2026-02-04

„To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” Bogusz Hermaniuk

 

Wydawca: Wydawnictwo Offbeat

Data wydania: 14 lutego 2026

Liczba stron: 192 

Oprawa: twarda z obwolutą

Cena det.: 79,50 zł

Tytuł recenzji: Szaleńcza odyseja

Bogusz Hermaniuk stworzył książkę, na jaką mogliby nie odważyć się inni. Być może z tego powodu, że wnikliwa krytyka literacka uznałaby ją za fragmentami kompletnie odrealniony palimpsest, w którym tak naprawdę toczy się rozgrywka o zupełnie niezrozumiałych zasadach. Nawet jeśli śladami między innymi Olgi Tokarczuk. „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” to rzeczywiście gra. Z czytelnikiem? O czytelnika? A może o to, by pokazać, że literatura może być całkiem poważną wariacją albo zupełnie niepoważnym pastiszem? To niewątpliwie narracja autotematyczna. Historia o tym, jak… tworzą się historie, ale jednocześnie w jak niezwykły sposób mogą na nie wpływać inspiracje, dzięki którym ta niewielkich rozmiarów opowieść pęcznieje znaczeniami z każdym kolejnym zdaniem. „Autor umarł. I nie żyje”. Tak brzmi początek. Dalsza część jest wydostającym się z wyobraźni życiem, które zaprzecza temu stwierdzeniu. Nie sposób zliczyć, do ilu dzieł kultury i sztuki nawiązuje autor oraz jak często sięga po Historię, by ją celowo deformować i kształtować dla własnych celów. Pewne jest jedno: albo jest to publikacja, którą czyta się – jak ja to zrobiłem – od razu i z wypiekami na twarzy, co rusz sprawdzając w Wikipedii, w jaki sposób Hermaniuk zabawił się daną postacią czy motywem literackim, albo opowieść wymagająca czytania fragmentarycznego. Bo i fragmentaryczność jest tu bardzo istotna. Nakładające się na siebie, a w zasadzie wypierające jedna drugą historie. Od tropu określanego mianem inwokacji po sugestię, że to może być przypowieść. A ja miałem wrażenie, że tej prozie i eksperymentom twórczym przygląda się uważnie „Dziewczyna z perłą” Vermeera, jej mina to coraz wyraźniejszy uśmiech. Beztroski, lecz także uroczo dziewczęcy. Bo i o kobiecym dojrzewaniu, także do tego, by uśmiechać się, zamiast dziwić, będzie ta niezwykła książka.

Dickens byłby skonsternowany i zagubiony. A może zafrapowany. Zaczyna się zima, zbliżają się święta i zanim to, co opisywane, będzie mieć swój finał w kościele, rozpoczyna się od tego, co może być dla pisarza najbardziej niepokojące. Od zaglądania do szuflad, które kryją w sobie mroczne tajemnice. I skąd wydobędą się historie. Nie jedna po drugiej. Buchnie wszystko, co może wykreować twórcza wyobraźnia. Jako filolog szukałem tam przede wszystkim odniesień literackich, ale autor absolutnie na tym nie poprzestaje, bo tkanką jego opowieści jest mieszanie motywów z szeroko pojętej kultury. Co więcej: kiedy już zorientujemy się, o jaką znaną postać chodzi, Hermaniuk zmienia część jej personaliów. Albo osobowość. Albo sposób, w jaki ona funkcjonuje. Bo najciekawsze jest rozszyfrowanie zasad, na jakich tworzy się opowieść, w której spotkają się Foucault, nereidy, Feliks Dzierżyński i teksty znanych przebojów muzycznych. I wszystko, absolutnie wszystko może się wydarzyć. Dlatego zakończenie dziwi, bo mogłoby prowadzić dalej. Być inspirowane kolejnym elementem wyskakującym z szuflady. Tu postacie dosłownie zjawiają się znikąd przed naszymi oczami i autor z pietyzmem dba o to, by pomieszać ze sobą przede wszystkim chronologię pojawiania się ich na świecie oraz funkcje tego, co napisały lub stworzyły.

Bardzo ważny jest tu styl, a raczej wszystkie naśladowania i zwracanie uwagi na charakterystyczne cechy i manieryzmy, co z kolei zmusza niejako do zrozumienia istoty intertekstualności opowiadania. Bogusz Hermaniuk wykorzystuje w celu stworzenia pastiszu absolutnie wszystko – od wulgaryzmów (choć uważam, że najpopularniejsze polskie słowo zostało tu nadużyte), przez związki frazeologiczne podlegające modyfikacjom, po skomplikowane konstrukcje imiesłowowe, prozaizmy i neologizmy także. To taki manifest mówiący o tym, jak wiele doświadczony czytelnik może doświadczyć jeszcze. Że forma literacka to nieskończona przestrzeń, w której można eksperymentować bez przejmowania się tym, kto uzna to za udane, a kto na przykład porzuci czytanie, bo będzie miał dość.

Ja nie miałem dość. Zwłaszcza gdy autor był autoironiczny, „dyskutował” ze zmianami redakcyjnymi, tworzył charakterystyczne przypisy i sam chwilami stawał się dodatkiem, literackim przypisem do konkretnej historii. Konkretnej? Jest tu miejsce i na konkret, i na chaos. Najprawdopodobniej porządkowany, choć nie wydaje mi się, by Hermaniuk dążył do konsekwencji i precyzji w pisaniu dłuższej formy niczym Proust, który pojawia się tutaj w kilku miejscach i – a jakże! – niespodziewanie wybija nas z toku myślenia o danym fragmencie jako spójnej całości.

Gdy „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” przeniesie nas za wschodnią granicę, twórca postanowi również wykorzystać dialog, bo nie ma środka stylistycznego, którego by tutaj nie użył. Człowiek, który prawie jak u Gombrowicza ma przez dłuższy czas „rajchy na pupie”, potem dumnie kroczy przed siebie w ciżemkach. A na końcu gasi światło. Tak, ta książka może być postrzegana również jako dramat, nad którego przesłaniem panują postacie, a nie twórca. Całość to efekt nieokiełznanej i wciąż chłonnej wyobraźni pisarza – prezentuje jego fantazje, niedowierzania i zachwyty. Tym, czym nadal może być sztuka. Tym, w jaki sposób tak zwana sztuka wysoka łączy się z popkulturą oraz kiczem. I jakie to gargantuiczne, jak przemyślane w hiperbolizacjach! Czyta się Hermaniuka z przejmującym poczuciem, że wyjście od konkretu, by wejść w absurd czy niedomówienie, to nadal domena literata trochę szalonego, nieco charyzmatycznego, na pewno rozpoznawalnego, bo książka ta z pewnością wyróżni się na rynku wydawniczym już za sprawą swej świetnej okładki obrazującej, co znajdziemy w środku. Artystyczny manifest chaosu i chaos artystycznego manifestu.

Ciekawa jest też mnogość ról, w które wchodzi narrator, lecz również jego bohaterowie. To, w jaki sposób łączą się – czasem tylko na chwilę – ich losy i co wynika z tych połączeń, właściwie zderzeń. Hermaniuk przekracza literacki Rubikon swymi stylistycznymi grami, metaforyką i dosłownością, obok której na straży wciąż stoi autoironia. Bo gdy się śmiejemy, moglibyśmy płakać. Kiedy pisarz tworzy sytuacje tragiczne, zawsze znajduje z nich wyjście. Wyjść i wejść jest mnóstwo. A wszystko zaczyna się od wspomnianych szuflad, skąd wydobywa się dosłownie wszystko. I wówczas słowo nabiera wartości oraz bywa perłą, którą można uczynić jeszcze bardziej piękną, wyraźną, lśniącą.

Wszystko może się wydarzyć. Albo wszystko może się napisać. Tak jak Scylla i Charybda stają się cyckami, tak na przykład znany aktor otrzyma nowy życiorys tylko dzięki zmianie imienia. Jest też przepełniona humorem opowieść o irlandzkim duchownym i ogólnie mnóstwo komizmu sytuacyjnego oraz słownego. Można się zaczytać ze zdumieniem. Albo zatrzymywać się co chwilę, zastanawiając nad tym, jak sprytnym hochsztaplerem potrafi być Bogusz Hermaniuk. Sprawdzać w źródłach, czy nie kłamie – a przekłamuje często, świadomie i z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Literatura nie musi być śmiertelnie poważna. Może być trochę jak plac zabaw. Tylko trzeba zabrać odpowiednie przedmioty, by z nietuzinkowego dzieła nie uczynić zwykłej piaskownicy. Autor dobrał środki celowo, świadomie i merytorycznie. Brawa za odwagę pokazania, że w literaturze bardzo, ale to bardzo liczy się twórca i jego wyobraźnia.

---

Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 


2026-01-30

„Świnka” Lottie Hazell

 

Wydawca: Wydawnictwo MOVA

Data wydania: 16 stycznia 2026

Przekład: Kaja Gucio

Liczba stron: 344

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Jeść i dorastać

Tę całkiem zgrabnie skonstruowaną obyczajówkę Lottie Hazell powinno się czytać razem z „Głodem” Roxanne Gay. Nieważne, w jakiej kolejności i czy jedną po drugiej, czy na przemian. Twórczynie proponują nam zupełnie inne gatunkowo narracje, bo książka Gay to i pamiętnik, i dziennik, i jednocześnie pewien rodzaj manifestu, ale obie te pozycje albo symbolicznie, albo wprost mówią, że nasycanie ciała pokarmem może być świadectwem prywatnej walki ze światem o samostanowienie. Są to też książki opowiadające – w zupełnie odmiennej tonacji – o tym, że apetyt i spożywanie mają ogromny związek z tożsamością. Zostawmy dalekie od Hazell rozważania Gay na ten temat. Skupmy się na „Śwince”. Książce, przy której chce się jeść, jednocześnie nienawidzi się jedzenia i je kocha, ale przede wszystkim poznaje sposoby przygotowywania potraw, o których czytając, chciałoby się je wszystkie zjeść od razu.

Można powiedzieć, że to, co pisze Hazell, jako czytelnicy jemy, a przede wszystkim trawimy. Ogromny minus tej narracji – co ciekawe, stworzonej jako swoisty apendyks do pracy naukowej – stanowi to, że zasadnicza kwestia ujawniona jest zdecydowanie za wcześnie, bo daje się odszyfrować na pierwszych kilku, może kilkunastu, w najlepszym przypadku kilkudziesięciu stronach. Dlatego pisanie o perypetiach głównej bohaterki mija się z celem, bo ważne jest tutaj to, jakim językiem napisana jest ta historia. Uwielbiam tłumaczenia Kai Gucio i przekład jej autorstwa to dla mnie zawsze wyznacznik literatury niosącej w sobie i barwę, i charakter, i specyficzne rodzaje ironii lub autoironii. Nie wiem, czy w „Śwince” więcej jest pierwszego, czy drugiego. Zazwyczaj nie podbieram określeń innych recenzentów, jednakże „kulinarny snobizm” ujawniany tu z rozdziału na rozdział chyba najlepiej charakteryzuje książkę traktującą o nierozłączności apetytu na jedzenie i braku apetytu na siebie, na swój życiowy plan, na życie tak w ogóle.

Główna bohaterka konsekwentnie nazywana jest słowem użytym w tytule, jakby to miało od początku określać jej tożsamość. Tymczasem pośród opisów przygotowań wszystkich wykwintnych potraw i obok traktowania ich jako wyznaczników bycia lepszym lub bogatszym czytamy o tym, jak ta tożsamość się kształtuje. Bohaterka z jednej strony jest przezabawna, z drugiej – tragicznie samotna, pozostawiona sama sobie. A właściwie sobie i swojemu żołądkowi. Bo Świnka nie tylko zje wszystko, ona też wszystko potrafi przyrządzić. Z pietyzmem i niesamowitą fantazją. Jest tu mowa o kulinariach, które łączą się z komizmem – głównie sytuacyjnym – ale także o tym, co to znaczy przygotować jedzenie, zjeść je, najeść się i przejeść. Bynajmniej nie w znaczeniu dosłownym.

Świnka wywołuje współczucie swoją bezradnością wobec własnych emocji. Bezwolnością. Wewnętrznym pozwoleniem na to, by mężczyźni byli dla niej okrutni – inaczej narzeczony, inaczej ojciec. Wszystko jest tu wyraźnie rozpisane i granica między katem a ofiarą jest wyraźnie nakreślona, stąd też mniej intrygująca jest sama fabuła. Ale już jej zakończenie jak najbardziej, jeśli traktujemy utwór Lottie Hazell jako opowieść o samowyzwalaniu się, odnajdywaniu klucza do własnej klatki, uwalnianiu świadomości i zdobywaniu pewności siebie.

Ona na niektórych etapach życia bohaterki prawie w ogóle nie istnieje. Mówi za nią i pokazuje ją jedzenie. To przygotowane, to pałaszowane. Ale jest to też książka, która w tragikomicznym stylu zmierza do przewidzianej błyskawicznie katastrofy. Piszę to oczywiście ironicznie, bo ironii w tej książce jest bardzo wiele. Mnóstwo mądrego i inteligentnego poczucia humoru. Sporo jednak dydaktyzmu, który wkrada się w przerywniki w ramkach. Trudno określić ich funkcję, później są komentatorskie, ale wcześniej wprowadzają nas dość ciekawie w pogłębiający się proces autodestrukcji związku, który powinien się zakończyć, a nie stwarzać pozory czegoś głębszego.

Bo ile jest małżeństw niosących ze sobą sekrety przedmałżeńskie, o których należy zapominać w imię lepszej przyszłości? Ile razy potwierdzany notarialnie akt to fikcja i obustronny dramat? „Świnka” podąża tokiem rozważań, w jaki sposób związek dwojga ludzi wpływa na ich rodziny. A te Hazell portretuje z mistrzowskimi detalami. Czasem odnieść można wrażenie, że jej niejednoznaczna w zachowaniach bohaterka schodzi zdecydowanie na drugi plan. Albo ma tam schodzić, bo takie jest jej zadanie, taka powinność wobec jej rodziny oraz rodziny wybranka.

„Świnka” to słodko-gorzka opowieść inicjacyjna, w której znajdziemy się pośród ludzi budujących relacje na szeroko pojętym fałszu. I tak jak dla męskich członków danej rodziny opinia jest faktem, tak dla sportretowanych tu kobiet powinność społeczna jest koniecznością. Wątek ciąży, porodu i połogu jedynej przyjaciółki Świnki jest tu zgrabnie wpleciony, bo dzięki niemu ożywa historia o samostanowieniu głównej bohaterki, jednakże za dużo tutaj uproszczeń w metaforyce łączącej kulinaria z egzystencjalnymi dramatami. A przynajmniej ja zauważyłem ich zbyt wiele.

Każdy, kto kiedykolwiek usłyszał z czyichś ust, że jest obrzydliwy, zostaje straumatyzowany na całe życie bez względu na to, co wydarzy się potem. Tytułowa Świnka słyszy pod swoim adresem słowa oceniające: od łagodnych perswazji po stanowcze wyrażanie negatywnych opinii o tym, w jaki sposób żyje. Celowo nie wspominam, co myśli, bo tu autorka przymknęła nam drzwi i bardzo jej za to dziękuję, gdyż enigmatyczność wnętrza bohaterki w miarę rekompensuje przewidywalność fabularną.

Ciekawym zabiegiem jest też to, że początek powieści konsekwentnie prowadzi do końcowej ruiny, choć antycypacje są nieliczne, jednak gdy się pojawiają – stanowią najsłabszy element tej narracji. Książki o tym, co znaczy być pełną w znaczeniu przejedzenia się i być pustą, czyli niegotową na życiowe scenariusze napisane przez innych, gdyż trudno o ten własny, kiedy jakiś problem uniemożliwia prawdziwy kontakt z umysłem. Do gry wkracza wówczas żołądek, żre się często i kompulsywnie, odczuwa się wobec jedzenia więcej emocji niż wobec drugiego człowieka. To jest zabawne, ale chwilami niebezpieczne, wręcz groźne. Dlatego „Świnka” to, jak wspomniałem na wstępie, powieść obyczajowa o bardzo intymnej walce o siebie, gdy ma się niewielu popleczników.

Na szczęście oni są i wszystko zmierza ku katastrofie będącej… katharsis. W tym wszystkim mnóstwo poczucia humoru i dystansu Hazell do samej siebie jako autorki i jako narratorki tej historii. I tak jak suknia ślubna nie chce się tu dopasować do ciała panny młodej, tak stosowane przez nią sposoby, by poczuć się lepiej ze sobą, dodatkowo pogrążają ją w kompleksach i niebezpiecznie zbliżają do stanów lękowych i depresyjnych. Nie można czytać „Świnki” ze śmiertelną powagą, gdyż wielokrotnie wybucha się śmiechem w najmniej spodziewanych momentach, ale jest to niezwykle poważna opowieść o rozdźwięku między tym, czego szukamy w sobie samych, a tym, co koniecznie chcą w nas znaleźć inni. Pod rozwagę bez względu na płeć, choć feministyczny sznyt tej powieści widoczny jest dość wyraźnie.

---

Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ