Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-12-14

„Najlepiej dla wszystkich” Petra Soukupová


Wydawca: Afera

Data wydania: 23 października 2019

Liczba stron: 424

Przekład: Julia Różewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne napięcia

Nie dołączę do grona zachwycających się tą książką. Petra Soukupová – czeska specjalistka od portretowania ludzkich problemów i dylematów – proponuje tym razem męczącą i teatralną powieść. To drugie określenie wcale nie byłoby zarzutem, gdyby w takiej formule książka została skrócona. Tymczasem rozgrywa się w tym samym rejestrze stałego napięcia, formami komunikacji bohaterów są krzyki i wzajemne oskarżenia, czytelnik nie ma chwili, by od nich odetchnąć, i w gruncie rzeczy napięcie staje się nie do wytrzymania. A po pewnym czasie nuży, bo szybko można się zorientować, że Soukupová nie proponuje nic innego. Ta świetnie pomyślana opowieść o tym, że trudne więzi rodzinne są zawsze najsilniejsze, została zrujnowana tym, że stale utrzymuje bardzo napiętą atmosferę, nie dając ani bohaterom, ani tym bardziej czytelnikowi możliwości spojrzenia na sportretowane konflikty z jakiegokolwiek dystansu. „Najlepiej dla wszystkich” to także powieść z bardzo papierowymi postaciami. Interesująca jest narracja chłopca, w którym ogniskują się i odbijają konflikty dorosłych kobiet z jego otoczenia, ale same te kobiety nie są w żaden sposób interesujące. Jedna jest rozczarowana – zmęczona? – macierzyństwem, ale w płaskim rysie charakterologicznym nie ma żadnego niuansowania tego problemu. Druga po śmierci towarzysza życia kompulsywnie potrzebuje kogoś, kim mogłaby się opiekować, a jej codzienność to bezpieczna rutyna i rytuały. Również nie wejdziemy nigdzie głębiej i nie spojrzymy na tę bohaterkę z żadnego zaskakującego nas punktu widzenia.

To, co niewątpliwie było wyzwaniem dla tłumaczki, jest w gruncie rzeczy najbardziej irytującą, bo nie zawsze uzasadnioną, formą opowieści o dysfunkcyjnej rodzinie. Chodzi o mnogość zdań wielokrotnie złożonych, które oczywiście mają oddawać podkreślone już napięcie i zbliżać nas do bohaterek miotających się między miłością, przywiązaniem, niechęcią a poczuciem odrzucenia przez tę drugą. Nie wydają mi się one potrzebne w takiej formie i konstrukcji, widzi się tu ich nadmiar. Tym bardziej że mniej lub bardziej kameralne dramaty rodzinne koncentrują się na kilku wyraźnych problemach i nie wychodzą poza nie, a składnia jak najbardziej tak – usiłuje stworzyć wrażenie, że świat przedstawiony jest czymś bardziej ambitnym, niż to się wydaje.

Ciekawa narracja dziesięcioletniego Viktora to element powieści, który na pewno przyciąga uwagę. Tym bardziej że chłopiec jest naprawdę dobrze przedstawioną postacią. Ta narracja jest oczywiście naiwna, ale także rozwojowa. Viktor musi unieść na swoich barkach swoiste odium ze strony rodzicielki, lecz także zmierzyć się z dużo większą odpowiedzialnością, kiedy jego babcia podupada na zdrowiu. Viktor jest tu jednocześnie tęsknotami, żądaniami i oczekiwaniami. Zbyt wcześnie musi stać się dojrzały, by ujrzeć niedojrzałość własnej matki, a także zrozumieć uprzedzenia babki. Odesłany do tej drugiej początkowo wrasta w bunt i wściekłość, ale to zmiana środowiska będzie kluczowa dla kształtowania się jego tożsamości. Na Viktorze odbijają się emocje i nastroje dwóch kobiet, które powinny otoczyć go opieką, a nie zaskakiwać konfliktami. Zwłaszcza że krnąbrny chłopiec oczekuje od matki jeszcze pewnego intymnego rodzaju relacji (spanie w jej łóżku), a traktowany jest jak dojrzały mężczyzna, który powinien zrozumieć skomplikowane okoliczności i się do nich dostosować.

Wizerunek Hany, matki Viktora, jest już moim zdaniem bardzo uproszczony. Hana jest tym, co wewnętrznie przeżywa, i tym, co wykrzykuje, bo jest bardzo dynamiczna, stale skonfliktowana z matką i w zasadzie nieobecna dla czytelnika, gdyż poznajemy tylko jej przyzwyczajenia, idiosynkrazje i kilka podstawowych lęków, nie widząc niczego złożonego w tym, jak postępuje. Sankcjonuje się jakoś nawet zaskakująca decyzja Hany o oddaniu syna pod opiekę jej własnej matki. Wszystko dzieje się ewolucyjnie, bohaterka od początku do końca jest postacią bardzo czytelną i brakowało mi jakiegoś głębszego wglądu w jej emocje – poczynania i nawyki poznałem bardzo dobrze. Soukupová bliska była stworzenia postaci, która jest nieszczęśliwa, bo nie może wyjść poza stan bezradności. Kobiety, która zaprzecza owej bezradności momentami kompulsywnego silenia się na twardość, zdecydowanie i bycie całkowicie odpowiedzialną za swoje decyzje. Hana byłaby interesująca jako niespełniona matka, artystka, kochanka i córka, ale powodów tych niespełnień w zasadzie nie ma. Są nagromadzone frustracje i bojownicze nastawienie do rzeczywistości. Petra Soukupová nie mówi mi pod koniec książki o swojej bohaterce wiele więcej niż to, co opowiedziała na pierwszych kilkudziesięciu stronach.

Jeszcze gorzej ma się sytuacja z wizerunkiem Evy – seniorki usiłującej w racjonalny sposób porządkować rzekomy chaos życia swojej córki. Eva nie ujawnia żadnych emocji, które mogłyby wzbudzić zainteresowanie. Jest samotna, rozczarowana, porządkuje życie poprzez powtarzalne działania i dodatkowo serwuje dzięki temu dobrą kuchnię, której jadłospis – jakby w oderwaniu od egzystencjalnego mrocznego klimatu powieści – pojawia się jako specyficzny apendyks. Eva musi się także zmierzyć ze słabościami swojego ciała. Chociaż wykorzystywana – takie są sugestie – przez swoje dzieci, wciąż na nowo chce im zaufać i stale odbija się od muru niezrozumienia. Jest w tym wszystkim jednak bardzo statyczna i trudno zadać sobie pytanie o to, dlaczego jej relacje z dziećmi wyglądają w taki sposób. Petra Soukupová swoją seniorkę czyni kimś, kto z jednej strony gwarantuje pewien porządek w rodzinie, w której stale ktoś się z kimś ściera. Z drugiej jednak strony Eva jest pewnym tłem prawdziwych konfliktów. Jej dom to przestrzeń niedopowiedzeń. Nie jest jednak atrakcyjny dla czytelnika, bo jest jednocześnie domem, w którym wyrzuca się z siebie oczywiste frustracje i żale, nie oferując w zasadzie niczego w zamian.

Dlatego moim największym zarzutem wobec „Najlepiej dla wszystkich” jest uformowane we mnie poczucie, że jest to opowieść portretująca napięte relacje rodzinne, ale niegotowa w żaden sposób, aby te relacje uczynić czymś interesującym. Zbyt szybko i zbyt przewidywalnie zmierza się tu ku katharsis. Nawet niecodzienny wizerunek zagubionego chłopca przestaje być czymś niezwykłym, bo zlewa się z tłem oczywistości i – niestety – banału. To jest taka książka, w której można ujrzeć swoje prywatne złości, kłótnie, niedopowiedzenia i nadmiar wyrzucanych z siebie podczas utarczek słów, ale dla mnie to za mało, by się jakoś zidentyfikować z przesłaniem. Za dużo tu teatralności, niewiele pogłębienia psychologicznego motywacji działania bohaterów, ale przede wszystkim problem jest to, że Soukupová chciała chyba opowiedzieć o trzech indywidualnościach, które wywołują konflikty, ale opowiedziała o tym, że czasem w życiu jest pod górkę, ludzie się kłócą, lecz zawsze tak czy owak dojdą do porozumienia, bo są rodziną. Przyznam, że to zdecydowanie za mało, i choć starałem się czytać uważnie, pomiędzy kolejnymi scenami ataków słownych i opowieścią o bolesnym impasie pośród niezrozumienia nie odnalazłem niczego poza powtarzalnością zdarzeń, która w gruncie rzeczy uczyniła z książki o mentalnych rozstaniach i powrotach proste w obsłudze jo-jo, które w dodatku chyba się psuje. Nie ratuje tego wszystkiego nawet intrygująca fraza końcowa „wszystko przed nami”. Soukupová proponuje powieść, która może się spodobać, bo jest faktycznie o prawdziwym życiu, ale niewiele w gruncie rzeczy opowiada o tym, skąd biorą się nasze animozje i toksyczność relacji, które zacieśniają się wprost proporcjonalnie do napięcia, jakie jest w nich zawarte. Spore rozczarowanie.

2019-12-11

„Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach” Czarek Borowy


Wydawca: Tourist Baggage Re-eksport Publishing

Data wydania: 15 listopada 2019

Liczba stron: 402

Oprawa: twarda

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Tożsamość, podróże i społeczność

Dawno nie czytałem tak dynamicznej i żywiołowej książki. Czarek Borowy postanowił zebrać najważniejsze życiowe wspomnienia i skonfrontować je z przeżyciami, których doświadcza, odwiedzając swoje ukochane Indie po latach. Powstaje z tego bardzo interesująca proza konfesyjna. Z jednej strony ma być rozliczeniem z samym sobą, z drugiej natomiast opowiada o kształtowaniu się tożsamości autora. Kiedyś dzieciaka z biednego kraju komunistycznego, który chciał być Arkadym Fiedlerem, a został indyjskim „przewalaczem”, wybierając ze swym PRL-owskim paszportem nieoczywisty w latach osiemdziesiątych minionego stulecia kierunek podróży. Borowy opowiada oczywiście o własnych doświadczeniach, ale ta książka to hołd złożony dawnym przyjaciołom. Ludziom, którzy stworzyli wyjątkową grupę w dalekich Indiach. To historia ich serdeczności oraz solidarności, która przeciwstawia się stereotypom twierdzącym, że Polacy za granicą nie trzymają się razem. W czasach, do jakich wraca autor, to trzymanie się razem było ściśle związane ze specyfiką zajęcia, ale opisani ludzie nie tylko latali samolotami między Indiami a Singapurem czy Nepalem, przemycając sprzęt elektroniczny, a potem złoto. Stworzyli również niezwykłą społeczność i choć później zmienili zajęcie, status majątkowy, stan cywilny czy zainteresowania – Czarek Borowy uznaje, że należy im się ta opowieść. Jego opowieść o przywiązaniu do miejsca i o tym, dlaczego wciąż określać się może, nie tylko w Indiach, „królem życia”.

Niepokój wzbudzać może moralny aspekt opisywanych działań. W końcu to przemytnictwo, działalność niezgodna z prawem. Autor w bardzo ciekawy sposób odnosi się do tego w zakończeniu. To, co robił i jak myślał, na zawsze ustawiło jego życiowe priorytety, ale przede wszystkim pozwoliło pokochać Indie miłością szczerą i bezwarunkową. Chyba nikt nie mógł lepiej zrozumieć indyjskich absurdów i zawiłości codziennego życia niż turysta z kraju, gdzie dogorywał system komunistyczny. Indie mają tu wiele oblicz. To kraj, w którym wegetarianizm to wyraz empatii, nie mody. Miejsce, gdzie po osiemnastej zapada zmrok i na ulicach rządzą już tylko dzikie psy. Kraj pokornej śmierci, w którym nie słychać sygnałów karetek pogotowia. Najbardziej uduchowiony, potwornie przeludniony, bardzo kolorowy i dumny z tego, że nie musi już odczuwać podległości wobec białych ludzi. To właśnie obrazowanie tego, jak funkcjonują brytyjsko-indyjskie rozliczenia postkolonialne, jest najciekawszym socjologicznym i politycznym aspektem tej książki. Borowy swą miłość do Indii wyraża poprzez wielki szacunek. Dla tego kolosa, który jest i ofiarą historycznego wykorzystywania, i jednym z najbardziej nieprzewidywalnie rozwijających się krajów na świecie. Specyfikę Indii podkreśla także ich położenie – geologicznie wyznaczone granice między nimi a pozostałą częścią Azji, które nasuwają autorowi skojarzenia z ósmym kontynentem.

Opowieść ta zmierza ku specyficznemu zespoleniu wspomnień ze współczesnymi refleksjami podróżniczymi. Obserwujemy zatem, jak zmieniło się życie w Indiach na przestrzeni kilku dekad, ale także czytamy o tym, co nieustannie i bez zmian przyciąga do tego kraju podróżników. Czarek Borowy ukształtował swą świadomość jako młody człowiek mierzący się z lukami systemu. Musiał być sprytny i przebiegły, ale był przede wszystkim w takiej formie ruchu, która wyzwalała w nim niezwykłą adrenalinę. Ta już opadła, jednak wspomnienia wciąż są żywe. Domagały się spisania. „Spowiedź Hana Solo” to też po części bezkompromisowe rozliczenie z absurdami świata tak w ogóle. Uzupełnione o historie pokazujące, jak silne więzi z rodakami można stworzyć w kraju, w którym przecież tak bardzo liczy się obecność drugiego człowieka obok.

Borowy w niektórych fragmentach bawi do łez. Pisząc o tym, jak przemyca się banknoty, jak uczono Hindusów pić indyjską herbatę, czy o tym, w jaki sposób dopasować czas samolotowego rejsu do przemytniczych potrzeb. Obok dowcipnych wspomnień takich jak to o wyścigu rikszami pojawia się także sporo egzystencjalnej refleksji nad upływem czasu i nad formą, w jakiej ludzka solidarność potrafiła dawniej przeciwstawić się jego upływowi. Inaczej Borowy oddychał Indiami w latach osiemdziesiątych, inaczej oddycha nimi dzisiaj. Ale to z pewnością miejsce, z którego wydobył się taki, jakim był później, kiedy Polska zaczęła jednak dawać szansę na życiowe urozmaicenia, ale przede wszystkim otworzyła się na możliwości.

Świetne jest to, że w „Spowiedzi Hana Solo” częsta dygresyjność jest bardzo barwna, w żaden sposób nie nudzi. Każde z opisywanych zdarzeń przedstawione jest niezwykle plastycznie, ale urok tego przedstawienia tkwi przede wszystkim w języku. Liczne kolokwializmy – nawet te powtarzane – przyciągają do tekstu. Dodają tej narracji specyficznego sztubackiego uroku. W języku tkwi autorska świadomość tego, po co opowiadać te wszystkie historie. Borowy ma swój styl opowiadania indyjskich doświadczeń i jest to książka bardzo spójna językowo. W tym wszystkim jawi się jako znakomity obserwator egzotycznej różnorodności. Zwraca uwagę na to, że by poznać Indie, trzeba poczuć ich rytm – przyjrzeć się ulicy i chłonąć jej różnorodność. Podobnie różnorodna jest ta książka. Może być odczytywana jako kronika podróżnicza, może być pamiętnikiem, ale w moim odczuciu najlepiej chyba wypada jako opowieść o absurdalności i jednoczesnym uporządkowaniu życia w świecie, w którym rządzą deficyty. W komunistycznej Polsce brakowało może czegoś innego niż w Indiach sprzed dekad. Czarek Borowy opowiada jednak o zyskach albo odzyskiwaniu tego, co ważne. Przede wszystkim jednak o przyjaźni, jaką stworzyły zaskakujące zbiegi okoliczności.

„Spowiedź Hana Solo” to z pewnością książka wielu odczytań. Z konkretnie nakreślonymi kontekstami, ale w pewien sposób uniwersalna, kiedy mówi o tym, czym może być ludzka tożsamość. Dająca dużo przyjemności, bo fabularnie rozmywająca się trochę, a jednocześnie spójna jako opowieść o życiowych optymizmie i wigorze. Zabierająca nas w inne realia, ale pokazująca, że pod każdą szerokością geograficzną ludzka niedola może być taka sama, a więzi braterstwa tworzą się w podobnych okolicznościach. Czyta się to wszystko z wielką frajdą, bo Czarek Borowy to świetny opowiadacz. W tej książce – wraz z dołączonymi do niej zdjęciami – ciekawie łączą się nonszalancja i czułość do wspomnień. Bycie twardym i bezkompromisowym z wyjątkową formą męskiej wrażliwości. To narracja o przygodzie życia, ale także opowieść o tym, że życie zawsze będzie przygodą, jeśli odnajdzie się w nim swoje ukochane miejsce i zrozumie, co najbardziej przywiązuje. Borowy pisze o marzeniach, tęsknotach, zdziwieniach i euforiach. Wszystko w malowniczym plenerze kraju nędzy i wielkiego optymizmu jednocześnie.

2019-12-05

„Czernucha” Antonina Kardaś


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 27 listopada 2019

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Odcienie smutku

Kończy się niewątpliwie bardzo dobry rok dla Korporacji Ha!art. Wraz z deszczem zasłużonych nagród dla „Psów ras drobnych” Olgi Hund wiosną ukazał się w tej oficynie znakomity debiut powieściowy „Dziwka” Anny Mazurek. Kiedy wszystko wskazywać mogłoby na to, że ten wydawca niczym już nie zaskoczy, pojawia się „Czernucha”. Opowieść petarda. Rzadko pozwalam sobie na takie etykiety, ale czyta się to jednym tchem i po lekturze ma się wrażenie, jakby ktoś dość mocno zaingerował w to, jak funkcjonuje nasz umysł i zdrowy rozsądek. Niebywale frapująca językowo, szorstka i bezkompromisowa, ale przede wszystkim mocno zapadająca w pamięć, bo oddająca ludzkie lęki, frustracje, idiosynkrazje i wewnętrzne udręki w polifonicznej formie tak różnych od siebie tekstów, że jedyne, co winienem autorce, to wielki ukłon za to, jak swobodnie i z rozmysłem porusza się po rozmaitych ścieżkach językowych.

„Czernucha” jest zbiorem opowiadań, ale można dopatrywać się w niej cech powieści. Ważna jest klamrowa kompozycja książki – zaprezentowanie losów jednej z bohaterek w dwóch odmiennych konwencjach. Powstają dwie historie życia wydostające się z tej samej traumy. Kardaś udowadnia, że powiedzenie „każdy jest kowalem własnego losu” nie jest archaicznym i banalnym zwrotem, który stał się trochę wyświechtany, i że zbyt często nie stoi za nim świadomość tego, iż to właśnie my sami możemy stoczyć z życiem najcięższe boje. Innym bohaterom tej książki walka o własne szczęście i samostanowienie nie wychodzi. Pojawiają się motywy samobójstwa – jedno w realistycznej konwencji monotonnego opowiadania niezapowiadającego dramatu, drugie w dynamicznej i groteskowej fantazji o tym, jaki nieporządek pozostawia po sobie roztrzaskana na asfalcie głowa samobójczyni. Ale to, co przykuwa uwagę do tej książki, to zmienność perspektyw i sposobów opowiadania, w jakiej klatce emocji możemy sami siebie umieścić. Jak bolesne jest tkwienie w niej i jak doskonale programujemy mechanizmy emocjonalne, które każą nam czuć się źle w swoim życiu.

„Czernucha” to książka odważnie atakująca czytelnika. Trochę jest tak, że debiutantka bierze sobie czytających za jeńców – mają się światom przedstawionym z uwagą przyglądać, ale przede wszystkim przysłuchiwać. Bohaterami są ludzie w różnym wieku, różnego statusu, z różnymi życiowymi przeżyciami, wszyscy podkreśleni jedną czarną kreską melancholii i wewnętrznej rozpaczy. Ważniejsze jest jednak to, jak opowiadają swoje życie. Czasem bezpośrednio w pełnych egocentryzmu monologach. Czasem za pomocą dramatycznych dialogów, do których nie zostaje dodane ani słowo komentarza – jak w tekście „Rozmowy nad Wisłą”. To właśnie ten fragment „Czernuchy” jest najbardziej ekspresyjny, ale z równą siłą uwagę przykuwa także stonowana narracja o kobiecie w sidłach samokontroli. „Czemu wciąż jest czwartek” boleśnie uwiera tak samo jak rozkrzyczane „Rozmowy nad Wisłą”. Kardaś wie, że zbliżyć się do bohatera to wydobyć najbardziej dla niego wstydliwe emocje na wierzch. Tutaj mamy operacje na żywych tkankach, a nerwy są uwypuklone, nieosłonięte, narażone na bolesne uderzenia świata zewnętrznego. Nieważne, czy jest mowa tylko o zgorzknieniu, czy też o groźnych obliczach depresji, czy też po prostu o rozczarowaniu prozą życia; autorka tej książki wie, jak zintensyfikować ból istnienia swoich bohaterów, a jednocześnie – jak skutecznie uderzyć tym bólem w czytelnika.

Wydaje się, że bohaterowie „Październikowego mężczyzny” czy „Przeciętnego tygodnia nieprzeciętnego człowieka” nie mają żadnych szans na polepszenie życia. Też chyba nieprzypadkowo są to mężczyźni, dużo bardziej bierni w tej książce od kobiet. Cechujący się pewną, lecz jednocześnie złudną omnipotencją – wiedzą doskonale, jak zniszczone zostało ich życie, i nie pozostaje w nim nic, co można byłoby odbudować z gruzów. Rozpaczliwymi sposobami ratunku są albo pogarda dla świata, albo wycofanie się z niego w sferę powtarzalności, fizjologii czy mechanicznego odtwarzania tego, co rzekomo potrzebne organizmowi. Trudno złapać oddech po lekturze wspomnianych opowiadań. Ale Antonina Kardaś wie, że nie o odcienie smutku i beznadziei chodzi w tym zbiorze tekstów, bo choćby nie wiem jak mocno bohaterowie wypierali się prawa do szczęścia i radości, jest w tych zdaniach, dobranych świetnie stylistykach i różnorodnych formach opowiadania nieszczęścia pewien literacki wigor. „Czernucha” wbrew tematom i przedstawianym sytuacjom jest książką pełną witalności językowej.

Dynamizm i siła tego intrygującego debiutu rozpina się między skalą obserwacji rzeczywistości czytelnika a subiektywnym jej odbiorem przez udręczonego bohatera. To bardzo ciekawe zderzenie i interesujące doświadczenie czytelnicze. Górujemy gdzieś nad wszystkim, o czym czytamy, i chętnie przyłożylibyśmy temu i owemu, żeby wziął się w garść, ale widać u Kardaś jednocześnie portretowanie tych wszystkich emocjonalnych klinczów, w jakich znajdują się jej bohaterowie. „Czernucha” to także opowieść, w której warto zwracać uwagę na poszczególne tropy. Choćby na ten, kto i dlaczego maluje. Konstrukcja książki każe spojrzeć na nią jak na opowieść z głębi egzystencjalnego piekła, bo autorka podzieliła ją na części o przejmujących tytułach – takich jak „Zaraza”, „Śmierć”, „Głód” czy „Wojna”. Zapowiada zatem stany jakiegoś bardzo intensywnego przeżywania. Opowieści z tych rejonów emocji, w których dominuje często paniczny strach. Bohaterowie tej książki boją się świata, ale czytelnik może odnieść wrażenie, że bardziej przerażający są oni sami – niezdolni do elementarnej choćby formy autorefleksji, tonący w coraz większych neurozach, które sami w sobie hodują. Nie wszystko jest jednak tak oczywiste. „Czernucha” to też książka, która potrafi wydobyć świetny czarny humor z najbardziej nawet mrocznych tematów. Zapada w pamięć tym, że jest tak niesłychanie dynamiczna.

U Antoniny Kardaś każde słowo ma drażnić, prowokować, ale jednocześnie jakoś mocno wbijać się w świadomość. Są nawet całe zdania, które od razu się zapamiętuje, chociaż wcale się tego nie chce. Niezwykła wrażliwość autorki i jej zmysł obserwacji idą w parze z niepokorną buńczucznością. Wychodzi z tego książka naprawdę niezwykła. Można opowiedzieć o sfrustrowanych bohaterach literackich, nie męcząc jednocześnie czytelnika swoją jednowymiarowością. Tutaj jest ona fascynująca i niezwykła, choć nie ma w zasadzie żadnej opowieści, w której cokolwiek – poza ogromem bólu bohaterów – mogłoby nas zaskoczyć. Mam nadzieję, że Kardaś uporządkuje w przyszłości swoją swobodę językową i zdecyduje się na równie godną zapamiętania narrację jednego nurtu. Póki co można traktować „Czernuchę” trochę jak eksperyment literacki – tak jak jako eksperyment widzą swoje życie zdegradowani na własne życzenie bohaterowie książki. Można jeszcze opowiedzieć ludzki smutek i ludzką frustrację w taki sposób, że naprawdę chce się o nich czytać. To z pewnością jeden z ciekawszych debiutów literackich i – miejmy nadzieję – literacka nadzieja na przyszłość.

2019-12-02

„Dzieci Kronosa” Siergiej Lebiediew


Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 24 października 2019

Liczba stron: 442

Przekład: Grzegorz Szymczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Pamięć przodków

Trudno po takiej książce, jaką jest „Granica zapomnienia”, napisać coś równie doskonałego. Dlatego jakkolwiek odczytywać „Dzieci Kronosa”, mając z tyłu głowy mistyczne wręcz doznanie lektury debiutanckiej powieści Siergieja Lebiediewa, w każdym porównaniu będzie ta książka wypadać gorzej. A może inaczej, choć widać, że to próba odważnej kontynuacji tematyki „Granicy zapomnienia”. W tej powieści autor skupi się na penetracji lat od drugiej połowy osiemnastego wieku po czasy zaraz po drugiej wojnie światowej. Trochę tak, jakby z Rosją radziecką rozprawił się już w debiucie, a tym razem chce stworzyć coś nowego, choć to dalej gorzka opowieść o tym, jak boli i uwiera go ojczyzna, z zaskakująco współczesnym wątkiem kreowania, oceniania, deprecjonowania i atakowania kogoś uznanego za obcego. Brakuje mi w „Dzieciach Kronosa” opowieści o najbliższym przodku bohatera, o losach i czasach jego ojca. Ale Lebiediew doskonale waży proporcje swojej ambitnej książki o tym, że nie jesteśmy znikąd i choć XXI wiek zaciera pojęcie tożsamości kulturowej czy narodowej, choć łatwo dziś być po prostu obywatelem świata bez wikłania się w tożsamościowe pułapki, zawsze powinniśmy sobie zadawać pytanie o to, jacy ludzie i jaki kraj stworzyli nas takimi, jakimi jesteśmy dzisiaj.

To ponownie narracja o istocie pamięci. O tym, że pamięć może być przekleństwem, ale tylko poprzez pamięć można zdefiniować swoje miejsce. Tym razem bohater prowadzący nie jest tak plastycznie zindywidualizowany, jak miało to miejsce w „Granicy zapomnienia”. Co więcej: Kiryłł chwilami zdaje się tylko autorskim zabiegiem mającym opowiedzieć mroczny czas przez pryzmat zdziwienia kogoś, kto odkrywa tajemnice swoich przodków, ich pochodzenia oraz nieszczęśliwego fatum. Nie jest to zatem pełnokrwista postać, raczej obsesyjny poszukiwacz. Ktoś bez właściwości, kto próbuje określić właściwość historii ludzi ze swojej rodziny i zadać pytania o to, kim jest ofiara historii, jak boleśnie i nieświadomie może stać się elementem machiny zniszczenia w dziele ludzkiego zła. Kiryłł nakreślony jest bardziej jako przedstawiciel pewnego pokolenia. Ludzi, którzy wkraczali w dorosłość wówczas, gdy Rosja transformowała się w niewiadomym kierunku, bez sentymentu żegnając ZSRR, ale i bez większych nadziei oraz planów spoglądając w przyszłość. Dla Kiryłła przyszłość będzie tym, co wydobędzie z historii. Nie chce być jednym ze swojego pokolenia, które nie rozumie życia w tak opresyjnym państwie, jakim kiedyś była Rosja. A może nie chce być kimś, kto bezrefleksyjnie przejmuje traumy, a wraz z nimi właściwości charakteru, z powodu których bycie dzisiaj Rosjaninem to również zagadkowa i mroczna sprawa. Lebiediew konstruuje bohatera, który będzie podążał tropami członków swojej rodziny – w sensie dosłownym, ale także poprzez analizę zapisanych śladów po nich. Zobowiąże się do tego przed śmiercią swojej babki, która wyzna mu tajemnicę rodzinnego pochodzenia. Niemieckie nazwisko stanie się punktem wyjścia do skrupulatnej i metodycznej podróży odsłaniającej przeszłość. Kiryłła właściwie w niej nie będzie. Pojawi się sprawozdawczy ton, który wypiera tak wspaniałą poetyckość Sergieja Lebiediewa.

Powieść chyba na tym traci, choć jest tak samo wyrazista i bolesna jak „Granica zapomnienia”. Kiedy czyta się pierwsze zdania i wchłania tę subtelną impresję o krajobrazie świata po burzy, ma się nadzieję na powrót do znajomej frazy. Ale to tylko początek książki pisanej przez Kiryłła. Potem „Dzieci Kronosa” przybierają formę kroniki, opowieści detektywistycznej, trochę sensacyjnej, a nawet mającej znamiona prozy podróżniczej. Tymczasem motyw podążania w przeszłość nie niesie jakichś bardzo odkrywczych wniosków. Lebiediew analizuje kondycję jednostki w zderzeniu z piekłem systemu opartego na uprzedzeniach. Portretuje, jak niemieccy przodkowie tracili godność i prawo do bycia sobą pośród Rosjan wciąż na nowo kreujących w swojej wyobraźni widmo wroga, obcości i konieczności dzielenia społeczeństwa, oddzielania jednostek wrogich i złych. Ta powieść opowiada jednak o złu wyborów w taki sposób, że splata naznaczone cierpieniem i niepewnością losy poczciwych ludzi, dla których zmieniające się sojusze polityczne i buzujące tło społeczne były chwiejącymi się drogowskazami – ich życiowe drogi stawały się bowiem wciąż próbami kamuflażu. Jednym udało się przetrwać dłużej dzięki zachowawczości. Inni od początku wiedzieli, że za bycie sobą grozi śmierć. Ale w tej opowieści rodzinnej Lebiediew przede wszystkim odmalowuje oblicze zmieniającej się Rosji. Posługuje się mocnymi metaforami – jak ta gnijącego mięsa – ale potrafi również opowiedzieć o nieszczęśliwych zbiegach okoliczności i nieszczęśliwych ludziach, którzy nie zasłużyli na nie.

Autor nie porzuca poetyckiego rozmachu, gdyż są fragmenty, w których brutalność i bezkompromisowość faktów ulegają konstrukcji nieoczywistych zdań, jakie o nich opowiedzą. Zastanawia mnie również dobór tytułu tej powieści, który oczywiście czytelnie obrazuje pożeranie przez historię oraz heroiczne, zeusowe próby wydobycia z niepamięci dzieci tej historii, którym Kiryłł poświęca absolutnie cały swój czas oraz energię. Oryginalny tytuł odnosi się jednak do ważnego dla Kiryłła wspomnienia. Do Sierżanta, który strzelał do gęsi, albowiem widział w nich Niemców, wiecznych wrogów. To symboliczne wspomnienia o człowieku, którego dusza „skamieniała”, i butnym gąsiorze, za którym stali nieświadomi niczego opierzeni przodkowie, bardzo czytelnie zaznacza się w całej opowiadanej historii. Lebiediew wyraźnie zaznacza: „nie ma pamięci – nie ma strachu”. Ale wszędzie mogą pojawić się opętani szaleństwem przeszłości Sierżanci i nieświadome zagrożeń gęsi, które nie muszą pamiętać, nie chcą, nie mają czego.

Kiryłł za to pamięta dzieciństwo pośród domowych antyków. I wie, że aby zrozumieć ich znaczenie po latach, musi oddać się poszukiwaniom. Musi opisać i nazwać cierpienie ludzi, którzy chcieli związać się z Rosją jako nową ojczyzną, ale doświadczyli w niej przede wszystkim grozy niepewności swojego losu. To książka bardzo dosadnie sugerująca, że każdy z nas ma moralny obowiązek odkryć i nazwać trudności życia swoich przodków. Kiryłł wie to, co autor podkreśla – „los może trwać nawet poza śmiercią”. I tu ożywa wszystko to, co jest już tylko bolesną przeszłością. Lebiediew doskonale stopniuje napięcie. Nie nuży dygresjami o kolejnych odgałęzieniach rodzinnego drzewa genealogicznego. „Dzieci Kronosa” to powieść bardzo spójna i szczególnie czytelna. Ujawnia momenty, w których zło wytyczyło kształt świata, i demaskuje ten kształt, sugerując, jak wiele może się powtórzyć. Ta powieść to sięgająca głębi rozpaczy anatomia ludzkiego strachu, strachu społeczeństwa oraz państwa, ale przede wszystkim mroczne memento tego, że powtarzalność doświadczeń i sytuacji jest czymś, na co nie mamy wpływu. Możemy jednak uniemożliwiać mroczne powtórki z nienawiści i uprzedzeń. Głęboka i mądra powieść o „sieroctwie martwych” i o tym, że żywi wciąż nieświadomie kroczą w jakiejś przestrzeni zapomnienia tego, kim są – dla siebie i państwa. Surowość idzie w parze z nadzwyczajną zdolnością do niuansowania tego, co w przeszłości Rosji było przerażające, a co może przerażać i dzisiaj. Bez względu na rozmiar czytelniczego rozczarowania po „Granicy zapomnienia” ta powieść również na zawsze pozostanie w pamięci.

2019-11-29

„Kortyzol” Przemysław Gulda


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 7 listopada 2019

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Męski smutek

Książka Przemysława Guldy wzbudziła we mnie ambiwalentne odczucia. Wciąż na nowo ścierały się ze sobą niedowierzanie, współczucie, ciekawość i poczucie, że nie mam prawa przebywać w tym świecie, że to wszystko jest zbyt intymne, że z taką treścią nie powinno się występować publicznie. Czytałem jednak z uwagą do samego końca. To świadectwo osobistej odwagi, ale również książka mogąca sugerować niewłaściwe tropy, być może dla wielu bardzo mylące i dodatkowo wpędzające w opresje. To, co ma wyróżniać „Kortyzol”, to opowiadanie o smutku poprzez płeć. Tak jakby rzeczywiście płeć warunkowała inne jego przeżywanie. Myślę, że Gulda chce przede wszystkim sprzeciwić się powszechnemu wizerunkowi cierpienia i rozpaczy, które – nie jest to jednak normą – sankcjonowane są bardziej w przypadku kobiet, to znaczy kobiety mogą śmiało je wyrażać, przede wszystkim w przestrzeni publicznej. Tymczasem otrzymujemy spowiedź cierpiącego mężczyzny. Takiego, który nie wstydzi się swych łez, umiejącego przyglądać się osobistej melancholii, umiejącego ją akceptować i poszukiwać dróg wspólnej egzystencji. „Kortyzol” z jednej strony opowiada o tym, co bardzo ważne – o umiejętności mierzenia się z własnym bólem i sankcjonowania w sobie stanu smutku, bez spychania go gdzieś w podświadomość, gdyż trzeba sobie jakoś radzić, a nikt z nas nie chce o cudzym zwątpieniu słuchać, bo ono może nadwątlić nas samych. Z drugiej jednak strony ta książka dezinformuje, wręcz kłamie. Wówczas kiedy autor sugeruje, że leki antydepresyjne są uzależniające, a terapia jest dla tych, którzy nie potrafią rozmawiać ze sobą i nie mają nikogo, z kim mogliby przedyskutować, dlaczego są smutni.

„Kortyzol” świetnie portretuje, jak to, co konieczne w stanie pogłębionego smutku, staje się wręcz irracjonalne – rozmywają się życiowe priorytety, wygaszane są naturalne potrzeby ciała oraz umysłu. Pokazuje krok po kroku, jak zajęcia, działania, rozmaite rzeczy czy kontakty z ludźmi na naszej drodze zaczynają tracić sens, a wraz z nim jakąkolwiek wartość. To zatem interesujące studium wyobcowania w wewnętrznej udręce i bardzo słuszny zwrot ku tym mężczyznom, którzy nie dają sobie prawa do przeżywania smutku, co może go tylko potęgować, rodzić dodatkowe frustracje. Cyniczny odbiorca może stwierdzić, że Gulda napisał książkę o tym, jak rzuciła go dziewczyna i jak bardzo mu z tym źle, ale trywializowanie pokazanego problemu nie jest na miejscu. Są fragmenty, które bardzo przejmują – metafora walki ze sobą czy rozpaczliwe próby pożegnania osoby decydującej się na koniec, którego autor nie akceptuje.

Są jednak inne problemy przy odbiorze tej narracji. Napisana jest w zasadzie w tonie sprawozdawczym, ale pojawiają się momenty, w których autor próbuje być poetycki i symboliczny. Nie wychodzi to za dobrze, gdy czytamy o pościeli zimnej z rozpaczy, i nie wypada też przekonująco, kiedy w funkcji symbolu stoi sytuacja lub zdarzenie dość trywialne. Kolejna sprawa to liczne powtórzenia. Zdaję sobie sprawę, że mają oddawać rytm myślenia zdruzgotanego człowieka, który wraca wciąż do tych samych przemyśleń, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, kiedy w smutku chce się coś wyprzeć, a pamięta to bardzo intensywnie. Problem polega na tym, że książka na tym cierpi. Odbiór czytelniczy również. Gulda posługuje się powtórzeniami nie całkiem chyba świadom tego, że niszczą mu „Kortyzol”. Opowieść o bohaterstwie walki z własnymi demonami, która jednak jako książka musi przykuwać uwagę, a jedynie rozprasza ją powrotami wciąż do tych samych kwestii.

Kolejna zastanawiająca mnie sprawa to nazywanie swojego stanu depresją bez żadnej profesjonalnej diagnozy. O ile bohater książki niechętnie udaje się do psychoterapeuty, gdzie powiela najczęstszy błąd w postaci oczekiwania, że terapeuta przekaże gotowe recepty na poprawę nastroju, a nie zasugeruje, jak naprawdę rozmawiać ze sobą, o tyle nie ma tu mowy o ani jednej wizycie u psychiatry. A to przecież lekarz, a nie lektura objawów w Internecie, daje właściwą diagnozę. Odnieść zatem można wrażenie, że narrator Guldy po prostu coś sobie wmawia i potem usilnie tropi te objawy, które zgadzałyby się ze wskazaną teorią.

Nie mam pojęcia, jak nazywa się smutek opowiadającego, ale mam wrażenie, że w tej historii za dużo jest egocentryzmu, który prowadzi do teatralizowania pewnych zachowań i niepotrzebnej górnolotności oczywistych przemyśleń. To naprawdę ciekawa autoanaliza, jednak ma się wrażenie, że nie wychodzi poza to, co subiektywne, nie analizując nawet dobrze objawów somatycznych. Gulda chce zobrazować trudność w byciu samemu po rozstaniu, ale także uwierające przekonanie, że szczęściem może być tylko związek – poza nim jest nicość, rozpad, zmierzanie ku destrukcji. Oczywiście od początku jest się bardzo ciekawym, ku czemu te wszystkie rozważania zmierzają, potem jednak pojawia się rozczarowanie, ale cały czas staram się pamiętać o społecznej oraz terapeutycznej roli tej książki. Jest ważna, gdy uświadamia, że przeżywanie słabości to nie domena kobiet, i jest też potrzebna jako skrupulatny zapis stanu wewnętrznego konfliktu. Bohater w gruncie rzeczy nie chce czuć się źle, ale pozostawiony samemu sobie nie jest w stanie wydobyć się z matni.

Zastanawia mnie też, dlaczego kobiety nazywane są tu konsekwentnie dziewczynami, a jeśli chodzi o odniesienia do męskości, mamy głównie zaprzeczenia stereotypom. Pojawiają się też dyskusyjne tezy, jak ta, że mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet nie potrafią słuchać. Na pewno „Kortyzol” opowiadający o rozpaczliwych próbach rekompensowania sobie życiowych braków jest książką uniwersalną i absolutnie wykraczającą poza płeć. W innych kwestiach jest już inaczej. Na co mają społeczne przyzwolenie kobiety? W jaki sposób z trudnościami emocjonalnymi mają radzić sobie mężczyźni? Która płeć której daje większe wsparcie w dramatycznych chwilach upadku? Pojawia się sporo pytań do dyskusji, ale dominuje jednak przekonanie, że autor chce coś udowodnić, a w zasadzie niczego nie jest pewien. Dlatego też czytanie tej książki było dla mnie uwierające, z wieloma sprawami się nie zgadzałem. Najtrudniejsze było jednak przyjęcie zasadniczej tezy – że w obniżeniu nastroju zdecydowanie inaczej działa kobieca, a inaczej męska sfera emocji. Dlatego „Kortyzol” pozostawia mnie pośród wątpliwości i pewnego zagubienia. Kompletnie nie mam pojęcia, czy to dobra, czy zła książka. Na pewno jest świadectwem nietuzinkowej wrażliwości i pewnej determinacji. Opowiedzieć swój świat smutku publicznie w taki bezpośredni sposób trzeba umieć. Trzeba też zastanowić się, co w takim monologu wewnętrznym ma być sugestią, a co swobodną refleksją. Granice między nimi trochę się tutaj zacierają.

2019-11-27

„Aż do śmierci. Prawdziwe historie przemocy domowej, która zmusza ofiarę do zbrodni” Daria Górka


Wydawca: MOVA

Data wydania: 16 października 2019

Liczba stron: 252

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł


Tytuł recenzji: Gdy dusza umiera

Książka Darii Górki to bardzo poruszająca literatura faktu. Zwracająca uwagę na to, że w naszym kraju ponad jedna trzecia Polek zaznała jakiejś formy przemocy domowej, a jej bolesne doświadczenia ma za sobą milion kobiet. Te liczby zdają się niewyobrażalne. Tak jak mroczny temat, którego podejmuje się reporterka. Wbrew pozornej jasności tytułu odebrałem go nieco inaczej. Jak? W reportażu pada teza, że intensywnie doznawana przemoc w domu może prowadzić do śmierci duszy. I nie zabici partnerzy są tutaj istotni, lecz kobiety zmuszone do życia po nich – przez lata pozbawiane złudzeń, że życie z mężczyzną może być gwarantem bezpieczeństwa i miłości, przez lata coraz mocniej zapadające się w sobie, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, który mógłby poznać ich krzywdę. „Aż do śmierci” to jednak przede wszystkim książka o kobiecym wstydzie. Tym, który nie pozwala nic zrobić z opresją domowego tyrana, i tym, który towarzyszy już po jego zabiciu. Bo bohaterki Górki żyły w opresyjnej samotności i trafiając do więzienia po zabójstwach partnerów, paradoksalnie nadal są same. Ze swoimi demonami, którym na szczęście może wyjść naprzeciw profesjonalna pomoc. Ale nie zawsze. Dlatego tak bardzo podoba mi się to, że Górka pisze wbrew stereotypom i oczywistym wnioskom, choć w cytowanych wypowiedziach – zarówno więźniarek, jak i personelu nimi się zajmującego – pojawiają się treści, jakich każdy może się domyślić. Uważam, że po lekturze tej wstrząsającej książki czytelnik będzie mógł przede wszystkim głębiej zastanowić się nad tym, co dla niego oczywiste.

„Aż do śmierci” ma bardzo przemyślaną strukturę, która być może nie przypadnie wszystkim do gustu. Górka tworzy coś na kształt kolażu wypowiedzi ośmiu kobiet, które wypowiadają się bardzo krótko, a dodatkowo powtarzają przemyślenia. Nie ma tutaj budowania wizerunku każdej z nich osobno, bo – i słusznie – autorka wychodzi z założenia, że potrzebna jest pewna panoramiczność, wskazywanie tylko tego, co rzeczywiście się wyróżnia. Jest jeszcze jeden powód. Literatura dotykająca trudnych spraw – a sam jestem autorem jednej z takich książek – nie powinna być długa. Wyimki ze strumieni świadomości osadzonych po zbrodniach kobiet mają stworzyć wrażenie trochę antycznego chóru, który komentuje dokonaną potworność, ale i wskazuje klincz, w jakim znalazły się morderczynie. Górka chce, by jej książka była krótka i dosadna. Na zamieszczenie dłuższych wypowiedzi decyduje się wówczas, gdy ukazuje perspektywę ludzi zawodowo zajmujących się ofiarami przemocy. To oni zaprzeczą między innymi stereotypowemu spojrzeniu na kobietę biernie przyjmującą razy od męża jako na tę, która ma skłonności masochistyczne. Oni również będą się zastanawiać nad tym, gdzie ma przebiegać granica włączająca do interwencji w domowy koszmar odpowiednie instytucje z zewnątrz. Bo to też książka oskarżająca polski system wymiaru sprawiedliwości, który wciąż na nowo z dziwnych przyczyn potrafi stawać po stronie kata, a nie ofiary.

Jest tu mowa o jeszcze jednej, bardzo ważnej granicy. O momencie, w którym maltretowane przez mężczyznę kobiety decydują się na fatalną obronę. Kiedy i dlaczego sięgają po nóż? Co staje się przepełnieniem czary goryczy? Dlaczego jedna z bohaterek zabija dopiero po blisko czterech dekadach domowej traumy, a inna decyduje się na ten desperacki krok już po kilku latach toksycznego związku? Daria Górka stawia pytania o to, czy wspomnianą granicę cierpiące kobiety przekraczają świadomie. Jeśli tak – czym wówczas jest świadomość i jak funkcjonuje w niej potem akt zbrodni. Wszystkie kobiety z tej książki żałują tego, co zrobiły. Tyle tylko, że towarzyszą temu dodatkowe, wstrząsające uzupełnienia. Jedna z nich chciałaby cofnąć czas, żeby mężczyzna nadal ją bił, a druga opowiada, że wolałaby, aby to on zabił ją, nie odwrotnie. Zrównują w swojej świadomości to, że były bite, z tym, że dokonały zabójstwa. Bo przecież choć denat bił, zawsze pozostawał dla nich człowiekiem. Przecież go kochały. Jak mogły dopuścić się tak haniebnego czynu? Myślą głównie o tym, nie o haniebności postępowania zabitych mężczyzn.

„Aż do śmierci” to narracja analizująca to, jak bardzo wpływa na dalsze życie i funkcjonowanie przemoc oraz agresja, z którymi człowiek styka się już w dzieciństwie, a potem niesie przez życie jak bolesny bagaż. Są opisane sytuacje, w których kobiety uwalniają się od tyranów, ale po jakimś czasie ponownie wiążą się z krzywdzicielami. Czy jest w tym jakieś fatum gdzieś poza świadomością i umiejętnością dokonywania świadomych wyborów? Górka kwestionuje wszystkie proste odpowiedzi. Między innymi takie, że przemoc ma miejsce tylko w rodzinach z deficytami albo w trudnej sytuacji materialnej. Autorkę interesuje motyw izolacji ofiar, jak również to, co nimi kieruje, że latami poddają się przemocy, wierząc w odmianę, albo przyjmując ją jako wyrok losu, konieczność którą, należy zaakceptować i przyjąć.

Wykazując się ogromną empatią i zdolnością do ukazywania problemu w wielu aspektach, Daria Górka chce tą książką przełamać ciszę, w której przemoc domowa czuje się doskonale. Chce zwrócić uwagę na to, że krzywdzenie kobiet w Polsce jest tematem tabu i że za milczeniem kryje się czasami to, czego doświadczają bohaterki książki – poczucie wstydu, ale przede wszystkim strach przed jakimkolwiek działaniem stawiającym granicę przemocy. To publikacja mająca uwrażliwić na czujność, ale też opowiadająca historię kobiet, które nigdy nie zdobyłyby się na opowieści o swoim cierpieniu, gdyby nie osadzenie w zakładzie karnym, gdzie mogły – być może po raz pierwszy – stanąć wobec własnych oczekiwań, marzeń i pragnień, które wydobyły się z rekonstrukcji domowego koszmaru.

„Aż do śmierci” to książka uderzająca mocno i dzięki temu, że jest krótka, pozostawiająca jeszcze bardziej intensywny ślad w świadomości. To opowieść o pułapkach partnerskich manipulacji i niemożliwości samostanowienia pośród siniaków, blizn i tego, co pozostaje niewidoczne – zranionej duszy, o ile jeszcze nie zdążyła umrzeć… Górka opisuje również kobiecy tragizm, gdy ich wielka i bezwarunkowa miłość do partnera zderza się z jego obcesowością oraz agresją. To zderzenie jest bardzo bolesne nie tylko w dosłownym znaczeniu. W tym zderzeniu kryje się nierozwiązywalny dramat, egzystencjalny ból, ale i wielka opresja zamykająca w pułapce. Problem godzenia się na razy i utrzymywania w tajemnicy domowego terroru to kwestia bardzo skomplikowana i trudna do jednoznacznego wytłumaczenia. Autorka nie ocenia zbrodni bohaterek ani ich nie wybiela – chce pokazać, że wszystkie znalazły się na tym etapie życia, że nie muszą już zderzać uczuć z pięścią mężczyzny. Że są w pewien sposób wolne, choć nigdy nie umiały i może długo nie będą potrafiły zdefiniować przestrzeni wolności osobistej. Ważna i potrzebna książka.

2019-11-25

„Stramer” Mikołaj Łoziński


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 16 października 2019

Liczba stron: 440

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Pamięć rodzinna

Mikołaj Łoziński nie musi wydawać rokrocznie książki, aby świat literacki pamiętał jego nazwisko. Na powieść „Stramer” tak jak na „Książkę” czekaliśmy bardzo długo i odnoszę wrażenie, że jest ona formą kontynuacji myśli z tej poprzedniej. Z narracji, w której Łoziński opowiadał o rodzinie przez przedmioty, wkraczamy do pełnokrwistej powieści panoramicznej, gdzie ci ludzie stają się bohaterami literackimi, których na pewno się zapamięta. Nie można określić „Stramera” jako sagi rodzinnej, bo obejmuje zbyt mało lat, niemniej te opisywane są bardzo istotne. To czas, w którym więzy żydowskiej rodziny utrwalają się i ewoluują w obliczu koszmaru drugiej wojny światowej. Kiedy niedawno czytałem „Hanę” Aleny Mornštajnovej, zafrapowało mnie to, w jaki sposób autorka ukazuje nadchodzący koszmar Holokaustu jako coś całkiem zaskakującego, nowego, opisywanego jako wydarzenie zupełnie nieprzewidywalne, formowane dopiero w świadomości bohaterów. U Łozińskiego jest jeszcze inaczej – pierwsza perspektywa spojrzenia na rozpoczętą właśnie wojnę należy do dziecka, do naiwnego sposobu odbierania i interpretowania przejawów chaosu oraz okrucieństwa. Dlatego „Stramer” wyróżnia się tym, że opowiada o świecie zmierzającym ku Zagładzie, ale robi to w tak subtelny sposób, że o dramatycznym końcu wcale się nie myśli. Jego rodzina z Tarnowa ewoluuje, zmienia się, doświadcza absurdów życia społecznego i politycznego, ale jest też – egzemplifikowana przez Rywkę – ostoją wzajemnego przywiązania i stałych rytuałów, które wzmacniają wspólnotę oraz pozwalają jej trwać nawet wówczas, gdy wspólne spotkanie może być już tylko podszyte lękiem przed przyszłością.

Nathan decyduje się opuścić Amerykę, by ułożyć sobie życie w Tarnowie, przy ulicy Goldhammera 20. Poświęca amerykański sen na rzecz prozy życia u boku Rywki, która rodzi mu sześcioro dzieci. Nathan jest ojcem surowym i zachowawczym. Ma też swoje słabości – nawracający „katar żołądka” – ale zawsze twardo stąpa po ziemi i wykazuje się przedsiębiorczością, zakładając kawiarnię, a w niej zmuszając klientów, by szybko kupowali i wychodzili. Rywka to łagodna matka, która obserwuje dorastające dzieci i wciąż na nowo wyraża swoje troski, z którymi nikt się nie liczy, bo ta kochająca rodzicielka staje się postacią dalekiego planu, a jednak w moim odczuciu najważniejszą, w czym utwierdza mnie zakończenie powieści.

Czterech synów i dwie córki. Najstarszy Rudek wzbudza szacunek i strach, jest autorytetem dla młodszych braci, ale chciałby być kimś więcej i kimś takim się staje. Rudka pierwsze prawdziwe spotkanie z religią w chederze to doświadczenie okrutnego upokorzenia. Wybiera naukę. Filologię klasyczną studiowaną w pobliskim Krakowie, do którego podąży za bratem także Salek, mocno uprzedzony do religii, zafascynowany myślą komunistyczną, zdecydowany na studiowanie filozofii i ponoszenie konsekwencji swoich rewolucyjnych poglądów. Podziela je również Hesio, w którym fascynacja komunizmem zrodziła się być może po tym, jak ujrzał w dzieciństwie zabitych robotników leżących w błocie. Hesio nie pójdzie drogą edukacyjną swoich braci, ale stanie się na swój sposób charyzmatyczny. W jego blasku znajdzie się nieszczęsny Nusek, wciąż pokrzywdzony tym, że po starszych braciach przypada mu najmniej – w rodzinie i w życiu. Nusek znajdzie się trochę na marginesie – w rodzinie i w historii. Ale i on będzie miał miejsce w czułym sercu Rywki, bo ona jest gotowa kochać wszystkie swoje dzieci jednakowo. Także Renę, która przeżyje macierzyński dramat, i Welę, najmłodszą, która okrucieństwo świata ujrzy po raz pierwszy na szyi swojej kotki.

Najbardziej fascynujące jest śledzenie rodzinnych sojuszy, przyglądanie się ich konstytuowaniu, a jednocześnie obserwacja tego, jaką jednością jest ta rodzina – choć przecież ojca i synów dzieli chwilami bardzo wiele, a zachowawczość i Rywki skłonność do jednania wszystkich nie zawsze się sprawdzi, bo Nathan nie zawsze też będzie dumny ze swoich dzieci. Powoli zbliża się druga wojna światowa, ale świat Stramerów kieruje się swoim czasem i prywatnymi okolicznościami, w których każdy członek rodziny czegoś się uczy, przeciwstawiając porządkowi świata, ale także stając w opozycji wobec wyborów braci czy sióstr. Łoziński z dużym pietyzmem, psychologiczną wiarygodnością oraz zaznaczanym kilkukrotnie poczuciem humoru kreuje postacie rozwijające się, doświadczające rzeczy pierwszych, określające swoje doświadczenia poprzez stosunek do rodzeństwa, w końcu – ujawniające pierwsze fascynacje, tęsknoty, a później pierwszą gorycz oraz trudności w odnalezieniu się w sytuacjach dla nich granicznych. Te wszystkie postacie są stworzone w doskonały literacko sposób, ale mam z nimi pewien problem i przypomina mi się tutaj konstrukcja powieści „Nieczułość” Martyny Bundy. Bohaterowie są zarysowani taką kreską, że brakuje tutaj miejsca dla niepewności czy wątpliwości czytelnika. Łoziński stworzył świetną literacko rodzinę, z którą trudno się zbliżyć przez niedomówienia, bo wie się o niej wszystko. Nieliczne dwuznaczności są trochę tuszowane. Zbyt wiele jest wyjaśniane, ta rodzina za bardzo eksponuje swą złożoność. Dlatego może najbardziej przywiązałem się do Rywki, która sprawia wrażenie porzuconej przez narratora. To dzięki tej postaci udaje mi się wejść choć na chwilę do tej powieści. Cała reszta tworzy hermetyczną całość, do której nie mam dostępu jako czytelnik.

Pomyślałem sobie, że „Stramer” to taka uzupełniająca fantazja do „Fałszerzy pieprzu” Moniki Sznajderman. Przede wszystkim dlatego, że w obu książkach – różnych przecież od siebie – istotną rolę odgrywają fotografie. U Łozińskiego fotografowanie się jest sposobem na utrwalenie, ale i uporządkowanie pamięci. Dziwnym trafem ważność robionych fotografii zbliża nas znowu z postacią Rywki. To ona pełna uwielbienia wpatruje się w zdjęcie wszystkich swoich dzieci i to ona jakby intuicyjnie wyczuwa, kiedy trzeba zrobić fotografię ludzi z najbliższego otoczenia, których za chwilę nie będzie. Cała powieść Mikołaja Łozińskiego jest jak gigantyczna fotografia kilku czytelnych planów. Bo to przecież opowieść o ludzkiej czułości i dobru w obliczu czasu, który stawał się okrutny i nieczuły. Groźny nacjonalizm, który wdziera się do sielankowej chwilami narracji o rodzinie, nadzwyczaj mocno czyni tę powieść jakoś współcześnie polską.

Ale „Stramer” to rzecz wyważonej konstrukcji i przemyślanego konceptu. Dystansuje się od elementów dramatyzujących fabułę w prosty sposób, stawia na coś innego. Jest w gruncie rzeczy powieścią o tożsamości, nie zawierusze dziejów. Zastanawia mnie tylko, po co – dość ekscentrycznie – wprowadzane są tu wspomnienia o Romanie Brandstaetterze czy Ludwigu Witgensteinie. Dodatkowe smaczne tropy, których obecność zupełnie się nie broni? Gdybym miał jeszcze jedno zastrzeżenie do tej naprawdę dobrej powieści, to zwróciłbym uwagę na portretowanie kobiet – krakowskich studentek gotowych wskakiwać każdemu do łóżka na zawołanie czy kochanek, które jeśli zbyt publicznie wyrażą swoje przywiązanie, można zwyczajnie zbić po pysku. Całość poza tym jest świetnie przemyślaną strukturą napisaną bardzo przystępnym językiem, jednak ja w przeciwieństwie do wielu recenzujących nie przywiązałem się za bardzo do tej powieści. Może dlatego, że Łoziński mnie do niej nie dopuścił, bo jest takim samograjem bez skazy… albo sugestywności znaków zapytania, których autor unika.

2019-11-21

„Miedziaki” Colson Whitehead


Wydawca: Albatros

Data wydania: 30 października 2019

Liczba stron: 288

Przekład: Robert Sudół

Oprawa: twarda

Cena det.: 38,90 zł

Tytuł recenzji: Czytelne dobro i zło

Książki Colsona Whiteheada są na pewno potrzebne Ameryce i światu. Autor porusza problem amerykańskiego rasizmu w bardzo szerokim spektrum. W „Kolei podziemnej” – jednej z ciekawszych książek 2017 roku – nawiązywał do czasów niewolnictwa, aby opowiedzieć o degradacji ludzkiej godności. W „Miedziakach” sięga również do autentycznych zdarzeń, portretując oblicza rasizmu w Stanach Zjednoczonych w obrębie kilku dekad minionego stulecia. Tyle tylko, że tym razem otrzymuję wykład, nie literaturę. „Miedziaki” są potwornie dydaktyczne, stworzone w niej kreacje mocno tendencyjne, a całość opisanych zdarzeń od początku do końca manipuluje uwagą oraz emocjami czytelnika. Czyta się to bardziej jak reportaż niż literaturę piękną. Obrazując potworną strukturę obozów wychowawczych na Florydzie, w których rodziła się bezkompromisowa przestrzeń lęku, mściwości, wieloznacznego zła i stygmatu na całe życie, Colson Whitehead punktuje jak przy tablicy właściwe i niewłaściwe zachowania. Nie ma w „Miedziakach” zajmującego zawsze uwagę środka, wieloznaczności. Jest struktura podporządkowana czytelnej tezie. Wszystko zaczyna się jak mrożący krew w żyłach reportaż. Potem staje się już literaturą jakby bez właściwości. A trudno to zauważyć, bo przecież cały czas jesteśmy skoncentrowani na temacie – opresji, jakiej poddani zostają nastolatkowie, i jej konsekwencjach w dalszym, dorosłym już życiu. Tych, którym udało się przeżyć, bo piekielna otchłań domów wychowawczych przynosiła nie tylko gorzkie życie, ale także śmierć…

„Zło sięga głębiej niż koloru skóry” – to słowa jednego z bohaterów, które mogłyby opowiedzieć całą tę historię. Whitehead zagląda do materiałów źródłowych, by stworzyć fikcję nie tyle o kwestii funkcjonowania chłopców w miejscu, z którego wychodzili zawsze z przetrąconym kręgosłupem, ile przede wszystkim o mechanizmach przyswajania sobie zła, dawania mu zielonego światła. „Miedziaki” mocno wybrzmiewają jako narracja o tym, że daje się w życiu to, co się od innych dostaje, bo to książka o bezkompromisowości życia w miejscu, w którym by przetrwać, trzeba stać się biernym uczestnikiem albo obserwatorem deprawacji. Autor ponownie rozprawia o kolejnej karcie wstydu z historii USA. Piętnuje system, proponując także ciąg rozważań o tym, jakie postępowanie życiowe należy uznać za słuszne i w jaki sposób żyć, by dawać światu świadectwo jego niesprawiedliwości. Sugeruje, diagnozuje, określa i definiuje za czytelnika.

Mam duże wątpliwości, kiedy przyglądam się konstrukcji oraz losom głównego bohatera. Elwood od samego początku portretowany jest jako prawy, uczciwy, ambitny i ceniony przez innych czarnoskóry chłopak, który osiąga do pewnego momentu wszystko to, o czym sobie zamarzył, a nieoczekiwany zbieg okoliczności w połączeniu z kolorem jego skóry krzyżuje życiowe plany nastolatka i zmusza go do wejścia w świat, gdzie będzie musiał walczyć o przetrwanie, inaczej zostanie zbity, wyszydzony, a może nawet pozbawiony życia. Rozumiem autorskie intencje, tę potrzebę czytelnego zaakcentowania problemu segregacji rasowej – obecnej nawet w poprawczaku – wraz z zaznaczeniem, że każdy czarnoskóry chłopak w sytuacji Elwooda miał zawsze pod górkę i wyjątkowo ciężko, ale z bohatera książki robi się trochę postać papierowa. Również nadmiernie dramatyczna, a nawet teatralna w swym cierpieniu. Nie umniejszam powagi tematu i okrucieństw, o jakich opowiada ta powieść. Chodzi mi tylko o ten wizerunek krystalicznie czystego moralnie chłopca, którego absurd kolizji z prawem doprowadza do opresyjnego miejsca, z którego nie sposób wydostać się moralnie czystym, a jednak bohater stara się ze wszystkich sił, jest czytelniczym beniaminkiem. Cała przestrzeń bezprawia oraz okrucieństwa nieco się zawęża, bo chcemy widzieć świat oczyma poczciwego Elwooda.

Do bohatera dołącza charyzmatyczny Turner. Razem oczywiście raźniej. Dwaj chłopcy będą jednocześnie nieco inaczej przyglądać się systemowi brutalnej opresji, każdy z nich będzie miał też swój pomysł na to, jak się mu przeciwstawić. W znaczeniu symbolicznym Miedziak to z pewnością ta amerykańska przestrzeń, w której do głosu, a właściwie do siły dopuszcza się szereg pełnych uprzedzeń frustratów. Nie ma tutaj jakiejś głębszej anatomii zła, choć świetnie je obrazuje oczywiście wszechobecna przemoc. Wkraczając jednak w świat, który stał się na tyle bolesnym wspomnieniem, że nigdy nie opuszczało ono umysłów, otrzymujemy zestaw standardowo przedstawionych elementów. A przecież Elwood jest bohaterem dynamicznym i chciałoby się przyjrzeć przestrzeni, która go zmienia, z różnych perspektyw albo przynajmniej tak, by samemu wydobyć z siebie jakieś sądy i przemyślenia o niej.

Whitehead nie daje pola do rozmyślań i fantazji. To tak, jakby chciał o problematycznym odrzuceniu i stygmacie koloru skóry opowiedzieć na swój jedynie słuszny sposób. Bo to książka o krzywdzie społecznej, która mogłaby mieć tu wiele wymiarów oraz wizerunków, ale skupiamy się tylko na tym, jak problem widzi sam autor. A raczej jak stara się nas przekonać do swojego punktu widzenia, tworząc tendencyjną historię nadzwyczaj łatwo dzielącą ludzi i zdarzenia wzdłuż wyraźnej linii odgraniczającej dobro i zło. Cała historia jest oczywiście przytłaczająca, ale proporcje ujawniania obrazu zła są zwyczajnie niewłaściwe. Na samym początku dowiadujemy się o całej potworności opisywanego zjawiska i potem nie dzieje się nic, co mogłoby czytelnika wydobyć ze wstrząsu prologu. Bohater i jego krzywda są tu też bardzo oczywiste, uwypuklone w autorskim zamyśle, bez cienia szans na obserwowanie, że zło może zmieniać fronty, a dobro czasem zmusza do bolesnych kompromisów. Także historie rodzinne bohaterów – Elwooda i Turnera – muszą być niezwykle jednoznaczne, bo przecież zawsze trudne dzieciństwo to początek trudnego mierzenia się z dalszym życiem, prawda?

„Miedziaki” rozczarowują, choć opowiadają wstrząsającą historię, w której bezradność walczy z dzikimi atawizmami, a poczucie przyzwoitości z okrucieństwem wyznaczonym przez uprzedzenia. Socjologiczny rys tej powieści jest bardzo ciekawy i naprawdę porusza. Samej zaś dobrej literatury jest w „Miedziakach” niewiele. To trochę tak, jakby Whitehead chciał opowiedzieć o niewyobrażalnych sposobach zadawania sobie bólu przez ludzi nawzajem, a opowiedział jedynie tyle, ile mieści się w stereotypowym wyobrażeniu krzywdzenia. To także mroczna podróż do miejsca, w którym czarnoskóry człowiek jest zawsze winny wszystkiemu. Przypomina trochę historię opresji opowiedzianą w powieści „Ani złego słowa” Uzodinmy Iweali. Tu jakoś nadzwyczaj czytelnie zobrazowana jest relacja kata i ofiary. W znaczeniu prywatnym historii Elwooda, ale także jako oskarżycielski głos pisarza, który zarzuca swojemu krajowi zachowawczość i okrucieństwo. To dobrze, że takie mocne książki powstają. Szkoda tylko, że ich moc to przede wszystkim elektryzująca opinię publiczną tematyka społeczna.

2019-11-19

„Starszy brat” Mahir Guven


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 30 października 2019

Liczba stron: 320

Przekład: Szymon Żuchowski

Format e-booka: ePUB i MOBI

Cena w Virtualo.pl: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Być pomiędzy

Znakomity debiut Mahira Guvena to powieść stawiająca pytania o zderzenia różnego rodzaju uprzedzeń w dzisiejszym świecie. „Starszy brat” podejmuje się również oryginalnej krytyki świata Zachodu, w którym wspomniane uprzedzenia mogą mieć wiele oblicz. Bohater książki urodził się we Francji – jest potomkiem Europejki mówiącej po arabsku i syryjskiego ojca, który kaleczy język francuski, ale chce wychowywać syna w świeckim społeczeństwie, z dala od dogmatów religijnych oraz bolesnej spuścizny swojej ojczyzny ogarniętej wojną. Guven przedstawia sylwetkę mężczyzny, który obu kulturom oraz obyczajowościom, z jakich wywodzą się rodzice, przygląda się krytycznie i z niepokojem. Przede wszystkim jednak zadaje pytania o własną tożsamość: „Jak odnaleźć swoją drogę, skoro nie zna się własnego pochodzenia?”. W poszukiwaniu tej drogi młodszy brat bohatera udaje się do Syrii. Tymczasem ten, który pozostaje we Francji, obserwuje zmiany nastrojów po paryskich atakach terrorystycznych, przygląda się nierównościom społecznym oraz absurdom kraju równości i tolerancji, który imigrantom stawia większe wymagania. To opowieść o szalonym świecie, gdzie „meczet zrównuje się z wariatem”, obywatelom z bliskowschodnimi korzeniami każe stać z tyłu kolejki do spełnionego życia (świetne i emblematyczne wspomnienie tego, że Francuz do imigranta zwraca się na „ty”, odwrotnie zaś działa już forma „pan”), a sfrustrowanego i zagubionego bohatera pozostawia z szeregiem pytań retorycznych – także tych dotyczących brata, którego zniknięcia ani on, ani ich ojciec nie potrafią zrozumieć.

Guven w taki sposób buduje narrację, że możemy być pewni tego, o czym czytamy, tylko do określonego momentu. Element zaskoczenia idzie w parze z coraz bardziej śmiałymi tezami dotyczącymi tego, w jak wielkim oddaleniu są wciąż światy tak zwanej cywilizowanej Europy i targanego niepokojami Bliskiego Wschodu. To świetna rzecz o rasizmie – także seksualnym! – ale przede wszystkim opowieść o przynależności do miejsca, które staje się areną pewnych absurdów oraz chaosu. „Starszy brat” podejmuje także problematykę więzi rodzinnych, w których pojawiają się pęknięcia. Obrazując zatomizowanie nowoczesnego społeczeństwa, autor pokazuje zatomizowaną rodzinę. Matki już nie ma, a zawsze była ostoją spokoju, gwarantem równowagi. Ojciec nienawidzący swojej matki za religijność nie uznaje się ani za Araba, ani za muzułmanina. Jest komunistą. Człowiekiem, do którego wnętrza nie mamy dostępu, ale widzimy ambiwalentne synowskie uczucia, jakie wzbudza. Poza tym jest Azad, którego tożsamość nieprzypadkowo ujawniona zostaje dopiero pod koniec powieści. Ten, który pozostał tam, gdzie się urodził, jako taksówkarz podsłuchuje, o czym mówi i co myśli Paryż, przygląda się też baczniej wszystkiemu, co go otacza, ale przede wszystkim stara się oswoić w sobie brak. Brat, z którym był silnie związany emocjonalnie, pozostawił członków swojej rodziny, by wyjechać do kraju, gdzie ojciec nie znajdzie już planowanego spokojnego życia na emeryturze. Decyzja o wyjeździe zapada nagle – tak postrzegają ją brat oraz ojciec. Dołączona druga narracja, opowieść młodszego brata, wyjaśnia przyczyny wyjazdu, ale staje się coraz bardziej enigmatyczna. Guven daje głos obu braciom, jednak po pewnym czasie zorientujemy się, że ten dwugłos jest bardzo specyficzny. W międzyczasie główny bohater da nam świadectwo swojego smutnego życia w świecie, którego reguł ścierania się i uprzedzeń nie jest w stanie zrozumieć, zaakceptować.

Musi jednak normalnie funkcjonować. W świecie, w którym ludzie powielają błędy swoich rodziców, a nie spełniają własnych marzeń. W świecie wciąż obecnej niepewności, gdzie kontakt z drugim człowiekiem może być źródłem udręki albo konfliktu. Azad chce żyć spokojnie i zachowawczo. Dąży do uporządkowania swojego życia, widząc jednocześnie brak uporządkowania w życiu społecznym. Chce jeździć znajomymi ulicami i wozić klientów ze ściśle określonego punktu do kolejnego określonego tak samo. Paryż staje się jednak gmatwaniną ulic, w których kryją się liczne lęki wywołane absurdami. Azad widzi więcej niż inni albo może zwraca uwagę na to, na co nie zwracają uwagi jemu podobni, bo uznali, że świat jest po prostu tak niedoskonały. Trudno w nim o stabilność, a na niczym więcej – może poza powrotem brata – bohaterowi tej książki nie zależy.

„Starszy brat” to przede wszystkim świetna książka o poszukiwaniu przestrzeni prywatnej wolności. O tym, że otaczający świat staje się coraz bardziej opresyjny, gdy okopuje się w uprzedzeniach czy idiosynkrazjach. To też krytyczne spojrzenie na to, czym stał się islam – zarówno dla jego wyznawców, jak i dla społeczeństw funkcjonujących pośród ludzi wyznających religię, którą się upraszcza, łatwo szufladkuje. Opowiadając o zderzeniach kultur, Mahir Guven pokazuje bardzo wyraźnie, że te zderzenia mogą mieć miejsce również w obrębie jednej kultury. Świat otaczający Azada stara się wszystko uprościć. Nawet wtedy, gdy celebruje i wspiera własną różnorodność. Ten świat jednak boi się terroryzmu i ogranicza pole tolerancji, ale nietolerancja oraz brak poszanowania drugiego człowieka otrzymują tu bardzo strukturalny obraz. Guven rozsadza tkankę społeczną, pokazując jej niespójności. Jest ironiczny i oczyma swego bohatera portretuje świat, w którym można się wstydzić swojego pochodzenia, kiedy nie jest się go do końca pewnym. To też książka, w której zderza się uporządkowana narracja o paryskiej codzienności oraz pełna dramatyzmu wizja tego, jak funkcjonuje zniszczona wojną Syria, czym jest syryjska wojna i do jakich pozawojennych antagonizmów może doprowadzać.

Powieść Guvena to przykład literatury zaangażowanej społecznie, lecz także ujmujący dziennik tęsknoty, za którą stoją rozgoryczenie oraz melancholia. Sportretowana więź braterska jest bardzo silna, ale widzimy, że to, co interesująco symbolizują sceny wspólnej gry w piłkę nożną czy łowienia ryb, staje się już enigmatycznie wyglądającą przeszłością. Brak stabilności w życiu Azada to także brak pewności tego, czym była i czym jest jego relacja z najbliższym mu człowiekiem. Dlatego w gruncie rzeczy jest to książka przejmująco smutna. Opowiada o ludzkiej samotności zderzonej z antagonizmami ustawicznie biorącymi tożsamość na swój celownik. Guven zdaje wiele trudnych pytań o to, kim staje się człowiek, na którego wpływ mają zwalczające się kultury, ale to też intymna opowieść o tym, co w międzykulturowej rodzinie trudne i bezkompromisowe. Czyta się „Starszego brata” z dużym zaangażowaniem także dlatego, że doskonale się orientujemy, iż autor zapowiada jakąś narracyjną woltę, element sporego zaskoczenia. I wszystko zmierza ku przejmującemu zakończeniu. Ta książka wraz z ostatnim zdaniem, a w zasadzie zadanym tam pytaniem, zaczyna żyć swoim dodatkowym życiem. Świetna konstrukcja tego frapującego debiutu każe nam spojrzeć inaczej na to, co nazywamy społeczną i kulturową niesprawiedliwością. A jednocześnie włączyć się w nurt plastycznych wspomnień o rozpadzie rodziny, która miała być stworzona na przekór wszelkim uprzedzeniom. Jego e-book w dobrej cenie oferuje Virtualo.pl

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Virtualo.pl