FILM
Gatunek: melodramat
Tytuł oryginalny: As liñas descontínuas
Produkcja: Hiszpania
Czas trwania: 90 minut
Data polskiej premiery: 27 lipca 2026
Tytuł recenzji: Muzyka i konfrontacja
Lubię filmy o zwyczajnym życiu i niezwyczajne ukazywanie jego trosk. Lubię filmy nietuzinkowo pokazujące samotność. Galicyjska reżyserka Anxos Fazáns wprowadza nas w świat swojej filmowej wizji bez żadnych fajerwerków, spektakularnych scen otwarcia, nie dając nam poczucia, że wchodzimy w przestrzeń bardzo kameralnego i intymnego dramatu psychologicznego opartego w dużej mierze na niecodziennej konfrontacji. Istotną rolę – nomen omen – odgrywa także muzyka, która czasem buduje dramaturgię sceny, ale głównie jest nośnikiem tego, co niewerbalne. Nie jest to film dla osób poszukujących czegoś więcej niż przejmujące ujęcia twarzy i slow cinema. Fazáns w miarę konkretnie otwiera opowiadaną historię, ale potem wkracza już w zupełnie inną tonację. Akcja obejmuje kilka dób, a kumuluje być może więcej emocji niż bohaterowie dotychczas przeżyli. Z drugiej strony – proponuje doświadczenia, które nigdy nie były ich udziałem. Wystarczy przecież przepędzić młodego intruza ze swojego poukładanego życia i zdemolowanego – teraz dosłownie, wcześniej metaforycznie – domu.
Filmowej pary pozornie zupełnie nic nie łączy. Ale jest muzyka. I to właśnie muzyka staje się życiowym kompasem. Ta wciąż żywa, rozbrzmiewająca śmiało, stale się tworząca. I tak skryta na jednej winylowej płycie, której nie powinno się już słuchać, a jednak jej posłuchamy. Znamienna jest scena, w której bohaterka jedzie samochodem i usiłuje znaleźć stację radiową umiejącą zaproponować muzykę przemawiającą do jej duszy. Kobieta ostatecznie wyłącza odbiornik i jedzie w ciszy. A potem jest w obrazie Anxos Fazáns bardzo dużo tej ciszy połączonej z powłóczystymi spojrzeniami. Trudno powiedzieć, czyje oczy – chłopaka w trakcie tranzycji czy kobiety rozważającej niedogodności menopauzy – przemówią do nas bardziej, pokażą więcej tego, co ukryte w środku. Ale „Linie przerywane” to przede wszystkim kino o nietuzinkowej konfrontacji, o wejściu w relację osób kierowanych tymi samymi potrzebami i pragnieniami. Wszystko w mówiących dużo dekoracjach, bo najpierw jest to pobojowisko napadniętego domu, a potem szarości portowe, gdzie najbardziej widać, jak bohaterkę boli los i gdzie natężenie melancholii w wyrazie jej twarzy i postawie są najmocniej zauważalne.
Film rozpoczyna się kaskadą dźwięków i widokiem tłumu młodych ludzi, których sylwetki są wydobywane z zaciemnionego tła błyskami szkarłatnego i niebieskiego światła. Trwa typowa młodzieżowa impreza, na której widzimy jego, początkowo wyobcowanego, potem dołączającego do przypadkowej grupy, bo ta, z którą przyszedł, szybko się rozprasza. Denís w nowym towarzystwie daje się wplątać we włamanie z rozbojem. A później okazuje się, że przypadkiem wdarł się do domu, w którym być może uda mu się znaleźć odpowiedzi na ważne dla niego pytania. Bo stoi na życiowym rozdrożu i nie jest w stanie podjąć – wydającej się najlepszą w jego sytuacji – decyzji o przeprowadzce i zmianie trybu życia. Stoi w miejscu nie tylko z powodów finansowych. Zatrzymał przeszłość, której odbiciem są jego tatuaże. Widać ją też chwilami w pozbawionych żywotności spojrzeniach.
Żyjąca samotnie kobieta jest tą poszkodowaną. Najpierw obserwujemy, jak młodzi ludzie rujnują porządek jej domu. Jak traktują go jako miejsce do myszkowania, demolowania, dobrej zabawy. A to dom, którego losy właśnie się ważą. Dom, w którym zamieszkały wszystkie ważne wspomnienia głównej bohaterki znajdującej się na bardzo trudnym etapie swego życia. Relacja z Denísem, który nie uciekł jak pozostali, to początek nawiązywania specyficznego porozumienia. I harmonii. Każde z nich życie obarczyło żalem i poczuciem odrzucenia. Kamera bardziej koncentruje się na postaci kobiety, ale ważny jest każdy detal, kiedy nieufność zamienia się w swoiste przymierze.
Ten film mógłby być jeszcze krótszy, silniej działać na emocje. Nie wiem, czy potrzebna jest scena, kiedy do domu, który został zniszczony, a teraz zaczyna wracać do normalności, wkraczają dwie postacie przynoszące powiew innego życia. Niekoniecznie trzeba było pokazywać, w jak złożonej sytuacji emocjonalnej jest kobieta, która z pewnością wbrew rozsądkowi i wypracowanej w życiu rutynie zbliża się do młodego włamywacza i w jego postawie oraz poglądach zaczyna widzieć samą siebie.
Ujęcia w filmie „Linie przerywane” koncentrują się nie tylko na twarzach bohaterów, ale również na detalach pomieszczeń, które kadrowane są w taki sposób, że skupiamy uwagę na tym, co wydaje się mało ważne. Pozornie w filmie niewiele się dzieje. Ktoś pojawia się i znika. Czyjeś ciało było nieobecne, a nagle jest tuż obok, nagie. Fazáns stara się dać bohaterom czas na to, by zbliżyli się do siebie naprawdę. Może jest go za mało, a może paradoksalnie za dużo. Musimy określić, na jakim etapie życia dwójki bohaterów reżyserka pozostawia nas w zakończeniu. Film, w którym w dużej mierze ważniejsze są dźwięki i układ przedmiotów niż kreowana relacja obcych sobie wiekowo i światopoglądowo ludzi. Rzecz dla widzów szukających silnych emocji ukrytych w zwyczajnych sytuacjach. To nie kino nadmiernie artystyczne ani nastawione na dydaktyzm. Surowy realizm łączy się tutaj z pięknie pokazaną nostalgią i niepewnością tego, co z nią dalej w życiu zrobić. Wcielająca się w starzejącą się kobietę Mara Sánchez robi wszystko, by to pokazać. Pozornie nie wykazuje się wielkim aktorstwem. A jednak jej gra zapada w pamięć.
Plakat z materiałów promocyjnych Filmweb.pl







