2026-02-16

„Oto słońce” Gunnhild Øyehaug


 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 18 lutego 2026

Przekład: Karolina Drozdowska

Liczba stron: 176

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: W pułapce samej siebie

Druga znakomicie przetłumaczona na polski – tym razem przez Karolinę Drozdowską – książka Gunnhild Øyehaug nie powinna zaskoczyć tych, którzy czytali „Czekaj, mrugaj” wydaną przed siedmiu laty, ale jednak zaskakuje. Zarówno formą, jak i treścią, chociaż po lekturze pierwszej książki norweskiej pisarki można przewidzieć, że na samym początku otrzymamy w miarę linearną narrację, którą śmiało można określić mianem klasycznej powieści, a potem wszystko pójdzie w stronę wybraną przez Øyehaug. Pisarka po raz drugi udowadnia, że w krótkiej książce – „Oto słońce” ma jeszcze mniejszą objętość niż „Czekaj, mrugaj” – można zawrzeć opowieść meandrującą rzeczywistością a tym, co do niej dopisane. Tu dopisano mnóstwo. Tytuł tej książki, wypowiedź jednego z bohaterów, sugeruje, że mowa będzie o nazywaniu, określaniu wprost, wskazywaniu znaczenia konkretnego słowa i budowania swojej tożsamości na tym, że słowo i jego znaczenie są czymś pewnym. Jednak tu tak nie jest. Wraz ze specyficzną grą z wittgensteinowską koncepcją pytania o użycie, a nie znaczenie, pisarka rozmywa definicje i używa słów w filozoficznej rozgrywce nie tylko z czytającym, ale też z samą sobą.

Zaczyna się jak sprawozdanie. Imię, nazwisko, wiek. Konkrety, od których niemal zawsze wychodzimy, przedstawiając się innym ludziom. Potem rozpoczyna się coś na kształt fabuły. Wychodzimy zatem z punktu, w którym możemy spodziewać się typowej skandynawskiej powieści obyczajowej. A tymczasem przekraczamy granice narracji. Ze strony na stronę coraz wyraźniej widzimy, że słowa przestają nazywać. Zaczynają deformować rzeczywistość, odkształcać ją, odrealniać i zapętlać. Wkraczamy w oniryzm, esej, metakomentarz – u norweskiej pisarki wszystkie chwyty są dozwolone, byle tylko zasiać wątpliwość: słowo jest narzędziem porządkującym rzeczywistość czy wiodącym do surrealizmu? To przecież nie jest książka o pisarce w średnim wieku, która świadomie wybrała samotność w domku niedaleko malowniczego fiordu. Domku, obok którego rzekomo stoi drugi – tak jak jej odizolowany od reszty zabudowań w wiosce. Kiedy narracja jest jeszcze w miarę precyzyjna i można cokolwiek antycypować, pojawiają się słowa będące kluczami do jednej z interpretacji.

„Skała, ja, pustka”. Jak wiele kryje się w introdukcji, w której widzimy bohaterkę mieszkającą w pobliżu głazu narzutowego, który znalazł się tam przez przypadek, i w domu mającym sąsiedztwo. Tam przybywają nowi: para także zajmująca się tym – jak tutaj określono – „dziwnym zawodem”, czyli pisarstwem. A następnie pośród krów zaglądających w okno i kurzych duchów ruszymy w drogę, która prowadzi nas na manowce. Mnie wyprowadziła. Dopasowywałem elementy tej układanki i mocno się głowiłem nad ukrytymi sensami. Ale przede wszystkim podziwiałem – podobnie jak w „Czekaj, mrugaj” – umiejętności językowe Øyehaug, która po raz kolejny udowadnia, że jest jedną z bardziej niezwykłych i w pewien sposób ekscentrycznych pisarek skandynawskich.

Myślę, że jest to historia takiego rodzaju samotności, w którym nie sposób wyrazić wspomnianej wyżej pustki. I tonie się w rozmyślaniach. Helga Mork, będąc sama ze sobą, zadaje pytania bez jednoznacznych odpowiedzi albo w ogóle bez odpowiedzi. Używa słów, lecz jednocześnie gubi się w nich. W jej umyśle pojawia się coraz większy chaos. Czy rzeczywiście wywołany tym, że w sąsiedztwie zamieszkali inni pisarze i że mężczyzna zbliży się niebezpiecznie także do ciała głównej bohaterki, a kobieta zachowa dystans poznawczy i stanie się tłem? Co tu tak naprawdę jest na pierwszym planie, co zaś w tle? „Oto słońce” to wikłająca tropy historia tego, jak trudno znieść siebie w niepewności znaczeń słów. Zwłaszcza gdy jest się pisarką. W dodatku o tak potężnej wyobraźni. Z tak ugruntowaną świadomością kobiecości i tego, że sutki i wagina opowiedzą tu jeszcze jedną historię. A może są tylko marginesem tworzącym narrację o związku płci z postrzeganiem i doświadczaniem rzeczywistości?

„Co zrobić, gdy brakuje nam zrozumienia samych siebie w świecie”? Bohaterka powieści być może stara się zrozumieć dużo więcej poza sobą, nie mogąc zajrzeć głębiej we własną tożsamość. Choć przecież zostaje wyraźnie określona przez siebie, a także poprzez relacje z zaprezentowaną tu garstką bliskich jej ludzi. I tak jak gatunkowo ta książka jest labiryntem, tak i skomplikowane są próby Helgi Mork, by wmówić sobie, że w swoim wieku, z określonymi doświadczeniami i przekonaniami (na przykład o tym, że jest kiepską teściową), jest egzystencjalnie stabilna, jej emocje i odczucia wobec świata są konkretne, a bohaterka wie, co sobą reprezentuje. Tymczasem zaś mnożą się tajemnice. Do Wittgensteina dołączają między innymi Artemidor ze swoją interpretacją snów i Owidiusz z przemianami. A w tym, co realne oraz namacalne, pojawiają się koncepcja marzenia sennego, tajemnicza relacja z kobietą, która nie śpi, oraz przenoszenie się w czasie i przestrzeni.

Czy można określić tę prozę mianem powieści? Bardzo ryzykowne. Bo już w tym zamiarze stajemy się bezradni wobec słowa. Norweska pisarka opowiada przede wszystkim o tym, jak bezbronni jesteśmy wobec swojego języka, gdy usiłujemy pojąć znaczenie czegoś, czego używamy. Mimo pogłębiającej się niejednoznaczności formy czyta się to znakomicie – jesteśmy zaskakiwani na każdej kolejnej stronie, a przy tym przekonani, że bierzemy udział w jakimś literackim eksperymencie. Nasza pisarka stoi przed zadaniem stworzenia nowej powieści, czytający zaś będą musieli się zmierzyć z tym, co wyznacza jej przestrzeń startową. Dlatego z pewnością nie będzie to książka dla wszystkich, ale o wszystkim – w znaczeniu objaśniania rzeczywistości za pomocą słów i prób panowania nad nimi, a tym samym nad własnymi emocjami, uczuciami oraz potrzebami.

„Oto słońce” eksperymentuje, prowokuje, uwalnia wyobraźnię w bardzo specyficzny sposób. To książka o tym, że włączenie się w to, co ogólnie określone jest mianem świata, bywa piekielnie trudne. Nie wiem, czy Øyehaug, wspominając o wściekłości kobiet żyjących w małych domkach na odludziu, wskazuje tym motywem to, co może się za nim kryć. Mam wrażenie, że jest to historia gorzkiego poczucia zmagania się ze słowami, a nie historia tego, ile w nich można ukryć. Pozornie widzimy sytuację, w której samotniczka konfrontuje się z ludźmi żyjącymi w związku, inaczej funkcjonującymi społecznie, a przecież parającymi się podobnym fachem. Zamiast chaosu powinna pojawić się chemia. Zamiast tendencji ucieczkowych – bo tak odczytałem niektóre przemyślenia i działania bohaterki – jakaś konfrontacja. Jest niezwykły sposób prezentowania głównej postaci. Jest też jej cień. Cieniem stają się sąsiedzi Helgi Mork, z tego cienia wychodzi ona ku swemu ulubionemu słońcu. Jednak nie wynika z tego żaden konkret.

To wymagająca narracja, w której najciekawszy jest sposób wyrażania labilności emocji, niepewności uczuć. Norweska prozaiczka nie napisała o silnej babce znad norweskiego fiordu, która zajmuje się pisaniem i zdecydowanie świadomie odstaje od reszty społeczeństwa. Opowiedziała raczej o tym, co czyni nas istotami społecznymi, a jakie czynniki powodują aspołeczność i idące za nią neurozy. W tym znaczeniu to rzeczywiście kawał świetnej skandynawskiej obyczajówki. Ale myślę, że nie tędy droga do ujrzenia tytułowego słońca; widzimy jego kształt i barwę, czujemy moc – nie musimy ich sobie wyobrażać. To jedna z tych ekscentrycznych narracji, które albo rozczarowują formalnie i nie pozwalają dotrzeć do końca ze poczuciem, że czytało się opowieść „z krwi i kości”, albo po pewnym czasie wraca się do nich, by zrozumieć więcej. Bo wszystko jest kwestią słowa oraz tego, co w jaki sposób nazwiemy. To książka momentami śmiertelnie poważna, a momentami niebywale zabawna. Ale tak specyficzna, że wywołuje niepokój, czasem niedowierzanie. Chwilami odnosi się wrażenie, że obcujemy z absurdem, który ma czytających zirytować, bo mamy bohaterkę, której generalnie nie da się polubić. Niemniej warto podążać za tym, co się z nią i w niej wydarzy. Z norweskiego fiordu przeniesiemy się w zupełnie inną rzeczywistość.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 

2026-02-04

„To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” Bogusz Hermaniuk

 

Wydawca: Wydawnictwo Offbeat

Data wydania: 14 lutego 2026

Liczba stron: 192 

Oprawa: twarda z obwolutą

Cena det.: 79,50 zł

Tytuł recenzji: Szaleńcza odyseja

Bogusz Hermaniuk stworzył książkę, na jaką mogliby nie odważyć się inni. Być może z tego powodu, że wnikliwa krytyka literacka uznałaby ją za fragmentami kompletnie odrealniony palimpsest, w którym tak naprawdę toczy się rozgrywka o zupełnie niezrozumiałych zasadach. Nawet jeśli śladami między innymi Olgi Tokarczuk. „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” to rzeczywiście gra. Z czytelnikiem? O czytelnika? A może o to, by pokazać, że literatura może być całkiem poważną wariacją albo zupełnie niepoważnym pastiszem? To niewątpliwie narracja autotematyczna. Historia o tym, jak… tworzą się historie, ale jednocześnie w jak niezwykły sposób mogą na nie wpływać inspiracje, dzięki którym ta niewielkich rozmiarów opowieść pęcznieje znaczeniami z każdym kolejnym zdaniem. „Autor umarł. I nie żyje”. Tak brzmi początek. Dalsza część jest wydostającym się z wyobraźni życiem, które zaprzecza temu stwierdzeniu. Nie sposób zliczyć, do ilu dzieł kultury i sztuki nawiązuje autor oraz jak często sięga po Historię, by ją celowo deformować i kształtować dla własnych celów. Pewne jest jedno: albo jest to publikacja, którą czyta się – jak ja to zrobiłem – od razu i z wypiekami na twarzy, co rusz sprawdzając w Wikipedii, w jaki sposób Hermaniuk zabawił się daną postacią czy motywem literackim, albo opowieść wymagająca czytania fragmentarycznego. Bo i fragmentaryczność jest tu bardzo istotna. Nakładające się na siebie, a w zasadzie wypierające jedna drugą historie. Od tropu określanego mianem inwokacji po sugestię, że to może być przypowieść. A ja miałem wrażenie, że tej prozie i eksperymentom twórczym przygląda się uważnie „Dziewczyna z perłą” Vermeera, jej mina to coraz wyraźniejszy uśmiech. Beztroski, lecz także uroczo dziewczęcy. Bo i o kobiecym dojrzewaniu, także do tego, by uśmiechać się, zamiast dziwić, będzie ta niezwykła książka.

Dickens byłby skonsternowany i zagubiony. A może zafrapowany. Zaczyna się zima, zbliżają się święta i zanim to, co opisywane, będzie mieć swój finał w kościele, rozpoczyna się od tego, co może być dla pisarza najbardziej niepokojące. Od zaglądania do szuflad, które kryją w sobie mroczne tajemnice. I skąd wydobędą się historie. Nie jedna po drugiej. Buchnie wszystko, co może wykreować twórcza wyobraźnia. Jako filolog szukałem tam przede wszystkim odniesień literackich, ale autor absolutnie na tym nie poprzestaje, bo tkanką jego opowieści jest mieszanie motywów z szeroko pojętej kultury. Co więcej: kiedy już zorientujemy się, o jaką znaną postać chodzi, Hermaniuk zmienia część jej personaliów. Albo osobowość. Albo sposób, w jaki ona funkcjonuje. Bo najciekawsze jest rozszyfrowanie zasad, na jakich tworzy się opowieść, w której spotkają się Foucault, nereidy, Feliks Dzierżyński i teksty znanych przebojów muzycznych. I wszystko, absolutnie wszystko może się wydarzyć. Dlatego zakończenie dziwi, bo mogłoby prowadzić dalej. Być inspirowane kolejnym elementem wyskakującym z szuflady. Tu postacie dosłownie zjawiają się znikąd przed naszymi oczami i autor z pietyzmem dba o to, by pomieszać ze sobą przede wszystkim chronologię pojawiania się ich na świecie oraz funkcje tego, co napisały lub stworzyły.

Bardzo ważny jest tu styl, a raczej wszystkie naśladowania i zwracanie uwagi na charakterystyczne cechy i manieryzmy, co z kolei zmusza niejako do zrozumienia istoty intertekstualności opowiadania. Bogusz Hermaniuk wykorzystuje w celu stworzenia pastiszu absolutnie wszystko – od wulgaryzmów (choć uważam, że najpopularniejsze polskie słowo zostało tu nadużyte), przez związki frazeologiczne podlegające modyfikacjom, po skomplikowane konstrukcje imiesłowowe, prozaizmy i neologizmy także. To taki manifest mówiący o tym, jak wiele doświadczony czytelnik może doświadczyć jeszcze. Że forma literacka to nieskończona przestrzeń, w której można eksperymentować bez przejmowania się tym, kto uzna to za udane, a kto na przykład porzuci czytanie, bo będzie miał dość.

Ja nie miałem dość. Zwłaszcza gdy autor był autoironiczny, „dyskutował” ze zmianami redakcyjnymi, tworzył charakterystyczne przypisy i sam chwilami stawał się dodatkiem, literackim przypisem do konkretnej historii. Konkretnej? Jest tu miejsce i na konkret, i na chaos. Najprawdopodobniej porządkowany, choć nie wydaje mi się, by Hermaniuk dążył do konsekwencji i precyzji w pisaniu dłuższej formy niczym Proust, który pojawia się tutaj w kilku miejscach i – a jakże! – niespodziewanie wybija nas z toku myślenia o danym fragmencie jako spójnej całości.

Gdy „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” przeniesie nas za wschodnią granicę, twórca postanowi również wykorzystać dialog, bo nie ma środka stylistycznego, którego by tutaj nie użył. Człowiek, który prawie jak u Gombrowicza ma przez dłuższy czas „rajchy na pupie”, potem dumnie kroczy przed siebie w ciżemkach. A na końcu gasi światło. Tak, ta książka może być postrzegana również jako dramat, nad którego przesłaniem panują postacie, a nie twórca. Całość to efekt nieokiełznanej i wciąż chłonnej wyobraźni pisarza – prezentuje jego fantazje, niedowierzania i zachwyty. Tym, czym nadal może być sztuka. Tym, w jaki sposób tak zwana sztuka wysoka łączy się z popkulturą oraz kiczem. I jakie to gargantuiczne, jak przemyślane w hiperbolizacjach! Czyta się Hermaniuka z przejmującym poczuciem, że wyjście od konkretu, by wejść w absurd czy niedomówienie, to nadal domena literata trochę szalonego, nieco charyzmatycznego, na pewno rozpoznawalnego, bo książka ta z pewnością wyróżni się na rynku wydawniczym już za sprawą swej świetnej okładki obrazującej, co znajdziemy w środku. Artystyczny manifest chaosu i chaos artystycznego manifestu.

Ciekawa jest też mnogość ról, w które wchodzi narrator, lecz również jego bohaterowie. To, w jaki sposób łączą się – czasem tylko na chwilę – ich losy i co wynika z tych połączeń, właściwie zderzeń. Hermaniuk przekracza literacki Rubikon swymi stylistycznymi grami, metaforyką i dosłownością, obok której na straży wciąż stoi autoironia. Bo gdy się śmiejemy, moglibyśmy płakać. Kiedy pisarz tworzy sytuacje tragiczne, zawsze znajduje z nich wyjście. Wyjść i wejść jest mnóstwo. A wszystko zaczyna się od wspomnianych szuflad, skąd wydobywa się dosłownie wszystko. I wówczas słowo nabiera wartości oraz bywa perłą, którą można uczynić jeszcze bardziej piękną, wyraźną, lśniącą.

Wszystko może się wydarzyć. Albo wszystko może się napisać. Tak jak Scylla i Charybda stają się cyckami, tak na przykład znany aktor otrzyma nowy życiorys tylko dzięki zmianie imienia. Jest też przepełniona humorem opowieść o irlandzkim duchownym i ogólnie mnóstwo komizmu sytuacyjnego oraz słownego. Można się zaczytać ze zdumieniem. Albo zatrzymywać się co chwilę, zastanawiając nad tym, jak sprytnym hochsztaplerem potrafi być Bogusz Hermaniuk. Sprawdzać w źródłach, czy nie kłamie – a przekłamuje często, świadomie i z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Literatura nie musi być śmiertelnie poważna. Może być trochę jak plac zabaw. Tylko trzeba zabrać odpowiednie przedmioty, by z nietuzinkowego dzieła nie uczynić zwykłej piaskownicy. Autor dobrał środki celowo, świadomie i merytorycznie. Brawa za odwagę pokazania, że w literaturze bardzo, ale to bardzo liczy się twórca i jego wyobraźnia.

---

Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ