczególnych bohaterów są tu istotne, bo mają nie tylko znaczenie retardacyjne (choć to krótka powieść), ale przede wszystkim są komentarzami, w których odbija się wielopłaszczyznowość problematyki opisywanego regionu.

A w tym wszystkim świat ludzkich wierzeń w to, że poza rzeczywistością ukryte jest coś więcej, co może dać wyzwolenie, ale może też wiecznie karać. Fantazje o duszach w postaci aniołów czy wilkołaków, dżinny z ich mocami sprawczymi, wszelkie ludzkie szaleństwa i klątwy naznaczające na zawsze. Wśród tej symboliki także ciekawie ukazany motyw psa. Yusufowi psy śnią się w koszmarach. Psami nazywani są Europejczycy, którzy usiłują zdominować obcą im ziemię. Gurnah świadomie i konsekwentnie portretuje swoich bohaterów skonfrontowanych z tym, czego oczekuje od nich religijność. Yusuf ma zdobyć najważniejszą życiową lekcję, studiując Koran. To uczyni go lepszym, prawym. Tymczasem wokół niego zderzają się liczne kultury i wierzenia. Są na przykład osobni i stanowiący specyficzną grupę Hindusi. Ale definiując człowieka poprzez przynależność etniczną i kulturową, autor fantazjuje na temat tego, kim jest dzikus, dlaczego to określenie deprecjonujące i co dzikiego niosą w sobie bohaterowie, których należy się bać albo zachować wobec nich konieczny dystans.

„Raj” to mimo dysput światopoglądowych i zwrócenia uwagi na to, jak ważna jest w literaturze mozaika opowieści wykreowanych postaci zamiast opowiadania o świecie przez narratora przede wszystkim wstrząsająca i momentami wzruszająca opowieść inicjacyjna. „Już zawsze będziesz pozwalać, żeby wszystko ci się po prostu przydarzało?” – ten zarzut słyszy młody Yusuf od swego brata w niedoli, który uzyskał nieco większy wgląd w siebie oraz sytuację, w jakiej znajdują on i Yusuf. Czy w tym zarzucie braku mocy sprawczej nie ma również świadectwa niemocy człowieka, który te słowa wypowiada? I co konieczne będzie, by dorastający bohater zaczął podejmować samodzielnie decyzje? Przecież niewiele jest w tym świecie wolności, bo „Raj” jest również historią jego, że zniewolenie w portretowanej prowincjonalnej Afryce jest niejako strukturalne i niewola narzucana przez europejskich najeźdźców chwilami nie będzie się niczym różnić od tego, co kształtuje stosunki społeczne i pozwala na przykład rodzinom sprzedawać bez cienia sentymentu swoje dzieci na służbę.

Czy odczytywać Gurnaha jako opowiadacza drogi, czy jako czułego portrecistę ludzkiego charakteru postaci, która nie jest warta uwagi czy czułości? A może po prostu zachwycać się tym, jak wiele intensywności i różnorodności tkwi w opisach świata, po którym wędrują udręczeni życiem kupcy i ich pomocnicy? „Raj” jest nade wszystko powieścią bardzo eleganckiej i dostojnej składni. Opowiada o życiu sięgającym dna i o upokorzeniach, przemocy oraz wstydzie, ale nawet sięgając ku naturalistycznym opisom, autor pozostaje po prostu taktowny. Gurnah wie, że opowiedzieć o ludzkiej krzywdzie można najlepiej w formie stonowanej przypowieści. Tak jak definiować raj, do którego niektórzy mają niezwykle daleką drogę, a dla niektórych znajduje się on tuż obok, na wyciągnięcie ręki.

2023-11-06

„Kradzież” Ann-Helén Laestadius

 

Wydawca: Wydawnictwo Mova

Data wydania: 8 listopada 2023

Przekład: Natalia Kołaczek

Liczba stron: 448

Oprawa: miękka

Cena det.: 47,90 zł

Tytuł recenzji: Wyobcowanie i zbrodnie

Ann-Helén Laestadius wie, jak opowiedzieć o stygmatyzacji i wyobcowaniu, trafiając w naprawdę czułe struny i odwołując się do bardzo wielu emocji. Pozornie ta historia jest bardzo prosta. Pisarka snuje opowieść o dorastającej dziewczynce, która zostaje straumatyzowana w wieku dziewięciu lat, gdy widzi śmierć ukochanego zwierzęcia, a jej relacja z oprawcą będzie obejmować całe jej dalsze życie, komplikować się i stawać nie do wytrzymania. Myślę jednak, że „Kradzież” to w dużej mierze oparta na rzeczywistych zdarzeniach historia o tym, jak bolesny jest brak poczucia przynależności, a jednocześnie jak silne więzy z najbliższymi taki brak tworzy. Można tę książkę odczytać w bardzo dosłownym znaczeniu i wówczas odnieść wrażenie, że to opowiedziana już wiele razy historia o tym, w jak dyskomfortowym położeniu znajdują się Saamowie, najstarszy lud Skandynawii usiłujący odnaleźć się w konkretnych miejscach, które nie tworzą granic ich państwa. Jednakże Laestadius zaskakuje – nie tylko wówczas, gdy sugeruje, że opowiada o pewnym symbolicznym rodzaju wyobcowania. Konstrukcja tej powieści przynosi zręcznie ukryte mroczne przesłania, czym jest krzywda, co to znaczy nieść ją w sobie, czym jest odpowiedzialność za nią i co się dzieje, kiedy w imię zemsty krzywdzony sam zostaje krzywdzącym.

Elsa to bohaterka rozwojowa. Dziewczynka wiecznie nosząca ze sobą ucho zabitego renifera, a wraz z nim pamięć o specyficznej krzywdzie. Ann-Helén Laestadius opowiada o takim zespoleniu człowieka ze światem natury, które sprawia, że najsilniejszą więzią staje się więź ze zwierzęciem. Ale nie tylko o tym. Elsa definiuje swoją egzystencjalną samotność w pozornie najprostszy sposób. Mówi, że ma tylko „siebie, lód i swoje miejsca”. Tymczasem przyglądamy się jej jako członkini rodziny o bardzo silnych więzach, a jednocześnie bezradnej wobec rzeczywistości, w której koniecznie trzeba być blisko, aby przetrwać. Elsa dorasta w świecie, gdzie o bliskich jej ludziach mówi się pogardliwie „Lapończycy”. Gdzieś pomiędzy szwedzką a saamską szkołą, które symbolicznie łączą tu stołówka i hala sportowa, jednak dzieli bardzo wiele, z każdym rokiem dorastania Elsy więcej. Dziewczynka, a potem kobieta to u Laestadius wyjątkowo samotna wyspa. Musi mierzyć się z doświadczeniem  narastającej przemocy. W jej otoczeniu dzieją się rzeczy coraz trudniejsze do zniesienia. Napięcie sięga zenitu, a w małej prowincjonalnej miejscowości ludzie zaczynają się nienawidzić. Antagonizmy narastają stopniowo i ukazywanie tego procesu to jedna z największych zalet książki. Jest tu bardzo zimno – w dosłownym i symbolicznym znaczeniu. Odnieść można wrażenie, że Elsa nie potrafi się wyzwolić ze swojego egzystencjalnego chłodu. On dopadnie i zniszczy kogoś z jej najbliższego otoczenia. Bo w „Kradzieży” ofiarami są nie tylko zwierzęta. Tu przemoc i śmierć przyjdą wspólnie, będą nacierać jak surowa północna zima i pozostawiać po sobie tylko pustkę. Czy w tej książce poza światłem zorzy polarnej pojawi się też jakieś inne? Czy w tak kategorycznie zarysowanej opowieści o wzajemnych uprzedzeniach i narastającej chęci zemsty jest miejsce na jakieś katharsis, jakąś odmianę, zrozumienie samego siebie w swoich negatywnych odczuciach?

Społeczność saamska z „Kradzieży” to ludzie, którzy cały czas gotowi są stawiać czoła przeciwnościom losu. Wychowani w silnym związku z najbliższymi wciąż na nowo próbują poza rodzinami budować jakieś bliskie relacje. Wokół nich widzimy prowincjonalnych Szwedów, którzy chętnie widzieliby wokół siebie innych sąsiadów. Zło wkrada się tu do domów i między ludzi bardzo podstępnie. Ale motywem przewodnim jest krzywdzenie i zabijanie zwierząt, z którymi właściciele tworzą specyficzną więź. Bo zwierzęta to także członkowie rodziny. A Laestadius chce opowiedzieć o rodzinie w sytuacji granicznej, gdy zagrożenie jest tak duże, że zmienić może relacje przywiązania i lojalności.

Elsa nabiera specyficznego dystansu do obcych ludzi. To pewien atawizm utrwalany w rodzinie. Tej rodzinie, dzięki której Elsa czuje się potrzebna, kochana, na właściwym miejscu. Tymczasem świat wokół niej się zmienia, zmieniają się również relacje. Dziewczynka rusza w świat z bagażem nienawiści, której nie może się pozbyć. Jednocześnie w jej domu rodzinnym odnajdujemy ciepło i harmonię. Ale też krzywdzonych ludzi, którzy nie chcą walczyć z tymi, którzy czynią krzywdę. A jednak muszą. Bo taka jest rzeczywistość o konturach wyostrzonych przez sugestywne opisy północnej aury. Chłód można poczuć w miejscach pozornie kojarzonych z ciepłem. I bezpieczeństwem. Na przykład na komisariacie policji, na którym zgłoszenie przestępstwa jest bagatelizowane. Gdzie przestępstwo określa się w taki sposób, że dochodzi do rozmycia pojęć, a za tym stoi stygmatyzacja. Dlatego uważam, że powieść ma świetnie dobrany tytuł. W gruncie rzeczy chodzi o nazywanie zbrodniczego procederu za pomocą eufemizmu. Jak w tym świecie może funkcjonować rodzina, której budowane latami poczucie bezpieczeństwa zaczyna się rozpadać?

Laestadius bardzo ciekawie niuansuje to, co przeżywają ludzie bezradni i bezsilni. Pozornie pozbawieni narzędzi i motywacji do walki o sprawiedliwość. Tymczasem toczy się tu inna walka – o godność w jej najbardziej oczywistym znaczeniu. Pojawia się posępny cień młodego samobójcy. Potem następują zdarzenia coraz bardziej wikłające główną bohaterkę w emocjonalny impas. A wszystko zmierza do tak skonstruowanego finału, że najwięcej silnych emocji pojawi się dopiero na końcu. Wówczas ta książka nabierze prawdziwie mrocznego znaczenia. Jaki rodzaj symbolicznego chłodu można wpuścić w siebie, kiedy latami żyje się z goryczą, która nie chce odejść? I w jaki sposób pogodzić tak zwaną normalność codziennego życia z tym, że tę codzienność naznaczają coraz częściej i coraz boleśniej akty przemocy?

Saamowie od początku do końca chcą w „Kradzieży” mówić wprost o tym, co myślą i czują. Daleko im do szwedzkiej poprawności, za którą czają się nienazwane wprost potworne uczucia. Dochodzi tu do zbrodni oczywistych i tych, które nie niosą za sobą śmierci, jednak w małej społeczności skutecznie coś zabijają. Elsa stara się być wyrazicielką prawdy. Dokumentującą wszelkie ślady nieprawości, które zacierają się w surowym szwedzkim pejzażu niczym podczas silnej zamieci śnieżnej. Elsa chce mieć w ręku dowody zbrodni, a jednocześnie chce zwerbalizować i oswoić to, z jakimi emocjami zaczyna się mierzyć. Że staje do konfrontacji nie tylko z człowiekiem gotowym zamienić życie jej rodziny w piekło. Z bezradności rodzi się wściekłość, a z wściekłości kolejne uprzedzenia. Jest to historia wyjątkowo ponura, bo w zasadzie nieproponująca żadnego wyjścia z impasu. Kumulowanie napięcia wychodzi Ann-Helén Laestadius znakomicie, dzięki czemu „Kradzież” fragmentami gatunkowo wpisuje się w konwencję thrillera wyjątkowo silnie poruszającego czytelnika.

Autorka każe jednak przyglądać się też dalszemu planowi opowieści i bohaterom, wobec których nie można mieć jednoznacznych odczuć. Warto zwrócić uwagę na postać starszej Saamki, której nie ratuje rodzinna miłość. Na oprawcę reniferów, który staje się tym, kim się staje, bo zaszły pewne okoliczności, w których w jego umyśle narodziło się zło. O istocie skandynawskiego zła opartego na prześladowaniach i uprzedzeniach „Kradzież” opowiada momentami także jak fascynująca literatura faktu. Najbardziej jednak podoba mi się ta powieść jako rzecz o tym, jak bardzo można bać się samego siebie, kiedy jest się świadkiem zła, a ono później konsekwentnie i boleśnie wchodzi pod skórę. Ostatecznie będzie to również książka o pewnej tajemnicy, która jest pozornie początkiem czegoś nowego, ale przypomina o świecie, w którym okrucieństwa nie dało się zatrzymać. Wstrząsająca i momentami bardzo subtelna opowieść o bólu wyobcowania. Także o bólu zadawanym zwierzętom, które nie protestują, gdy ktoś je zabija. Ważna powieść o skrytych w skandynawskich społeczeństwach animozjach i podziałach, na które znajduje się najprostszy sposób – wyparcie. Emocjonująca fabuła i bardzo pięknie zaprezentowana kameralność ludzkiej osobności w przerażająco zimnym klimacie, w którym bliskość może być równie silna jak oddalenie w nienawiści.