2021-03-02

„Patrz, jak spadam” Mons Kallentoft

 

Wydawca: REBIS

Data wydania: 23 lutego 2021

Liczba stron: 416

Przekład: Natalia Kołaczek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wyspa i oblicza rozpaczy

Dawno już nie czytałem tak intensywnej w obrazowaniu literatury tego gatunku. Trudno też jednoznacznie sklasyfikować tę powieść, bo Mons Kallentoft znakomicie łączy w niej elementy thrillera noir z powieścią sensacyjną, ale również z dusznymi (tu wręcz dosłownie!) klimatami mrocznych skandynawskich obyczajówek. Ten sposób prezentowania rzeczywistości zbliża nas do techniki stosowanej w takich nordyckich filmach jak „Pozwól mi upaść” Baldvina Zophoniassona. Wędrujemy z bohaterem, którego świadomość jest znieczulana i zniekształcana między innymi przez diazepam, dlatego też obrazy nie są ostre, ale wystarczająco przejmujące, nawet tkwiąc w swoich półcieniach. Dodatkowo Kallentoft portretuje człowieka ogarniętego obsesją poszukiwania – zaginioną kilka lat temu córkę bohater widzi w twarzach ludzi ze swojego otoczenia, wciąż ma wrażenie bliskości jej pulsu i oddechu, a przez to wszystko ukazywane relacje są fragmentaryczne i iluzoryczne. Wszystko jest tu rozmyte, a jednocześnie bardzo mocno oddziałujące na zmysły. Świat, w którym zrozpaczony ojciec szuka śladów córki, jest rzeczywistością jak z mrocznego snu. I w tej przestrzeni rozegra się bolesny dramat umysłu – tego, który chce zapominać, i tego, który na nowo przypomina sobie świat sprzed zniknięcia Emme.

A wszystko na Majorce, czyli w miejscu, gdzie witalizm i radość rysują grubą kreską przestrzeń, w której ludzie usiłują odpocząć, odnaleźć swoje szczęście, zwyczajnie się zabawić, poddać skrywanym na co dzień potrzebom i instynktom. Kiedy czytamy, że Majorka to „wyspa zapomnienia”, nie zdajemy sobie sprawy, w jak ponury sposób Kallentoft zaprezentuje gorącą wyspę. Przejawy hedonizmu i szalona radość życia obserwowane są przez kogoś, kto stracił sens tego życia. Snujący się ulicami Palmy i kilku innych miast wyspy Tim Blanck jest już tylko czasem przeszłym, a oddech łapie kompulsywnie, jego chęć życia zdeterminowana jest jedynie chęcią odnalezienia jedynego dziecka, które przed laty pochłonęła ciemność Majorki. Tim tkwi w tej ciemności przez cały czas. Odnosi się wrażenie, że barwy w różnym natężeniu docierają do jego świadomości tylko wówczas, gdy znajdzie się w pełnym energii miejscu. Albo obok ludzi, którzy w przeciwieństwie do niego żyją pełną piersią. W „Patrz, jak spadam” relacje Tima są fragmentaryczne i ulotne. Ludzie pojawiający się w jego otoczeniu wydobywają się jakby z mgły, aby ponownie w nią wrócić, pozostawiając mężczyznę jeszcze bardziej wyobcowanego. Galeria postaci proponowana przez Kallentofta jest bardzo barwna, jednak nikt nie ma tutaj statusu osoby wyraźnie wpływającej na życie i myślenie głównego bohatera. Bo Tim jest tylko desperacją, rozpaczą i głuchym na otoczenie cierpieniem, które nawarstwia się i działa destrukcyjnie. Takiemu bohaterowi można tylko współczuć. Ale dla Tima nie ma także tego. Jest iluzoryczny związek, w którym każde z kochanków chce zdobyć coś innego dla siebie. Jest wspomnienie ciepła małżeńskiego życia i świadomość rozpadu wieloletniej relacji. A przede wszystkim jest nieukojony żal, który nie pozwala zbliżyć się do kogokolwiek. W nim zaś siła frazy Kallentofta, który zręcznie manewruje między obrazami zrodzonymi z emocji i bólu a rzeczywistością wdzierającą się w świadomość bohatera wraz z intrygą kryminalną, w którą zostanie wplątany.

Dość długo oczekuje się na jej zawiązanie, ale wydaje mi się, że ma ona być tylko elementem dodatkowym, kontrapunktem dla wewnętrznej apatii Tima, jego poczucia utkwienia w świecie oraz emocjach, które stoją w miejscu, a wraz z nimi stoi on sam, bez nadziei, bez woli, bez poczucia upływu czasu i bez świadomości, że cokolwiek się zmienia. Bo nic nie zmienia się od chwili, kiedy bohater dowiaduje się, że jego córka zniknęła. Przenosi się ze Szwecji do miejsca, którego nienawidzi. Na gorącą, cierpiącą od suszy wyspę, na której przyglądamy się głównie lokalsom i ich wyjątkowo trudnemu życiu. Tych, dla których wyspa jest domem, z różnych powodów nie stać na żadne wakacje. Tim również nie jest na wakacjach. Usiłuje zarobić na życie, podejmując się detektywistycznych zleceń, ale wciąż z taką samą rozpaczą wędruje po wyspie, wypatrując śladów Emme. Obrazowanie ojcowskiej rozpaczy jest wyjątkowo sugestywne. Taka jest na przykład przejmująca scena, kiedy ojciec wykrzykuje imię córki, wchodząc w bladość świtu nowego dnia. Takich wstrząsających obrazów jest tu dużo więcej. Kallentoft prezentuje nam Majorkę punktowo – chwilami nie ma powiązań między miejscami, bo wszystko ma tonąć w atmosferze zagubienia. Złowrogość miejsc podkreślana jest również przez to, że Tim coraz mocniej zapada się w sobie. Jakby znajdował się w piekle, z którego nie jest w stanie się wydostać. Jego prywatne piekło to ból idyllicznych wspomnień i bezkompromisowe fakty. Przerażająca samotność – opuszczonego nagle ojca, ale również męża wspominającego związek małżeński w Szwecji jako czas, kiedy życie miało swoją definicję i czułość.

„Czasem miłość to za mało” – tak stwierdza jedna z bohaterek. I tutaj miłość jest jednocześnie związana z niedoborem, brakiem i niewystarczalnością. Miłość ojcowska płonie i ten ogień jest destrukcyjny. Ale zwodniczość pojęcia miłości ujrzymy również w innej intrydze. Chociaż Kallentoft stale koncentruje się na Timie, powieść nabiera wielowymiarowego charakteru gdzieś mimochodem, kiedy jedno ze zleceń głównego bohatera doprowadzi do czyjejś tragedii. Pojawiają się potem motywy, które kryją tę narrację w dodatkowym mroku. Korupcja. Prostytucja. Bezwzględność złoczyńców i bezradność ofiar. W tym wszystkim człowiek, który na chwilę wydobywa się z otchłani własnej rozpaczy, by ujrzeć rozpacz innych. I pochylić się nad ich krzywdą.

„Patrz, jak spadam” to powieść konsekwentnie prowadzona w tym samym klimacie do samego końca, który wydaje się zejściem na niemożliwy poziom piekielnej męki. Ale Mons Kallentoft potrafi zaskakiwać w swojej ustalonej konwencji. To zdarzenia, opisy, relacje ze spotkań ludzi, które przez chwilę nie pasują do klimatu noir, niosą zapowiedź czegoś innego, kierują nas w inne rejony interpretacji tej książki. Podoba mi się przemyślana struktura, w której nic nie jest przypadkowe. A jednocześnie wciąż na nowo możemy być zaskakiwani. Także tym, jak kryminał zamienia się w mroczny moralitet. To również przeraźliwie smutna książka, w której trudno będzie o ekspiację. Jakakolwiek forma ulgi nie jest wpisana w rejestr przeżyć Tima, a także niektórych innych bohaterów. Czyta się to jak opowieść o znikającej tożsamości, a jednocześnie o konsekwencji w działaniu, uporze i sile przetrwania wbrew rozpaczy. Jednocześnie to narracja o miejscu, które oferuje mnóstwo iluzji. Najboleśniejszą jest ta zmuszająca Tima do nieustannego poszukiwania kogoś, z czyim odejściem nie może się pogodzić. Zapada w pamięć, bo jest to powieść o dwóch rodzajach zaginięcia – tym realnym sprzed lat i tym portretowanym w myśleniu oraz działaniu Tima. Człowieka, który symbolicznie odchodzi w niebyt jak jego córka. Dlatego to klaustrofobiczna, a zarazem bardzo dobra w obrazowaniu noir powieść o niemożności zaznania ulgi. Pozostawia ślad w pamięci.

2021-02-25

„Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami” Katarzyna Tubylewicz

 

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 24 lutego 2021

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Razem o osobności

Ta książka mogłaby chyba opowiadać o zjawisku typowym dla wszystkich krajów nordyckich. Myślę, że powstałoby pięć podobnych opowieści, a nawet i sześć, jeśli ktoś pokusiłby się o przyjrzenie się kwestii samotności na Wyspach Owczych. Reżyser Erik Gandini, jeden z rozmówców Katarzyny Tubylewicz, sugeruje, że bardziej samotnicza od Szwecji jest Finlandia. Jestem przekonany, że ta opowieść byłaby bliska Norwegom, Islandczykom, Duńczykom i Finom właśnie. Ale jest o Szwedach. Bo po raz kolejny autorka udowadnia nam, jak bardzo kocha ten kraj, jak uważnie i wielowymiarowo się mu przygląda. Udowadnia również, że o Szwecji można napisać kolejną fascynującą książkę. Po „Sztokholmie” jest to kolejna opowieść o pewnym szwedzkim rodzaju milczenia. O tym, jak twórczy i ciekawy może być stan odosobnienia. A także o tym, czym jest samotność trudna do zniesienia, niby wybrana, ale niesatysfakcjonująca. Nade wszystko jednak „Samotny jak Szwed?” to opowieść o niezwykłej relacji matki i syna. O wzajemnym uzupełnianiu się, wypracowanym dystansie i szanowaniu przestrzeni tego drugiego człowieka. O tym, że można ze sobą milczeć w podróży – i to daje obojgu szczęście. Daniel Tubylewicz uzupełnia tekst obrazem. To jego artystyczna wrażliwość oraz umiejętność koncentrowania się na detalach dodają tej melancholijnej książce wyjątkowego uroku. A właściwie nie dodają, bo są jej częścią integralną. Matka z synem w podróży to równie nostalgiczna i pełna niuansów rozmowa o życiowej tożsamości, co szereg wywiadów z ludźmi w różny sposób ją definiującymi.

„Samotny jak Szwed?” to znakomite uzupełnienie „Samotności” Anthony’ego Storra. Właściwie powinno się czytać równocześnie esej angielskiego psychoanalityka i wywiady Tubylewicz. Storr bardzo wyraźnie podkreślał, że czym innym jest potrzeba samotności, a czym innym zdolność do niej. Tu – w książce koncentrującej się także na pojęciach samotności oraz osobności – znajdziemy potwierdzenie jego tez, ale przede wszystkim ujrzymy jeden z naszych najbardziej niejednoznacznych atawizmów w różnym świetle. Bardzo podoba mi się to, że książka Katarzyny Tubylewicz to obraz wielowątkowy i wielobarwny. Jak zdjęcia jej syna Daniela, przy których zatrzymujemy się na chwilę, by odetchnąć od słowa pisanego. Jest to publikacja, która wielu z nas pozwoli uświadomić sobie, że samotność nie jest niczym opresyjnym, a innym dać do myślenia, w jaki sposób jeszcze silniej wejść ze sobą w dialog, zaprzyjaźnić się, poczuć się dobrze w oddaleniu od innych ludzi, zasad społecznych, kodów kulturowych i mentalnościowych, które tak często stygmatyzują samotność – jeden z najbardziej frapujących i najmocniej niejednoznacznych stanów.

Wrócę do wspaniałej relacji autorów, bo mimo wszystko ona opowiada się tu najbardziej emocjonalnie, najsugestywniej, najpiękniej. Rozmowy przedzielone są specyficznym sprawozdaniem z podróży. Matka i syn w ruchu, a jednocześnie zatrzymani w kontemplacji tego, na co nie zwraca się uwagi na co dzień. To opowieść o dwóch pejzażach – zarówno tym fotografowanym, jak i pejzażu emocjonalnym najsilniejszej życiowej relacji, w której właśnie teraz następuje czas na osobność, obranie własnych dróg, szanowanie poczucia niezależności i zdobywanie wolności dzięki temu, że oboje mogą być ze sobą w samotności, a to łączy ich bardziej niż jakiekolwiek słowa czy gesty. Ta interesująca opowieść o zestrojeniu z naturą i własnymi emocjami pięknie podsumowuje rozmowy Tubylewicz. Dyskutując o samotności Szwedów, jej rozmówcy także sugerują, że wciąż są na jakiejś życiowej drodze, w której muszą zaprzyjaźnić się z otoczeniem, ale przede wszystkim ze sobą. Wędrując z synem Danielem, Katarzyna Tubylewicz opowiada o umiłowaniu samotności w taki sposób, że jest tam przestrzeń współodczuwania jej. Bo dla tej dwójki samotnicza wędrówka szwedzkimi bezdrożami nie jest podróżą wyobcowania i osobności. Cała ta książka pięknie opowie o tym, że samotność egzystencjalna może być frustrująca i bolesna tylko wówczas, gdy nie jest metaforyczną życiową drogą, lecz sumą nieprzyjemnych albo trudnych do zaakceptowania zbiegów okoliczności.

O tej najbardziej bolesnej samotności autorka rozmawia z Peterem Strangiem, profesorem medycyny paliatywnej, i jest to jedna z najbardziej przejmujących rozmów tego zbioru. Sugeruje, że cały niełatwy proces poznawania siebie i akceptowania życia w samotności musi być także preludium do doświadczenia własnego odejścia. Ta rozmowa jest o czymś bezkompromisowym i koniecznym, ale zaznacza, że bardzo często znalezienie przestrzeni i czasu na spotkania z samym sobą umożliwi łagodne pożegnanie się z tą relacją, czyli kres istnienia. Pozostałe rozmowy pełne są witalizmu i ekspresji. Jedne bardziej przykuwające uwagę, inne nieco mniej. W wielu z nich pojawia się kwestia powiązania samotności z wolnością. Czy samotność to cena wolności, czy też jest ona narzędziem do tej wolności osiągania? Te dwa pojęcia znajdą się w bliskim związku i stworzą mniej lub bardziej czytelne tło rozważań. A Tubylewicz rozmawia z bardzo różnymi ludźmi. Patrzącymi z różnych perspektyw na Szwecję, w której blisko czterdzieści procent ludzi mieszka samotnie. Analizowana jest perspektywa społeczna, trochę historyczna, często socjologiczna, ale jest również wiele osobistych przemyśleń. W każdym z tych wywiadów motywem przewodnim jest trudność lub umiejętność konfrontowania się z samym sobą. I są to takie rozmowy, w których temat samotności zasadniczo nie kojarzy się z egocentryzmem. „Samotny jak Szwed?” sięga dużo głębiej. Pokazuje, jak bardzo cenne może być doświadczenie bycia ze sobą. I jaką można mieć z tego satysfakcję.

Najmocniejszym atutem książki jest jej wielopoglądowość. Na przykład Eva Heller Ekblad, starsza Szwedka polskiego pochodzenia, sugeruje, że „nikt nie jest mocny sam”. Stina Oscarson, jedna z najbardziej dynamicznych i chyba najciekawsza rozmówczyni, wprost sugeruje, że pewien aspekt szwedzkiej samotności jest opresyjny, bo opresyjne może być społeczeństwo narzucające poglądy i przynależność. A wówczas dochodzi do tego, że – jak twierdzi Oscarson – szwedzka samotność wcale nie jest siłą, lecz wstydem. Pojawia się również teza dotycząca bolesnej samotności w związku, w którym tkwi się z różnych przyczyn, pogłębiając toksyczną relację. Na ten temat Tubylewicz rozmawia między innymi z Therese Bohman, autorką trzech wydanych w Polsce powieści, w których wątek samotności oraz relacji z drugą osobą jest bardzo czytelny.

Ale chyba najwięcej jest o tym, ile satysfakcji daje Szwedom bycie samotnymi i czym dokładnie jest ta satysfakcja. To opowieść o kraju bardzo różnorodnym, więc i różnorodne będą tu ujęcia samotności. Najciekawiej prezentuje się teza Davida Thurfjella, profesora religioznawstwa, który sugeruje, że dystans jest pewną formą poszukiwania bliskości. Publikacja Katarzyny Tubylewicz portretuje człowieka jako istotę społeczną, ale również jako jednostkę gotową i chętną do tego, by odnaleźć się przede wszystkim w oddaleniu od społeczności czy jakichkolwiek grup. Świetnie opowiedziana i przepięknie sfotografowana historia wieloznaczności jednego pojęcia zamienia się w bardzo głęboką książkę o tym, że najważniejsze jest kochanie samego siebie i definiowanie przez tę miłość tego, co ma być drogą spełnionego życia. To książka dla mizantropów, introwertyków, ludzi nieśmiałych i tych z niezwykle silnym charakterem, którzy lubią być sami. Opowieść bez ocen, definicji, z wieloma tezami i bardzo ciepła, tworząca jednocześnie wrażenie, że w każdej formie samotności zawsze jesteśmy częścią innych ludzi.

2021-02-22

„Odpłata” Agnieszka Jeż

 

Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 24 lutego 2021

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Potrójne zło

Agnieszka Jeż udowodniła w „Szańcu”, że proponuje niebanalną fabułę kryminalną dla czytelnika, który chciałby odejść od gatunkowej sztampy. W swojej nowej książce podkreśli to jeszcze bardziej, bo „Odpłata” to zdecydowanie kryminał, którego nie da się włożyć w żadne określone ramy. Nic nie jest tu tym, czym może się wydawać. Ani pojawiające się trupy, ani analizowanie zagadek z nimi związanych. Jeż prowadzi narrację w taki sposób, że spotykamy się z kilkoma czasami, na pewno z trzema. W nich rozgrywają się ważne intrygi, a czytelnik dopuszczony jest jedynie do śledzenia poczynań sierżant Wiery Jezierskiej z komendy w Giżycku. Trzy śmierci w różnym czasie i trzy bardzo trudne do rozszyfrowania tropy. Czas zrobił swoje, bo zatarł wiele śladów, ale zło sprzed lat wciąż nim jest. Śledząc „Odpłatę”, można pokusić się o stwierdzenie, że bardzo często nie dostrzegamy go we właściwym miejscu. A może jest tak, że ścieżki, po których kroczy zło, nigdy nie są oczywiste, choć staramy się, aby tak było – bo wówczas jest łatwiej zrozumieć. W „Odpłacie” Agnieszka Jeż sięgnie do mrocznej powojennej historii Podhala, ale spojrzy też dużo bardziej ogólnie na kwestię przemocy, zwłaszcza tej naznaczonej patriarchatem. W świecie stworzonym przez mężczyzn, nazywanym przez nich i pozwalającym przy tym na nadużycia to właśnie mężczyźni giną. Tuż po wojnie na Podhalu, wiele lat później na Mazurach i ponownie tam, gdzie wszystko ma swój początek i koniec.

Wiera Jezierska dostaje zlecenie wyjaśnienia sprawy włamania do domku w miejscowości wypoczynkowej. Jest przekonana, że czeka ją banalna sprawa. Nie wie, że będzie nad nią myślała bardzo intensywnie i bardzo długo. Że sprawa, której się podejmie, będzie wyjątkowo skomplikowana. Jeż decyduje się na rozwijanie intryg kryminalnych, pozostawiając dalszą indywidualizację głównej bohaterki prawdopodobnie na kolejną powieść z cyklu. Przeszłość Jezierskiej odzywa się może nie tak intensywnie jak w „Szańcu”, ale wciąż na nowo w ten sam męczący sposób. Widmo ojca tyrana, który zamienił życie rodzinne w piekło, znajdzie przełożenie na inny element fabuły „Odpłaty”. Jezierska tkwi w niemocy i nienawiści, ale także w uprzedzeniach, zwłaszcza do swojej siostry. Bohaterki nie spotykają się, jednak pełne emocji i napięcia rozmowy telefoniczne między nimi pokazują, że Wiera wciąż walczy z czymś, co jej siostra być może zbanalizowała albo odpuściła. Tymczasem nową sytuacją dla Jezierskiej będzie nawiązanie współpracy z podhalańskim śledczym, by wyjaśniać sprawę rozpiętą między południem a północą Polski. Kobieta nie spodziewa się, że dotknie ją jeszcze jedna bolesna konfrontacja. Bo komisarz Gazda nie będzie tylko jej partnerem w wyjaśnianiu śledztwa.

Kwestie, którymi zajmuje się Jezierska, to – jak sama to określa – „długie cienie starych spraw”. Okazuje się, że czas zatarł ślady wielu mrocznych emocji, za którymi szły akty okrucieństwa. Ale wszystko w mniejszym lub większym stopniu wyjdzie na jaw. Śledztwo zaproponowane przez Agnieszkę Jeż w tej powieści na pewno nie usatysfakcjonuje zwolenników szybkich i radykalnych rozwiązań fabularnych. Chodzi o dylematy i towarzyszące im emocje. To w nich ujawnia się dodatkowy rys wizerunku Jezierskiej. Ale najciekawsi są mężczyźni w jej otoczeniu – ci faktycznie obecni i ci zmarli, o których myśli. Dlaczego? Bo to w męskości ukryta jest fatalna siła, jakieś wewnętrzne przekonanie o niepokoju i niesprawiedliwości. Mężczyzna u Jeż jest źródłem opresji, ale sama opresja portretowana jest w bardzo różnorodny sposób. W tym wszystkim odważne i bezkompromisowe sięganie do wstydliwych kart historii Podhala z duchem Józefa Kurasia mającego zresztą w Zakopanem swój pomnik.

Istotne jest tu przyglądanie się opozycji swój i obcy. To na niej położony jest środek ciężkości i dzięki temu Agnieszka Jeż uzyskuje w swoim kryminale dużo większą siłę oddziaływania. Odwieczna, utrwalona zwłaszcza w małych społecznościach opozycja bardzo szybko wyzwala negatywne emocje. Ksenofobia ma się dobrze i Jeż stara się to pokazać. Wystarczą narzucone i oczywiste dla społeczności podziały, by podnieść rękę albo figurkę Jezusa na kogoś, kogo zgodnie z logiką wskazanej opozycji można nawet zabić. Dwie przestrzenie, w jakich rozgrywają się zdarzenia, również podkreślają, co znaczą linie podziału na tych, którzy są swojscy i na tych, dla których pozostają jedynie uprzedzenia, bo są z zewnątrz. Obcość jest tu nie tylko kategorią poznawczą, ale również stygmatem. Na niej zbudowane jest mroczne fatum i dzięki niemu nierozwiązane historie z przeszłości nabierają u Jeż dodatkowego znaczenia, są bardziej sugestywne.

Ale „Odpłata” to także powieść zadająca trudne i niewygodne pytania. Jedno z nich pada wprost. Czy morderstwo może uratować czyjeś istnienie? A zatem: czy możemy znaleźć jakiekolwiek okoliczności łagodzące dla kogoś, kto dokonuje zbrodni? Te popełnione w tej książce nie są oczywiste. Ich wzajemne powiązania również. Agnieszka Jeż chce rozłożyć napięcie na kilka miejsc oraz kilka odosobnionych okoliczności, które później łączą się w całość. W tym wszystkim odważne nawiązania do tego, czego w Polsce wciąż w nadmiarze – do antysemityzmu, przemocy domowej, przekonania oprawców o słuszności siły pięści oraz do tego, w jaki sposób religia katolicka manipuluje świadomością. W imię czego można zabić? W imię jakiej formy uprzedzenia? Co decyduje o ostatecznym ciosie, a co tworzy przerażający ciąg razów i traum, na które nikt nie reaguje, bo to wpisane jest w funkcjonowanie społeczności, kulturę, tradycję i wierzenia?

Pomiędzy Mazurami a Podhalem Jeż proponuje wędrówkę śladami bolesnymi i wstydliwymi. Powraca do spraw, które nie zostały rozwiązane, ale pokazuje również, że nierozwiązywalne są pewne kwestie społeczne i to problemy nawarstwione, gdy żyje się pośród uprzedzeń i z cieniami czasu przeszłego. Trochę tak jak Wiera Jezierska wciąż rozpamiętująca koszmarny obraz domu rodzinnego. „Odpłata” będzie książką skonstruowaną w nieoczywisty sposób, ale mówiącą o tym, co jak najbardziej oczywiste – każda krzywda, która nie doczekała się konsekwencji, może być groźna, pozostając w pamięci i prowadząc do tragicznych posunięć. Agnieszka Jeż portretuje swoich skrzywdzonych oraz krzywdzących bohaterów w bardzo ciekawy sposób, kiedy obok głównej narracji otrzymujemy umieszczone w różnych okresach i różnych miejscach krótkie i intensywne sceny, nad którymi warto się zatrzymać dłużej, by zrozumieć w pełni rozwiązanie finałowe. Autorka „Szańca” dba o to, by jej fikcja literacka imitowała życie. Z wszelkimi tego konsekwencjami. Dzięki temu otrzymujemy powieść zaskoczeń, ale również interesującą fabułę o nieprzemijaniu krzywdy. O tym, że na Mazurach czy na Podhalu wciąż jesteśmy tak samo podatni na zło. Intrygująca rzecz i świetny dowód na to, że Jeż w kryminalnym cyklu czuje się jak ryba w wodzie.

2021-02-19

„Zabierz mnie do domu” Marie Aubert

 

Wydawca: Pauza

Data wydania: 10 lutego 2021

Liczba stron: 128

Przekład: Karolina Drozdowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Szczeliny codzienności

Kiedy pisałem o rozczarowaniu po lekturze powieści „Dorośli” Marie Aubert, nie wiedziałem tak do końca, co mnie tam uwierało. Teraz już wiem: norweska autorka zdecydowanie lepiej wypada w opowiadaniach, bo udaje jej się utrzymać uwagę czytelnika, daje mu bardzo duży margines niepewności i wątpliwości, a w tym wszystkim – w przeciwieństwie do powieści – potrafi zamknąć tekst bez dydaktyzmu czy czytelnej tezy. „Zabierz mnie do domu” to tematycznie nie jest ani nic nowego, ani też twórczego. Nie jest to również zbiór tekstów wyjątkowy literacko. Można go pochwalić przede wszystkim za dużą sugestywność. Jest się prawie namacalnie w każdym z opisywanych pomieszczeń i razem z bohaterami przeżywa ich emocje. Są zniuansowane, Aubert rzadko cokolwiek bezpośrednio nazywa, więc te teksty dodatkowo nabierają niejednoznaczności, kiedy stawiają nas wobec dylematu interpretacji – trzymać z główną postacią danego opowiadania czy jednak dać wiarę osobie lub osobom z jej otoczenia. Dzięki temu tworzy się specyficzna więź między słowami Marie Aubert a sferą czytelniczych przeżyć. Szkoda, że poza kilkoma wzmiankami o fiordach i domku letniskowym nad jeziorem mało tam samej norweskości. Być może przez to, że autorka uznała – i całkiem słusznie – iż opowiada o dylematach oraz emocjonalnych klinczach, które mają bardzo uniwersalny wymiar.

W „Dorosłych” norweska pisarka rozważała, jak trudno jest wziąć pełną odpowiedzialność za siebie, własne stany emocjonalne. Wydane wcześniej opowiadania są dowodem na to, że jest to tematyka bliska Aubert i wciąż domagająca się kolejnych wiwisekcji dusz, kolejnych nieoczywistych pytań. Tutaj bohaterkom i bohaterom z bardzo różnych powodów jest trudno ze sobą i mają również problem z tym, by wziąć za siebie odpowiedzialność – najczęściej w obliczu jakiejś straty. Mamy więc sfrustrowaną i rozczarowaną przyjaciółkę, która nie może pogodzić się z tym, że najbliższa jej osoba wybrała związek. Mamy rozedrganą emocjonalnie nastolatkę, która chciałaby wymusić na kimś odpowiedzialność za jej prawie już dorosłe życie. Dziewczynę w obliczu rozwodu rodziców starającą się pokazać matce, czym jest nieobecność. Mamy również historię napiętnowanej społecznie i odrzuconej kobiety, która po wyjściu z więzienia usiłuje odnaleźć się w tak zwanym normalnym świecie i zacząć żyć ze sobą dobrze. Aubert pisze o trudnych próbach. Konfrontacje z emocjami wywołanymi przez trudne sytuacje określają tutaj poziom napięcia każdego tekstu. Wzmacniają go otwarte zakończenia, czasem dużo bardziej niepokojące niż całość opowiadania. Widać, że pisarka doskonale czuje się w miniaturze literackiej – dobrze wie, iż dramat świetnie pokazują półcienie, bez centralnej ekspozycji.

Nie wiem, jak podejdą do tego zbioru opowiadań inni recenzenci, ale ja przez cały czas myślałem o dzieciach sportretowanych przez Aubert. To one wydają się cierpieć najbardziej, choć są zwykle tłem, tylko w opowiadaniu „Przepraszam, przepraszam, przepraszam” dziewczynka zostanie wyeksponowana i stanie się najważniejszym ogniwem tekstu. Wspomniane opowiadanie może być dla Norwegów bardzo kontrowersyjne, biorąc pod uwagę ich stosunek do wychowania dzieci oraz owianą złą sławą – raczej wśród obcokrajowców – instytucję Barnevernet. Dziecko jest elementem składowym opisywanego dramatu, uczestnicząc w nim jak najbardziej świadomie, ale także z ogromną dozą niezrozumienia trudności dorosłych, co Aubert zaznacza, sytuując dzieci konsekwentnie w tle. W opowiadaniu „Starszy brat” całość mocnego przesłania tekstu opiera się nie na obecności, a właśnie nieobecności dziecka. W „Carli” dziecko staje się kimś, dzięki komu albo przez kogo bohater uświadomi sobie, jakie wyrwy pojawiły się w jego związku.

Właśnie wyrwy, nagłe utraty gruntu pod nogami, sytuacje nieoczekiwane i rozbijające rutynę – to wszystko Marie Aubert portretuje z dużą przenikliwością i dzięki temu wszystkie opowiadania są bardzo sugestywne. „Zabierz mnie do domu” to opowieści o tym, że wraz z przewidywalnością rozpada się sens związku, a następnie jednostkowego istnienia. Dołącza do tego niemożność pogodzenia się albo z tym, że relacja się rozpada, albo też – i to ciekawsze – z funkcjonowaniem w niej jako trzecia, zbędna osoba. To poczucie bycia niepotrzebnym i gorszym buduje świetne tło niedopowiedzeń kilku tekstów. W opowiadaniu „Taka fajna dziewczyna” bohaterka usiłuje za wszelką cenę dopasować się do partnera. Jest gotowa usuwać siwe włosy z głowy i owłosienie łonowe, być kobietą idealną i funkcjonalną – do użycia i do zakochania się. Kiedy gra okazuje się przegrana, kobieta Aubert decyduje się na szantaż. I tu pojawia się jeszcze jeden ciekawy motyw łączący kilka tekstów, czyli nietuzinkowy opis smutnych podłości, jakie serwujemy sobie na co dzień, by pokazać, że coś nas boli albo czegoś nam brakuje. Krzywda ma wiele wymiarów w tej książce, ale ta najbardziej oczywista wyzwala się ze złości. Za nią kryją się kolejne emocje. Świetne jest to, jak można sobie w wyobraźni je odsłaniać. Marie Aubert proponuje nam czasami tylko chwilową obecność w życiu bohaterów z problemami. Czasami nie do końca rozumiemy, co się dzieje. Ale dramatyzm podkreślają te wszystkie skrywane podłości, które najmocniej pokazują, że autorka pisze o ludziach z krwi i kości.

Warto również zwrócić uwagę, co pisarka sugeruje na temat emocjonalnego inwestowania w drugą osobę. Ile możemy z siebie dać partnerce lub partnerowi, ile oczekujemy w zamian i gdzie jest granica przyzwoitości oczekiwań. Portretowane związki na co dzień pozostają senne i dość przewidywalne. Dopiero kiedy zmienia się ich status, pojawiają się podsumowania zysków i strat. Jesteśmy tą częścią drugiej osoby, w której kryją się nasze marzenia i pragnienia. Co dzieje się wówczas, gdy druga osoba po prostu odchodzi? Motyw zagubienia po rozstaniu mocno spaja sporo tekstów i jest świadectwem tego, że Marie Aubert chce pisać o życiu na początku jego drogi. Bez względu na to, kiedy ten początek się ujawni i jak często będzie mieć miejsce.

Ponad wszystko jest to książka ze świetnie dobranym tytułem, jeśli już wyłuskamy kontekst z wypowiedzi bohaterki jednego z opowiadań. Aubert pisze o naszych tęsknotach. O tym, że ich zaspokojenie czasem może być prozaiczne, ale wielokrotnie ta prozaiczność przeraża lub uwiera. Bo czy rzeczywiście chcemy tak mało, czy też zawsze stanowczo za dużo? Świetny zbiór miniatur literackich o konfrontacji ze sobą, w której trzeba określić, z czego zrezygnować, a co wziąć na siebie w trudnym związku. Także gdy ten związek daleki jest od ideału. Jest to również opowieść o tym, do kogo i czego przynależymy. Że zawsze nasze szczęście określi jakiś kontekst, ale to nie znaczy, że ten kontekst zdefiniował je właściwie.

2021-02-16

„Epidemia smartfonów. Czy jest zagrożeniem dla zdrowia, edukacji i społeczeństwa?” Manfred Spitzer

 

Wydawca: Dobra Literatura

Data wydania: 17 lutego 2021

Liczba stron: 336

Przekład: Małgorzata Guzowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Ryzyko i niebezpieczeństwa

To już czwarta książka Manfreda Spitzera krytyczna wobec nowoczesnych technologii informacyjnych. Tym razem wydaje się napisana dla absolutnie każdego, bo przecież każdy z nas korzysta ze smartfonów, a wielu robi to także w tej chwili, czytając tę recenzję. Niemiecki psychiatra stawia w swojej książce bardzo mocną, kontrowersyjną i na pewno dyskusyjną tezę. Otóż nasze wspaniałe nowoczesne telefony nie czynią nas ani mądrzejszymi, ani szczęśliwszymi. Zanim zaczniecie się zżymać i natychmiastowo to kwestionować, warto naprawdę zastanowić się nad tym, co dobrego ze stanem naszego umysłu zrobił telefon, który już od dawna do dzwonienia służy w jakiejś bardzo dalekiej kolejności. Co poza wygodą życia i możliwością załatwienia opłat, zakupów oraz wielu innych czynności pochłaniających kiedyś uwagę i czas zaoferowało nam nasze podręczne urządzenie? Co tak naprawdę dobrego zrobiło z naszymi umysłami, percepcją, emocjami, rozwojem osobistym? Stawiałem sobie to pytanie przez cały czas lektury „Epidemii smartfonów”. Z rozdziału na rozdział to, co wynotowałem, zaczynałem wykreślać. Aż w końcu pozostałem w niemym zdumieniu. Bo Spitzer, jakkolwiek bezkompromisowy i może zbyt radykalny (na przykład w głoszeniu przekonania, że każdy człowiek to istota stadna i zasadne jest życie w społeczności, a nie egzystencja singla), zmusza do rozmyślania nad kwestiami, nad którymi albo nigdy się nie zastanawialiśmy, albo przestaliśmy zastanawiać, biorąc pod uwagę powtarzane wszem wobec, że nowoczesne technologie czynią nasze życie lepszym. Ano nie czynią i ta książka świetnie to pokaże.

„Epidemia smartfonów” zaczyna się od bardzo odważnego stwierdzenia: „Smartfony szkodzą zdrowiu i kształceniu młodych ludzi, stanowią też zagrożenie dla społeczeństwa demokratycznego”. Manfred Spitzer nie jest mrocznym wizjonerem, subiektywnie oceniającym szaleńcem oderwanym od nurtu współczesnego życia. Nie jest też człowiekiem, który zasadniczo i wyraźnie stwierdza, że mamy nie korzystać ze smartfonów. Autor powołuje się na wiele badań, których wyniki przedstawia bardzo skrupulatnie i stara się obiektywnie je komentować, choć w wielu fragmentach widać, że zdecydowanie porzuca akademicką frazę i nie chce brzmieć jak naukowiec, lecz nauczony różnymi doświadczeniami cyfrowego świata Niemiec, który wciąż potrafi krytycznie patrzeć na technologiczny rozwój tego świata. A krytykując smartfony, odwołuje się przede wszystkim do naszej odpowiedzialności za najmłodszych ich użytkowników. Dowodzi, że małe dzieci przy smartfonach jedynie reagują, nie potrafią działać. Że urządzenia mają katastrofalny wpływ na ich wzrok przyzwyczajony do odbioru obrazu i treści z bliska. Że żadne dziecko nie nauczyło się języka ani empatii z telefonu. Żadne nie nauczyło się również rozwijać umiejętności prospołecznych, a także… skutecznie zdobywać wiedzy.

Spitzer łączy rozważania o smartfonach z analizą stanu edukacji, która od pewnego czasu poddała się dyktatowi technologii informacyjnych. Tymczasem – jak twierdzi autor – nie ma żadnych wyników badań świadczących o tym, że technologie poprawiły jakość i wyniki edukacji. Jako nauczyciel czytałem z uwagą. Jak mocno zachwyciliśmy się tym, że możemy edukować w sposób nowoczesny i że uczniowie tak chętnie reagują na nowinki elektroniczne na lekcjach? Co nam to daje poza złudnym poczuciem, że pozwalamy przyswajać treści w nowocześniejszy sposób? Czy nasi uczniowie gruntują wówczas wiedzę solidniej? Lepiej korzystają z tej wiedzy? Są bardziej świadomi siebie, świata i relacji międzyludzkich, naprawdę lepiej przyswajają coś, co nowoczesne formy edukacyjne w postaci różnych technologii raczej rozmywają niż konkretyzują i standaryzują? Smartfon jest tu początkiem rozważań o współczesnym stanie edukacji, bo to pierwsze z urządzeń, które dziecko zabiera ze sobą do szkoły. Spitzer zaznacza, że tylko Francja odważnie zakazała swoim uczniom korzystania ze smartfonów. Ta książka jest wyrazem sporego rozczarowania tym, że żadna instytucja w żadnym państwie nie wdrożyła w najmniejszym nawet zakresie procedur ochrony przed smartfonami. Bo czasami można się ich bać. A już na pewno należałoby się bać o dziecko z nowoczesnym telefonem w kieszeni.

Nie chcę przytaczać faktów i analiz z „Epidemii smartfonów”, bo nie chcę psuć lektury – na pewno pełnej zdumienia, zaskoczenia, niejednokrotnie niezgody. Manfred Spitzer na pewno wywoła sporo emocji, ale wszystko, co pisze, to przestrzeń danych i rzetelnej ich analizy. Pozwolę sobie tylko na przytoczenie kilku faktów, które być może zaskoczą. Jesteśmy w bardzo bliskim kontakcie z urządzeniem, które w niewiele ponad dekadę zmieniło sposób życia i myślenia ludzi na całym świecie. Z urządzeniem, którego wyprodukowano na świecie w liczbie przekraczającej liczbę ludzi na naszym globie. Z urządzeniem, które potrafi zmienić ludzką tożsamość, a nigdy nie zostało zakwalifikowane jako zagrożenie. Spitzer punktuje i komentuje. Zwraca uwagę na to, jak daliśmy się zmanipulować, a w gorszym przypadku zniewolić przez smartfony, za którymi czai się naprawdę dużo niebezpieczeństw.

Odważne i dyskusyjne argumentowanie czyni z autora kogoś, z czyim zdaniem trzeba się liczyć i na pewno trzeba z nim dyskutować. „Epidemia smartfonów” nie jest zamkniętą całością utyskiwań i mrocznych wizji przyszłości. Tę książkę powinien przeczytać absolutnie każdy z nas, kto każdego dnia bez żadnego sensownego powodu odblokowuje swój telefon i coś w nim robi. Najciekawsze wydają się wnioski dotyczące tego, w jaki sposób nowoczesne telefony mogą rujnować psychikę. Sprytnie i podstępnie. Bo w gruncie rzeczy rozważania Manfreda Spitzera to opowieść o specyficznej i bezpardonowej walce nowoczesnej technologii o naszą uwagę. O tym, jak nią manipuluje, jak przekształca, w jaki sposób podstępnie wywołuje stany emocjonalne, do których nie doprowadziłoby nas nic poza kontaktem ze smartfonem. Autor zwraca uwagę na to, że smartfony i idąca za nimi technologia informacyjna w znaczący i destrukcyjny sposób wpływają na to, kim się stajemy i jak postrzegamy innych ludzi. Jest sporo o manipulacji, ale przede wszystkim dominują gorzkie wnioski dotyczące tego, że pozwoliliśmy w minionych dziesięcioleciach na wywarcie ogromnego wpływu na nasze życie urządzeniom, do których rzadko podchodzimy krytycznie.

Pośród analiz i rozważań wciąż unosi się duch Paracelsusa i jego słów, że tylko dawka sprawia, że dana substancja jest trucizną. O ile nie zatruje dorosłych i ukształtowanych użytkowników, o tyle może być bardzo groźna dla dzieci i młodzieży. A jeśli chcielibyśmy temu zaprzeczyć, warto pomyśleć nad tym, jaki procent czytających zdecyduje się na lekturę tej dość długiej recenzji do końca. Zwłaszcza gdy pojawi się inne powiadomienie lub zabrzęczy urządzenie obok, kiedy ktoś czyta to z ekranu komputera. Smartfon odbiera wolę, rozprasza uwagę, w rozmaity sposób atakuje, zamiast wspierać. Spitzer nie każe go odrzucić, bo to już niemożliwe. Sugeruje, by zajrzeć uważnie w głąb samego siebie. Czyli zrobić to, czego raczej nie robimy w towarzystwie smartfona.

2021-02-12

„Gdzie narozrabiał kruk. Wyspiarski świat Sachalina i Kurylów” Andrzej Piotrowski

 

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 10 lutego 2021

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Sprawozdanie z końca świata

Ta książka na pewno wyróżni się w tym roku. Tym, że jak żadna inna marnuje niesamowity potencjał drzemiący w jej temacie i w istocie wypraw autora na Sachalin i Wyspy Kurylskie. Trudno określić mi oczekiwania wobec tej publikacji, ale być może już o nich zapomniałem, mając w świadomości przede wszystkim mocne poczucie rozczarowania. Mamy do czynienia z naukowcem usiłującym wyrwać frazę akademickim ograniczeniom. Nie wychodzi to jednak dobrze. W zasadzie nie wychodzi wcale. Czyta się „Gdzie narozrabiał kruk” po prostu jak encyklopedię. Zdania są pełne, zasadnicze, zakończone stanowczymi kropkami i niesugerujące niczego więcej niż to, co zawiera dosłowny, leksykalny sens. Opowieść o tym, co to znaczy „zobaczyć prawdziwy koniec świata”, zamienia się w dość nużące sprawozdanie, w którym nie ma ani swobody, ani sugestywności. Jakkolwiek Andrzej Piotrowski kocha odwiedzane okolice, nie jest nam dane tej miłości doświadczyć. Ale największy zarzut wobec tego reportażu nie dotyczy tego, że w przewidywalny i podręcznikowy sposób opisuje krajobraz wraz z jego fauną i florą, których łacińskie nazwy koniecznie trzeba przytoczyć. Problem tej książki tkwi zupełnie gdzie indziej. I tu widzę przede wszystkim zaniedbanie, o którym napisałem wyżej.

Na bardzo długiej drodze do Sachalinu (raportowanej drobiazgowo na pierwszych stronach, które zasadniczo można pominąć, o ile nie jest się wielbicielem opisu detali kolei transsyberyjskiej), a także podczas pobytu na wyspie Piotrowski spotyka mnóstwo ludzi. Większość to oczywiście chwilowe znajomości bez znaczenia, ale są też osoby ważne, dzięki którym autor zbliża się do portretowanego świata. Także ludzie charyzmatyczni, na pewno nietuzinkowi. Mam wrażenie, że czytelnicy nawet w najdalszy zakątek świata chcą podążać z reportażystą, kierując się antropologiczną ciekawością, bo nikt tak jak drugi człowiek nie opowie mu świata. Tu jest tak, że ludzie – a niektórych byłem bardzo ciekawy – stanowią dyskretne tło dla opowieści samego autora. Pojawiają się na chwilę jako osoby potrzebne do zrealizowania konkretnego działania. Dialogi są miałkie i rwane. Mowy zależnej prawie w ogóle nie uświadczymy. Żadnej barwnej i fascynującej relacji, która opowie więcej niż opis. Żadnego obserwowania świata oczyma ludzi stamtąd. Wszyscy ludzie w tym reportażu są jakby elementem krajobrazu. Wyróżnia się nauczyciel języka japońskiego i survivalowiec Witalij, ale też nie można się tu do niego za bardzo zbliżyć. Piotrowski przyjmuje postawę naukowca – fascynujące są dla niego obserwacje geologiczne i zupełnie zapomina, że od sachalińskich skał mimo wszystko ciekawsi są tamtejsi ludzie. Wysłuchani z empatią daliby fundament do naprawdę poruszającej wyobraźnię opowieści o niezwykłym świecie, z którym tak wiele skojarzeń słowa „koniec” mogłoby dać tej historii intrygujący sznyt.

Andrzej Piotrowski nie spotyka się tu z ciekawostką, problemem, tezą do udowodnienia czy z czymkolwiek nieoczywistym. Nie ma tu charakterystycznego dla każdego dobrego reportażu zdziwienia. Nie pojawiają się znaki zapytania, nie ma prawie żadnych wątpliwości. Całość jest uporządkowana do bólu. W efekcie otrzymujemy obraz miejsca, w którym nie pojawi się żadna forma nieoczywistości. Wszystko wydaje się zamkniętym w precyzyjnych opisach pejzażem, na którym trzeba się skupić, by oddać nietypowość Sachalinu i Kurylów. To naprawdę niebywałe, żeby przy książce o tak nietuzinkowym miejscu pozwalać sobie na ziewanie. A mnie się to niestety zdarzyło. Bo w gruncie rzeczy o Sachalinie nie dowiedziałem się niczego ponad to, co mogłem przeczytać na przykład w Wikipedii. Nie zaskoczyły mnie nawet kurylskie koty bez ogonów. Kiedy Piotrowski wspomina pragmatycznie o tym, co zalecił mu przyjaciel, gdy zawieje sachaliński wiatr, widać wyraźnie, że nie uda mu się pójść w kierunku żadnej metafory ani uczynić z elementów krajobrazu czegoś niejednoznacznego, niepokojącego, niezwykłego dla czytelnika.

Jest sporo miejsc w tej książce, przy których odczuwa się niedosyt. Składa się to na sumę ostatecznego rozczarowania. Kilka zdań wzmianki o losach sachalińskich rodzin polskiego pochodzenia to właśnie miejsce, które boli mnie najbardziej. Jakby Piotrowski zupełnie nie zwrócił uwagi na to, że polskiego czytelnika może to zafrapować. Dużo bardziej niż historia katolicyzmu na Sachalinie. W książce pojawiają się także duchy Czechowa oraz Bronisława Piłsudskiego. O tym drugim znakomitą książkę napisał Paweł Goźliński i choć śmiem przypuszczać, że nie był na Sachalinie, to jego opis przybycia Piłsudskiego na wyspę w „Akanie” zapadł mi w pamięć na zawsze. Piotrowski przybywa na Sachalin i przebywa na nim w bardzo uporządkowany, prozaiczny sposób. W jego opowieści brak jest miejsca na to, by wyobraźnia czytelnika dołączyła do faktów i opisów. A przypominam, że mamy do czynienia z miejscem i ludźmi naprawdę wyjątkowymi. Z ciekawymi relacjami rosyjsko-japońskimi, które też zostały potraktowane trochę po macoszemu.

„Gdzie narozrabiał kruk” to przykład książki, w której autor bardzo chce wyrazić swoją wielką miłość do danego miejsca, ale nie pozostawia przestrzeni do tego, aby w nawiązaniu do tego miejsca pojawiły się jakieś emocje u czytelnika. Czasami odnosiłem wrażenie, że Piotrowski jest trochę egocentryczny – przy fragmencie, w którym obca kobieta chce go zabrać do domu, uznając, że jest bardzo ładny, albo przy wspominaniu tego, jak ogromną popularnością cieszył się na dyskotece. Myślę jednak, że brak mu wrażliwości na takie detale, które mogłyby uruchomić opowieść. Prawdziwą opowieść, nie solidne sprawozdanie z podróży z metodycznymi wręcz opisami szczegółów miejsc, które niekoniecznie zainteresują kogokolwiek poza autorem.

I w końcu sam Sachalin oraz Kuryle, na które niełatwo się dostać, bo ruch turystyczny tam nie istnieje. Są zapowiedzią tajemniczości i zagadek. Chciałoby się poznać nieoczywisty status tego miejsca – także w tym, jak działa na ludzką mentalność i co zmienia w postrzeganiu codzienności. To przecież także rejon, w którym cywilizacja ustępuje miejsca prawom zimnej natury i gdzie kontynentalna Rosja traci swój charakter. Przestrzeń spotkania innych mentalności – rosyjskiej i japońskiej. Nadal mam wrażenie, że nie odbyłem tej podróży z autorem i wciąż czuję wielki niedosyt, gdy uświadamiam sobie, że dowiedziałem się w szczegółach o topografii Sachalinu. Jednak ani przez moment nie poczułem, czym jest sachalińska czy kurylska osobność. W przyrodniczej skłonności do opisywania detali nie ma niczego złego. Gorzej, kiedy reportaż z podróży zwyczajnie nie ma duszy. Zwłaszcza gdy jedzie się na koniec świata. Zwłaszcza gdy przemierza się przestrzeń, która wcale nie jest tak oczywista jak spójna struktura zdań opisujących pejzaże.

2021-02-10

„Szalej” Monika Drzazgowska

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 17 lutego 2021

Liczba stron: 382

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ku wyzwoleniu

Wydawnictwo Literackie rzadko decyduje się na wydawanie debiutantów. Może to kwestia rynkowej ostrożności, a być może poprzeczka bardzo wysoko zawieszana literatom przez tę oficynę. Myślę, że „Szalej” Moniki Drzazgowskiej nie podzieli losu „Persymony” Katarzyny Maicher, o której swego czasu powiedziano zaskakująco mało i niewyraźnie. Drzazgowska jest dojrzałą debiutantką, a jej gorzka i liryczna opowieść o balaście przekazywanym przez pokolenia kobiet może się sytuować na poziomie poruszających tę tematykę świetnych narracji Joanny Bator czy Ingi Iwasiów. Ujmuje u Drzazgowskiej sposób, w jaki pisze. Zastanawiam się, czy opis refleksji związanych ze stylem tej powieści nie zabrzmi nieco pretensjonalnie, ale tak sobie myślę o frazie autorki i nic tego nie zmieni. Niezwykłe asocjacje tworzą tutaj płynny rytm zdań wielokrotnie złożonych. W ich strukturze pojawiają się specyficzne uwolnienia kolejnych wypowiedzeń. Dzieje się to lekko i nonszalancko, ale ma w sobie coś ze stanowczości, bo Drzazgowska pisze o bezkompromisowym doświadczeniu wyobcowania. Opowiada historię kobiecego poszukiwania wolności jako coś, w czym zakotwicza się bardzo silnie wszystko, od czego trzeba się uwolnić. Bohaterka jest jednocześnie poszukiwaniem i pewnością tego, do czego przynależy. Jakkolwiek trudna byłaby ta przynależność. Jak bardzo dręczyła i powodowała, że w przyszłości Zośka stanie się Zofią – odpowiedzialną matką, która nie powieli potwornego rodzinnego szablonu.

A jest o czym zapominać. Prababka wrosła w surową religijność, a pod koniec życia oszalała, uganiając się za psami. Babka wzięła od losu to, co jej dał. Czyli przypadkowego mężczyznę, który szybko ustanowił patriarchalny porządek wraz z usankcjonowaniem prawa do bicia. Bo przecież kobietę tak łatwo uderzyć i są tysiące powodów, by to zrobić. Matka pozwoliła sobie na chwilę słabości za remizą, a kiedy już urodziła, uporządkowała swoje życie oraz sterroryzowała córkę. Nauczyła się doskonałego wypierania pragnień i potrzeb ciała. Tak precyzyjnego, że Zośce lata zajęło, by się od tych wyparć uwolnić. Dopiero zbliżając się do czterdziestki, pozwoliła sobie bez wstydu wybrać i kupić biustonosz. A takich obrazków ukazujących wewnętrzną klatkę matczynych i babcinych uwarunkowań jest w „Szaleju” bardzo wiele. Jedne mniej, drugie bardziej sugestywne. Na pewno autorka chce sportretować niemoc i niepokój swojej bohaterki w bardzo różnorodny sposób. Nie uciekając zasadniczo od ich sedna, czyli poczucia sparaliżowania – jakby to, co czuje, raz na zawsze miało się zamknąć tylko między wstydem a strachem.

Podobają mi się językowe gry Moniki Drzazgowskiej. Na przykład ta, w której matka wyrażenie przyimkowe zamienia w przysłówek, aby uprościć nazywanie sfery wstydu. Dlatego też „między nogami” staje się pewnego dnia „międzynogami”, a Zośka musi zrozumieć, że tam się nie zagląda, tam kryje się tylko to, co niebezpieczne, coś destrukcyjnego dla kobiety, obszar wart zapomnienia i przemilczenia. Dbałość o to, by częściom mowy nadać specyficzne znaczenie, widać również w tym, jak tytułowane są rozdziały. Niesamodzielne części ustanawiaja sens oraz kontekst w połączeniu z kolejnymi zdaniami. To trochę tak jak z Zośką, która usiłuje coś artykułować, ale dopiero zderzenie tej artykulacji ze słownym szumem otoczenia tworzy pewną treść – jednak nigdy taką, jaką bohaterka chciałaby wyrazić.

W tej książce jedno zdanie wybrzmiewa wyjątkowo wieloznacznie: „To, co przynależy kobiecie”. Pojawia się już na początku, a potem staje trochę tłem, a trochę cieniem dalszej opowieści. Zośka najpierw uświadamia sobie to, że przynależeć znaczy opresyjnie uwierać, a później stara się przekonać siebie, że przynależność do kobiecości to przede wszystkim alternatywy. Stąd też ciekawe i nietuzinkowe portretowanie sfery wyzwolenia, do której Zośka konsekwentnie dąży. Nie dzieje się to szybko. „Szalej” to powieść inicjacyjna rozłożona w czasie, zatem również narracja dla wymagającego czytelnika, który chce pobyć w tej życiowej wędrówce wraz z bohaterką trochę dłużej. Nic jednak nie jest tu oczywiste. Drzazgowska nie portretuje prostej wędrówki, u kresu której jej kobieta przynależy już tylko do siebie, odrzuca przeszłość i wyzwolona czuje szczęście. Nie tego należy się spodziewać. Myślę, że to powieść przede wszystkim o tym, jak bardzo trudno uwolnić się od pewnych życiowych doświadczeń. Albo o tym, jak niemożliwe to jest. W życiu Zośki pojawia się wiele niemożliwości. Pozornie niemożliwych konfrontacji czy relacji. Upływ czasu weryfikuje znaczenie tego, co niemożliwe, ale pozostawia gorzką refleksję, że przełamywanie bariery tej niemożliwości zawsze niesie ze sobą konsekwencje. Dlatego bohaterka walczy i poddaje się. Wciąż na nowo przekonuje się do nowej siebie. Tej, dla której nie ma niemożliwych do przeżycia emocji. Bo emocje to nie tylko wstyd i strach.

Najładniej prezentuje się tu metafora oswojonego i bezpiecznego świata, który prezentuje Zośce dziadek. Ten sam dziadek, nad którego trumną wcale nie jest cicho, bo na to nie zasłużył. Tymczasem pokazuje wnuczce obszar, który ma się kojarzyć z poczuciem bezpieczeństwa, a to dlatego, że jest przestrzenią przynależną pokazującemu. Dalej jest już coś obcego. Zośka, zamiast szanować ukazaną przestrzeń, chce się przedostać przez ogrodzenie i sprawdzić, czym jest ta dalsza, nazwana tak pejoratywnie, a przecież kusząca, frapująca swoim nieodkryciem. W wielu życiowych sytuacjach dorosła i pozornie uwolniona od wpływu matki czy babki bohaterka wciąż będzie zastanawiać się nad tym, kiedy znajdzie w sobie tyle odwagi, by przeskoczyć ogrodzenie i ruszyć przed siebie, w nieznane.

To także jedna z tych opowieści, która wyraźnie zaznacza, skąd może brać się opresyjność kobiet względem siebie. Jak łatwo powielić rodzinny schemat, dopasować się do oswojonego. Bez względu na to, czy niesie w sobie ból, przemoc i okrucieństwo. Bohaterki tej książki dokonały wyboru z lenistwa albo niewypracowanego instynktu, by poszukiwać dla siebie tego, co naprawdę istotne. Tymczasem Zośka nie jest ani odważna, ani szczególnie podatna na to, by zadawać sobie pytania o to, co ma dla niej znaczenie. A mimo wszystko wyrywa się z piekielnego kręgu, choć trudno nam jednoznacznie orzec, w którym kierunku i czy z satysfakcją. Dlatego „Szalej” jest powieścią pytań, a nie odpowiedzi. Powieścią pokazującą trudne i ekscytujące zarazem doświadczenia, które zapisują się na nowo w rodzinnej kronice kobiet, są pokłosiem odwagi wyjścia sobie naprzeciw. Jest też książką napisaną w bardzo plastycznym stylu, w którym słowa i frazy wciąż walczą o uwagę czytelnika. Ta niepokojąca składnia oddaje nieoczywistość charakteru bohaterki. Także nieoczywistość sytuacji, w jakiej się znajduje. Mądra powieść o każdej wątpliwości, która towarzyszy w życiu kobiecie. Naprawdę przemyślany i zapadający w pamięć debiut.  

2021-02-08

„Do skutku” Louise Boije af Gennäs

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 27 stycznia 2021

Liczba stron: 592

Przekład: Agata Teperek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ostateczne starcie

Z pewnością na tę książkę wielbiciele „Krwawego kwiatu” i „Bezwładu” czekają z ogromnym napięciem. Nie tylko dlatego, że Louise Boije af Gennäs poprzednimi powieściami bardzo wysoko ustawiła poprzeczkę oczekiwań. „Do skutku” jest zamknięciem spektakularnej historii, która w dwóch poprzednich tomach doczekała się niebywale rozbudowanej struktury. Nieprzypadkowo ostatnia część tej trylogii ma sporą objętość. Musi zamknąć bardzo wiele wątków i dać odpowiedzi na mnóstwo pytań. Mogło się wydawać, że część zagadek jesteśmy w stanie rozwiązać, a jednak najnowsza książka szwedzkiej pisarki pozostawia w zdumieniu i oszołomieniu. Takiego rozwiązania intryg z poprzednich części na pewno się nie spodziewaliśmy. A jednocześnie widać coraz większą siłę społecznego przekazu opowieści o tym, jak pewna młoda kobieta, której zabito ojca, usiłuje walczyć z grupą bardzo niebezpieczną, panującą nad całością jej życia. W „Do skutku” Sara co prawda pozna tajemnicę organizacji, ale powieść skupia się głównie na wątku rodzinnego nieszczęścia. Sara wyjątkowo długo będzie sama ze wszystkimi swoimi dylematami, moralnymi wątpliwościami, a przede wszystkim ze strachem.

Jak wspomniałem, nie ma nawet po co przewidywać zakończenia i należy dać się porwać dynamicznemu rytmowi tej powieści. Najchętniej chyba ze wszystkich trzech sięgającej po nieco przejaskrawione rozwiązania i w tej hiperbolizacji też najbardziej mrocznej. Zwłaszcza że Louise Boije af Gennäs odświeża nam pamięć, wracając do wielu niewyjaśnionych zdarzeń, jak również całkowicie niespodziewanie wprowadza do fabuły postać znaną z poprzedniej książki To nie wszystko. „Do skutku” zwraca uwagę na to, jak wiele detali z dwóch poprzednich powieści ma znaczenie teraz, kiedy finałowa zagadka powoli zmierza do rozwiązania. Oczywiście autorka tak konstruuje swoją powieść, aby odnaleźli się w niej również czytelnicy nieznający poprzednich części, jednak szczególny rodzaj napięcia wywołuje chęć, żeby się wreszcie dowiedzieć, co naprawdę stoi za śmiercią ojca Sary oraz zniknięciami innych ludzi z jej otoczenia. Bo jak konkluduje siostra bohaterki: „Wszyscy dookoła nas umierają”.

Towarzyszymy Sarze po tym, jak pożegnała matkę. Tak więc w krótkim czasie umierają jej oboje rodzice, a w dodatku jej siostra traci ukochaną klacz. Sara i Lina przenoszą się do Sztokholmu na stałe, sprzedając swój rodzinny dom i usiłując stworzyć jakieś nowe życie. Wspomnienia nie dają im jednak spokoju. Siostrzane relacje pełne są napięcia. Lina inaczej niż Sara odreagowuje to, co zdarzyło się w ich życiu. Tymczasem główna bohaterka podejmuje pracę w Kwaterze Głównej Sił Zbrojnych. Znani z poprzednich książek przyjaciele Sary – Sally i Andreas –  wciąż są obok niej, gotowi do działania i wspierający. Tym razem autorka nie pozwala nam na długo zadomowić się w przewidywalnej codzienności Sary, bo nie będzie już w opisach miejsca na rutynę, zwyczajne życie, przyjemności czy obowiązki. „Do skutku” jest powieścią najbardziej dynamiczną, widać w niej mocny sensacyjny sznyt i to czasami jest dobrą, a czasami gorszą stroną tej narracji. Niewątpliwie jednak mnogość zdarzeń, w których Sara będzie musiała konfrontować się z lękiem i niepewnością, powoduje, że trzecia część trylogii jest powieścią o największym potencjale.

Pojawiają się tu także zupełnie nowe postacie, ale nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Sara nie może być pewna tożsamości kogokolwiek ze swojego otoczenia. Jednocześnie coraz bardziej zbliża się do tego, by zrozumieć strukturę enigmatycznej organizacji, której kiedyś przeciwstawił się jej ojciec, zapoczątkowując ciąg dramatycznych i fatalnych zdarzeń. Poza tym bohaterka uświadamia sobie, że jest coś, czego ta organizacja od niej chce, i musi zrozumieć, co cennego posiada. A żeby to odnaleźć, raz jeszcze wróci w rodzinne strony. Potem będzie już tylko walczyć z czasem i bezkompromisowym wrogiem. Kimś, kto jest w stanie podglądać każdą minutę jej życia. Wejść do osobistego komputera, a nawet do świadomości. Bo obecność wroga jest stała i intensywna. To on rozdaje karty – daje Sarze złapać oddech, by za chwilę niszczyć emocjonalnie. Mroczne groźby pojawiają się na ekranie laptopa, ale wróg jest wszędzie. Sztokholm, po raz kolejny tak dokładnie portretowany, staje się przestrzenią bezkompromisowej rozgrywki, w której obserwujący ma przewagę. A Sara coraz bardziej traci wiarę w to, że może pokonać kogoś przyglądającego się jej w każdym momencie.

„Do skutku” to przede wszystkim książka o inwigilacji. Przywodząca na myśl Edwarda Snowdena, kiedy snuje fantazje o tym, że dane każdego z nas znajdują się w zawsze dostępnej dla innych chmurze. Że państwo może wiedzieć o nas absolutnie wszystko. A jeżeli państwo jest skorumpowane, dane o naszym życiu otrzymuje ten, który korumpuje. Sara w tej powieści nie będzie mogła uciec przed prześladowcami. Będzie jednak na tyle zdeterminowana, by podjąć z nimi grę o wszystko. W tle wyraźnie zarysowany szwedzki impas w tworzeniu nowego rządu po wyborach oraz kolejna porcja mrocznych fantazji o tym, na czym został zbudowany fundament szwedzkiego dobrobytu i pozornego spokoju życia społecznego. Louise Boije af Gennäs nawiązuje do kondycji szwedzkich sił zbrojnych, a także do tego, w jaki sposób Szwecja wypracowała sobie na arenie międzynarodowej wizerunek państwa tak bardzo uporządkowanego. Jest w tej powieści wiele na temat hipokryzji, a część fantazji spowoduje, że Szwedzi mogą się „Do skutku” przerazić. Najmocniej jednak zapada w pamięć droga, którą Sara pokonuje, poznając kolejne przejmujące tajemnice państwa. To bowiem książka o tym, jak przerażające może być wchodzenie w głąb swojej pamięci. I jak niekiedy zaskakuje to, że oczywiste sprawy są iluzjami. Jak w życiu sytych i zadowolonych z siebie Szwedów.

Spektakularne, pomysłowe i frapujące zamknięcie trylogii. Wymagające dużej weny twórczej, ale również konsekwencji we wracaniu do odpowiednich fragmentów z poprzednich części. Dyscypliny, aby wszystko stało się czytelne, a jednocześnie – żeby czytelnik pozostał z wrażeniem, że mimo wszystko nie jest to powieść stawiająca zasadnicze i wyraźne kropki. Książka, która wyzwala wiele emocji i czyta się ją na wdechu. Podziwiam to, jak każdy szczegół został tutaj wyjaśniony, każdy element układanki trafił na swoje miejsce. I to, że mimo niemal całkowitego odsłonięcia przed nami głównej bohaterki w dwóch poprzednich książkach Sara jednak zaskoczy, i to bardzo. „Do skutku” to także powieść o ludzkiej przyzwoitości, za którą walczy się do końca. Zgodnie z tytułową maksymą określającą działania ojca Sary. Świetna rzecz.

2021-02-04

„Nikt ci nie uwierzy” Magda Knedler

 

Wydawca: Mando

Data wydania: 10 lutego 2021

Liczba stron: 384

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Dwugłos rozpaczy

Świat uznał kiedyś, że został stworzony przez mężczyzn. Męskość się podziwia. Nawet wtedy, kiedy jest upiorna i mordercza. Można wspomnieć znane powszechnie postacie Charlesa Mansona czy Teda Bundy’ego, ale można również zastanowić się, czy taki psychopatologiczny wizerunek charyzmatycznej męskości nie ujawnia się wciąż na nowo, doprowadzając do kolejnych dramatów – a zwykle są to dramaty niszczonych kobiet. Magda Knedler postanowiła po raz kolejny wykorzystać kobiecy życiorys, aby opowiedzieć go z charakterystyczną dla siebie wrażliwością oraz dużą empatią. A właściwie chodzi o dwa życiorysy, dwa życia pewnych nastolatek, o których niewielu dziś pamięta. Dorothea Rohrbeck i Ursula Schade zostały postawione w dramatycznej konfrontacji dokładnie sto lat temu tylko dlatego, że na ich drodze stanął potwór płci męskiej. Człowiek, któremu wiele można było wybaczyć. Wiele zrozumieć. Był tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej inwalidą wojennym – szanowanym z powodu bohaterskiego wymiaru jego kalectwa i specyficznego uroku, który wokół roztaczał. Jednak Peter Grupen nie był charyzmatycznym adoratorem, lecz cynicznym i przebiegłym manipulantem. Tylko jemu nie należy się uwaga autorki. Nie on jest tu najważniejszy. Co więcej, Magda Knedler zarysowuje go wyrazistą, oczywistą i pełną czytelnej pogardy autorską kreską. Jej najnowsza powieść jest o tym, że sprawiedliwość i wolność są nam dane zwykle w inny sposób, a duży wpływ ma na to nasza płeć.

„Nikt ci nie uwierzy” to narracja zbudowana z dwóch monologów. Już od samego początku wiemy, że należą do szczególnie doświadczonych dziewcząt. Dörte i Ursel kierują swoje opowieści do siebie, a siła książki polega na tym, że choć widać w nich poczucie solidarności w nieszczęściu, każda z monologujących pozostaje ze swoim cierpieniem rozpaczliwie samotna. Ten niezwykły dwugłos, który uzupełnia się tym silniej, im trudniej dziewczętom zrozumieć dramat sytuacji tej drugiej, oddziałuje mocniej, bo zawiera w sobie pewien uniwersalny obraz tego, jak bardzo świat zdyskryminował kobiety, jak wiele im odebrał, jakże często kazał być cieniem dla drugiej, rzekomo lepszej, doskonalszej płci. Porusza również to, że poznajemy opowieści dziewczynek, które nie otrzymały oczywistych szans od losu, a już w swym nastoletnim życiu zrozumiały, co to znaczy przynależeć do mężczyzny. Nikczemnego i podstępnego człowieka, który w czasie powojennego deficytu mężczyzn szybko stał się głową rodziny nigdy przez niego nie współtworzonej.

Czy nastolatki mogą być tak bardzo świadome swoich przeżyć i widzieć je w tak wielu kontekstach? Oczywiście, że nie, ale chcę tu odeprzeć ewentualne zarzuty wobec tej powieści. Nastolatki mogą tak wiele przeżywać i rejestrować te przeżycia w różnych sytuacjach, a Knedler czuje się w pisarskim obowiązku uporządkować je i zaprezentować czytelnikom w taki sposób, aby były wiarygodne. Widać, że krótkie życiorysy obu dziewcząt wstrząsnęły autorką, bo w każdym czułym zdaniu o tym, jak bardzo nieczuły był dla nich świat, widać i artystyczną finezję pisania o cierpieniu, i jednocześnie hołd składany Rohrbeck i Schade, a może także przeprosiny za to, że ten świat nie umiał dostrzec ich cierpienia i uchronić ich przed tym, co się wydarzyło. Bo najbardziej doskwiera tu czytelnicze uczestnictwo w bezradności. Szeregu zazębiających się sytuacji, które stają się katastrofalne w skutkach, ale nim dojdzie do tego, co najokrutniejsze – odbierają nastolatkom dech w znaczeniu dosłownym i symbolicznym. Autorska rekonstrukcja zdarzeń doprowadzających do podwójnego dramatu to jednocześnie podwójne studium wyobcowania. To był czasu, gdy z powodu płci tkwiło się w matni. Bez możliwości walki o siebie. Nie mówiąc już o oczekiwaniu na sprawiedliwość czy wolność.

W tych dwóch uzupełniających się monologach fascynująco nakreślone są postacie drugiego planu – despotyczna i demoniczna babka (stale nazywana babcią) oraz coraz bardziej wycofana i bezwolna matka, która zdecydowała się przyjąć pod swój dach uwodzicielskiego Grupena. Człowieka, który zrujnował rodzinę, gdzie to kobiety zwykle najlepiej dawały sobie radę. O ile sylwetka babki nakreślona jest w sposób bardzo wyrazisty, o tyle będąca gdzieś w tle osoba zrujnowanej psychicznie kobiety gotowej zapomnieć w rozpaczy o swoich córkach wyzwala wiele niepokoju, bo trochę to wygląda tak, jakby Knedler opowiadała, kto wpuścił zło do swojego domu i pozwolił mu się na stałe rozgościć.

Doświadczenie zła w kategorii męskiej opresji jest tutaj wielopoziomowe i widać wyraźnie, że autorce nie chodziło jedynie o to, by odtworzyć dramatyczne okoliczności, w których Peter Grupen manipulował kobietami, osiągając kolejne korzyści i ostatecznie decydując się na eskalację swojej przemocy. Myślę, że „Nikt ci nie uwierzy” to opowieść o mężczyźnie  przekraczającym granice, których kobiety z różnych powodów nie potrafią stawiać. To nie jest historia dziewczęcej bezradności wobec opresyjnego człowieka gotowego zawłaszczyć wszystko, łącznie z ciałami nastolatek. Magda Knedler chce uzmysłowić, w jak piekielnie skomplikowanej sytuacji znalazły się obie dziewczynki. Narracja Ursuli jest chwilami nie do uniesienia, ale przerażająca opowieść o tym dziecku nie ma w zamiarze podkreślenia, że akurat Ursel miała gorzej niż Dörte. Obie zostały oszukane i wykorzystane przez człowieka, który powinien je chronić. Tymczasem szereg okoliczności historycznych oraz uwarunkowań społecznych dał zielone światło tej patologii. I jeśli czytelnicy odniosą wrażenie, że ten mechanizm sprzed stu lat już nie funkcjonuje, mogą być w dużym błędzie.

„Nikt ci nie uwierzy” to także powieść z ciekawym społecznym tłem obrazującym powojenną biedę, za którą stały jeszcze większe dramaty, kiedy człowiek stawał się nadzwyczaj podły, aby się z niej wydobyć. To również czas chaosu, w którym silne kobiety traciły poczucie siły oraz własnej wartości, bo wmawiano im, że taka jest ich rola, że to chwilowa niedyspozycja silnej męskości, która nazywa i określa świat. Peter Grupen najwidoczniej trafił na doskonały czas, by wykonać swój szatański plan i mieć po swojej stronie wszystkie okoliczności łagodzące, by deprawować, niszczyć i osaczać płeć przeciwną. Wstrząsająca opowieść Magdy Knedler dziejąca się przed wiekiem jest memento zniewolenia oraz mrocznej charyzmy. Historią dorastających kobiet i niewyobrażalnie mocno skrzywdzonych dziewczynek. Z tezą, że ta przejmująca historia sprzed lat może być pisana wciąż na nowo. Ale również o tym, że skrzywdzone bohaterki wcale nie są tu przegrane. Każda z nich walczyła o własną godność i każda poległa w nierównej walce. A „Nikt ci nie uwierzy” to jeszcze dodatkowo wstrząsająca opowieść tej, która ocalała z piekła rodzinnego. Dlatego Knedler pisze boleśnie i sugestywnie do ostatniego zdania. I jest to kolejna bardzo dobra powieść tej autorki.

2021-02-02

„Harald. Czterdzieści lat na Spitzbergenie” Birger Amundsen

 

Wydawca: Czarne

Data wydania: 13 stycznia 2021

Liczba stron: 280

Przekład: Karolina Drozdowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Północ i przyjaźń

Ilona Wiśniewska nie napisała nowej książki o Północy, więc warto tymczasem wydać coś jej partnera, który dedykuje Wiśniewskiej „Haralda”. Ale złośliwości na bok. Trzeba napisać, dlaczego to nie jest dobre. I wzbudza zdziwienie, bo takich narracji mogłoby powstać tysiące. W dobie indywidualizmu i obsesyjnego skupiania się na sobie opowieść o arktycznym mizantropie przemówi do wyobraźni wielu – ale to jedyne, co może przykuć uwagę do tej książki. Trudno określić, czym tak naprawdę jest „Harald”. Reportażem? Pamiętnikiem? Kroniką? Sprawozdaniem? A może po trosze esejem o istocie samotności w zimnych dekoracjach, choć o niej samej jest tu zdecydowanie za mało? Uwiera też trochę kompozycja tej książki. Jest nieco chaotycznie, jak na lodowej krze dryfującej po oceanie. Opowieści różnego rodzaju i z różnych etapów życia bohatera utkane są tu przypadkowo. Miało być z założenia artystycznie. Wyszło trochę bez dyscypliny myślowej. A przecież to opowieść o życiu w świecie, w którym trzeba być niezmiernie uporządkowanym, karnym, zdyscyplinowanym wobec siebie i czasami neurotycznie dokładnym. W innym przypadku mroźna Północ nie pozwoli na to, by przeżyć tam cztery dekady.

Birger Amundsen postanowił napisać o swoim przyjacielu. Zacne to i pełne czułości, ale sprawia, że ta książka jest szczególnie ważna dla kilku osób – nie mogę w niej odnaleźć czegoś dla masowego czytelnika. Cechą dystynktywną Haralda Arnfinna Soleima ma być to, że przez lata izolował się od ludzi, wiodąc samotnicze życie w tej części Spitsbergenu, do której nie dociera już typowa osoba odwiedzająca region. Harald ma być w jakiś sposób magiczną i charyzmatyczną postacią. Do tego stopnia, że wspomniane jest, iż zainteresowała się nim nawet norweska królowa Sonja. Tymczasem wcale nie jest. W tych nielicznych chwilach, kiedy Amundsen oddaje mu głos, jawi się przede wszystkim jako wulgarny i egocentryczny człowiek, który żyje w świecie własnych przekonań, budując na nich spójną wizję subiektywnego świata. Takiego, w którym niczym uzurpator przyznaje sobie prawo do posiadania fragmentu natury i władzy nad nim. Tego, który nigdy i nikomu nie pozwoli się przecież skolonializować. Przykładem specyficznego sposobu myślenia Haralda jest przekonanie, że część środowiska, w którym właściwie od początku do końca jest intruzem usiłującym uznać siebie za jego fragment, czyli na przykład niedźwiedzie polarne należałoby powystrzelać, bo przeszkadzają. Białe bestie śmią podchodzić pod domostwo, dobierać się do zapasów, szkodzić. Mam wrażenie, że jesteśmy w świecie odwróconych wartości. Jakkolwiek pięknie portretowany tu pejzaż Północy ma się zasadniczo w każdym zakresie dopasować do człowieka, nie odwrotnie.

Amundsen mógłby stworzyć naprawdę ciekawą książkę o umiłowaniu samotności, w którą wrasta się w specyficzny sposób w tak niesamowitym otoczeniu, ale jednak jej nie tworzy. Harald nie chce o tym rozmawiać, a autor nie podejmuje się żadnych fantazji. Zaznacza jedynie, że jego przyjaciel nie jest absolutnym odludkiem, bo jak stwierdza prostolinijnie: „Nawet traperzy tęsknią czasami do kontaktów z ludźmi”. Te kontakty Haralda są sporadyczne, ale intensywne. Turystów, którzy zechcieliby skorzystać z jego obecności na swojej drodze, przegoni. Administrację Svalbardu uzna za swojego wroga numer jeden, bo jego awanturnicza natura ujawni się także w walce z biurokracją, która raz za razem będzie uświadamiać bohaterowi, że jego myśli nie są rzeczywistością. Portretowany mężczyzna wyrasta z jednej strony na niezłomnego herosa, który sprzeciwia się nawet słabościom swojego ciała. Z drugiej – i to już jest natrętnie podkreślane, choć nie widzę żadnego większego uzasadnienia – jest wielkim indywidualistą, który ceni sobie kontakt z innymi ludźmi tylko na zasadach, jakie sam ustali.

Problem polega na tym, że nie jest to opowieść ani o niuansach tego, czym jest egzystencjalna samotność, ani też o jakimś szczególnym rodzaju indywidualizmu. Odbieram „Haralda” jako zbiór wspomnień o ekscentrycznym starszym mężczyźnie, który z niewiadomych dla czytelnika powodów zdecydował się na taki, a nie inny tryb życia. Od urodzin w Bergen po starość na Spitsbergenie – nie ma w biografii Haralda Soleima czegoś, co predestynowałoby go do roli fascynującego bohatera. Stwierdzam to z przykrością, bo jako miłośnik Północy doceniłem w tej książce przede wszystkim towarzyszące jej zdjęcia. I to te, na których widać krajobraz.

Czyta się to wszystko bardzo szybko i stosunkowo przyjemnie, bo Birger Amundsen bardzo chce, aby jego opowieść zaskakiwała i przyjmowała taki trochę północny, nieprzewidywalny i surowy rytm. Jest w niej zatem miejsce na balans między tym, co fascynujące, dramatyczne i zwyczajnie zabawne. Widać umiejętność przyglądania się swojemu bohaterowi z różnych perspektyw. Tylko czy wszystkie są rzeczywiście tak interesujące? Poczytać można, jak Harald walczy z wspomnianymi już niedźwiedziami, ale także… z pchłami. Jak radzi sobie z Rosjanami na Svalbardzie i z Norwegami usiłującymi nadać mu jakiś formalny administracyjny status. A Harald wymyka się definicjom, dokumentom, ustaleniom i zasadom. Całość prezentuje się jako opowieść o tym, dlaczego w dzisiejszym świecie warto żyć samemu, nie proponuje jednak ciekawych tez. W gruncie rzeczy nie rozumiemy do końca, dlaczego opisywany bohater wybrał dokładnie taki tryb życia i co tak wyjątkowego jest w jego relacji z Amundsenem, że warto o tym napisać książkę. A może chodziło po prostu o jeszcze jedną opowieść o tym, jak człowiekowi może być dobrze samemu ze sobą, bo dzisiejszy świat coraz częściej wymusza na ludziach różnego rodzaju samotnicze życie?

To opowieść o specyficznym uporze i równie bliskiej mu determinacji, które charakteryzować mogłyby bardzo wielu ludzi – żyjących od zimnej Północy po egzotyczną Amazonię, z myślami o której Harald pożegnał się dosyć szybko. Chodzi mi o to, że naprawdę wielu ludzi mogłoby stać się bohaterami podobnej narracji. Północny pejzaż jest tutaj elementem wyróżniającym i na pewno jest to jedna z tych książek, które przypominają, że na Północy ludzkie życie toczy się w odmiennym rytmie i wymaga pokory, całość jednak nie wzbudza większych emocji, bo też nie ma tu sugestii, by one się w czytającym pojawiły. Kiedy czyta się o tym, że Harald najbardziej ceni sobie spokój, przychodzi na myśl, że być może wszystkie te pełne empatii i sympatii przyjacielskie zapiski nie powinny czynić z niego postaci, która stanie się sławna. A może nie zrozumiałem, jakie były cel i przesłanie książki, która jakkolwiek pełna głębokiej zadumy nad bohaterem, przypomina trochę ekshibicjonistyczny akt uwiecznienia nietuzinkowej przyjaźni. O samej północnej naturze i jej bezkompromisowych prawach jest tu całkiem sporo, jednak nie odbieram „Haralda” jako narracji, która wpisałaby się w popularną dziś serię książek zachwycających się surową Północą i  oddających jej hołd. Raczej jako rzecz, która zaistniała publicznie dzięki dobrym zbiegom okoliczności.