2021-09-16

„Już nie chcę być człowiekiem. Opowieść o przetrwaniu Zagłady” Pieter van Os

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 15 września 2021

Liczba stron: 480

Przekład: Iwona Mączka

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Niejednoznaczności

Bardzo mi się podoba to, że opowieść Pietera van Osa nie jest kolejną wtórną historią o drugiej wojnie światowej i dramacie Zagłady. Przyjęta przez holenderskiego autora perspektywa nie tylko zaskakuje, jest jednocześnie dość trafną sugestią, że nie można opowiedzieć ludzkiego życia, kiedy używa się wypowiedzeń pełnych i zamkniętych, definicji i oczywistych porównań. Myślę, że warto zwrócić uwagę na istotne zdanie, które w zasadzie zamyka tę książkę: „Życie ludzkie jest z definicji czymś więcej niż tylko ilustracją albo materiałem dowodowym”. I dlatego opowieść o Mali Rywce Kizel, której sam życiorys jest już nieoczywisty i pełen zaskoczeń, będzie jednocześnie opowieścią o przewrotności ludzkiego losu skonfrontowanego z największym złem – okrucieństwem czystek etnicznych, których Mala doświadczy kilkukrotnie, także w nowej ojczyźnie, Izraelu, gdzie jej rodacy bynajmniej nie leczą powojennych traum życiem bez kolejnych aktów agresji. Pieter van Os chce przedstawić nam losy kobiety, ale również społeczności, z której się wywodziła. Ta narracja w dużej mierze raczej snuje wątpliwości, niż punktuje fakty. Bo żydowska tożsamość w czasie drugiej wojny światowej była czymś jednocześnie deprecjonowanym, banalizowanym, rugowanym i demonizowanym.

Mogło być tak, że przez dwa lata możliwość życia dawała ciasna przestrzeń pod podłogą chlewu, a i tak można było zginąć tuż obok niej, zostać zabitym przez miejscowych. Można było na różne sposoby uciec od śmierci, kiedy decydował o tym szaleńczy przypadek, i nie było w nim niczego, co nadawałoby się na opowieść z tezą i wnioskami, bo przetrwało się po prostu w wyniku jakiegoś nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności. Mala Rywka Kizel przetrwała dzięki temu, że wielu ludziom i w wielu sytuacjach przedstawiała swą fałszywą tożsamość. Nie ma w opowieści o niej tego najbardziej dosadnego okrucieństwa wielu narracji o Zagładzie. Jest za to pewien rodzaj autorskiego zdziwienia tym, czym tak naprawdę wtedy była ludzka tożsamość w ogóle. W czasie, kiedy przynależność do narodu czy rasy była wyrokiem śmierci albo przepustką do dalszego życia.

„Już nie chcę być człowiekiem” to reportaż o tym, że nigdy nie powinno się jednoznacznie nazywać elementów świata, który w wojennej pożodze nie był możliwy do nazwania i oswojenia. Bo można było znaleźć matczyną bliskość nie u boku tej, która urodziła i miała dawać największe wsparcie, lecz w ramionach Niemki wpatrzonej w Hitlera jak w boga i nienawidzącej Żydów całą mocą swojej nieświadomości tego, kogo w gruncie rzeczy się nienawidzi. Czułość niemieckiej Mutti, która nigdy się nie dowiedziała, kim Mala była naprawdę, to tylko jeden z paradoksów wojennych. Pieter van Os opowiada jakże nieoczywistą biografię, by pokazać, że w czasie, kiedy jego bohaterka walczyła o przetrwanie, zmieniając tożsamość i dopasowując się do otoczenia, człowieka nie można było jednoznacznie zdefiniować, gdy bohater i morderca to były określenia stojące tuż obok siebie. Nazywające czasem jedną i tę samą osobę. W tej książce wielokrotnie pojawiają się tezy o okrucieństwie Polaków wobec Żydów, ale również o aktach heroicznego poświęcenia dla prześladowanych. Żadna nacja i żadna przynależność religijna nie definiuje tego, kim naprawdę się było w czasach niewyobrażalnego okrucieństwa. A życiorys Mali jest dowodem na to, że wówczas żyło się absolutnie nieprzewidywalnie. Wciąż w cieniu strachu o przetrwanie. Z ciągłą świadomością tego, jak wielu innym – często najbliższym – po prostu się nie udało.

Pieter van Os w opowieści o Mali poszukuje też samego siebie, swojego właściwego reporterskiego głosu wyrazu, który będzie adekwatny do tematu. Konfrontuje się z własnymi fantazjami, jak opisać tę historię, i modyfikuje plany oraz zamierzenia, podróżując po miejscach, w których kiedyś jego bohaterka mogła na chwilę schronić się przed wojennym ściganiem za pochodzenie. Sama Mala jest nieco zdumiona motywacjami i determinacją autora, zadając mu pozornie oczywiste pytanie: „Czego właściwie szukasz w tym świecie, którego już nie ma?”. Myślę, że van Os szuka tego wszystkiego, co było w wojnie nieoczywiste, tych zagadkowych definicji człowieczeństwa, które nie pasują do żadnej literatury faktu. Być może jest to przede wszystkim osobista podróż w przeszłość, aby zrozumieć współcześnie, czym jest moc pamiętania i zapominania jednocześnie. Nade wszystko ten reportaż do znakomity dowód na to, że można niuansować opowiadanie ludzkiego cierpienia, pozostając wciąż uważnym słuchaczem i obserwatorem.

Ciekawa jest konstrukcja tej książki. Zamiast nużących przypisów pojawiają się dodatkowe opowieści uzupełniające. Czasami stają się nawet bardziej pasjonujące niż rozdział, po którym zostały umieszczone. I w tych uzupełnieniach, i we właściwej narracji uwagę zwraca interesująca dygresyjność. W „Już nie chcę być człowiekiem” do głównej opowieści dołączają historie z tła albo marginesu. Tym samym powstaje opowieść nie tylko o jednostkowym przetrwaniu, ale również o tym, ile humanizmu, a ile wstydliwej goryczy przetrwało w piekle drugiej wojny światowej. Bo van Os opowie tutaj nie tylko historię ludzi, lecz również miejsc doświadczonych przez paradoksy wojennego okrucieństwa.

Pochodząca ze środowiska ortodoksyjnych chasydów młodziutka Mala jest tu symbolem determinacji. To przede wszystkim postać, która mierzyła się z osobistymi dramatami bardzo kameralnie. Wspomniana jedyna scena rzeczywistej agresji Mali w szpitalu, tuż przed porodem, wskazuje jedynie, że łagodność nastolatki wkraczającej w kolejne kręgi ludzkiego piekła była zapewne jednym z czynników pomagających jej przetrwać. Mówiąc wprost: Mala nigdy nie poddała się emocjom i cierpieniu. Ale ta książka wszystko nam pokazuje. W tym, jak żyła, z kim się związała, dokąd wracała i skąd uciekała. Dlaczego w bezpiecznej Holandii nie jest w stanie dobrze myśleć o Polsce? Co przeżyła w Izraelu, w którym rzekomo wszystkie koszmary miały się zakończyć? I co tak naprawdę było dla niej definicją samej siebie, kiedy musiała zmieniać miejsca pobytu, nazwiska i czasem też mentalność, by nie wydać się podejrzana?

Pieter van Os zdążył ze swoją świetną książką tuż przed śmiercią Mali. Od ubiegłego roku pozostała już tylko opowieść o niej. Historia podążająca śladami pamięci, która coraz bardziej się zaciera. Ale jest to wyjątkowe świadectwo – pokazujące nieoczywiste i zaskakujące zderzenia oraz dramaty, za którymi stoi teza, że możemy być dla siebie bestiami na zawołanie. A jednak to pośród ludzi, nie narodowości i religii, bohaterka tej książki znalazła wsparcie oraz zrozumienie. Ta opowieść jest również czytelnym oskarżeniem – wojenny absurd i okrucieństwo mogą wynikać z tak błahych powodów jak te każące zajmować określone stanowisko wobec drugiego człowieka tylko dlatego, że ma określoną przynależność narodową i wiarę. Znakomita rzecz o tym, jak odtworzyć ze wspomnień życie będące pasmem zaskakujących zagadek. Zwłaszcza w świecie, w którym terror odbiera definicje temu, czemu można było ufać. Mroczna i jednocześnie pełna nadziei książka.

2021-09-14

„Ucieczka od bezradności” Tomasz Stawiszyński

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 14 września 2021

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Przyzwolenie na smutek

Tak się składa, że na człowieka, którym obecnie jestem, wyrosłem ze smutku i melancholii. Nie dopadła mnie jednak bezradność, więc uważam, że miałem szczęście. Zaatakował mnie za to – jak nazywa to autor – „terror optymizmu”. Świat, w którym musiałem się wycofywać z tego, co mnie ukształtowało. Miejsce, gdzie nie czułem się z tym dobrze. Dlatego po pewnym czasie odpuściłem tak zwane społeczne życie. Wróciłem do emocji i przeżyć dla mnie podstawowych, immanentnych. Nie uczestniczę w życiu gromady, bo wolę z dala od niej doceniać to, że na przykład umiem się smucić. I nie pozwalam już światu na to, by kazał mi się uśmiechać wbrew mojej woli.

Nigdy w zasadzie nie pozwoliłem sobie na tak intymne refleksje przy analizie jakiejkolwiek książki, ale mam wrażenie, że jestem to winien Tomaszowi Stawiszyńskiemu. Choćby dlatego, że „Ucieczka od bezradności” to również bardzo osobista publikacja. Należy zaznaczyć już na wstępie, że to druga książka tego autora, którą możemy przeczytać w tym roku. Od zbioru felietonów budujących „Co robić przed końcem świata”, który mogliśmy przeczytać w styczniu, Stawiszyński przechodzi do prywatnego wyznania w formie eseju. Ani nie jest przez to bardziej hermetyczny w swoich rozważaniach, ani też nie kieruje drugiej książki zasadniczo do nowego czytelnika. O ile „Co robić przed końcem świata” odnosiła się do kształtu rzeczywistości programującej w nas i antycypującej szeroko pojętą apokalipsę, o tyle „Ucieczka od bezradności” jest o tym, co nasz świat usiłuje marginalizować, deprecjonować, w różny sposób ukrywać i dawać czytelny sygnał, że z pewnymi rodzajami emocji oraz przeżyć nie powinniśmy być blisko.

Po raz kolejny w tym roku Tomasz Stawiszyński uświadamia nam, że nie można właściwie zmienić kształtu rzeczywistości XXI wieku, ale generalnie można zmienić o niej myślenie. Tu kieruje naszą uwagę na to, co kultura wypiera coraz silniej i wydaje jej się, że coraz skuteczniej. Nie chodzi tylko o smutek, przygnębienie, całą gamę odcieni melancholii. Autor tej odważnej i bardzo mądrej książki sugeruje nam, że mamy pełne prawo kontaktu z naszą żałobą, depresją, frustracją rodzącą przemoc czy poczuciem braku kontroli nad sobą i swoim życiem. To również narracja o nieuniknionej konfrontacji ze śmiercią. O tym, że wszystko powyższe stanowi nieodłączny i równie ważny jak inne element naszego życia. Stawiszyński rozważa skomplikowany problem nieumiejętności spotkania się z tym, co w nas trudne, dyskomfortowe i bolesne. Obnaża techniki manipulacji naszą świadomością, w której rzeczy nie do zniesienia i bezkompromisowe zostają jakby na marginesie istnienia. I dlatego uważam, że autor to znakomity egzystencjalista naszych czasów. To nie jest książka o tym, jak ponurą istotą jest człowiek i jak silnie owładnięty cierpieniem nie potrafi sobie z nim poradzić. Bynajmniej! Tomasz Stawiszyński daje zielone światło takiemu rodzajowi egzystencjalnych przeżyć, które z różnych powodów nie pasują dziś do wzorców kształtowanych przez kultury, społeczeństwa, czasem też politykę.

Dlatego „Ucieczka od bezradności” to rzecz, którą dedykować można każdemu, kto boi się spotkać ze swoim smutkiem. Jednocześnie pełna trafnych spostrzeżeń i pozbawiona mentorskiego tonu opowieść o specyfice samych wątpliwości. Stawiszyński już w „Co robić przed końcem świata” ujawnił, w jaki sposób się temu światu przygląda, jakie ma narzędzia badawcze i przede wszystkim: co robi z wyciąganymi wnioskami. Stąd też ponownie otrzymujemy książkę pełną sugestii dyskretnych rad bez prognozowania zamiast nachalności przekazu charakterystycznego dla nowych narracji społeczno-kulturalnych usiłujących stworzyć nową mitologię doskonałego życia, w którym za wszelką cenę trzeba dążyć do doskonałości. Z dala od tego, co niewygodne i niepotrzebne. Na przykład starzenia się czy śmierci. Ilu z nas codziennie robi coś wbrew sobie tylko dlatego, że tak należy i tak robią wszyscy? Bo takie są wskazane wzorce, na których opiera się tak zwany porządek świata? Stawiszyński zwraca się do nas, abyśmy zatrzymali szaloną tendencję do odbierania sobie tego, co jest oczywistą częścią nas samych. Tak zwane pozytywne myślenie ma być gwarantem skutecznego zapomnienia o czymś, o czym nie da się zapomnieć, czy może jest narzędziem do okrutnego w gruncie rzeczy odbierania nam elementarnego prawa do kontaktu z każdą formą naszej słabości?

Podoba mi się sformułowanie, które zostaje tu rozwinięte na tyle szeroko, że nie sposób zreferować go bez psucia przyjemności lektury. Chodzi o „niepisany zakaz kwestionowania aktualnego kształtu świata”. Tomasz Stawiszyński wspomni i Junga, i Dostojewskiego, i komercyjne dokonania filmowe ze znanej platformy, ale sięgnie także do wspomnienia o przyjacielu – wszystko po to, by ujawnić, jak bardzo daliśmy sobie ten zakaz umiejscowić w świadomości. Ta książka opowiada o tym, że rozpaczliwie boimy się chaosu, który jest przecież naturalną częścią naszego życia. Istotne w zrozumieniu przekazu będzie również tytułowe słowo „ucieczka”. Nie tylko stojące w opozycji do konfrontacji. Stawiszyński opowiada bardzo wieloznacznie o eskapizmie. Można wręcz odnieść wrażenie, że jest to rzecz przede wszystkim o tym, jakie iluzje tworzymy, uciekając, a nie o tym, że wypieranie i zaprzeczanie tworzą jakąkolwiek spójną alternatywną rzeczywistość.

Nasza codzienna egzystencjalna bezradność jest składową bezradności innych. Całego świata, który w szalonym twiście odwrócił się od czegoś, co kiedyś było oczywistą częścią ludzkiej egzystencji. Ale to odwracanie nie spowodowało, że to, co przecież ważne i oczywiste, opuszcza nasze życie. „Ucieczka od bezradności” to bardzo stonowany, a jednocześnie pełen specyficznej stanowczości zbiór esejów, które chcą wzniecić bunt wobec kalekiej i jednowymiarowej konstrukcji życia w społeczeństwie i pośród praw niedających w gruncie rzeczy szansy na to, by naprawdę być człowiekiem.

Czy rzeczywiście można współczesnego człowieka tak wymodelować, by na przykład wyparł ze swojej świadomości oczywistość i wszechobecność śmierci? Czy cała myśl filozoficzna, do której odwołuje się autor, jest w stanie sformułować czytelne stanowisko, które zatrzyma szalony pęd ku eliminacji egzystencjalnego mroku i słabości? To nie jest książka, której zadaniem jest antycypowanie, Stawiszyński nie jest żadnym prorokiem, bardziej uważnym obserwatorem absurdów – tych zwyczajnych, prozaicznych i tych, które wypaczyły czytelne kiedyś myśli filozoficzne. A może chodzi tu o specyficzny rodzaj deformacji osobowości człowieka, która musi iść w parze z tym, jak siłą rzeczy został w minionych dekadach zdeformowany świat tak szybko przyspieszający rytm życia i tak ochoczo każący zapominać, że czeka nas nieunikniony koniec i to jest smutne? Jakkolwiek czytać Stawiszyńskiego, będzie to z pewnością książka, dzięki której naprawdę zatrzymamy się w miejscu i przyjrzymy bliżej samym sobie. Eseistyczna opowieść o tym, że ludzka bezradność bynajmniej nie jest oznaką słabości czy zagubienia. Stawiszyński nie będzie pocieszał, nie da alternatywnych rad, nie stworzy drogowskazu, którym moglibyśmy się kierować. Ale jest to filozof i autor niezwykle czuły na to, kim naprawdę jest człowiek i jak bardzo definiuje go to, że ma prawo do smutku i melancholii.

2021-09-10

„Zazdrość” Jo Nesbø

 

Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie

Data wydania: 15 września 2021

Liczba stron: 320

Przekład: Iwona Zimnicka

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Sytuacje graniczne

Choć zawsze wyżej stawiam powieść niż opowiadania, bardzo mnie zaciekawiła nowa książka Jo Nesbø. Oczywiście uwagę przykuwa tytuł, odnoszący się do motywu przewodniego zbioru siedmiu opowiadań. Któż z nas nie przeżywał zazdrości! Tutaj fantazje na jej temat sięgają bardzo daleko, kiedy autor sygnalizuje, jaki związek z naszą tożsamością może mieć to, że czegoś komuś zazdrościmy. Nesbø sugeruje, że zazdrość może być – co oczywiste – życiową obsesją, ale również goryczą i takim rodzajem traumy, który na zawsze naznacza kolejne życiowe wybory. Bohaterki i bohaterów tej książki widzimy w sytuacjach granicznych, kiedy rozważają dalsze życiowe możliwości, a wybór ich dróg staje się nieoczywisty. Tak samo jak ich tożsamość. Mamy w „Zazdrości” bardzo różne teksty. Ten tytułowy mógłby być fundamentem dobrej powieści. Tuż obok znaleźć można mocne miniatury – jak „Kolejka”, ale wydaje mi się, że najlepiej autor bawił się przy tworzeniu opowiadania „Odd”, w którym poznajemy losy pisarza usiłującego zmierzyć się ze sławą i tym, co niesie ona jemu samego, a co jego twórczości.

Jo Nesbø jest tu bardzo wyrazisty i prowokacyjny. W zasadzie każde opowiadanie ma dość przewrotny charakter i kiedy wydaje się nam, że rozumiemy konstrukcję świata przedstawionego oraz motywacje postaci – zostajemy wrzuceni na głęboką wodę enigmatycznego zakończenia. Te opowieści w dużej mierze zaczynają się dopiero wówczas, gdy pisarz postawi ostatnią kropkę. Łączą zazdrość ze zbrodnią w ten pozornie oczywisty związek, lecz niektóre – jak na przykład „Kolczyk” – są historiami tego, co dopiero może się stać, kiedy zazdrość ogarnie umysł i odbierze zdolność do zdroworozsądkowego myślenia. Tu właściwie w każdym tekście bohaterowie gubią się wciąż na nowo między swoim oglądem rzeczywistości a jej prawdziwym kształtem. Bo zazdrość to nie tylko wściekłość i furia. Zazdrość może niszczyć w bardzo podstępny i kameralny sposób.

Myślę, że dobrym mottem tych opowiadań byłyby słowa bohaterki opowiadania „Londyn”: „Śmiertelnie boimy się wzburzenia i smutku”. Nesbø fantazjuje o tym, do czego może prowadzić blokowanie tych uczuć w świadomości jako niestosownych lub niewłaściwych. Enigmatycznie punktuje, co dzieje się z ludźmi zmuszonymi do tego, by swoje wzburzenie w wyniku zazdrości i smutek po jej oswojeniu ujawnić światu w taki sposób, by zaznaczyć, co bardzo zabolało. I wówczas dzieje się to, co dziać się powinno – cierpienie przenosi się na inne osoby, a przyczyna zazdrości doprowadza do tragedii. Tylko czy popełniający podłe lub złe czyny zazdrośnicy do końca kierują się tym, że widzą, iż ktoś ma lepiej?

Już wspomniany „Londyn” sugeruje coś, co Jo Nesbø będzie rozwijał. Chodzi o to, że nagłe zainteresowanie się sobą poprzez cierpienia wywołane przez zazdrość pobudza chęć poszukiwania prawdziwego sensu życia. I paradoksalnie jest to najlepszy moment, w którym jesteśmy gotowi do dobrej zmiany. Ale z różnych powodów zazdrość paraliżuje i męczy. Autor koncentruje się tu na emocjach zdradzonych kochanków, jednak na przykład „Kolejka” to przejmująca opowieść o tym, jak można zazdrościć przebojowości i uprzywilejowania. „Śmieć” jest tekstem o tym, w jak silnym związku z zazdrością idą różnego rodzaju frustracje. Za każdym razem postacie z tych opowiadań zmuszają się do tego, by zrewidować przeszłość, a kiedy gorycz bycia zdradzonym i oszukanym staje się nie do zniesienia, podejmują się działań ostatecznych. Pełnych złości, wściekłości, nieprzewidywalności.

Emocje buzujące w bohaterach tych tekstów autor ujawnia stopniowo i jest w tym mistrzem, bo znając doskonale zakończenie opowiadania, prowadzi nas ku niemu w bardzo zawikłany sposób. Tytułowe opowiadanie jest tego świetnym przykładem. Nesbø usypia czujność, kiedy zdaje się nam, że o wszystkim już wiemy i z tą pewnością kierujemy się ku ostatnim stronom. A potem wszystko się zmienia, bo sama zazdrość jest tu nieprzewidywalna, lecz najbardziej nieprzewidywalne jest to, w jaki sposób wpłynęła na życie portretowanych ludzi i dlaczego doprowadziła ich do sytuacji skrajnych.

„Zazdrość” nie będzie książką, w której autor opuszcza swoją ulubioną tematykę. Będą tu kryminalne zagadki, znajdziemy elementy thrillera. Czy jest to cyniczny monolog budujący „Przyznanie się do winy”, czy też pełna autotematycznej ironii historia twórcy w opowiadaniu „Odd” – za każdym razem mamy do czynienia z bardzo dokładnie przemyślaną historią. Taką, której moc ujawnia się wtedy, kiedy konfrontujemy się z zaskakującymi rozwiązaniami. Zazdrośni bohaterowie z różnych powodów nie mogą panować ani nad swoimi emocjami, ani nad działaniami. Dzięki temu tworzą się napięcie i suspens. To są takie teksty, które łączą ze sobą ludzkie wyobrażenia, fantazje, groźne rojenia i wszelkiej maści koszmary. A w tym wszystkim jest również świadomość oraz sytuacje wyborów. Najciekawiej jednak ujawnia się zazdrość jako utrata części samego siebie. Po tym, co przeżyją, bohaterowie Nesbø są już dalecy od tego, kim byli. A jednocześnie wciąż na nowo usiłują odnaleźć równowagę, za którą jednocześnie tęsknią i której sobie już nie wyobrażają.

Wspomniane opowiadanie „Kolczyk” jest znaczące, kiedy przyjrzymy się tej książce jako opowieści o tym, jak zazdrość wkracza w naszą wyobraźnię, agresywnie sobie w niej poczyna i rujnuje to, co moglibyśmy nazwać logicznym przewidywaniem faktów i zdarzeń. Rujnując życie swoich bohaterów, autor przede wszystkim podkreśla destrukcyjne piętno samych wyobrażeń o tym, co zrobiła z nami zazdrość i jak zmieniła naszą rzeczywistość. I chociaż są to często historie zdrad oraz ich konsekwencji dla porzuconych, Jo Nesbø usiłuje tym pozornie oczywistym opowieściom nadać złowrogi rys. Jest zatem tak, że bohaterowie tych opowiadań stają się niebezpieczni w dwóch znaczeniach – dla otoczenia i przede wszystkim dla samych siebie. „Zazdrość” to siedem historii o tym, w jaki sposób człowiek musi sobie radzić z goryczą i poczuciem wyobcowania. Bez względu na to, czy robi to w przestrzeni powietrznej między Nowym Jorkiem a Londynem, na malowniczej greckiej wyspie, czy w kabinie śmieciarki porządkującej ulice Oslo.

„Wszystko, co mam do powiedzenia, jest w książkach” – tak mówi bohater opowiadania „Odd”, kiedy świat oczekuje od niego tłumaczenia się ze swojej twórczości. Mam wrażenie, że ten zbiór opowiadań w szczególny sposób również jest zamkniętym pisarskim przekazem. Pozwala fantazjować, otwiera furtki interpretacyjne, nie daje też żadnych prostych odpowiedzi. Zagubieni w swej zazdrości bohaterowie tych tekstów opowiadają skomplikowany świat ludzkich przeżyć w taki sposób, że nie możemy tu oczekiwać autorskich uzupełnień. Świetne jest również to, że Jo Nesbø nadal ciekawie opowiada ludzkie zbrodnie. Jest krwawy i bezkompromisowy, ale w tej książce wyjątkowo czuły dla ludzkich podłości i słabości. Warto sprawdzić, co z tego wynika.

2021-09-07

„Tam, gdzie nie pada” Michael Sowa

 

Wydawca: Lira

Data wydania: 1 września 2021

Liczba stron: 400

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Chłopska odyseja

Debiut literacki to od dłuższego czasu bardzo ryzykowna inwestycja wydawnicza. Nie wdając się w rozważania o tym, dlaczego od kilku lat rynek wydawniczy oferuje coraz mniej debiutów, przejdę od razu do tego, co wyróżnia właśnie ten. Powieść Michaela Sowy czyta się sama. Jest nie tylko atrakcyjna językowo, wraca też do nieco archaicznego sposobu opowiadania świata i mimo że cała jej fabuła opisana jest już w autorskiej przedmowie, czyta się ją z wielką przyjemnością, satysfakcją i ciągłym oczekiwaniem na coś nowego. Sowa świetnie operuje groteską i karykaturą. W ich zderzeniu pojawia się wciąż kuszący dowcip sytuacyjny i słowny. Choć nietuzinkowy humor jest jedną z najważniejszych cech tej narracji, nie sposób nie zwrócić całkiem poważnie uwagi na to, że „Tam, gdzie nie pada” bardzo aktualnie wybrzmi w dobie emigracji zarobkowej. Dziewiętnastowieczna przeprawa polskich chłopów za ocean w poszukiwaniu przede wszystkim wolności jest historią przedsiębiorczości oraz determinacji. Ale także uniwersalną przypowieścią o polskiej mentalności. O tym, że wciąż na nowo jakaś społeczność usiłuje w Polsce odnaleźć swoje miejsce, godność i poczucie sensu życia – podejmując wyprawy ryzykowne i dalekie, również takie, za którymi stoi przede wszystkim chęć zmiany, gdy życie to pasmo upodlenia i goryczy.

Płużnica jest wsią, w której obowiązują wciąż te same prawa i obyczaje. Choć polski chłop nie musi już być chłopem pańszczyźnianym, z wielu powodów wciąż nim jest. Zmiany społeczne nie idą w parze ze zmianą mentalności. I tak oto trafiamy w miejsce, o którym nikt nie chce pamiętać. Wyraźna dychotomia pana i chłopa zaznacza się tu na wielu poziomach. W tym oczywistym – jest to naturalnie brak niezależności i idące za tym frustracje, bo tożsamość dziewiętnastowiecznego chłopa śląskiego jest tożsamością uległości, malkontenctwa i przerażającej bierności. Tymczasem w społeczności, którą Michael Sowa sportretuje wyjątkowo sugestywnie, zaczyna się coś dziać. Ktoś zasiewa w świadomości bohaterów wątpliwość, ktoś sugeruje możliwość życiowej przemiany. W Płużnicy każdy do tej pory znał swoje miejsce i zdawał sobie sprawę z tego, że od życia nie można oczekiwać zbyt wiele. Tymczasem społeczność nadzwyczaj szybko przekonuje się do bardzo ryzykownej alternatywy.

Co spowoduje, że dziesiątki polskich chłopów ruszą w daleką drogę, by znaleźć się w Teksasie? Ta powieść wbrew pozorom nie daje na to pytanie oczywistych odpowiedzi. Najpierw zbliżamy się do wszystkich członków gromady na tyle, że niemal możemy odczuć na własnej skórze pobyt w niejednej biednej chałupie, w której nie rozmawia się o życiowych priorytetach, bo priorytetem jest przetrwać i dać się upokarzać – uważającym się za lepszych ludziom, warunkom pracy, okolicznościom życia i statusowi społecznemu nakreślonemu wyraźnie od samego momentu urodzenia. Tymczasem Płużnica stanie się wsią, w której zakipi ludzka solidarność i pojawi się właściwie znikąd ogromna chęć, aby zmienić absolutnie wszystko. Czy jest to tylko forma eskapizmu od niesprawiedliwie urządzonego świata, który ten jeden raz daje możliwość radykalnej zmiany? Michael Sowa portretuje swoich bohaterów w taki sposób, że z jednej strony długo możemy być pewni, iż nigdy nie odważą się na tak ryzykowny krok jak emigracja. Z drugiej jednak – możemy zrozumieć, kto i w jaki sposób do tej decyzji dojrzewa. A potem rozpoczyna się specyficzna powieść drogi. Historia o tym, że nadzieja i wspomniana już determinacja mogą być furtką do wkraczania w niemożliwe.

W Teksasie żyje pewien franciszkanin, któremu udało się przemodelować swoje życie, ale przede wszystkim awansować społecznie. To chłop, który stał się duchownym. Po wielu życiowych perypetiach stale wyobcowany w miejscu, w którym najważniejszą rolę odgrywa bezkres przestrzeni. W miejscu, do którego chce ściągnąć swoją rodzinę, bo zdaje sobie sprawę z tego, że czekają tu na jej członków możliwości, ale pójdą za nimi także nowe opcje dla niego samego. Zatem wszystko zaczyna się toczyć według planu zakonnika, który nie ma pojęcia o tym, kto tak naprawdę do niego przybędzie. A kiedy już się zorientuje – z jednej strony przypomni sobie wszystko, przed czym uciekł, z drugiej jednak odnajdzie w sobie tę silną solidarność, która wędrującej społeczności pozwala osiągnąć swój cel.

Po przybyciu do Teksasu jeden z bohaterów zadaje dramatycznie brzmiące pytanie: to gdzie w końcu jest nasz dom? Myślę, że rezonuje ono w świadomości postaci z tej powieści od samego początku i w kilku zaskakujących kontekstach. Bo nie chodzi tylko o to, że śląscy chłopi muszą się odnaleźć tam, gdzie „ino krzoki i trowa”. Chodzi bardziej o budowane poczucie wspólnoty, które nigdy nie było tak silnie odczuwane. Zjednoczeni w swej niedoli nie są tak sobie bliscy jak wtedy, kiedy ruszają w jedną drogę, z jednym celem i przede wszystkim z poczuciem, że gdzieś daleko będą mogli stanowić o sobie. Stworzyć sobie prawdziwy dom.

W trakcie wędrówki ujawnia się sceptycyzm seniora, który nie jest do końca przekonany, że przyniesie ona jego najbliższym wolność. Dlatego bardzo ciekawe jest również zakończenie tej powieści. Michael Sowa z jednej strony rekonstruuje pewne historie i w pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że chce ją po prostu ubarwić językowo między innymi obecnością gwary śląskiej. Ale to wszystko nie jest takie proste. Ta historia urasta do rangi symbolicznej odysei – opowiadającej nie tylko polskie tęsknoty, pragnienia, pokłady lęku i rozgoryczenia. To brawurowa narracja o tym, że w życiu wszystko zależy od nas samych, tylko z bardzo wielu powodów i w wielu niesprzyjających okolicznościach dość łatwo jesteśmy w stanie zgodzić się z tym, że za nas odpowiada jednak ktoś inny. Sowa stara się również o delikatny, aczkolwiek wyraźny rys historyczny – od początku do końca jesteśmy w miejscach i pośród wydarzeń mających swoje uzasadnienie w faktach. Najpiękniejszą fantazją autora wydaje się tu sugerowanie nieprzewidywalności i jednoczesnej metodycznej zapobiegliwości ludzi, po których nie spodziewalibyśmy się ani jednego, ani drugiego.

„Tam, gdzie nie pada” to również opowieść o tym, jak rozpada się prosty podział świata porządkowany przez płeć i definiowane przez nią role społeczne. Od fantastycznej sceny obrazującej wspólnotę kobiet przy szarpaniu pierza po pełną bezradności i infantylności scenę nadawania nowej osadzie miana w skonfliktowanej oraz kłótliwej społeczności mężczyzn. Rozpada się nie tylko świat znany i oswojony od wieków. Nie tylko pojmowanie tradycji oraz wspólnoty uzależnionych od tego, kim się urodziło i jak niewiele ma się z racji tego urodzenia do zrobienia w swoim życiu. Tu metamorfoza to nie tylko realne zyski, ale i różnego rodzaju utraty. Przemianie ulega społeczność, która przyzwyczaiła się do rutyny i narzucanego przez innych porządku. Można powiedzieć, że bohaterem dynamicznym Sowy jest zbiorowość, ale daleko tej powieści do opowiadania losów ludzkich z perspektywy grupy. Ta historia rozgrywa się w realnych okolicznościach i z racji tego, że wszystko miało miejsce, nie domaga się autorskich uzupełnień. Michael Sowa robi tu coś innego – odtwarzając losy społeczności, sugeruje możliwe ścieżki dla każdego ze swoich bohaterów z osobna. Jest w tym wszystkim sporo empatii dla stworzonych postaci, ale również lojalność wobec faktów historycznych. Natomiast najważniejsze jest chyba to, że ta dość ponura momentami opowieść wciąż na nowo zaskakuje wyjątkowym dowcipem.

Bo poczucie humoru Sowa ma naprawdę nieprzeciętne, dając temu wyraz w wielu doskonałych scenach. Mnie najbardziej ujął rdzenny mieszkaniec Ameryki mówiący biegle gwarą śląską i charyzmatyczny kocur, który wraz z ludźmi będzie się przeprawiał za ocean, stając jednym z bohaterów tej powieści. „Tam, gdzie nie pada” to przede wszystkim dowód na to, że można mieć świetny pomysł na opowiadanie historii, a nie rekonstruowanie faktów. Polecam każdemu, komu nieobce są chwile zwątpienia w to, kim jest i co robi, oraz fantazje o tym, że gdzieś daleko byłoby mu ze sobą i światem dużo lepiej.

2021-09-03

„Dziewczynka z poziomkami” Lisa Strømme

 

Wydawca: LeTra

Data wydania: 15 września 2021

Liczba stron: 272

Przekład: Bohdan Maliborski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Artysta i przyjaźń

Tuż obok siebie wychodzą dwie książki inspirowane życiem znanych malarzy. U progu lata mieliśmy okazję przeczytać „Wąski pas lądu” Christine Dwyer Hickey o Edwardzie Hopperze. Na samym początku jesieni otrzymujemy „Dziewczynkę z poziomkami” proponującą nam fantazje o życiu i twórczości Edvarda Muncha. Różni te powieści bardzo wiele, bo historia Hoppera jest senna, a postaci zarysowane jedynie w konturach, które musimy wypełniać wyobraźnią. U Lisy Strømme jest zupełnie inaczej – jej opowieść jest ekspresyjna, wtłacza nas w szereg emocjonalnych zawirowań, a artysta jest tu centrum sugestywnej historii o najbardziej silnych ludzkich przeżyciach. Można więc zatem stwierdzić, że malarz u Dwyer Hickey jest enigmatyczny, zaś u Strømme poznajemy od podszewki jego światopogląd i krajobraz emocjonalny. Ale nie jest tak do końca. W opowieści o Munchu liczą się także bohaterki. To, w jaki sposób przełamują granice nierówności społecznej, i to, jak konfrontują się z takim rodzajem przeżywania świata oraz samych siebie, jakie wyzwala w nich twórczość norweskiego artysty. Ponadto „Dziewczynka z poziomkami” to historia o lojalności i różnego rodzaju fascynacjach tym, kim jest i kim może być artysta. Wszystko na bardzo sugestywnym tle – doskonale czuje się na skórze powiew norweskiego wiatru od fiordu, smak dojrzewających owoców, bezkompromisową siłę burzy i rytm rybackiego życia w prowincjonalnym Åsgårdstrandzie.

Johanne jest prostą dziewczyną, której równie prosty scenariusz życia nakreśla surowa matka. Szesnastoletnia bohaterka wspomina z sentymentem czas, kiedy Hans Heyerdahl, obecnie odwiedzający latem jej rodzinne strony i korzystający z domu, w którym na co dzień mieszka Johanne, zatrzymał jej istnienie w portrecie z owocami. Dziesięciolatka utknęła na zawsze na płótnie wraz ze swoją niefrasobliwością, wolnością, specyficznym rodzajem wrażliwości. Dziś Johanne stara się nadać swojemu życiu ten dorosły sens – nie chce być tym, kim chce ją widzieć matka, stara się rozwijać swoją pasję malowania. Tymczasem najlepiej by było, aby płótna i sztalugi zamieniła na fartuch służącej. I tak się właśnie dzieje. Nastolatka zostaje skierowana na służbę do państwa Ihlenów, ale nie spodziewa się konsekwencji tego zajęcia. Nie jest gotowa na nowe relacje, a kiedy już się z nimi oswoi, stoi czasem bezradnie wobec tego, jakie uczucia w niej te relacje wywołują.

Szybko okazuje się, że wspólny język znajduje z najmłodszą córką Ihlenów, Reginą. Niewielka różnica wieku pozwala na zbliżenie się, ale przecież wciąż pozostaje to, co najważniejsze – Regina jest panienką z dobrego, majętnego domu, a Johanne zwykłą służącą w nim. Tym niemniej relacje zacieśniają się. Ale czy to, że Johanne założy pewnego wieczora sukienkę swojej chlebodawczyni, spowoduje, że staną się równe sobie? Naprawdę będą mogły się zaprzyjaźnić? W tę coraz bardziej intensywną relację wdziera się ktoś trzeci. Mężczyzna fascynujący obie dziewczyny, ale każdą w inny sposób. Edvard Munch, którego tutaj Lisa Strømme portretuje z wyjątkową czułością. Ukazuje jego nieprzystawalność do prowincjonalnego świata, w którym fasadowa moralność zawsze kontrolowana jest w granicach tego, co inni ludzie powiedzą. Munch jest tu artystą wyobcowanym. Człowiekiem szukającym inspiracji, ale jednocześnie pogłębiającym swą melancholię za każdym razem, kiedy znajdzie właściwy temat na kolejny obraz. Zbliża się z Reginą i to ona stanie się jego natchnieniem. Czy na pewno za wspaniałymi portretami Muncha stać będą jego silne uczucie i przywiązanie do modelki?

Fascynujące jest przyglądanie się temu, w jaki sposób Johanne reaguje na bliskość, która tworzy się między Reginą a artystą. W parze z tym idzie zacieśnienie więzi między dziewczynami, ale Johanne szybko stanie się tu kimś, dzięki komu może funkcjonować niewłaściwa z punktu widzenia społeczności Åsgårdstrandu intryga. Młodziutka bohaterka tej powieści doświadczy specyficznego rodzaju voyeryzmu: będzie widziała, jak rozkwita uczucie i jednocześnie – jak pogłębia się samotność twórcza. Bo w gruncie rzeczy o tym jest ta książka – o całkowitej samotności pozostawania ze swoimi najgłębszymi uczuciami i pragnieniami. I jeśli truizmem będzie stwierdzenie, że kochać to dać komuś wolność, Strømme udowodni, że można o tym napisać w wyjątkowo sugestywny sposób.

Napięcie zarysowane na wstępie pogłębia się. Opowieść zmierza ku czemuś, co w gruncie rzeczy można przewidzieć, ale nie jest się pewnym konsekwencji emocjonalnych wyborów bohaterów oraz tego, co przeżywają i do czego doprowadzają. Jeśli traktować „Dziewczynkę z poziomkami” jako historię miłości, mamy tutaj jej dwa rodzaje – każda powiązana jest z cierpieniem oraz rozpaczą, dzięki czemu wyraźniej i mocniej się prezentuje. Strømme pisze w taki sposób, że z każdą kolejną stroną mocniej przykuwa uwagę czytających do wydarzeń, w których rozegra się podwójny, a nawet potrójny dramat. Jednocześnie jest to powieść o tym, że pewne rzeczy muszą się wydarzyć, aby można było zdobyć właściwe doświadczenie życiowe. A także historia samej drogi twórczej Edvarda Muncha – malarza porównującego swoją twórczość do dzieł literackich Fiodora Dostojewskiego. 

Z jednej strony mamy zatem pozornie sielankową i nieskomplikowaną codzienność norweskiej prowincji, gdzie żyje oddany Johanne rybak, który chce ją kiedyś zabrać w podróż poza fiord i pokazać przygodę. Z drugiej jednak – spokój miejscowości zakłócają przybywający do niej artyści. Jesteśmy u schyłku dziewiętnastego stulecia, formują się nowe trendy i wpływy, artystyczna bohema domaga się swojego miejsca i odpowiedniego statusu. Pośród znajomych artystów Munch ze swą niuansowaną tutaj melancholią. Rozpięty między przywiązaniem do kobiety a imperatywem nakazującym mu być wiernym swojej sztuce. Lisa Strømme opowiada o artyście niejako skazanym na wyobcowanie i lojalnym tylko wobec tego, co tworzy. A chce w najlepszy z możliwych sposobów odzwierciedlić kształt świata i ludzkie emocje. Jak sam wspomina: „Postaci z obrazów są życiem”. O tym, jak ono uwiera i boli, opowie książka skoncentrowana na tym, czym jest utrata lub niedosyt czegoś.

To również rzecz o zupełnie innej wrażliwości – dojrzewającej artystki, dziewczyny nieświadomej swojego potencjału. Johanne widzi i czuje świat kolorami. Ona również chciałaby oddawać skomplikowany charakter rzeczywistości za pomocą pociągnięć pędzla, ale przede wszystkim dzięki doborowi odpowiednich barw. Mają one tu kluczowe znaczenie nie tylko dlatego, że funkcjonują w tytułach rozdziałów rozpoczynających się od wypisów z „Teorii kolorów” Goethego. Strømme chce być tutaj orędowniczką „kolorowania” świata emocji, by pokazać ich złożony charakter. Chce opowiedzieć tę historię nietuzinkowo, a jednocześnie dać czytającym możliwość zrozumienia emocji bohaterów w taki sposób, by jednak ich nie komplikować. Jest zatem „Dziewczynka z poziomkami” czymś na kształt literackiego odwzorowania ekspresjonistycznego obrazu. Bardzo dobra książka o miłości, przyjaźni, odrzuceniu i twórczej potrzebie pozostawania samemu ze swoimi myślami.

2021-09-01

„Florentyna od kwiatów” Agnieszka Kuchmister

 

Wydawca: Książnica

Data wydania: 1 września 2021

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Inna, uważna, wrażliwa

Powieść Agnieszki Kuchmister to znakomity dowód na to, że nasza współczesna literatura nie opowiedziała jeszcze całkiem polskiej wsi. Co więcej, to również narracja pokazująca, że wciąż oryginalnie i sugestywnie można podejść do tematu drugiej wojny światowej czy opowiadania o przynależności do miejsca. „Florentyna od kwiatów” to historia jednej osoby ukazująca życiowe doświadczenia jako harmonijną sumę doznań przychodzących do każdego z nas. Jest w tej książce dużo na temat początku i końca, rodzenia się czegoś oraz śmierci. Ba, u Kuchmister śmierć można urodzić dosłownie. Wyznaczanie granic życia i jego przeżywania idzie w parze z fantazją na temat tego, czy czas, w jakim się znaleźliśmy i od którego jesteśmy zależni, również rozpoczyna się i kończy. Wkraczamy też w rzeczywistość, w której natura stara się dopasować do wyobrażeń ludzi o niej. To opowieść enigmatyczna, magiczna, chwilami wyraźnie metafizyczna, ale wciąż jest opowieścią o realnym świecie, z którym się zrastamy, bo staje się częścią nas samych. Kuchmister rozważa tu również kwestię tego, w jaki sposób rozumiemy i przetwarzamy w wyobraźni fakty. Jak możemy je przekształcić, aby dawały spokój naszemu sumieniu. Co możemy sobie na ich temat wyobrazić, by wpędziły w czas ciągłego niepokoju. A wszystko w miejscu, które dla tytułowej bohaterki jest początkiem i końcem wszystkiego. W miejscu, w którym niezwykłość zderzy się z oczywistościami, ale będzie to wszystko tak opisane, że czytający odniosą wrażenie, iż tkwią wewnątrz niezwykłej – choć pełnej grozy i tajemnic – baśni.

Życie Florentyny baśnią nie jest. Od początku specyficzna wrażliwość bohaterki zderza się z tym, co w jej wsi oczywiste i nikt nie domaga się tłumaczenia tego. Florentyna przynależy do swojej matki jako późne dziecko, ale ta przynależność „dziwnej dziewuchy” zmienia swój kierunek. Florentyna staje się opiekunką i przyjaciółką kwiatów. A wraz z poczuciem bliskości z nimi rodzi się w niej coraz więcej niepewności, czy ta przynależność jest właściwa. Bohaterka chce żyć jak inni i jak inni przyjmować rzeczy takimi, jakie są. Z kilku powodów będzie to niemożliwe. I dzięki temu Kuchmister rozpoczyna niezwykłą opowieść o miejscu, sensie życia, miłości, rozpaczy i poczuciu straty.

Florentyna chciałaby wiedzieć, że jest potrzebna. Wydaje jej się, że skoro pojawiła się na tym świecie, musi być czemuś lub komuś przeznaczona. Tymczasem rzeczywistość wokół coraz mocniej zastanawia i kieruje bohaterkę ku licznym wątpliwościom. Florentyna wie, że jest częścią wsi, poza którą nigdy nie będzie chciała się ruszać, ale nie wie, z jakimi bolesnymi doświadczeniami ta pozornie spokojna wieś ją skonfrontuje. Poznamy galerię enigmatycznych i jednocześnie w jakiś sposób bliskich nam postaci. Miejscowego pustelnika Jutrowoja, który pomaga Florentynie uporać się z egzystencjalnym niepokojem. Mieszkającą w lesie Żyrborkę, która łapie pioruny do słoika. Jaśka z niezwykłą wrażliwością artystyczną, dzięki której buduje przestrzeń domu lalek. Nieszczęśliwie zakochanego syna dziedzica, który w przeciwieństwie do mieszkańców podległej ojcu wsi ma wszystko, ale bez miłości nie widzi sensu życia. Umierającego parokrotnie Antka, którego dotkną największe nieszczęścia i sprawy nie do uniesienia. A w tym świecie mającym nieoczywiste kształty i w nieoczywisty sposób kształtującym ludzkie doświadczenia, wszystko będzie tworzyć pewną harmonię, bo to powieść o tym, że dobro i zło zrównoważą się zawsze, choć nie każdy będzie w stanie doznać jednego i drugiego w takim samym nasileniu. Także o sile wierzenia skonfrontowanej z mocą zdrowego rozsądku. Tu szeptuchy i topielice spotykają się z ludźmi z krwi i kości w ich trudnych sytuacjach życiowych. I będzie coraz bardziej ponuro. Dlaczego?

Do wsi bowiem zaczyna wdzierać się zło, które rości sobie prawo do dominacji. Ma miejsce ciąg mrocznych wydarzeń, który odpowiednio modeluje wyobraźnię mieszkańców. Świat natury dotychczas współistniejący z ich codziennością staje się przestrzenią, w której kryją się niepokój i niepewność. Aż w końcu przychodzi pierwsza śmierć – niezawiniona i zaskakująca. Po niej wkroczy już do wsi wojna i wtedy wszystko stanie się inne. Agnieszka Kuchmister pokazuje, że o drugiej wojnie światowej można jeszcze opowiedzieć w taki sposób, by połączyć wstrząsające zdarzenia z nietuzinkowymi refleksjami. Powieściowy Sokołów jest właściwie gdzieś na marginesie wojennej pożogi, ale dotrą tutaj wszystkie najboleśniejsze doświadczenia wojenne, a wraz z nimi przyjdzie czas na ustanawianie nowego ładu.

W tym wszystkim bohaterka nie tyle dynamiczna, ile wprawna w zdobywaniu życiowych doświadczeń i gotowa do pełnych empatii poświęceń. Staje jednak zdumiona samą sobą – najpierw jako córką, potem żoną, następnie matką. Florentyna jest niepewnością nadającą specyficzny charakter tej powieści. To, co niejasne, nie rodzi się tylko ze zderzenia świata okrutnych faktów z tym, w co wierzą członkowie wiejskiej społeczności. Agnieszka Kuchmister opowiada o tym, że to, co niemożliwe, może stać się źródłem opresji albo tęsknoty. Jej bohaterka osiąga wszystko, co osiągnąć może, co wydaje jej się zasadne i właściwe tu, gdzie się urodziła. Ale w tej pozornej harmonii wciąż kryje się egzystencjalny niepokój. Rozpięty gdzieś między skrywającą tajemnice studnią a bezkresem gwiazd, które tak upodobał sobie poza miłością do Florentyny jej poczciwy mąż Siemił.

„Florentyna od kwiatów” to historia tego, w jaki sposób postrzegamy najbliższą nam rzeczywistość, co to postrzeganie robi z nami samymi i jak odnajdujemy się w trudnych rolach, do których zbliża nas bardziej proza życia niż nasza samodzielna decyzja. To także opowieść o tym, jak ogromny wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości ma bliskość natury. Florentyna wciąż nie może uświadomić sobie, czy człowiek jest istotą odrębną, czy też częścią jakiegoś magicznego świata naznaczonego harmonią pór roku i rytmem życia dyktowanym przez przyrodę. W tej historii szczęścia i rozpaczy ukrywa się coś nie do zwerbalizowania. To niepokój o siebie i stan, w jakim odnajduje nas świat. A także o to, że trzeba do czegoś lub kogoś przynależeć. Wówczas wszystko staje się jasne. Wówczas najgorsze nawet zło można sobie zracjonalizować i od siebie odepchnąć.

A jednak bezkompromisowość śmierci w mroczny sposób naznacza karty tej powieści. To są odejścia, które następują przypadkowo, w wyniku pewnych okoliczności. Jest we „Florentynie od kwiatów” pewien stały fatalizm, jednak to cały czas powieść o różnorodnych przejawach życia i o specyficznej wrażliwości, którą można odziedziczyć. Rodzina stworzona przez bohaterkę to już osobna przestrzeń nietuzinkowych relacji między niezwykłymi ludźmi.

Najbardziej podoba mi się jednak to, w jaki sposób Kuchmister ukazuje różnorodność życia dzięki ciekawie skonstruowanym biografiom – losom ludzi, którzy dokonują różnych wyborów, ale pragną tego samego. Wyjście poza niezwykłą wieś ma miejsce wówczas, gdy autorka próbuje pokazać, że to, co z zewnątrz, bardzo często wiąże się z zagrożeniem. Florentyna zbiera w sobie doświadczenia wielu zagubionych mieszkańców wsi, a sama w sobie jest jedną z ciekawszych bohaterek literackich współczesnej prozy polskiej. Naiwna, wrażliwa, czuła i wątpiąca – wraz z jej dylematami przemierzamy pozornie zwykły świat. Świat, który został w niezwykły sposób opowiedziany. Bo cała ta książka to również fantazja o tym, jak opowiedzieć o codziennym świecie, by uczynić z tej opowieści pełną nieprzewidywalnych zwrotów akcji przygodę. Jak mówi mąż Florentyny: „To nasz umysł tworzy rzeczywistość”. Agnieszka Kuchmister dobrze dobrała stylistyczne środki wyrazu, aby swoją narracją dać pole do popisu wyobraźni czytających. Dlatego to powieść, którą zabierze się ze sobą w życie na dłużej.

2021-08-30

„Dybuk mniemany” Andrzej Bart

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 28 lipca 2021

Liczba stron: 408

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec samego siebie

Trochę mnie dziwi cisza wokół nowej powieści Andrzeja Barta – rewelacyjnej i nowatorskiej formy rozliczenia się z własną twórczością, choć zapisanej w klasycznym, trochę nienowoczesnym stylu przypominającym książki Pawła Huellego czy Wiesława Myśliwskiego. Autor „Fabryki muchołapek”, która rezonuje tutaj w kilku wymiarach opowieści, proponuje nam autobiografizm z klasą i oryginalnym sznytem. Nie ma w tej książce charakterystycznego dla współczesnych narracji autotematycznych ekshibicjonizmu, nie ma żadnej dezynwoltury w przekazie, nie ma – jeśli użyć bardziej dosadnego określenia – wywlekania pisarskich wnętrzności przed czytelnikiem. „Dybuk mniemany” jest powieścią bardzo zagadkową. Wodą na młyn uważnych interpretatorów czy recenzentów. Jest w tej narracji sporo erudycyjnych wędrówek, w których mimo wszystko za każdym razem najważniejszy jest człowiek w swoim egzystencjalnym dramacie wyboru narzędzia do opowiedzenia siebie. Sfera kultury i sztuki sygnalizowana przez Andrzeja Barta na wielu poziomach i z mniejszym lub większym erudycyjnym zaangażowaniem, staje się tłem książki ujawniającej i gloryfikującej siłę samej opowieści. Opowieść jako taka zaczyna tu istnieć nie tylko w formie narracji z pewną funkcją i konkretnymi właściwościami. Opowieść zaczyna mieć tutaj skomplikowaną tożsamość. „Dybuk mniemany” to książka, w której dochodzi do zasadniczej konfrontacji między tym, który przedstawia historie, a tym, który na nie reaguje. Figura świadka czy słuchacza komplikuje się bardziej, kiedy uświadamiamy sobie, że charyzmatyczny bohater wkraczający do domu i życia pisarza jest kilkoma osobami naraz, może być też ideą, a może jest to zwyczajnie część świadomości i wrażliwości samego autora tej książki.

Daniel Czarewicz pojawia się znikąd, ale zostaje na długo i pozostawia po sobie wyraźny ślad. Burza siwych włosów, nonszalancja i przenikliwość jednocześnie. Za Danielem do domu pisarza wkraczają opowieści. Ich mnogość łączy ze sobą lojalność wobec historii, ale i uważność w jej interpretowaniu. Kim jest człowiek, który tak szybko staje się przyjacielem domu, otrzymuje klucze do mieszkania, zjednuje wszystkich w otoczeniu swojego gospodarza, ale przede wszystkim konfrontuje go z samym sobą na zaskakujących zasadach? „Dybuk mniemany” to opowieść o gorzkich rozczarowaniach, ale jednocześnie o niezwykłym witalizmie. Kształtuje się w naszej wyobraźni wizerunek świadka, który stał się jednocześnie ocalonym. Holokaust jest integralną częścią opowieści o egzystencjalnym wyobcowaniu, lecz również staje się fragmentem wyznania tego świadka, który w zakończeniu wyraźnie zaznacza, że jego świata już nie ma. Podążając śladami rodzinnych dramatów Daniela, jesteśmy świadkami spotkań z ludźmi wielkimi i podłymi. Ludźmi, których ambitne lub tchórzliwe decyzje ukształtowały obraz świata w trakcie Zagłady i po niej. W tym znaczeniu głos Barta jest kolejną opowieścią o dualizmie ludzkiej natury w obliczu doświadczenia granicznego, ale jest to także rzecz budująca specyficzny pomost między piekłem wojny a piekłem powracania do niej we wspomnieniach.

W tej powieści spotkają się ze sobą Schulz, Witkiewicz, Magdalena Tulli, Marian Turski i Artur Grottger. Tu znajdzie się miejsce dla fraz Jana Błońskiego, wspomnienie Wiery Gran czy bezkompromisowość oblicza hitlerowskiej idei porządkowania świata. Daniel wydaje się opowiadaczem o nieograniczonej wyobraźni, a jednocześnie jest czuły wobec detali i rozpoznaje jakby więcej, bardziej intensywnie. Stworzona tutaj gra między pisarzem dość cynicznie przyglądającym się temu, czym jest dzisiaj dzieło sztuki, a gościem proponującym stałe odniesienia do tematów poruszanych w twórczości gospodarza, staje się jednocześnie wędrówką przez czas okrucieństwa, ludzkiej małości, ale także szlachetności. W tym wszystkim zaś wciąż akcentowane pytanie o to, kim jest dzisiaj świadek wspomnienia historycznego, a kim jego uczestnik.

Stale obecne różnej intensywności historie o tym, że trzeba było żyć w cieniu Holokaustu i należało podejmować decyzje o własnym istnieniu wbrew temu, że inne istnienia pozbawiane były godności, szacunku i alternatyw, splecione są z autorskimi rozważaniami o tym, jak opowiedzieć właśnie ludzką godność w czasie, w którym zrelatywizowały się pojęcie dobra i szlachetności i gdzie trudno określić zasadność tego, że sztuka, przede wszystkim literatura, ma opowiedzieć ludzkie cierpienia i tęsknoty. Andrzej Bart proponuje konfrontację dwóch mężczyzn, którzy wzajemnie uzupełniają swoją wiedzę o człowieku i szeroko pojętej sztuce. Interesujące są tu również tropy filmowe. Ojciec Daniela inwestujący w filmy był tym, któremu udało się uciec rozpaczy i piekłu. Miał szczęście umrzeć w getcie w swojej jedwabnej piżamie. Ale przekazał ciekawość twórczą, a dzięki niej Daniel Czarewicz zaznacza, jak istotne i wyjątkowe jest opowiadanie świata obrazami.

Pośród wielu wymiarów tej książki, z których zapewne część odczytałem błędnie, a części nie udało mi się odczytać wcale, najciekawiej wybrzmiewa tutaj autotematyczna gra z czytelnikiem. Daniel sugeruje swojemu gospodarzowi: „Dygnij przed światem”. I Andrzej Bart robi to w swój charakterystyczny sposób i na swoich zasadach. Można „Dybuka mniemanego” odczytywać jako świadectwo kondycji współczesnego pisarza polskiego, który nie poddał się modom i charakterystycznym dla nowych czasów trendom. Pisarza wskazującego, że w dobie relatywizacji pojęcia „dzieło sztuki” za mało uwagi i empatii poświęca się samemu tworzącemu. Nie wiem, czy ta powieść – choćby ze względu na enigmatyczną konstrukcję postaci Daniela – ma być zagadką, czy manifestem. Jest w niej jednak wszystko to, co czasem uznaje się za archaiczne pojmowanie związku między twórcą a jego pisarstwem. Sam Daniel przecież jest w swych opowieściach drobiazgowy, nostalgiczny i zdystansowany do siebie. Dodatkowo prowokacyjny, gdy wspomina o tym, że mógłby uśmiercić Hitlera, albo kiedy odpiera oburzenie na bohaterów wspominanych tu „Płuczków” Pawła Piotra Reszki. Jest w opowieści Barta świetna harmonia między tym, co ma być rzeczywiście prowokacyjne, a tym, co staje się humanistyczną zadumą, w jaki sposób i po co tworzy się powieści – co chcą opowiedzieć, ale jednocześnie jakich sposobów szukają na to, by opowiadać same siebie.

Fakty i konfabulacje. Interpretacje i fantazje. Upiory wyobraźni twórczej i sugerowane kwestie, które dla pisarza są wciąż kontrowersyjne oraz trudne. Odnaleźć tu można specyficzną metodę narracyjnych poszukiwań twórczych, ale jest tu także sporo dosadnych i bezkompromisowych wyzwań. Andrzej Bart odnajduje się w nowej historii, jednak szuka przede wszystkim porozumienia z samym sobą. Po to, by efektywnie komunikować się z czytelnikiem. Jego najnowsza powieść będzie swoistym listem w butelce rzuconym do morza zrelatywizowanych pojęć, w którym coraz rzadziej odczytuje się to, co tworzy fundament wymagającej literatury. To również świetna opowieść zarówno o melancholii, jak i bezkompromisowości samego tworzenia. Powieść także o tym, czym jest żydowska tożsamość, i o jej niepewności po doświadczeniu Zagłady.

2021-08-26

„Siostry z Szanghaju. Trzy kobiety, trzy drogi do władzy i wszechpotężne Chiny” Jung Chang

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 11 sierpnia 2021

Liczba stron: 456

Przekład: Anna Gralak

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Najbliższe, najsilniejsze

Jung Chang z dystansu – rzeczywistego i symbolicznego – opowiada nam o swojej ojczyźnie przez pryzmat życiorysów kobiet pomnikowych, a jednocześnie niezwykle tajemniczych i nieodgadnionych w części swoich poczynań. Ta książka to intrygująca historia tego, czym jest chińska mentalność, co wywołuje wobec niej od wieków podziw i zachwyt. Jeśli tak ją odbierać, będzie to specyficzna opowieść o patriotyzmie – pełnym różnego rodzaju wątpliwości, ale też pasji odkrywania i interpretowania tego, co niejasne oraz kontrowersyjne. Jednak „Siostry z Szanghaju” przede wszystkim imponuje faktografią i umiejętnością opowiadania w niezwykle frapujący sposób historii o charyzmatycznych Chinkach, które świetnie poradziły sobie w różnych społecznych, a przede wszystkim politycznych rolach. Chang będzie również fantazjować o tym, co wciąż porusza chińską wyobraźnię. Czy są to życiorysy ludzi niezłomnego charakteru i nietuzinkowej asertywności? Czy to oni ukształtowali chińską państwowość? A może najważniejsza w opowieści o siostrach Soong jest kwestia bezkompromisowości bycia sobą w opozycji do systemu, który w różnych odsłonach wciąż stawiał na kolektywizm, pozwalając wybijać się tylko jednostkom odpowiedzialnym zwykle za nazywanie i określanie świata dla reszty społeczeństwa?

A jeśli spojrzeć na tę książkę jako na świadectwo feminizmu? Przecież opowieść rozpoczyna się od wspomnień o tym, że prowincjonalne Chiny kaleczą i obwiązują stopy kobietom. Finałem historii są już opisy tego, że chińskiej kobiecie można postawić mauzoleum. Że chińska kobieta może być jedyną pośród wpływowych dla historii mężczyzn, którzy będą liczyć się z jej zdaniem. Biografie sióstr Soong to w pewnym sensie trzykrotne potwierdzenie tego, jak znaczące mogą być u boków mężów kobiety, którym społeczeństwo wyznaczyło określone funkcje. Tymczasem Jung Chang opowiada nie tylko o tym, w jaki sposób Ei-ling, Ching-ling i May-ling osiągnęły coś niewyobrażalnego dla przeciętnej chińskiej kobiety. Nie tylko o tym, że przeciętność w każdym możliwym wymiarze była im obca. Najciekawsze w tej książce było dla mnie śledzenie wzajemnych relacji sióstr. Tego, jak w gruncie rzeczy niewiele czasu poświęciły sobie, jak zawikłane były ich wzajemne stosunki. Chang obrazuje te nieliczne chwile zbliżeń, sugerując jednocześnie, że to, co siostry łączyło – siła ich niezwykłych osobowości i asertywność – było w dużej mierze tym, co je w różnych okresach życia jednak oddalało. „Siostry z Szanghaju” to pełna dramatyzmu, choć opowiadana z faktograficznym dystansem i ujmującą rzetelnością, opowieść o wzajemnym przenikaniu się, uzupełnianiu i rywalizacji. I tak odczytywana książka w wyobraźni odbiorcy zaznacza się najmocniej. Zwłaszcza że nie zawsze czytelne i zrozumiałe są motywy postępowania sióstr wobec siebie nawzajem. Wtedy najczęściej pojawia się pytanie o to, czy ta najbliższa rodzinna relacja nie stała się czymś publicznym, a przez to pozbawionym czułości. Bo przecież siostry wzajemnie się wspierają, ale i rywalizują. W ich relacjach na równi z poczuciem tego, że są sobie coś winne, pojawia się element groźnego zwalczania się. Wszystko w niepokojąco skomplikowanych realiach, w których kontynentalne Chiny decydowały o swojej tożsamości państwowej.

Ojciec sióstr bardzo dbał o to, by panować nad emocjami. Uczył tego córki, a każda z nich wykorzystała jego naukę w odmienny sposób. Jung Chang usiłuje odsłonić te momenty, w których siostry Soong zdecydowały się jednak poddać emocjom. Portretuje chwile, kiedy miały do dyspozycji tylko to, co czują, wraz z gruntowaną powoli pozycją u boku swoich mężczyzn. Żadna z nich tak naprawdę nie stała się klasyczną żoną, każde małżeństwo było skomplikowaną grą o wpływy. O ile związki te zaznaczały się na politycznej i gospodarczej mapie Chin, o tyle Chang portretuje głównie ich mapy mentalne. Wobec wyzwań i przemian geopolitycznych zawikłane relacje w związkach sióstr Soong wybrzmiewają dużo bardziej ciekawie, gdy weźmiemy pod uwagę to, że są momentami opowieściami o tym, jak silny związek władza może mieć z egzystencjalną samotnością i jak mocno uwarunkowania życiowe pierwszej państwowej pary powiązane są z emocjonalnymi kompromisami.

Czy były szczęśliwe? Czy na pewno spełnione? Czy nakreślona niemożność macierzyństwa to największa bolączka i najbardziej przejmujący brak, z jakimi musiały się prawie wszystkie borykać? Jung Chang jest mistrzynią opowieści z jednej strony bardzo czytelnej, punktującej, lojalnej wobec historii i imponującej bibliografii. Z drugiej jednak – chce wciąż na nowo odsłaniać te momenty, w których siostry Soong zachowywały się enigmatycznie albo równie enigmatycznie rysował się wówczas ich stan emocjonalny. Kiedy wydają się nazbyt niedostępne, autorka stara się odsłonić tyle, by usatysfakcjonować czytających, ale pozostawić ich z kilkoma pytaniami. Gdy pojawia się pytanie o to, czy były bardziej kosmopolitkami, czy patriotkami, Chang również nie ułatwia odnalezienia prostej odpowiedzi. Dlatego to od początku do końca historia bardzo intymna, a jednocześnie faktograficzna i reporterska narracja o tym, jak kształtował się krajobraz polityczny Chin. Monarchia, republika, kostyczna era militarystów. Czy Chiny ewoluujące, ale wciąż oddalone od prawdziwej wolności obywatelskiej, były miejscem, w którym siostry Soong mogły odnaleźć własną wolność?

To również opowieść rozpięta między dwoma kontynentami, jeśli przyjrzeć się bliskości Stanów Zjednoczonych i ich roli w życiu sióstr. Od momentu, w którym Ameryka nie chce wpuścić do siebie najstarszej Ei-ling, po czas, w którym najmłodsza odnajdywała spokój jesieni życia z dala od Szanghaju. Autorka świetnie oddaje wzajemne przyciąganie i odpychanie krajów będących jakby osobnymi trampolinami dla sióstr. Ich życiorysy stały się dynamiczne także w wyniku tego, jak dynamicznie układały się relacje Chin z resztą świata, również z Rosją sowiecką – jej wpływy na politykę i wiele decyzji życiowych sióstr są tu bardzo czytelnie nakreślane i nazywane.

Najciekawsze są chyba dwie ostatnie części, w których opowiadanie o dojrzałym życiu sióstr Soong idzie w parze z bezkompromisową historią wojen i dramatycznych przemian. Ale frapujące jest również to, jak kończyły życie kobiety, dla których życie od najmłodszych lat było specyficznym wyzwaniem. Żadna z nich nie odeszła w swoim ukochanym Szanghaju. Autorka towarzyszy swoim bohaterkom również wtedy, kiedy doświadczały najintymniejszych przeżyć, robiąc zapewne rachunki sumienia. Ale opowiada od początku do końca z należnym taktem i umiejętnym dystansem. Dzięki temu możemy nie tylko przyjrzeć się chińskiej państwowości okupionej krwią czy trudnymi kompromisami. „Siostry z Szanghaju” to przede wszystkim historia kobiecej determinacji i opowieść o niebywale skomplikowanych, lecz na kartach tej narracji bardzo barwnych relacjach między siostrami, których bliska więź przestała być sprawą prywatną.

2021-08-24

„11 września. Dzień, w którym zatrzymał się świat” Mitchell Zuckoff

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 11 sierpnia 2021

Liczba stron: 718

Przekład: P. Surniak, A. Stachowski

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Szaleństwo i humanitaryzm

Każdy z nas pamięta, gdzie był i co robił 11 września 2001 roku, prawda? Ale tę książkę autor dedykuje w pewnej mierze również młodemu pokoleniu, które nie może pamiętać ogromu tamtej tragedii, a bezwzględne okrucieństwo naznaczające Stany Zjednoczone tamtego dnia to być może dla nich problem już tylko abstrakcyjny. Czy kolejna opowieść o jednej z największych amerykańskich traum narodowych jest potrzebna? Tak, biorąc pod uwagę, jaką perspektywę przyjął Mitchell Zuckoff. W swojej książce mógł odwołać się do tysiąca danych, prezentować liczby, umieszczać znane już komentarze do tamtych wydarzeń, a także formułować własne tezy. Ale „11 września. Dzień, w którym zatrzymał się świat” to nie jest kolejna diagnoza, analiza, reporterska chęć brylowania w ocenianiu czy sugerowaniu. Tu wszystko koncentruje się na ludziach doznających okrucieństwa. Zbrodnia ma u Zuckoffa zamykać życiorysy nakreślane z niesamowitą empatią. Doświadczenie zła ma miejsce bez względu na wiek, pochodzenie, poglądy polityczne, sytuację rodzinną, wiarę. Jesteśmy wraz z ludźmi, którzy znaleźli się w sytuacji granicznej. Takiej, w której nikt nie był w stanie antycypować czegokolwiek. O tej bezradności opowiadają historie dramatów powietrznych i tych na ziemi, a także historie dalszego ciągu, czyli przejmująca część książki mówiąca o tym, jak trudnym do uniesienia balastem było doświadczenie tamtego dnia i jak na zawsze zdeterminowało myślenie o dalszym życiu – tych, którzy przetrwali, i tych opłakujących swoich bliskich.

Zuckoff zbliża nas do ludzi doświadczających skrajnej formy przerażenia. Do tych, którzy zabiorą swoją traumę w dalsze życie, jeśli to życie będzie im dane. Do tych, którzy tego dnia nie tylko stracili życie. Stali się elementami makabrycznej układanki wynikającej z chęci zemsty. Ale przecież nie ma tu prostych ani satysfakcjonujących kogokolwiek odpowiedzi na pytania, dlaczego to wszystko się stało i jak należało po tym doświadczeniu ukształtować swoje dalsze życie. Autor koncentruje się na tym, w jak różnorodny sposób tragedia dotknęła ludzi nieświadomych jej ogromu. To rzecz o tym, jak wojuje się na swoim własnym froncie walki o życie. Oddalająca od tego, o czym opowiadali reporterzy, co pokazywały kamery, co było źródłem nieustających analiz w wygodnych, klimatyzowanych studiach telewizyjnych.

Czyta się ten reportaż z niesłabnącym napięciem. Nie pamiętam już, kiedy tak mocno angażowałem się w czytanie literatury faktu. Mitchell Zuckoff wykorzystuje bardzo proste środki formalne – zdaje się tylko relacjonować piekło, odsłaniając jego kolejne kręgi. Zbliża nas do swoich bohaterów, aby potem z częścią z nich brutalnie nas pożegnać. To jest narracja, która chwilami wydaje się już zbyt intensywna, i mimo ogromnego skupienia chciałoby się tę książkę odłożyć. Ale wówczas przychodzi refleksja, że portretowani ludzie nie mieli ani sekundy na złapanie oddechu, oddalenie się od swojego dramatu, choćby chwilową ucieczkę z piekielnej sytuacji, w której wszystko zmierzało ku przerażającemu końcowi. I kiedy uświadomiłem sobie, że ta intensywność jest tu zamierzona, ma dotykać i przybliżać chociaż na moment do intensywności odczuć oraz przeżyć bohaterów dramatu 11 września 2001 roku, czytałem dalej z taką samą uwagą, współistniałem z tym piekielnym nasyceniem przeżyciami – prawdopodobnie był to najszybciej w życiu przeczytany przeze mnie reportaż, który i tak pozostanie mi w głowie na zawsze.

Poza tym, że Zuckoff chce intymnie, kameralnie i podmiotowo opowiadać o tysiącach dramatów spiętych medialnie w jeden wielki, taki do pokazywania i wyręczania wyobraźni w postrzeganiu tego, co się wówczas wydarzyło, znakomicie – bo jakby na marginesie, mimochodem – stale pokazuje, w jak wielkim szoku byli Amerykanie, doświadczając zmasowanego ataku terrorystycznego, który nie miał precedensu. Kiedy jesteśmy z osobami dramatu w powietrzu, widzimy wyraźnie, jak wiele błędów, przeoczeń czy zaniedbań pojawiło się od momentu, w którym Amerykanie dowiedzieli się, że terroryści mają samoloty i planują wykorzystać je do zbrodni. Rezonuje w tym reportażu zarówno wielka bezradność, jak i niesamowita determinacja, by oprzeć się temu, co wymodelowali w swoich wyobraźniach szaleńcy. Mitchell Zuckoff nikogo tu nie oskarża, nie staje się mentorem wskazującym, jak należało postępować, co myśleć i co robić. Absolutnie odsuwając siebie w dalekie tło, postanawia przede wszystkim drobiazgowo odtwarzać działania i emocje ludzi skonfrontowanych z czymś, co nie mogło mieścić się w ich wyobraźni.

Kiedy ma się wrażenie, że części opowiadającej o podniebnych dramatach załóg i pasażerów porwanych samolotów nie będzie można udźwignąć, bo są to emocje zbyt intensywne i zbyt przerażające, Zuckoff proponuje opowieść równie niemożliwą do przyswojenia – historię ludzi, którzy w przeciwieństwie do tych w powietrzu mieli szanse i możliwości, aby walczyć o swoje życie. Zakończony dramat powietrzny stał się początkiem innego rodzaju piekła na ziemi. Ta narracja staje się bardziej gęsta również dlatego, że autor wprowadza coraz więcej nowych biografii. Każdy walczący z przerażeniem człowiek jest tu opowiedziany w sposób wyjątkowy. Tak sugestywnie, że łatwo potem zrozumieć, jaki był emocjonalny bilans strat – z kim musieliśmy się jako czytelnicy rozstać, a kto wraz z nami ruszył po 11 września 2001 w dalszą życiową drogę, która nigdy już nie będzie tą, jaka wiodła go przed tym dniem. To również historia o tym, co dzieje się z ludzką świadomością i ludzkim organizmem skonfrontowanymi z sytuacją graniczną, w której trzeba wziąć odpowiedzialność także za innych, bo to doświadczenie zbiorowe.

To w dużej mierze książka o heroizmie i ludzkiej solidarności w sprzeciwie wobec zła. Rozpisana na wiele głosów oraz wiele biografii opowieść o tym, że historia zapamięta tamten dzień jako dzień dramatu i śmierci, lecz również dzień zwycięstwa humanitaryzmu nad zbrodnią. Mitchell Zuckoff zamyka reportaż przejmującą imienną listą ofiar. Czyta się ją z równym napięciem co całą książkę. Jakby miała być swoistym pożegnaniem. A jednocześnie opowieścią o tym, że zwyciężyły witalizm, potrzeba życia i pomagania w tym życiu innym. Myślę, że nie jest to proamerykańska laurka o sile narodu niepoddającego się terroryzmowi, i jeśli ktoś chciałby w jakiś sposób ideologicznie interpretować ten reportaż, szedłby w bardzo złą stronę. Jak wspomniałem, mimo obszernej treści to bardzo kameralna polifoniczna opowieść o tym, jak silną istotą jest człowiek – dużo silniejszą w potrzebie walki o siebie i innych niż w urojeniach o destrukcji ludzkości. Poza wszystkim i na ważnym marginesie pozostaje również widoczne pytanie retoryczne autora o to, dlaczego tak naprawdę to wszystko się stało. Czy szaleństwo i okrucieństwo 11 września to zło, które wydobyło się z frustracji, nienawiści, manipulacji, zgorzknienia, bezradności, a może zwyczajnego szaleństwa? Ludzie, o których opowiada Mitchell Zuckoff, są gotowi odpowiedzieć na to zło, choć w żaden sposób się go nie spodziewają ani nie są w stanie pojąć. A całość jest świetnym przykładem tego, że fascynująca literatura faktu może obyć się bez teorii oraz interpretacji.

2021-08-20

„Niedostatek” Lynn Steger Strong

 

Wydawca: Fame Art

Data wydania: 17 czerwca 2021

Liczba stron: 208

Przekład: Ewa Borówka

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje ze sobą

Myślę, że warto czytać „Niedostatek” Lynn Steger Strong razem z „Moim rokiem relaksu i odpoczynku” Ottessy Moshfegh. To, co łączy obie te znakomite książki, to wizerunek kobiety usiłującej zdobyć potrzebny jej dystans wobec życia. Bohaterki obu powieści robią to w zupełnie inny sposób i to nie tyle wzajemne wykluczanie się przesłań tych narracji, ile bardziej ich uzupełnianie. Elisabeth z „Niedostatku” żyje zupełnie inaczej niż kobieta z „Mojego roku relaksu i odpoczynku”. Osadziła się w tak zwanych strukturach społecznych, przyjęła na siebie społeczne role, musi się borykać nie tylko z tym, co dawniej ukształtowało jej tożsamość, ale również z tym, co tworzy jej osobowość obecnie. W dynamicznym rytmie sprawozdawczym powieści Strong pozornie tylko nie ma głębszych refleksji. Bohaterkę poznajemy jednak poprzez to, jak działa, reaguje i kontroluje swoje emocje – i w tym znaczeniu jest to kobieta żyjąca w trybie zadaniowym, bo tak jest łatwiej i bezboleśnie. Bohaterka z powieści Moshfegh żyje sama dla siebie, nie ma problemów finansowych Elisabeth, nie musi się troszczyć o nikogo ze swojego otoczenia, a jedyne, na czym jej naprawdę zależy, to wydobycie się z nowojorskiego labiryntu niestabilnych i fałszywych relacji. Obie są zagubione w tej samej aglomeracji, doskonale w obu książkach portretowanej, i jeśli czytelnicy szukają sugestywnego obrazu Nowego Jorku widzianego kobiecymi oczyma, to w obu tych książkach go znajdą. Te dwie pisarki starają się swoje bohaterki przedstawić nietuzinkowo. Zarówno jako sumę ich życiowych doświadczeń, jak i aktualnych neuroz. Te kobiety chciałyby przez krótszą lub dłuższą chwilę być niewidzialne. Obie są samotne, choć kobieta Moshfegh w bardziej dosłownym znaczeniu, Elisabeth w pewien nieoczywisty sposób. To, co przyciąga jednak większą uwagę do powieści Steger Strong, to chyba bardziej sugestywna panoramiczność. Bohaterka „Niedostatku” jest definiowana przez relacje, a relacje oznaczają wpływowych ludzi – tych, którzy są blisko, oraz tych, którzy z oddalenia nadal wyznaczają życiowy azymut.

I o tym właśnie pisze Lynn Steger Strong: o potrzebie trzymania się w pionie i podążania ku wyznaczonym celom. O tym, jak trudno jest to osiągnąć, gdy najtrudniejsza jest konfrontacja z własnymi emocjami i wrażliwością. Amerykańska pisarka osadza swą zagubioną bohaterkę w przestrzeni miejskiej, która zarówno daje możliwości, jak i zastawia pułapki. Życie Elisabeth to życie w ciągłym biegu – tu w znaczeniu dosłownym i paru znaczeniach symbolicznych. Ale by ujrzeć w pełni dramat bohaterki, należy dostrzec, w jak wielu różnych przestrzeniach i relacjach Elisabeth czuje się deprecjonowana, mając do czynienia z przemocą i kilkoma rodzajami nierówności.

Obce jest jej znaczenie związku frazeologicznego „wyjść na prostą”. Komplikuje się absolutnie wszystko. Życie rodzinne portretowane z detalami nie jest do końca satysfakcjonujące. Warto zastanowić się nad tym, dlaczego Elisabeth konsekwentnie nie nazywa swego męża czy córek imionami. Ale pozornie wszystko jest w porządku, ta rodzina jest silna i ugruntowana, jednakże borykanie się z ciągłymi problemami finansowymi nadweręża emocjonalnie. Wtedy poranny seks pod prysznicem może być bardzo kompulsywny, a czułość wobec dzieci stać się atawizmem matki, która przede wszystkim chce chronić. Na drodze do emocjonalnego uporządkowania bohaterki nie stoi jednak to, co rzuca jej kłody pod nogi w codziennym życiu. Najważniejsze są nieprzepracowane traumy rodzinne i to, w jak dużym stopniu odciskają się na jej poczuciu bezpieczeństwa. Temu poczuciu bezpieczeństwa, któremu zagrozić może coś bardzo konkretnego – jak na przykład zabójstwo w kamienicy, gdzie mieszka Elisabeth. Jednak to jej rodzice są niepodważalnym punktem jej wyjścia w świat. Ludzie, których szorstka miłość idzie w parze z wymaganiami i bezwzględnością.

Podoba mi się to, że „Niedostatek” w przestrzeni retrospekcji nie ujawnia nam zbyt wiele, jedynie mocno punktuje ważne momenty – chwile lub zdarzenia, po których kobieta Steger Strong musiała przedefiniować samą siebie i swoje oczekiwania wobec życia. Rodzina, od której usiłuje się uwolnić, to wciąż żywa sfera emocjonalnych szantaży. Miejsce, gdzie narodziła się okrutna miłość. Jednocześnie uczucie najsilniejsze z możliwych, które kładzie się cieniem na doświadczaniu bliskości w relacji stworzonej już samodzielnie, w dorosłym życiu. Rodzice kwestionują bardzo wiele – życie ich córki nie zostało dopasowane do modelu, jaki dla niej zaplanowali. Najboleśniejsze jest kontestowanie macierzyństwa. O nim „Niedostatek” opowiada bardzo szeroko, biorąc pod uwagę także drugą z bohaterek, najbliższą przyjaciółkę Elisabeth.

To, co przed laty stworzyły z Sashą, było czymś, co pomogło im obu uwierzyć w siebie. Ale wydaje się, że przyjaźń nie przetrwała próby czasu. A być może domaga się nowej definicji, nowej wrażliwości najbliższych sobie kobiet – tego, czego z różnych powodów nie udało im się wspólnie wypracować w przeszłości. Albo tylko łudziły się, że ich więź jest wyjątkowa. Tymczasem Lynn Steger Strong opowiada tu o naprawdę wyjątkowej przyjaźni. O tym, w jaki sposób oddalenie definiuje ją na nowo. O doświadczeniach granicznych, doświadczeniach macierzyństwa i odpowiedzialności za dzieci. O tym, że te kobiety szukały w sobie nawzajem swoich odbić, zamiast doceniać odmienność tej drugiej. Przyglądając się „Niedostatkowi” w tym znaczeniu, otrzymujemy nieoczywistą powieść o silnej kobiecej więzi, która była i idealizowaniem, i przenoszeniem kompleksów, i jednocześnie więzią wielkiej solidarności.

Ale jest to narracja jeszcze bardzo wielu innych odczytań. Między innymi frapująca historia o tendencjach ucieczkowych, które prowadzą do lęku przed samym sobą, lecz dają również paradoksalnie siłę do tego, by wracać i walczyć. Elisabeth bardzo by chciała być zadowolona z tego, co osiągnęła. Ze związku, który jest dla niej najważniejszy. Z córek dających jej najczulszą bliskość. Tymczasem jest chodzącym poczuciem wyobcowania. Gotowa w blokach startowych, by uciec od kolejnej trudności. Tylko po to, aby zmierzyć się z nią, bo musi to zrobić. „Niedostatek” to zarówno opowieść o tym, w jakich okolicznościach i jak boleśnie kobieta upada. To również feminizująca historia tego, że w równie szybkim tempie można uciekać od problemu, jak również biec w jego kierunku, napierać, miażdżyć go.

Nierówności klasowe, społeczne i rasowe sygnalizuje między innymi wątek pracy zawodowej Elisabeth. Ona, dziecko wszelkiego dostatku, syta i dobrze sytuowana biała kobieta, usiłuje w niekonwencjonalny sposób dać coś z siebie młodzieży stygmatyzowanej przez urodzenie, pochodzenie i czarny kolor skóry. Jest w tym niezwykle empatyczna i czuła, ale czy to rzeczywiście środowisko zawodowe, w którym się spełni? Wie na pewno, że zawsze może uciec w książki – pochłaniane wszędzie i z wielką namiętnością. Z tytułów, jakie czyta Elisabeth, można stworzyć dodatkową opowieść i w tym znaczeniu „Niedostatek” jest powieścią odsłaniającą nam wciąż coś nowego. Świetna książka o tęsknotach, bolesnych upadkach i świadomym radzeniu sobie z żalem. O tym, że można być rozczarowanym sobą, ale rozczarowuje głównie rzeczywistość, w której nie ma miejsca na to, co niejednoznaczne, nieoczywiste i domagające się empatii ze strony drugiego człowieka. Nietuzinkowo napisana historia o tym, jak fascynująca w półmroku i półcieniach może być kobieca osobowość, która wciąż poszukuje, zaskakując samą siebie.