2021-12-01

„Polarniczki. Zdobywczynie podbiegunowego świata” Dagmara Bożek

 

Wydawca: Mando

Data wydania: 3 listopada 2021

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Kobiety w bieli

Już poprzez sam tytuł tej książki jest intrygujący. Kobiety mierzące się z trudami codzienności życia polarnego wyjaśniają w niej, dlaczego nie lubią feminatywów. Dlaczego na przykład nie ma kierowniczki wyprawy polarnej. A jednocześnie są tym, kim określa je tytuł. W opozycji do mężczyzn i jako osoby, które ich uzupełniają. Doświadczenia, o których opowiadają, to przede wszystkim czas bardzo intensywnej bliskości z drugim człowiekiem. W tych historiach o tym, co to znaczy żyć w sferze polarnej ze wszystkimi tego konsekwencjami, z jednej strony rysuje się wyraźny podział na płeć, z drugiej jednak – zacieranie tego podziału jest bardzo istotne i niejednokrotnie konieczne, by stworzyć społeczność, która będzie właściwie funkcjonować w pięknych, lecz przecież ekstremalnych warunkach pogodowych. „W rejonach polarnych równouprawnienie kończy się w momencie przeturlania dwustulitrowej beczki z paliwem” – to kpiarski komentarz gdzieś na marginesie, ale myślę, że Dagmara Bożek bardzo świadomie i przede wszystkim konsekwentnie robi to, co zaznacza w tytule. Pasjonująco łączy opowieść o kobiecej tożsamości z narracją o tym, jak specyficzne warunki atmosferyczne wpływają na postrzeganie samych siebie. Definicja tego, kim jest polarniczka, zrodzi się tu z wielu barwnych opowieści; stworzą ją biografie nietuzinkowych kobiet, ale także ich priorytety, życiowe wybory, doświadczenia graniczne oraz umiejętność dostrzeżenia w izolacji dużo więcej niż dostrzega się w tak zwanym codziennym społecznym życiu.

Antarktyka połączyła je wszystkie w bardzo różny sposób. Wiesława Ewa Krawczyk odkryła znakomity arktyczny przepis na pierniki. Małgorzata Korczak-Abshire na dalekiej Antarktydzie między innymi przyglądała się populacjom pingwinów. Maria Agata Olech dzielnie walczyła o utrzymanie polskiej placówki polarnej w czasie, kiedy bliska była ona zamknięcia. Bożenę Noryśkiewicz wyróżnił w zimnej bieli czerwony sweter. Anna Jakubiec-Puka asystowała przy operacjach w surowych i mroźnych dekoracjach. Jest ich dużo więcej. Przedstawionych z imion oraz nazwisk, ale przede wszystkim w pewnym strukturalnym porządku. Dagmara Bożek rozpoczyna swą opowieść od czasów, kiedy obszar polarnych badań i reszty dokonań zarezerwowany był dla mężczyzn. Potem opowiada o tych kobietach, które jako pierwsze docierały w trudne rejony i oczywiście radziły sobie tam równie znakomicie jak mężczyźni. Pod koniec książki poznajemy już kobiety, które zarządzały wyprawami do Arktyki i Antarktyki. Udowadniały, że w pasji zdobywania i poznawania biegunów Ziemi nie ma podziału na płeć, liczą się kompetencje oraz wytrwałość. Po pewnym czasie porzuca się przekonanie, że książka Bożek ma być w jakiś sposób feminizująca. Ale jest opowieścią o tym, jak kobiety właśnie wtapiają się w piękne i mroźne tło.

Zatem nie jest to relacja z frontu walki o polarne równouprawnienie, lecz przede wszystkim rozpisana na wiele głosów opowieść o tym, czym jest świadomość osiągania celów w trudnych warunkach oraz o samodzielności decydowania, na ile mierzyć się z tymi warunkami, jak wiele z siebie w nich dać i w którym miejscu wypracować mądry kompromis między własnymi oczekiwaniami a warunkami narzucanymi przez naturę obu biegunów. „Polarniczki” to pokłosie różnego rodzaju spotkań. Bożek kontaktowała się z rozmówczyniami w różnych miejscach – także daleko na Północy. Część rozmów odbyła się z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Grażyna Dziurla zdecydowała się na kontakt korespondencyjny. Myślę, że autorka zdradza czytelnikom z tych rozmów tylko to, co uważa za stosowne i właściwe w swojej narracji. Powstaje książka będąca opowieścią o tym, jak często wiekowe już rozmówczynie „uśmiechają się do przeszłości” – tak Dagmara Bożek komentuje reakcje Joanny Pociask-Karteczki, która bardzo jej dziękuje za ożywienie pięknych wspomnień.

Bo jest czasem tak, że wspaniałe przygody z lodowatym światem były tylko epizodami w życiu kobiet, które z różnych powodów nie związały się silnie z polarną codziennością, choć inne wręcz w nią wrosły. Tak było w życiu znanej polskiej pisarki, której nazwisko tutaj zaskakuje i intryguje, jednocześnie powodując pewien niedosyt, gdy czyta się o rozmowie z nią. Która z polskich literatek znalazła się na antarktycznej polskiej stacji badawczej? I która także dość znana kobieca postać pojawi się na kartach „Polarniczek”, by opowiedzieć o tym, że życie w zimnych rejonach świata nie każe kobiecie zakładać kombinezonu i grubej czapki, lecz nosić się z szykiem i być damą, na przykład damą Spitsbergenu? Ta książka to wiele zaskakujących czytelniczych spotkań. Ale przede wszystkim opowieść o szacunku i miłości do zimnego pejzażu. Taka, w której odsłaniają się wszystkie aspekty życia. W arktycznych i antarktycznych warunkach można przeżyć pierwszą miłość, związać się z kimś węzłem małżeńskim, znaleźć przyjaciela na całe życie, ale również to życie stracić. „Polarniczki” to opowieści o determinacji, by osiągać bardzo wiele, a jednocześnie historie niezwykle kameralne. Można odnieść wrażenie, że kobiety mogące pochwalić się dokonaniami i umiejętnościami są w odniesieniu do tego, co w nich najlepsze, nie tyle skromne i wycofane, ile mające dystans do samych siebie. Tego nauczył je mroźny krajobraz. Tego wymaga specjalistyczna wyprawa, bo zima w rejonach z natury lodowatych staje się bardzo często doświadczeniem granicznym, przeżytym najintensywniej.

Anna Krzyszowska-Waitkus dostrzega wyraźnie, że w dobie szalenie rozwiniętych technologii cyfrowych arktyczne i antarktyczne życie wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Brak jest tej pełnej ciepła i empatii bliskości, która zawsze uświadamiała, że człowiek musi trzymać się drugiego człowieka, bo surowość natury tego wymaga. Według jednej z rozmówczyń dzisiejsi polarnicy – pochyleni nad telefonami i laptopami z dobrze, a czasem doskonale działającą siecią internetową – chyba nie do końca nimi są. Myślę, że interlokutorki Bożek – która przecież sama doskonale wie, o czym one opowiadają, znajdując z większością przestrzeń porozumienia w ramach wspólnych doświadczeń – chcą opowiedzieć o takim świecie, w którym do niedawna było się bardzo intensywnie sobą. Naprawdę sobą. „Polarniczki” to również pełna sentymentalnych historii opowieść o tym, że do zimnych miejsc wraca się wyjątkowo chętnie. To one jak żadne inne potrafią postawić człowieka w konfrontacji z samym sobą, na którą nie ma szans gdzie indziej.

To naturalnie także książka o tym, jak liczne są problemy – psychologiczne, logistyczne – w świecie, w którym zawsze i wszędzie człowiek jest tylko gościem. Badaczem i odkrywcą, zafascynowanym daną przestrzenią lub w niej zakochanym. Ale to narracja o ludzkiej tymczasowości w świecie, który stale jest zimny, nieprzystępny i oddziałujący na wyobraźnię. To nie jest książka o ludziach, którzy uwielbiają zimne rejony i lubią je odwiedzać w komfortowych warunkach turystycznych. Głos zabierają kobiety, które zdecydowały się na to, by świat obu biegunów na jakiś czas zawładnął ich tożsamościami i przez to zawładnięcie odpowiednio przemodelował. Wszystkie opowiadają o czasie przeszłym z czułością. Każda z nich nadzwyczaj ciepło mówi o świecie lodu, ciszy, bezkresu i surowości. Frapująca książka, która uświadamia, jak wiele niezwykłych kobiet połączył świat będący przez długie dziesięciolecia światem zarezerwowanym tylko dla mężczyzn.

2021-11-29

„Zaraza” Przemysław Piotrowski

 

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 10 listopada 2021

Liczba stron: 432

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Piekło, w którym żyjemy

Nie znoszę filmów w stylu „zabili go i uciekł”. Przyznam zatem, że ze sceptycyzmem podchodziłem do powieści, w której Igor Brudny – świetny bohater doskonałego tryptyku będącego jednocześnie najbardziej mrocznym cyklem polskich powieści współczesnych – znowu pojawi się w niekonwencjonalnej fabule i będzie walczyć ze złem tego świata. Trochę fantazji na temat miejsca Brudnego w świadomości twórczej odebrał mi sam Przemysław Piotrowski, który chyba niepotrzebnie tłumaczy się ze swojego pisania w posłowiu, ale skoro już to robi, mogłem skonfrontować swoje domysły z rzeczywistością. „Zaraza” jest bowiem znakomitym przykładem tego, w jaki sposób wykreowany bohater literacki staje się częścią tożsamości tego, który go wykreował. Czasem trochę jego obsesją. Widać było w poprzednich powieściach cyklu o Brudnym, że autor przedstawia go w taki sposób, iż gdybym widział go piszącego o nim w tradycyjny sposób, w mojej wizji pojawiałoby się mocniejsze przyciskanie długopisu do kartki i nawet wysunięty koniuszek języka twórcy zawsze wtedy, kiedy dany akapit dotyczyłby tego niezłomnego policjanta. I może dlatego, że w międzyczasie sam zacząłem pisać, lepiej rozumiem teraz trochę obsesyjny, trochę sentymentalny, ale na pewno w pełni świadomy powrót do postaci, za którą Piotrowski skrywa pewną część samego siebie.

Czy jest to portretowana niezłomność idąca w parze z uporem i konsekwencją? Na pewno każdą z tych cech widać w pisarstwie tego autora. Także gdy czytało się jego dwie ostatnie książki będące trochę pisarskimi eksperymentami. Bardzo zresztą udanymi. Mam wrażenie, że Piotrowskiemu nie może się przydarzyć wypadek przy pracy. Jest w tym, co robi, tak samo perfekcyjny jak jego Igor Brudny. Dlatego wspomniany sceptycyzm szybko ustąpił miejsca zaintrygowaniu. Bo opowiedzieć kolejną mroczną historię po tak zamkniętym cyklu, jaki tworzą „Piętno”, „Sfora” i „Cherub”, to było z pewnością wyzwanie – może nawet większe niż stworzenie przez pisarza powieści z innymi bohaterami i inną konstrukcją fabularną.

Zatem nie jest tak, że „zabili go i uciekł”. Mamy tutaj do czynienia ze specyficznym powrotem. Bohater literacki został doświadczony w taki sposób, że pozostaje mu w zasadzie rozpocząć nowe życie. Nie zmartwychwstał; ból każdego miejsca i niepełnosprawność każdego rodzaju przypomina mu o tym, że darowane życie jest jednak czymś innym, żadną transcendentną metamorfozą. Igor Brudny w scenie otwierającej powieść walczy o to, by zrobić jak najwięcej kroków. Jednocześnie toczy bój najtrudniejszy z możliwych – konfrontując się z niepełnosprawnością, zaczyna kwestionować swoją tożsamość. Nagle ma do czynienia z czymś, na co jego wpływ jest niewielki. Jednak ten wpływ istnieje, a Brudny decyduje, że powalczy o siebie. W bliskości Julii Zawadzkiej – a oboje niosą dalej przez życie swoje symboliczne i widoczne blizny – pielęgnując nietuzinkowy związek, w którym mieszają się obcesowość oraz specyficzny rodzaj wrażliwości.

Przemysław Piotrowski buduje zatem na nowo tożsamość Igora, ale również Julii, która decyduje się na radykalne zmiany w życiu i wreszcie może mówić byłemu policyjnemu partnerowi, że kocha go nad życie. Nowy początek tworzy również pomysł fabularny z „Cheruba”. Przerażający klasztor, w którym Brudny doświadczył nadzwyczajnego rodzaju zła, już fizycznie nie istnieje. Nie ma po nim śladu. Czas na nowe otwarcie. Nowe tropy. Nową formę czujności wobec tego, co niesprawiedliwe i złe. Czy zatem po swoim wyjątkowo mrocznym tryptyku Piotrowski jest w stanie ponownie wtłoczyć czytelnika w tak przerażające realia jak wcześniej? Nie można się spodziewać tego, w jaki sposób to zrobi. Nie za pomocą przejaskrawień czy hiperbolizacji. „Zaraza” będzie opowiadać o okrutnym i przerażającym świecie bardzo wprost. Nawet nie wyobrażacie sobie tego, jak wprost.

Oto bowiem autor podejmuje się dość ryzykownego zagrania, bo swoją twórczość czyni polityczną publicystyką. Tak, w tej powieści o wymownym dla naszych czasów tytule Piotrowski odniesie się przede wszystkim do tego, czego doświadczamy codziennie, i nie będzie to pandemia. Nie będzie to również coś, czego ciężar przygniata nas bezpośrednio. Ale jesteśmy w tym razem. Tkwimy w patologiach, które są tu obnażane i komentowane. Opowieść autora to wyraz troski o losy współczesnej Polski. Ale również gniewu, bo „Zaraza” mocno brzmi jako powieść zaangażowana we współczesne problemy społeczne i polityczne. Przyznam szczerze, że jej wymowa przejmuje dużo bardziej w jednej z końcowych scen zupełnie niezwiązanych z dynamiczną fabułą pełną zagadek i zwrotów akcji. To scena, gdy Brudny i Zawadzka obserwują Polaków. A ta książka – z całą swoją artystyczną fantazją – jest dosłownym i bardzo mocnym podsumowaniem tego, że przyszło nam żyć w kraju, który przeraża. Tak samo jak widok twarzy mordercy, której ofiara tuż przed śmiercią tak uważnie się przygląda, bo to przecież niemożliwe, żeby mordował ktoś, kto jest tak piękny…

Piotrowski odziera ze złudzenia piękna wszystko to, co opisywane jest jak żądza zabijania, którą psychopatyczna jednostka z tej powieści będzie kryła przed światem przede wszystkim dzięki doskonałym zbiegom okoliczności i stworzonym do tego warunkom. „Zaraza” brzmiąca politycznie jest dodatkowo odważną powieścią nakreślającą przestrzenie psychopatologii, w której nieświadomie wszyscy się znajdujemy. Można odnieść wrażenie po lekturze tej książki, że to, co spotyka biedne dziewczyny doświadczone przez wyjątkowe formy opresji, może być udziałem każdego z nas. Bo każdemu z nas ktoś może w dowolnej chwili na ulicy „zgasić światło”. I okaże się, że wszystko dzieje się w nadzwyczaj prosty sposób. Dlaczego ktoś staje się oprawcą? Bo może. Przejmująca „Zaraza” opowiada o granicach możliwości, ale również o wyjątkowej bezkompromisowości głównych bohaterów, którzy za wszelką cenę chcą zwalczać zło.

Wyjątkowo krwawa intryga kryminalna będzie w tej powieści sięgać aż przełomu XVI i XVII wieku. Skonstruowana wybitnie inteligentnie, choć autor wykorzystuje dość oczywiste zagrania narracyjne. Będą dobry i zły gliniarz, tajemnicza pacjentka szpitala psychiatrycznego i przede wszystkim mnożące się i urywające tropy, gdy bohaterowie muszą mierzyć się z zagadką wyjątkowo okrutnych morderstw młodych kobiet. W tym wszystkim wypracowana już przez Piotrowskiego umiejętność mylenia czytelniczych tropów, jednak tym razem w bezradności utkną również Brudny i Zawadzka. „Zaraza” po raz kolejny ujawnia potencjał autorski i zapowiada długą serię napisaną zapewne w świetnym stylu. Tyle tylko że ta powieść w dorobku Piotrowskiego jawi się jako wyjątkowo mroczna. Warto przyjrzeć się temu, jakie nowe życie daje swoim przepełnionym adrenaliną bohaterom. I w jaki sposób ich bliską relację umieszcza w świecie, który takie relacje w różny sposób rujnuje. A także pomyśleć nad tym, czy w Polsce z różnych powodów nie tworzą się korzystne warunki do rozwoju różnego rodzaju wspomnianych psychopatologii. Bo za nimi mogą iść często zniszczenie i śmierć.

2021-11-26

„Archiwum zagubionych dzieci” Valeria Luiselli

 

Wydawca: Pauza

Data wydania: 15 października 2021

Liczba stron: 528

Przekład: Jerzy Kozłowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: W drodze

Liczni czytelnicy będą usatysfakcjonowani, zapoznając się z tą powieścią, jedną z bardziej oryginalnych, ciekawych i przede wszystkim wymagających, które ukazały się w tym roku. Na pewno wielbiciele amerykańskich bezdroży. Absolutnie zajmująca powieść drogi, w której widzi się zniuansowanie Stanów Zjednoczonych – wielkiego kraju tak różnych od siebie ludzi. I nie mam tu na myśli tego, w jaki sposób narratorka pokazuje wyrazistsze oblicza ksenofobii, kiedy bohaterowie coraz bardziej na zachód oddalają się od swojego bezpiecznego i liberalnego Nowego Jorku, w którym połączyła ich pasja do porządkowania kakofonii. To też barwna historia pejzażu – także tego emocjonalnego podróżujących. „Archiwum zagubionych dzieci” spodoba się wielbicielom prozy zaangażowanej społecznie. Odnajdą się tu również ci, którzy lubią powieści będące intertekstualnymi zagadkami. Luiselli proponuje również opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności za własne dzieci oraz rozwoju wrażliwości na los tych pozornie obcych. Finezyjnie prezentująca się przede wszystkim wówczas, gdy zwrócimy uwagę na to, że dzieci nie mają tu imion. Że dziewczynka jest biologiczną córką matki, a chłopiec biologicznym synem ojca. Że rodzice uznają intelektualną demokrację, dzieci mają w ich mniemaniu tak samo rozwiniętą wrażliwość i percepcję jak dorośli. Że w pewnym momencie kończy się narracja o jednej podróży, a zaczyna zaskakująca historia kolejnej. Że Luiselli proponuje tu bardzo niejednoznaczną konfrontację bohaterów z samymi sobą, a są oni bardzo niejednoznaczni. Kto tu z kim tak naprawdę podróżuje i w jakim celu?

To rzecz z górnej półki, ale jednocześnie opowiadająca bardzo wprost i bardzo jednoznacznie o kilku zasadniczych dramatach XXI wieku. O tym, że zapomnieliśmy nagle – to słowa z powieści – że „migracja jest naszą rzeczywistością”. Zawsze była jej integralnym elementem, ale w pewnym momencie i pod wpływem pewnych uwarunkowań zaczęła być postrzegana jako problem. Kiedy autorka opowiada o wykluczeniu niewinnych istot ludzkich, tworzy jednocześnie rozpisaną na kilka rodzajów narracji symboliczną opowieść o tym, jakie konsekwencje niosą ze sobą wykluczanie i samotność wówczas, kiedy ktoś zacznie rozumieć istotę swojego wykluczenia. To rzecz w takim oczywistym i pierwszoplanowym znaczeniu o bezbronnych dzieciach, które ruszają w drogę ku wolności. W znaczeniu metaforycznym, a nawet metafizycznym historię tę opowiada kilkanaście elegii, których strukturę autorka wyjaśnia na koniec, ale dużo ciekawsze jest interpretowanie ich bez wykładu Luiselli. Dlaczego? Chodzi tu przede wszystkim o sposób, w jaki amerykańska pisarka łączy narracje. To, czym dla siebie się stają, w jak silnym związku są ze sobą i jak stopniowo ten związek jest odsłaniany. Bo z jednej strony jest to przecież książka, której linearność wydaje się niezachwiana bez tych uznawanych początkowo za ekscentryczne fragmentów. Z drugiej – to bardzo ambitny projekt literacki, proza synestezyjna, opowieść stworzona za pomocą bodźców odbieranych wszystkimi zmysłami. Historia łącząca w sobie ważkie kwestie społeczne z niezwykle intymnym obrazem poszukiwania siebie w odbiciach, które czasami ułatwiają ujrzenie się naprawdę, ale dużo częściej zacierają obraz nas samych. Jesteśmy złożeni z tego, czego doświadczyliśmy, i z tego, czego nam brakuje. Ale jesteśmy przede wszystkim istotami w wiecznej drodze ku realizacji pragnień. Brzmi to dość prosto, jednak w tej narracji nie jest w żaden sposób prosto pokazane.

Tak więc mamy opowieść o przemierzaniu Stanów Zjednoczonych. Nowojorskie małżeństwo zabiera ze sobą dwójkę dzieci i wszystko rozpoczyna się od sceny wyjazdu – traktowanej dosłownie, ale potem urastającej do rangi jednego z najważniejszych tutaj symboli. Ruszają w kierunku nowego projektu. Każde z nich myśli o swoim. Nie mają pewności, czym skończy się ta podróż. Jest wyraźnie zarysowana niepewność, że dotarcie do celu może ich podzielić. Z jednej strony chcą dotrzeć tam, dokąd jadą, z drugiej jednak – najważniejszy wydaje się sam akt przemierzania przestrzeni, bo wówczas bohaterowie konfrontują się ze sobą w sytuacjach, jakie do tej pory z różnych powodów były im obce. I dla mnie najciekawszą zagadką jest to, ile osób naprawdę udaje się w tę podróż. Bo to, że Luiselli nie zamierza tworzyć oczywistego przekazu, jest widoczne już od samego początku.

O ile fotografia ma być dokumentacją jakiejś całości, o tyle dźwięki mają wzbogacać obraz tej całości o istotne detale, których nie dostrzega się, bo wymagają specyficznej uwagi. Mężczyzna biega tu z mikrofonem po różnych miejscach. Tymczasem jego biologiczny syn robi zdjęcia polaroidem. One stanowią potem integralną część tej powieści. Coś dzieje się tu w nieokreślonej przestrzeni doświadczania życia. „Archiwum zaginionych dzieci” jest również powieścią zadającą oczywiste i bardzo mocne pytania. Wtedy kiedy sugeruje nam społeczny status migracji rozumianej jako problem. I kiedy znaczenie zaczynają mieć dziecięce dramaty. Dziecięca nieumiejętność konfrontowania się z granicą – tą oczywistą, oddzielającą od rodziny i wolności, ale również z tą mentalną, gdy doświadczenie przestaje nazywać się rozwojowym, a ma stać się częścią tak zwanej dojrzałości. Tymczasem Luiselli dramatycznie pyta na kartach swojej powieści: „Co się dzieje, gdy zostawia się dzieci zupełnie same?”. Niespodziewana różnorodność sugerowanych odpowiedzi zaskoczy takiego czytelnika, który zawsze jest pewien, że potrafi przewidzieć rozwój fabuły w czytanej książce.

Tu jeszcze jedna opowieść ukryta jest w pudłach, które rodzina zabiera w drogę. Jest w nich to, co oczywiste, ale i nieoczywista pustka. Są książki, bo w tej powieści ukryło się ich bardzo wiele. Ślady innych lektur są bardzo często mroczne, a czasami finezyjnie fragmentaryczne. Widać, że autorka zastosowała swój prywatny klucz, by zaintrygować intertekstualnością, ale równocześnie wciąż mylić tropy. Opowiada się tu również każdy z bohaterów osobno. Nie musi do tego używać słów. Choć oczywiście najważniejsza jest opowieść – w tym znaczeniu archaicznym, w swojej mitotwórczej funkcji. I jest nasze wyjście naprzeciw tej opowieści. Dlatego spośród wielu nawiązań i parafraz literackich najbardziej podoba mi się włączenie tu ducha Whitmana, kiedy odczytujemy „Archiwum zaginionych dzieci” jako specyficzny zwrot ku nieznanemu. Bohaterowie mocno wsłuchują się w innych, ale czy dostatecznie uważnie słuchają samych siebie? Kto i na jakich zasadach zwraca się tu ku zagadce? Co w gruncie rzeczy jest nieznane, a czemu autorka próbuje złudnie nadać ramy czegoś w pełni zrozumiałego?

To bardzo ciekawa powieść o tym, w jaki sposób na miarę naszych czasów można portretować literacko przestrzeń, czas, dźwięk, emocje czy ludzkie wyobcowanie. Myślę, że Valeria Luiselli dołożyła wszelkich starań, by liczba interpretacji tej książki była równa temu, ile razy się ją przeczyta. To na pewno przewrotna, ale dość mroczna opowieść o tym, gdzie zaczyna i kończy się wolność, a także o wolności wyboru i samostanowienia. Intrygująca dodatkowo, kiedy snuje fantazje o lustrzanym odbiciu naszych stanów emocjonalnych, które bardzo często są zagadką dla otoczenia. Jedna z ciekawszych amerykańskich powieści drogi. A tam naprawdę już trudno wymyślić i skonstruować coś oryginalnego w tym zakresie. Zdecydowanie zatem warto się z nią zapoznać.

2021-11-23

„Pajęcza sieć” Mike Omer

 

Wydawca: Wydawnictwo Świat Książki

Data wydania: 13 października 2021

Liczba stron: 384

Przekład: Robert Ginalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Piękno i śmierć

Bycie piękną to priorytet wielu kobiet, prawda? A połączenie piękna z młodością, dwóch nieistotnych i efemerycznych spraw, buja bardzo szeroką przestrzenią tak zwanych mediów społecznościowych. Wśród różnego rodzaju narcyzów proponujących publiczne patrzenie na siebie może znaleźć się ktoś, czyj wzrok zapoczątkuje jakiś przerażający proces… Mike Omer w swym thrillerze pokazuje specyficzny fatalizm oraz pułapkę bycia kobietą piękną i młodą. Aspirującą do tego, aby zostać modelką. Niezależną i pewną siebie w takim znaczeniu, że tożsamość buduje tutaj to, jak się wygląda. To również ze swą hipnotyzującą mocą zbuduje tożsamość seryjnego mordercy. „Pajęcza sieć” pracuje trochę na stereotypach i odwołuje się do banalnych rozwiązań literatury tego gatunku, ale jest to z pewnością powieść wyróżniająca się, bo bardzo inteligentna. Ani dydaktyczna, ani skupiająca się na jednoznacznych podziałach, ani ostatecznie sugerująca proste rozwiązania. Omer skupi się na intrygującej zagadce, aby pokazać między innymi niebezpieczne mechanizmy manipulacji człowiekiem, które wykształciła obezwładniająca go sieć. Sieć internetowa ze swoimi dobrodziejstwami, pułapkami i śmiertelnymi niebezpieczeństwami.

Orbitowanie wokół zagrożeń cyberprzestrzeni jest tu zaznaczane punktowo, konsekwentnie i do samego końca. Już w jednej z pierwszych scen widzimy, że nastolatek robi sobie selfie z głową znalezionej ofiary. Inny epizod pokazuje, jak cienka może być granica między bezmyślnym żartem a śmiertelnie poważną sytuacją, która może zakończyć się w nieprzewidziany sposób. Ponadto dobrodziejstwa internetowe ułatwiają tutaj śledczym pracę, ale główna intryga oparta jest na tym, że zabójca ma narzędzia, by obserwować. A za tym będzie szło oczekiwanie. I satysfakcja, kiedy najważniejszy stanie się strach ofiary. Osoba, która zginie z jego rąk, musi się śmiertelnie przestraszyć. A potem umrzeć. I zabijanie staje się obsesją, czymś na kształt nałogu.

Śledczy Mitchell Lonnie nie ma zbyt długiego stażu w policji, ale w zestawieniu ze swym doświadczonym partnerem zawsze gra rolę tego dobrego gliny. Ma niebywałe zdolności do tego, aby zjednać sobie każdego, z kim rozmawia. Lonnie jest uporządkowany i empatyczny, jednak do czasu. Tkwi w nim pewien egzystencjalny smutek, którego zagadkę Omer pozostawia prawdopodobnie na kolejne powieści cyklu. Lonnie zostanie skonfrontowany ze specyficznym wyzwaniem. W policji służy bowiem jego siostra. Ambitna i gotowa do poświęceń. Nieświadoma tego, jaką rolę odegra w trudnym śledztwie prowadzonym przez brata. Gotowa do największego poświęcenia, by złapać mordercę, po tym, gdy składa niespełnioną obietnicę jego ofierze. To bardzo ciekawe rozwiązanie fabularne i Mike Omer świetnie na nim bazuje, rozwijając akcję. Nie trzeba specjalnie kreować postaci z prywatnego życia głównego śledczego, by pokazać, jak emocjonalnie może podejść do pewnych spraw. Wystarczy siostra. Ktoś, kim instynktownie trzeba się zaopiekować. Ktoś, kogo trzeba bezwarunkowo bronić. I będzie to książka o tym, że instynktowne mogą być zarówno zbrodnia, jak i działania zmierzające do tego, aby jej zapobiec.

„Pajęczą sieć” wyróżnia świetne poczucie humoru autora. W całym mroku tej historii pojawiają się momenty, w których po prostu wybuchamy śmiechem. Jak choćby wówczas, gdy poznajemy zrozpaczonego pisarza, który popełnia zbrodnię na swoim laptopie. Albo gdy jedna z kobiet zgłasza zdjęcie członka jako potencjalnego narzędzia morderstwa. Jest także w dialogach bohaterów sporo komizmu słownego, a Omer bardzo dba o to, by balans został zachowany, a elementy groteskowe czy tragikomiczne nie zburzyły czytelniczej czujności, gdyż „Pajęcza sieć” jest powieścią o bardzo poważnych sprawach. Sprawach z pogranicza życia i śmierci. Autor opowiada o pewnej obsesji, której realizacja niesie w sobie ogromne zagrożenie. Ginąć będą kolejne ofiary, a my prawie od samego początku będziemy tuż przy anonimowym zabójcy, wręcz czując jego oddech – a to bardzo ryzykowne zagranie w thrillerach, bo może zrujnować napięcie i zanadto zbliżyć czytającego do postaci będącej największą zagadką książki. Tu pozostanie nią bardzo długo.

„Taki uroczy chłopak” – w ten sposób wspomni seryjnego mordercę jedna z bohaterek epizodycznych. Mike Omer chce pokazać, że zbrodnia bardzo często wydobywa się z zaskoczenia i z banalnych powodów. Nie sposób wręcz będzie uwierzyć, co spowodowało, że zabójca po raz pierwszy zrobił to, co potem będzie powtarzał. I zrozumieć motywy, dla których te przerażające powtórzenia będą miały miejsce. Bo to książka nie tylko o obsesji zabijania. Także historia specyficznego rodzaju samokontroli i rzecz o tym, w jaki sposób przeżywa się patologiczne poczucie satysfakcji. „Pajęcza sieć” to jednak przede wszystkim specyficzna fantazja o banalizowaniu zła oraz zagrożeń. Nie mam tu na myśli tylko kobiecych postaci wprawnych w tym, by bez problemu i jakichkolwiek dylematów ujawniać szczegóły swojego życia całemu światu. Pojawi się w tej książce także postać ambitnej dziennikarki, która – jak wiele innych postaci – nie doceni wagi zagrożenia. Lekkomyślność działań innych będzie szła w parze z metodycznym planowaniem i realizowaniem szalonych planów przez powieściowy czarny charakter. A wszystko napisane w taki sposób, że powieść ta w pierwszej połowie trochę usypia czujność, by dynamicznie rozwinąć się w drugiej. Aż po spektakularny finał, który sprawia, że można ujrzeć Omera jako autora na przykład scenariusza świetnego filmu sensacyjnego.

To historia o tym, kiedy stwarzanie sobie wrażenia, że wszystko się kontroluje, staje się niebezpieczną obsesją. Amerykański autor próbuje nakreślić sylwetki bohaterów, którzy mają poczucie panowania nad wszystkim, co robią. Tymczasem wydarzą się rzeczy, które zrujnują tę pewność siebie. W narracji Omera rozpad samokontroli idzie w parze z takim rodzajem nieprzewidywalności, który opisywany tu bardzo dokładnie, czyni fabułę książki jeszcze bardziej atrakcyjną. Są tu obecne liczne elementy, które – jak już wspomniałem – świetnie sprawdziłyby się w filmowym kadrze. Jest nieustanne napięcie wywołane przez to, że morderca wchodzi w specyficzną grę z tropiącymi go śledczymi. A wszystko opisane w taki sposób, że odczuwa się coraz bardziej klaustrofobiczną atmosferę, nieco sugerowaną już przez tytuł. To z pewnością jeden z tych thrillerów, przy których nie można się nudzić. Ale jednocześnie opowieść o tym, że stawiając sobie granice własnej wolności, nie dostrzegamy zagrożeń stojących za tezą, że wolność może być jednocześnie niebezpieczna. Bardzo niebezpieczna. Wszystko wpisane w realia amerykańskiego stanu Massachusetts, który tworzy tu całkiem ciekawe tło dla dramatycznych wydarzeń. Jedna z tych elektryzujących książek, po których być może niektórzy czytelnicy zastanowią się chwilę przed umieszczeniem w sieci kolejnej prywatnej informacji o sobie albo swojego wizerunku. Nikt bowiem nie spodziewa się tego, że rozrywka na Instagramie lub innym portalu społecznościowym może otwierać wrota piekielne.

2021-11-19

„Latarnicy” Emma Stonex

 

Wydawca: Echa

Data wydania: 24 listopada 2021

Liczba stron: 368

Przekład: Agata Ostrowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Wobec nieobecności

To zdecydowanie najbardziej sugestywna powieść o ludzkiej samotności, jaką przeczytałem w tym roku. Emma Stonex jest bardzo kameralna w kreśleniu obrazów rozpaczy i niezwykle poruszająca, gdy łączy je z wizerunkami morza. Melancholia krajobrazów emocjonalnych bohaterów łączy się z pięknym, synestetycznym portretowaniem morskiego żywiołu. I w związku z tym będzie to powieść zarówno dla samotników, jak i dla ludzi, którzy za wszelką cenę starają się do kogoś zbliżyć, z kimś być. Będące wspaniałym tłem do egzystencjalnych rozważań morze dodaje tej historii zarówno mroku, jak i specyficznego kolorytu. „Latarnicy” najciekawiej prezentują się jako fantazja o tym, co nas do siebie zbliża w związkach, a co powoduje, że wybieramy bezpieczną przestrzeń oddalenia od najbliższej osoby. Stonex snuje rozważania o tym, że trudno być obok siebie, znosząc razem smutek i rozczarowania. Tymczasem w portretowanych tutaj dystansach kryje się dodatkowy i bardzo przejmujący wizerunek eskapizmu. Autorka z całą mocą swojej pisarskiej wrażliwości będzie starała się pokazać, dlaczego tak często wykazujemy tendencje ucieczkowe. Jest to jednak przede wszystkim studium nieobecności. Opowieść o końcu, który nie nastąpił. Enigmatyczna historia potrójnego zniknięcia, za którym stoją dramaty tych, co pozostali i zmuszeni byli do konfrontacji z tajemnicą pustki. Wszystko napisane z ogromną delikatnością oraz szacunkiem do pierwowzorów postaci literackich, albowiem w 1900 roku w archipelagu Hybrydów Zewnętrznych naprawdę zniknęli trzej latarnicy…

Ta opowieść snuta jest na dwa sposoby – to monologi i retrospekcje oraz dwie dekady dzielące odkrycie nieobecności mężczyzn w latarni i czas, w którym bliskie im kobiety usiłują ponownie odpowiedzieć na pytanie o to, co spotkało ich mężów. Helen jest przekonana, że zginęli. Że to rozpaczliwe i bezkompromisowe zdarzenie, z którym już dawno trzeba było się skonfrontować. Jenny nie wierzy w koniec ostateczny. Doświadczenie nieobecności męża jest dla niej innym doświadczeniem niż dla Helen. Być może dlatego kobiety oddalają się od siebie, ich relacje są już tylko gorzkim wspomnieniem. Ale nie jest to jedyny powód, dla którego Helen i Jenny przeżywają ból utraty osobno. Ciekawym zabiegiem literackim jest tu wprowadzenie niemego bohatera, autora książek przygodowych, których akcja dzieje się na morzu. Staje się on cichym słuchaczem, który konfrontuje się z tym, co i jak pamiętają osamotnione kobiety. Jest jeszcze trzecia z nich, w końcu wówczas w latarni morskiej znajdowało się trzech mężczyzn i na trzy różne sposoby kształtuje się pamięć o nich. Z tego, jak pamiętają bohaterki, Stonex konstruuje przewrotną opowieść o tym, co mogli zapamiętać najbliżsi im mężczyźni.

W moim odczuciu najciekawsza jest jednak sfera retrospekcji. Zwłaszcza że od początku mamy do czynienia z fantazjami. Zagadka zniknięcia chciałaby być rozwikłana. Być może ktoś wcześniej nie zwrócił uwagi na tropy, które zauważają rozmówczynie pisarza. Ale te fragmenty powieści są lepsze przede wszystkim dlatego, że rozgrywają się w zamkniętej przestrzeni pośród kapryśnego morza. Sugestywny opis morskiej pustki otwierający tę powieść niesie ze sobą coś więcej – wiwisekcję dusz mężczyzn skazanych na siebie, żywioł, monotonię i oddalenie od tak zwanego czynnego życia. Każdy z nich dźwiga brzemię bolesnych wspomnień. Żaden nie jest w stanie się od nich uwolnić. W każdym z nich przeszłość ukształtowała taką, a nie inną wrażliwość. Choć na co dzień są szorstcy i wulgarni, wszyscy starają się konfrontować z tym, co bardzo ich zmieniło. Co być może doprowadziło do tego, że przyjęli takie posady, zdecydowali się na spartańskie warunki pracy, ale przede wszystkim na oswajanie własnej samotności, do której przywykli z różnych powodów.

Emma Stonex pięknie pisze nie tylko o utracie, ale również o zysku związanym z miłością. Kiedy Helen w poetycki sposób opowiada o tym, jak bardzo prozaiczny był jej mąż, widzimy wyraźnie, że „Latarnicy” to pełna czułości narracja o tym, że wspólne życie jest pasmem zbliżeń i oddaleń, a tym, co je zawsze definiuje, jest prozaiczna i jednocześnie głęboka tęsknota. Mężczyźni w tej książce zdają się tęsknić za pewnymi wyobrażeniami swoich kobiet, nie za nimi samymi. One natomiast wizualizują sobie często pustkę prawdziwego życia bez męskiego ramienia, na którym można się oprzeć. Jednocześnie jest to historia tego, że paradoksalnie czasem oddalenie zacieśnia związek. Stonex fantazjuje również na temat tego, dlaczego w stałym związku pojawia się obopólna potrzeba ujrzenia siebie z dala od partnera. Świetnie skontrastowane są również warunki, w jakich mężczyźni oraz kobiety mogą analizować swoje doświadczenia życiowe. Oni mierzą się z tym, co w nich trudne, w jeszcze trudniejszych warunkach atmosferycznych. Bezpieczne, stojące na suchym lądzie kobiety odsłaniają kolejne mroczne tajemnice swoich związków tylko po to, by ujawnić się czytelnikom niczym samotne boje podrzucane przez fale rozmaitych zbiegów okoliczności.

„Latarnicy” to książka o rzeczywistym ciężarze samotności oraz o jej wyobrażeniu. Rozpięta w czasie historia tego, czym może być dla człowieka utrata. Ale również o byciu fair wobec tej utraty. Jak wspomina Helen: „Nie można uciekać od tego, co nas w życiu spotyka”. I choć brzmi to jak truizm, w tej powieści jest bardzo symptomatyczne. Każdy rodzaj eskapizmu rodzi kolejną stratę. Nawarstwiają się, przebijają przez siebie, ostatecznie są jednym melancholijnym poczuciem tego, że nie ułożyło się życia z kimś bliskim w taki sposób, aby było satysfakcjonujące. Co przyciąga do latarni mężczyzn? Jaki balast doświadczeń ze stałego lądu, którego chcieliby się na morzu pozbyć? Kim tak naprawdę są po latach kobiety, którym na tym lądzie nikt nigdy nie dał pewności tego, co spotkało ludzi odchodzących w taki sposób, że tak naprawdę nigdy nie odeszli?

Stonex portretuje swoich wyobcowanych mężczyzn, którzy widzą się wyraźniej w pozostawionych relacjach, kiedy doświadczają ekstremalnej formy bliskości z samymi sobą. W latarni każdy z jednej strony obnaża się przed pozostałymi ze swoimi słabościami i tęsknotami, z drugiej jednak – jest boleśnie zamknięty z tym, co dręczy i niepokoi. W ograniczonej przestrzeni pięter owiewanej wciąż lodowatym wiatrem znad morza jest miejsce na pojednania i zrozumienia, ale również na pełne napięcia konflikty. To wszystko zostaje znakomicie rozpisane jako historia możliwości – bo nic, co przeżywają latarnicy, nie wydaje się pewne. Powieść Stonex to mroczna historia o tym, że możemy stać się wrogami samych siebie, jeżeli nie będziemy gotowi stawić czoła wspomnieniom i doznaniom atakującym nasze poczucie bezpieczeństwa. To również narracja o tym, że gdy tracimy coś bezpowrotnie, stajemy wobec tego bezradni. Nic nigdy nie przygotuje nas do konfrontacji z niepewnością. „Latarnicy” to powieść, która chce wprowadzić czytelników na grząski grunt takiej konfrontacji.

2021-11-17

„Wilcza rzeka” Wioletta Grzegorzewska

 

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 27 października 2021

Liczba stron: 400

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,99 zł

Tytuł recenzji: Walka i obserwacja

Wioletta Grzegorzewska zabiera głos w pierwszej osobie. „Wilcza rzeka” to kontynuacja i uzupełnienie dotychczasowej twórczości pisarki. Loletka z „Guguł” oraz Wioletta ze „Stancji” spotykają się tu ze sobą i razem konfrontują z dojrzałą kobietą, która wspomnienia zręcznie łączy z gorzkimi doświadczeniami teraźniejszości. W tej książce Grzegorzewska jest nadal poetką i prozaiczką, ale przede wszystkim kimś na kształt reporterki na najtrudniejszym froncie – walki o przetrwanie, którą toczy wraz z dorastającą córką, kiedy pozbawione elementarnych środków do godnego życia chcą w tym życiu wciąż widzieć przygodę i twórcze wyzwanie. W warstwie dokumentalnej ta narracja jest po prostu wstrząsająca. Pisarka z takim dorobkiem artystycznym i nominacją między innymi do Bookera bez swojego własnego adresu, skazana na łaskę i niełaskę brytyjskiego systemu opieki społecznej, na samym dole społecznej drabiny i wciąż niepewna jutra, staje się czekającą na Godota i zbędną dla społeczeństwa osobą, która pozostaje w swojej walce o godne przeżycie kolejnego dnia samotna i opuszczona. To wszystko naprawdę jest niewyobrażalne. Tu nie ma miejsca na to, by poświęcić się pisaniu. Tu pisanie wynika z rozpaczliwej próby porządkowania i kategoryzowania faktów, rozliczania się przed samą sobą ze swych emocji, nadawania doświadczeniu granicznemu szerszego znaczenia. Ale metaforyzowanie życia u Grzegorzewskiej nie pozwala na to, by rozwijała się twórczo. Zanim zamknie się tę książkę i pomyśli o niej tylko jako o dokonaniu prozatorskim, warto pomyśleć, o czym ona jest naprawdę. I że stan egzystencjalnego lęku oraz niepewności towarzyszy wciąż w takim samym nasileniu komuś, komu należą się dom, stabilizacja, spokój i warunki do rozwijania kariery pisarskiej.

„Wilcza rzeka” to historia o tym, co to znaczy „zapamiętać świat przez swój własny filtr”. Filtr Grzegorzewskiej wyostrza. Zwraca uwagę to, w jaki sposób autorka zderza się z tymi elementami codzienności, które przestają być prozaiczne, zaczynają funkcjonować w kilku symbolicznych znaczeniach, a nade wszystko stają się opowieściami o niezwykłej wrażliwości na detale. W świecie, który niekoniecznie dostarcza adekwatnych bodźców do tego, by artystycznie opowiadać siebie. A jednak z tej niebywale gorzkiej historii wydobywa się świadoma artystka – kobieta w tym samym stopniu skupiona na deklaracjach i afirmacjach wyborów, co tkwiąca we własnym świecie czułości dla siebie oraz rzeczywistości, skąd przybywają do niej bodźce i wrażenia omijające przeciętnego człowieka.

Tak, to nieprzeciętna historia o szarości oraz trudzie życia w Wielkiej Brytanii. Mamy tu ludzi, którzy przegrali dużo albo wszystko. Czasem loserów, którzy nonszalancją zakrywają to, w jaki sposób cierpią z powodu niepowodzeń. Czasami są to osoby niegotowe na to, by pokazać światu swoją rozpacz, bo skryte w sferze własnego wstydu. Tu najciekawiej wyglądają sylwetki kobiet portretowane w trzeciej części książki będącej zapisem czasu, który autorka spędza w schronisku. A w nim ujawnia się czułość wobec innych kobiet. I choć przecież większość doświadczeń może nie być zbieżna, to Grzegorzewska doskonale odczytuje solidarność wykluczenia i samotności. W dużej mierze właśnie o tym będzie ta opowieść. Wykluczenie ma tu charakter systemowy i społeczny, ale „Wilcza rzeka” kreśli obraz wyobcowania polegającego na tym, że można żyć i odczuwać tylko coś wewnątrz siebie, bo otoczenie nie tyle atakuje, ile przede wszystkim staje się obojętne wobec cierpienia. Samotność Grzegorzewskiej jest zobrazowana na kilku poziomach. Zwłaszcza wtedy, kiedy autorka opowiada o tęsknotach. O tym, że coś traci bezpowrotnie (poczucie bezpieczeństwa w związku) albo czasowo (zaginięcia ukochanych zwierząt, które jednak wracają). Najmocniej jednak przemawiają do mnie te fragmenty, w których otrzymujemy bolesne opowieści o toczonej z codziennością walce, w którą angażuje się także ciało pisarki. Grzegorzewska stale i konsekwentnie opisuje to, jak reaguje jej organizm, co się z nią dzieje, jakie przypadłości stają się odpowiedzią ciała na udręczenie umysłu. Każdy niepokój i każdy rodzaj napięcia odbijają się na stanie zdrowia opowiadającej o tym, jak trudno zachować to zdrowie przede wszystkim w czasach powszechnej zarazy.

Bałem się narracji o pandemii, bo miałem wrażenie, że zaatakują nas właśnie teraz tak agresywnie jak sam koronawirus. Ale „Wilcza rzeka” taka nie jest. Być może dlatego, że realia pandemii w Wielkiej Brytanii bardzo wyraźnie wpływają na odbiór rzeczywistości, która się wykoślawia w swoich absurdach. Stan zagrożenia zobrazowany jest tu na dwa sposoby. Nieustanna gotowość do ucieczki i czujność wobec codziennych zagrożeń to jedno. Świadomość tego, że świat się boi, broni przed tym strachem i w ucieczce przed wirusem antagonizuje, doskwiera jeszcze bardziej komuś, kto chciałby w coś pewnego uwierzyć. Na przykład w to, że można polegać na służbie zdrowia. Uzyskać pomoc w trudnej chwili. Dać dorastającej córce pewność tego, że rzeczywistość jest trwała, a nie poszarpana jak przesył łącza wi-fi, które okazuje się nastoletniej Julce niezbędne do przetrwania w tym szalonym świecie zarazy.

To też książka o bezradności i jednoczesnej nieustępliwości wobec wszystkich przejawów życia, które mają w tę bezradność wtłaczać. Wioletta Grzegorzewska jawi się tu jako bardzo silna i zdeterminowana do walki o lepsze jutro – przede wszystkim dla swej córki – kobieta, która jednocześnie daje sobie prawo do bycia słabą, banalnie zagubioną i jednocześnie nietuzinkowo, poetycko zaangażowaną w te elementy świata, które przecież nie powinny przyciągać jej uwagi. „Wilcza rzeka” to piękna opowieść o tym, co tracimy codziennie, nie przyglądając się najbliższemu otoczeniu. Duże znaczenie ma tu specyficzna filozofia bliskości z wodą. Autorka poświęca temu żywiołowi sporo miejsca – jest to pewna odskocznia od tonu sprawozdawczości, ale przede wszystkim dowód na to, w jaki sposób Grzegorzewskiej udaje się funkcjonować w okrutnym świecie, który przestaje być taki, kiedy przyjmie się inną perspektywę.

Jest to również opowieść o miłości. Piękna i nietuzinkowa, choć opowiada o relacji w jakiś sposób niepełnej. Grzegorzewska chciałaby czegoś innego niż kontakty z ukochanym na odległość i kompulsywne skupianie się na tych nielicznych momentach prawdziwej bliskości. To odważna rzecz o tym, że zawsze mamy prawo kochać. Podobnie jak każdy z nas ma prawo do godnego życia. Tam, gdzie godność z różnych powodów jest jej odbierana, pisarka usiłuje odnaleźć namiastkę spokoju w tym, jak definiuje sobie różne dramatyczne momenty, i tym, w jaki sposób chce je zapisać w swojej pamięci. A w niej pojawiają się obrazy kreślone w poprzednich książkach. Wizerunki ludzi z najbliższego otoczenia, które ukształtowały małą Loletkę z „Guguł”. Jest więc charyzmatyczny ojciec, który po latach wzbudza różnego rodzaju lęki. Pamięć o nim ogranicza i momentami budzi trwogę. Bardzo mi się tu spodobała metafora ciężaru pawiego ogona. Ale z autorką są również wspomnienia bliskiej i odległej zarazem siostry, pełnej lęku o swe córki matki czy osadzonej w ograniczeniach katolickiej mentalności babki. Jest więc „Wilcza rzeka” także opowieścią o rodzinie, bo przecież najwyraźniejsze są tu te najbliższe postacie, które zastąpiły wspomniane wyżej, ale w żaden sposób nie dały autorce poczucia bezpieczeństwa w relacjach.

Ta książka to również bezkompromisowe ujęcie tego, w jaki sposób żyje się u boku przemocowego partnera. Jest tu w ogóle dużo o różnego rodzaju przemocy, bo to książka nie o możliwościach, lecz o ich braku wywołanym przez to, że ktoś ingeruje w los, narzuca ramy, zawłaszcza i jest gotów decydować o tym, co jest słuszne. Wioletta Grzegorzewska jest tu kronikarką takiego rodzaju bólu, który rodzi się nie tylko z jego oczywistego doświadczenia, z tej najbardziej oczywistej przemocy. W dużej mierze przemocowy jest wciąż świat, w którym musi ona funkcjonować. Chronić córkę i siebie. W tym wszystkim bardzo dużo pamiętać, bo gdy bacznie się słucha i obserwuje, to zabiera się w świat również doświadczenia innych poszkodowanych przez los. I jest to ostatecznie opowieść z bardzo otwartym zakończeniem. Świadectwo niewyobrażalnie gorzkiego losu artystki, która w swej tułaczce jest zdeterminowana, by nie poddać się prozie życia, a jeśli już – to opowiadać o niej jak świadoma pisarka, która dzięki wyobraźni i wrażliwości tworzy czasem alternatywny świat konieczny do tego, by unieść na barkach ten rzeczywisty. Tylko na takie tematy ma czas i możliwości. Poruszająca książka.

2021-11-15

„Piramidy dni” Daina Opolskaitė

 

Wydawca: Marpress

Data wydania: 15 listopada 2021

Liczba stron: 260

Przekład: Kamil Pecela

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 41 zł

Tytuł recenzji: Bliscy i oddaleni

Kiedy myśli się o tym, że o matkach, córkach, ojcach i synach napisano już naprawdę wszystko, pojawia się taka pisarka jak Daina Opolskaitė, która udowadnia, że o niepokojach tych relacji można opowiedzieć na trzynaście różnych sposobów. Bardzo mi się podoba to, że tym razem tytuł zbioru opowiadań nie jest po prostu tytułem jednego z nich, lecz wydobywa się z myśli bohaterki, która już sama w sobie w tekście „Madlena i ja” jest bardzo ciekawą figurą do interpretacji. Mnogość tez, przypuszczeń i możliwości odbioru tej książki jest w zasadzie nieograniczona. Litewska pisarka świetnie operuje półcieniami, umiejętnie buduje w wyobraźni czytelników rozmaite niejasności, ale przede wszystkim bardzo dobrze konstruuje tu napięcia wynikające z niedomówień. Za każdym razem doświadczamy tkwienia w atmosferze oczekiwania na coś jeszcze bardziej niepokojącego, być może złowrogiego. W każdym z tych tekstów czai się zarówno smutek, jak i niezapisana wprost determinacja, by w jakiś sposób od tego, co smutne, się odbić. „Piramidy dni” to opowieści, w których w zasadzie nie ma początku i końca, choć są tu opowiadania – jak „Dług” czy „Potop” – gdzie bardzo mocne zakończenie stanowi jednocześnie początek nowej, nienapisanej historii. Daina Opolskaitė chce opowiedzieć o tym, że w relacjach z najbliższymi ludźmi możemy być najbardziej rozpaczliwie samotni. A jednocześnie jest to książka, której motto stanowić może wypowiedź bohaterki „Tego, co prawdziwe”: „Człowiek sam dla siebie jest bez znaczenia”. Autorka przygląda się mu jednak w jego osobności. Powstają z tego niezwykłe historie, choć przecież niemal wszystkie osadzone w tak zwanym zwykłym i przewidywalnym życiu.

Bohaterowie wszystkich tych opowiadań mogliby powiedzieć to, od czego zaczyna swoją opowieść narratorka miniatury „Przez lód”: „Co się stało tobie i mnie?”. W tym dramatycznym pytaniu ukryta jest wielopoziomowa przestrzeń bardzo różnych światów przedstawionych, ale w gruncie rzeczy jednego żalu, jednej pretensji: o to, że naprawdę najtrudniej być jak najbliżej siebie. Mamy tu historie o tym, że ta bliskość może być absolutnie toksyczna, bo bohaterki „Koron” nie są w stanie znieść się pod jednym dachem. Z drugiej strony mamy opowieść o kompulsywnym zapełnianiu pustki w domu, kiedy poznajemy losy kobiety z opowiadania „Kraty”, która przygarnia białowłosego chłopca tak odmiennego od reszty dzieci i jej marzeń, by mieć przy sobie w domu dziecko. Opolskaitė portretuje sytuacje rodzinne nie do zniesienia i nie do wytrzymania – jak choćby we wspomnianym już „Potopie”. Z drugiej jednak strony dość przewrotnie portretuje tak zwaną szczęśliwą rodzinę, co dzieje się w tekście „Madlena i ja”.

Wyróżniająca „Piramidy dni” jest także impresjonistyczna dbałość o dekoracje. Odnieść można wrażenie, że o świecie natury litewska prozaiczka pisze z taką samą estymą, jak robią to wszyscy pisarze nordyccy. Piękno otaczającej przyrody skontrastowane jest zawsze z ludzkim niepokojem. Jednocześnie w świecie, w którym wiatr może mieć fakturę i zapach, mnożą się nieopisane, ale wyraźnie sygnalizowane niuanse tego, w jaki sposób oddalamy się od siebie, będąc jednocześnie w silnym związku z drugim człowiekiem. Opowiadanie „To, co prawdziwe” stanowi chyba esencję tego zbioru. Mamy tu bowiem pozornie trywialną i bardzo banalną historię dziewczyny, która pokochała pewnego motocyklistę, a ten odszedł zbyt szybko, zbyt niespodziewanie. Opolskaitė zwraca się ku banalności życia, oczywistości ludzkich pragnień i emocji. Ale wszystko stara się oddać w bardzo niezwykły sposób. Także wspomnianą śmierć, która towarzyszy również bohaterom innych tekstów.

Na przykład „Zmierzch” to pozornie historia życia spełnionego w relacjach z najbliższymi, ale naznaczonego tym, co najbardziej bezkompromisowe – przedwczesnym wyrokiem śmierci. Można dostrzec, że w „Piramidach dni” te śmierci stają się nieoczywiste, choć w sposób symboliczny także bardzo mocne, kiedy czytamy o tym, że ktoś jednak nadal żyje i funkcjonuje, ale z różnych powodów nie uznaje tego za życie. Najciekawsze jest niuansowanie, w jaki sposób związki stają się jałowe i przestają być satysfakcjonujące. U Opolskaitė oddalenia wynikają z różnych przyczyn. Także z tego, że weszło się w zbyt intensywny związek z własnym przeżywaniem swojej roli w tej ważnej relacji. Czasami bywa tak jak w opowiadaniu „Nigdy” – matka i żona ma ogromną potrzebę opuszczenia swojej rodziny, znalezienia się z daleka od niej, porzucenia życia naznaczonego tym, że wciąż trzeba być od kogoś w jakiś sposób zależnym. Ci bohaterowie, którzy decydują się na pełną życiową niezależność, również nie uzyskują satysfakcjonującego statusu życiowego. Myślę, że w całym tym drobiazgowym opowiadaniu o życiu, na którego szarości nie zwracamy uwagi, jest spora odwaga pisarska, aby poruszyć tematy tabu, kontrowersyjne z różnych powodów, ale jednocześnie za każdym razem oddające złożoność ludzkiej psychiki.

W „Brzmieniu przedmiotów” pojawia się jeszcze jedno ciekawe zdanie, które w pewien sposób niesie nas przez całą tę książkę: „Strasznie jest codziennie doświadczać nienasycenia bliskim człowiekiem”. Będą tu również historie tych, którzy chcieli za dużo, zbyt wiele, za bardzo intensywnie. Ludzi rujnujących relacje z powodu swej zaborczości. W ten oto sposób Opolskaitė proponuje czytelnikom kilka wątpliwości, kiedy ma się w wyobraźni i świadomości ukształtowaną jakąś konkretną definicję rodziny. W „Piramidach dni” rodzina to stałe niepokoje i wynikające z tego niedosyty – także emocji, których otrzymuje się albo za dużo, albo rozpaczliwie za mało, nie jest się świadomym swojej roli w rodzinie lub też tę rodzinę się kontestuje, myśląc o niej czasem jako o piekle. To również książka, w której pojawią się odcienie zawiści i zazdrości. Jest tu w zasadzie wszystko, co może podważać stereotypowy obraz rodziny. Bo i mamy do czynienia z pisarką, której daleko do stereotypu – choćby biorąc pod uwagę konstrukcję tych opowiadań. Jedne wtłaczają nas w sytuacje, których znaczenia nie możemy podjąć do końca, inne wyrzucają poza nawias, gdy nie możemy uczestniczyć w tym, czego doświadczają bohaterowie, a chcielibyśmy mimo wszystko być blisko tego.

Daina Opolskaitė bardzo dba o to, by jej subtelność językowa nazywała to, co jest bardzo trudne do nazwania, bo samo w sobie jest groźne, złe, wulgarne czy obcesowe. A jednak jest w tej książce niebywała dawka lirycznego piękna. Zwłaszcza gdy motywacje bohaterów stają się niezrozumiałe, a ich relacje z innymi ludźmi są w mroczny sposób enigmatyczne. Czasem coś oczywistego opowiedziane jest w bardzo nieoczywistej formie – jak w opowiadaniu „Wycieczka”. Są tu również teksty, które mogłyby być zalążkami świetnych powieści, jednak autorka całkiem świadomie trzyma się konwencji opowiadania i wie, dlaczego to robi.

Gdybym miał przyglądać się bohaterom poprzez płeć, to z pewnością dużo ciekawsze są dylematy i rozterki kobiet. Zwłaszcza matek. Symboliczny wymiar pojęcia matki jest u Opolskaitė bardzo ważny. Zupełnie inna matka otwiera ten zbiór opowiadań, a inna, będąca pozornie w tle rozważań narratora mężczyzny, zamyka książkę. Kobieta w roli matki jest tu wielokrotnie doświadczona najtrudniejszymi traumami albo pozbawiana pewności tego, że mimo wszystko sprawdza się w swojej roli. Tu też córki stają się matkami. „Piramidy dni” to opowieści osadzone w kilku pokoleniach, jednak tak samo intensywnie i sugestywnie portretujące powtarzalność pewnych dramatów. Uciekający od siebie lub innych bohaterowie nie zdają sobie sprawy z tego, że ucieczka jest tu pułapką. A wszystko opisane w taki sposób, że można odnieść dzięki Dainie Opolskaitė wrażenie, iż opowiadanie może mieć większą niż powieść moc sprawczą, więcej tworzyć w czytelniczej wyobraźni. Bardzo udany zbiór historii o tym, że w każdej relacji jesteśmy jeszcze bardziej nieoczywiści niż sami ze sobą i swoimi rozczarowaniami. Piękna opowieść o tym, za czym tęsknimy, i o samej istocie tęsknoty jako jednego z najważniejszych ludzkich doświadczeń.

2021-11-12

„Gdyby Nina wiedziała” Dawid Grosman

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 października 2021

Liczba stron: 320

Przekład: Magdalena Sommer

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Matki odchodzące

Analizujący nową powieść Dawida Grosmana próbują przekonać innych, że nie jest ona doskonała. Za bardzo teatralna, zbyt koturnowo dramatyczna, opowiadająca o emocjach za pomocą zbyt wysublimowanych środków wyrazu. Wcale się z tym nie zgadzam, bo wszystko, wobec czego stawiane są te zarzuty, jest w tej książce rozłożone w odpowiednich proporcjach. Gdybym sam miał szukać czegoś, co wydaje mi się mankamentem, byłaby to witalność i znakomite panowanie nad pamięcią oraz opowieścią o niej u dziewięćdziesięciolatki. To rzadkie, ale wiem, że możliwe. Zresztą autor tu nie zmyśla, opowiada prawdziwą historię. Dlatego nie przeszkadza mi to w odczytywaniu Grosmana jako pisarza znakomitego, który ani nie stara się szantażować emocjonalnie czytelnika, ani też w ucieczce od mielizn emocjonalnych nie czyni z „Gdyby Nina wiedziała” powieści patetycznej, sugerującej, że powinien się z nią zapoznać przede wszystkim czytelnik wymagający, specyficzny erudyta. Już na poziomie opowiadania historii autor jest naprawdę świetny. Z jednej strony można przeczuć i antycypować zachowania bohaterów, z drugiej jednak – wiele scen, a przede wszystkim dialogów rozpisanych jest w taki sposób, że podziwiać można tylko nietuzinkowe asocjacje, z których rodzi się opowieść ustalająca własne zasady gry z czytelnikiem.

Doskonałe jest tu budowanie całości przesłania za pomocą scen. W tym miejscu określiłbym zarzucaną utworowi teatralność jako zasadniczą zaletę. Jest sporo scen, w których symbol gra tak wieloznacznie, że czuje się pewien przesyt. Grosman wykazuje się zdolnością skłonienia czytelnika, żeby wyobraził sobie więcej, niż mógł się spodziewać. Kilka przykładów? Nowa kobieta ojca Rafaela, która próbuje zbliżyć się do tego młodego dzikusa robiącego użytek ze swoich zębów – znakomita scena budowania pierwszej bliskości w trakcie wspólnego rzucania kulami. Co dalej? Trzy kobiety z trzech pokoleń, które nigdy nie mogły być sobie bliskie, śpiące razem w jednym łóżku. Ponadto wspomniane już rozmowy. Prawie każdy dialog podkreśla tutaj niejednoznaczność relacji bohaterów, ale są one spisane w taki sposób, że ich intensywność wręcz poraża. Nawet kiedy jest to wymiana kilku zdań.

Najciekawiej „Gdyby Nina wiedziała” prezentuje się jako powieść o egzystencjalnej ucieczce. O pogoni za czymś, co jest niemożliwe, ze świadomością niemożliwości osiągnięcia celu. Grosman opowiada o kobietach, które pewnego dnia wychodzą z domu i pozostawiają swoje córki same. A potem jest to historia życia tych dziewczynek, jednej trzyletniej, drugiej sześcioletniej, które pozostają na zawsze ze swoim smutkiem i goryczą – nie dojrzewają, tkwią uwięzione w tym potwornym momencie porzucenia. Nie są w stanie ani zracjonalizować emocji po latach, ani też nadać im innych kształtów, kiedy oczekuje tego od nich dojrzałość i tak zwana życiowa zaradność. Najsilniej prezentuje się dla wyobraźni czytelnika ucieczka tytułowej Niny. Kompulsywna i pełna dramatyzmu, stająca się definicją całego życia. Być może to ona właśnie przykuła najbardziej moją uwagę, bo w desperackich próbach zapominania o przeszłości Nina schroniła się w zimnym minimalizmie Svalbardu. A ta przestrzeń nie pojawia się tu przypadkowo, gdy zorientujemy się, jak ważna jest opowieść Niny o wychodzeniu z mroku, oczekiwaniu na słońce, pragnieniu przemiany, satysfakcji ze zmiany.

Świetnie czyta się Grosmana wówczas, kiedy uświadomimy sobie, że to nie jest tak, iż powinnością matki jest kochać swoje dziecko. Społeczeństwo i kultura poddają ostracyzmowi każde zachowanie matki, która z różnych powodów nie może znaleźć w sobie miłości do dziecka albo takiej miłości, jakiej okazywanie miałoby dawać otoczeniu satysfakcję. Bo kiedy naprawdę zrozumie się pewne motywacje i działania, które niosą ze sobą mroczne konsekwencje, można odczytać tę powieść jak historię doznawania krzywdy za bycie w pełni sobą i ujawnianie prawdziwych emocji, tak często niewygodnych dla świata, równie często dla niego niemożliwych. W tym znaczeniu odsłanianie zagadek tej rewelacyjnej powieści obyczajowej będzie jeszcze ciekawsze, ale i wprowadzi dodatkowy dyskomfort. A Dawid Grosman umie dyskomfortowo ulokować swojego czytelnika wobec dylematów, które pozornie są czytelne, możliwe do rozwiązania.

Wera przeżyła piekło wojny i powojenny obóz resocjalizacji, w którym doświadczyła między innymi tego, jakimi potworami mogą być kobiety dla kobiet. Nina od zawsze ma do Wery pretensje o to, że ta ją porzuciła. Z tym bolesnym bagażem rusza w świat, niezdolna do odwzajemnienia niczyjej miłości – nawet mężczyzny, który byłby skłonny cały ten świat przemierzyć, aby tylko odnaleźć swoją ukochaną. Gili ma matce za złe odejście, ale jako jedyna z tych trzech naprawdę zaczyna być ciekawa motywacji działania i kontekstów, w jakich kobiety podejmowały krzywdzące innych decyzje. Rozpoczyna się opowieść o niezdolności do macierzyństwa w trzech pokoleniach. Historia matek, które pozostawiły w córkach emocjonalne ruiny. Grosman prowokuje już od początku, gdy w pierwszych zdaniach czytamy, że dla kogoś śmierć matki jest wybawieniem od cierpienia. Z różnych powodów Wera i Nina są bliskie odejścia. Gili jako jedyna może podjąć próbę uporządkowania przeszłości – by przestać nienawidzić matki nazywanej „suką” i zrozumieć to potężne odium, które odpychało Ninę od jej rodzicielki, zwłaszcza w geograficznym sensie, gdy bohaterka podejmowała próbę walki z samą sobą, walcząc również z przemierzaną przestrzenią.

Grosman opowiada o dwóch potężnych rodzajach miłości, które rozeszły się gdzieś innymi drogami i nigdy ze sobą nie spotkały. Dzięki temu zbudowana jest najważniejsza dramatyczna historia w tej książce. Ale „Gdyby Nina wiedziała” to również opowieść o dramatach drugiego planu, które chwilami ujawniają w tym pierwszym, jednak starają się unikać jawności i jednoznaczności. Bo Grosman chce opowiedzieć o bliskości miłości i nienawiści, ale także o tym, czym jest zderzenie intensywnej obecności w rzekomo bliskiej relacji z tym, w jaki sposób tę relację naznacza oddalenie. Tu prawie wszyscy bohaterowie czynią swoje życie trudnym przede wszystkim przez to, że zapadli się w jakieś emocjonalne doły. Wszystkich paradoksalnie zbliża wspólna wyprawa. Ma być wyprawą po prawdę. Dodatkowo nagraną, sfilmowaną przez Gili, którą nieszczęśliwy w miłości ojciec zaraził pasją rejestrowania obrazów – także przedstawiających to nieszczęście. Grosman proponuje zatem powieść drogi, w której oczekuje się na ekspiację, ale – jak wspomniałem – nie jest to narracja o jakimkolwiek łatwym do przewidzenia rozwiązaniu.

Co może zatruć życie ludziom w trzech pokoleniach? Czy toksyczne jest to, co się zrobiło i powiedziało, czy raczej przemilczenie tego i niesienie przez życie jak najbardziej dolegliwy z bagaży? Dawid Grosman opowiada prawdziwą historię, lecz stara się niuansować cierpienia jej bohaterek. Ale to nie tylko książka oskarżająca i pytająca o to, jak skomplikowaną istotą jest kobieta. Mamy tu kogoś, kto łączy wszystkie pokolenia, mężczyznę obserwatora i człowieka zranionego być może najboleśniej. Nie śmiałbym określać tego, kto cierpi w tej powieści najbardziej. Wiem natomiast, że to znakomite studium ludzkiego wyobcowania. Powieść o tym, że można milczeć i pogrążać się w coraz większej traumie. Albo zacząć o niej mówić z nadzieją na to, że pozwoli sobie odejść.

2021-11-09

„Alaska. Przystanek na krańcu świata” Damian Hadaś

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 13 października 2021

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Wielka Północ

Gdybym miał wybierać dwa amerykańskie adresy, pod którymi chciałbym się znaleźć, byłyby to Montana i Alaska. To, co najbardziej fascynujące w amerykańskim stylu życia, w moim odczuciu rezonuje najlepiej na odludziu. Dlatego tak mnie dodatkowo interesują wszystkie filmy o prowincji nakręcone w USA. Stan opisywany przez Damiana Hadasia ma oczywiście specyfikę mentalności tego wielkiego i dumnego kraju, od którego tę jego część dzieli Kanada, ale w książce poznamy alaskańską wyjątkowość dzięki temu, że autor wie, o czym opowiadać, by nie był to przewodnik udający reportaż. Obcowanie z tą narracją pięknie wzbogaconą zdjęciami to prawdziwa przyjemność, bo widać w niej, że Hadaś potrafiłby napisać coś więcej, ma ku temu zdolności. Opowieść o trzęsieniu ziemi i zagrożeniu tsunami czyta się jak dobrą książkę sensacyjną. Historię o psich zaprzęgach wiozących lekarstwo na błonicę – jak niezłą powieść przygodową. To, jak autor opisuje rosyjskie wyprawy na Alaskę przed wiekami, wygląda na całkiem dobry fragment prozy podróżniczej. A w tej różnorodności narracyjnej jest też miejsce na piękny impresjonizm, jak choćby wtedy, gdy Damian Hadaś próbuje nam opisać urok zimowego poranka. Językowo i stylistycznie „Alaska” jest tak samo różnorodna jak jeden z najbardziej działających na wyobraźnię stanów, w którym narrator usiłuje odnaleźć swoje miejsce.

Bo jest to opowieść o tożsamości i przynależności. Nieprzypadkowo autor rozpoczyna od zwrócenia uwagi na dylemat wewnętrzny: wciąż nie jest pewien, czy Alaska jest już jego domem, czy też ciągle tylko przystankiem. Nie sposób również nie zauważyć, że Alaska to imię jednej z miłości Hadasia. Druga nazywa się Elizabeth. Pojawiająca się tu pozornie przypadkiem i jakby w tle, jest jednak kimś, kto w dużej mierze odpowiada za to, kim staje się autor, jak kształtuje się jego wrażliwość i dzięki czemu wrasta on w miejsce, o którym chce opowiedzieć jak o przestrzeni spełnionego życia i wspaniale przeżywanej miłości.

Książka ma perspektywę punktową. Jest skrajnie subiektywna i nie należy poszukiwać w niej jakiejś hierarchii. Jak wspomniałem: nie jest komercyjnym przewodnikiem nastawionym na masowego czytelnika. Dwie rzeczy podobają mi się tu najbardziej. Po pierwsze, portretowanie peryferii i ukazywanie tego, jak alaskańska mentalność jest różnorodna, właśnie przez konfrontacje z małymi miejscowościami i jeszcze mniejszymi społecznościami. Hadaś jest bardzo wrażliwy na niuanse życia społecznego i pokazuje jednocześnie, w jaki sposób natura kształtuje ludzkie przyzwyczajenia oraz priorytety. Dlatego wielki stan zobrazowany został za pomocą małych ludzkich gromad i tego, co dla nich charakterystyczne. Ta polifonia wygląda w „Alasce” znakomicie. Dzięki temu ta książka jest bardziej wiarygodna, bo widać, że twórcy chodzi o to, by zwracać uwagę na niuanse, nie generalizować. Po drugie, Damian Hadaś doskonale rozumie, że aby opowiedzieć jakieś miejsce, należy się z uwagą pochylić nad jego historią. Wydarzenia sprzed lat i wieków uznaje za integralną część współczesnej opowieści o Alasce. Stąd też fragmenty wyraźnie sugerujące, że bez znajomości zdarzeń i procesów mających miejsce przed laty nie ujrzy się tego amerykańskiego stanu tak naprawdę.

Ta książka orbituje wokół kilku motywów. Pierwszym z nich, bardzo wyraźnie podkreślanym, jest motyw ludzkiej potrzeby ucieczki od tego, co uwiera w codziennym życiu naznaczonym funkcjami i obowiązkami, dalekim od egzystencji płynącej zgodnie z rytmem natury. Jego egzemplifikacją jest domek na odludziu pojawiający się tu w dwóch opowieściach: o dziadku i wnuczku zdeterminowanych, by przetrwać rok z dala od cywilizacji, oraz o małżeństwie w jesieni życia, które dba o swoje otoczenie z największą czułością i pracowitością, bo to ich prywatny mikroświat szczęścia, który musi czuć, że się go kocha. Na Alasce znajdują swoje miejsce różnego rodzaju eskapiści. Jest mowa o tym, że część z nich trafiała tam powodowana gorączką złota, a część w całkiem współczesnych czasach wzorowała się na kultowej już w zasadzie postaci młodzieńca decydującego się na wędrówkę zakończoną specyficznym celem – Magicznym Busem, którego wrak usunięto z miejsca, w którym spoczywał, tak jak usuwa się część zbędnych i niepotrzebnych wspomnień.

Kolejny istotny motyw to podążanie ku jedności ze światem natury. Hadaś nie tylko frapująco opowie o różnorodności przyrody – głównie fauny – Alaski. Zwróci uwagę na to, że ludzie nadzwyczaj chętnie i z niezwykłą elastycznością są gotowi przystać na warunki życia dyktowane przez świat przyrody. Że na Alasce symbioza z naturą to element filozofii i jest w tym głębokie wrośnięcie w tę niezwykłą przestrzeń – największy amerykański stan jest stanem, w którym żyje najmniej ludzi, zatem to oni siłą rzeczy muszą dostosować się do środowiska. I to jest w tym wszystkim najciekawsze, bo chodzi o sposób przedstawiania tej kwestii przez Damiana Hadasia.

Ostatnim ciekawym motywem jest ukazywanie, jak oryginalną i frapującą istotą może być człowiek pojednany z naturą i zapewne też z samym sobą. Wkraczamy w świat, w którym społeczności socjalizują się w sposób dla nas co najmniej ekscentryczny. Alaska to bowiem świat, w którym ekscytację wywołują wyścigi wychodków czy festiwal robaków lodowych. Miejsce, gdzie każdy dorosły może legalnie zapalić marihuanę i równie legalnie bez żadnego pozwolenia kupić broń. Miejsce, w którym obywatel otrzymuje gratyfikację finansową dlatego, że tu mieszka. Alaska widziana oczyma przybysza, który tak naprawdę staje się już lokalsem, jest ciekawą perspektywą zobrazowania tego, że w tym stanie z jednej strony żyją typowi Amerykanie, z drugiej jednak – portretowane społeczności mają w sobie jakąś magicznie absurdalną zdolność do tego, by zjednać sobie uwagę czytających. Dlatego Hadaś doskonale kusi tą książką, by zobaczyć ten niezwykły stan. Miejsce, gdzie człowiek i natura dogadali się w ciekawy sposób. Gdzie jednocześnie ścierają się, ale i uzupełniają. A w tej opowieści coraz więcej czytelniczego przekonania, że autor opowiada nam jednak o swoim ukochanym domu.

„Alaska” to również książka, której tło zostanie zapisane przez bardzo współczesne troski. Autor wyraźnie zaznacza, że portretowane przez niego miejsce uległo już okrucieństwu zmian klimatycznych. Jest także wspomniana pandemia, bo to ona odizolowała Alaskę od świata bardziej niż jej położenie geograficzne. Ale jeśli wierzyć Hadasiowi zabierającemu głos na końcu, być może bez bezkompromisowości doświadczenia pandemii tej książki w ogóle by nie było. Są w niej również kwestie wzbudzające niedosyt, jak opowieść o sytuacji rdzennych mieszkańców Alaski, o ich gorzkiej od rozczarowań przeszłości. Ale o tym być może niebawem porozmawiam z autorem, bo ta książka ostatecznie przekonała mnie do tego, że moją pierwszym amerykańskim celem podróżniczym będzie ten wielki i pełen kontrastów amerykański stan ognia, lodu, dużych zwierząt i niesamowitych ludzi.

2021-11-04

„Cisza w Pogrance” Marcin Pilis

 

Wydawca: Lira

Data wydania: 29 września 2021

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det.: 46,99 zł

Tytuł recenzji: Miłość i nienawiść

Pamiętam, że przed laty reportaż Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy” uczulił mnie na to, by nie spoglądać na katów oraz ofiary rzezi wołyńskich w kategoriach zerojedynkowych. Bałem się, że Marcin Pilis – poruszając temat tak trudny, wciąż elektryzujący opinię publiczną i jak żaden inny wciąż tonący w niedomówieniach i milczeniu – zaproponuje mi niewłaściwe uproszczenia, które ułatwią mu stworzenie przede wszystkim dobrej powieści obyczajowej. Nic takiego tu się nie dzieje i to najważniejszy atut „Ciszy w Pogrance”. Książki opowiadającej o fatalizmie przynależności, ale fantazjującej przede wszystkim o tym, czy można przynależeć do przemocy. To również narracja bardzo ciekawie łącząca historię miłosną z opowieścią o tym, jak dojrzewa wspomniana przemoc. Pilis połączył siłę uczucia pewnej ukraińskiej dziewczyny z siłą bezkompromisowego okrucieństwa. Pokazał ten związek w bardzo niejednoznaczny sposób, proponując nam opowieść o tym, jak silnie możemy jednocześnie kochać i nienawidzić. Ale „Cisza w Pogrance” to przede wszystkim rzecz o pamięci. Jedna z bohaterek zapisuje po latach: „Tu nie wolno pamiętać”. Autor wraca do miejsca doświadczonego przez wyjątkową formę szaleńczego bestialstwa. Chce opowiedzieć to miejsce i czas, dając swoim bohaterom również przestrzeń na ich osobiste dylematy oraz tragedie. Dlatego jest to powieść w najdrobniejszych detalach przemyślana. Sugerująca również to, co zaznacza Szabłowski we wskazanym reportażu. Nie narodowość i przynależność etniczna tworzą w człowieku skłonność do przemocy. Chodzi o to, jak łatwo można zbanalizować okrucieństwo i uznać, że może stać się przejawem bohaterstwa.

Połapa i Pogranka to dwie wsie, które doświadczyły już kilku lat wojennej opresji, ale nie są świadome tego, jaki rodzaj przemocy jeszcze może je czekać. „Dwie strażniczki swego losu”. Lustrzane odbicia problemów i radości codziennego życia Polaków i Ukraińców. Dwa miejsca tworzące swoistą jedność. Przestrzeń wzajemnego uzupełniania się i wspierania. „Każdy się tu zna” – twierdzi zacytowana wcześniej bohaterka. Czy na pewno? Czy tak zjednoczona w codziennym trudzie społeczność będzie w stanie ujrzeć rysy i pęknięcia, zauważyć moment rozpadu solidarności, nacjonalistyczne zapędy i idącą za nimi narastającą żądzę przemocy? Między tymi dwiema wsiami Marcin Pilis rozepnie most narracyjny, pokazując dramat rozpadu społeczności, a także opowiadając o tym, co musi się wydarzyć, by człowiek bez żadnych wątpliwości szedł zabijać drugiego człowieka.

Lokalny lekarz Zygmunt jest szczęśliwy, bo ma wspaniałą rodzinę. To Polak, który wziął ślub z Ukrainką. Troje dzieci jako świadectwa tej wyjątkowej relacji. Pilis portretuje dwie siostry, które patrzą w podobnym kierunku i tam też lokują swoje młodzieńcze uczucia – przede wszystkim żarliwą miłość, która spala bohaterkę niczym lipcowe słońce wszystkie wołyńskie pola i wioski. Ale jest jeszcze ktoś. Chłopczyk, którego oczami oglądamy świat przemocy i rozpadu. Podoba mi się ten sposób tworzenia wstępu do portretowanej później grozy. To, w jaki sposób wkracza ona we wskazaną wyżej przestrzeń, obserwujemy oczyma dziecka. Chłopca, który ma swoją specyficzną wrażliwość, w chłopięcy sposób wierzy w to, co mu imponuje, i z dziecięcą niefrasobliwością uczestniczy w zdarzeniach, których wagi nie jest w stanie zrozumieć. Mały Bogdanek. Ten, który ślad pierwszej przemocy w wiosce, czyli stary radziecki czołg, traktuje jak wielki skarb. Ten, który zafascynowany kroczy u boku starszego kolegi – doświadczonego i pewnego siebie, uczestniczącego w czymś dla Bogdanka ważnym i czymś, do czego chłopiec sam chciałby mieć dostęp, chciałby stać się częścią tego. „Dobry mały banderowczyk” – tak określają bohatera ci, którzy są gotowi wykorzystać jego przywiązanie i ufność. Symbolicznie funkcjonujący w tej powieści chłopiec z drewnianym karabinem jest niesamowicie ważny dla całej struktury powieści. Tu zło wpełza tam, gdzie w niewinny sposób chce się z nim kontaktu. Bez świadomości tego, co może przynieść, czym jest. To dziecko rozdarte między lojalnością do starszego kolegi będącego autorytetem a przywiązaniem do rodziny, którą ktoś chce skrzywdzić, najmocniej i najdosadniej podkreśli, jak perfidna i jak jednocześnie gładko wdzierająca się w ludzką świadomość może być przemoc. Ta, która na zawsze zmieniła mentalność i krajobraz Wołynia.

Podziwiam czułość, z jaką Marcin Pilis opisuje okrucieństwo. Są w tej powieści fragmenty liryczne i dające specyficzną odskocznię od świata zła, w którym coraz głębiej się zanurzamy, toniemy. Choćby pełen wrażliwości opis Dmytra „zatrzaśniętego” w głowie Marysi. Jedna z sióstr pokocha ukraińskiego chłopca miłością najprostszą i najsilniejszą. Tymczasem opozycją miłości zostanie tu strukturalna, budowana od podstaw nienawiść. O niej również mówią fragmenty wyjątkowo czułe, jakkolwiek dziwnie może to określenie zabrzmieć. Autor „Ciszy w Pogrance” wprowadza nas w świat przeżyć swoich bohaterów stopniowo. Obrazuje rzeczywistość patriarchalnego porządku, religijnej gorliwości, świat pozornie nieskomplikowany, a przy tym naznaczony jakimś fatum. Kiedy zacznie mieć znaczenie, jaką narodowość się reprezentuje, miłość i nienawiść połączą się u Pilisa w piekielnym tyglu. I wszystko w tej opowieści będzie skażone tym, co rodzi się między jednym a drugim – przemocą, od której nie będzie już ucieczki.

Ta powieść zadaje – wprost i w najbardziej oczywisty sposób – kilka zasadniczych pytań o istotę danej narodowości. Czy naród buduje się na przelanej krwi? Czy fundamentem narodu mają być trupy, o których zapomina się, bo uznano, że są jedynie sposobem osiągania ważnego celu, a nie celem samym w sobie? Czy naród można ukształtować, zaczynając od wyrachowania i przebiegłości? Czym była w 1943 roku idea Wielkiej Ukrainy? „Zabawą rozpalonych chłopców”, którym ojcowie wyjaśnili świat w taki sposób, że szli zabijać bez żadnej wątpliwości? Marcin Pilis sugeruje kilka odpowiedzi na pytanie o to, co fascynowało w korowodzie bestialstwa i przyciągało do niego, jednak stara się niczego nie sugerować wprost, a swoich bohaterów skonfrontować przede wszystkim z pamięcią o okrucieństwie. Bo w dużej mierze jest to książka o tym, jak łatwo możemy ulec zapałowi przemocy i jak szybko o niej zapominamy.

„Cisza w Pogrance” to nie tylko epitafium dla zgładzonej społeczności. To mocno wybrzmiewająca opowieść o dramacie ocalenia. O tym, w jaki sposób okrutne wspomnienia i świadomość utraty mogą zmieniać życie, nie pozwalać mu toczyć się potem normalnym torem. Jest w tej książce bohaterka, która wyjątkowo silnie po latach przeżywa tragedię nazywaną wciąż na nowo, określaną przez nowe konteksty, doświadczaną jako źródło wstydu i opresji. Ale jest też wiele niejasnych stron tych samych wydarzeń, które Pilis umiejętnie odsłania aż do dramatycznego zakończenia. W takiej konstrukcji powieści i w jej przesłaniu bardzo łatwo o szantażowanie emocjonalne czytelnika. Marcin Pilis, pisarz bardzo dojrzały w portretowaniu zarówno pojedynczych scen, jak i szerszego ujęcia danego problemu, doskonale wie, jak zachować proporcje, by książka nie była ani zwyczajnym wyciskaczem łez, ani opowieścią prostego oburzenia. Mnogość linii interpretacyjnych tej powieści czyni z „Ciszy w Pogrance” rzecz o tożsamości. O tym, że buduje się ją dzięki pamięci. O tym, że w sytuacji najbardziej skrajnej emocjonalnie i najsilniej kształtującej naszą tożsamość zawsze pozostaniemy sami. Mocna i przejmująca książka.