2022-05-20

„Szwedzka sztuka kochania. O miłości i seksie na Północy” Katarzyna Tubylewicz

 

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 18 maja 2022

Liczba stron: 264

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: W stronę wolności

Katarzyna Tubylewicz zna wielu ludzi i potrafi z nimi rozmawiać. Stwarza bezpieczną przestrzeń, w której rozmówcy otwierają się całkowicie i być może tylko w rozmowie z nią gotowi są mówić o sprawach na co dzień zachowywanych gdzieś w głębi świadomości. Po tym, jak Tubylewicz przyjrzała się szwedzkiej samotności i ujawniła jej zaskakujące, ale i oczywiste, choć nienazywane oblicze, postanowiła zająć się tematem relacji międzyludzkich. A właściwie tym, co te relacje spaja, bo Szwecja to nie tylko kraj samotników, którzy są często nimi ze świadomego wyboru, lecz również ludzi kierujących się bardzo silnymi emocjami, gdy wybierają drogi życia z czyjąś obecnością. Miłość i seks będą tu jednocześnie sportretowane razem i osobno. W zaskakujących związkach, ale również w zaskakujących wykluczeniach. Kiedy czytałem „Samotnego jak Szwed”, zastanawiałem się nad tym, czy ktoś mógłby napisać podobną książkę o którymś innym kraju nordyckim. W trakcie czytania „Szwedzkiej sztuki miłości” pomyślałem, że ten reportaż powinno się przeczytać równolegle ze znakomitą książką „Kanska” Urszuli Chylaszek pochylającej się nad kwestią seksualności i złożonych relacji międzyludzkich definiujących życie obyczajowe na Wyspach Owczych.

Nie wiem, która publikacja jest lepsza – Tubylewicz czy Chylaszek. Obie czytałem z równie dużym zainteresowaniem. A ponieważ jestem być może typowym Polakiem – jak sugeruje autorka książki już na wstępie – który nie wierzy w miłość, zainteresować mnie taką narracją było trudno. Skoro się udało, świadczy to przede wszystkim o walorze poznawczym „Szwedzkiej sztuki miłości”. Zbioru rozmów, który uzupełnia bardzo ciekawa opowieść samej autorki. Tym razem – jak w przypadku poprzednich książek reporterskich – Katarzyna Tubylewicz także wyraźnie osadza siebie oraz własne poglądy pośród rozmów z naprawdę różnymi od siebie ludźmi, ale to, co wyróżnia tę publikację, to pewna dziewczęca wręcz niefrasobliwość towarzysząca autorce bardzo ciekawej różnych kwestii i świadomej tego, że jej pytania dotykają sfer najbardziej intymnych, mogą wybrzmieć zbyt konfrontacyjnie albo dotyczą spraw, o które nie można zapytać każdego. Tu jednak widać, że poczucie skrępowania w relacji z portretowanymi osobami szybko mija. I powstają z tego nie tyle odważne, ile przede wszystkim wyjątkowo szczere dyskusje. Tematem przewodnim jest oczywiście miłość. Otrzymamy wiele jej definicji. Poznamy ludzi, którzy w nią wierzą, nią się kierują, są przekonani o nierozłączności miłości ze sferą seksu albo odrzucają tę zależność. Niektórzy wierzą, że można kochać bez cielesnej fascynacji, inni w niej widzą początek kiełkującego uczucia. Ale są i tacy, którzy na seks spojrzą zupełnie inaczej – jak homoseksualny hedonista czy porzucający syte i dostatnie życie Erik, który opowie o tantrycznych zbliżeniach cielesnych, które odmieniły jego życie.

Tubylewicz wciąż jest ambasadorką polskości i szwedzkości. Wciąż na nowo przegląda się w obu tych krajach i stale zestawia kwestie, które pozornie nie są do zestawienia. Szukając podobieństw i różnic w postrzeganiu tego, czym są miłość, przywiązanie, seksualność, kontakt z własnym ciałem i sferą emocji w związku, książka ta obrazuje nam dość uniwersalną wizję człowieka pragnącego w różny sposób bliskości. W tym znaczeniu najczulej wybrzmiewa tu ostatnia rozmowa – o późnej i wielkiej miłości. O pojednaniu z sobą i zjednaniu sobie kogoś najbliższego, na co trzeba było czekać bardzo długo. Miłość przychodzi do rozmówców Katarzyny Tubylewicz czasem w zaskakujący sposób, a niekiedy ich omija, choć mają wiedzę o sobie samych wyjaśniającą im, dlaczego tak się dzieje. Mnie szczególnie ujęło to, że cała ta narracja nie jest w zasadzie o tym, o czym głosi tytuł. Wszyscy ludzie, których opinie poznajemy, mówią w gruncie rzeczy, w jaki sposób dążyć do prywatnego poczucia wolności i uzyskać je na stałe. Bo „Szwedzka sztuka kochania” to rozłożony na wiele różnych głosów traktat o tym, że każdy człowiek potrzebuje wolności, by w jej przestrzeni określić to, co dla niego najważniejsze.

Bardzo jestem ciekaw polskiego odbioru książki, w której pojawiają się rozmowy z gejowskim małżeństwem gdzieś z przedmieścia wychowującym dwie córki czy z poliamoryczną rodziną stworzoną przez trójkę zafascynowanych sobą i zakochanych w sobie ludzi. Tu wszystko jest oczywiste, zwyczajne, piękne i inspirujące. Nie tylko dlatego, że to Szwecja i szwedzkie realia mają sankcjonować zwyczajność opowieści o życiu ludzi, którzy z różnych powodów nigdy nie byliby szczęśliwi ani spełnieni w Polsce. Chodzi o samo podejście Tubylewicz do rozmówców. Jest w nim wielka ciekawość, lecz także potężne pokłady empatii. Autorka nie przybywa na spotkania ze swoimi rozmówcami z jakąkolwiek formą zdziwienia lub niepewności. Ta niepewność – jak wspomniałem wyżej – może jej towarzyszyć tylko chwilami, przy zadawaniu dość trudnych pytań. Tymczasem chciałoby się spędzić trochę czasu z rodziną stworzoną przez trzy dorosłe osoby albo parą gejów, których historia – jak na Szwecję – jest po prostu zbyt zwyczajna i dziwią się, że ktoś wybrał ich jako rozmówców do książki o miłości i seksualności.

Podoba mi się tu niuansowanie ról w związkach – jakkolwiek inne i odmienne od tradycyjnych polskich oczekiwań te związki miałyby być. Maciej Zaremba Bielawski czy Piotr Pietucha to przykłady mężczyzn, którzy przy swoich kobietach uczą się czegoś nowego o sobie, rozwijają swoją emocjonalność i wrażliwość, ale przede wszystkim nie konfrontują się, lecz uzupełniają w relacji z płcią przeciwną. Punktem wyjścia do rozważań o różnego rodzaju związkach jest często zjawisko opresji kobiet w polskich realiach. Dominacja mężczyzny, kultura patriarchatu, ale również nieświadomie powielane toksyczne wzorce kulturowe – to wszystko może powodować, że bycie w związku w Polsce staje się dyskomfortem. Tymczasem rozmówcy Tubylewicz są polscy i szwedzcy. Niczym szczególnym się nie wyróżniają, być może poza spojrzeniem na sam związek jako na relację opartą na równowadze, nie dominowaniu.

Ale jest w tej książce także opowieść o miłości zmyślonej. Miłości jako fikcji literackiej. Miłości z jej literackimi konsekwencjami. Rozmowa z Leną Andersson to przykład tego, w jaki sposób powinno się dyskutować o literaturze – uważnie, wnikliwie, analizując postawy i zachowania bohaterów. Takie rozmowy są zapewne dużo cenniejsze niż recenzje książek i ich odbiór bez bliższej komunikacji między nadawcą a odbiorcą. Chciałoby się, żeby o polskich książkach dyskutowano tak żarliwie i z taką uważnością. Ta rozmowa sugeruje, że Tubylewicz chce poszukiwać wizerunków miłości w realnym życiu, ale również w tym, co o niej napisano. Nie jest to zresztą jedyna rozmowa sięgająca do pojęcia miłości definiowanej w słowie pisanym, wydostającej się z wyobraźni twórcy. Intrygujące są próby intelektualizowania tematu tego reportażu. Wychodzenia od tego, co teoretyczne, by dojść do emocji, która niekiedy wypala, obezwładnia, nadaje umysłowi zupełnie nowy kierunek. Bo nieważne jest to, czy ktoś wierzy w miłość, czy też ją kontestuje. Ta książka opowiada o tym, że czymkolwiek by była, jest punktem odniesienia dla ludzi pragnących odnaleźć swoje bezpieczne miejsce. Przede wszystkim w kontakcie ze sobą.

Siła miłości jest często siłą życiowego spełnienia. Albo wyznacznikiem twórczych poszukiwań. Interesujące jest postrzeganie także tego, jak rozmówcy Tubylewicz uzupełniają się wzajemnie oraz wykluczają w swych przekonaniach – na przykład w odniesieniu do tantry jako źródła najpełniejszego kontaktu z samym sobą. Istotne jest również to, że w tej książce zaznaczona jest kwestia odpowiedzialności za dzieci, kiedy związek ulega modyfikacji albo destrukcji. Rozmówcy Tubylewicz bardzo często sięgają w głąb siebie, jednak rozumieją również, kim się stają i jaki jest kontekst ich istnienia, kiedy na świecie pojawiają się ich potomkowie. „Szwedzka sztuka kochania” to oczywiście też opowieść o tych, którzy nie chcą mieć dzieci i nie czują takiej potrzeby. Naczelną potrzebą sygnalizowaną przez ludzi wypowiadających się w tej książce jest potrzeba życia w zgodzie z samym sobą. Życia, którego nie przeżywa się w poczuciu bycia winnym komuś czegokolwiek czy bycia winnym czegoś samemu sobie. Ta książka jest piękną opowieścią o tym, jak różnorodne jest człowieczeństwo. Staje się narracją pytań, bo w gruncie rzeczy jest dowodem zdziwień i fascynacji, a nie potrzeby definiowania czegokolwiek.

2022-05-18

„Pojechałam do brata na południe” Karin Smirnoff

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 18 maja 2022

Liczba stron: 352

Przekład: Agata Teperek

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje z pamiętaniem

Przeczytałem bardzo wiele bardzo mocnych powieści obyczajowych z Północy. Wydawało mi się, że nic już nie może mnie zaskoczyć, kiedy sięgam po kolejną taką narrację z któregokolwiek nordyckiego kraju. I choć miejscami miałem wrażenie jakichś przebitek z innych książek – na przykład sadyzm seksualny ojca wobec córki zobrazowany został dokładnie taką samą sceną w „Pięknie ludu” Merete Pryds Helle – to jednak Karin Smirnoff jest absolutnie wyjątkowa w tym, w jaki sposób opowiada o przemocy. Przemoc jest tu strukturalna, dosadna, istniejąca latami w obrębie rodziny – czyli w przestrzeni, w której zawsze poszukujemy poczucia bezpieczeństwa, nie frontów walki – jednak bardzo zniuansowana. Wdziera się w portretowane relacje w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie zauważyć początku tego destrukcyjnego procesu.

Dlatego „Pojechałam do brata na południe” to nordycka powieść obyczajowa, którą wyróżnia to, jak sugestywnie i zaskakująco definiuje zachowania przemocowe i w jak wyraźny sposób sygnalizuje, że w gruncie rzeczy nigdy nie jesteśmy wolni od przemocy, bo zawsze w mniejszym lub większym stopniu chcemy wyznaczyć własną przestrzeń prywatności. Prawie nigdy nie dzieje się to bez użycia przemocy właśnie. Jednakże siłą prozy Smirnoff jest przede wszystkim jej zaskakująca fraza. Czytelnik podda się takiemu rytmowi opowiadania, w którym zatrą się granice między kolejnymi wypowiedzeniami oraz ich znaczeniami. Okaże się, że brakujące znaki interpunkcyjne i specyficznie pisane nazwy własne to będzie dopiero początek fascynującej przygody z tą książką. Najbardziej fascynującą i zapewne najtrudniejszą przeżyła tłumaczka, Agata Teperek, która opowiada w zakończeniu o tym, na ile Smirnoff pozwalała oddać się we władanie innemu językowi, a na ile nie.

Jana przyjeżdża do brata. Trochę błądzi, trochę celowo opóźnia konfrontację z nim. Bo to spotkanie będzie konfrontacją, choć oboje zdają się swoistą jednością, kiedyś złączeni wobec agresji człowieka, którego już nie ma i po którym nikt nie płakał. Kapitalna kompozycja powieści najpierw wprowadza nas w świat, w którym bohaterka powinna pozornie czuć się bezpieczna i pewna siebie, bo to przecież znane jej strony i bliski jej brat u boku, a potem stopniowo rozsadza ramy tej oczywistej przestrzeni. Jakby mimochodem otrzymujemy kolejne ciosy, dowiadując się, kim Jana była, kim się stała i kim w związku z minionymi wydarzeniami jeszcze może się stać. Nie wiem, czy bardziej przerażająca jest tu przeszłość, teraźniejszość, czy może antycypacje, bo widać wyraźnie, że Smirnoff przymierza się do kontynuacji, że nie jest to zamknięta całość, że potrafi jeszcze otworzyć kolejne furtki do piekła i następnej traumy. „Pojechałam do brata na południe” to powieść, która stopniowo odsłania mroczne rodzinne sekrety, ale jednocześnie zderza Janę samą ze sobą. W tym znaczeniu będziemy tu mieli dwie płaszczyzny odkrywania tajemnic: coś już się wydarzyło i musimy poznać te zdarzenia szczegółowo, ale jednocześnie coś dopiero będzie miało miejsce. Jana nie jest tu tylko swoją pamięcią, ewentualnie pamięcią brata. Podczas schodzenia do egzystencjalnego piekła bohaterki jesteśmy także świadkami tego, że pewne zdarzenia sprzed lat Jana zaczyna widzieć inaczej, bo niewiedzę albo jej fantazje o minionym uzupełniają relacje innych, ich perspektywy widzenia problemów.

Jana stoi w swoistym rozkroku. Z jednej strony chciałaby odważnie wyjść nowemu światu naprzeciw i stworzyć w nim jakąś nową relację, na przykład z czarnowłosym mężczyzną o „kafkowskich oczach”, do którego wyjątkowo szybko lgnie już na samym początku tej powieści. Jakby pomyliła adresy, nie dostała się do brata, którego trzeba przytulić, lecz wtuliła się w obce ramiona. W ramiona człowieka, który uniemożliwi jej złapanie oddechu po tym, co przeszła. Nie pozwoli stawać się nową Janą na własnych zasadach. Skomplikowana relacja, w jaką wejdzie bohaterka tej książki, będzie początkiem wikłania się ze sobą wielu toksycznych relacji. Jednocześnie – biorąc pod uwagę to, gdzie Jana znajduje zatrudnienie – będzie to również powieść o zgliszczach po różnych relacjach, które egzemplifikują nieporadność, samotność i ostatecznie śmierć w rozpaczy. Jeden z pragmatycznych bohaterów mówi jednak, że nie można umrzeć z rozpaczy. Nie. Nic tu nie będzie łatwe. Nawet umieranie. Rozpacz należy tu przyjąć i przeżyć. Z rozpaczy przeistoczyć się w człowieka, który musi ją oswoić, bo czeka na niego kolejny jej niebezpieczny ładunek. Siła mrocznego obrazowania tego, jakich okrucieństw mogą się na sobie dopuszczać ludzie, jest oczywiście cechą dystynktywną Smirnoff, ale mam wrażenie, że istotniejsze od portretowania wielu traum jest zaproponowanie czytelnikowi dróg radzenia sobie z tym, co potem. Czasem musi to być po prostu zapominanie. Choć bohaterowie tej książki pamiętają absolutnie wszystko. Z każdym bolesnym detalem.

Można w tej powieści przeczytać następujące słowa: „Wymazywanie obecności jakiegoś człowieka jest szybkim procesem”. Cały świat przedstawiony staje tu w opozycji do tej tezy. Najsilniej obecni są ci, których już fizycznie nie ma. Jednocześnie wszelkie próby zacierania w sobie tego, co niewygodne i bolesne, z góry skazane są na niepowodzenie. U Karin Smirnoff nie będzie żadnych pozytywnych rozwiązań problemów. Nie będzie żadnego wybaczania i pojednania, choć w gruncie rzeczy do tego dążą bohaterowie albo tego chciałby czytelnik, który naiwnie liczy na to, że złapie tu choć przez chwilę oddech. „Pojechałam do brata na południe” to książka – również z powodu zaznaczonej wyżej frazy – absolutnie pochłaniająca i wywołująca wrażenie niemocy. Nic nie jesteśmy w stanie zrobić. Prawdopodobnie nic ze sobą z lat minionych ani ze sobą obecnie nie są w stanie zrobić bohaterowie. Nie umieją rozmawiać, wyrażać swoich emocji, nie są gotowi na prawdziwe zbliżenia. Przekleństwo rodziny Kippów będzie dużo bardziej destrukcyjne i potężne, niż może się to początkowo wydawać.

Jana kompulsywnie sprząta miejsca, w których się znajduje. Chce nadać porządek temu, co wokół niej, bo nigdy nie będzie w stanie uporządkować własnego wnętrza. Coś się wydarzyło i na zawsze naznaczyło piętnem cierpienia ją i brata. Ktoś już dawno odszedł, ale nadal rani. Ktoś jeszcze żyje, lecz nie warto się do niego zbliżać. Poruszające są w retrospekcjach dziecięce fantazje Jany i Brora o tym, że mają dom wraz z kochającymi rodzicami. Tymczasem pozostaje w nich ogromne poczucie winy. Także wstyd, choć to nie oni powinni się wstydzić. Ale jest to też fascynująca opowieść o bliskości rodzeństwa, które niekoniecznie trzeba było uczynić bliźniakami, aby zaznaczyć, jak silnie i na zawsze jednoczą nas przede wszystkim wspólnie przeżyte traumy. Karin Smirnoff opowie także o tym, na jakich zasadach i dlaczego tak skutecznie wszyscy jej bohaterowie osadzają się w pozornie dla nich bezpiecznej samotności. To bardzo ciekawa książka o tym, czym może być bliska relacja, jeśli ta najbliższa była naznaczona przemocą i gwałtem.

Ponad wszystko jednak jest to powieść o tym, jak niebywale heroiczne staje się wychodzenie naprzeciw własnej pamięci. A także temu, jak pamiętają nas inni, lub temu, w jaki sposób rozmyliśmy się w czyjejś świadomości, gdy my sami nie jesteśmy w stanie kogoś z tej świadomości usunąć. Jak w każdej nordyckiej powieści swoją rolę odgrywa tu także surowa natura. Właściwie tylko ona wydaje się wolna od trosk, bolesnych wspomnień, skrywanego żalu i uwiarygodnionej psychologicznie nieśmiałości, by wziąć odpowiedzialność za swoje istnienie. Smirnoff przenosi nas do zimnego rejonu Szwecji, ale najzimniejsze jest tam tkwiące gdzieś między bohaterami przekonanie, że z różnych powodów nie da się niczego zmienić. Będziemy świadkami wielu przemian oraz prób zapominania. Ta książka odciśnie się w pamięci czytelników bardzo boleśnie. Ale to od początku powieść o nas – niezdolnych do pożegnania smutku i rozpaczy, niezdolnych do pożegnania przemocy, niezdolnych do pokochania samych siebie.

2022-05-16

„Monster. Aileen Wuornos – zrozumieć seryjną zabójczynię” Christopher Berry-Dee

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 18 maja 2022

Liczba stron: 272

Przekład: Robert J. Szmidt

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacja ze złem

O Aileen Wuornos napisano wiele książek. Co miałoby wyróżniać właśnie tę? Trafia po latach do polskiego odbiorcy i wywołuje wielki zamęt w głowie. Bardzo mi się spodobała zastosowana przez Christophera Berry-Dee technika polegająca na tym, aby w całym reportażu trzymać się pewnej konwencji, leksyki, sposobu wnioskowania i oceniania samej siebie przez bohaterkę. Jej ostry i wulgarny język przebija się tu wyjątkowo mocno, zwłaszcza w tych najkrótszych cytatach. Jednocześnie autor „Monster” swoją frazą dostosowuje opowieść do bezkompromisowości sądów i opinii seryjnej zabójczyni z Florydy. To książka, w której bardzo dobrze pracują kolokwializmy, żywy język potoczny dynamizujący poszczególne relacje. Ale najbardziej rzucają się w oczy kontrasty, którymi operuje Berry-Dee. Z jednej strony nazywa Wuornos dosadnie i nie ma dla niej odrobiny współczucia. Chce za wszelką cenę ukazać ją taką, jaką zawsze była dla otoczenia. A była surowa, obcesowa, wzbudzająca strach połączony z jakimś rodzajem fascynacji. Być może dlatego stała się swoistą celebrytką, dlatego mówiono o niej tak często już po aresztowaniu, jak również po wykonaniu wyroku śmierci. Z drugiej strony – w tej książce kryją się niebywałe jak na reportera pokłady czułości wobec postaci, którą chce sportretować tak jednoznacznie negatywnie.

Siłą tej narracji będzie zatem zderzanie ze sobą polaryzujących opinii i zaskakujących faktów. Berry-Dee nie ma cienia wątpliwości, że Wuornos do ostatnich chwil była degeneratką. A jednak pochyla się nad jej życiem w taki sposób, że ujrzymy tu kobietę, której drogę życiową uwarunkowało wiele traumatycznych okoliczności. Czy one w jakikolwiek sposób tłumaczą to, co zrobiła? Twórca tej książki w jednym miejscu dość wyraźnie sugeruje: tak, to my jako społeczeństwo ze swą obojętnością lub umiejętnością niezauważania bolesnych biografii innych stajemy się odpowiedzialni za to, że psychopatia i inne groźne zaburzenia osobowości rozwijają się i doprowadzają do tego, że ktoś zaczyna zabijać. Ale „Monster” to również bezkompromisowa i surowo oceniająca historia. Nie ma tu w niektórych miejscach nawet cienia współczucia. Jest bardzo naturalistyczny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników, daleki od eufemistycznego nazywania spraw nurt dynamicznych rozważań, ciąg śmiałych i bezwzględnych wniosków.

W jaki zatem sposób Christopher Berry-Dee chce przedstawić osobę, która zelektryzowała amerykańską opinię publiczną, ale po jej śmierci – przed dwudziestu laty – nikt nie płakał, być może poza jedyną kobietą okazującą jej miłosierdzie, adoptującą morderczynię przebywającą za kratami? Co jest tutaj najcenniejsze: wieloznaczność tego reportażu czy przenikliwość autora, który spotkał się z Aileen Wuornos, lecz stara się również spotkać z jej gorzkim, pełnym stygmatyzowania i odrzucenia życiem? Niejednoznaczność wymowy „Monster” powoduje, że ta opowieść zapadnie w pamięć na długo. Każdy podczas czytania sprawdzi lakoniczną notkę o jego bohaterce proponowaną przez Wikipedię, ale myślę też, że część odbiorców obejrzy wstrząsający film – nagranie rozmowy Wuornos z Nickiem Broomfieldem, w którym to, co najbardziej hipnotyzuje, to przerażający wzrok tej kobiety. Ciarki przechodziły mnie przy lekturze prawie każdego rozdziału. Miałem wrażenie, jakbym siedział tuż obok Wuornos, i rozumiałem strach, który wyzwalała. Jednocześnie ta opowieść prezentuje nam świat strachu, z którego wydobyła się ta przerażająca postać. Świat odrzucający ją od najmłodszych lat. I świat, na którym chciała się zemścić za jego okrucieństwo.

Najmocniej brzmią jej słowa, o których nie można tutaj nie pamiętać: „Nie mam nic do stracenia”. Zatrzymana przyznaje się do zarzucanego jej wielokrotnego morderstwa. Twierdzi, że musiała zabić. Że wszyscy mężczyźni, których pozbawiała życia, i tak nie mieli moralnego prawa tego życia wieść. Co tak mocno przykuwało uwagę do Aileen Wuornos? To, że wymierzała sprawiedliwość – osamotniona i kierowana motywami zrozumiałymi tylko dla niej? To, że zabiła jako pierwszego człowieka, który – co wynika z informacji o nim, także tych skrytych przed skazującą ławą przysięgłych – stanowił dla niej prawdopodobnie śmiertelne zagrożenie? Ta opowieść nie ma jednego sensu, nie jest historią jakiejś jednej sugerowanej tezy. Zło rozpisane jest tu na wiele ról. Morderczyni działała metodycznie czy kompulsywnie? Zabijała w obronie własnej? Dlaczego zatem sama wsiadała do kolejnych samochodów, w których powiozła dalej swoje zło i ujawniła jego najbardziej przerażające oblicze?

Christopher Berry-Dee obrazuje nam mroczną stronę Florydy znanej z bajkowych plaż i kojarzonej z wyróżniającym się w Ameryce poczuciem beztroski i lekkiego życia. To, co przeżyła Wuornos, w żaden sposób lekkie nie było. Autor „Monster” zwraca uwagę na ścisły związek zbrodni i męskości. Pierwsza z nich ujawnia się niejako ewolucyjnie, jako wyraźna konsekwencja pewnych zdarzeń. Męskość od początku życia morderczyni jest kategorią ustanawiania buntu wobec rzeczywistości. Oddająca swe ciało mężczyznom Wuornos – nazywana tu konsekwentnie Lee, co również tworzy specyficzny wydźwięk tego reportażu – za każdym razem triumfuje nad męskim pożądaniem. Choć to jej ciało stanie się przedmiotem perwersyjnej rozgrywki, ona w tym ciele jest górą. Każdy rodzaj seksu z mężczyzną stawał się dla niej zwycięską batalią. Czego tak nienawidziła i czego tak bardzo się bała w męskości?

Prawdopodobnie jednej z odpowiedzi na to pytanie udzieli dość szczegółowo sportretowana tu relacja partnerska z drugą kobietą, Tyrą Jolene Moore. Postać Moore jest tu ważna w kilku aspektach, między innymi dlatego, że być może to ona mogła wpłynąć na bieg wydarzeń: albo zatrzymać kolejne morderstwa, albo nie dopuścić do pierwszego. To największa miłość życia seryjnej zabójczyni. A może jedyna miłość, do jakiej Wuornos była zdolna w świecie, w którym nie mógł jej kochać nikt, a każdy stawał się wrogiem usiłującym ją wykorzystać, stosując różne rodzaje przemocy? W tej całej przerażającej historii opowiadane tu uczucie jest chyba jedyną możliwą dla Lee odskocznią od potworności samej siebie. Aileen Wuornos widzi się inną, lepszą w tej relacji. Czuje, że to może być ten jedyny czas w życiu, w którym komuś będzie autentycznie potrzebna. Jednak gdy robi się zbyt sentymentalnie i zaczynają się nasuwać za bardzo oczywiste wnioski, Christopher Berry-Dee zaskakuje czytających, jak zaskakiwała często swymi zmiennymi i nieprzewidywalnymi nastrojami sama Wuornos. To opowieść o różnych okolicznościach seryjnej zbrodni, ale nic tu nie jest okolicznością łagodzącą. Z jednej strony autor – dosłownie i symbolicznie – staje naprzeciw prawdziwego wcielenia zła. Z drugiej jednak – zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma do czynienia z psychopatką, która będzie usiłowała nim manipulować. Z dużym doświadczeniem pracy nad losami seryjnych morderców Berry-Dee być może próbuje nonszalancją nadrobić to, że w konfrontacji ze swoją bohaterką staje się po prostu bezradny. A Aileen Wuornos nie ma w sobie ani potencjału do manipulowania otoczeniem, ani przekonania, że jest w stanie to robić.

Tym niemniej jej prawdziwe oblicze odsłania już rzeczywistość więzienna. Czas, w którym wielokrotna morderczyni chce ocalić od cierpienia swoją ukochaną, a jednocześnie uznaje samą siebie za swoistą męczennicę. Tego życia nikt jej by nie pozazdrościł. Ta mroczna biografia tłumaczy z jednej strony wiele, z drugiej jednak – nie tłumaczy niczego. I z pewną formą bezradności „Monster” pozostawi czytelnika, który dotrze do ostatnich zdań tej bardzo dynamicznej narracji. To jedna z tych książek, które potrafią przerazić na kilku płaszczyznach i w kilku znaczeniach. Dosadna, w niektórych fragmentach dyskusyjna, na pewno w jakimś stopniu kontrowersyjna, ale także lojalna wobec faktów. Berry-Dee nie pozostawi nikogo obojętnym na tę historię. I niekoniecznie dlatego, że jest to historia kobiety mordującej z zimną krwią kolejnych mężczyzn.  

2022-05-13

„Szczelinami” Wit Szostak

 

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 20 maja 2022

Liczba stron: 432

Oprawa: twarda

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Jej deklaracje

Wiemy od lat, że nazwisko Wita Szostaka to gwarancja wyjątkowej i specyficznej jakości literackiej. To pisarz przecierający własne ścieżki w wyrażaniu zarówno siebie, jak i skomplikowanej struktury świata, wobec której często czuje się bezradny. W zasadzie każda jego kolejna powieść jest eksperymentem, wychodzeniem naprzeciw sobie jako twórcy, ale również tworzywu, jakim jest proza. Bo do tej pory konsekwentnie była to proza. A najnowsza powieść jest czymś zaskakującym. Odnosi się wrażenie, że Szostak odważnie przekracza granicę rodzaju literackiego i po tym doświadczeniu nic już nie będzie dla niego niemożliwe. Ale jednak w podtytule tej książki widnieje słowo „powieść”. Pomysł i jego realizacja – absolutnie nowatorskie, biorąc pod uwagę fakt, że twórca rozgrywa tu swoistą autotematyczną grę z istotą, funkcją i znaczeniem słowa pisanego, słowa jako takiego, sposobu komunikacji za jego pośrednictwem. Szostak jest odważny, bo przełamuje tu literackie i egzystencjalne tabu. Nie tylko uważnie portretuje kobiecość, jak czynił to już choćby we „Wróżeniu z wnętrzności”. On tutaj jest kobiecością. Deklaratywnie przez płeć, ale wciąż z charakterystyczną dla siebie specyfiką frazy, wychodzi naprzeciw przekonaniu, że w XXI wieku wszystko już zostało napisane. Ano nie wszystko. „Szczelinami” to rzecz z kilku powodów wyjątkowa. Autor przekracza tu granice płci i formy wypowiedzi. Opowiada kobietę, jej ciało, jej dylematy i zdumienia. A w tym wszystkim w zasadzie niczego nie odsłania, zmierza ku niepokojowi i tajemnicy. Im więcej się tutaj ujawnia, tym mniej tak naprawdę jesteśmy pewni. Zwłaszcza że obcujemy z tekstami o charakterze wierszy wolnych. Tu każdą linijkę tekstu trzeba oswoić, przeżyć, a niektóre zachować w sobie. Także zrozumieć, jaką siłę i wymowę może mieć nawias. Szostak jako jeden z nielicznych pisarzy zwraca uwagę na to, że w obrazowaniu literackim istotną rolę odgrywa – obok słowa – znak interpunkcyjny. Tajemnica i zagadka całej tej książki.

Zatem ona. Nieoczywista, choć przecież żyjąca w bardzo oczywisty sposób. Pokazująca, że całkiem sporo można „wywieść z banału”, lecz jednocześnie tkwiąca w takich życiowych koleinach, że w zasadzie jest przewidywalna. Nic bardziej mylnego. Zaczyna się opowiadać jako obserwatorka rzeczywistości w tramwaju, taka bohaterka rodem z powieści Zośki Papużanki, ale jej voyeryzm jest dużo bardziej skomplikowany. Tak jak tramwaj wyrusza w drogę, a potem wraca do jednej z krakowskich dzielnic, z której – głównie symbolicznie – wszędzie jest daleko, tak bohaterka miota się między pragnieniem wyjścia poza to, co oczywiste i ustanowione choćby przez jej adres zamieszkania, a bezpieczną przestrzenią oczywistości, w której właściwie jest całkiem dobrze. Ale jej istnienie to ruch. Dynamikę przemian Szostak zobrazuje bardzo ciekawymi porównaniami. W „Szczelinami” metafora brzmi intrygująco – czasem jest nad wyraz oczywista, czasami łączy się z kolejną i dopiero skomplikowany system asocjacji odkryje nam jedno z oblicz narratorki tej książki.

Deklaruje się nam słowami Hermana Melville’a. W tym „wolałabym nie” skrywa się właściwie cała dwuznaczność jej charakteru i przede wszystkim wrażliwości. Szostak składa jej teksty w zbiory, zbiorom nadaje tytuły i zaznacza przy nich daty. Możemy zatem śledzić rozwój osobowości, a także ścieżki konfrontacji tego, co pozornie słuszne, z tym, co niebywale konieczne. To nie jest trywialne stawanie się, dojrzewanie, dorastanie – żadne z tych oczywistych pojęć nie wyrażą procesu opisanego w tak specyficzny sposób. Mimo że jest tu wszystko, co mogłoby nam posłużyć do spisania pełnej faktów i oczywistości kobiecej biografii. Nikt jednak nie powiedział, że mamy się opowiadać linearnie i przede wszystkim prozą. A także za pomocą zdań twierdzących, które tutaj się często znajdują, ale wcale nie twierdzą tego, co nam się wydaje.

W bardzo konkretnym zarysie kobieta Szostaka to trochę uciekinierka od samej siebie, trudno jej samą siebie unieść i jeszcze trudniej z czymś lub kimś się zidentyfikować. Na przykład z własną córką. Fantazjująca o nieistnieniu bohaterka uświadamia sobie, że jej dziewczynka byłaby istotą, którą mocno zaboli matczyne nieistnienie. A przecież matka również jest dziewczynką, właściwie zastyga w tej dziecięcości, którą fascynująco opowiada tryptyk podpisany jako „Mrok na schodach”. Identyfikując się z inną płcią, Szostak pokazuje, co dla niego samego jako mężczyzny byłoby przestrzenią zagadek, ale i portretuje kobietę zagadkową dla samej siebie.

Niedopowiedzenia w tej narracji są jak brakujące palce dziadka bohaterki. Człowieka naznaczającego rodzinę charakterystycznym rysem, gdy historia wdarła się w to, co mogłoby tę rodzinę inaczej konstytuować w przyszłości, i to zrujnowała. Tymczasem mamy córkę urzędniczki i byłego nauczyciela, który zajmuje się czymś w ogóle niezwiązanym z edukacją. Mamy jej odwagę samostanowienia i strach przed tym, czy nie posunęła się za daleko. A może przede wszystkim przed tym, że nie zna swoich możliwości i nie jest w stanie ich opisać. Ta powieść to słowa prób. A jednocześnie historia postaci, która chyba najtrafniej definiuje się wówczas, gdy wyznaje: „Szukam słów, które obiecują dużo więcej, niż mogą mi dać”.

Co nam daje obcowanie ze „Szczelinami”? To nie tylko książka nowatorska. To również ciekawe uzupełnienie tego, co Szostak wcześniej nazywał opowieścią, co miało rolę mitotwórczą, co całym sobą wołało do nas za pomocą ukrytych znaczeń. Bo jest to powieść z jednej strony silnie chyląca się ku autorskiemu przekonaniu, że wszystko jest opowieścią, a wyzwaniem – znalezienie narzędzia, aby to udowodnić. Z drugiej jednak – niepokojąco tajemniczym wyznaniem. I tu należy zaznaczyć, że tak opowiedziana historia namnoży interpretacji; ta opowieść będzie żyła chyba dłużej niż inne autorstwa Wita Szostaka. Ma siłę emancypacji, przede wszystkim zaś moc zatrzymywania w poszczególnych wersach. Jest to też ciekawa rozprawa z męskością jako taką. Mężczyzna w tej książce jest „samotnym przywódcą własnej partii”, nieustannym zdobywcą i kreatorem świata. Kimś, kto chce go nazywać dla niej. A ona – w pewnym momencie zamieniając się w ten zaimek – oddaje mężczyźnie obraz, którego być może on nie jest w stanie przyjąć. Tak czy owak intrygujące jest śledzenie relacji z płcią przeciwną – są kontestujące, ale jednocześnie więcej nazywają. Wiemy więcej o kobiecie Szostaka. Widzimy, w jaki sposób Szostak staje się kobietą.

To z pewnością jedna z bardziej oryginalnych książek, którą przeczytamy w tym roku. Opowieść, w której bardzo ważne są dwa rodzaje przestrzeni: rzeczywista i wyimaginowana, obie przemierzane w niepokoju i obie zamykające się na siebie. A całość zmierza – jak wspomniałem – ku czemuś mocno niepokojącemu. Nie jestem pewien, czy naprawdę wydostajemy się ze świata tej bohaterki i czy ta bohaterka jest rzeczywistym przewodnikiem po opisanych przestrzeniach. Dużo zagadek i wiele miejsc, w których „Szczelinami” – jak sugeruje tytuł – staje się opowieścią o przedostawaniu się do naszego świata nieoczywistych rzeczy. Wtedy rozumiemy więcej, widzimy szerzej. Jednak całość urzeka przede wszystkim niespotykaną we współczesnej literaturze męską wrażliwością. Mam wrażenie, że Wit Szostak – w określonej konwencji i charakterystycznej masce – jest jako człowiek, nie jako pisarz, właśnie w tej książce w całej swej twórczości najbliżej odbiorcy. To również pięknie skomponowana narracja o tym, że życie to fragmentaryczność różnych doświadczeń. Mało kto w tak nieoczywisty sposób potrafi nam opowiedzieć, jak bardzo na co dzień boimy się żyć naprawdę.

2022-05-10

„Zabiłam. Historie matek skazanych za zbrodnie ludobójstwa w Rwandzie” Natalia Ojewska

 

Wydawca: Słowne

Data wydania: 27 kwietnia 2022

Liczba stron: 260

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Wobec nieodwracalnego

Wydawać by się mogło, że o rwandyjskiej zbrodni ludobójstwa napisano już w zasadzie wszystko. I nie mam tu na myśli tylko wstrząsających reportaży Jeana Hatzfelda czy Wojciecha Tochmana. Temat mordów na tle etnicznym w Rwandzie pojawia się w wielu różnorodnych publikacjach, na przykład w niedawno wydanej książce Konstantego Geberta „Ostateczne rozwiązania”. I wciąż na nowo relacje, wspomnienia, materiały faktograficzne wzbudzają przerażenie i niedowierzanie, że to wszystko mogło tam mieć miejsce. Że sąsiedzi, członkowie rodzin, ludzie żyjący na co dzień w dobrych relacjach po prostu wzięli maczety i w 1994 roku postanowili się masowo zabijać. Natalia Ojewska proponuje nam nową, zaskakującą i bardzo poruszającą perspektywę spojrzenia na te zbrodnie. Pojedzie do Rwandy, by rozmawiać z kobietami zbrodniarkami. Zaznacza, że około 2500 kobiet odsiaduje obecnie wyroki za udział w zbrodni ludobójstwa w 1994 roku. To będzie podróż do piekła kobiecego wspomnienia o własnym okrucieństwie. Czternaście trudnych do uniesienia rozdziałów i specyficzny apendyks – krótki rys historyczny wskazujący na to, że tak naprawdę nie wskazany wyżej rok był czasem rozpoczęcia rzezi. Że nienawiść między Hutu i Tutsi narastała dekadami. Że za to wszystko, czego doświadczyła spływająca krwią Rwanda, w znacznej mierze odpowiedzialna jest Europa.

Ale „Zabiłam” nie będzie książką oskarżającą czy sugerującą kolejne tezy dotyczące bycia winnym czy poszkodowanym w tym przerażającym konflikcie, o którym wciąż się pamięta. Autorka tej niezwykłej książki wyraźnie zaznaczy, że nie nam oceniać postępowanie swoich rozmówczyń. Nie będzie tu zatem dydaktycznego tonu, który uporządkuje rzeczywistość w taki sposób, by wina oraz kara były zdefiniowane jasno i czytelnie. Ojewska jest przede wszystkim baczną obserwatorką i uważnie słucha. Chce przedstawić nam kobiety, których droga do zrozumienia tego, co uczyniły, a potem do wybaczenia sobie i uzyskania wybaczenia od rodzin ofiar, mocno się wikła. Ludobójstwo było faktem. „Zabiłam” jest książką o emocjonalnych konsekwencjach tego faktu. Ale przede wszystkim niedającą jednoznacznych odpowiedzi publikacją, która wskazuje, że po zbrodni niezbędne jest wybaczenie, aby naprawdę unieść jej ciężar.

Kobiety podczas wojen lub innych niebezpiecznych działań zbrojnych są ofiarami tego, w jaki sposób świat przemocy napiszą skłonni do destrukcji i okrucieństwa mężczyźni. O tym w przejmujący sposób pisała Christina Lamb w swojej książce „Nasze ciała, ich pole bitwy”. Tymczasem Natalia Ojewska odwiedza rwandyjskie kobiety, które na równi z mężczyznami siały zniszczenie, odbierały życie, dały się porwać szaleńczej ksenofobii, a ostatecznie stały się także ofiarami systematycznie planowanego i realizowanego ludobójstwa. Różnica między nimi a pozostałymi ofiarami tego procederu jest taka, że rozmówczynie Ojewskiej żyją. Niosą w sobie brzemię tego, co zrobiły, ale każda z nich inaczej sobie z nim radzi. Albo nie radzi wcale. Zwraca uwagę fakt, że dużo z tych kobiet było gotowe przyznać się do swoich win po upływie wielu lat. Równie ważny jest upływ czasu wówczas, kiedy uświadamiają sobie, że są zbrodniarkami i muszą określić dalszy kierunek swojego życia. Na wolności często czekają na nie rodziny. Stygmatyzowane przez to, że są bliskimi morderczyń. Ojewska oddaje głos kobietom na różnym etapie rozumienia znaczenia swoich czynów i także różnym etapie brania za nie odpowiedzialności. Swoją książkę konstruuje jednak w taki sposób, że przechodzimy tu płynnie od jednej do drugiej perspektywy. Zasadnicza historia opisywana jest z kilku punktów widzenia. W „Zabiłam” plotą się nitki rozpaczy, okrucieństwa i traumatyzujących wspomnień – o jednym zdarzeniu opowiada jego sprawczyni, ale opisują je również ludzie widzący ten czyn inaczej. Zasadniczym celem tak skonstruowanego reportażu jest wskazanie skomplikowanych zależności międzyludzkich wpisanych w definicję jednej konkretnej zbrodni. Cierpią po niej zbrodniarki, ale o swym cierpieniu, niemocy albo próbie wyjścia naprzeciw w formie wybaczenia opowiadają najbliżsi z rodzin, ocaleni i pokrzywdzeni, rodziny pokrzywdzonych albo świadkowie tego, za co rozmówczynie Natalii Ojewskiej zostały skazane.

Odette podżegała do zabicia sąsiada. Ale przez lata była przekonana, że jej jedynym przewinieniem była kradzież ziemniaków zabitego. Z rąk Immaculée zginęło kilkanaście osób. Wspomina, że ona i reszta zbrodniarzy zachowywali się „jak wściekłe psy”. Elvanie zabiła dwie dziewczynki, lecz opowiada, że była do tego zmuszona. Esperance tylko zbierała kamienie, którymi potem zabijano ludzi. Nie ma jednak żadnego „tylko”. Pojawiają się tu ważne, może nawet najważniejsze dla tego reportażu słowa: „Nie ma czegoś takiego jak mała czy duża zbrodnia”. Jak wspomniałem, portretowane Rwandyjki latami dochodziły do tego, by zrozumieć, co naprawdę zrobiły, i określić swój świadomy udział w machinie zabijania. Są też rozmówczynie Ojewskiej, które nie czują się winne. Jedna z nich po zakończonej odsiadce nie jest gotowa, by wyjść na wolność, zmierzyć się z nową rzeczywistością, odnaleźć w niej sens dalszego życia. To nie są tylko historie tych, które znalazły się w niewoli, bo w mniejszym lub większym stopniu przyłożyły rękę do mordowania najbliższych, sąsiadów, przyjaciółek. Ich czyny wyjątkowo silnie rezonują w wyobraźni czytelnika. Niektórych opowieści nie da się unieść – jak historii Marie, która usiłowała utopić swoich synów. Nie jest jednak celem tej publikacji epatowanie okrucieństwem, któremu autorka chciałaby dopisać jakieś nowe definicje. Natalia Ojewska usiłuje przede wszystkim przyjrzeć się temu, w jaki sposób w świadomości kobiet oraz ich najbliższych rodzin kształtuje się nowa ludzka tożsamość – gotowa do pojednania, gotowa do wybaczenia.

„Zabiłam” to wstrząsające historie o tym, czym jest ból utraty. Także części samej siebie po tym, czego się dokonało. Autorka sugeruje, że po tylu latach wciąż na nowo odbywa się skomplikowany proces rozrachunku z szaleństwem ludobójstwa. Tu muszą wyjść sobie naprzeciw osoby, które stale mieszkają obok siebie. Tu musi dojść do trudnej konfrontacji między dziećmi zbrodniarek a nimi samymi, które wciąż są przecież matkami czy żonami. Ojewska bardzo się stara niuansować prezentowane emocje. Jest wrażliwa na ukazywanie tylu obrazów krzywdy, ile różnych oblicz tego krzywdzenia można ujrzeć dzięki swojej wrażliwości, kiedy posłucha się naprawdę, zrozumie być może więcej, niż chcą przekazać rozmówczynie. Jest to również reporterska fantazja o tym, czy akt zabójstwa drugiego człowieka naprawdę można komuś i sobie wybaczyć, czy możliwe jest zrozumienie tego, że się kogoś zabiło. Rozmówczynie Ojewskiej są już w takim wieku, że po wyjściu na wolność nie zostanie im dużo lat, by odbudować nadwątlone albo zrujnowane relacje – nie tylko z najbliższymi. Ta książka dyskretnie sugeruje również to, jak długo można tkwić w milczeniu, bez kontaktu z samym sobą, bez nazwania popełnionej zbrodni i bez przyjęcia do wiadomości, że jest się zbrodniarzem.

Natalia Ojewska opowiada o ludziach, którzy kiedyś dokonali impulsywnego wyboru i z jego konsekwencjami będą się musieli mierzyć przez całe życie. To również rzecz o tym, że Rwanda pamięta swoje krzywdy. Szczególnie wyraźna jest tu perspektywa matek, sióstr i żon uświadamiających sobie to, w jaki sposób zrujnowały swoimi czynami tak istotną dla nich samych więź rodzinną. Bardzo głęboko zaglądają w siebie, choć niektóre boją się tego prawie że śmiertelnie. Ojewska opowiada o tym, w jaki sposób rwandyjskie ludobójstwo pozostanie na zawsze w pamięci wszystkich, którzy je przetrwali – tych podnoszących wówczas rękę na drugiego człowieka i tych uciekających, których ucieczka uratowała fizycznie, ale nigdy nie uwolniła od dramatycznych wspomnień. Oryginalna perspektywa spojrzenia na zbrodnie i równie oryginalna koncepcja całej książki. Głos kobiecego cierpienia oraz ogólnoludzkiej rozpaczy po zdarzeniach, które nigdy nie staną się naprawdę czasem przeszłym.

2022-05-06

„Historia Opal. Pamiętnik rozumiejącego serca” Opal Whiteley

 

Wydawca: Kosmos Kosmos

Data wydania: 4 kwietnia 2022

Liczba stron: 320

Przekład: Filip Łobodziński

Oprawa: twarda

Cena det.: 65,90 zł

Tytuł recenzji: Odkrywanie i nazywanie

To w zasadzie jest książka, którą trzeba pokazywać, a nie o niej pisać. Słowa stają się trochę bezbronne wobec niej również dlatego, że napisana została specyficzną składnią i urozmaicona zaskakującą fleksją. Ale najważniejsza wydaje się oprawa graficzna. Niezwykła okładka, grafika numeracji stron, dodane ilustracje – to wszystko sprawiło, że ja, wieloletni zwolennik książek elektronicznych, postanowiłem przeczytać „Historię Opal” tradycyjnie, zachwycając się edytorskim kunsztem, bo ta publikacja to naprawdę arcydzieło wydawnicze. I nie ma tu nawet odrobiny przesady. Ukazała się po raz pierwszy ponad sto lat temu. A nawet dzisiaj zachwyca swą świeżością i niezwykłością.

Zgadzam się z Sylwią Chutnik, która pisze, że naprawdę drugorzędną czy wręcz nieistotną kwestią jest koncentrowanie się na tym, kto i jak kwestionował prawdziwość tej książki. Tak, sześciolatka mogłaby napisać coś takiego. Tak, mogłaby napisać dokładnie w takiej formie. Jestem tego pewien tym bardziej, że stoi za mną blisko dwadzieścia lat doświadczenia pedagogicznego. I czytając, zrozumiałem, że to jest rzecz przeznaczona także, a może przede wszystkim do czytania z dziećmi o szczególnej wrażliwości i umiejętności odbioru rzeczywistości. Gdybym miał córkę, czytałbym jej „Historię Opal” na dobranoc. Gdybym miał wskazać konkretnego czytelnika, dla którego będzie ona frajdą czytelniczą, skierowałbym słowa zachęty do wszystkich wyobcowanych, żyjących w poczuciu inności, wszystkich widzących i odbierających rzeczywistość inaczej niż reszta otoczenia, ale przede wszystkim do tych, którzy czują największą bliskość ze światem natury. On to właśnie dla bohaterki i narratorki tej książki jest punktem odniesienia, płaszczyzną odnajdywania siebie, przestrzenią poszukiwania osobistego szczęścia. Żadna książka nie zwróci jak „Historia Opal” naszej uwagi na to, z czym i w jaki sposób można się zaprzyjaźnić, nie zbliżając się za bardzo do ludzi.

To, w jaki sposób napisana jest ta historia, uzmysławia nam niebywale rozwiniętą wyobraźnię oraz pamięć małej dziewczynki. W karkołomnych czasami frazach widać drogę szukania siebie poprzez opowieść i opowiadania o swoich doświadczeniach ze światem, tutaj egzemplifikowanych przede wszystkim przez słowo „odkrywanki”. Opal opowiada siebie poprzez bliskość z naturą i naturę poprzez charakterystyczne sposoby nazywania jej elementów. Dziewczynka sięga do historii i drugiego języka, ma pamięć do dat, nadaje zwierzętom miana znanych ludzi, ale imperatyw nazywania sięga u Opal dużo dalej. Nazwane jest wszystko to, co żyje wokół. Dziecko tworzy sobie swoisty słownik świata. Pośród zapamiętanych nazw skrywają się charakterystyczne dla Opal asocjacje – chce ona widzieć świat podmiotowo, każdy jego element szczególnie wyraźnie. Słyszała albo przeczytała o czymś lub o kimś, kto dałby tu nowe życie podwórkowemu zwierzęciu albo drzewom rosnącym gdzieś przy drodze. Jednocześnie jest w tym wszystkim magia porządkowania – bliskie staje się nie tylko to, co nazwane. To, co nazwane, nabiera od razu tożsamości. A Opal szuka przyjaciół wszędzie. Są to maleńkie gryzonie, ale jest i znacznie większy od niej koń. Są także ludzie dorośli, którzy rozumieją specyfikę widzenia świata przez młodziutką Opal. Filip Łobodziński, tłumacz książki, dziwi się trochę temu, że w otoczeniu tak niezwykłego i wrażliwego małego człowieka znaleźli się dorośli będący w stanie wejść w jego świat, stać się częścią tego świata. Mnie bardziej zaskakuje żarliwa religijność tak małego dziecka. Ale w tej opowieści każdy z nas znajdzie coś, co na pewno zastanowi i zaskoczy.

Dlaczego? Ze względu na język każde kolejne zdanie jest tu osobną czytelniczą przygodą. Nie tylko wówczas, gdy natrafiamy na takie zdania jak: „Wtedy czuję, że im się czuje bardzo radosne uczucie” czy: „Jemu się to rozumie”. Także wtedy, gdy stajemy się w pewien sposób bezradni wobec semantyki, a po chwili zdajemy sobie sprawę, że nic tu nie będzie się układać w kształt naszych doświadczeń językowych i prób nazywania rzeczywistości za pomocą lingwistycznych schematów. „Historia Opal” rozsadza samą siebie, jest niczym narracyjny wulkan pełen już wspomnianych „odkrywanek”, ale także „rozmawianek”, „przystawanek” czy „pocieszek”. Jednocześnie w bardzo konsekwentny sposób kreśli obraz emocji dziecka w gruncie rzeczy samotnego i opuszczonego. A jednak szczęśliwego z powodu każdego przeżytego dnia. Dla Opal szkołą życia jest pełna niezwykłości codzienność, w tym droga do szkoły. W tej rzeczywistej szkole może zostać tylko zganiona za spóźnienie, do szkoły nie można przynosić w rękawach czy kieszeniach swoich maleńkich przyjaciół z lasu lub domowego obejścia. Jednocześnie mamy do czynienia z dziewczynką doznającą systematycznej przemocy ze strony kogoś, kto powinien jej być najbliższy. Powieściowa mamcia bije Opal tak samo często, jak często dziecko jest w stanie dostrzegać i nazywać różnorodność tego, co stanowi dla innych szare otoczenie, jakąś ponurą wioskę w Oregonie, gdzie żyje się z wyrębu lasu i gdzie codzienność toczy się pośród wysiłku fizycznego oraz momentów, w których się od niego odpoczywa. Opal nie chce od niczego odpoczywać, bo jej witalność jest potężna i nie zna ograniczeń. Tymczasem dziecko upokarzane rozkazami chowania się pod łóżko czy przywiązywane sznurem do drewutni uczy się, że tego typu doświadczenia to element konieczny do przeżycia, ale niekonieczny do zapamiętywania.

Czy w barwnym świecie Opal widać przede wszystkim dziecięce tendencje ucieczkowe przez zasadniczymi egzystencjalnymi traumami, do których opisania w oczywisty sposób nie ma narzędzi sześcioletnia dziewczynka? Jest gotowa opowiedzieć siebie przez radość, oczekiwanie i przede wszystkim odkrywanie wokół niesamowitości. O nich też w specyficzny sposób opowiada. Rozczula i ujmuje ta wielka wrażliwość, której natura chyba nie ma dla samej siebie. To dziecko zjedna sobie wszystko wokół: nakarmi dżemem osy, zabandażuje zranioną wronę, będzie przytulać głowę świnki, którą przed momentem zarżnięto. Będzie jednocześnie czujne i przenikliwe. Opal skonfrontuje się tu z różnymi formami odejścia. Na początek odejście obojga rodziców. A potem utraty w swojej magicznej codzienności: koń, wspomniana wrona, ale też niewidoma dziewczynka, której Opal oddaje część swojego dobrego serca. Jest w tym wszystkim także zaznaczona w podtytule kwestia „rozumiejącej duszy”. Nie wszyscy ją mają albo nie u wszystkich Opal to zauważa. Sama tworzy zarówno przestrzenie bliskości, jak i przestrzenie dystansu. Z jednej strony zaciera oczywiste granice, z drugiej jednak – stawia pewne na własnych zasadach. Towarzyszą jej czasem „samotki”. Bywa, że wszystko staje się dalsze i nie tak bezpieczne jak na co dzień. Bo wspaniale sportretowany świat tego dziecka w żaden sposób nie jest doskonały. Opal Whiteley opowiada o czasie i sposobie odbierania świata, dzięki którym nic jeszcze nie jest wrogie i niedostępne. W tym znaczeniu to książka do czytania dzieciom – być może jest w stanie pomóc im odnaleźć własne drogi do takiego czarowania rzeczywistości, by jak najdłużej była bezpieczna, przewidywalna, a jednocześnie pozwalała na twórcze poszukiwania.

Whiteley proponuje nam wyprawę do świata, w którym można grać z wiatrem w berka, zaśpiewać w chórze z ziemniakami i dostrzec, że ropucha ma śliczne oczka. Opowieść o dziecięcej próbie konstytuowania siebie oraz uznawania za niezbędne i oczywiste w tej niezbędności elementów świata codziennego, które nie mają żadnej pragmatycznej funkcji ani znaczenia. Od pragmatyzmu, uporządkowania, przewidywania i przede wszystkim żelaznej konsekwencji świata mamci, która tak często bije, Opal ucieka w sposób odważny i świadomy. Wie, że nie da się uciec dalej niż w głąb własnej wyobraźni. I dlatego jest to piękna opowieść dla każdego czytelnika, który nie wierzy w to, że zawsze możemy szukać szczęścia przede wszystkim w samym sobie. Nieoczywista, zachwycająca książka – jedna z najbardziej oryginalnych, które będziemy mogli przeczytać w tym roku. I piszę to z pełną świadomością, że rok wydawniczy nie dotarł jeszcze nawet do półmetka. Dałem się zaczarować. Ta książka to prawdziwa magia.

2022-05-04

„Lód” Ulla-Lena Lundberg

 

Wydawca: Marpress

Data wydania: 30 kwietnia 2022

Liczba stron: 416

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46 zł

Tytuł recenzji: Bliskość i oddalenie

Wyspy Alandzkie to ostatnie nordyckie terytorium w Europie, do którego nie udało mi się jeszcze dotrzeć. Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po książkę ukazującą to miejsce w sugestywny sposób. W moim odczuciu „Lód” jest o wspólnocie, którą definiuje miejsce zamieszkania, ale również o kobietach wyłaniających się z cienia mężczyzn. Na Alandach nazywają swoich mężów zaimkami. Jednocześnie to właśnie mocno brzmiący „on” jest płcią, przez którą opowiada się tu świat, definiuje się go, nadaje się mu ostateczne znaczenia. Nieprzypadkowo Ulla-Lena Lundberg zaznacza już na wstępie, że nowego pastora się słucha, jego żonie się tylko przygląda. „Lód” opowie nie tylko o tym, w jaki sposób funkcjonuje społeczność zdemilitaryzowanych wysp, które zaczynają nowe życie wraz z sąsiednimi Szwecją i Finlandią, kiedy druga wojna światowa wreszcie się kończy. Lundberg pochyli się nad kobiecymi postaciami pełnymi witalizmu i determinacji. Będącymi gdzieś w tle, zawsze z boku – na tym chłodnym archipelagu, na którym nie można schronić się pod drzewem, a gazety z wieściami ze świata docierają z kilkudniowym opóźnieniem. Oprócz feminizującej linii tej powieści warto zwrócić uwagę na doskonale dobrany i bardzo ciekawie tu wybrzmiewający tytuł. Kolejna gratka dla wielbicieli mocnych nordyckich narracji obyczajowych, a przede wszystkim książka dla koneserów sennego rytmu. Tu nic nie wydarzy się nagle i niespodziewanie. Poza wydarzeniem, które zawsze jest nagłe i niespodziewane. Jednocześnie „Lód” będzie kipiał od emocji, głównie swoich bohaterek. To rzecz o tym, czym jest alandzka samotność pośród innych. I o pejzażu definiującym krajobraz emocjonalny nakreślonych postaci.

Johanna Holmström, Kjell Westö i Nina Wähä to trójka szwedzkich pisarzy, którzy dzięki doskonałym tłumaczeniom Justyny Czechowskiej i Katarzyny Tubylewicz przenoszą nas w specyficzny rejon szwedzko-fińskiego pogranicza. Wyspy Alandzkie z „Lodu” kryją się w definicji granicy chyba najsilniej. To tu Szwecja i Finlandia ze swoimi obywatelami, stylami życia, mentalnościami i osobliwościami tworzyły od dekad spokojne miejsce różnorodności oraz pojednania. Ostatecznie każdy jest tu swoistą wyspą na archipelagu. Wspólnota wydaje się silna, jednakże to od jednostki zależy, w jaki sposób będzie żyć, czy przetrwa, czy będzie to życie spełnione. Sugestywna scena wspólnego śpiewu kościelnego obrazuje jedność społeczności, w której równocześnie każdy z domów staje się w pewien sposób zamkniętą przed innymi twierdzą. Nowy pastor w jednej z alandzkich gmin chce prowadzić ze swą żoną dom otwarty. Zależy mu na tym, by jednoczyć, nie dzielić. Niwelować napięcia, być gotowym do procesów negocjacyjnych, wciąż na nowo dążyć do pojednania. Nic nie może być bardziej istotne na wyspach smaganych falami zimnego morza, które same w sobie są oddalone – od świata i siebie. Tu należy znaleźć sposoby, aby zjednoczyć zachód ze wschodem, by ludzka wspólnota przypominała jedność surowej natury. Wyzwaniem Pettera Kummela będzie również dopasowanie życia rodzinnego do nowego miejsca. Miejsca, w którym – jak sam uświadamia sobie dość szybko – chciałby zostać aż do śmierci…

Bardzo mi się podoba piękna kompozycja klamrowa tej powieści. Można by namalować dwa sugestywne obrazy: jeden otwierający, drugi zamykający tę narrację. Na każdym w centralnym punkcie łódź – podstawowy środek lokomocji na Wyspach Alandzkich, choć niektórzy wybierają też rowery, ale one nie przekroczą wodnych granic. Kiedy już ujrzymy, jak istotne są dwie podobne, lecz przecież całkiem różne w przekazie sceny, łatwiej przyjdzie zrozumieć, że „Lód” opowiada człowieka poprzez naturę, a w zasadzie tylko dzięki naturze. Przenosząca nas jedynie na chwilę do kontynentalnej Finlandii narracja jest literackim hołdem dla miejsca, w którym można nakreślić portret bardzo specyficznej społeczności. Najistotniejszym elementem tej natury będzie oczywiście woda ze swoją mocą sprawczą. I tytułowy lód znakomicie implikujący dwuznaczne treści. Bo lód jest sprzymierzeńcem, ale może być też wrogiem. Alandzki lód wyznacza ludziom kierunki myślenia i działania, lód definiuje ludzkie wybory, jest również czymś, co znakomicie izoluje od reszty świata.

Mamy zatem z jednej strony pewną klaustrofobiczną przestrzeń, która wiąże ludzi ze sobą w bardzo autorytarny sposób. Z drugiej jednak – dającą początki różnym kierunkom. Z Wysp Alandzkich wypływa się w świat, na nie z tego świata wraca. Alandy coś z siebie dają, ale jednocześnie też sporo biorą. Wszystko jest tu specyficzne i lokalne, jednak naznaczone definicjami przywiezionymi z tego zewnętrznego świata. Stamtąd przybywa do wyspiarskiej społeczności młody pastor Kummel ze swą żoną i córką. Niepewny tego, czy ludzie go zaakceptują, zrozumieją, będą podatni na jego duszpasterski wpływ. Tymczasem najciekawiej prezentują się kobiety z jego otoczenia. I to o nich w moim odczuciu jest ta frapująca książka.

Zatem żona Kummela. Mona znakomicie radzi sobie ze zmianą, bardzo szybko odnajduje się w nowym środowisku, pragmatycznie kierunkuje codzienne życie męża, ale przede wszystkim jest dla niego punktem odniesienia i osobą, która w domowych czterech ścianach potrafi go zdominować. Dzieje Kummela – jakby to było mu należne i w każdym znaczeniu zasadne – spisuje Lydia, miejscowa nauczycielka. Kobieta utrzymująca swojego pasywnego męża, jak również postać, którą Lundberg chce zarysować niewyraźną kreską, w zasadzie tylko subtelnie zaznaczyć jej obecność w tekście. Mocno zaś osadzona jest w nim Irina, miejscowa położna pełniąca rolę lekarki. Obarczona wyjątkowo traumatyczną przeszłością kobieta, której Kummel – głęboko o tym przekonany – jest w stanie dać wytchnienie, kiedy Irina dostatecznie mocno skoncentruje się na tym, by zawierzyć mu swe troski i przekonać się, że to właśnie pastor wie najlepiej, co powinna czuć lub myśleć po tym, co ją spotkało. Jest tu także Adele; wydaje się najbardziej asertywna i szczególnie pewna siebie. Ma moc sprawczą i jest jedną z najważniejszych osób na archipelagu. Jednocześnie i ona ma być w pewien sposób podległa męskości skrytej w osobie pastora. Ale najbardziej przejmuje epizodyczna Francine, całe życie tkwiąca w cieniu swego męża, z jedyną przeznaczoną jej rolą – rodzenia dzieci. Ulla-Lena Lundberg w tej postaci zdaje się sugerować, że depresja była może bardziej destrukcyjna wtedy, kiedy nikt jej jeszcze właściwie nie nazwał. Autorka określa ją przejmująco: stanem leżenia i kołysania się pod lodem. Ale Francine to także jeden z niemych głosów próbujących wyrazić alandzką samotność. Bo sporo dzieje się tu również w milczeniu.

Jedną z zalet „Lodu” jest również niespieszny sposób odsłaniania portretowanej rzeczywistości. Autorka nie chce jak najszybciej opowiedzieć o relacjach międzyludzkich, a potem w jakiś oczywisty sposób wtłoczyć je w nordycki pejzaż. Wszystko toczy się tu w swoim tempie. Pozornie nie dzieje się nic, a jednak dzieje się bardzo dużo. „Lód” jest powieścią, w której szuka się szczegółów mogących opowiadać tę historię po swojemu. Jest to niewątpliwie czytelnicza przygoda, gdy poznajemy nie tylko specyfikę Wysp Alandzkich i ich mieszkańców, ale przede wszystkim orientujemy się, że pasjonującą historię można opowiedzieć bardzo powoli.  

2022-05-02

„Ekstremalni. O bohaterach, którzy narażają życie, by ratować innych” Dariusz Jaroń

 

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 13 kwietnia 2022

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Wobec zagrożenia

To jest książka, którą bardzo dobrze się czyta. Świetnie skonstruowana i narzucająca charakterystyczny rytm. Można odnieść wrażenie, że Dariusz Jaroń i jego rozmówcy oddają w sposobie narracji dynamikę wpisaną w ich codzienne zajęcia. Gdy po raz kolejny wstajemy i ruszamy do naszych prac, które oferują zazwyczaj codziennie to samo, niczym nie zaskakują oraz mają swój wyraźny początek oraz koniec, ludzie rozmawiający z Jaroniem nie wiedzą, kiedy skończy się ich dzień, ich zmiana, obowiązek świadczenia pracy w nadzwyczajnych warunkach. Intensywność i jednocześnie atrakcyjność – to z pewnością wyróżnia „Ekstremalnych”, książkę przypominającą swoją dynamiką rytm funkcjonowania ludzi, dla których praca pod presją, na adrenalinie i pośród wielu nieprzewidywalnych czynników jest codziennością. Czy normalnością? Na to pytanie odpowie książka. Jaroń chce swoich rozmówców przedstawić nie tylko w działaniu. Stara się na kilka sposobów pytać o to, jak radzą sobie z różnego rodzaju presjami i dlaczego są w tym, co robią, tacy dobrzy.

Czytając tę książkę, przypominać sobie będziemy te dramatyczne wydarzenia, o których kiedyś donosiły media. Których być może nie potrafimy umieścić na osi czasu, bo nie pamiętamy dat, ale które w mniejszym lub większym stopniu zapadły nam w pamięć. Przede wszystkim dlatego, że były traumatyczne. Zawalenie się dachu wystawy gołębiarzy na Śląsku. Potężny wybuch w libańskim porcie. Tragedie, do których doszło na tatrzańskich szlakach. Nepal zniszczony przez trzęsienie ziemi. Zamach, który zaskoczył organizatorów maratonu w Bostonie. Staniemy bardzo blisko tych wydarzeń, ponieważ przyjrzymy się pracy ludzi, którzy na miejscu usiłowali ratować ludzkie życie, przywracać normalność, mierzyć się z niebywałą presją czasu i priorytetami, które niekoniecznie byłyby do uniesienia dla zwykłego człowieka. Ratownicy, lekarze, ludzie na pierwszej linii. Wtedy gdy dzieje się coś zaskakującego, przerażającego, destrukcyjnego. I w tym wszystkim człowiek wobec chaosu, przemocy, niespodziewanego splotu wydarzeń. Człowiek znikający pod lawiną, ostrzelany na polu walki, tracący kontakt z rzeczywistością gdzieś na wysokości ośmiu tysięcy metrów ponad poziomem morza. „Ekstremalni” to zbiór opowieści ze specyficznego pola walki. To rozmowy z ludźmi, którzy w całej tej intensywności doświadczeń zawodowych muszą znaleźć jakiś wentyl bezpieczeństwa, dać ujście swoim emocjom. Ujrzymy ich w działaniu, lecz również wówczas, kiedy muszą uporać się po nim z tym wszystkim, czego nie wolno im podczas pracy okazywać.

Przedmowa sugeruje, że uodpornienie się na ekstremalny stres w równie ekstremalnych warunkach pracy nie oznacza bynajmniej obojętności na to, w czym się uczestniczy i czego doświadcza. Rozmówcy Jaronia wskazują sposoby pozwalające im normalnie funkcjonować w każdej nienormalnej sytuacji, dla nich będącej zadaniem do wykonania, pracą, codziennością. Mariusz Urbaniak, medyk GROM-u, opowiada o tym, że ludzie tacy jak on muszą w swojej pracy znaleźć się w sferze pewnej bezpiecznej rutyny. „Dziwi i przeraża tylko to, co dla nas nowe” – tak podsumowuje ludzką kondycję wobec zdarzenia ekstremalnego. Jakkolwiek aberracyjna byłaby ta powtarzalność, dla wielu ludzi wykonujących ekstremalne prace jest konieczna do przetrwania i właściwego wykonywania skomplikowanych obowiązków. Stanisław Krzeptowski Sabała, tatrzański nurek bardzo często wydobywający z wody zwłoki, mówi Jaroniowi o tym, że do swoich emocji trzeba mieć bardzo pragmatyczne podejście. Doktor Tomasz Sanek, który miał do czynienia z afgańskim frontem wojennym, bardzo wyraźnie zaznacza, że w takiej pracy konieczna jest maksymalna koncentracja na zadaniu. Jednocześnie odnieść można wrażenie, że wszyscy ci ludzie wciąż na nowo muszą konfrontować się z czymś nieprzewidywalnym. Jak bowiem zaznacza Sanek: „(…) medycynę ekstremalną definiują okoliczności”.

Gdy weźmiemy pod uwagę zaskakujący i fatalny splot takich okoliczności, jedną z ciekawszych rozmów jest ta, w której poznajemy historię Pierre’a Rouziera, lekarza zderzonego z czymś ekstremalnym i zupełnie nieprzewidywalnym. O ile znakomita większość rozmówców Dariusza Jaronia ma do czynienia z tym, co w dużej mierze jest przez nich oswojone, o tyle Rouzier stanął zupełnie nagle i bez żadnego przygotowania do konfrontacji z ekstremum, które nim wstrząsnęło. Jako lekarz miał zabezpieczać maratończyków. Jechał na dyżur – w zasadzie oczywisty i przewidywalny. Stał się człowiekiem ratującym życie oraz zdrowie po tym, jak bomby uczyniły piekło z bostońskich ulic. W tej rozmowie pojawia się kwestia tego, jak bardzo może być straumatyzowany ludzki umysł doświadczający zamachu terrorystycznego. Ci, którzy przeżyli zdarzenia w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie czy Paryżu, nie mogą zwyczajnie odetchnąć, bo nie oni zginęli, a okrucieństwo zamachu jest już historią. „Ekstremalni” to książka o tym, jak skomplikowana jest machina ludzkiego umysłu, który musi skonfrontować się z przerażającą i gwałtowną możliwością utraty zdrowia lub życia. Rozmówcy Jaronia są blisko tych, którym wtedy brakuje tchu. Ale to również opowieści o ludziach, dzięki którym inni nie stają się ofiarami. Przy tym zaś pomoc medyczna to jedno, ale specyfika charakteru i usposobienia ratownika to rzecz kolejna, także bardzo istotna.

Wszyscy konfrontujący się z ekstremalnymi sytuacjami zagrożenia życia i zdrowia mają tu imiona i nazwiska. Zdecydowana większość to mężczyźni, ale są też kobiety: Agnieszka Skorupa opowiadająca o zagrożeniach wynikających z życia na dalekiej i zimnej Północy czy też Monika Nowicka, położna walcząca z czasem i przeszkodami w dużo cieplejszym klimacie – w Tanzanii, gdzie kobiety mają rodzić cicho i bez znieczulenia. „Ekstremalni” to fascynujący zbiór rozmów z ludźmi, którzy zabiorą nas wszędzie: od mrocznego dna głębokiego jeziora po najwyższe na świecie górskie szczyty. Ale są też historie tych, którzy ekstremalnie pracują przy sportowcach. Ważna jest rozmowa z Karolem Bączkowskim, który nakreśla dramatyczną sytuację zawodową polskich ratowników medycznych. Wydaje się, że wielu z tych ludzi – jak wspomniany rozmówca – dają z siebie o wiele więcej niż powinni. Dlaczego? Bo mogą. Dariusz Jaroń opowiada nam tu o ludziach, których charakteryzuje nietuzinkowa pasja wykonywania swojego fachu. O ludziach gotowych poświęcić znacznie więcej niż inni – mimo że z racji działania w swym zawodzie znajdują się już w znacznie mocniej naznaczającej emocjonalnie sytuacji niż zdecydowana większość ludzi pracujących na ziemi.

To książka o niebywałej witalności, niezwykłej konsekwencji w działaniu i o ogromnych pokładach empatii. Rozmówcy Jaronia jakby chcieli oddać swój oddech tym, których ratują z opresji. A w tym oddechu zawarte jest wszystko, co najcenniejsze – przede wszystkim determinacja i siła. „Ekstremalni” to także książka mająca niesamowitą wartość poznawczą. Odsłania kulisy działań, o których nie wiemy wiele choćby z tego względu, że tak ma być. Tu towarzyszymy tym wszystkim anonimowym ratownikom niewspominanych przez media donoszące o sytuacji ekstremalnej, przy której oni ratują ludzkie życie. Jak wspomniałem, są tu imiona i nazwiska, odsłaniane życiorysy, portrety ludzi niebywale charyzmatycznych i odpornych psychicznie, którzy w żaden sposób nie chcą z siebie robić bohaterów. Koniecznie trzeba ich poznać. Tymczasem Jaroń reaguje żywo na kolejną ekstremalną sytuację, która staje się doświadczeniem wielu ludzi. Ta książka ma tak zwany ukraiński epilog. Zwraca uwagę na to, że doświadczenie wojny za każdym razem jest niebywałym okrucieństwem. Widać, że „Ekstremalni” to publikacja, która w ostatniej chwili przed drukiem chciała jeszcze zabrać głos w sprawie tego, co od 24 lutego kształtuje świadomość ludzi niegotowych na ekstremum, jakiego doświadczają. Z dwudziestu dwóch opowieści tworzących książkę powstają zatem dwadzieścia trzy. Ta ostatnia sugeruje, że wszyscy rozmówcy Jaronia są w gruncie rzeczy naprawdę bardzo blisko prawdziwego życia. Być może dopiero doświadczając jego ekstremalnego oblicza, a przede wszystkim możliwości pożegnania się z nim, rozumiemy, jak skomplikowanym mechanizmem jest ludzki organizm, jak nieodgadnioną sferą ludzka psychika i jak łatwo jedno i drugie zniszczyć. Jaroń opowiada nam o ludziach, którzy w obliczu utrat, za każdym razem zyskują jakiś fragment wrażliwości i jednocześnie odporności. Ci na ogół anonimowi bohaterowie sytuacji niewyobrażalnych stają tu przed nami całkowicie widoczni. Autor prowadzi rozmowy w taki sposób, że „Ekstremalni” to również – poza wszystkim – bardzo dobra książka reporterska.

2022-04-29

„Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” Agnieszka Bednarska

 

Wydawca: Media Rodzina

Data wydania: 27 kwietnia 2022

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Poznać siebie

Nowa książka Agnieszki Bednarskiej jest bardzo specyficzna. Już formalnie możemy zauważyć coś bardzo ciekawego – odnieść można wrażenie, że autorka pisze dwie powieści w jednej. Pierwsza historia odważnie wychodzi naprzeciw temu, kim chce być i jak chce żyć główna bohaterka, a jednocześnie podkreśla jej rolę w odsłanianiu mrocznej zagadki zniknięcia z miejsca, które samo w sobie właściwie zniknęło pod koniec kwietnia 1986 roku. Druga opowieść pozostaje w ścisłym związku z wątkami, które poznaliśmy w „Piętnie Katriny”. Bednarska kontynuuje ją, umieszczając w czasie przeszłym, bo stamtąd wydobywają się wszystkie motywacje i tam też ukrył się początek intrygi jak z rasowego thrillera. Ta podwójność wymowy „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” zaznaczona jest nie tylko w taki sposób. Książka będzie opowiadać o ludziach, którzy otrzymali od losu szanse na to, by żyć zgodnie z własnymi oczekiwaniami oraz pragnieniami, a także o tych, którym z różnych powodów nie jest to dane. Autorka wprowadzi nas w świat postaci kontrastowych z rozmaitych przyczyn. Jednocześnie – dzięki wspomnianej podwójności – snuje ważną dla każdego z nas opowieść o istocie samoakceptacji i o życiu w mroku, kiedy najbliższe otoczenie nie rozumie lub nie chce zrozumieć, kim tak naprawdę jesteśmy.

Świat przedstawiony z „Piętna Katriny”, pierwszej powieści o Amy, wkroczy do tej drugiej z zaskakującą intensywnością. Nie będzie to jednak żadna formalna przeszkoda, aby odbiorcy nieznający pierwszej książki odnaleźli się w kolejnej. Perypetie Amy zostaną nakreślone na tyle czytelnie, że jej przeszłość będzie dla każdego jasna. Już na samym początku pojawia się, a potem niepokojąco powraca pytanie o przyszłość bohaterki. Amy jest w pełni świadoma swego niezwykłego daru, który odkryła daleko od Polski. To dar widzenia zjawisk ukrytych przed oczami zwykłych ludzi, a także dar rozumienia rzeczywistości poprzez jej mgliste odbicie. Zatem to, co widzimy, i cień tego, co możemy zobaczyć. Amy widzi wszystko. Także ludzi, którzy już dawno odeszli. W nakreślonej tu swoistej narracji drogi przyjrzymy się temu, w jaki sposób bohaterka będzie się starała pomóc pewnej Ukraince odnaleźć spokój ducha. Po wszystkich koszmarnych przeżyciach, które stały się udziałem tej kobiety.

Ruszymy w podróż do Czarnobyla. Odbędzie się to na dwa sposoby. Myślę, że najbardziej atrakcyjna jest ta narracja będąca retrospekcją i mająca potencjał, by ją rozbudować, ale doskonale rozumiem, że gdyby Bednarska to zrobiła, byłaby to już osobna książka, nie kontynuacja „Piętna Katriny”. Zatem z bohaterami, którzy muszą zmierzyć się z konsekwencjami wybuchu w elektrowni atomowej, który zdarzył się w 1986 roku, rozstaniemy się dość szybko. Współczesność uzupełni to, co autorka tak sugestywnie opisuje, oraz uwiarygodni psychologicznie niespokojne emocje i dramat ludzi, którzy musieli opuścić swoje dotychczasowe życie, pożegnać się z nim gwałtownie. Przeżyć swój własny „koniec świata” i uświadomić sobie, jak mocno uwierzyli propagandzie. Później Ukraina nie jest już częścią ZSRR, lecz niepodległym państwem. Tam po latach dociera Amy, by odkryć zagadkę jeszcze jednego, dodatkowego zniknięcia. Dwoje młodych ludzi nie dołączy do mieszkańców Prypeci wywożonych w pośpiechu z miejsca awarii elektrowni atomowej. Ci młodzi wybiorą swoją drogę, ale nikt nie będzie wiedział, jak ona ma wyglądać. Amy stanie naprzeciw zrozpaczonej matki, która nigdy nie pogodziła się z myślą o odejściu swojego dziecka. Będąc już na miejscu, przybliży nam specyficzny spokój ukraińskiej prowincji, doświadczając go bezpośrednio. Scena, w której bohaterka chłonie ciszę i niezwykłość poranka, siedząc przed domem matki swego przyjaciela, to jedna z bardziej sugestywnych scen w tej powieści. Zwłaszcza że powiązana z tym, że Amy widzi wtedy i odczuwa dużo więcej niż ktokolwiek inny.

Starszy od niej Igor, syn kobiety naznaczonej traumami po tragedii czarnobylskiej, pojawia się w tej powieści jako ktoś, kto połączy ze sobą trzy zupełnie różne osobowości. Bo i trzy odmienne od siebie młode bohaterki ruszą wraz z nim do Ukrainy. Ta podróż będzie początkiem weryfikowania samych siebie – w relacji z Igorem, ale również w konfrontacji z najbardziej intymną stroną siebie. Egocentryczna i bogata Iza, przeżywająca emocjonalne rozterki Amy z poczuciem misji, którą musi wykonać, i ta trzecia, bardzo ciekawa postać drugiego planu. Wycofana z życia w sensie dosłownym i symbolicznym Ewa, która zdecyduje się na pierwszy w życiu akt heroizmu, czyli opuszczenie kobiecego klasztoru. Te wszystkie młode kobiety coś zrozumieją i coś odkryją podczas ukraińskiej podróży. Tymczasem Bednarska stawia tu więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Szuka płaszczyzny porozumienia dla bohaterek, ale jednocześnie zestawia poczciwego i poszukującego sensu życia mężczyznę z kobietami, które właśnie odkrywają prawdy o sobie. W tym znaczeniu jest to ciekawa, bo wielowątkowa powieść inicjacyjna. Amy coraz bardziej zbliża się do tej sfery swojej wrażliwości, która uznawana jest przez otoczenie za dziwactwo. Ewa ze swoją mroczną historią mogłaby śmiało stać się bohaterką jednej z powieści Przemysława Piotrowskiego, ale Agnieszka Bednarska nie buduje mrocznych fantazji o tym, jak opresyjny jest zakon. Stara się być bliska faktom, w tym rewirze staje się po reportersku prowokacyjna. To wszystko powoduje, że „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” to powieść nie tylko wielu odczytań, ale również gatunków. Dzieje się to, co znakomicie pokazane zostało w „Piętnie Katriny”: Bednarska jest świadomie synkretyczna i jej powieści są dowodami na to, że można swobodnie poruszać się w granicach wielu gatunków powieściowych, cały czas jednak pilnując przestrzeni literatury środka, bo do niej należy ta historia. Bardzo dobrze opowiedziana i intrygująco skomponowana.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że rozwinie się tu jeszcze jedna intryga, w której przeszłość uderzy w zaskoczoną Amy szczególnie mocno, ujrzymy powieść będącą eksperymentem zarówno pod względem formy, jak i treści. Nadal jednak będzie to konsekwentnie prowadzona narracja o tym, że w życiu powinniśmy podążać za tym, co nas naprawdę kształtuje, a nie za tym, co ukształtowało tak zwaną przewidywalną i uporządkowaną rzeczywistość wokół. „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” to nie tylko opowieść o kobiecych wyborach dróg życiowych i o tym, że biorą na siebie wszystkie konsekwencje tych wyborów. To także mroczna narracja o zemście przekonująca, że zło tkwiące w człowieku jest być może większe niż kształtujące świat dobro. Bohaterki tej powieści zostaną zaś ukształtowane przez doświadczenia graniczne. Niektóre stojące na pograniczu świata żywych i umarłych. Bo Bednarska nada też śmierci szczególny wymiar i spojrzy na nią w nietuzinkowy sposób. Cokolwiek zwróci naszą uwagę w tej książce, jest świadome i zamierzone. Jestem przekonany, że autorka chciała oddać w nasze ręce dokładnie tak zawikłaną książkę z dokładnie takim, na pewno zaskakującym zakończeniem.

„Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” ma kolorową okładkę i jest również opowieścią o ludziach, którzy zdobywają się na to, by „nie tracić swoich kolorów”. Pomiędzy światem rzeczywistym a przestrzenią, w której odnajduje się Amy wraz ze swym małym amerykańskim przyjacielem, Agnieszka Bednarska opowiada świat, w którym postacie pierwszego i drugiego planu tak samo konsekwentnie chcą dotrzeć do tego, kim są naprawdę. To rzecz o nadmiernej pewności siebie, egzystencjalnym niepokoju, ale również o upokorzeniach i o tym, jak się pożegnać z wywołaną przez nie traumą. Po raz kolejny pisarka zwraca się do bardzo różnorodnych odbiorców. Ma potencjał, by zaskakiwać, uczyć, sugerować, ale przede wszystkim pokazywać, że proste środki wyrazu są polskiej prozie bardzo potrzebne, bo mogą dawać tyle czytelniczej satysfakcji.