Wydawca: Wydawnictwo Powergraph
Data wydania: 24 kwietnia 2026
Liczba stron: 334
Okładka: twarda
Cena detaliczna: 69 zł
Tytuł recenzji: Wydobyte z przeszłości
Gdy przed sześciu laty recenzowałem „Cudze słowa”, wspomniałem, że tematyka prozy Szostaka jest wciąż jakby ta sama, dyżurna, jednakże formalnie ani jedna z jego książek nie jest w żaden sposób wtórna. Każda – od krótkiej „Zagrody zębów” po dłuższe „Rumowiska” czy „Szczelinami” – to wędrówka filozoficzna i ontologiczna oraz badanie języka jako narzędzia do mitologizowania – głównie przeszłości. To trochę tak, jakby w czasie przeszłym Szostak się warsztatowo, autorsko i egzystencjalnie bardzo dobrze osadził i głównie przeszłość może stanowić optymalne tło dla jego historii. O ile chcą być historiami i na ile możemy je tak postrzegać. W „Suchych strugach”, których oksymoroniczny tytuł można interpretować na co najmniej kilka sposobów i na wielu płaszczyznach, ważna jest – poza przeszłością – lokacja opowieści. To książka, którą Krakowianie albo ludzie przez dłuższy czas związani ze stolicą Małopolski odbiorą wyjątkowo emocjonalnie i mając szerszy ogląd. Ale i z dodatkowymi zdziwieniami. Zwłaszcza gdy będą pamiętać, jak poprowadzoną trasę tramwajową zamknięto tuż przed rokiem rozpoczynającym pierwszy, najdłuższy rozdział – o ile możemy w tej narracji mówić o rozdziałach.
No właśnie, pamiętanie i pamięć. To są oczywiście główni bohaterowie, do których można dołączyć również ból zapominania. Nie starsza kobieta ujawniająca nam się tu w różnych narracjach, z różnego punktu widzenia i czasem budząc wątpliwości, czy to jest ta sama osoba, ale Szostak ponownie po „Szczelinami” stający się kobietą, bo wrażliwość płci będzie tu miała duże znaczenie. Zatem pamiętanie. Helena pamięta to, co chce pozostać w jej wspomnieniach, ale toczy także nierówną walkę z tym, co powraca do jej umysłu, a czego chciałaby się pozbyć. Swoje życie nazywa „monotonnym strumieniem”. Co można stamtąd wydobyć? Z dziesiątek, setek, tysięcy identycznie przeżytych dni? Ale tylko na początku odnieść można wrażenie, że autor konfrontuje nas z wyjątkowo niewidzialną społecznie, a przez to rozgoryczoną, choć już niemal niemającą siły na tę gorycz, starszą panią. W jej pamiętaniu nie ma bynajmniej niczego monotonnego. Zwłaszcza gdy kolejne, krótsze już w zapisie części, pokazują rozmaite czasy i zmieniające się perspektywy spoglądania na siebie.
To teraz pamięć. Obecna sama w sobie we wszystkich książkach Wita Szostaka, bo to temat dyżurny każdego filozofa; przecież wiemy, że nie mamy do czynienia tylko z autorem książek, z których żadnej nie można nazwać powieścią i żadna też nie jest też niczym konkretnie nazywalnym, choć każda jest opowieścią o charakterze mitotwórczym. Punktem odniesienia akurat do tej jest ściana kamienicy, w której kiedyś tętniło życie. Dlaczego oddzielam pamiętanie od pamięci? Bo w „Suchych strugach” pamięć jest swoistą figurą stylistyczną, ale także – o ile to możliwe, a w pisaniu Szostaka wszystko może takie się stać – narzędziem kreowania tego, co w ogromnym uproszczeniu możemy nazwać światem przedstawionym. Dzięki samemu pojęciu pamięci pisarz prowokuje, dezinformuje, wprowadza czytelników w niepokój z elementami dyskomfortu, halucynuje niczym sztuczna inteligencja, ale przede wszystkim pamięcią jako narzędziem tworzy tę książkę w każdym, najbardziej zaskakującym czytelników momencie.
Nadal pomijam postać Heleny, bo nie ona ma być tutaj najważniejsza. W dalszej kolejności Szostak – nieustannie, jak w każdej książce – zwraca się ku destrukcyjnemu i konstruktywnemu znaczeniu słowa samego w sobie i słowa tworzącego zdania. Dlatego słowo ma tu w wiele wymiarów. Ma wyjaśniać i niepokoić. „Suche strugi” będą słowem otulać, ale potrafią też nim siec. Szostak wie, że ryzykiem są zdania wielokrotnie złożone. Wyzwaniem złożenia słów jako takich. I tu widzimy żonglowanie słowami, kiedy zmieniają się perspektywy opisu rzeczywistości, a jesteśmy wrzuceni w wir czasu obejmującego prawie jeden wiek. Nie można użyć identycznego słowa jako narzędzia opisu tego, co się działo przed wojną, w czasie wojny (wymowny „rozdział” oznaczony rokiem 1943!), w okresie komunizmu i czasie transformacji ustrojowej, a potem – kiedy coraz mniej mówiliśmy do siebie naprawdę. Można formułować hipotezy i tezy w zdaniach. Najlepiej krótkich. Niespiesznych. Zgrabnie zamkniętych, ale stawiających nas wciąż przed zagadką: kto, komu i co tak naprawdę tutaj opowiada?
Opowieść w założeniu Szostaka może być wymazywaniem zamiast zapisywaniem czegoś na nowo, jednak co innego przykuło moją uwagę: „Wybory nas określają, bo w nich jesteśmy naprawdę sobą”. To książka o tym, kto i co w danym okresie swojego życia wybrał. Nie zawsze o konsekwencji wyboru, ale prawie zawsze o jego motywacji. Napisałbym, że o strukturze, choć nie wiem, czy jest to adekwatne. Tak czy owak, główna bohaterka oraz wszyscy w jej otoczeniu są składową pewnych decyzji, które podjęli zwykle sami. Okoliczności wpływają na wybór, na relacje z innymi, ale ostatecznie jesteśmy w nim sami. Mnie zaciekawiła opozycja życia „niewidocznego” i tego, które pozostawia ślad w pamięci. A także metafora rzeki, która nie wybiera, dokąd płynie, a może mieć w swej bezwolności ogromny wpływ na ludzkie decyzje. Fragmenty o Krakowie i Podgórzu, z przerażającą otchłanią Wisły, której przekraczanie jest doświadczeniem granicznym, ubawiły mnie swym czarnym humorem, ale jednocześnie przypomniały o tym, że Szostak umie pisać o tym, że boimy się wybierać.
I na koniec samotność. Temat dyżurny i niezgłębiony przez autora, bo to jest obszar literackich dywagacji, które nigdy nie będą wtórne, jeśli zostaną dobrze poprowadzone. Osobność Heleny, ale i wszystkie opisane tendencje ucieczkowe, a także samotnicze odyseje – te myślowe i te realne – kierują mnie w stronę „Wróżenia z wnętrzności”, jednej z piękniejszych książek Szostaka i jedynej, której patronowałem medialnie, gdy jeszcze myślałem, że autor potrzebuje dodatkowego wsparcia dla swych działań. Dziś twórczość Wita Szostaka to niepodrabialna jakość literatury: prowokującej, konfabulującej, poszukującej i zwyczajnie frapującej. Wielbiciele z pewnością są już po lekturze „Suchych strug”. Ci, którzy chcą odkryć coś nowego – a to taki pisarz, który wydał już dużo, lecz za każdym razem proponuje coś nowego – spotkają się dosłownie i metaforycznie z bohaterami książki, o których próbowałem napisać, albowiem w moim odczuciu nie chodzi tu o żadną konkretną Helenę z krwi i kości. Książka przejmująca i otwierająca chyba najwięcej ścieżek interpretacyjnych spośród wszystkich tych publikacji, które Szostak do tej pory wydał. Cała ta narracja to pytania i wątpliwości. Inaczej widzi się wiele kwestii, gdy otwiera się tę publikację i pochłania pierwsze zdania tej historii, a zupełnie inaczej w momencie zamykania woluminu po przeczytaniu ostatniego zdania.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ








