Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 15 lipca 2026
Liczba stron: 416
Przekład: Joanna Sugiero
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 59,90 zł
Tytuł recenzji: Ku wolności
To rodzaj książki, który normalnie nie wzbudziłby choćby odrobiny mojego zainteresowania, jednak zdecydowałem się na przyjemny reset mózgu – tym bardziej że ta literatura środka napisana jest naprawdę niezłym językiem. Nic nie dzieje się tu przypadkiem, a każde zdarzenie jest naturalnie wyjaśnione ze szczegółami. Wszelkie wątpliwe w swych konsekwencjach działania bohaterów również otrzymują szeroki narratorski komentarz. Laura Barrow napisała klasyczną powieść do omawiania na spotkaniach członkiń – bo zwykle są to kobiety – mniejszych lub większych klubów książki, co podkreśla na końcu, proponując swoim odbiorczyniom listę pytań albo kwestie do rozważenia, gdyby przypadkiem jakieś wątpliwości lub pytania nie przyszłyby im do głowy po lekturze.
„Gdy odnajdziemy drogę” odstręczała mnie już samym tytułem. Ale przyciągnęła świetnym zabiegiem związanym z muzyką. Duchem tej powieści, niepokornym i będącym punktem odniesienia dla działań bohaterek, jest duch młodo i tragicznie zmarłej wokalistki Patsy Cline. Zwykle czytam książki w ciszy, ale tym razem zrobiłem wyjątek – i polecam tę zabawę tym, którym książka wyda się w końcu zbyt miałka, banalna i przewidywalna. Asocjacje, jakie otrzymujemy dzięki czytaniu i słuchaniu konkretnego singla piosenkarki, którego tytuł uzupełnia dany rozdział, są bardzo ciekawe, bo uplastyczniają tę narrację dużo lepiej niż słowa. I tak na przykład można sprawdzić, która piosenka Cline została dobrze dopasowana do danego fragmentu powieści, a dźwięki której niekoniecznie się sprawdzają w tym miejscu narracji, przez które ma prowadzić.
Zatem muzyka i inspiracje. To, co tu najciekawsze, to nie historia głównej bohaterki, lecz retrospekcje w formie listów: opowieść o życiu jej babki, miłości do muzyki Cline, tęsknocie za tą jedyną w swoim rodzaju gitarą, o założeniu zespołu muzycznego, spełnianiu marzeń i o małżeństwie, które w oczach wnuczki było idyllą, choć Effie nie rejestruje zbyt szybko, że to drugie małżeństwo, a pierwsze było koszmarem. Jej małżeństwo również takie jest. Pełna witalizmu i przepełniona muzycznym optymizmem babka jest dla niej kimś, kto prowadził niedoścignione spełnione życie. Effie po blisko dwóch dekadach stoi na skraju rozwodu i niczego, co do tej pory osiągnęła, nie może nazwać spełnieniem marzeń. Najwyżej uciechą z prostych rzeczy, które przynoszą ciepło i poczucie przywiązania do nich.
Tak jak Lola wzięła się w garść wiele lat temu, gdy Patsy Cline odpisała wreszcie na jeden z jej listów, tak tuż przed rozwodem weźmie się w garść matka trójki dzieci. Wszystkie okoliczności losu sprzysięgają się przeciwko niej, a przynajmniej Effie tak uważa. Laura Barrow robi ze swojej bohaterki taką troszkę słodką idiotkę, ale w dużej mierze tworzy kobietę, która jest być może naiwna, lecz nie jest głupia. Wyciąga wnioski z bieżących wydarzeń, analizuje przeszłość, by nie popełniać tych samych błędów, i przede wszystkim wpatrzona jest w niezwykłą biografię swojej babki, która – w przeciwieństwie do przeżywającej różne rozgoryczenia matki – konsekwentnie i stanowczo szła w kierunku spełnienia marzeń.
Tak, Barrow napisała jedną z tysięcy książek o prostych i chwytliwych przesłaniach. Żyj i niczego nie żałuj. Bądź dla siebie dobra. Podążaj w kierunku marzeń bez względu na to, ile to kosztuje. Bądź spełniona dzięki temu, że jesteś sobą. I bądź sobą zawsze, bo wtedy staniesz się silniejsza. Tak to mniej więcej można streścić, choć amerykańska pisarka stara się, żeby na to nie wyglądało. Dlatego do powieści wprowadza czynnik transcendencji. Główna bohaterka podczas operacji w klinice chirurgii plastycznej przeżywa coś w rodzaju śmierci klinicznej. A potem… coraz częściej zdarzają się momenty, kiedy jej świadomość podąża specyficznymi ścieżkami, a Effie zaczyna widzieć duchy. I naturalnie z nimi rozmawiać. Co – także naturalnie – będzie miało swoje konsekwencje.
Nie wiem, który czynnik tej raczej sztampowej narracji o poszukiwaniu kobiecego szczęścia powoduje, że czyta się tę książkę z ciekawością do końca: obecność muzycznej ikony mocno niedocenionej po swej śmierci czy te pojawiające się duchy, które uzupełniają to, co odbiorca mógłby sobie wyobrazić, ale mimo swojego dydaktyzmu są po prostu czymś oryginalnym i rozwijają fabułę w ciekawym sposób. Poza tym nie ma u Barrow wiele. Jest kobieta na krawędzi i tak układające się wydarzenia, że Effie szybko od tej krawędzi się odsunie. Oczywiście problemy bohaterów tej książki nie obejmują finansów czy zdrowia, aczkolwiek jego stan w przypadku seniorki generuje sporo problemów, a ostatecznie znacząco wpływa na kształt zakończenia.
Wszyscy tu pozornie mają wszystko, lecz praktycznie każdy gdzieś coś ważnego zgubił. Czy to zdrowy rozsądek, czy potrzebę przynależności. Ale amerykańskie problemy typowych mieszkańców Kansas czy Teksasu są do bólu nudne. Mamy rozwód w toku wywołany rzecz jasna niewiernością męża, który wybiera dużo młodszą partnerkę. Mamy klasyczną amerykańską psiapsi, która rzuci wszystko i wszędzie, byle tylko pomóc swojej najbliższej koleżance. Jest również lustrem, w którym ta druga się przegląda, i kategorycznie ocenia zdradę małżonka tej, której poświęciła tak wiele miłości i dobrego serca; bo Effie oczywiście zasługuje na to, by ktoś jej odpłacił dobrocią serca. Co jeszcze? Jest motyw podejmowania pracy po latach bycia gospodynią domową, są dzieci wkraczające w tak zwany trudny wiek, niejasne losy rozwodu, ale przede wszystkim dużo mówienia wciąż o tym samym, tyle że za każdym razem innymi słowami.
Dialogi zdecydowanie nie są mocnym punktem tej powieści, ale ich rola w fabule już tak. To, co powiedziane głośno, zdaje się po raz pierwszy istnieć naprawdę. To, co ukryte w sercu, zostaje zwerbalizowane i otrzymuje specjalną moc. Brakowało mi tu jeszcze jakiejś efemerycznej istotki ze skrzydełkami, która magiczną różdżką rozwiązuje problemy, ale Barrow postanowiła się sama w kogoś takiego zabawić. Efekt jest zabawny. A ja dzięki tej książce poznałem kawał dobrej amerykańskiej muzyki z przełomu lat 50. i 60. ubiegłego stulecia. Szkoda tylko, że pisarka nie pomogła mi odnaleźć tej właściwej drogi. Uświadomiła jedynie, że amerykańskie pisarki w przeciwieństwie do polskich są naprawdę dobre w tworzeniu literatury środka. Unikają jak ognia jakiejkolwiek martyrologii, a w tym gatunku to niezwykle cenne. Opowieść dynamiczna, ciekawie poprowadzona, do zapomnienia w ciągu tygodnia, ale pozostawiająca jednak jakieś ślady – przede wszystkim muzyczne, bo innych śladów artystycznych dokonań raczej tutaj nie znajdziemy.
---
Jeśli spodobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ







