2020-07-02

„Krwawy bunt. Historia powstania w amerykańskim więzieniu Attica” Heather Ann Thompson


Wydawca: Wydawnictwo Editio

Data wydania: 23 czerwca 2020

Liczba stron: 684

Przekład: Piotr Cieślak

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 59 zł

Tytuł recenzji: Pamięć okrucieństwa

Imponująca wieloaspektowością i mnogością odniesień do tekstów źródłowych książka Heather Ann Thompson jest mocnym głosem w toczących się często dyskusjach o patologiach systemów penitencjarnych. Adres opisywanej historii jest bardzo konkretny, amerykański. Opowiadając o krzywdzie będącej pokłosiem chaosu, furii i dyletanctwa, za które nikt w zasadzie nie przeprosił, Thompson chce zwrócić uwagę na to, jak funkcjonowały i do dzisiaj funkcjonują zakłady karne w USA. Jedno ze zdań z tej publikacji, które wyraźnie zapada w pamięć, to komentarz do sytuacji amerykańskich placówek: „Większość więzień stanowych to przeludnione, rozsypujące się relikty dawno odrzuconych teorii resocjalizacyjnych”. Autorka opowie o pewnej mrocznej twierdzy zlokalizowanej obok spokojnego miasteczka, w której tkwili w ciasnocie więźniowie poddani specjalnemu rygorowi – wielokrotnie tacy, którzy za swoje mniej groźne przestępstwa w ogóle nie powinni się tam znaleźć. Thompson opisze relikty teorii resocjalizacyjnych, zwracając uwagę na najgorsze ludzkie atawizmy i instynkty. Bo Attica, w której wybuchł bunt, jak wiele amerykańskich więzień, była miejscem strukturalnej przemocy podsycanej rasizmem i status quo opartym na jakiejś karykaturze resocjalizacji.

Fakty przedstawiane przez Thompson są następujące: najpierw bunt w więzieniu Auburn, który dał początek fermentowi w Attice. Potem samo przejęcie zakładu karnego przez więźniów, które nastąpiło 13 września 1971 roku. Pięć dramatycznych dni, podczas których ważyły się losy buntowników. Filmowane odbicie zakładu – okrutne i brutalne. Śmierć wielu więźniów oraz strażników wziętych za zakładników. Torturowanie tych więźniów, którzy po odbiciu mieli po prostu wrócić do cel. Dramat rozgrywający się potem przez dekady – dochodzenie sprawiedliwości przez wszystkich okrutnie skrzywdzonych w więzieniu i tych, którzy ich cierpienie musieli wpisać w swoje dalsze życie. Zakłamania, absurdy, groteskowość procesów. Stan Nowy Jork, który nigdy nie przeprosił za krwawą masakrę. Ale to są same fakty. Thompson chce je zaprezentować z wrażliwością historyczki, która gotowa jest na analizę każdego niuansu, zachowując jednocześnie w narracji takt oraz empatię. Fragmenty tej książki czyta się jak przejmującą powieść sensacyjną. Tyle tylko że nie mamy do czynienia z fikcją literacką. „Krwawy bunt” jest opowieścią o dzikim okrucieństwie, któremu nikt nie chciał się przyglądać, bo wstyd było przyznać, że jest ludzkie. Również historią tego, w jaki sposób system wykorzystuje przewagę nad krzywdą obywatela. Jak niszczący jednostkę może być proces dochodzenia sprawiedliwości. Ale przede wszystkim o tym, że amerykańskie więzienia odbierają wiele elementarnych praw, które są również prawami osadzonych. W relacjach z opisywanych wydarzeń używało się określenia „zwierzęta” na więźniów, którzy zdecydowali się na bunt. Mam wrażenie, że to amerykański system prawny – z bardzo lokalnym adresem – jest tu bezkompromisowym i drapieżnym zwierzęciem, które rusza na łowy…

Autorka każdy z dziesięciu rozdziałów rozpoczyna biogramem ludzi ważnych z punktu widzenia tego, co najistotniejsze w danej partii tekstu. Moją uwagę przykuły przede wszystkim trzy postacie, bo cały czas myślałem o tym, w jak skomplikowanej moralnie i egzystencjalnie sytuacji się znaleźli. To Russell Oswald, komisarz do spraw więziennictwa. To on miał być pośrednikiem w konsultacjach między więźniami a systemem. Był lekceważony, traktowano go z niechęcią. A jednak wkroczył na plac więzienny, na którym demonstrowali osadzeni, zapewniając każdemu mediatorowi swobodne wejście do więzienia i wyjście z niego. W sercu buntu coraz silniej wierzył w moc negocjacji. I wierzył do końca. A potem był świadkiem przerażających aktów przemocy podsycanych przez nienawiść, także rasową. Oswald jest tragicznym przegranym, ale też człowiekiem wzbudzającym ambiwalentne uczucia. Oskarżany o pobłażliwość, potem prześladowany. Wciąż z poczuciem niespełnienia i goryczy. Odsunięty jakby w cień. Dużo odważniejszy wydaje się John Edland, patolog mający odwagę kwestionować fałszywe deklaracje na temat tego, kto i jakie śmiertelne rany odniósł podczas szturmu. Gdy amerykańska opinia publiczna ujrzała obraz zdemonizowanych więźniów, wobec których należało zastosować zbrojną akcję, Edland świadom wszelkich konsekwencji ujawnia prawdę o przyczynach zgonów, dając dowody na to, że podczas odbijania więzienia dochodziło po prostu do zbrodni. Trzecia wyróżniająca się postać to Malcolm Bell, prawnik w służbie prokuratury, który bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że oskarżenia publiczne oparte są na przekłamaniach. Człowiek ryzykujący stanowisko, by ujawnić skalę zakłamania i manipulacji.

Bo dni po odbiciu więzienia były ich pełne. Thompson najpierw metodycznie godzina po godzinie oddaje dramat więźniów coraz bardziej spodziewających się ataku z zewnątrz, a potem prezentuje fakty, które już niekoniecznie interesowały Amerykanów. Jaką okrutną zemstę wymyślili strażnicy dla zbuntowanych? Jak tuszowano to, że do akcji zbrojnej wkroczyli pełni zniecierpliwienia, frustracji i nienawiści funkcjonariusze bez emblematów identyfikacyjnych, którzy w chmurze toksycznego dymu strzelali do więźniów między innymi amunicją wykorzystywaną do polowań na jelenie? Jak w ogóle można było wydać zgodę na tak chaotyczną i pełną przemocy akcję wobec ludzi, którzy w swojej demokracji przegranych umożliwili warunki pokojowego dialogu i sami pokojowo protestowali?

„Krwawy bunt” to opowieść o tym, że cierpienia i nienawiść mają personalia. Że bez względu na chęć zatuszowania nieprawidłowości doprowadzających do śmierci fakty na zawsze pozostaną boleśnie czytelne. Thompson prowadzi narrację, sięgając już do XXI wieku. Okazuje się, że kilka dekad na odszkodowania czekali maltretowani po odbiciu Attiki więźniowie, jak również rodziny pokrzywdzonych pracowników zakładu karnego. Zwraca uwagę na to, w jak wielkim konflikcie znalazły się na lata sprawiedliwość i zacietrzewienie, by bronić morderczego przedsięwzięcia. Takiego, któremu słuszność przyznawał sam Richard Nixon. Z drugiej strony autorka bardzo podmiotowo traktuje swoich bohaterów – oni w przeciwieństwie do bezdusznego systemu mają emocje, uczucia, są osadzeni w ludzkich kontekstach pewnych działań oraz ich konsekwencji.

Attica to symbol bezwzględnego okrucieństwa, ale również miejsce, w którym prawa człowieka zostały zastąpione siłą i nienawiścią, a rasizm po raz kolejny pokazał swoje destrukcyjne dla amerykańskiego społeczeństwa oblicze. Heather Ann Thompson bardzo chce pokazać, jak wiele różnych wątpliwości wiąże się ze sprawą buntu z 13 września 1971 roku, ale nie chce tej mnogości jedynie eksponować. „Krwawy bunt” to bardzo rzetelna analiza faktów i inteligentnie konstruowane tezy. Wciąż mimo wszystko sprawa buntu w Attice wywołuje wiele kontrowersji. Sporo też zostało ukryte w mrocznym cieniu. Nieprzypadkowo stan Nowy Jork nie chciał, by opinia publiczna wiedziała wszystko. Być może wówczas musiałby za to wszystko zwyczajnie przeprosić.

2020-06-30

„Topiel” Jakub Ćwiek


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 3 czerwca 2020

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Lato żywiołu

Gdy pisze się o „Topieli”, w dobrym tonie jest odnieść się do tego, jak pamięta się lato 1997 roku w Polsce. Pamiętam je bardzo dobrze. Miałem dziewiętnaście lat, byłem w przedpokoju dorosłości i miałem okazję doświadczyć piekła zalewanego Wrocławia oraz przyglądać się temu, jak do pokazu niszczycielskiej siły wód południowo-zachodniej Polski dołączyła potem Wisła, mniej agresywna, ale równie bezkompromisowa w zawłaszczaniu. Jakub Ćwiek nawiązuje do samego początku. Do tych dni, w których żywioł nie robił jeszcze wrażenia, dopiero zaczynał atakować. Wdzierał się na ulice, podwórka i do domów, ale przede wszystkim do świadomości ludzi, którzy nie byli w stanie zrozumieć potęgi oraz okrucieństwa wielkiej wody. Bo ona jest niemym, lecz głównym bohaterem tej powieści.

Książki najbardziej osobistej z bogatego dorobku twórczego autora i pierwszej Ćwieka, jaką miałem okazję przeczytać. Może łatwiej mi będzie ją ocenić. Przyjrzeć się tej narracji bez zbędnych porównań, refleksji komparatystycznych. Ale muszę na początku napisać o powieści, którą wciąż miałem z tyłu głowy, czytając kolejne rozdziały „Topieli”. To „Inna dusza” Łukasza Orbitowskiego. Napisana na zamówienie i najlepsza rzecz tego autora. Podobieństw jest kilka. Podobny czas akcji – 1995 i 1997 rok. Podobnie portretowane relacje rówieśnicze. Podobny klimat fatalizmu, od którego nie można się uwolnić po przeczytaniu ostatniej strony. Jednak to, rzecz jasna, różne powieści. Orbitowski twórczo przekształca fakty, prowadząc nas po ścieżce zbrodni. Ćwiek przekształca wspomnienia, robi to momentami nawet lepiej w tym twórczym porywie i widać, że to powieść będąca pamiętnikiem przeżytych wydarzeń. Mam na myśli konfrontację z żywiołem. Opisanym tutaj niezwykle sugestywnie i śmiałbym nawet wysunąć tezę, że bardziej czule niż chłopięce relacje rówieśnicze, które w czasie żywiołu wystawione są na trudne próby. Dramat nastolatków wchodzi pod skórę tak samo stopniowo i niebezpiecznie jak woda wdzierająca się podstępnie, a potem z ogromną, zadziwiającą wszystkich siłą. Tymczasem Jakub Ćwiek zaskakuje tutaj realizmem i takim rodzajem sugestywności, że zabiera się jego opowieść ze sobą, znajduje dla niej miejsce w sercu i konstatuje, że właśnie przeczytało się jedną z najbardziej smutnych i jednocześnie ujmujących narracji ostatniej dekady polskiego męskiego pisania.

Głuchołazy. Miasto jeszcze nie wie, co je czeka. Na razie groźnie podnoszą się wody miejscowych rzek, deszcz wystukuje mroczny rytm kolejnych dni, a mieszkańcy nie spodziewają się tego, z czym przyjdzie im się zmierzyć. W takiej samej sytuacji są nastolatkowie: Darek, Grzesiek, Kacper i Józek. Ci trzej pierwsi są u siebie. Czwarty przyjeżdża na wymuszone chyba wakacje w Głuchołazach u boku matki poszukującej wytchnienia lub wsparcia w spokojnym domu dziadków Józka. Ćwiek nie będzie kopiował twórców zarażających świadomość młodych czytelników wspaniałym światem przygód, w których rówieśnicy dobrze się bawią i odkrywają, że dzieciństwo może być cudownym czasem. W dzieciństwie portretowanych chłopców nie ma niczego cudownego. Okazuje się, że muszą wziąć na swe wątłe ramiona problemy i traumy dorosłych ludzi. Ich rodziny tylko pozornie tworzą sielankę i dają poczucie bezpieczeństwa. Chłopcy doświadczają braków oraz utrat, które na pewno wpływają na szorstkość ich sposobu bycia. Bohaterowie „Topieli” nie będą bawić się w infantylne gry ani rozwiązywać zagadek o charakterze edukacyjnym czy dydaktycznym. Ci chłopcy zostaną zderzeni z doświadczeniami ekstremalnymi. Będą zmuszeni wziąć na siebie przeżycia, z którymi nie uporałby się niejeden dorosły. Tkwią również w miasteczku, które zmienia kształt, a wdzierająca się do niego woda potęguje klaustrofobiczną atmosferę. To nie będzie lato pełne wrażeń, lecz czas, w którym chłopcy doświadczą bezkompromisowości życia. I nie każdy będzie mógł ją unieść.

Nieprzypadkowo powieść otwiera scena, w której dowiadujemy się, że odnaleziono ciało chłopca, z którym woda obeszła się szczególnie okrutnie. Naturalnie zastanawiamy się, którego z młodych bohaterów będzie dotyczyć ta antycypacja. Ćwiek tak prowadzi nas przez świat doświadczeń chłopców, że trudno jest cokolwiek przewidzieć, ale widzimy za to bardzo wyraźnie, z jakimi problemami muszą mierzyć się dzieci w taki czy inny sposób zmuszone do konfrontacji z trudnościami swoich rodzin. Słowo „rodzina” będzie miało tu jeszcze jedno, być może najbardziej fatalne znaczenie. Tymczasem opowieść w „Topieli” jest senna. Efekt grozy wzmacniają doskonałe opisy tego, w jaki sposób żywioł powodzi przybiera na sile. Woda jest tu chaosem. Coraz bardziej chaotyczne będzie stawać się dla chłopców postrzeganie tego, co się dzieje wokół nich, ale także wzgląd we wzajemne relacje.

Fatalizm Ćwieka jest jednocześnie melancholijną czułością. Te Głuchołazy, które właśnie chce zniszczyć woda, stają się centrum nastoletniego wszechświata. Tylko tu będą mieć miejsce zdarzenia, które na zawsze zapadną w pamięć. Tylko tutaj zatrzyma się postrzeganie świata jako całości i emocjonalność koncentrująca się jedynie na tym, co dzieje się w danej chwili. Istotne jest też śledzenie tego, jaki rodzaj zapisków rozbija linearność opowieści o czterech chłopcach. To uzupełnienia dużej wagi, choć przez dłuższy czas koncentrujemy się na rzeczach pierwszych, jakich doświadczają młodzi bohaterowie. Co stanie się wówczas, gdy jedną z tych rzeczy będzie upokorzenie? Czy nastoletnie relacje są na tyle silne, by grupowo unieść ciężar okrutnych doświadczeń, których tylko tłem będzie odbierająca szansę, nadzieję i normalność powódź? Czyta się to świetnie, bo żywioł dotyczy nieokiełznanej potęgi wody, ale także idących z nią w parze emocji, nad którymi nastolatkowie nie są w stanie zapanować. „Topiel” to też opowieść o tym, że proza codziennego życia może być literacko zachwycająca. Tu nie myśli się o rozwoju wydarzeń – obserwuje się bohaterów i przywiązuje do nich właśnie dzięki temu, że są tak zwyczajni.

To też kronika specyficznego czasu, w którym trzeba się było spieszyć, aby jeszcze zdążyć osiągnąć sukces. Czasu nieobecnych rodziców wierzących w to, że intensywna praca na Zachodzie zapewni im status kogoś ważnego w Polsce. Czasu, w którym mimo wszystko dziadkowie mogą najwięcej, a nastoletni chłopcy fascynują się pierwszą mnogością obrazków – tych papierowych i telewizyjnych. „Topiel” nawiązuje jednak do roku niewyobrażalnych dramatów. Wtedy cierpienie mnożyło się, ale pomnożone nie potęgowało się jakoś w świadomości. Ćwiek chce opowiedzieć o indywidualnym i bolesnym doświadczeniu. O cierpieniu, z którego nie można było się wydobyć. Ale i o pamięci, która odtworzy miejsca oraz ludzi, których tak łatwo zawłaszczała i niszczyła kiedyś wielka woda. Mocno zapadająca w pamięć książka.

2020-06-26

„Odmęt” Jacek Łukawski


Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 17 czerwca 2020

Liczba stron: 496

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Przeszłość tożsamości

Jacek Łukawski napisał mroczną powieść o pamięci i tożsamości. O tym, w jak niebezpieczne związki mogą ze sobą wejść. Zrezygnował z popularnego zabiegu wbicia czytelnika w wir wydarzeń, których sens musi on odnaleźć później. Zaczyna klasycznie i przez pewien czas nie daje do zrozumienia, co może być ważne, co niesamowicie istotne. Ale już jeden element z samego początku powieści będzie miał ogromne znaczenie. Narracja Łukawskiego jest tak skonstruowana, że jeśli zwraca się uwagę na szczegóły, to można się domyślić finałowego rozwiązania. Ale nie wiemy, co od początku jest tak bardzo istotne. Przenosimy się do Chęcin i Kielc, w których kryminalną łamigłówką zajmą się ludzie pozornie bez właściwości. Może poza prokuratorem Arkadiuszem Painerem, który będzie tutaj poszukiwaczem, łowcą i jednocześnie osobą obarczoną traumą wyrzutów sumienia. Całość prezentuje się bardzo dobrze, gdy zrozumiemy, jak łatwo daliśmy się w kilku scenach i rozdziałach zwieść. „Odmęt” to historia tajemnic z przeszłości i mordercy, który uszedł wówczas wymiarowi sprawiedliwości. Książka o tym, że najgroźniejsi możemy być wtedy, kiedy tracimy kontakt z samymi sobą. Ale także o tym, że ludzkie zło potrafi zakorzenić się i zasnąć na lata. Po to tylko, by odrodzić się w jeszcze bardziej przerażającej postaci.

Damian Wolczuk wychodzi z domu i nie zamierza do niego wrócić. Do partnerki, która go zdradziła, i do miasta, przez które czuje się oszukany. Bohater usiłował zbudować w Warszawie stabilne życie, przewidywalną przeszłość. Jedno zdarzenie powoduje, że staje się tymczasowy. Jest taki przez cały czas. W drodze ze stolicy do Krakowa i w Chęcinach, w których zdecyduje się zatrzymać po tym, jak jego samochód ulegnie stłuczce, a dalsza podróż wyda się konieczna do odsunięcia w czasie. Wolczuk jest tym, co przeżywa w danej chwili. Nie jest już dziennikarzem, który stracił pracę, lecz nie jest również człowiekiem mającym plany na nowe życie w innym mieście. Jest w życiowej poczekalni. Ale Wolczuk jest też instynktem i atawizmem, choć sam nie zdaje sobie z tego sprawy. Do Chęcin przykuwają go kolejne morderstwa. Najpierw ginie czwórka ludzi. Potem dziewczyna, która zamierzała pożegnać się z ośrodkiem leczenia uzależnień i zacząć wreszcie normalne, zdrowe życie bez nałogów. Na tym nie koniec. Albo koniec zostaje odwleczony z powodu pewnych okoliczności. Bohater Łukawskiego postanawia się zmierzyć z mordercą. Zaczyna rozumieć, że psychopata czyha właśnie na niego. Czy tak jest w istocie?

Odpowiedzi na to pytanie będzie szukał Dariusz Kryński, młodszy aspirant przeniesiony kiedyś ze służby z Kielc do Chęcin. Miejscowy anioł, jak nazywa go jedna staruszka. Poczciwy i uczciwy przedstawiciel władzy niosący w sobie wstyd za okrutnego ojca, który w mundurze MO pokazywał, że jest potworem. Kryński na początku wydaje się postacią dość papierową, nad wyraz oczywistą i przewidywalną. Dodatkowo ujawniającą, jak łatwo zdobyć jej zaufanie, jak łatwo je wykorzystać. Dużo ciekawiej prezentuje się przy nim prokurator Painer – zwolennik motocykli i cameli. Kryński będzie bohaterem dynamicznym, ale dynamika zdarzeń będzie się ściśle wiązała z dziwnymi relacjami, w jakie policjant wejdzie z przyjezdnym Wolczukiem. Okaże się z czasem, że dużo ciekawsza będzie jednak inna relacja. Retrospekcje zbudują obraz napięcia między bohaterami. A „Odmęt” wciąż na nowo będzie mylić tropy.

Ktoś jest tutaj nie na miejscu, ktoś jest obcy. Ktoś wywołuje strach i coraz to nowe teorie spiskowe. W małej miejscowości wydarzyło się coś, co zrujnowało jej codzienny spokój. Pojawił się ktoś, kto tropi i chce zburzyć stworzony porządek. Ktoś konsekwentnie będzie starał się kogoś za coś ukarać. A jednocześnie będzie to jakby cień człowieka. Złowrogi i nieuchwytny. Bardzo niebezpieczny. Zło zdaje się rozlewać po Chęcinach i nikt nie ma pojęcia, jak wiele jeszcze się go ujawni. Zbrodnie związane są z pewnym drobnym fetyszem. Całe ich okrucieństwo ujawnia jednak człowieka zdeterminowanego, by zabijać w konkretnym celu. Coraz więcej odpowiedzi kryć się będzie w przeszłości bohaterów, a nie w tym, co przeżywają obecnie. Coraz bardziej klaustrofobiczna atmosfera prowadzić nas będzie do czasu, kiedy pewien człowiek nie poniósł konsekwencji swojego okrutnego czynu.

Autor stosuje świetną ekspozycję podejrzanych, możemy sobie wybierać, każdy ma jakąś tajemnicę i każdego można podejrzewać o to, że nie jest tylko tym, za kogo się podaje. Miejscowy lekarz. Terapeuta uzależnień. Także kobieta, która zbliża się do Wolczuka. Mieszkańcy Chęcin sportretowani są jako społeczność z pewnymi uprzedzeniami i mnożąca w sobie lęki. Tutaj najważniejsze będzie odkrycie, kto i kogo najbardziej się boi. Wszystko w świetnie dobranej scenerii cichej miejscowości z ruinami zamku pobudzającego wyobraźnię. Jacek Łukawski chce być w swojej opowieści lokalny, ale „Odmęt” to bardzo uniwersalna opowieść o tym, czym może być ludzka tożsamość, jeśli zaburzą ją okoliczności albo stanie się coś nieprzewidywalnego. Autor wydaje się zadawać także pytania o to, co możemy antycypować, jeśli nie jesteśmy pewni siebie. Tu każdy staje się ciekawie zarysowaną postacią, ale jednocześnie jest jakąś zagadką. W tej niepewności rodzi się coraz więcej skomplikowanych zależności. A za nimi idą zło i zbrodnie.

„Odmęt” to inteligentnie skonstruowana powieść o tym, że całe życie możemy samych siebie poszukiwać, ale i od siebie uciekać. Dlatego tożsamość według Łukawskiego to czasami przerażająca zagadka. Więcej tu chwilami humanistycznej empatii dla ludzkich słabości niż piętnowania zła. Czegoś na kształt współczucia dla psychopaty przy jednoczesnej próbie zrozumienia, co jest istotą psychopatii. Ale dzięki temu jest to powieść bardzo przewrotna i na tyle ciekawie zbudowana, że w finałowej scenie wciąż czytamy ją na wdechu i z każdą wymianą zdań zmieniamy to swoje – nie wiemy, co się naprawdę dzieje, albo nie chcemy wiedzieć, bo pewne oczywiste wnioski stają się przerażające. Podoba mi się w „Odmęcie” umiejętne stopniowanie napięcia. Autor pozwala niebezpiecznie zbliżyć się do niektórych bohaterów, a potem daje do zrozumienia, że nasze przeczucia mogą być błędne. Zły nie jest ten, kto wydaje się zły. Ale zło to też pokłosie takich życiowych okoliczności, które wciąż na nowo zmuszały do uciekania. Jacek Łukawski pisze o specyficznej formie ucieczki. O tym, że jest niemożliwa. I o determinacji, aby zrozumieć bardzo oryginalnego mordercę. Powieść od połowy – po łagodnej ekspozycji – trzyma w trudnym do wytrzymania napięciu. I jest bardzo bolesna, jeśli rozumieć ją jako przerażający traktat o tym, że naszym największym wrogiem może być nasz umysł. Mocna i wyrazista książka.

2020-06-24

„Będziesz siedzieć. O polskim systemie niesprawiedliwości” Violetta Krasnowska


Wydawca: Czarne

Data wydania: 13 maja 2020

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bezradność

Ta książka może autentycznie przerazić. Dlaczego? Chyba przede wszystkim dlatego, że każda opisana tutaj historia mogłaby spotkać każdego z nas. To powtarzane niepotrzebnie zdanie (przeszkadza mi trochę właśnie powtarzanie tez, wniosków, sugestii) niesie czytelnika przez siedem przerażających historii o tym, jak niewinni ludzie zostali skazani przez wymiar sprawiedliwości za potworne zbrodnie, z którymi nie mieli niczego wspólnego. Violetta Krasnowska odważnie rozpoczyna od opowieści o Tomaszu Komendzie, o której – za sprawą zbliżającej się premiery filmu – za chwilę po raz kolejny znowu będzie bardzo głośno. Na mnie chyba największe wrażenie zrobił siódmy rozdział, bo w nim autorka reportażu bezpośrednio konfrontuje się z pokrzywdzonym. Z ogromem absurdu, który doprowadził do odebrania mu wolności, ale przede wszystkim z tym rodzajem bezradności pojawiającym się chyba dopiero w więzieniu, ze świadomością ułomności systemu, z prywatnym upokorzeniem zamieniającym się w bierność. Nie mnie oceniać emocje portretowanych ludzi, bo nie mam najmniejszego pojęcia, co czuli, co mogliby czuć. Nigdy też nie chciałbym, aby choćby ułamek procenta ich doświadczeń stał się moim doświadczeniem. Bardziej zastanawia mnie idea tej książki. Bo mam wrażenie, że nie jest ona orężem wymierzonym przeciw organom ścigania tak w ogóle, choć podtytuł mógłby sugerować takie podejście. Wydaje mi się, że Krasnowska opowiada o pomyłkach systemu i ludzkiej krzywdzie po to, aby przejrzeli się w tym reportażu wszyscy ci, do których społeczeństwo powinno mieć zaufanie. I zrozumieli, że muszą zrobić wszystko, aby Polak zaufał policjantowi, prokuraturze, sądom. A pokazywane jak piekielne kręgi mają być mrocznym memento. Nie mogą działać tak, jak zostało to opisane w tych wstrząsających przypadkach, bo przecież krzywdę mają piętnować, nie samemu krzywdzić.

Ale oczywiste jest, że proste reakcje oburzenia i wściekłości wywoła już pierwsza historia, a kolejne będą przedstawiane w taki sposób, że z trudem można brnąć przez metodyczny opis zaniechań, zaniedbań, dyletanctwa i czysto złośliwych działań na szkodę oskarżonych. „Będziesz siedzieć” to reportaż czytelnej tezy i nieukrywający tego, co chce piętnować. Jednocześnie jest to rozpisana na siedem przejmujących rozdziałów historia zderzenia jednostki z patologią systemu mającego w założeniu chronić nas przed wszelką patologią. To, co przejmuje na równi z poczuciem, że naszym udziałem może stać się piekło niewinnie skazanych, to świadomość tego, że w przypadku znalezienia kozła ofiarnego i osadzenia go w więzieniu z automatu zostaje wyłączona jakakolwiek odpowiedzialność za poszukiwanie prawdziwego przestępcy, niejednokrotnie niezwykle brutalnego mordercy. Nie mieści się w głowie, jak szybko i stanowczo można zamknąć daną sprawę, aby uspokoić sumienie schwytaniem „winnego” i wyłączyć czujność na całą resztę – w tym na bandytę mogącego bezkarnie zaatakować ponownie.

Opowiedziana ze szczegółami sprawa Tomasza Komendy jest powszechnie znana, ale autorka przedstawia tu także historie ludzi, za którymi stoi równie wstydliwy wizerunek polskiego wymiaru sprawiedliwości. Niepełnosprawny umysłowo Piotr Mikołajczyk, którego całkiem niedawno ponownie zatrzymano w więzieniu, a który wydaje się nie mieć nic wspólnego ze sprawą podwójnego brutalnego morderstwa. To również student polonistyki, który spędził w więzieniu kilka lat, otrzymując wyrok za nic. To Ukrainiec, któremu przez zaniechanie w gromadzeniu materiału dowodowego przypadła rola mordercy. Te opowieści mają częściowo szczęśliwe zakończenia, ale czy jest cokolwiek szczęśliwego w tym, że w końcu uniewinniono kogoś naprawdę niewinnego, serwując mu wcześniej szereg traumatycznych doświadczeń, na które nie zasłużył?

Czytając „Będziesz siedzieć”, nie sposób nie zwrócić uwagi na to, jak w procesie poszlakowym działa nieustanna presja na rozwiązanie sprawy. To trochę tak, jakby toczyła się specyficzna gra z czasem i przełożonymi w to, by jak najszybciej wytypować najbliższego właściwemu modelowi winnego. Krasnowska nie tylko obnaża szereg katastrofalnych w swych skutkach działań, ale przede wszystkim pokazuje, co się dzieje, gdy normy etyczne, moralne, lecz przede wszystkim prawne ulegają zachwianiu. Nie chodzi tylko o relatywizowanie pewnych pojęć. Nie chodzi o odbieranie sensowności, spójności i zdrowego rozsądku działaniom mającym być egzemplifikacją systemu prawnego. Myślę, że autorce udaje się oddać bezbrzeżny smutek i szaleństwo, kiedy chaos wraz z ludzką rozpaczą przybiera niebezpieczne kształty. Nie jest trudno wyobrazić sobie opowiadane historie, dużo trudniej jest znaleźć konkretną winę w całym szeregu działań doprowadzających niewinnych ludzi na skraj myślowego chaosu i rozpaczy. Dlatego „Będziesz siedzieć” to historia tego, co się dzieje, gdy wyrok staje się niesprawiedliwym upokorzeniem. Tu zderzeń jest kilka. Ludzkie emocje, poczucie realności i odrealnienia, fakty połączone z konfabulacjami na ich temat i przede wszystkim ludzie systemu podejmujący się z nadzwyczajną lekkością decydowania o czyimś losie.

Technika drobiazgowego odtwarzania fatalnych śledztw i procesów sądowych pozwala przyjrzeć się temu, z jaką łatwością na całej drodze poszukiwania sprawcy czynu karalnego mogą pojawiać się nie tyle niedopatrzenia związane z trybem i intensywnością pracy, ile kardynalne błędy prowadzące ku temu, że w sądzie rozgrywa się już tragifarsa, ale nikomu nie jest do śmiechu, na końcu zaś pozostaje jedynie ból tych, których udziałem nie powinien być. Violetta Krasnowska zwraca także uwagę na to, że wielokrotnie nikt w systemie, który niszczył, nie ponosi żadnych konsekwencji swoich czynów. To nie są zatuszowane błędy, po których śladami pozostaną ewentualnie jakieś zapisy w dokumentacji. To działania, których bezpośrednią konsekwencją jest złamanie życia człowiekowi bez winy. Autorka wydaje się pytać także o to, co stoi za ludzkimi nieprawidłowościami, a co za systemową bezdusznością pozwalającą na to, by absurd mógł bardzo długo rządzić w procesie, który sam w sobie jest absurdalny, jeżeli nie jest procesem wymierzania zwyczajnej sprawiedliwości.

Krasnowska weryfikuje to, czego nigdy nie zweryfikowano. Zadaje pytania, jakie nie pojawiły się ani razu w żadnym z fatalnych procesów skazujących za niewinność. Ale robi jeszcze coś więcej: niezwykle czule i empatycznie portretuje swoich bohaterów, choć opowiada o nich przez pryzmat systemowych działań i równie systemowym językiem instytucji. Za każdą jej opowieścią kryje się dramat, któremu autorka bardzo uważnie się przygląda. Jako człowiek, nie jako dziennikarka. Dlatego ta książka ma podwójną wartość – demaskuje, ale i przybliża nas do tych, od których jakoś automatycznie chcielibyśmy się odsuwać. Ważna i potrzebna książka – powinna być czytana przez policjantów, prawników, pracowników więzień i wszystkich pewnych tego, że system nie karze bez powodu.

2020-06-22

„Osobisty przewodnik po Pradze” Mariusz Szczygieł


Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 26 maja 2020

Liczba stron: 372

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Wędrówki miłosne

Na początku bardzo się bałem, że to będzie książka o Mariuszu Szczygle. Tak wiele świetnych reporterskich relacji zostało zniszczonych przez autoadorację tych, którzy je napisali. Obawy zniknęły już po lekturze kilkunastu stron. Szczygieł jest zbyt skromny i zbyt inteligentny jako pisarz, by pozwolić sobie na coś tak żenującego w mądrej książce. Bo to nie tylko narracja o Pradze, ale też świadectwo tego, że każdy z nas powinien mieć miejsce, w którym jest zakochany, bo dzięki temu miejscu zawsze widzi więcej, wyraźniej, bardziej szczegółowo. Poprzez to miejsce nabiera zdolności obserwacji, którą pewnie przenosi do życia. Mnie samemu Praga bardzo się podoba, ale dopiero teraz mogłem zrozumieć, co to znaczy zakochać się w niej. Ten przewodnik to jeszcze dodatkowo egzemplifikacja życiowego imperatywu, o którym Mariusz Szczygieł tutaj wspomina, a mianowicie robienia w życiu tego, co się najbardziej lubi. Tu mamy spacery i wspomnienia. Erudycyjne dygresje i świadectwa uważności w obserwowaniu codziennego życia. Są tu literatura, architektura, muzyka, polityka i praska ulica z pełnią rozmaitych wrażeń – także smakowych. Wybornie jest podróżować po czeskiej stolicy z taką książką tym bardziej, że ma świetną strukturę. Czytelne żółte odnośniki pozwalają do woli cofać się albo antycypować treść. Pozornie nie ma tu porządku, ale mimo wszystko on istnieje. „Osobisty przewodnik po Pradze” to napisany z ujmującym brakiem dyscypliny pamiętnik przeżywania, doświadczania i nazywania na nowo tego, czym są Czechy, kim są Czesi i co wpłynęło na taki, a nie inny charakter tego państwa i narodu.

Najpierw trzeba zaznaczyć, że jest przede wszystkim dowcipnie. Dowiemy się między innymi, dlaczego Czesi podają do mięsa bitą śmietanę, dlaczego zawód tłumacza jest niebezpieczny, co zawsze obrazi każdego Czecha oraz w jaki sposób można podczas pobytu w Pradze znaleźć się… w dupie. Nietuzinkowy i lekki humor jest bardzo potrzebny dla równowagi, kiedy Szczygieł nawiązuje do dramatycznych zdarzeń z historii Czechosłowacji, wspomina miejsca i kontaktuje się z ludźmi zmuszonymi do konfrontacji z bezkompromisowością śmierci. To taka wędrówka od gwarnej knajpy po cichy cmentarz. Jest tu wszystko, co stanowi o żywotności Pragi, i jednocześnie wszystko, co definiuje ludzką żywotność. Także jej kres, bo przecież mnóstwo opisywanych miejsc ma związek z tym, co minione, boleśnie wciąż na nowo przypominające o upływie czasu albo naznaczone fatalizmem, o którym można opowiedzieć nietuzinkowo. Bo autor „Nie ma” smucić się nie zamierza. Zwłaszcza w mieście, w którym żyją ludzie rzekomo żartujący ze wszystkiego. Ta książka jest genialnie umieszczona gdzieś pośród kategorii groteski, dramatu i komediodramatu. Praga pulsuje rytmem marzeń tych, którzy patrzą w przyszłość, i dynamizuje się walkami tych, których już nie ma, ale pozostawili po sobie bogatą spuściznę kulturalną… bądź przesłanie.

Praga to centrum ekscentryczności i niesamowitości. Cokół dwóch całujących się mężczyzn, tablica pamiątkowa dla zabitych prostytutek, przystanek śmierci, gdzie Olga Hepnarová wymierzała społeczeństwu sprawiedliwość, czy surrealistyczny pomnik Haška bądź ukryty pod ziemią antykwariat. Są to często miejsca, które można pominąć nawet wówczas, gdy się koło nich przechodzi. A pisze o tym człowiek, który potrafi wysiąść z tramwaju i cofnąć się w okolice poprzedniego przystanku, bo coś go bardzo zaabsorbowało. Mnie absorbuje to, w jaki sposób Szczygieł opowiada o ludziach świata kultury, którzy są dla niego inspiracją, a w swym geniuszu stali się wyrazicielami czeskiej myśli buntu, przekory i jednocześnie pewnej uległości. To nic, że po raz kolejny będzie o Hrabalu czy Kafce. Pojawiają się ludzie, którzy stają na drodze autora albo przypadkiem, albo na chwilę. I oni wnoszą do tej książki myśli, które mogą nas nie opuścić. Jak choćby taksówkarz definiujący naturę Polaków i Czechów za pomocą metafory pomnika i gołębia.

„Osobisty przewodnik po Pradze” to także podsumowania oraz uzupełnienia do poprzednich książek autora. Najczęściej wspominany jest „Gottland”, ale jest w tych opisach i opowieściach każdy rodzaj pisarstwa Szczygła, który doprowadził do takiej, a nie innej formy niniejszego przewodnika. To ostatecznie suma tego, co w dotychczasowym pisaniu jest najważniejsze, ale i świadectwa nowych inspiracji oraz wzruszeń. Bo Szczygieł chce konsekwentnie pisać teraz o tym, co go zachwyciło, wzruszyło czy ubawiło. Bez względu na to, które ciemne karty historii trzeba odsłonić albo do jak mrocznego wydarzenia nawiązać. Czyni to z tej książki lekturę niesamowicie ciepłą, nasyconą pozytywną energią i na pewno zaraźliwą. Już widzę te tłumy Polaków, którzy podążają ulicami czeskiej stolicy, wertując kartki tej książki z wypiekami na twarzy. Mariusz Szczygieł opowiada miejsce, ale niezwykle ważni są dla niego ludzie. Ci związani z Pragą wówczas, kiedy trudno było się do czegokolwiek przywiązać, i ci dzisiejsi prażanie ze swoimi problemami, rozterkami, niejasnościami i dziwactwami, które Szczygieł tak bezpretensjonalnie wyjaśnia, oswajając nas z innością czeskiej mentalności.

Bardzo mi się podoba autorska umiejętność wydobywania z ludzkich biografii piękna – także tego estetycznego. Dla Mariusza Szczygła człowiek to opowieść. Zamienia się w nią zawsze wtedy, kiedy słucha się uważnie. Ta książka pokazuje silne związki miejsc z ludźmi, dlatego czyta się ją dwutorowo – jako opowieść o tym, co urzekło w Pradze, ale również o tym, kto z tej Pragi się rodzi w wyobraźni twórczej. Nie jestem też pewien, czy ów brak dyscypliny, o którym wspomniałem wyżej, to tylko warsztatowe zagranie autora w tej książce. Bo jednak wszystko zaskakująco doskonale się spaja. Każdy przystanek na mapie Pragi to myśl mogąca stanowić tło do osobnej książki wspomnieniowej. To zalążki esejów, niekiedy gotowe eseje. Ale również dowody na to, że warto jak najwięcej zapisywać, bo wtedy pamięta się być może intensywniej, a na pewno można pamięci spłatać figla, wiedząc wszystko to, co mogłoby zostać zapomniane.

Co bym na pewno chciał zobaczyć w Pradze po lekturze tej książki? Monumentalnego husytę na koniu. Słup z ośmiu tysięcy książek. Tańczący Dom. Ale i świadectwa dziecięcej wyobraźni tuż przed Zagładą – rysunki umieszczone w jednej z synagog. Miejsca pobudzają wyobraźnię, a ludzie spotykani przez Szczygła na jego na drodze pozwalają wyobraźni utrwalić to, co najważniejsze w relacjach. Bo duszę miasta tworzą miejsca i jego mieszkańcy. Ten truizm pięknie nam się tutaj prezentuje, albowiem wyprawa ze Szczygłem do Pragi to erudycyjna podróż po historii kultury, polityki i światopoglądu wykraczająca daleko poza granice czeskiej stolicy. Bardzo mądra i chyba uniwersalna w swej wymowie książka, kiedy mówi o tym, że kochać miejsce to dawać sobie więcej przestrzeni na bliskość. To też możliwość uwierzenia, że świat i ludzie są naprawdę niezwykli. W mikroperspektywie wyznaczanej przez serce i empatię.

2020-06-19

„Rozgrzeszenie” Yrsa Sigurðardóttir


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 3 czerwca 2020

Liczba stron: 384

Przekład: Paweł Cichawa

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mroczny odwet

Trzecia część kryminalnych przygód, których doświadczają Huldar i Freyja, zaskoczyła mnie bardzo i myślę, że to wyjątkowo mroczna książka z tej serii. Ale również kontrowersyjna i dyskusyjna, albowiem ofiarami stają się dzieci. Został mi w pamięci film Anny Odell „Zjazd absolwentów”, w którym bohaterka odwiedza swoich szkolnych oprawców, a oni nie pamiętają, jak ją nękali. U Yrsy Sigurðardóttir wszyscy będą pamiętać wszystko ze szczegółami. Ofiary bullyingu oraz ich prześladowcy. „Rozgrzeszenie” będzie przerażająco mroczną historią sumy krzywd, które ostatecznie zamieniają się w kolejne, niesione potem przez życie. To też opowieść o tym, że ofiara krzywdzenia może stać się o wiele większym potworem niż jej dawny ciemiężyciel. Jakkolwiek przeszarżowane są jednak motywy zaprezentowanych tu zbrodni, w całym tym przeszarżowaniu jest to powieść niezwykle sugestywna. Dotykająca problemu przemocy i wyobcowania w bardzo nietuzinkowy sposób. Mówiąca o tym, że krzywd – jak w „Zjeździe absolwentów” – nie można wyprzeć z pamięci. A straumatyzowana pamięć pęcznieje i domaga się czasem odwetu. Kto będzie tu sprawcą większego zła – teraz i przed laty? Czyta się „Rozgrzeszenie” z dużym przejęciem, bo choć jest to opowieść inna niż zaprezentowana w „Odziedziczonym złu” czy „Porachunkach”, bardziej statyczna i chwilami przewidywalna, mrozi krew w żyłach pokładami okrucieństwa, które drzemie tam, gdzie być może nigdy nie powinno się pojawić.

Stella kończy pracę w kinie. Nie wie jeszcze, że to będą jej ostatnie chwile. Chwile zarejestrowane na Snapchacie, z którego dziewczyna najpierw dostaje zdjęcia samej siebie tuż przed atakiem napastnika, a potem jej wizerunek rozpoznają przerażeni rówieśnicy, którzy na ekranach swoich smartfonów widzą nieżywą już koleżankę. Podobny los spotka Egilla, którego sylwetka jest tu zarysowana nieco mniej dokładnie, ale widzimy, że działa prawo pewnej serii. Wyjątkowo mrocznej, bezkompromisowej. Nastolatki tracą życie z jednego powodu – w mniejszym lub większym stopniu dręczyły swoich kolegów w szkole. Aplikacja Snapchat czyni z ich martyrologii sprawę publiczną. Ktoś chce, by oglądano ten przerażający spektakl umierania dzieci. Ale Stella i Egill to nie są jedyne ofiary. Ktoś jeszcze czeka na wyrok. Kiedy zostanie wykonany? A może to już się stało, lecz świat jeszcze o tym nie wie?

Starzy bohaterowie cyklu mają się całkiem nieźle. Freyja pracuje na pół etatu w domu dziecka i decyduje się na studia podyplomowe z zakresu zarządzania. Stale wspomina bliskość z Huldarem, ale potrafi stworzyć wobec niego bezpieczny dystans. Trudniej jest jej oddalić się od traumatycznych wspomnień z dzieciństwa i młodości, kiedy stawała się ofiarą szykanowania ze strony kolegów i koleżanek z klasy. To z nimi ma się zmierzyć, planując obecność na zlocie absolwentów. To dzięki tym przeżyciom łatwiej i trafniej odszyfruje nastroje dzieci i dorosłych zaangażowanych w sprawę poszukiwania mordercy. Huldar stoi w miejscu. Jego napięte relacje z szefową przekładają się też na sposób jego pracy. Tym razem towarzyszy mu młody, niepewny siebie i nieśmiały detektyw. On też kryć będzie swoją tajemnicę. Freyja i Huldar zetkną się z ludźmi, którzy nie chcą mówić prawdy o tym, co czują lub przeżywają. Ta dwójka skonfrontuje się z bardzo delikatną materią wspomnień i bieżących przeżyć. Pomiędzy okrucieństwem świata nastolatków a złem wspomnień ludzi dorosłych kryje się jeszcze jedna, odkrywana stopniowo zagadka. Najbardziej przerażająca, co czyni „Rozgrzeszenie” książką bolesną i niewygodną. A jednak poruszającą bardzo trudny społecznie problem. Choć mimo wszystko wciąż niełatwy do uniesienia, ale może też taki, o którym za mało się mówi, nie zdając sobie sprawy z tego, czym może odbić się w dalszym, zwykle już dorosłym życiu.

Sigurðardóttir pisze o tym, czym dzisiaj jest zjawisko przemocy w szkole. Zwraca uwagę na to, jak nieskuteczne mogą być różnego rodzaju programy antyprzemocowe czy terapie, ale przede wszystkim jak bezradne jest samo środowisko szkolne wobec problemu, który nasila się w ostatnich dekadach za sprawą jednego narzędzia – Internetu. „Rozgrzeszenie” bardzo czytelnie, nawet trochę dydaktycznie, uświadomi czytelnika, jak agresja i przemoc rezonują w cyberprzestrzeni. Jak wyzwalają dodatkowe pokłady złośliwości i okrucieństwa. Ale przede wszystkim – jakim atrakcyjnym instrumentem dla podglądaczy jest Internet, w którym wystarczy patrzeć, by być świadomym uczestnikiem zła.

Myślę, że w całym tym problemie Sigurðardóttir chce zwrócić uwagę na to, co islandzkie. Zaskakujące i bulwersujące jest to, jak bezradny jest system szkolnictwa Islandii wobec narastających aktów przemocy pośród uczniów. Odnosi się wrażenie, że rozprzestrzeniają się one niczym turyści na wyspie, bo autorka w jednej ze scen chce zasygnalizować, iż wyspa pęka w szwach od ludzi ją odwiedzających. Nie ma żadnych narzędzi, by skutecznie walczyć z cyberprzemocą. Z tym, że nękanie nastolatków przybiera dziś formę niewyobrażalnej opresji. To doświadczenia, które stają się obecne i dotykające nie tylko w przestrzeni szkolnej. „Rozgrzeszenie” opowie o ludziach, którzy wydobywając się z murów szkoły, zabierają ze sobą bolesne doświadczenia. Co zabiorą ci gnębieni nastolatkowie, których można dziś znieważać aktywnie całą dobę dzięki sieci narzędzi interaktywnych siejących grozę i nienawiść?

To, co jeszcze zwraca uwagę w tej powieści, to rozrastająca się i bardzo wiarygodnie naszkicowana sieć zależności między poszczególnymi bohaterami. Każda scena, każda rozmowa – wszystko ma znaczenie, jeśli chce się przewidzieć zakończenie książki, co staje się w pewnym momencie możliwe, jednak nie daje tak wielkiej satysfakcji jak dotarcie do spektakularnego finału. Nie ma tu ani jednego niepotrzebnego bohatera, wszyscy powiązani są dziwnymi zależnościami, a świat dorosłych i ich dzieci niebezpiecznie się do siebie zbliża. „Rozgrzeszenie” – w całej swej niewiarygodności motywów zabijania – jest książką wyjątkowo sugestywną i bardzo filmową. Yrsa Sigurðardóttir dba o to, by obok intrygi kryminalnej ukazany został świat ludzi bezradnych, bezbronnych, a jednocześnie silnych siłą swoich uprzedzeń. To książka będąca ostrzeżeniem, ale też uniwersalna opowieść o tym, jak gromadzimy w sobie zło, którego doświadczamy, i co z tym złem potem robimy. W jaki sposób zagnieżdża się ono w naszej świadomości i z umysłu dociera do serca, a wtedy wszystko, co przeżywamy, staje się toksyczne i niebezpieczne. Całość w zimowej scenerii Reykjaviku i z naprawdę świetnie dobraną okładką. Każdy z nas pamięta ze szkolnych lat coś przykrego. Sigurðardóttir sugeruje, że niektórzy mogą pamiętać tylko to. I przykrość zamienia się w okrucieństwo, a ono w zło niesione ze sobą przez całe życie. Mocna rzecz warta przemyślenia.

2020-06-17

„Holenderska dziewczyna” Marente de Moor


Wydawca: Relacja

Data wydania: 10 czerwca 2020

Liczba stron: 304

Przekład: Ryszard Turczyn

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wojna i tajemnice

Dawno nie czytałem powieści tak mrocznej, tak drapieżnej i tak przesyconej napięciem niemalże na każdej stronie, w każdej opisywanej scenie. Marente de Moor napisała o wojnie dla swoich rodaków, ale poza lokalnym adresem i niewątpliwie dodatkowymi formami odczytania tej książki przez samych Holendrów kryje się tutaj wiele zagadkowych fantazji o istocie walki, psychice człowieka postawionego w sytuacji zderzenia ze sobą lub wartościami, o stosunku do śmierci, egzystencjalnym lęku przed samotnością, o samym wyobcowaniu i instynktach fatalnego zauroczenia cielesnością. Ale „Holenderska dziewczyna” to przede wszystkim uniwersalna rozprawa o konfrontacji człowieczych potrzeb i atawizmów z sytuacją ekstremalną, czyli wojną. Nie ma tu żadnych uproszczeń, lecz de Moor unika też bezkompromisowości. Zabiera nas do klaustrofobicznego świata, w którym młoda bohaterka będzie odkrywać tajemnice przeszłości. Mierząc się również z tajemniczym mistrzem szermierki – w zakresie sztuki walki, ale i dużo szerzej, bo to będzie naprawdę niezwykłe i dramatyczne zderzenie dwójki ludzi.

Janna ma osiemnaście lat. Tyle co pokój w Europie. Poznajemy ją w 1936 roku, kiedy przemierza krótki odcinek między Maastricht a Akwizgranem, przekraczając granicę państw, a ostatecznie jeszcze wiele granic, których bolesna istota wpłynie na jej sposób postrzegania rzeczywistości, wrażliwość, ale także pragnienia i życiowe priorytety. Janna jest swoistym łącznikiem między dwoma mężczyznami. Jakby była elementem fatalistycznej gry. Jej ojciec Jacq wysyła ją na naukę szermierki do człowieka, z którym połączyły go wojenne okoliczności. Janna niczego nie wie, niczego nie pamięta. Wyrosła i dojrzewała w świecie, który nie musiał mierzyć się z destrukcyjną siłą międzynarodowego konfliktu zbrojnego. Wkracza jednak na grząski teren innego konfliktu. Bardzo specyficznych relacji między mężczyznami, których połączyły ból i słabość. Dziewczyna przybędzie do surowej i oddalonej od cywilizacji rezydencji niemieckiego barona, ale szybko okaże się, że to nie nauka szermierki będzie tą najważniejszą płynącą z tego pobytu. Gospodarz Janny, Egon, nosi w sobie frustracje i rozczarowania, którym nigdy nie dał ujścia. Jest mistrzem sztuki walki, która pozwala na uporządkowaną i przewidywalną formę aktywnego ataku. Szermierka porządkuje dużo więcej, niż początkowo widzi Janna. Ale Egon to egzystencjalny niepokój i bolesne neurozy. U progu kolejnej wojny, choć na razie pośród zachwytu dla narodowego socjalizmu, którego nie popiera. Tego socjalizmu, któremu ufa jego służący. Z całą hipokryzją człowieka z poczuciem bycia kimś gorszym. Najciekawsze jednak pytanie, jakie pojawi się pośród tych mrocznych dni i nocy w scenerii pustej willi, będzie dotyczyło tego, kim dla Egona jest Janna. A może raczej kim on staje się dla niej.

Marente de Moor fantazjuje o tym, dla kogo i w jakich okolicznościach wojna jest bezkompromisowym chaosem, a dla kogo może być czasem wyjątkowego uporządkowania. Kto w wojnie widzi upadek ludzkości i jednoczesny cynizm człowieka wobec chęci przetrwania, kto zaś czas wojenny rozumie jako czas specyficznego porządku. Aby zrozumieć te dwie postawy i odnaleźć też spore spektrum rozmyślań obserwatora sytuującego się między tymi skrajnościami, należy z dużą uwagą śledzić rozwój wydarzeń tej powieści. „Holenderska dziewczyna” to nietuzinkowy świat przedstawiony. Każdy, nawet najdrobniejszy jego element będzie mieć znaczenie. Fascynacja Gérardem Thibault i poczynaniami Adolfa Hitlera. Kobieca i dziewczęca namiętność. Młodzi i piękni chłopcy, którzy nie spodziewają się tego, co może ich pożreć w przyszłości. Zwierzęta w majątku Egona von Böttichera mające specyficzny status. Goście odwiedzający willę i dysputy światopoglądowe, jakie toczą z gospodarzem. Jego enigmatyczność i tendencja do tego, by widzieć rzeczywistość przez pryzmat filozofii szermierki. Tego jest dużo, dużo więcej. Atmosfera wyczekiwania i niepewności łączy się z odsłanianiem coraz bardziej mrocznych faktów z czasu przeszłego. Niderlandzka pisarka świetnie wykorzystuje motyw listów, by zagęścić atmosferę, ale jednocześnie narzucić jej większą tajemniczość. Nic nie jest w tej powieści tym, czym może się wydawać. Nikt nie jest tym, kim próbujemy go zdefiniować. Ale najbardziej potęguje tę mroczną atmosferę świadomość zmian w świecie – zdają się nie dotykać bezpiecznej przestrzeni Egona, który jest przeciwnikiem tego, w jakim kierunku zmierza jego kraj.

„Wiem, co zrobisz, zanim ty zdążysz się zdecydować” – te słowa Egona do uczennicy nie dotyczą bynajmniej tylko warsztatu szermierskiego. Gospodarz zdaje się przeczuwać i uprzedzać działania Janny, ale w pewnym momencie ich wzajemna gra nabierze dodatkowego smaku, bo osiemnastolatka zyska pewną przewagę nad doświadczonym mężczyzną, jego fizycznymi i ukrytymi szramami, bliznami, pamiątkami po pewnym upokorzeniu i bolesnej frustracji. Wspomniane już listy narzucają rytm retrospekcjom, lecz dość szybko zorientujemy się, że wymiany listów między mężczyznami to nie wszystko. Dużo ciekawsze jest obecne między nimi napięcie i przede wszystkim rozważanie tego, dlaczego Jacq wysyła córkę do Egona. Kto niesie w sobie więcej tajemnic i do których zostanie dopuszczona Janna? A może ona sama ze swoim pobytem jest również dodatkowo enigmatyczna? Czytanie „Holenderskiej dziewczyny” to nie tylko odkrywanie mrocznych zagadek. To konfrontacja z nietuzinkowymi postaciami literackimi, których sugestywność polega na tym, że de Moor doskonale waży proporcje między tym, co oczywiste i konieczne do zaprezentowania, a tym, co ukształtowało poczucie bezpieczeństwa bohaterów. Bo ta powieść będzie opowiadać o tym, kiedy i w jakich okolicznościach możemy czuć się bezpieczni. Jak bardzo subiektywne jest poczucie bezpieczeństwa i z czym jest związane dla innych. W tym wszystkim oczywiście stale obecna wojna. Nie można się od niej oddalić. Zwłaszcza w faktycznym czasie akcji – antrakcie między jednym a drugim szaleństwem.

To znakomita powieść inicjacyjna, która dzięki młodziutkiej bohaterce w sposób świeży i odkrywczy opowiada o istocie ludzkiej samotności. Wszyscy bez wyjątku muszą się z tą samotnością zmierzyć, ale nie wszyscy są gotowi przyznać, że stała się naturalną częścią ich życia. „Holenderska dziewczyna” opowiada o wyobcowaniu jako pokłosiu życiowych wyborów, ale także jako o drodze życia, na której zachowawczość idzie w parze z instynktem przetrwania. To, co instynktowne, w nieco innym znaczeniu uosabiają służący Egona, doskonałe postacie drugiego planu. Ale tytuł sugeruje, że najważniejsza jest Janna. W jakim znaczeniu? Ta wyborna powieść zaproponuje kilka odpowiedzi na to pytanie. Marente de Moor zaproponuje historię o przemocy, o bezsilności, o istocie odwetu, ale też o przenikliwym poczuciu niespełnienia. Bardzo wyrazista, bardzo przekonująca.

2020-06-15

„Droga” Wiktor Konrad Jastrzębski


Wydawca: Rozpisani.pl

Data wydania: 6 kwietnia 2020

Liczba stron: 258

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44 zł

Tytuł recenzji: Możliwości

Bardzo lubię literaturę wprowadzającą w stan niepokoju. Ale robiącą to w taki sposób, że przychodzi on stopniowo, a po przeczytaniu historii do końca – pozostaje i dręczy. Debiutant Wiktor Konrad Jastrzębski radzi sobie doskonale nie tylko z umiejętnym niepokojeniem czytelnika. Ta książka, opowiadająca przecież konkretną historię, tak przedstawia wydarzenia, by udowodnić, że literatura jest właśnie tym, co tutaj ukazane – konglomeratem fantazji, opisów możliwości i niemożliwości, zaskakującym światem, w którym znajdzie się autonomiczne miejsce dla faktu i zmyślenia. Trudno powiedzieć, że historia w „Drodze” się opowiada, choć początkowo można odnieść takie wrażenie. Ona rozwarstwia się na to, co byłoby prawdopodobne, i na to, co z nieustępliwą bezkompromisowością nastąpiło. A wszystko w zgrabnej metaforze jazdy tramwajem, który może przemierzać przestrzeń (namiastka wolności), ale zawsze podporządkowany jest swojej linii i układowi torów. Poza tym przemieszcza się od miejsca do miejsca, gdzie musi zawrócić. Trasa tramwajowa funkcjonuje tutaj również dosłownie, bo tytułami rozdziałów są nazwy przystanków. Przypomniała mi się czułość do tych maszyn bohatera powieści „On” Zośki Papużanki. U Jastrzębskiego tramwaj będzie synonimem nadziei i tragicznego końca. Czymś, co przemierza doskonale znaną przestrzeń, ale wciąż wraca, powtarza się w swym ruchu. To obrazuje życie głównej bohaterki. Bardzo tajemniczej, ale Jastrzębski konsekwentnie portretuje swoje postacie w półcieniach. Opowiada o ich życiu punktowo, pozostawia ciemne plamy w życiorysach, jest z nimi intensywnie, lecz tylko w konkretnych miejscach i w konkretnych sytuacjach.

Magda decyduje się wsiąść do tramwaju niejako kompulsywnie. Dawno tego nie robiła, nie jechała bez celu, a być może z celem bardzo sprecyzowanym, ukazywanym na wyświetlaczu przez maszynę, która za chwilę ruszy z pętli na północnym zachodzie Krakowa. Rozmyśla o swoim życiu, czując się niewidoczna, zbędna. Dowiadujemy się o synu, który właściwie nie potrzebuje opieki, o utracie pracy i poczuciu bezcelowości. Mijając kolejne przystanki wraz z bohaterką, poznajemy jej życie. Albo tylko nam się wydaje, że tak się dzieje. Podróż będzie jednocześnie początkiem i pewnym końcem. Odrobina głębszej refleksji w przyziemnym otoczeniu? Bardzo ciekawy zabieg, bo doświadczenie znane i oczywiste. Nieoczywiste wnioski i kierunki, w jakich podąża narracja autora.

Jastrzębski proponuje nam znajomość z kobietą, która zastanawia się nad charakterem swoich życiowych relacji z ludźmi. To, że były niesatysfakcjonujące, jest czymś oczywistym. Ale autor nie chce być oczywisty. Sugeruje, że Magda grała, udawała, niejednokrotnie nie wykorzystywała potencjału nawiązanego kontaktu. Ma sobie do zarzucenia także to, że nie umiała odnaleźć życiowej stabilizacji, nie potrafiła się do nikogo przywiązać. Jej samotność jest zatem wypadkową wyborów, jakie podejmowała świadomie i dojrzale. Czyniąc życie emocjonalne pustynią, a świat wokół – opresyjną rzeczywistością. To spontaniczne działanie, by po prostu wsiąść do tramwaju i przejechać jego trasę, ma być formą odkupienia samej siebie, ale też czasem namysłu nad tym, jakie szanse wykorzystała, a które bezpowrotnie straciła. W retrospekcjach pojawią się ważni dla niej mężczyźni. Najpierw ten pierwszy, który odbił ją przyjacielowi, zaoferował nastoletnią czułość i przywiązanie. Magda musiała wybierać. Zdecydować o tym, kto i na jakich zasadach będzie jej życiowym partnerem. Tymczasem męskie postacie z drugiego planu sugerują różne możliwości. Jak wyglądało życie bohaterki, które doprowadziło do dramatu, gdy dotarła do końca trasy tramwajowej?

„Każdy, kogo spotykamy, może nas skrzywdzić, ale może też być szansą”. Słowa jednej z postaci prowadzą nas przez tę niejednoznaczną narrację, która skupia się na tym, kim możemy być dla siebie w relacjach, a czego w nich nie rozumiemy. To też pełna humanistycznej zadumy powieść o tym, że nasza tożsamość to pokłosie różnych zbiegów okoliczności i przypadków. To, kogo los stawia na naszej drodze, nie jest naszym wyborem. Wybieramy stosunek do tej osoby. Decydujemy o charakterze relacji. Wciąż jednak i za każdym razem są do wybrania inne drogi. I zawsze pojawia się refleksja o tym, kto stałby na tych pozostałych.

Podoba mi się stonowany i dojrzały styl autora. Choć są momenty, kiedy sentymentalizm i nostalgia zamieniają się w strumień dość pretensjonalnych wynurzeń, na szczęście dla książki pojawiają się rzadko, właściwie w dwóch miejscach. Reszta jest bardzo intensywną impresją melancholii. Smutek budowany przez Jastrzębskiego staje się przez czytelnika oswojony, ale z natężeniem wspomnianego we wstępie niepokoju trudniej już sobie poradzić. Zwłaszcza że kolejne rozdziały odsłaniają, jaki jest naprawdę zamysł autora i o czym ta książka ma opowiadać. Kiedy prowadzi nas ku przypadkowemu, ale dosadnemu zdarzeniu, stara się zwrócić uwagę na to, że coś w życiu może wydarzyć się tylko raz i nie będzie szans na to, by nauczyć się na błędzie, być może ruszyć inną drogą. Świetne jest to, że powieść sugeruje te wnioski, tworząc trochę klaustrofobiczną atmosferę czasu dokonanego. Opowiada o możliwościach w kontekście życia, dla którego możliwości już nie ma. Ale oczywiście wychodzi poza przypadek Magdy, starając się zwrócić naszą uwagę na to, że każdy człowiek obok może być istotny. Każdy może mieć wpływ na to, jak dalej będziemy funkcjonować i myśleć.

Dodatkowym atutem „Drogi” jest świetnie zarysowany klimat Krakowa. Wielbiciele i mieszkańcy miasta będą chyba usatysfakcjonowani. Wiktor Konrad Jastrzębski pokazuje to, co w Krakowie unikalne, i to, co zwyczajnie męczy. Nie decyduje się na nonszalancki styl opowieści o tym, gdzie się w tym mieście bawił i jak bardzo intensywnie. Pomaga perspektywa jadącego tramwaju, który mija miejsca oddalone od centrum. W Krakowie można się przywiązać do rejonów bardzo oddalonych od popularnego środka. Miasto jest tu też świadkiem zdarzeń, które w mniejszym lub większym stopniu zapadają w pamięć nie tyle bohaterce książki, ile jej czytelnikowi. To przemyślany debiut, kompozycja wskazuje na świadome podążanie konkretnym tropem i panowanie nad językiem. Jeśli przeczyta się biogram autora, można pofantazjować, że w głównej bohaterce ukrył trochę siebie. A może umiejętnie oddał emocje kobiety po to, by w nich intensywnie ujawniło się to, co czuje, myśli i przeżywa mężczyzna. Ważna jest jednak nie kategoria płci, lecz rozpoznania. Nic w tej powieści nie jest tym, czym może się wydawać na początku. Ciekawa rzecz, z którą zostaje się na dłużej. Zabiera się ze sobą niepokój. Ale też przeświadczenie o tym, że pewne oczywiste wnioski i przemyślenia Jastrzębski potrafi ująć w nietuzinkową formę opowieści.

2020-06-11

„Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia” Michał Jędryka


Wydawca: Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”

Data wydania: 20 maja 2020

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Fakty i fantazje

Książka Michała Jędryki jest sporym zaskoczeniem. Jest to coś oryginalnego i na pewno specyficzny eksperyment literacki. Ani to non-fiction – choć bazuje na faktach i chce opowiedzieć mroczną historię, która się wydarzyła, właściwie nadal mając swój ciąg dalszy, co przeraża może bardziej niż przedstawione zdarzenia sprzed blisko czterdziestu lat – ani to jest powieść – choć trochę chce być powieścią, jedną z tych sentymentalnych narracji o przynależności do miejsca, grupy i o tym, jak to w PRL-u wiele rzeczy smakowało inaczej, a te tworzące dzisiaj szarą codzienność mieniły się w wyobraźni wieloma barwami, bo były nowe i z innego świata. Problem polega na tym, że jako reportaż ta opowieść się nie broni – tam, gdzie wydaje nam się, że materiał faktograficzny jest szeroki, okazuje się pod koniec, że mieliśmy do czynienia z półprawdami albo zmyśleniami. Jako reportaż jedynie nakreśla ramy sprawy, którą ktoś powinien się fachowo zająć. Naprawdę po reportersku. Ta teza przebija się zresztą w zakończeniu, w którym autor niejako apeluje, by solidny dziennikarz przybliżył sprawę tuszowania przypadków ołowicy wśród śląskich dzieci w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Drugi problem to uwierzenie tej narracji jako powieści. Bardzo w gruncie rzeczy wtórnej, obrazującej codzienność zwątpień, radości i niepewności nastolatka, który nie za bardzo rozumie, co się złego dzieje, ale to zło dotyka go fizycznie i w zasadzie pozostaje z nim. Czym ta książka może się wyróżniać? Empatycznym spojrzeniem na pewne środowisko. Miejsce, w którym ludzie wpadli w marazm z powodu bardzo określonych uwarunkowań. Jędryka chce zobrazować, że Ślązacy nie byli ani lekkomyślni, ani też nierozważni. Pokazuje, jakim dramatem staje się przeżywanie tego, co dotychczas karmiło i zapewniało stabilizację, jako czegoś, co zmienia się w śmiertelnego wroga.

Huta Metali Nieżelaznych w Szopienicach. Różnie zwana, między innymi „blajówą”. Miejsce pracy od pokoleń. Miejsce zapewniające stały zarobek i możliwość określenia swojej tożsamości, bo do huty się w pewien sposób przynależy. Miejsce akcji – te gorsze rejony Katowic. Tam, gdzie beznadzieja i szarzyzna przestają już przeszkadzać, bo są po prostu elementem codziennego życia. Także dla dzieciaków gromadzących się pod trzepakiem. Poszukujących w płci przeciwnej empatii i czułości, których często nie dają im rodzice. Trudne środowisko, trudne relacje. Zawsze jakaś hierarchia. I dym, który staje się częścią oddechów miejscowych. Smród, którego autor książki boi się nawet po czterdziestu latach, zamykając na noc okna wszędzie, gdzie przebywa. W tej mało atrakcyjnej literacko i reportażowo rzeczywistości wyróżnia się zdeterminowana lekarka, Jolanta Wadowska-Król. To ona być może ocaliła od śmierci w tym ponurym śląskim status quo wiele ludzkich istnień. To ona stała się symbolem zderzenia medycyny z polityką. Ale także z ludzką mentalnością, w której opisane w „Ołowianych dzieciach” zdarzenia pozostawiły mocne ślady.

Michał Jędryka prowadzi dwie narracje. Jedna ma charakter wspomnieniowy i należy do niego samego w czasie, w którym zamiast iść do oczekiwanej szóstej klasy szkoły podstawowej musiał zmierzyć się z zaskakującym połączeniem zespołów klasowych, a za nim szła tajemnica, której nastolatkowie starali się przyjrzeć ze wszystkimi swoimi ograniczeniami odbioru rzeczywistości. Druga narracja to opis poczynań wspomnianej już lekarki. Kobiety gotowej poświęcić bardzo wiele, by ratować kolejne dzieci przed rozprzestrzenianiem się choroby, o której nikt nie chciał słyszeć. Bo huta była żywicielką rodzin, a uświadomienie organom władzy, że wokół niej narasta zagrożenie dla życia dzieci, było w tamtym czasie misją przegraną. Najmocniej uderza u Jędryki ta niepewność rozłożona na obie te historie, ale i wyrastająca spoza nich. Niepewność tego, czym tak naprawdę była ołowica z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, z kim została mimo przemian ustrojowych, komu wyznaczyła wcześniejszy koniec życia, ale odroczyła ostateczną egzekucję.

Bo w gruncie rzeczy najciekawsze jest to, czego autor nie opisuje wprost, a także to, co jedynie dyskretnie sugeruje. W 1974 roku odkryto, że ogromna grupa dzieci zachorowała, i aby ją przed chorobą chronić, izolowano od źródła toksyczności. Tyle że choroba zdiagnozowana masowo w tamtym czasie zamieniła się w mroczny cień śmierci, który potem szedł za kolejnymi osobami – w ich dorosłe życie, którego scenariusz mogła rewidować utrata tego życia. Dlatego bardzo przejmujący jest początek tej opowieści, kilka pierwszych scen, zwłaszcza ta cmentarna. Potem „Ołowiane dzieci” jedynie dotykają prawdziwego problemu. Huty już nie ma, wielu ludzi związanych z nią również. Chore wówczas dzieci to dzisiaj ludzie, którzy przekroczyli granicę wieku średniego. O ile było im to dane. Bo umierały nie tylko nastolatki, śmierć pozostała z częścią zatrutych na zawsze, skracając życie, odbierając możliwości. Jędryka pisze o strukturalnym tuszowaniu faktu, że choroba zawodowa stała się wrogiem atakującym bezbronnych i niewinnych. Ale chciałby też zasygnalizować, że pewne działania ludzkie są uniwersalne. Bo gdy w grę wchodzi hurraoptymistyczna wizja zysku, człowiek jest gotów do poświęceń. Bardzo wielu poświęceń.

Naprawdę nie mam pojęcia, jak ocenić tę książkę. Tym bardziej że w miejscach, które uważałem za bardzo istotne, pojawiały się zmyślenia, z których autor tłumaczy się pod koniec. Mnie bardziej zastanawiają momenty, gdzie zmyślenie niezamierzenie chyba ściera się z odtwarzaniem faktów. Bo skąd Jędryka mógł wiedzieć, jak wyglądają gabinety zabrzańskiej profesorki czy śląskiego wojewody, które w 1974 roku odwiedza zdeterminowana Jolanta Wadowska-Król? I po co igrać wciąż na nowo z tym, co faktyczne, i z tym, co podpowiedziała wyobraźnia? Nie chodzi mi o to, że ta książka sprawia problem gatunkowy, bardziej o autorskie intencje. Mam nadzieję, że wzbudzi zainteresowanie kogoś, kto zechce solidnie opisać sprawę masowych zatruć ołowiem na Śląsku i ich konsekwencji dla dalszego życia tych, którzy to przetrwali.

Czytając Jędrykę, poczułem się trochę zmanipulowany, ale czułem przede wszystkim niedosyt. Bo cała historia powoduje, że włosy jeżą się na głowie – to był naprawdę mroczny fragment czasu, o którym kazano szybko zapominać. Problem „Ołowianych dzieci” to kwestia tego, jak i co opowiedzieć. Czy o prywatnych wspomnieniach, czy o dramacie społecznym, socjologicznym i o tym, w jaki sposób humanitarna troska o człowieka zderzała się z bezdusznym aparatem władzy. Michał Jędryka na pewno prowokuje do wielu pytań. Odnoszę jednak wrażenie, że ta opowieść nie umie sama siebie zdefiniować, a tym samym nie daje satysfakcji czytelniczej. Pozostaje w pamięci jako dziwna hybryda, która chce zasygnalizować, że konsekwencją zaniechań, krótkowzroczności albo uległości może być zniszczone życie. Tak jak trochę chyba został w tej książce zniszczony sam pomysł na nią.