2024-05-17

„Nie ma co” Mahsa Mohebali

 

Wydawca: Wydawnictwo GlowBook

Data wydania: 1 maja 2024

Liczba stron: 184

Przekład: Aleksandra Szymczyk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 40 zł

Tytuł recenzji: Szukając spokoju

Nie znam zbyt wiele irańskich książek, choć dzięki takim pisarkom jak Szarnusz Parsipur czy Goli Taraghi miałem przyjemność zaobserwowania, jak daleko w głąb ludzkiej psychiki sięgają irańskie prozaiczki, dzieląc świat przedstawiony swoich książek na doświadczenia płci. Parsipur feminizowała, Taraghi koncentrowała się bardziej na zobrazowaniu egzystencji wspólnotowej widzianej z perspektywy mężczyzn. Tymczasem Mahsa Mohebali nie koncentruje się na podziale na płcie, choć oczywiście kobiecość jej głównej bohaterki będzie tu miała znaczenie, wiążąc się przede wszystkim z doświadczaniem opresji. „Nie ma co” to narracja zupełnie inna niż te książki z Iranu, które do tej pory przeczytałem. Powieść niebywale dynamiczna, skondensowana i napisana w taki sposób, że należy do kategorii nieodkładalnych. Zwłaszcza że doświadczanie tej lektury będzie tym bardziej intensywne, im swobodniej podąży się za konstrukcją książki: kalejdoskopowym przebiegiem zdarzeń jednej doby, które tak przykuwają uwagę, że – jak wspomniałem przed chwilą – w zasadzie nie da się tej powieści odłożyć. Szczególnie że to jedna z tych interesujących narracji, których punkt ciężkości znajduje się w ostatnim, a nie pierwszym zdaniu. Jest to gorzka historia wyobcowania w wielkim mieście połączona z opisem fascynującej topografii Teheranu – miasta różnorodności, okrucieństwa i deficytów.

Tym podstawowym dla Szadi jest głód narkotykowy. Być na głodzie to być w stanie trudnej do zdefiniowania, lecz o wiele trudniejszej do zniesienia egzystencjalnej pustki, którą niekoniecznie ma wypełnić zdobycie upragnionej używki. Bo wydaje mi się, że Mahsa Mohebali opowiada przede wszystkim o ludziach, którzy przekonani są, że sens i porządek ich życia ma zostać zapewniony przez zdobycie czegoś, zaspokojenie jakiejś wewnętrznej bolesnej potrzeby. Skąd się ona bierze? Z braku oczywiście. Szadi brakuje tego, co pozwala jej osiągnąć namiastkę spokoju, jednak w jej otoczeniu życie innych ludzi pośród deficytów emocji, rzeczy, doświadczeń, tęsknot czy spełnień jest w zasadzie tak samo intensywnie gorzkie. Mohebali wychodzi od akcentowanej mocno perspektywy jednostkowego doświadczania rzeczywistości, w której punktem wyjścia jest bycie członkiem rodziny, gdyż portretowane wielkomiejskie oblicze Iranu to przede wszystkim silne, choć często toksyczne więzi między bohaterami, a te najsilniejsze (i najbardziej toksyczne) mogą się zrodzić pośród najbliższych sobie ludzi, przywiązanych do siebie często tradycją lub społeczną normą.

Zatem Szadi jest częścią swojej rodziny i niezaprzeczalnie nigdy nie przestanie nią być, ale to właśnie wychodząc z rodzinnego domu i ruszając w spektakularną miejską odyseję rozpoczynającą się kroczeniem po dachach samochodów stojących w korku, zaczyna być bardziej wyraźna dla czytelnika, bo odrywa się od kontekstu, oczywistych powiązań, naturalnych skojarzeń. Szadi rusza w kierunku piekła Teheranu, by uwolnić się od piekła rodzinnego. Od przemocowej atmosfery, w której marzy tylko o jednym: by nie słyszeć już nigdy krzyku. Nie jest w stanie zagłuszać go, uciekając w modlitwę jak matka. Nie jest w stanie określić swojej silnej pozycji między jednym bratem, który jest śliczny, a drugim, którego ohyda rozpisana jest tu w zupełnie nieoczywisty sposób w porównaniu z podkreślaniem fizycznego piękna. Szadi staje się nomadką, wychodząc z domu w bardzo symboliczny sposób i w niezwykle szerokim znaczeniu słowa „wychodzenie”. Jej domem stanie się ulica, a celem – podróż sama w sobie, gdyż zorientujemy się bardzo szybko, że Mohebali nie chce nam zaprezentować jakiejś przewidywalnej i zawikłanej dla samej formy opowieści à la „Trainspotting”. W tej powieści ważna będzie bohaterka, za którą podążamy, ale również, a może przede wszystkim relacje, jakie nawiązuje lub próbuje nawiązać z innymi ludźmi.

Bo Szadi to uciekinierka, poszukiwaczka, przepełniona tęsknotą i goryczą samotniczka kompulsywnie pragnąca jakiejś przynależności, która zdejmie z niej część odpowiedzialności za samą siebie. Jak narkotyk ma rozluźnić i spowodować, że nie będzie się czuło na barkach największego ciężaru – własnej egzystencji. „Nie ma co” świetnie wychodzi od kameralnej historii do fascynującej panoramy tętniącego życiem miasta. Ta książka charakteryzuje się wspaniałą dynamiką, która powstaje dzięki temu, że jedno zdarzenie wyłania się z kolejnego, a wszystkie związane są z jakąś ludzką aktywnością. Albo nadaktywnością wywołaną przez krzywdę i niesprawiedliwość.

Perspektywa opisu jest zmienna, lecz zasadniczo widzimy, że główna bohaterka to bardziej obserwatorka, nie możemy zbyt głęboko sięgnąć do jej wnętrza. Mahsa Mohebali pisze jednak w taki sposób, że dostrzec można bardzo wiele, kiedy widzi się jakąś postać jedynie w zarysie. To nie jest powieść o opisywaniu doświadczenia, lecz przede wszystkim o samym doświadczaniu mnogości bodźców, pośród których te związane z kilkoma rodzajami przemocy są punktowane najmocniej. Jest to również przewrotna historia tego, jak bardzo silnym i jednocześnie bezradnym można być wobec zbyt wielu bodźców i doświadczeń. Szadi chciałaby spokoju i zrozumienia. Nie ma pojęcia, co otrzyma w zamian, ruszając w drogę ku upragnionemu spokojowi, który ma zostać zapewniony przez narkotyk.

Bardzo cenne jest to, że tłumaczka, Aleksandra Szymczyk, w każdym istotnym momencie stara się nam przybliżyć irańskie tło danego zdarzenia, opowieści albo rozmowy. Bo z jednej strony to przecież uniwersalna opowieść o tym, jak uciekamy przed tęsknotami i jak tęsknimy za tym, by przestać uciekać, jednakże „Nie ma co” to współczesny Iran, którego opis skoncentrowany jest na tkance miejskiej, w której nieustannie odbywają się jakieś rewolucje, przewroty, pełne gniewu lub bezradności zwroty akcji – niektóre kameralne jak próba samobójcza, inne spektakularne jak zachowania tak zwanych stróżów prawa na ulicach Teheranu. Jest w tym wszystkim pewien chaos kompozycyjny, gdy przypisy stają się w niektórych momentach zbyt liczne, jednakże oderwanie od rytmu prozy Mohebali chwilami ułatwia zrozumienia tej opowieści. Stąd uzupełnienia tłumaczki osadzone w taki sposób, jakby chciały wyciszyć czytelnika podążającego za wciąż niespokojną bohaterką w pełnym niepokoju świecie, w którym nieustannie coś się niebezpiecznie zmienia, przekształca.

„Dlaczego dziś wszystko idzie nie tak?” – pada pełne rozpaczy i rezygnacji pytanie, ustalając jednocześnie symboliczną przestrzeń do interpretacji tej niewielkiej powieści. Bo przecież wszystko rozgrywa się w krótkim czasie, wszystko jest pulsującym „teraz” i wszystko sprawia wrażenie, jakby pojawiało się i po chwili (choć po części tak się dzieje). Jednakże Mahsa Mohebali tą swoją fatalistyczną teraźniejszością pokazuje także, że jest to pokłosie tego, co już się w społeczeństwie irańskim wydarzyło, i tego, co może się wydarzyć, a czego nie chce antycypować Szadi, gdyż dla niej z kilku powodów bezpieczniej jest skupić się na odbieraniu „tu i teraz”. Myślę, że odczytania tej książki mogą być równie liczne jak liczba kieszeni w spodniach głównej bohaterki. Jednak trzeba przyznać, iż bez względu na sposób oddziaływania na wyobraźnię czytających, a potem kształtowania jej i wzbudzania ciekawości, widać tutaj stylistyczną, formalną i strukturalną spójność. Dynamika jest jednocześnie i przejaskrawieniem, i dość konkretnie widocznym egzystencjalnym cieniem opowieści o ludzkiej samotności. Ale także o rozedrganiu i niepokoju, które egzemplifikowane są opisami stanu organizmu głównej bohaterki. Można też stawiać sobie pytanie: co w tej książce jest w ruchu, a co przeraźliwie zatrzymane? Mocno przykuwająca narracja o trzęsieniu ziemi, które z tego rzeczywistego zamienia się w roztrzęsienie wewnętrzne. Mohebali to mistrzyni psychologii detalu. Umiejętnie odbiera oddech i wie, że nie można zwolnić, bo nie da się opowiedzieć wszystkiego bez zintensyfikowania zdarzeń. Świetna lektura na jeden pełen emocji wieczór.

2024-05-13

„Wszyscy mieli w dupie, co się stało z Carlottą” James Hannaham

 

Wydawca: Wydawnictwo Cyranka

Data wydania: 28 marca 2024

Liczba stron: 376

Przekład: Maciej Świerkocki

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Powrót

James Hannaham udowadnia dwie rzeczy. Po pierwsze: jest mistrzem przykuwania uwagi samym tytułem książki. Czegoś tak dobrego jeszcze nie widziałem, choć przeczytałem naprawdę sporo książek, które przyciągnęły mnie właśnie tytułami. Po drugie: amerykański prozaik doskonale wie, że za tym, co chwytliwe, powinna stać jakość, bo czytelnika sporego segmentu współczesnej literatury z USA można bardzo łatwo wyprowadzić w pole tytułem. Tymczasem ta książka nie zawodzi także jako przemyślana, brawurowo skonstruowana i przede wszystkim bardzo dobra literacko struktura. Od czasu lektury „Tortilla Flat” Johna Steinbecka nie śmiałem się tak gromko i aż do łez, a jednocześnie mam świadomość, że przeczytałem jedną z najsmutniejszych książek w swoim życiu. Hannaham proponuje przede wszystkim pełną dynamiki, wzruszeń i dramatów opowieść o ludzkiej tożsamości. Ale pokazanej w taki sposób, że czyta się tę historię z niezmiennym przekonaniem, iż o człowieku wciąż można jeszcze napisać coś, co będzie nowe, odkrywcze, nieznane i przede wszystkim zmuszające do głębszej refleksji.

„Jestem po prostu Carlottą. To wszystko, co mam”. Te dwa zdania definiują nie tylko główną bohaterkę, niezwykle łączącą w sobie szorstkość, gniew, wrażliwość i melancholię. To ogólna wykładnia powieści: mamy tylko swoją tożsamość, której zgłębiania w zasadzie nikt nie jest ciekaw, a która domaga się dostrzeżenia, bo przecież świadome ludzkie istnienie to także współistnienie z otaczającym je światem. Zatem Carlotta jest sobą, lecz także tym, kim widzi ją otoczenie i w jaki sposób na nią reaguje. Ten świat wokół jest barwny, pełen dźwięków, zapachów, przesycony różnorodnością, autor zaś potrafi ją podkreślić dzięki perspektywie opowieści. Oto bowiem główna bohaterka po dwóch dekadach wraca do rodzinnego Nowego Jorku, a konkretnie do Brooklinu, otrzymując od losu szansę ujrzenia świata ponownie, a być może po raz pierwszy naprawdę bardzo wyraźnie. Bo Carlotta jest przecież przestępczynią. Złą osobą, którą państwo skazało na lata więzienia, stygmatyzując już na zawsze. Człowiekiem, którego amerykański system karny wciąż deprecjonował, nie myśląc o jakiejkolwiek formie wsparcia. I kiedy Carlotta wychodzi na wolność, musi zapewnić to wsparcie sobie sama. Straumatyzowana w więzieniu niesie w sobie niejedną mroczną tajemnicę. Ale tajemnicą jest przede wszystkim to, kim Carlotta jest naprawdę. Albo kim się stała, bo odbywanie kary w więzieniu paradoksalnie dało jej wolność.

Tu pojawia się zasadniczy problem: jak o tej książce dalej pisać, by nie zepsuć czytelnikowi przyjemności, którą rujnuje opis wydawniczy. Na szczęście przeczytałem go dopiero po lekturze i innych zachęcam do tego samego. James Hannaham pokazuje, jak wyjątkowym jest pisarzem, łącząc opowieść o wyobcowaniu jednostki izolowanej społecznie oraz przesyt, ekshibicjonizm (symboliczny na wielu poziomach) oraz ekspresję amerykańskiego społeczeństwa, które nieprzypadkowo świętuje właśnie rocznicę dnia, gdy ich kraj ogłosił niepodległość. To powieść z mocno zarysowanymi diagnozami społecznymi, a także kameralna historia o tym, jak absurdalnie i boleśnie niewidocznym można być w tak zwanym wolnym świecie. Gdzie jeden ma szansę, by stać się gwiazdą, a drugi pozostanie nikim. I co zrobić, kiedy z różnych powodów jest się właśnie tym „nikim”. A to przecież opowieść o tym, że się jest. Być zatem nikim? Niemożliwe.

„Jestem tutaj! Zauważcie mnie” – myśli sobie Carlotta, odwiedzając sklep, ale wyrażona tymi dwoma zdaniami myśl pobrzmiewa w każdym rozdziale, a w zasadzie w każdej części, bo tak nazwał składowe swojej powieści Hannaham. Bohaterka po latach konfrontuje się z najbliższymi, którzy w rzeczywistości nigdy nimi nie byli. Z przyjaciółką, wobec której trudno być szczerą, skoro przez lata było się nauczaną nieufności. Zderza się jednak przede wszystkim z tym nowym, nieznanym jej światem. Z miejscami, które kiedyś były oswojone i jej własne, a teraz przerażają obcością. W tym wszystkim znakomicie poprowadzona narracja, językowo oddająca to, z jak wieloma emocjami konfrontuje się bohaterka powieści. To również historia ze znakomitymi postaciami drugiego planu. Najbardziej iskrzy w niebanalnej relacji pomiędzy skazaną przebywającą na zwolnieniu warunkowym a jej kuratorką, która ma zdecydować, co dalej z niepokorną podopieczną. Jej opisy tworzą dwie świetne sceny tej powieści. Bo Carlotta nauczyła się w więzieniu pokory, ale jest również niepokorną czarną owcą, której nikt nigdy nie okazał pełnej akceptacji. Czerń symbolicznie wyeksponowana jest tutaj zresztą z całą swoją mocą: chodzi o kolor skóry, o czarny humor, o ten egzystencjalny mrok, z którego Hannaham próbuje wydobyć swoją bohaterkę. A właściwie opowiedzieć jej człowieczeństwo jako bycie cieniem. Stąd też moja refleksja, że ta książka ma nie tylko znakomicie dobrany tytuł, ale również okładkę.

„Wszyscy mieli w dupie, co się stało z Carlottą” to powieść stworzona – co już zasygnalizowałem – ze scen. Część z nich przypomina skecze. Wszystkie są bardzo filmowe. Plastyczne i niesamowicie działające na wyobraźnię. Na zawsze zostaną ze mną tańce bohaterki, która uświadamia sobie, że wreszcie może pląsać w wolnym świecie, mimo że nikt jej w tym świecie w zasadzie nie zauważa. Przeszkolona, by po wyjściu z więzienia hamować wszystkie negatywne emocje i nie dawać im żadnego ujścia; wie od dziecka, co to znaczy pacyfikacja jej potrzeb, gdyż w tym latami znakomita była choćby jej matka, która teraz z powodu choroby nie poznaje Carlotty. Bo przecież nikt nie pamięta jej takiej, jaka wraca do świata, do którego jedynie otworzono jej drzwi i nie wskazano, którędy podążać dalej. Hannaham opowiada jednocześnie o osamotnieniu, ale i wielkiej wewnętrznej sile stanowienia. O tym, jak trudno jest być po prostu człowiekiem z silną osobowością. A także o tym, jak trudno takiej osobowości odnaleźć się w świecie. Świecie proponującym właściwie wszelką różnorodność, a jednak sprawiającym, że odmienność Carlotty bywa dla niej opresyjna. Stąd ten mocno i znakomicie ironiczny obraz tętniącego różnorodnym życiem miasta, które staje się jednocześnie bardzo skomplikowanym labiryntem. I nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co czeka w nim bohaterkę, czyli po części stajemy się nią samą. A w związku z tym nie dołączamy do „wszystkich” z tytułu. I najpiękniejsze jest to, że Hannaham na kartach swojej prozy daje nam znakomitą lekcję empatii. Dlatego „Wszyscy mieli w dupie, co się stało z Carlottą” to powieść wzruszająca na kilka sposobów. I myślę, że jedna z ciekawszych książek tego roku – wcale nie ze względu na swój tytuł.

2024-05-09

„Co widziała Matka B. Opowieści z Barda” Tomasz Karamon

 

Wydawca: Wydawnictwo Dowody

Data wydania: 22 kwietnia 2024

Liczba stron: 250

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 51 zł

Tytuł recenzji: Ludzie i opowieści

Ten reportaż to znakomity przykład tego, w jaki sposób miłość do danego miejsca oraz fascynację nim można wyrazić w formie przykuwającej uwagę książki. „Co widziała Matka B.” to przede wszystkim rzecz o perspektywie. Tę naczelną i najważniejszą ujawnia sam tytuł. To, co cenne u Tomasza Karamona, to umiejętność swobodnego przechodzenia między stylami i formami opowieści. Najbardziej spodobało mi się tu fabularyzowanie notatek historycznych. Ale są inne rodzaje narracji: klasycznie w przypadku tego gatunku literackiego wywiad, jak również monolog skierowany do oprawcy, a także ciekawe historie opowiadane w pierwszej osobie liczby pojedynczej. W tym wszystkim oczywiście najważniejsza jest Matka Boska Bardzka. Najstarsza drewniana rzeźba w Polsce, o której wiele można przeczytać w Wikipedii. A po tej lekturze warto sprawdzić, co z tym informacjami zrobił Karamon i w jaki sposób stworzył dziennik zdarzeń, pośród których kryją się sugestie dotyczące tego, w co, w jaki sposób i przede wszystkim dlaczego wierzą ludzie. To po części historia o naszych wiecznych tęsknotach do transcendencji i czasami rozpaczliwych próbach uporządkowania chaosu realnego życia poprzez wiarę w jakąś pozaziemską sprawczość. Przede wszystkim jednak świadectwo tego, jak wiele serca Tomasz Karamon ma do dolnośląskiego miasteczka Bardo i z jaką czułością potrafi opowiadać nawet najokrutniejsze historie związane z tym regionem.

Bardo określa się w Internecie mianem Miasta Cudów, ale jest to również opowieść o egzystencji jako cudzie. Autor punktuje cztery istotne kwestie: życie, umieranie, stan po śmierci i odrodzenie – i to na nich się koncentruje. Dlatego jego opowieści w bardzo uporządkowanej strukturze (wielbiciele linearności w literaturze faktu będą zachwyceni) są właśnie wykreowane w takich czterech wymiarach: opowiadają o intensywnych przejawach życia, o tym, co potem umarło, o pozostałościach po tym procesie, ale także o legendzie, czyli formie odradzania się danej historii. Bo sporo jest tu opowieści właśnie o charakterze legendy, w innych zaś funkcja mitotwórcza akcentowana jest pewnymi detalami. Dlatego też warto czytać ten reportaż z wyczuleniem na szczegóły. Nie jest to po prostu zbiór opowieści o miejscu, które fascynuje Tomasza Karamona.

Zanim wejdziemy w tekst, ujrzymy mapę. To ona jest w zasadzie prologiem tej książki. Warto postawić sobie potem pytanie, ile map tworzy tutaj autor, jakiego rodzaju one są i która wydaje się najciekawsza. Moją uwagę najmocniej przykuła mapa mentalna związana z tym, w jaki sposób ludzie przenoszą swoje niepokoje, troski, żale i okrutne doświadczenia w rejon zapominania o nich, a w jego centrum znajduje się tylko, a może aż drewniany posąg ze średniowiecza. Obserwujący w milczeniu wszystko, co dzieje się wokół. Mający faktyczną moc sprawczą albo przynajmniej przypisaną przez lata i usankcjonowaną dzięki zbiegom okoliczności oraz wierze religijnej. Jako ateista czytałem ten reportaż z jeszcze większym zainteresowaniem, bo ciekawe było dla mnie nie tyle to, co się wokół figury Matki Boskiej Bardzkiej rozgrywało, lecz to, czego ona sama nie nazywa jako niema obserwatorka: sposób, w jaki ludzka świadomość racjonalizowała sobie to, co nieracjonalne, a także porządkowała chaos, nadawała znaczenia wydarzeniom być może bez znaczenia. Posąg, który przetrwał tyle wieków, konserwowany i konsekrowany, jest punktem wyjścia opowieści o tym, jak bardzo jesteśmy ciekawi tego, czy poza otaczającą nas rzeczywistością istnieją we wszechświecie inne, magiczne siły.

Chronologia „Co widziała Matka B.” pozwala spojrzeć na losy miasteczka i okolic od czasu, kiedy pewien rycerz złamał tam nogę, do okresu, w którym komunistyczne służby bezpieczeństwa brały pod lupę działania duchownych mające na celu koronację posągu, nadanie mu wyjątkowego znaczenia. Tymczasem wyjątkowo brzmi to, w jaki sposób Karamon łączy skomplikowane ludzkie historie z mniej skomplikowaną, lecz zawsze silną wiarą w to, że wokół panuje dobra aura zawsze wspierająca w każdym trudzie. I jest tu sporo opowieści miejscami anegdotycznych, kiedy mowa o tym, jak ważna okazała się w historii miasteczka rola pierników, piwa czy… epidemii cholery. Autor stara się stworzyć barwną kronikę dziejów, bo przecież sam posąg jest barwny i wyjątkowy. Otwiera się tu dyskusja na temat tego, w jaki sposób i kogo literacko może on inspirować. Nieprzypadkowo wspomniano o utworze Olgi Tokarczuk. Jednak najważniejsza jest tajemnicza charyzma figury, która przygląda się temu, jak bardzo zmienia się świat i jak zupełnie tacy sami są wciąż w tym świecie ludzie.

Ten żywioł kilkunastu opowieści to też literackie świadectwo tego, że przemijanie jest nieuchronne, ale pamięć pozwala zatrzymać to, co odchodzi. Dlatego „Co widziała Matka B.” to dowód istnienia pomimo odejścia. Ożywiania wszystkiego poza samą figurką. Początek tego reportażu to relacja, jak profesjonalnie konserwuje się posąg. Potem jest znacznie ciekawiej, albowiem czytamy o tym, w jaki sposób konserwują się ludzkie pamięć, mentalność, a przede wszystkim emocje. Bardzo ciekawy jest kontrast przemijania i czegoś stałego, bo zasadniczo wiek oraz kondycja Matki Boskiej Bardzkiej także są tutaj istotne.

Czego jest w nadmiarze? Być może szczegółów topograficznych, ale doskonale rozumiem, że to jest opowieść Tomasza Karamona o miejscu dla niego najważniejszym, w którym każdy element, każde miejsce mają swe znaczenie. Zwłaszcza gdy zmieniają nazwy lub kształty. Bo przecież okolice opisywane przez autora doświadczyły kilku form destrukcji i dramatycznego końca. Nie mam tu na myśli tylko czegoś tak spektakularnego jak pożary czy wspomniana wyżej epidemia. To jest piękna historia o wskrzeszaniu i sytuowaniu we właściwym miejscu: opowieści związanych z danym miasteczkiem, ale i miasteczka, którego tożsamość określają przede wszystkim barwne opowieści.

Autor zastanawia się na wstępie, co miałaby do powiedzenia Matka Boska Bardzka, skoro cała narracja koncentruje się tylko na tym, co mogła zobaczyć, bo to jest po prostu możliwe do opisania. Mam wrażenie, że to nieśmiała próba zabrania głosu za nią przy jednoczesnych staraniach, aby nie przytłoczyć tego reportażu intensywnością miłości samego Karamona do miejsca, o którym opowiada. Bo choć to świadectwo niezwykle silnego kontaktu z tą okolicą, sam autor usuwa się tu jednak w cień. Nie jest to egocentryczna historia o miejscu, które w mniemaniu twórcy powinno wszystkich zainteresować ze względu na osobę opowiadającą. To bardziej filozoficzna i historyczna próba ujęcia tego, jak bardzo złożona była rzeczywistość doświadczana w pewnym miejscu na Dolnym Śląsku, który przynależał do różnych ludzi i państw, ale zawsze był miejscem, gdzie jedno było pewne: wiara w sprawczość niezwykłego posągu.

2024-05-06

„Złodziej bólu” Jarosław Kamiński

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 24 kwietnia 2024

Liczba stron: 424

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 59,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje i miłość

Wiem, że po „Tylko Lola” Jarosław Kamiński nie może napisać lepszej powieści, gdyż wspomniana jest dla mnie arcydziełem i nieprzypadkowo uznałem ją za książkę roku 2017. Ale wiem też, że chyba jako jedyny polski prozaik współczesny tak twórczo i fascynująco przekracza granicę płci, pisząc o kobietach jako wyzwaniach, zagadkach, problemach, wątpliwościach. Wszystko znakomicie niuansowane, bo Kamiński nie opowiada o kobietach w żaden osobisty sposób. Najnowszą powieść z „Tylko Lola” łączy pozornie kilka elementów. Mamy skomplikowane biografie kobiece z wątkiem dziennikarskim w tle i mamy ten ponury czas, który tak monumentalnie określają trzy wielkie litery, a który dla Jarosława Kamińskiego jest nadal źródłem wielu inspiracji, bo i PRL, i kobieta są absolutnie fascynujące, wieloznaczne i warte uporczywego wracania do nich. Dlatego pisarz wraca. W bardzo ciekawej formie. Z intrygującym narratorem, którego opisują cztery kategorie poznawcze, a za nimi ma stać dyletantyzm. Bo przecież stary biały heteroseksualny mężczyzna nie ma prawa opowiadać takiej historii, jaką opowiada „Złodziej bólu”. A to właśnie człowiek określony tymi czterema słowami przez wieki usiłował definiować i wyjaśniać świat. Myśląc o przewrotnym eseju Rebeki Solnit, myślę również o tym, jak autoironiczna jest tu figura narratora. A także o tym, że Jarosław Kamiński z całym swym pisarskim dorobkiem jak mało który mężczyzna ma prawo tworzyć literaturę o kobietach, bo robi to po prostu znakomicie.

Warto zwrócić uwagę, że jest to również pisarz nietworzący „na akord”, w który to komercyjny tryb dali się wciągnąć świetni polscy prozaicy i niekoniecznie wyszło im to na dobre. Dlatego na nową powieść znowu musieliśmy poczekać. Trudno mi będzie dokładnie wypunktować, dlaczego warto było czekać, ale wiem jedno: opowieści Kamińskiego są dojrzałe i bardzo dobre literacko prawdopodobnie dlatego, że autor z niczym się nie spieszy. Dostrzec to można również w koncepcji „Złodzieja bólu” – intrygująco odsłaniane są kolejne karty kilku zazębiających się tutaj historii, a sama postać narratora staje się ciekawa przede wszystkim dzięki wzbudzaniu w czytelniku ambiwalentnych emocji i uczuć.

Jeśli miałbym jeszcze na wstępie wspomnieć o jakimś formalnym aspekcie tej powieści, z pewnością byłby to trafnie dobrany tytuł, który nawet sam w sobie, bez kontekstu, brzmi wyśmienicie, a nabiera głębi, gdy zorientujemy się, że jest pewną figurą retoryczną, dzięki której Kamiński chce zasugerować, czym jest literatura tak w ogóle. Tu po raz kolejny będziemy mieli do czynienia z przykładem bardzo dobrej powieści współczesnej, choć pozostawiającej w lekkim niedosycie w porównaniu z „Tylko Lola”, ale to wynika jedynie z tego, o czym wspomniałem wcześniej. „Złodziej bólu” jest książką opowiadającą o bólu właśnie w taki sposób, aby nie stać się narracją mroczną, fatalistyczną. Stara się imitować rzeczywistość, a jednocześnie zaznaczać, jak złożona może ona być na granicy dwóch mentalności, systemów społecznych i politycznych przechodzących jeden w drugi. Przede wszystkim zaś pokazuje, jak atrakcyjnie opowiedzieć o miłości. Tak, to książka o miłości i o tym, czy na nią zasługujemy, a jeśli się przydarzy – czy umiemy z tego naprawdę skorzystać. Powieść o fascynacji – także erotycznej i seksualnej – dwóch kobiet, która opiera się na wyraźnie sugerowanych, ale również pięknie niuansowanych w tle kontrastach.

Agnieszka jest młodą antysystemową działaczką, która gotowa jest zaryzykować wiele, by uświadomić światu, jak bardzo do niego nie przystaje. Może nie tak wiele jak jej przyjaciel, którego wstrząsająca historia nakłada się na wątek główny z sugestywną siłą, Ale też jest skłonna wiele poświęcić. Nie wie tylko, że najwięcej w imię miłości. Tymczasem przygląda się światu z perspektywy studentki filozofii i przez pryzmat tych wszystkich starych, białych i heteroseksualnych mężczyzn, którzy usiłowali ująć świat w swoje definicje. Kiedy profesor podczas egzaminu, nawiązując do Hegla, daje Agnieszce do zrozumienia, że często zmiana polega na tym, że zmieniamy paletę pozorów, pośród których żyjemy, w tych słowach zamyka się jedno z ciekawszych przesłań „Złodzieja bólu”. Książki o pozorowaniu, ale i wychodzeniu naprzeciw stagnacji, trwaniu w pozorach. Namiętna relacja Agnieszki z przybyszką z tego lepszego świata określanego jako Zachód stanie się punktem wyjścia do snucia przynajmniej trzech historii o tym, co to znaczy strząsnąć z siebie pozory i czy po tym wszystkim życie nie jest rodzajem walki z samym sobą. Znaczący jest również kraj, z którego przybywa Bianca – na początku po prostu pracodawczyni Agnieszki, potem ktoś zupełnie inny.

„Trzeba wiedzieć, po co się żyje, prawda?” – te słowa kieruje do Agnieszki milicjant służący jedynemu słusznemu systemowi; i nie chodzi już nawet o ironiczną gorycz tego pytania w ustach bohatera, który pyta. Wydaje mi się, że w taki sposób Jarosław Kamiński oddaje wahania i wątpliwości wobec ustroju, w którym rodzi się coś nowego, ale nie każdy jest przekonany, że zmiana będzie słuszna. I tak jak rozłamuje się PRL, a w jego miejsce wchodzi dwuznacznie tu postrzegana Solidarność, tak w pozornie uporządkowanym życiu młodej buntowniczki oraz jej buncie sprecyzowanym i mimo wszystko określonym pewnymi granicami zaczną się otwierać nowe drogi: wędrówki, myślenia, uczuć. Wszystko stanie się dużo bardziej skomplikowane, niż zapowiada to zarys historyczny i socjologiczny „Złodzieja bólu”. A mimo wszystko Kamiński konsekwentnie i uparcie pisze o tej miłości, o której napisano już przecież wszystko. Niekoniecznie z takiej perspektywy, z taką wrażliwością i z taką umiejętnością łączenia świetnej obyczajowej literatury środka z traktatem filozoficznym oraz z elementami fascynującego szkicu socjologicznego o tym, że nikt nas nigdy nie widzi naprawdę, bo widzi w zawężających i krzywdzących kontekstach.

Można czytać nową powieść Kamińskiego także jako inicjacyjną historię o tym, co to znaczy szanować samego siebie i w tym szacunku być zgodnym z własnym sumieniem. Jest dużo o miłości i nie ma jej mrocznej antynomii, czyli nienawiści, co szalenie mi się podoba, gdyż autor pisze o wyjątkowo ponurym czasie i zdecydowanie skomplikowanych emocjach, jednakże nie zabiera nas w ten okrutny rejon bezkompromisowych rozwiązań, które na przykład sam proponowałem w swoich „Winnych”, którym Jarosław Kamiński napisał dobre słowo na okładkę, a jednocześnie podczas spotkania autorskiego powiedział, że jest zmęczony tak przeraźliwie smutnymi historiami. Dlatego w „Złodzieju bólu” smutek, gorycz i boleść rozczarowania pięknie komponują się z umiejętnym, świadomym postrzeganiem świata jako pola do rozpoznania samego siebie, a nie toczenia walki „świat kontra ja”. To powieść mimo złożonej problematyki przede wszystkim chyba najbardziej pogodna w twórczości Kamińskiego. Jest także misterną narracyjną układanką, w której język staje się jednym z bohaterów książki.

Kiedy Agnieszka podsumowuje swoją relację z PRL-em, wypowiada znamienne słowa: „Żyjemy równolegle”. To wraca nie tylko w scenie, w której funkcjonariusz SB cytuje Allena Ginsberga, to wraca przez cały czas, kiedy zdamy sobie sprawę z tego, że „Złodziej bólu” to powieść o równoległościach, które są stworzone przez to, że z różnych powodów unikamy konfrontacji. Agnieszka i Bianca zderzą się ze sobą w jednym uczuciu. To intrygujące, w jakich kierunkach z tym samym uczuciem prowadzi je później Jarosław Kamiński. To niezwykle ciekawe: po raz kolejny przekonywać się, że są w polskiej literaturze mężczyźni, którzy doskonale wiedzą, iż kobieta zawsze jest dużo ciekawszą bohaterką literacką. Zwłaszcza od starego białego heteroseksualnego mężczyzny. Świetna językowo, koncepcyjnie i przede wszystkim atrakcyjna w opowiadaniu o zróżnicowaniu ludzkich emocji książka. Taka, na którą można było dłużej poczekać i czytać teraz z ogromną satysfakcją.

2024-04-30

„Ostatni” Maciek Bielawski

 

Wydawca: Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Data wydania: 25 lutego 2024

Liczba stron: 488

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Męczący tłum

Zmęczyła mnie ta książka. I postawiła przed nie lada problemem, bo w zasadzie nie wiem, jak o niej opowiedzieć. Maciek Bielawski umie pisać, to nie ulega wątpliwości. Widać to zarówno w języku, jak i w przemyślanej kompozycji powieści. Wątpliwości wzbudza jedynie to, że na blisko pięciuset stronach autor postanowił imitować codzienne życie Polaków w tak zwanym średnim wieku, zamiast literacko to życie ubarwić, zmetaforyzować, skomplikować, uczynić atrakcyjnym w jakichś niejednoznacznościach. Jest bardzo dobrze warsztatowo, a jednak ta narracja męczy. Może dlatego, że jest za poprawnie, zbyt oczywiście? „Ostatni” to opowieść o licznych bolączkach i problemach grupy kumpli, którzy są – jakże to częste we współczesnej literaturze polskiej pisanej przez mężczyzn – samcami z krwi i kości, a samo podejrzenie, że syn jednego z nich może być gejem, wzbudza poważny niepokój nawet w ojcu tolerancyjnym wobec różnorodności seksualnej. Wiem doskonale, że to, o czym wyżej wspomniałem, to ironiczna figura literacka autora, który kreuje swój świat przedstawiony niezwykle świadomie, ale ta powieść jest naprawdę momentami bardzo nużąca. Bohaterowie wikłający się w problemy i prezentowane przez Bielawskiego życiowe komplikacje mają być odzwierciedleniem tego, jak wyglądało życie w Polsce w ciągu minionych lat. Jest to tylko lustro. Mogłoby być krzywe zwierciadło. Albo cokolwiek innego, byle w jakiś sposób intrygującego. W zasadzie to nie wiem do końca, jakie miałbym oczekiwania, ale to, co przeczytałem, czytałem już w innych książkach dziesiątki razy.

Na przykład dialogi. Autor bardzo dobrze umie je pisać, a to paradoksalnie rzadka umiejętność u twórców współczesnych książek o Polsce. Zarówno te dynamizujące akcję, krótkie i rwane, jak i te obrazujące coś na kształt dysput światopoglądowych – są stworzone bez zarzutu, jednak traktują o sprawach tak oczywistych, że naprawdę nie potrzeba kolejnej powieści, by dowiedzieć się, że mężczyźni rozmawiają o motoryzacji, starzeniu się, związkach czy o tym, co ich denerwuje albo zachwyca, bo to wszystko słyszy się na co dzień i wszędzie, po co kolejna książka na ten temat? Oddać trzeba „Ostatniemu” sprawiedliwość: zawiera kilka naprawdę świetnych scen, jak chociażby opis łóżkowej kłótni czy obserwacje jednego z bohaterów czynione przy kasie w supermarkecie. Tam jest rzeczywiście literatura, tam są dynamika, nieoczywistość i tak formalnie skonstruowany przebieg zdarzeń, że te fragmenty czyta się z przyjemną świadomością, jak bardzo czujny i trafny w obserwacjach socjologicznych potrafi być Bielawski i jak dobrze przekształca to w prozę. Skoro pojawiają się takie miejsca, tym bardziej jestem rozczarowany resztą pełną truizmów.

Są to tylko krótkie przebłyski w narracji, która przede wszystkim niepotrzebnie się dłuży. Rozumiem koncepcję podzielenia tej książki aż na dziesięć części, ale nie rozumiem, skąd w autorze przekonanie, iż opowiadanie o losach tych akurat przyjaciół z dawnych lat będzie jakoś wyjątkowo zajmujące. Najpierw pojawiają się tak szczątkowe zarysy psychologiczne postaci, że przy trzeciej albo czwartej części nadal musiałem sprawdzać w notatkach, kim jest dany bohater i co na jego temat zostało już powiedziane. Maciek Bielawski konsekwentnie uzupełnia sylwetki swych postaci, dodając w mniej lub bardziej zasadny sposób postacie drugoplanowe. Na drugim planie są kobiety, choć przynajmniej jedna z nich, żona Marcina, jest dużo ciekawsza literacko niż cała reszta sympatycznych męskich bohaterów. Kobiety są tu również lustrami, w których przeglądają się mężczyźni Bielawskiego, widząc wtedy siebie w niekorzystnym świetle: takimi, o jakich chcieliby zapomnieć. Wszyscy chcą zapomnieć o wielu sprawach. W zasadzie nikomu się to nie udaje.

Motywem przewodnim „Ostatniego” jest zakład albo gra wychodząca naprzeciw rutynie i ponurości codziennego życia facetów, którzy decydują się na założenie funduszu bankowego, gdzie będą wpłacać pieniądze, a ten, który pozostanie przy życiu najdłużej, będzie mógł wziąć cały hajs. I teraz pojawia się zasadniczy problem, gdy czyta się dalej o tym, jak każdy z nich wiedzie codzienne życie. Mamy czekać, aż wszyscy poumierają? Czytać w przekonaniu, że za chwilę jeden wpadnie pod tramwaj, drugi dostanie zawału, a trzeci zginie w wypadku samochodowym? Tymczasem nie dzieje się zupełnie nic. Pozostają jedynie opowieści. Tak, Bielawski stworzył książkę, która na nich się opiera. W nich ma ukryć się pozorna oryginalność „Ostatniego”. Poza perypetiami jąkającego się i mało asertywnego Ryśka, który jest terroryzowany przez sąsiada, nie ma tutaj historii naprawdę przykuwających uwagę.

Można sobie wybrać ulubionych bohaterów i czytać o ich losach ze szczególnym zainteresowaniem. Tu – w znaczeniu literackim – dodatkowo najbardziej atrakcyjny jest Rysiek, jednak nie będę zdradzał dlaczego. Mnie blisko było również do alkoholika Olka, którego życie staje się równią pochyłą, natomiast pozostali bohaterowie w mniejszym lub większym stopniu zlewali się w jakąś ponurą całość. W męczący tłum. Bielawski zapewne wie, że na przykład anglojęzyczne powieści panoramiczne z licznymi bohaterami są zwykle bardzo atrakcyjne literacko (tu na myśl przychodzi mi w pierwszej chwili twórczość Bernardine Evaristo). Jednakże zaproponowane przez niego punkty wyjścia oraz kolejne odsłony problemów jego mężczyzn są po prostu kolejną słodko-gorzką opowieścią o tym, jak trudno żyć pośród polskich absurdów i nie możemy w nich zobaczyć niczego ciekawego nawet okiem Jacka, który przybywa do kraju po dłuższej nieobecności i którego perspektywa mogłaby być wartościowa, odkrywcza.

Jestem bardzo znużony książkami o Polsce i Polakach, zwłaszcza tymi, które posługują się antynomiami, ponieważ opowiadają perypetie bohaterów po czterdziestce, którzy są na wiele rzeczy za starzy, na równie wiele za młodzi, a ich sytuacja życiowa to powód do mało odkrywczych wniosków oraz obserwacji socjologicznych, które poczyniono już setki razy i setki razy o tym napisano. Wiadomo, że zawsze wiarygodniej uwypukla się pewne konkretne problemy, kiedy portretuje się zbiorowość, która w nich utknęła. Zazwyczaj to atrakcyjna literacko perspektywa opowieści. Tylko po co kolejny raz opowiadać Polskę, którą wszyscy znamy? Obowiązkowo z pandemią oraz rosyjsko-ukraińską wojną w tle. To jest też trochę taki literacki dydaktyzm, bo w jednej scenie fotograf Michał patrzy na zdjęcie i kategorycznie stwierdza: „To jest Polska”. Owszem, wszyscy ją widzimy codziennie, dlaczego Maciek Bielawski uznał, że to mógłby być nadal atrakcyjny literacko temat?

2024-04-25

„Walentynka” Elizabeth Wetmore

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 6 marca 2024

Przekład: Hanna Pasierska

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Do wzięcia

Od czasu „Syna” Philippa Meyera nie czytałem tak dobrej amerykańskiej powieści o Teksasie. Obmyślonej w taki sposób, by właśnie Teksas był jednym z głównych bohaterów. Można byłoby powiedzieć, że nawet najważniejszym. Rozpisane przez Wetmore dramaty rozgrywają się w miejscu, które samo w sobie jest dalekim, zapomnianym przez świat marginesem. W gorącym piekle Teksasu to przede wszystkim miejsce wydobycie ropy naftowej czy hodowla bydła ustalają rytm codziennego życia robotniczej ludności. Tu dobrze czują się tylko kojoty, skorpiony, grzechotniki. Tu wiatr nie kojarzy się z wolnością, lecz z brzemieniem, bo jest tak samo gorący jak wszystko w tym miejscu, z którego właściwie nie sposób się wydostać – poza granicę stanu udało się wyjechać tylko kilku bohaterkom tej wstrząsającej powieści. Każda za to przekroczyła inną granicę. Ujrzała za nią siebie z innej strony.

Bo to opowieść o tym, że na amerykańskich bezdrożach pośrodku niczego dzieje się właśnie bardzo dużo. Dzieje się przemoc. Przede wszystkim seksualna, ale i każdy inny jej rodzaj, gdyż w Teksasie przemoc systemowo określa granica płci. Mężczyzna może sobie brać. Kobiety są do wzięcia. Tymczasem to właśnie kobiety są u Elizabeth Wetmore silne, zdeterminowane i nawet w chwilach słabości czy niepokoju gotowe do walki o siebie i swoje prawa. Prawa do nietykalności oraz poszanowania godności. „Walentynka” to opowieść o zgwałconej na pustyni nastolatce meksykańskiego pochodzenia, w której historię bardzo ciekawie wplecione zostają losy innych dziewczynek i kobiet. To, co się wydarzyło, ale przede wszystkim konsekwencje tego wydarzenia, w świecie przedstawionym przez Wetmore staje się kanwą opowieści o solidarności i niezwykłej sile samostanowienia. Opowieści o córkach, które za wcześnie stały się matkami. O matkach, które nie potrafiły ochronić swoich córek. Ale także o tych gotowych na wszystko, by dziewczynek nie spotkało to, co przytrafiło się młodziutkiej Meksykance, ofierze nie tylko zaborczego i przemocowego mężczyzny, ale przede wszystkim systemu, w którym zaborczość ta jest sankcjonowana, i świata, w którym nawet sąd jest miejscem, gdzie liczy się przede wszystkim to, co mówią mężczyźni.

Autorka „Walentynki” oddaje głos tym, które w latach siedemdziesiątych minionego stulecia go nie miały. Albo nikt ich nie słuchał. Albo słuchając, po prostu lekceważył. Główną postacią staje się nie pokrzywdzona Gloria, lecz bojownicza Mary Rose – kobieta, na której farmę dociera półżywa nastolatka zdeterminowana na tyle, by uciec swemu oprawcy. Stygmatyzowanie kobiet ma tu wiele wymiarów. To nie tylko te do wzięcia, do wykorzystania. To przede wszystkim te z różnych powodów dostosowujące się do porządku społecznego, w którym hierarchia wartości opiera się przede wszystkim na tym, jakiej jesteś płci, jakie masz możliwości, co możesz powiedzieć lub zrobić. Wetmore tworzy swoją książkę, opowiadając o kobietach, których losy łączą się w zaskakujący sposób. To bardzo poruszająca historia o rozmaitych obliczach macierzyństwa. Od matki gotowej zrobić absolutnie wszystko dla swojego dziecka po tę, która swoją córkę porzuca, wyjeżdżając. W końcu jedyne, co można uczynić, by zaznać lepszego życia, to opuścić Teksas. A jest on tutaj symboliczną klatką. Przestrzenią, w której kobiety muszą przetrwać, a mężczyźni po prostu robią, co uważają za słuszne.

To, że przetrwała, z ust swojego wuja słyszy zresztą Gloria, dla której dotychczas znany świat się właściwie skończył, a konturów innego nie jest w stanie nawet dojrzeć. Czy skrzywdzona nastolatka będzie gotowa zeznawać przeciw oprawcy w sądzie? Jak zachowa się Mary Rose i kto nieoczekiwanie stanie u jej boku, choć właśnie ta kobieta uznała, że jej życie naprawdę się kończy, a ona nie będzie już uczestniczyć w czymkolwiek, co oddalałoby ją od żałoby po zmarłym mężu? W „Walentynce” wizerunki psychologiczne są tak nakreślone, że dopiero ich połączenie daje przerażający i fascynujący zarazem obraz, który chce przedstawić autorka. To jest opowieść, która w jednym momencie jest bardzo dydaktyczna, podkreślając dosłownie, że najmocniej i najbardziej trwale wbija się w naszą pamięć ktoś, kogo się boimy i kogo jednocześnie nienawidzimy. „Walentynka” opowiada o tym, że kobieta skrzywdzona, zignorowana, zapomniana czy lekceważona będzie gotowa pokazać, że z jej zdaniem należy się liczyć; jej egzystencja stanie się walką o uznanie na wielu frontach. I to wszystko w świecie przedstawionym, w którym Elizabeth Wetmore znakomicie niuansuje wizerunki bohaterek, a przy tym stawia je w opozycji do takiego rodzaju niesprawiedliwości, na który wszystkie one zareagują tak samo – gniewem.

Są jednak takie kobiety, które odwrócą się od skrzywdzonej nastolatki. Napięcie pojawia się, kiedy kobieta zaangażowana w walkę o sprawiedliwe osądzenie zatrzymanego gwałciciela podejmie szereg działań sprowadzających na nią odium społeczne. Dlatego „Walentynka” ze swoim niepodważalnie teksańskim adresem jest jedną z tych licznych ciekawych współczesnych amerykańskich powieści o mentalności prowincji. Nieprzypadkowo wielu Amerykanów nie jest w stanie wymienić wszystkich stanów swojego kraju, nie mówiąc o znajomości reszty świata. Ta pełna pulsującego napięcia opowieść sugeruje, jak zawężają się horyzont i sposób myślenia, gdy granicą świata jest granica stanu. Jednakże główna bohaterka książki przekroczy tę i wiele innych granic. Dlatego to powieść o tym, jak narasta bunt w prowincjonalnym społeczeństwie, które zezwala na przemoc tylko dlatego, że takie są niepisane zwyczaje. Tu zbliżający się do młodziutkiej Meksykanki grzechotnik jest zdecydowanie mniej niebezpieczny niż mężczyzna uchylający przed nią drzwi swojej furgonetki. Zwierzę nie zabije z premedytacją, ale człowiek z premedytacją skrzywdzi na tyle, że prawie zabija. A jednak to powieść o sile życia – odzyskanego, wywalczonego. „Walentynka” to przejmująca narracja o krzywdzie i o tym, jak silna staje się skrzywdzona kobieta. Opowieść jednocześnie pełna empatii i literackiego przekonania, że należy oddać głos tym, które boją się głos zabrać, powieść obyczajowa o specyficznych relacjach nawiązywanych przez kobiety pozornie mogące żyć w oddaleniu od siebie. Nawet na prowincji, gdzie wszyscy się znają i wchodzą ze sobą w jakieś interakcje. Ponadto „Walentynka” to polifoniczna historia kobiecego przekonania, że bezradnym jest się tylko wówczas, gdy samemu się na to pozwoli. I obraz tego, na co pozwala mężczyznom Teksas. Zapadająca w pamięć historia o miejscu, które być może wielu chciałoby wymazać z pamięci.

2024-03-22

„Pastwa” Agnieszka Jeż

 

Wydawca: Wydawnictwo Luna

Data wydania: 27 marca 2024

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Znikanie

Omawiając najnowszą powieść Agnieszki Jeż, nie będę już wspominał o tym, o czym pisałem, recenzując inne jej książki. Pozwolę sobie na krótkie podsumowanie i udzielenie rady. Obcowanie z każdą powieścią tej pisarki jest przyjemnością, gdyż jest to prawdziwa mistrzyni kryminału, a jeśli ktoś w zalewie książek tego gatunku chciałby przyjrzeć się, jak tworzy się perfekcyjną konstrukcję takiej prozy, powinien sięgnąć po kryminalne powieści Agnieszki Jeż. Jest ich już sporo, a „Pastwa” to kontynuacja „Pomroki”, w której autorka stworzyła bardzo ciekawą postać prowincjonalnej policjantki, o której wiarygodność psychologiczną zadbała i w pierwszej, i w obecnej narracji. Dbałość o język, pomysłowość, wielopłaszczyznowość, świetnie portretowane i niuansowane kwestie obyczajowe – tak, Agnieszka Jeż wie, co robi, panuje nad każdym zdaniem i rozdziałem, oferując po prostu jakość, która usatysfakcjonuje odbiorcę takich powieści jak „Pastwa”.

Podoba mi się, że Jeż stawia na krótkie tytuły. Jedno słowo zazwyczaj trafnie oddaje złożoną strukturę jej powieści. Ten tytuł można interpretować na kilka sposobów, ale jego wykładnia pojawia się stosunkowo późno. Wcześniej dzieją się rzeczy, na których wymyślanie może sobie pozwolić ktoś z takim doświadczeniem pisarskim jak Jeż, a co w wykonaniu początkujących lub po prostu kiepskich twórców gatunku mogłoby zrujnować odbiór książki. Chodzi mi o dwa zabiegi mogące zdziwić czytelnika, a jednocześnie będące mocnymi stronami „Pastwy”. Pierwszą kwestią jest to, że w intrygę kryminalną wchodzimy bez pośpiechu. Przez pewien czas nie dzieje się nic, co na tym etapie fabuły wyolbrzymiają twórcy kryminałów, by za wszelką cenę już na początku przykuć uwagę czytających. Jeż rozpoczyna powoli. Od spraw codziennych, wątku obyczajowego. Od pozornie spokojnego życia głównej bohaterki, która wciąż wewnętrznie buzuje, nadal nie przepracowała traum i wciąż zastanawia się nad tym, czy jako córka toksycznej matki będzie dobrą matką dla dorastającej dziewczyny, która w „Pomroce” przeżyła być może coś gorszego, niż Sonia Kranz, dorastając u boku rodzicielki. Drugą ciekawą kwestią jest to, jak Jeż zdradza wydarzenie kluczowe dla intrygi kryminalnej. Dowiadujemy się o nim już w połowie powieści. I nie, nie powoduje to zniechęcenia, rozczarowania ani wątpliwości, czy czytanie dalej ma sens. „Pastwa” tak prezentuje to makabryczne i jednocześnie na swój sposób fascynujące zdarzenie, że druga część książki, oparta na uzupełnieniach, nabiera tempa, ale przede wszystkim staje się coraz ciekawsza. Tak, po zdradzeniu tego, co najważniejsze. Jak to możliwe? Warto się przekonać, jak robi to Jeż. Tym bardziej że potem jest naprawdę intrygująco, bo podobnie jak w przypadku „Pomroki” pisarka opowiada o tym, że zbrodnia może być nieoczywista, a jej motywy powodują, że ścigający zbrodniarza policjant może zapłakać nad jego losem.

„Pastwa” to historia o rodzinie zamkniętej w koszmarnym domu przypominającym mauzoleum. Oczywiście metafora zamknięcia jest obszerna i podczas lektury przyjrzymy się temu, co działo się i dzieje z członkami rodziny mieszkającej w miejscu, w którym Sonia Kranz od samego początku czuje się niekomfortowo. Jeż ponownie przyjrzy się relacjom rodzinnym, koncentrując się przede wszystkim na zjawisku cichej przemocy w czterech ścianach, poza które nie wychodzą dramaty łamiące życie albo powodujące, że to życie staje się w różny sposób zdeformowane. „Pastwa” opowiada o mężczyznach, którzy zniknęli, wcześniej zaś byli królami życia. Albo kimś takim się wydawali. Rodzinny interes połączył oraz podzielił. Mężczyzna u Jeż jest dominujący i nieskłonny do kompromisów. Krzywdy dziejące się z jego powodu są nakreślone w tej powieści w taki sposób, że „Pastwa” łączy kilka wątków o podobnym natężeniu. W związku z tym ten kryminał cały czas żyje i pulsuje. Zwłaszcza gdy okazuje się, co naprawdę stoi za przerażającym zdarzeniem odkrytym bardzo szybko, co – podkreślam ponownie – większość powieści kryminalnych przedwcześnie by zabiło, ale „Pastwę” i jej czytelników niesie dalej. Ku kolejnym przerażającym odkryciom.

Jest jeszcze jeden zabieg formalny, który Agnieszka Jeż potrafi wykorzystać bardzo dobrze: koncentracja na detalu, który będzie mieć znaczenie dla fabuły. Czy jest to drobiazg wpadający do buta głównej bohaterki, czy fragment czegoś, co znajduje w sierści psa, czy na przykład coś, co nie powinno się znaleźć w jedzeniu, którego Sonia Kranz na szczęście nie próbuje. Albo zauważenie odmiennej od innych ramki na zdjęcie. To są bardzo ważne tropy umieszczane w dobrych miejscach i tak, by nie rzucać się czytelnikowi w oczy swoją oczywistością. Tak jak Sonia Kranz jest ostrożna w okazywaniu zaufania otoczeniu, a przede wszystkim jego męskiej części, tak czytający powinni być odrobinę nieufni wobec prezentacji takich detali. Wydaje się, że nie wniosą nic nowego do fabuły. Wnoszą bardzo wiele, zwłaszcza w sferze antycypacji po odsłonięciu kluczowego zdarzenia dużo wcześniej, niż robią to klasyczne kryminały.

Jednakże warta uwagi jest również płaszczyzna psychologiczna i obyczajowa „Pastwy”. Sonia Kranz została w „Pomroce” przedstawiona jako kobieta, która na zgliszczach przeszłości musi zbudować coś, co nazwie nowym domem. Powracają wydarzenia z pierwszej powieści cyklu, natomiast ciekawe jest to, w jaki sposób Agnieszka Jeż uwiarygodni psychologicznie bohaterkę, nie stawiając jej w bezpośredniej konfrontacji z oprawczynią. Mam na myśli dwie świetnie napisane tu rozmowy telefoniczne Kranz z jej matką. A raczej z obrazami mrocznej przeszłości, które łączą się z głosem rodzicielki. Jeż nie potrzebuje spektakularnych scen konfrontacyjnych, by pokazać złożone problemy swoich bohaterów, a przede wszystkim dylematy Soni Kranz. Czasem dużo więcej ukryte jest w tym, jak policjantka reaguje na pewne wydarzenia, niż w tym, co o nich myśli.

„Pastwa”, znakomita powieść o zemście za rodzinne krzywdy, jest książką pokazującą dualizm każdej istoty ludzkiej – jej umiejętność dopasowania się do tak zwanych cywilizowanych, rodzinnych, usankcjonowanych zasadami świata standardów oraz atawistyczną dzikość, za którą stoi gotowość do popełnienia najbardziej mrocznych czynów. Ten dualizm świetnie pokazany jest na przykładzie zachowań psa Soni, ale w „Pastwie” będziemy mieli również „udomowionych” ludzi, w których ożywa zew natury. Wszystko zmierza do nieoczywistego zakończenia, bo jak wspomniałem, to już kolejna z napisanych przez Agnieszkę Jeż powieści, w której zbrodnia ma zaskakujące motywy, czasem dużo bardziej przerażające niż akt odebrania komuś życia. Wszystko rozegrane na pozornie malowniczej dolnośląskiej prowincji, co również jest cechą wyróżniającą pisarstwo Jeż: stawianie w roli jednego z bohaterów konkretnego polskiego regionu. Splotą się tam w tragiczny sposób losy ludzi, którzy będą musieli zapłacić za swoje grzechy. A Jeż opowie o tym jak zawsze w świetny sposób.

2024-03-11

„Nieumieranie. Opowieść o życiu po śmierci” Marta Szymska

 

Wydawca: Wydawnictwo Relacja

Data wydania: 13 marca 2024

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Świadomość w rozpaczy

Marta Szymska z pewnością nie ma ambicji literackich Joan Didion, autorki „Roku magicznego myślenia”, albowiem sama na wstępie zaznacza, że „Nieumieranie” to zapis jej świadectwa, nie literatura w podstawowym znaczeniu. Czy ta książka na tym traci? Niekoniecznie. Są w niej fragmenty naprawdę chwytające za gardło i takie, w których trudno z narratorką złapać oddech, gdy opowiada o emocjach po zniknięciu syna, powtarzając na przykład te najważniejsze zdania, które są jak kamienie u szyi albo  rany zadane w samo serce. Najcenniejsza jest jednak szczerość tej wypowiedzi. Umiejętne odsłanianie tego, jak rozmaite oblicza może mieć rozpacz. Bo „Nieumieranie” to jednocześnie książka o kompulsywnej walce, by życie po doświadczeniu granicznym wróciło na właściwe tory, oraz o rozpaczliwym poszukiwaniu śladów obecności kogoś, kto odszedł i już nie wróci.

Szymska opowiada o utracie jedynego syna. Eliasz nie żyje. I w zasadzie to wszystko mogłoby już zdefiniować tę narrację, nie trzeba dodawać żadnych słów, by skierować baczną uwagę czytelnika na to, w jaki sposób o śmierci opowie matka, która chce zrozumieć siebie w żałobie, a po tym zrozumieniu – odbudować się, bo przecież ona w przeciwieństwie do syna nadal żyje. Dla mnie jako ateisty i zwolennika przekonania, że śmierć jest absolutnym końcem, bez taryfy ulgowej w postaci nadziei na jakieś spotkania ze zmarłym w zaświatach, „Nieumieranie” było bardzo ciekawym doświadczeniem czytelniczym, bo próbowałem zrozumieć zupełnie inną perspektywę. A raczej obserwowałem, w jaki sposób Marta Szymska dobierze słowa i sformułuje zdania, bym nie przerwał lektury, bo jej takt opowiadania o swoich emocjach z pewnością nie pozwala na to, by autorka sugerowała, że jej punkt widzenia na życie po śmierci jest słuszny i konieczny do naśladowania.

Tymczasem wiara w Boga, jego sprawczość, celowość spowodowania tragedii, która ma nieść w sobie i naukę, i próbę – to wszystko daje Szymskiej siłę, aby przetrwać najgorsze. Przede wszystkim nie ugrzęznąć we wszechogarniającej pustce. Korespondując z przyjaciółką, autorka zaznacza, że wcale nie jest dzielna, jak jest jej to sugerowane. Ona jest przede wszystkim świadoma. Jej opowieść będzie właśnie o samoświadomości. O okrutnym dyskomforcie straty, który może sparaliżować, i o racjonalizowaniu sobie własnego bólu wraz z próbami jego odpychania, co prowadzi do specyficznej formy ekspiacji. Marta Szymska opowiada o cierpieniu jednostkowym, lecz również uniwersalnym. O tym, jak niezwykle trudno jest zajrzeć w głąb siebie, kiedy stoi się wobec najbardziej przerażającego faktu. Bo przecież rodzice nie powinni żegnać swych dzieci w sposób ostateczny. A Eliasz umarł. Zrozumienie tego zdania, ukorzenienie go w świadomości, która nie będzie później zmierzać do destrukcji, jest piekielnie trudne, jednak możliwe.

Dlatego ta z jednej strony wstrząsająca, a z drugiej niezwykle czuła książka o samotności żałoby staje się na pewno czymś na kształt prozy konfesyjnej, kierującej się gdzieś do wewnątrz przeżyć samej Szymskiej, ale również jest tekstem mogącym inspirować innych zrozpaczonych rodziców, którzy musieli pożegnać swoje dzieci. Autorka już na wstępie zaznacza, że dochód ze sprzedaży „Nieumierania” zostanie przekazany instytucjom charytatywnym. Już samo to jest znaczącym argumentem, by tę książkę kupić. Tym bardziej że Szymska w swojej prywatnej opowieści wyraźnie sugeruje, które segmenty działalności charytatywnej w Polsce domagają się wsparcia. Jak trudno jest to wsparcie uzyskać, kiedy nie ma się samozaparcia, determinacji i zwyczajnej siły do walki o normalność wtedy, kiedy przecież nic już nie jest normalne, a z pewnością nie jest postrzegane jako warte jakiejkolwiek walki.

Autorka odnalazła wiele szczęścia w nieszczęściu. Jej opowieść jest świadectwem tego, ile życzliwości i empatii kryje się w każdym z nas. „Nieumieranie” to rzecz o tym, że umysł w rozpaczy zamyka się na racjonalizacje oraz wyjaśnienia ze strony świata, który – tak nie do zniesienia okrutnie – jest dokładnie taki sam jak przed piekielnym doświadczeniem śmierci dziecka. Na drodze Szymskiej stają ludzie, którzy pozwalają jej znaleźć kontakt z jej emocjami w taki sposób, by stopniowo wyzwalała się z rozpaczy. Nie chodzi tylko o wspaniałego partnera, który towarzyszy jej na każdym kroku od momentu, w którym Eliasz znika, do czasu, kiedy w głowie boleśnie kołacze się myśl, że to już rocznica jego odejścia. To, co opowiada autorka, a co przecież jest prawdą, bo każde zdanie tej książki jest raz bolesne, raz melancholijnie piękne, to również ważne i cenne świadectwo. Opowieść o dobrych ludziach, która ukazuje się w kraju, gdzie często innych posądza się o znieczulicę. Tymczasem „Nieumieranie” to wzruszająca opowieść nie tylko o tym, który nagle odszedł, ale również o ludziach, którzy zostali. Ze swoją troską i umiejętnością wsparcia, które nie są ani nachalne, ani pozbawione szczerości.

Skoro wraz z dzieckiem umiera przyszłość rodziców, Szymska usiłuje pokazać, w jaki sposób najpierw uczyła się koncentrować tylko na tym, co jest tu i teraz, a następnie przyzwyczaiła się do takiego sposobu funkcjonowania, w którym nie było już odpowiedzialności za przyszłość. A jednak pozostawienie za sobą przeszłości także było bardzo trudne. Bo przecież Eliasz odszedł tylko fizycznie. Największy ładunek emocjonalny mają z pewnością fragmenty, w których autorka opowiada o tym, jak i gdzie szuka obecności zmarłego syna. Jest w tym i przejaw pięknej, bezgranicznej miłości, ale również wzruszająca chęć zrozumienia, że doświadczenie graniczne nie stało się doświadczeniem z nieuniknionymi konsekwencjami. „Nieumieranie” ze swoim niezwykle trafnie dobranym tytułem jest książką o tym, w jaki sposób nazwać, a potem zwalczać złe emocje. Wtedy gdy one wszystkie mówią o bezwzględnym końcu. Bo jakbym ja zachował się w sytuacji bohaterki? Nie mam dzieci i nie wierzę w Boga. Teoretycznie niepotrzebnie szukałem w tej książce siebie albo czegoś dla siebie. A jednak dużo znalazłem. Wiele mądrych refleksji, jak zwalczać strach, który staje się bezpośrednim doświadczeniem i gotów jest sparaliżować na zawsze. Jak przetrwać, kiedy to, czego nawet nie można sobie wyobrazić, staje się nad wyraz realne. „Nieumieranie” to piękne epitafium. Nie literacka próba opowiadania o rozpaczy po utracie bliskich, którą znaleźć można na przykład w „Bezmatku” Marcinów czy w „Umarł mi” Ingi Iwasiów. Książka absolutnie dla każdego, choć absolutnie nikomu nie można życzyć tak przerażającego doświadczenia, o którym Szymska opowiada jako o losie, który po prostu trzeba zrozumieć i zaakceptować. Piękna jest ta prostota opowieści. To, że autorka jest bezpretensjonalna i bardzo szczera, a łzy można ronić wraz z nią podczas lektury. Co jest naprawdę ważne w takim rodzaju doświadczenia? Marta Szymska mówi wprost i nie musi to brzmieć literacko: „Akceptować swój smutek”. I o tym przede wszystkim jest ta warta uwagi (oraz kupna!) narracja.

2024-03-04

„Baldur. Wyspy Białego Słońca” Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak

 

Wydawca: Empik Go

Data wydania: 31 stycznia 2024

Liczba stron: 432

Oprawa: miękka

Cena det.: 54,99 zł

Tytuł recenzji: Thriller bez napięcia

Zwykle z ogromnym zainteresowaniem czytam zarówno islandzkie powieści – zawsze gorąco za nie dziękuję znakomitemu tłumaczowi Jackowi Godkowi – jak i książki, których akcja rozgrywa się na Islandii. To w końcu mój nowy dom. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak może inspirować literacko i jak wdzięcznym tłem powieści każdego rodzaju może się stać, jeśli tylko ktoś połączy wrażliwość na niebywały klimat Islandii z umiejętnościami literackimi. Dobrze mi znani autorzy dotyczącej wyspy znakomitej literatury faktu – „Szeptów kamieni” (czytanych dwukrotnie) czy „Zostanie tylko wiatr” – postanowili chyba przekonać samych siebie, że będą też świetnymi twórcami thrillera psychologicznego. Z dużym smutkiem i rozczarowaniem muszę stwierdzić, że nie są. „Baldur” negatywnie zaskoczył mnie na tylu poziomach, że czuję się w recenzenckim obowiązku wskazać jedynie najistotniejsze mankamenty tej powieści. Książki ze sporym potencjałem, bo na przykład wizerunek toksycznej rodziny, a przede wszystkim matki, to coś naprawdę frapującego. Szkoda, że bez głębi psychologicznej, która powinna wywołać u czytelnika ciarki na plecach. A przecież wydaje się, że autorzy postawili przede wszystkim na psychologię, bo z akcją i jej rozwojem, a także z koniecznymi w thrillerze plot twistami jest tutaj bardzo źle.

„Baldur” to opowieść o Islandczyku w średnim wieku. To dziennikarz, który boryka się z wieloma problemami, a największym z nich jest niemożność pozbycia się przekonania, że jego życie naznaczone jest fatalizmem, a on sam jest chodzącym nieszczęściem, człowiekiem, który nie może uciec od bliżej niezdefiniowanego mroku. Ten mrok się rozrzedzi, kiedy zorientujemy się, że autorzy chcą przedstawiać złożoną psychikę swojej postaci za pomocą wykładów albo trzymających się skrupulatnie prostej struktury zdań. Nie stoi za tym literackie odsłanianie tajemnic, bo „Baldur” jest napisany w taki sposób, jakby jakaś ciekawa gra cieni rozgrywała się za kotarą, którą autorzy postanowili nagle zerwać i zobaczyliśmy, że nie ma tam w zasadzie nic zaskakującego. Nic, co powodowałoby szybsze bicie serca, zapadało w pamięć, wywoływało niepokój. Mówiąc krótko: „Baldur” to powieść z potencjałem, jednak już w połowie spalonym niczym w lawie z islandzkiego wulkanu. Potem próbuje się dać tej książce jakąś szansę, by mimo wszystko zaskoczyła, kazała uwierzyć, że dalej jest coś naprawdę niemożliwego do przewidzenia, wstrząsającego, przede wszystkim udowadniającego, że autorzy rozumieją, w co grają, na pewno przeczytali wcześniej mnóstwo thrillerów i wiedzą, jak wymagający jest ten gatunek.

Największym problemem w odbiorze „Baldura” jest znalezienie jakiegoś wiarygodnego uzasadnienia faktu, że wydarzenia drugiej przestrzeni czasowej rozgrywają się tysiące kilometrów od Islandii, w Beskidzie Niskim. Dlaczego tam? Bo autorzy przez jakiś czas mieszkali w tych okolicach. Jednak nie jest to w moim odczuciu sensowny argument, by akurat tam umieszczać tę część intrygi, która będzie potem wpływać na islandzką płaszczyznę narracji, nadając jej nowe znaczenie. Skoro miała to być książka z nordyckim klimatem, oddająca niepowtarzalność Islandii, która naprawdę jest miejscem niezmierzonych inspiracji literackich, tamta historia z retrospekcji najlepiej prezentowałaby się właśnie gdzieś na islandzkiej prowincji. Może w ukochanym przez Berenikę Lenard i Piotra Mikołajczaka rejonie Fiordów Zachodnich? Nie widzę absolutnie żadnego uzasadnienia, by przeszłość nakładająca się w ponury sposób na teraźniejszość miała się rozgrywać w tym konkretnym regionie Polski, w ogóle tak daleko i w tak nieprzystawalny do wszystkiego sposób.

Nie wiem, jak pracowali nad „Baldurem” autorzy, ale narracja z Beskidu Niskiego jest o wiele lepsza, ma przede wszystkim literacką wartość oraz spory, jednak zmarnowany potencjał. Widać w niej dużo wyraźniej wyeksponowaną wrażliwość na detale, umiejętność pokazywania bohaterów w niejednoznacznym świetle, zaglądania do wnętrza ich zranionych dusz. Część rozgrywająca się na Islandii jest sucha, sprawozdawcza i powodująca, że główny bohater nie wzbudza właściwie żadnych emocji. A to przecież postać, która ma nieść planowane kolejne tomy serii. Narracja w tej płaszczyźnie czasowej, czyli w lecie 2019 roku, wydaje się pisana z ogromnym napięciem, by forma była bez zarzutu, lecz pod formalnie dobrą opowieścią nie kryje się żaden dryg do pisania literatury. To literackie „napinanie się” – którego, zaznaczam wyraźnie, nie ma w części z Beskidu Niskiego – owocuje czasami takimi zdaniami jak to: „Potrzebowałem racjonalizacji, która wzięłaby w ryzy mój od wczoraj zagnieżdżający się, pęczniejący i zajmujący coraz więcej miejsca strach”.

Kolejny problem autorów polega na tym, że koniecznie chcą napisać o tym, na czym się znają. Ponieważ jest to książka osadzona częściowo na Islandii, pozwolę sobie użyć islandzkiego słowa znakomicie oddającego charakter historii dorosłego Baldura. To słowo to „nafnaflóð”. Natłok i nagromadzenie nazw własnych są chwilami nie do uniesienia. Jakby dla czytelnika istotne było, którą linią lotniczą leci jakaś postać z powieści. I kiedy widać, że w wielu miejscach „Baldur” zamiast dobrego thrillera staje się dobrym przewodnikiem, czyli formalnie tym, w czym autorzy są znakomici, a mianowicie literaturą faktu, czasem ta omnipotencja w opowiadaniu o Islandii zaczyna kuleć, gdy dowiadujemy się, że z samolotu rozwożeni są taksówkami tylko mieszkańcy Ísafjörður, a przecież stamtąd startuje samolot, lotnisko obsługuje zaś mieszkańców trzech gmin zlokalizowanych w jego rejonie i zdecydowanie nie wszyscy pasażerowie każdego lotu to mieszkańcy tego miasta. To jednak nie jest w zasadzie istotne dla kogoś, kto nie jest z Islandii albo jej nie zna. Czytelnikom spodoba się wykreowany przez Lenard i Mikołajczaka islandzki świat. Gorzej jednak z intrygą, która rozwija się w tych pięknych północnych dekoracjach. I czasem z poczuciem humoru, bo zdarzają się suchary jak ten, że na Grenlandię Internet jest transportowany na paletach.

Celowo staram się nie wspominać o fabule oraz jej zwrotach, gdyż zwykle recenzje krytyczne mocno zbliżają się do tak zwanych spojlerów, a nie chcę tego robić autorom, bo zdaję sobie sprawę z tego, że ta historia niektórym czytelnikom może się spodobać. Mnie raczej zmęczyła. Punkt kulminacyjny znajdziemy w połowie, a potem jest już tylko równia pochyła. Choć oczywiście trzeba przyznać, że autorzy bardzo się starają, by przede wszystkim rozmyć definicje winy i kary, które w „Baldurze” funkcjonują wielopoziomowo, co jest cenne dla literatury tego gatunku. Problem polega na tym, że o ile sama postać Baldura językowo przedstawiona jest w bardzo nieatrakcyjny sposób, o tyle nakładające się na teraźniejszość przerażające zdarzenia z przeszłości zmierzają ku rozwiązaniu mało wiarygodnemu. Chodzi zarówno o to, jak zarysowana jest postać tak zwanego czarnego charakteru i jak niewiarygodna psychologicznie jest jej przemiana. I nawet ciekawe wątki grenlandzkie mające być smaczkami dla czytelników gotowych sięgnąć po kolejne tomy serii nie czynią z „Baldura” dobrego thrillera, bo nim po prostu nie jest.

Trudno mi jest jednoznacznie określić, jaki status wydawniczy ma Empik Go, albowiem mimo poszukiwań w sieci (być może niewłaściwie szukałem) nie znalazłem jednoznacznej odpowiedzi, czy to dom wydawniczy oferujący tradycyjną formę wydania książki, czy też może jest to wydawnictwo selfpublishingowe. Dość zaznaczyć, że prawdopodobnie redakcja ani korekta nie spisują się tam profesjonalnie, skoro w książce pojawiają się błędy ortograficzne („w niebogłosy”, „fejs”) czy językowe („Bluszcz wdzierający się w każdy możliwy centymetr elewacji”), a polskiej niepoprawnej kalki anglicyzmu „zdawał się być” naprawdę się nie spodziewałem. Boleję nad tym dodatkowo, dlatego że być może nikt nie zasugerował autorom, że ta książka mogłaby mieć dwie znakomite płaszczyzny czasowe rozgrywające się w tym samym zimnym i mrocznym kraju dopasowanym do opowiadanej historii, o czym zdążyłem napisać powyżej. Czasem w takich wypadkach mam wrażenie, że autorzy krzywdzą czytelników, ale i ludzie odpowiedzialni za formalną stronę projektu książkowego krzywdzą samych autorów. Jednak nie to jest oczywiście najsmutniejsze w moim odbiorze „Baldura”.

Być może to redakcja również powinna zauważyć poważne uchybienia logiczne w powieści. Na przykład sytuacja finansowa głównego bohatera oraz sposób jej rozwiązania. Ten sposób pojawi się dużo później, ponieważ później odsłaniane są wszystkie karty, ale nie wierzę w to, że osoba mająca potężne długi tak późno wpada na oczywisty pomysł rozwiązania swoich problemów. Podobnie z epizodyczną postacią bezdomnego, który wyciąga od Baldura pieniądze. Krąży wokół centrum handlowego, których jest w rejonie stołecznym niemało, i bohater wcale nie musi wybierać akurat tego, by natykać się na nieprzyjemną dla niego postać. Ale wykazuje się masochizmem, albowiem ta postać stanie się istotna. Jest w „Baldurze” sporo dziwnych miejsc oraz co najmniej dziwnych rozwiązań fabularnych, których najwidoczniej nie przedyskutowano w redakcyjnym gronie. Bardzo mi przykro, że powieść zapowiadająca się tak interesująco w opisie wydawniczym może tak mocno rozczarować. A chciałem tylko przeczytać dobrą powieść z dreszczykiem, której akcja będzie się toczyć w mojej ukochanej Islandii. Poza banałami o mrocznej przeszłości, która zawsze dopada, i o zemście, o której napisano już tysiące razy i naprawdę trzeba być twórczym, by napisać o niej ciekawie, „Baldur” niesie ważne przesłanie: instytucja uznawana za przestrzeń bezpieczeństwa, czyli rodzina, może być  przerażająco okrutna. Tylko problem polega na tym, że nie opisano tego kreatywnie. Życzę autorom, by w kolejnych częściach serii naprawdę popracowali nad psychologiczną głębią swojej narracji, natomiast sam za te części już jednak podziękuję.  

2024-02-23

„Ostatni dzień na Ziemi” David Vann

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 31 stycznia 2024

Przekład: Dobromiła Jankowska

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Manipulacje

Steven Philip Kazmierczak. Dwadzieścia siedem smutnych lat życia. Walki o normalność, gdy jest się dla siebie największym wrogiem, a wyzwaniem jest sprostanie temu, by żyć w tak zwanej zgodzie ze sobą. Chłopak, który zamordował sześć osób i popełnił samobójstwo. Dość typowa dla Stanów Zjednoczonych sytuacja: młody człowiek z bronią w ręku strzelający do przypadkowych osób. Kazmierczak strzelił potem do siebie. I to najbardziej fascynuje Davida Vanna. Steve jako samobójca, nie morderca. Bo przecież z widmem samobójstwa autor idzie przez całe swoje życie. O tym, jak cierpi, konfrontując się z przedwczesnym i okrutnym dla niego odejściem ojca, napisał znakomitą książkę. Być może dlatego, że Kazmierczak odebrał sobie życie, Vanna tak zainteresowała jego biografia, bo jako syn samobójcy cały czas ma z tyłu głowy, że najtrudniej czasem znieść samego siebie, wytrwać ze swoją zaburzoną psychiką, bez skutku usiłując wydostać się z matni umysłu skażonego destrukcją. A właściwie autodestrukcją.

Mamy zatem książkę o chłopaku, który staje się atrakcyjny jako temat reportażu właśnie z powodu tego, że ostatecznie podejmuje decyzję, by zabić siebie. Tego kogoś, kto przez lata męczył się okrutnie ze swoimi myślami, emocjami, odczuciami. Tego, kto prawdopodobnie potrzebował prawdziwej psychoterapii, farmakoterapii, a może tylko prawdziwego przyjaciela, choćby jednej w jego życiu osoby, która uznałaby go za wyjątkowego, a nie odsuwała się, bo wiecznie był charakterologicznie niedopasowany do tak zwanej normy. Usunięto go nawet z wojska, które ze swoim uporządkowaniem zasad mogło być dla niego odskocznią i dać mu namiastkę takiego życia, w którym nie konfrontowałby się każdego dnia z piekłem, z samym sobą. Ale Kazmierczak to również zabójca. To wybrzmiewa tu jakby w nieco słabszej tonacji. Jakby dzięki temu książka miała nabrać sznytu czegoś, co nazwano jakiś czas temu kreatywną literaturą faktu. Czegoś, do czego kompletnie nie mam przekonania. A „Ostatni dzień na Ziemi” jedynie utwierdził mnie w tej opinii.

Praktycznie każda książka Davida Vanna była dla mnie pewnego rodzaju literackim wydarzeniem. Każdą przeżyłem głęboko i mam wrażenie, że przeczytałem uważnie. Również jestem synem samobójcy, więc rozumiem swoistą obsesyjność problemu. Wiem, że w pierwszej przetłumaczonej dla polskiego czytelnika powieści głównym bohaterem była rozpacz i zostało to w niesamowity sposób oddane. „Halibut na Księżycu” proponował większy dystans do problemu, ale z drugiej strony bardzo dojrzałą, poetycką i brutalną jednocześnie opowieść o dojrzewaniu do tego, by opuścić świat. Przykro mi to stwierdzać, ale nie mam pojęcia, jakie jeszcze uzupełnienia na temat odejścia ojca Vann chciał przemycić w tym „kreatywnym” reportażu, a nawet odnoszę wrażenie, że w pewien sposób wykorzystał biednego Kazmierczaka, aby po raz kolejny napisać o tym, że za ojcem tęskni i bardzo go kocha, ale jednocześnie zrobić to w innej formie, żeby wyglądało twórczo. Nie wygląda. Nie każdemu udaje się być wspaniale monotematycznym w swej twórczości jak choćby noblistka Herta Müller, która rozprawiała się wciąż na nowo ze swoimi traumami, pisząc za każdym razem znakomitą książkę. Tutaj mam wrażenie manipulowania czytelnikiem na kilku poziomach. Pomijam łączenie materiału faktograficznego z dygresjami autora, co zaciera granice reportażu. Bardziej martwi mnie to, że historia chłopaka, który – co trzeba podkreślić bardzo wyraźnie – stał się mordercą, jest tu przyczynkiem do tworzenia swoistego eseju o tym, co zostało już określone w dwóch powieściach, a tutaj przybiera znamiona obsesji – jednej z kilku, które dręczyły Stevena Kazmierczaka. Największych jednak manipulacji Vann dopuszcza się w sposobie opowiadania dwóch historii życia: swojej jako syna niepogodzonego z odejściem ojca i chłopaka, którego tożsamość kształtowały przede wszystkim silne i toksyczne emocje związane z jego matką oraz siostrą. Jakby autor chciał na dwóch płaszczyznach zaznaczyć, że można stracić rozsądek, jeśli nie ma się obok siebie zdrowego męskiego wzorca do naśladowania.

„Ostatni dzień na Ziemi” jest pełną żywiołowości rekonstrukcją zbrodni, lecz także równie pełną niekoniecznie spójnych dygresji opowieścią mającą bardziej charakter eseju. O czym? O tym, że szuka się podobieństw w przeżywaniu świata i czasami chce się je przedstawić w taki sposób, żeby stworzyły jakiś uniwersalny obraz cierpienia. Od początku do końca miałem wrażenie, że uniwersalne jest tu cierpienie samego Vanna, a opowieść o Kazmierczaku to sposób, żeby pomieszać literaturę faktu z esejem i ostatecznie zaproponować rzecz o samotności definiowanej przez samego Vanna, nie przez egzystencję i cierpienie Stevena, który po dwudziestu siedmiu latach przygnębiającego i pełnego napięcia życia odebrał je sobie.

„Nie mam dość doświadczenia, by naprawdę zrozumieć”. Vann wyraża dystans wobec opisywanej postaci, ale podkreśla też, że za wszelką cenę stara się ją zrozumieć. Dość dydaktycznie i chwilami bardzo wprost daje do zrozumienia, że jemu jako autorowi tej książki udało się uniknąć równi pochyłej Kazmierczaka, lecz z pewnością mógłby po takiej kroczyć. Nastolatek pozostający z dziedzictwem ojca samobójcy, czyli z zapasem broni, mógłby z niej zrobić okrutny użytek. Vann idzie w kierunku banalnych i dość jałowych rozmyślań o tym, dlaczego komuś takiemu jak on los wyznacza inny kierunek, a ktoś taki jak Kazmierczak idzie ku zatraceniu. „Ostatni dzień na Ziemi” wybrzmiewa słusznie i ciekawie w formie publicystycznej, gdy sugeruje, że Stany Zjednoczone mają naprawdę wielki problem, ponieważ prawa obywatelskie w tym kraju pozwalają szaleńcom sukcesywnie i bezkarnie się zbroić.

Materiał faktograficzny przedstawiany wprost jest bardzo ubogi. Cytowane w nadmiarze maile Kazmierczaka stają się w pewnym momencie trochę nużące, choć rozumiem, że mają oddać zarówno sposób jego myślenia, jak i matnię, w której się znajdował, zanim zdecydował się na desperacki akt przemocy. Ponieważ ta książka zawiera sugerowane tezy autora, trudno jest uwierzyć temu, co prezentuje – nawet gdy interesująco rekonstruuje czas przed zbrodnią, jej dokonanie i konsekwencje dla tych, którzy przeżyli. David Vann wykorzystuje wstrząsającą historię. Nie waham się użyć określenia „wykorzystanie”. Czuję, że po lekturze tej książki jestem bardzo nie fair w stosunku do Kazmierczaka, którego naprawdę chciałbym poznać, gdyż lakoniczne notatki w Internecie mówią naprawdę niewiele. Podoba mi się to, w jaki sposób Vann niuansuje niepokój czy nieprzystosowanie do świata bardzo różnorodnie wyrażane przez młodego zabójcę i samobójcę. Nie za bardzo zaś rozumiem, co kryje się za próbą pokazania „ludzkiego” wizerunku mordercy. Vann kreśli psychologiczny obraz dramatu dorastającego chłopca, nastolatka, studenta niedopasowanego do życia i samego siebie. Ale orbitując wokół problemów Kazmierczaka, stara się znowu – i mam wrażenie, że tym razem nietrafnie – zainteresować czytelnika tym, co zostało już skrupulatnie, wieloznacznie i naprawdę wyczerpująco opowiedziane w „Legendzie o samobójstwie” oraz w „Halibucie na Księżycu”.