2021-04-16

„Antarktyka miłości” Sara Stridsberg

 

Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 17 lutego 2021

Liczba stron: 334

Przekład: Wojciech Łygaś

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Niemożliwości życia

To najsmutniejsza książka, jaką czytałem w tym roku. Doświadczanie smutku jest tu skondensowane. Szwedzka pisarka stawia na niuansowanie rozpaczy egzystencjalnej, a wszystko dodatkowo osadza w surowych dekoracjach. Świat przyrody, który zawsze w swoich książkach gloryfikują Szwedzi, jest światem piękna doświadczającym okrucieństwa. Z sugestywnych opisów leśnego odludzia wyłania się bowiem na wstępie scena, która przeraża i hipnotyzuje. Jesteśmy świadkami brutalnego gwałtu i morderstwa, a ginąca kobieta jakby składała z siebie ofiarę. Czy poddanie się oprawcy nie jest w gruncie rzeczy przemyślaną formą samobójstwa? Sara Stridsberg opowiada o tym, że nic już nie jest możliwe, bo skończyło się życie. Przyjmując ciekawą formę narracji – zastosowaną również przez Elif Shafak w „10 minutach i 38 sekundach na tym dziwnym świecie” – chce zwrócić uwagę na piętno tej niemożliwości. Bohaterka tej książki za życia nie była zdolna do odpowiedzialności za samą siebie. Czuła, że absolutnie nic nie mogła zrobić. Intensywność tej bezradności podkreśla opowieść nieżyjącej. Inni może już tylko obserwować świat. Ten świat, który tak bardzo chciała opuścić, tę przestrzeń rozpaczy. Przygnębiająca opowieść Stridsberg jest jednocześnie wnikliwym studium autodestrukcji i wyobcowania. Zimna w każdym wyobrażonym znaczeniu i zimna dosłownie. Absolutnie bezkompromisowa, choć jest przecież powieścią wielu odczytań, zatem również… wielu możliwości.

Jeśli miałbym posłużyć się słowami o niecodziennej semantyce, napisałbym, że „Antarktyka miłości” jest historią niemiłości, niematek i niedzieci. Już na początku dowiadujemy się, że Inni za życia utożsamiała miłość z jakimś rodzajem szaleństwa. Ona sama nazywa to wprost obłędem. Nie umiała kochać i nie rozumiała istoty miłości, bo nikt jej nie ofiarował tego uczucia wówczas, gdy najbardziej tego potrzebowała. Szła przez życie z wyrzutami sumienia z powodu śmierci brata, która naznaczyła ją na zawsze, odbierając dzieciństwo i wpędzając w tytułowy stan emocjonalny. Inni zamarła ze swoim przeżywaniem oraz poszukiwaniem miłości. Odtrącona przez matkę, nie umiała odtworzyć sobie uczucia, którego być może przez chwilę doświadczała, ale nie była w stanie go zrozumieć. Stridsberg ujawnia emocjonalną kalekę, ale również kobietę, która nie jest w stanie przekazać czułości swoim dzieciom, bo nie otrzymała jej od najbliższej osoby. Pokoleniowe brzemię niedostosowania, bezradności i trwogi zostaje bezkompromisowo przekazane dalej. I ma to swoje bolesne konsekwencje.

„Antarktyka miłości” to bardziej opowieść o tym, co to znaczy nie być matką, niż historia rodzicielstwa, które można uznać za patologiczne. Ta powieść w przewrotny i bardzo dosadny sposób sugeruje, że macierzyństwem jest także świadoma rezygnacja z opieki nad dzieckiem. Inni odchodziła od swojej matki stopniowo, emocje stawały się coraz bardziej lodowate, a upływ czasu pomagał jedynie w niezauważalnym obojętnieniu wobec siebie. Tymczasem na świat przychodzą jej dzieci. Każde z nich otrzymuje szansę na lepsze życie. Cokolwiek zaoferuje im świat, będzie lepsze niż to, co proponowałaby Inni. W macierzyństwie bohaterki są kompulsywność, desperacja, ale przede wszystkim wciąż na nowo akcentowana bezradność. Bycie matką nie jest tu kwestią wyboru. Bycie matką to stygmat, a w nim – wieczny deficyt miłości, której nie sposób poczuć, jeżeli się jej nie doświadczyło naprawdę.

Dzieci również są tu bytami osobnymi i bardzo samodzielnymi. Nie mogą inaczej. Świat przedstawiony tej powieści konfrontuje najmłodszych z takimi formami życia, do których nigdy nie będą gotowe. A jednocześnie uwalnia je nieco od toksycznych zależności. Sara Stridsberg sugeruje, że dzieci wciąż tkwią w jakiejś emocjonalnej niewoli. Że dziecko jest nieświadomym i najbardziej cierpiącym świadkiem każdego nieszczęścia rodzica. Że może być kartą przetargową dla być albo nie być związku. Ostatecznie każde z nich pozostaje tutaj samotne. Jedne z najbardziej poruszających fragmentów to te opisujące wyobcowanie syna Inni. Ale również całość tej klaustrofobicznej historii o tym, jakie udręki przechodzą z rodziców na dzieci, robi wielkie wrażenie, bo jest niezwykle sugestywna. I niebywale smutna.

Tu należy zwrócić uwagę na kompozycję tej książki. Przemyślany chaos narracyjny jest świetnym zabiegiem pozwalającym zarówno pokazać emocjonalne nieuporządkowanie narratorki, jak i wskazać wspólny mianownik dla różnych przestrzeni czasowych. Jest nim rozpacz. A poza nią poczucie niedostosowania społecznego czy emocjonalnego. Inni może opowiadać tylko to, co w danej chwili przychodzi jej na myśl. A każde wspomnienie staje się pozornie nieopanowanym ciągiem skojarzeń. Całość jej dramatycznej historii wybrzmiewa dopiero wówczas, gdy połączymy wizje i właśnie wspomnienia, w których brutalność łączy się z subtelnością ukazywania bólu istnienia. „Antarktyka miłości” jest bowiem o tym, że życie staje się pasmem udręk nie z powodu zbiegów okoliczności, lecz bardzo często z powodu świadomych wyborów. Skąd tak potężny ładunek autodestrukcji w wizerunku głównej bohaterki? Skąd tak silnie sugerowany eskapizm, w którym matce pomagają tabletki, a córce narkotyki? Skąd wzięła się ta bezbronność wobec życia, a z drugiej strony niesamowita siła, by trwać, szukając samej siebie?

Sara Stridsberg zamyka nas w pewnej emocjonalnej klatce i tak prowadzi narrację, że jesteśmy w stanie poczuć bolesną bezradność. Jednak jest to też książka o sile samostanowienia, która wydobywa się gdzieś z wielkiej rozpaczy. Inni chce wykreować ostatnie chwile swojego życia i to ona stanie się panią sytuacji ostatecznej – nie psychopata przekonany o tym, że góruje i decyduje o wszystkim. Ta rozpaczliwa determinacja końca, który jest jednocześnie początkiem całej opowieści, sugeruje pewną przewrotność jej przekazu. Ale jednocześnie czyni „Antarktykę miłości” książką dodatkowo przejmującą. Wspomniany w niej mit o Orfeuszu i Eurydyce stwarza okazję do rozważania tego, kto i na jakich zasadach wybiera egzystencję w mroku. Co jednak w zachowaniach i emocji Inni jest świadomego, a co nieświadomie przejętego w ponurym spadku po matce? Stridsberg formalnie komplikuje swoją powieść w taki sposób, by nie można było uzyskać jednoznacznych odpowiedzi na trudne pytania. A jednocześnie pozostawia nas w jednoznacznie czytelnym mrocznym klimacie, który powoduje, że pożegnanie ostatniej strony tej prozy musi wywołać ulgę. Tyle tylko że czytelnik wydobywa się z matni, Inni zaś nie będzie w stanie tego zrobić. Przeszywająca na wskroś opowieść o tym, że życie to niemożliwość, a śmierć jest tylko początkiem doświadczania innej formy samotności. Wchodzi pod skórę, kiedy uświadamia się sobie, że ta historia wcale nie opowiada o braku odpowiedzialności za siebie.

2021-04-13

„Zmora” Robert Małecki

 

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 446

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zły sen przeszłości

Drugi po „Żałobnicy” thriller Roberta Małeckiego zagęszcza atmosferę w nieco inny sposób. Poprzednia książka mocno stawiała na niedopowiedzenia i miała tak skonstruowany świat przedstawiony, że stale tkwiło się w niepewności tego, z czym ma się do czynienia, co jest zdarzeniem lub rzeczywistym wspomnieniem. W „Zmorze” Małecki również zaproponuje postać kobiety straumatyzowanej przez przeszłość, ale ta książka ma inną strukturę. Wynikającą być może z tego, że dominują tutaj elementy kryminalne i momentami powieść staje się rasowym kryminałem. „Zmorę” czyta się znakomicie, bo skomponowana jest w taki sposób, że podczas lektury mamy do czynienia z puzzlami, które po kolei wskakują na swoje miejsce. Ich układanie jest czasochłonne i wymaga od odbiorcy czujnej antycypacji, jednak całość w przeciwieństwie do „Żałobnicy” z każdym kolejnym rozdziałem się porządkuje. Nie znaczy to, że w „Zmorze” nie będzie elementów zaskoczenia. O to Małecki zadbał bardzo dobrze, tak samo jak o stałe podtrzymywanie napięcia za pomocą mocnych i precyzyjnych zdań wyskakujących z akapitów, osobnych i zawierających w sobie jednocześnie tajemnicę i grozę.

Odebrałem tę książkę jako opowieść o podwójnym dziecięcym odrzuceniu. Historię, w której łączą się ze sobą losy stygmatyzowanego, narażonego na agresję chłopca i dziewczynki, dla której świat porządku i poczucia bezpieczeństwa rozpadł się być może dużo wcześniej. W momencie, w którym straciła matkę. Kama jest dziś dziennikarką powracającą do miasta skrywającego w sobie tajemnice sprzed lat. Małecki portretuje swoją bohaterkę w takim samym zagubieniu i niepewności jak siedmioletniego chłopca, którego ze swojej pamięci Kama nie może już usunąć. Oboje są skrzywdzonymi przez okoliczności dziećmi, które zostały zmuszone do konfrontacji z czymś, co je przerastało. Kama zabrała swoje demony z dzieciństwa w dalsze życie, a młodziutki Piotrek przed laty zaginął.

Bardzo już mocno wyeksploatowany motyw zaginięcia połączony został u Roberta Małeckiego z poczuciem niewyobrażalnej straty. Nieobecność znaczy tutaj dużo więcej, niż można na początku przypuszczać. Dzięki temu wszystko wygląda świeżo i przykuwa uwagę. Zwłaszcza że śledzimy związek dwóch pozornie różnych zdarzeń na przestrzeni kilku lat. Połączy je dużo więcej, niż będziemy oczekiwać. Kama wciąż wspomina matkę, która odeszła przedwcześnie. Podobno zginęła w wypadku samochodowym. Pamięć Kamy o rodzicielce jest bardzo słaba, dużo więcej pamięta ze straty, jakiej doświadczyła kilka lat później. W podświadomości wykreował się jej męczący i przerażający obraz matki, do której nie dane jej było się zbliżyć, ale również obraz „chłopca, który w nią wierzył”, osamotnionego w grupie rówieśniczej rudzielca znikającego bez śladu i pozostawiającego w pamięci bolesny ślad. Bohaterka Małeckiego deficyt bliskości matki usiłuje przełożyć na zbliżenie się do ojca. Wycierając z pamięci wyrzuty sumienia wobec kolegi, idzie inną drogą – stara się wzbudzić w sobie niechęć i nienawiść do chłopca, który ciągle zajmuje jej myśli. Czyja wizualizacja staje się tytułową zmorą? A może chodzi jeszcze o coś innego? O to, że prawdziwa zmora skryła się w czasie przeszłym zupełnie inaczej, niż Kama mogłaby się tego spodziewać?

Silnie angażuje śledzenie relacji bohaterki z ojcem, choć miałem poczucie, że niektóre sceny z ich udziałem mogłyby być bardziej intensywne, zdecydowanie bardziej sugestywne. Kama wciąż jest ukochaną „córcią”, ale ojciec nie jest już tym, kim był przed laty. Silnym mężczyzną potrafiącym chronić swoją dziewczynkę przed złem świata. Owo zło rodzi się gdzie indziej. Małecki zmusi bohaterkę do tego, by się z nim skonfrontowała naprawdę. Aby to zrobić, stopniowo odsłania tajemnice jej ojca. Człowieka, który od początku zachowuje się niejednoznacznie, ale nadal operuje wspomnianym zdrobnieniem, jakby w tym słowie chciał zatrzymać przeszłość i uwięzić Kamę w ramionach pozornie przepełnionych siłą ochrony przez wszystkim, co złe. Relacje córki i ojca zarysowane są wyraźną kreską. Już od samego początku widzimy wyraźną szorstkość, w którą wkrada się czułość, bo kiedyś ta relacja wypełniona była obustronnym zaufaniem. Jednak poczucie bezpieczeństwa, jakie chciał stworzyć Kamie ojciec, zamieni się w pełen fatalizmu świat, w którym nie będzie już miejsca na ekspiację, nie znajdzie się już okoliczności łagodzących, niczego tak naprawdę się nie wyjaśni ani nie wyprostuje.

W „Zmorze” charakterystyczny jest motyw konsekwentnego poszukiwania coraz bardziej niewygodnych faktów z przeszłości. Podkreślony tym, że policja wznawia śledztwo w sprawie zaginięcia Piotrka, a Kama otrzymuje propozycję wzięcia udziału w komercyjnym projekcie mającym na celu opowiedzenie o zdarzeniach sprzed trzydziestu lat. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, że były to trzy dekady spirali kłamstw. Małecki pozwala czytelnikowi nabrać przekonania, że wie dostatecznie wiele o tym, co się wydarzyło, aby następnie zaskoczyć sugestywnymi woltami. Wszystko koncentrować się będzie wokół relacji powiązanych z utratami. Kama na nowo wejdzie w silny związek emocjonalny z matką oraz Piotrkiem. A przecież tych dwojga już dawno nie ma. Coś jednak się obudzi, coś każde spojrzeć na czas miniony inaczej. „Zmora” będzie opowieścią o wspomnianej już konsekwencji podążania ku prawdzie. I historią smutnej porzuconej dziewczynki, która musiała iść przez życie w smudze cienia przeszłości, ale teraz chce raz na zawsze wyjaśnić, jakie zdarzenia ukształtowały ją w taki, a nie inny sposób.

Elementy kryminalne tego thrillera spaja postać komisarza Korcza, którego Małecki w jakiś czytelny sposób nie indywidualizuje, ale też nie ma takiej potrzeby, skoro postać policjanta ma być tylko motorem napędowym fabuły odkrywającej umysł i pamięć Kamy, które muszą zmierzyć się z czymś, co wydaje się niemożliwe do uniesienia. A jednak Małecki doprowadza do finałowych konfrontacji, w których ta książka właściwie nikogo nie oszczędza. Umiejętnie wykreowany finał powieści zamyka wszystkie wątki, ale mimo to pozostawia czytelników w atmosferze niepewności i tajemnicy. „Zmora” jest przejmującą powieścią o tym, że właśnie na niepewności i tajemnicach można zbudować całe swoje życie. Z jednej strony będzie historią pokrzywdzonego dziecka, które samo musi stanąć na nogi. Z drugiej jednak – dużo ciekawszej – narracją o specyficznie rozumianej solidarności przynoszącej więcej bólu i cierpienia, niż można początkowo pomyśleć. Wszystko napisane bardzo sprawnie, bo Robert Małecki jest pisarzem świadomym wagi każdego zdania i każdego akapitu. Przykuwa uwagę, a potem ją rozprasza. To z pewnością książka, przy czytaniu której odbiorca nie będzie się nudził.

2021-04-09

„Sen o okapi” Mariana Leky

 

Wydawca: Otwarte

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 352

Przekład: Agnieszka Walczy

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Możliwości świata

Wydaje mi się, że prawie zawsze, gdy czytam dobrą literaturę, jest to narracja smutna, przygnębiająca, dotykająca bolesnych spraw, koncentrująca się na szeroko pojętym cierpieniu. Tak, to na pewno wdzięczny fundament dla mocnych, wyrazistych i bardzo dobrych powieści. Tymczasem po przeczytaniu historii Mariany Leky wróciła do mnie ta zapomniana trochę wiara, którą ostatnio wiele lat temu rozbudziła książka Johna Steinbecka „Tortilla Flat”, że bardzo dobra literatura może być ze wszech miar pozytywna. Gloryfikować stan szczęścia i opowiadać o harmonii. Wyzwalać ciepłe uczucia, niesamowicie do siebie zbliżać. Myślę, że niemiecka pisarka przypomniała swoim czytelnikom, iż można mieć w zanadrzu mądrą opowieść, która nawet śmierć potraktuje na tyle łagodnie, że skonfrontujemy się z nią tak, że można byłoby to namalować pastelami. Impresjonizm prozy Leky jest tu cechą wyróżniającą, ale poza tym, że to zwyczajnie ciepła powieść, najważniejszy jest sposób jej odbioru. Bo „Sen o okapi” to rzecz absolutnie dla każdego. Można ją czytać w sposób oczywisty i po prostu przyglądać się zarysowanej prozie życia. Można zbliżać się do symboli, których jest tu mnóstwo, bo wydobywają się z siebie jak matrioszki. Wszystko jest całkowicie dosłowne i równie całkowicie metaforyczne. A w tym wszystkim przekonanie, że z tą powieścią i jej bohaterami można się zwyczajnie zaprzyjaźnić.

Choć tytułowa symbolika nasuwa skojarzenia ze śmiercią, nie będzie to książka o aktach ostatecznego żegnania się ze światem, choć oczywiście będą one tutaj miały miejsce i w znacznym stopniu wpłyną na pozostałych, którzy będą żyć dalej. Jedna z bohaterek śni złowieszczy sen. Po nim ktoś powinien umrzeć. A prowincjonalne Westerwald pełne jest ludzi przelęknionych wizją końca ostatecznego. Bo komu tym razem Selma wyśni śmierć? Optykowi, miejscowemu egzegecie świata, który wciąż zmaga się z wewnętrznymi głosami? Puszystej Elsbeth cierpiącej po zdradzie męża i ufającej przesądom? Palmowi, surowemu ojcu i nocnemu myśliwemu? Może doktorowi Maschke, który słynie ze swych psychoanaliz i skrzypiącej kurtki? A może zgorzkniałej Marlies, największej malkontentce z Westerwaldu? Żyjąc z wizją śmierci, wspomniani bohaterowie przypominają o witalizmie na wiele sposobów. To tylko część nietuzinkowej galerii postaci, z jaką przyjdzie nam się spotkać. I – jak wspomniałem – zaprzyjaźnić, bo to społeczność, w której duchowe wsparcie jest najważniejsze i jakkolwiek wszyscy na swój sposób są ekscentryczni, potrafią być jednością w chwilach trwogi. Albo zwyczajnie dają drugim to, czego ludzie od siebie oczekują, często się tego wstydząc. Mariana Leky zamyka swoich bohaterów w pozornie hermetycznej przestrzeni. Wszystko i wszyscy są w oddaleniu od niej. Ale będzie to także opowieść o tych, którzy opuszczają Westerwald, pojawiają się tam jako przyjaźnie witani obcy albo żyją do wewnątrz siebie i tej małej miejscowości. To dynamiczna i pełna empatii wspólnota. Świat, w którym – jak wspomina ojciec narratorki – nikt nie jest sam, bo wciąż może używać zaimka „my”.

To opowieść inicjacyjna, w której pozornie dzieje się niewiele. Dziesięcioletnia Luiza poznaje świat intuicyjnie. Najpierw widzi go fragmentarycznie, potem zaczyna w wyobraźni i z pomocą specyficznej wrażliwości składać w trudną do zrozumienia całość. Przywiązuje się do przyjaciela, który stara się zapamiętać obraz otoczenia takim, jaki jest w rzeczywistości. Od dziecięcej zabawy w pociągu Leky rozpina most do specyficznej relacji wnuczki z babcią. Selma jest dobrem i tajemnicą. Ale to ona stara się najlepiej jak może wyjaśniać świat dorastającej Luizie. To ona nosi ją wszędzie ze sobą, kiedy dziewczynka wpada w objęcia Morfeusza, doświadczając największej traumy swojego młodego życia. Perspektywa widzenia świata przez Luizę poszerza się wówczas, gdy dziewczynka staje się kobietą, a jej uwaga koncentruje się na ludziach, których dopiero poznaje przez to, co czują i jak działają. A potem przydarzy się coś więcej. Uczucie, dzięki któremu Luiza zacznie naprawdę przeglądać się w innych. Widzieć i rozumieć dużo więcej, niż rozumiała do tej pory. Bo przecież świat to wieczne zmiany, których nie dostrzegamy albo nie rozumiemy. Można w ten świat ruszyć i potem mieć tylko kiepskie połączenia telefoniczne z najbliższymi. Można też zostać, wrosnąć w najbliższe otoczenie i dzięki niemu naprawdę zrozumieć siebie. Ojciec Luizy wybiera pierwszą opcję, jego córka wynajduje swój świat na miejscu. A oboje są tak naprawdę w drodze. Mariana Leky opowiada bowiem o tym, na czym polega egzystencjalna podróż i w jak wielu wymiarach jest możliwa.

Poza tym jeszcze tytułowe zwierzę. Takie nieprawdopodobne, a jednak realne. Po okapi nic rzekomo nie może być już możliwe, jednak – jak twierdzi nieżyjący dziadek Luizy – to dzięki istnieniu okapi wszystko staje się właśnie takie. W powieści Leky relacje najbliższych pokazują, że w każdej chwili niemożliwe może stać się jak najbardziej rzeczywiste. W tym pięknym świecie wzajemnego szacunku i wsparcia niemiecka pisarka opowie o wszystkich ludzkich przeżyciach, które kształtują tożsamość. Pokaże swoistą ekscentryczność, pod którą będą się kryły pokłady wrażliwości i empatii. Trudno pożegnać się z tak ciepłym światem przedstawionym, zwłaszcza czytając o ostatecznych odejściach. Ale dla bohaterów „Snu o okapi” przejmujące nie jest to, co może się wydarzyć, lecz wszystkie nierealne wizje stające się rzeczywistością. Dlatego z jednej strony jest to specyficzna fantasmagoryczna opowieść przypominająca baśń, z drugiej jednak – mocno akcentująca emocje i uczucia powieść obyczajowa o najważniejszych dla każdego z nas uczuciach. Od miłości przez atawistyczny lęk przed śmiercią. I wtedy wszystko staje się wyjątkowo realne. Każde spojrzenie bohaterów na siebie, każdy ich dotyk. Każda relacja, w której to, co zwyczajne, urasta czasami do rozmiarów sugestywnej paraboli.

Poza wszystkim jednak Mariana Leky urzeka poczuciem humoru, bo to jedna z tych niewielu książek, przy których właściwie cały czas się uśmiechamy. Komizm słowny i sytuacyjny fabuły idzie w parze z nietuzinkowym poczuciem humoru samej autorki. Dzięki temu skomplikowany przecież egzystencjalnie wymiar tej powieści staje się każdemu bliski. Humor jest tu również narzędziem do tego, aby niektóre fragmenty trafnie odczytać w ich symbolice. Całość jest dodatkowo niezwykle spójna, bardzo zajmująca i przekonująca w tym, jak portretuje różne etapy życia, na których dochodzi do konfrontacji z samym sobą. Poza tym jest też na swój sposób nieprzewidywalna, kiedy zakręca narracyjnie i czasami wyprowadza czytającego w pole. Jakkolwiek odczytywać „Sen o okapi”, jest to niewątpliwie barwna powieść, która na bardzo długo zostanie w pamięci. A najlepsze jest to, że trudno jednoznacznie orzec, co do niej przyciąga i co tak ujmuje. Każdy odbierze ją przez pryzmat własnej wrażliwości i to mi się w pisaniu Mariany Leky najbardziej podoba – szeroki margines dla każdego typu czytelnika. Świetna rzecz!

Więcej o książce - https://bit.ly/31BU1Yv

2021-04-07

„Amok” Izabela Janiszewska

 

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ostateczne konfrontacje

Izabela Janiszewska zamyka swój znakomity tryptyk o perypetiach dziennikarki Larysy Luboń i policjanta Brunona Wilczyńskiego. Nie idzie w stronę, w którą skierował się jej kolega po piórze, Przemysław Piotrowski, czyli nie stara się swojej kropki nad i postawić w spektakularny sposób. Konsekwentnie i umiejętnie domyka jednak otwarte kwestie z poprzednich książek oraz proponuje odpowiedzi na kilka trudnych pytań. Świetnie prowadzi ku zakończeniu, które zapewne podzieli fanów serii, ale dla mnie jest znakomite, innego nie śmiałem sobie wyobrażać. „Amok” będzie pozornie najmniej angażującą powieścią tryptyku. Być może dlatego, że w czasie teraźniejszym nie dzieje się wiele – wszystko, o czym opowie Janiszewska, będzie powrotem do mrocznej przeszłości i próbą jej pożegnania. Nie wszystkie demony da się uciszyć, a część balastu traumy nadal trzeba dźwigać. Luboń i Wilczyński zostaną postawieni przed ostatecznymi konfrontacjami. Niekoniecznie z antagonistami. Sami muszą zmierzyć się z tym, co wciąż w sobie nieśli, wreszcie zrozumieć niezrozumiane, lecz przede wszystkim ujrzeć siebie w innym świetle. Jakby stanęli z boku i przyglądali się temu, co uczyniło ich takimi, jakimi są. Ale „Amok” to jednak najmocniejsza konfrontacyjnie powieść Janiszewskiej. Bezwzględna i opowiadająca historię o tym, że aby pokonać szaleńca, samemu trzeba stać się szalonym.

„Histeria” koncentrowała się na postaci Larysy. Tu autorka na pierwszym planie postawi Brunona. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to on, a nie dziennikarka, musi zderzyć się ze złem wyrządzonym nie tylko innym ludziom, ale również jemu. A może także ze złem, które on sam zainicjował i którego wciąż jest częścią? Janiszewska łączy cynizm policjanta i narastającą w nim nienawiść z pełnym spokoju psychopatą, który chce rozegrać ostateczną grę. Zaplanował ją i jest przekonany, że Wilczyński to tylko pionek wykonujący przewidywalne ruchy. Szaleniec z „Amoku” jest tak trudnym przeciwnikiem, że aby go pokonać, trzeba zastosować niekonwencjonalne metody. A w nich Wilczyński pozostanie sam. Jego egzystencjalna samotność wraz z silnym wyobcowaniem będą tu mogły zostać fabularnie rozpisane niczym swoista droga krzyżowa. Tym samym Izabela Janiszewska wraca do wszystkiego, co kreśliło nam rozpacz bohatera, pokazując jednocześnie, dlaczego stał się takim człowiekiem, dlaczego do swojego serca pozwolił zbliżyć się tylko Larysie.

Ona będzie w „Amoku” zajęta inną sprawą. Też musi wyrównać rachunki krzywd, ale chce odkryć przerażające rodzinne tajemnice, które naznaczają również sprawę Wilczyńskiego. Bohaterowie pozornie zatem działają osobno. Długo można mieć przekonanie, że tak będzie do końca. Kompulsywne i intensywne zbliżenie fizyczne świadczy jedynie o tym, że są od siebie dalej, niż być może byli do tej pory. Ale wciąż sporo emocji i działań łączy ich w fatalnych zbiegach okoliczności. Larysa stale będzie zdeterminowana i odważna, lecz dla Wilczyńskiego niezwykle czuła. Ci dwoje zostaną sportretowani gdzieś między specyficzną sentymentalną bliskością a stanowczym oddaleniem, kiedy mają do załatwienia własne sprawy z czasu przeszłego.

Historia będzie się tu pisać na nowo, a czytelnik raz po raz będzie miał okazję zrozumieć zagadki zaznaczane w poprzednich powieściach cyklu. Janiszewska wciąż wraca do tematu zawiedzionego zaufania i toksycznych relacji rodzinnych. Larysa słyszy w szpitalu pytanie, które potem będzie stale rezonować w tej powieści: „Myśli pani, że można wybaczyć komuś, kto nas zostawił, kiedy najbardziej go potrzebowaliśmy?”. „Amok” będzie historią o porzuceniu, które na zawsze zmieni świadomość. O odtrąceniu będącym początkiem egzystencjalnego piekła. O konsekwencji, by po latach wyrównać rachunki za to, że mimo potrzeby bliskości ktoś zdecydował się na odrzucenie. Ale w tej książce najważniejsze będą motywacje stojące za kolejnymi działaniami. Upływ czasu podkreślony jest wyjątkowo intensywnie, kiedy jesteśmy świadkami narastającego napięcia między bohaterami. A z tego wszystkiego wyłania się obraz zła, które nie będzie miało definicji; obłędu takiego, że brakuje słów, by go opisać; obsesji wydobywającej się z bardzo konkretnego zdarzenia. Zdarzenia, które wpłynie na życie wielu ludzi.

Czytałem „Amok” także jako interesującą opowieść o krzywdach i niedopowiedzeniach w relacjach między ojcami a synami. Janiszewska zasygnalizuje trzy takie relacje. Każda będzie nakreślona wyraźnie i przejmująco. Mężczyźni czynią sobie okrucieństwa – niektóre traumatyzujące na całe życie, niektóre pozornie nieszkodliwe. W tych toksycznych bliskościach skryte są tajemnice, ale również jawne wrogości. Autorka sugeruje, jak trudno być synem wymagającego ojca i jak niezwykle trudne jest zrozumienie przez ojca, że syn może działać na jego szkodę. Każda z trzech historii ma tu odrębny i wiarygodny psychologicznie zarys. Wraz z ukrytym przesłaniem, że najbliższe osoby mogą ranić najsilniej. Tak na całe życie.

Odsłanianie kolejnych mrocznych kart przeszłości każe przyglądać się znanym już bohaterom z innej strony. Okazuje się, że wiele z tego, co o sobie myślą, zostanie tu zrewidowane. Ujrzą się w innym świetle, ale pozostaną wciąż bezradni ze swoim wyobcowaniem i bólem, któremu początek dały dramatyczne zdarzenia z przeszłości. Larysa i Bruno będą widoczni i charakterystyczni przede wszystkim przez to, jak zostali skrzywdzeni i jak krzywdzą się nadal. Każde z nich ujrzy swoje własne wnętrze przez pryzmat relacji z tym drugim. Oboje staną się w „Amoku” odsłonięci i to będzie ten moment, w którym Janiszewska zdecyduje, co zrobić z taką ostateczną konfrontacją z samym sobą. Dodatkowo zdynamizuje fabułę w taki sposób, by uczynić z tej książki również fascynującą powieść kryminalno-sensacyjną. Historię, w której ważną symboliczną rolę odegrają dwa żywioły – ogień i woda.

Figura postaci płonącej w furii i topiącej się w bezradności zaznaczy tu charakterystyczny kontrast, jakim Janiszewska będzie operować gdzieś na drugim planie, ale wart jest zauważenia. „Amok” to bowiem powieść o sile i bezradności. O kompulsywnym działaniu pod wpływem adrenaliny i o braku wszelkich sił, kiedy kleszcze okoliczności zaciskają się za bardzo. W tym kontraście również wciąż czytelna jest myśl, że nie jesteśmy w stanie uporać się z traumami przeszłości, jeśli doświadczyliśmy ich w domu rodzinnym. „Amok” to również opowieść o porzuconych lub odrzuconych małych chłopcach. Po raz kolejny Izabela Janiszewska wraca do smutnej tezy, że skrzywdzone dziecko pozostanie skrzywdzonym dorosłym. Świadomym jednak wyboru, czy opowiedzieć się po stronie tego, co krzywdzi innych, czy uczyć żyć inaczej. Poruszająca do samego końca opowieść o tym, jak bardzo chcielibyśmy zapomnieć to, co nas ukształtowało. Umiejętne zamknięcie tryptyku pełnego pytań i świetnie rozpisana opowieść, w której starych bohaterów poznajemy na nowo.

2021-04-05

„Łyski liczą do trzech” Olga Hund

 

Wydawca: Czarne

Data wydania: 31 marca 2021

Liczba stron: 184

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Kolejna rewolucja

Słusznie wyróżniona ważnymi literackimi nagrodami Olga Hund powraca po kilku latach z nową powieścią. Trochę się dziwię, że po takim czasie w głowie pisarki urodziła się tak skromna narracja. Ale zapewne Hund lubi minimalizm. Tyle że w strukturze drugiej książki wcale go nie ma. „Łyski liczą do trzech” to rzecz, która mnie mocno rozczarowała. Nieprzypadkowo chyba historię tę chwali typowym dla siebie językiem Ziemowit Szczerek, bo czytając Hund, wciąż miałem z tyłu głowy jego „Siódemkę”. Obie pozycje są swoistymi powieściami drogi. O ile bohater Szczerka mknie po dobrze znanej trasie, o tyle postacie Hund błąkają się raczej chaotycznie po Czechach. „Łyski liczą do trzech” to narracja w znanym już i męczącym mnie stylu. Jedna z tych polskich powieści, w których śmietnik słowny tworzy tak zwaną charakterystyczną frazę. I nie ma co porównywać Hund do Gombrowicza, bo to klasyczny i ograny już wielokrotnie wzorzec „młodej gniewnej i zaangażowanej społecznie prozy polskiej”. Idącej w kierunku przejaskrawień oraz testującej, ile zniesie wyobraźnia czytelnika. U Szczerka była możliwość stoczenia walki z polskimi królami, u Hund można spalić Hradczany. Pytanie tylko: po co?

Najprościej rzecz ujmując, w „Łyskach…” forma zdecydowanie przerasta treść. Ta pierwsza mocno męczy, ta druga jest wtórna. Jedyne, co jest ciekawe u Olgi Hund, to stawianie w interesujący sposób pytań o uprzedmiotowienie kobiet i odważne tezy, że kobiety mogą wyjść poza uwarunkowania, rozpisane dla nich przez mężczyzn smętne scenariusze życia. Bohaterki tej książki nie będą zakompleksionymi i rozczarowanymi dziewczynami, które zawsze muszą wybierać mniejsze zło. Nie będą bierne. Tu wybory podyktowane są świadomymi postawami, w których asertywność łączy się z pragnieniem zemsty. Dlatego kobiety – jakkolwiek surrealistycznie przedstawia ich działania pisarka – będą tutaj górą. Wyjdą z tradycji, by wejść w opozycję. Będą kontestatorkami, za którymi ruszą inni. I to mi się podoba. Wydaje mi się również literackim komentarzem do aktualnych wydarzeń. Niekoniecznie w Czechach.

To także problem tej książki. Kiedy się ją odczytuje bardzo dosłownie i nie wychodzi poza oczywiste symbole, można odnieść wrażenie, że Olga Hund postanowiła skomentować ponurą polską rzeczywistość ostatnich miesięcy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że tak świadoma językowo pisarka, która udowodniła swój talent w „Psach ras drobnych”… tu właśnie chyba rozmienia się na drobne. Napisała pamflet, satyrę i groteskę w jednym. Ośmieszyła szowinizm, ksenofobię, faszyzm i uprzedzenia. Pokazała prostaków i prostackie zachowania, na które odpowiada świadoma młodzież. Całkiem ciekawie wyszła jej opowieść o codziennej stygmatyzacji w kraju, do którego tak chętnie przybywa pewien Amerykanin, ale to trochę za mało na soczystą literacko książkę niebędącą publicystyką.

Kolejną wadą tej powieści jest jej irytująca dygresyjność. Są tu całe strony, które spokojnie mogłyby zniknąć podczas pracy redakcyjnej. Olga Hund portretuje dwie młode bohaterki oraz jednego młodego mężczyznę zza oceanu, który ma tu pełnić funkcję bohatera kontrapunktowego. George jest nie tyle papierowy, ile zwyczajnie zbędny. Podobnie rozczarowująco nakreślona została sylwetka czeskiego policjanta, który na festiwalu integracyjnym oddaje śmiertelny strzał, początkując całe szaleństwo narracyjne Hund. Chwilami można pomyśleć, że mężczyźni w odróżnieniu do kobiet są przede wszystkim niebieskimi ptakami, którymi trzeba kierować. A czasem ich karać. „Łyski liczą do trzech” to także rzecz o męskiej nieodpowiedzialności. Nie tylko portretująca policjanta usiłującego zracjonalizować zło, którego stał się sprawcą, ale wskazująca na tę cechę także w dygresjach. Młode buntowniczki jadą bowiem autostopem z wiekowym hipisem, który nie chce wziąć odpowiedzialności za to, że jest ojcem. Trzeba wyraźnie napisać, że to jest złe.

Kiedy Hund opowiada o fikcyjnej społeczności Caaaków, wokół których koncentruje się intryga sensacyjna i trochę kryminalna, wpada już w stereotypy opowiadania o odwiecznych, ale charakterystycznych i dla współczesnego świata konfliktach społecznościowych. Zarysowane antagonizmy są nad wyraz czytelne. Wszystko jest nakreślone bardzo grubą kreską. Nie ma w tym skonstruowanym wedle szaleńczej logiki świecie czegoś, co mimo wszystko nie byłoby narracją już przynajmniej kilka razy opowiedzianą. Mam wrażenie, że Hund skupia się mocno na języku – chce, żeby to wszystko było błyskotliwe, odważne i prowokacyjne. A nie jest. Siadają zarówno elementy humorystyczne, jak i te groteskowe. W gruncie rzeczy jest się świadkiem pełnej hiperbolizacji historii o opresjach i uprzedzeniach, która sama się opowiada, bo w gruncie rzeczy nie może naprawdę wykroczyć poza formę.

Ładnie i zasadnie jest tu włączyć do fabuły rewolucję. Ale musi być tak iskrząca, żeby ją zapamiętać. Dojrzewa również stopniowo i na różnych frontach. Rozpoczyna się od tego, co najbardziej w swym rozwoju nieprzewidywalne – eskalacji złości. Mechanizmy rewolucyjne są tu uproszczone i w oczywisty sposób przejaskrawione. Tyle tylko że za tym wszystkim nie idzie jakieś istotne czytelnicze zaskoczenie. Nawet wtedy, kiedy – jak już wspomniałem – autorka postanowi rękoma swojej buntowniczej zbiorowości spalić Hradczany. Mam wrażenie, że w tej krótkiej prozie Olga Hund chce zmieścić za dużo, zbyt często i niepotrzebnie rozpraszać uwagę czytelnika, tworzyć coraz bardziej zaskakujące asocjacje. Obawiam się, że momentami powstaje z tego chaos. Co dziwi, bo już w debiucie autorka wiedziała, że z językiem i wyobraźnią można eksperymentować. Tam jednak był to eksperyment pod kontrolą, „Łyski…” są przekombinowane. Nie wiem, czy to wina tego, że autorka poczuła się bardziej pewnie po debiucie, czy może złudnego przekonania, iż tak napisane książki ciągle mają zachwycać polskiego czytelnika. Jednak to wszystko już było. Powieść Hund jest smutnym świadectwem tego, że pewien sznyt polskiej literatury, który wielu uważa za awangardowy i znakomicie ironiczny, jest już naprawdę bardzo wtórny. I niewiele pomagają tutaj nieoczywiste dekoracje, lokacje wydarzeń, nietuzinkowe sylwetki bohaterów stojących po tej dobrej stronie. „Łyski liczą do trzech” to kolejna literacka opowieść o tym, jak to nowoczesny świat nienowocześnie traktuje wszelkie przejawy inności. Jak walcząc o tolerancję, wciąż na nowo otwiera gdzieś drzwi do zachowań ksenofobicznych. Jest tu dużo bardziej groźnie niż śmiesznie, ale koniec końców przemyka się przez drugą książkę Olgi Hund bez tego wrażenia niezwykłości, które towarzyszyło lekturze debiutu.

2021-04-01

„Co się skrywa między nami?” John Marrs

 

Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 24 marca 2021

Liczba stron: 400

Przekład: Ewa Kleszcz

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Domowe piekło

Ponieważ chciałbym się pisarsko rozwijać właśnie w thrillerach, pasowałoby uczyć się od najlepszych, a dotychczas trudno było mi jednoznacznie takich twórców wymienić, przynajmniej jeśli chodzi o zagraniczne nazwiska. To teraz z pełną świadomością mogę wskazać Johna Marrsa jako tego najlepszego i jak najszybciej nadrobić zaległość w postaci lektury innej jego książki, wydanej w Polsce przed czterema laty. „Co się skrywa między nami?” to znakomity thriller. Pełen niezwykle mrocznych, intensywnych scen. Bazujący na dwóch zazębiających się narracjach uzupełniających wzajemnie koszmarną rzeczywistość, w której tkwią przez całe życie kobiety połączone więzią miłości i nienawiści. Nie chodzi tylko o to, że Marrs świetnie przedstawia kobiece wizerunki, co przekonuje mnie bardziej niż mroczne historie o mężczyznach. Chodzi o to, że we wszystkich wyolbrzymieniach jest tutaj niemiłosiernie prawdziwy. Kiedy podczas czytania co rusz można było dochodzić do wniosku, że życie takich scenariuszy nie pisze, z każdym kolejnym dramatycznym rozdziałem przekonywałem się, że tak, właśnie takie rzeczy mogą się dziać w życiu, a sztuką jest uwypuklić istotę psychopatologii ludzkich działań i emocji, by dzięki temu stworzyć mocną książkę.

Cała ta historia wydobywa się ze zwyczajnego życia. Rozgrywa w przestrzeni, którą każdy nazwałby senną okolicą dobrze sytuowanych mieszkańców ładnych nieruchomości, gdzie klasyczne rodziny wiodą nieco nudne i przewidywalne, ale na pewno spełnione i raczej szczęśliwe życie. Marrs nie stara się w żaden sposób sztucznie dramatyzować swojego koszmarnego i sugestywnego świata. Co więcej – nie stara się szukać jakichś wymyślnych chwytów narracyjnych, by oddać przerażające przesłanie tej historii. Będą łańcuchy, będzie piwnica, ogródek z wiadomą mroczną tajemnicą. Będą również retrospekcje, które mają budować coraz bardziej wyraźny obraz tego, co się rozgrywa przed naszymi oczami. Ale co jest tu najważniejsze? Wspomniana intensywność. Autor potrafi na jednej stronie, w jednym akapicie skondensować napięcie, z którym naprawdę trudno jest iść naprzód. Z jednej strony zatem jest to książka, którą chciałoby się przeczytać na wdechu, bo jej dynamiczna kompozycja na to zasługuje. Z drugiej jednak – sięga do tak przerażających głębin ludzkiego charakteru, że po prostu mistrzowsko kwestionuje wszystkie kulturowe paradygmaty związane z tym, jak postrzegamy życie w najbliższej relacji. Zaczyna od pomieszania, załamania oraz przedefiniowania pojęć miłości i nienawiści w relacjach matki i córki. Potem jest już coraz bardziej mrocznie, bo nic nie jest tym, czym się wydaje. Nie tyle żadne z wydarzeń, ile przede wszystkim emocje bohaterek. Jedna z nich uwięziła drugą, ale która tak naprawdę przez całe życie tkwi w przerażającym więzieniu mentalnym?

Maggie żyje w zamknięciu. Jest obserwatorką tego fragmentu codzienności, który może ujrzeć z okien pomieszczenia będącego jej prawdopodobnie dożywotnią celą. Maggie wciąż myśli o uwolnieniu się, ale cały czas wie doskonale, że osobą, która ją uwięziła, jest córka – kochana ponad wszystko, w każdej postaci, nawet najbardziej potwornej, nieprzewidywalnej i cynicznej. Maggie wie, że jej uwięzienie to konsekwencja tego, co zrobiła. Ale ma to również związek z kłamstwami, bo właśnie o nich – rozpatrywanych dosłownie, symbolicznie i w różnych życiowych kontekstach – John Marrs opowiada najbardziej sugestywnie. Pokazuje, jak wiele okrucieństwa może nieść w sobie kłamstwo. Ale pokazuje również, że może wyzwolić. Albo dać taką wiarę w wyzwolenie, że całe życie można zbudować na nieprawdzie z jej toksycznym balastem niesionym przez dekady.

Dlatego Maggie wydaje się pogodzona ze swoim losem. A jej córka Nina wie, że postępuje słusznie. Zdaje sobie sprawę ze wszystkiego, co przez lata skrywała przed nią matka. Dziś Nina potrafi być furią i nienawiścią. Ale bohaterka nie jest władna pamiętać ani zachować w pamięci czegoś innego niż kłamstwa. Być może zorganizowała perfekcyjnie akcję ukarania matki za wszystko, czemu stała się winna. Czy jednak rozumie, kim sama jest? A może Marrs sugeruje, że nigdy nie pojmiemy istoty tej patologicznej relacji?

Pozornie jednak nie ma tu niczego patologicznego. Matka robiła wszystko, by chronić córkę. Córka interpretuje wydarzenia przez pryzmat własnych doświadczeń i ma prawo być wściekła. Ale to nie jest książka o wściekłości. Rozpoczyna się doskonale, pierwszym prowokacyjnym zdaniem: „Przestałam cię kochać”. Nikt nie spodziewa się, ile treści będzie niosła w sobie ta deklaracja i jak wieloznacznie wybrzmi. To zresztą tylko bardzo mocny wstęp do całości książki, która jest piekielnie trudna w odbiorze, bo obrazuje coś niewyobrażalnego, a jednocześnie namacalnie dotkliwego. I nie jest tak, że Marrs postawi na siłę płci, decydując się być może na stronniczą narrację o kobietach i z kobietami w roli głównej. Pojawią się tu mężczyźni, dodatkowo komplikując przesłanie tej historii. Ale „Co się skrywa między nami?” to przede wszystkim opowieść o niebywale silnej więzi matki i córki. O tym, ile toksyczności niesie w sobie, lecz również o tym, na jak wielu niedopowiedzeniach się ukształtowała.

Trudno wybrać fragmenty, które przejmują najmocniej. Na mnie z pewnością ogromne wrażenie zrobiły te opisujące traumatyczne doświadczenia nastolatki, która musi mierzyć się z bezradnością, nieświadomością i gniewem jako efektem eskalacji jednego i drugiego. Są tu sceny wstrząsające i szokujące. Ale cały czas prawdziwe. John Marrs tak konstruuje swoją powieść, że cokolwiek uznalibyśmy za aberrację, wraca do porządku codziennego życia, wtapia się w nie, a potem pokazuje, że jest jego integralnym elementem. Mnóstwo emocji niosą w sobie Maggie i Nina, ale bardzo dużo napięcia jest również w tych szczelinach między ich narracjami. Wtedy kiedy mamy ochotę zrozumieć to wszystko bez ich tłumaczeń. I gdy do zrozumienia pozostaje przede wszystkim rozpacz.

Gniewna i wyjątkowo brutalna jest historia Marrsa uciekającego od konwencjonalnego zakończenia, w którym można mieć satysfakcję z tego, że zatriumfowała sprawiedliwość. Nic tu nie jest sprawiedliwe, nic nie jest dobre ani złe w pełnym uzasadnieniu. Przyjrzymy się domowej psychodramie, która nie zwraca niczyjej uwagi. Wejdziemy do domu, który stanie się przedsionkiem piekła. Dotrzemy do niewyobrażalnie silnych emocji, jakie tylko w dużym uogólnieniu rozpinają się między tym, co rozumiemy jako miłość i nienawiść. Myślę, że to nie tylko znakomity thriller. To fascynująca opowieść o obsesjach, uprzedzeniach, ułomności ludzkiej pamięci i o instynkcie macierzyńskim. O tym, jak bardzo wykoślawiony i przerażający może być. Ale nadal jest miłością. Atawizmem każącym działać tak, by chronić dziecko. Nic nie uchroni nas przed fatalizmem tej opowieści, a John Marrs naprawdę skutecznie przykuwa uwagę, choć wielokrotnie po prostu może czytelnikom zabraknąć tchu. Rewelacja!

2021-03-29

„Anatomia pęknięcia” Michał Protasiuk

 

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 26 marca 2021

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Jacy będziemy?

Niezbyt interesuje mnie literatura inspirowana obecną pandemią i obserwuję nowości wydawnicze z dużą ulgą, bo na razie niewielu twórców bierze się za pisanie książek z pandemicznym tłem, a być może ich zalew dopiero przed nami. Interesują mnie za to najbardziej nawet szalone fantazje literackie dotyczące świata po pandemii. Świata, którego z różnych powodów wielu z nas nie może sobie dzisiaj wyobrazić. Michał Protasiuk w swoich sześciu opowiadaniach science fiction wychodzi naprzeciw takim oczekiwaniom jak moje i próbuje opowiedzieć rzeczywistość kilka dekad do przodu. Ale postcovidowe fantazje to tylko jeden z elementów tej absorbującej książki. „Anatomię pęknięcia” można czytać jak zbiór niezależnych od siebie tekstów, w których autor za każdym razem odnosi się do innej fantazji związanej ze sferą technologii wpływającej na mentalność człowieka przyszłości. Można również, i wówczas ta książka wybrzmi najgroźniej, potraktować narracje Protasiuka jako swoistą całość. Nie tyle fantazjowanie o naukowych faktach i iluzji kreowanej w naszej świadomości przez fake newsy oraz sztuczną inteligencję buntującą się tu w jednym z tekstów i stwarzającą największe zagrożenie dla ludzkości, ile opowieść o człowieczeństwie stającym przed najtrudniejszą z możliwych prób. Przed doświadczeniem pewnego końca, specyficznego początku, ale również przed świadomością tego, że technologie informacyjne niebezpiecznie połączyły się ze sferą uczuć.

Będzie u Protasiuka o teoriach z zakresu cybernetyki, informatyki, fizyki, ale także filozofii. Wszystko w bardzo dynamicznej konwencji, w której literacko najbardziej interesujące są oczywiście wizerunki bohaterów. Szkoda, że nie wszystkie pogłębione, ale myślę jednocześnie o założeniu twórczym, w którym – za każdym razem od nowa – chodzi o ludzkość. Poza tym wiarygodności broni częsta narracja pierwszoosobowa. Autor zwraca się zatem do nas bardzo osobiście, lecz stale proponuje fantazje o tym, że nasza podmiotowość i mentalność w przyszłości będą częścią złożonego systemu. Pyta o to, co nas może przerazić, ale jeszcze bardziej o to, do czego możemy być zdolni, bo zatraciliśmy zdolność do lęku przed konsekwencjami mrocznych działań. A to wszystko w atmosferze śmiałych fantazji, które wielu z nas przeszły przez głowę, ale mało kto wykorzystał je tak twórczo i przede wszystkim sugestywnie literacko.

Dlatego wkracza się do świata, który w najbliższej przyszłości może oszaleć. Jak to rozumieć? W tytułowym opowiadaniu padają znamienne słowa: „Każde szaleństwo jest wzmocnieniem, zwielokrotnieniem normalnego zachowania”. Każda aberracja i każde niebezpieczeństwo utraty kontroli nad zdrowym rozsądkiem zasadza się na tym, czym jesteśmy jako ludzie. Niebezpieczne ścieżki rozwoju świata to nie tylko pokłosie groźnego udoskonalania technologii, a być może ujawniania w nich mocy, nad którymi nie panujemy. Szaleństwo świata przyszłości oprze się z całą pewnością na dzisiejszych frustracjach, lękach, uprzedzeniach i ucieczkach w subiektywne porządkowanie świata. Dlatego „Anatomia pęknięcia” to moim zdaniem najbardziej mroczny i najbardziej sugestywny tekst. Opowieść o polaryzacji społeczeństwa osadzona w kraju, w którym przez dekady debata publiczna opierała się na grzecznym potakiwaniu bez dyskutowania i umacnianiu w swoim przekonaniu. Szwedzka fantazja o tym, że bunt wobec porządku poprawności politycznej może doprowadzić do epidemii wzajemnego nierozumienia świata, a w efekcie do tragedii człowieczeństwa jako takiego, wyrasta z mrocznych i bliskich każdemu z nas lęków. Protasiuk opowiada o naszej percepcji i groźnie zaznacza, co wydarzy się wówczas, gdy zapomnimy o prostej zasadzie, że nasze myśli nie są rzeczywistością. Ale to tekst pełen niepokoju również dlatego, że całościowo stanowi preludium do ponurej rzeczywistości, której szczegóły czytelnik musi określić w swojej wyobraźni.

Przeniesiemy się u Protasiuka w kilka miejsc mających strategiczne znaczenie albo dla rozwoju technologii informacyjnych, albo dla ludzkiej samoświadomości. Wizje, które pojawiają się niejako na marginesach świata przedstawionego, są elementem wprowadzającym dodatkowy niepokój, ale w życiu bohaterów tych opowiadań nie będą grały ważnej roli takie zdarzenia jak rozpad Unii Europejskiej, destabilizacja państwowości, kryzys uchodźczy związany z ociepleniem klimatu czy ataki terrorystyczne wraz z nacjonalizacją i polaryzacją społeczeństw. Każdy z nich ma swój własny świat – przeżyć, wspomnień, wartości. To pośród nich dokonuje wyborów i jakkolwiek zdeterminowany albo zmanipulowany byłby przez technologie, pozostaje w sferze własnych przeżyć. To, co charakteryzuje człowieka przyszłości, często przedstawiciela kolejnego pokolenia, to wciąż działanie pod wpływem emocji. W „Fikcji politycznej” będziemy mieli do czynienia z determinacją i obsesją władzy. W „Grzybiarzach” bohater kierować się będzie przede wszystkim zranionym sercem i mierzyć z konsekwencjami odrzucenia przez ukochaną. W „Sześć” wciąż od nowa dochodzić będzie do głosu kobieca trauma wykorzystania seksualnego. Bez względu na to, jaki związek ci bohaterowie będą mieli ze zmiennością i skomplikowanym charakterem świata, w którym muszą działać, ciągle najważniejsze i najsilniejsze będą emocje.

Podoba mi się to, że w najbardziej nawet rozbudowanych wizjach technologicznej manipulacji najważniejszy jest dla Protasiuka mimo wszystko człowiek ze swoimi wyborami – nawet nietrafionymi, systemem wartości – chociaż ciągle podkopywanym, oraz moralnością – mimo że ulegającą rozpadowi. Te fantastyczne wizje, w których człowiek w gruncie rzeczy wciąż jest taki sam, mogą nasuwać myśl, że „Anatomia pęknięcia” wiarygodnie obrazuje przekonanie, iż wszelkie przerażające zmiany, jakie pewnie nadejdą, wciąż mogą zostać zatrzymane przez to, co nas stworzyło i co kieruje naszymi decyzjami. Dochodzi do tego mniej lub bardziej dyskretnie sygnalizowane przekonanie, że przyszłość ludzkości może być głównie sumą zbiegów okoliczności, nad którymi nigdy nie uzyskamy kontroli. Podoba mi się też umiejscowienie poszukującego i błądzącego człowieka pośród elementów rzeczywistości, które powstały na bazie dawnych poszukiwań i zbłąkań. Wizje Protasiuka są nie tyle groźne, ile przede wszystkim zmuszające do tego, by na bazie każdego opowiadania stworzyć swoją własną fantazję o tym, co nas czeka. Nieprzypadkowo też teksty uzupełnione są na końcu komentarzami autorskimi, w których widzimy, jak duża erudycja i bezkompromisowość w poszukiwaniu odpowiedzi na trudne pytania ukształtowały Michała Protasiuka jako pisarza science fiction.

„Anatomia pęknięcia” to opowieść o tym, że obecna pandemia na zawsze pozostawi po sobie ślad w przyszłości. A także o tym, że wszelkie technologiczne algorytmy wciąż zmieniają dzisiaj siatkę pojęć, emocji, priorytetów i działań, które za dwie lub trzy dekady spowodują, iż świat niewątpliwie będzie inny. Podziwiać można wyobraźnię, ale również mocny naukowy fundament fikcji literackiej budowanej w taki sposób, by nie była tylko fantastycznonaukową wizją. Protasiuk w takiej konwencji i takim stylu opowiada nam również świat dzisiejszy. W tym znaczeniu jest to świetna książka dla wszystkich, którzy chcieliby ujrzeć samych siebie w nowych i często zwodniczych okolicznościach świadomej lub nieświadomej obecności w tym, co się wokół nas właśnie dzisiaj dzieje.

2021-03-26

„Zachowaj to dla siebie” Monika Dworak

 

Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 10 marca 2021

Liczba stron: 416

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Bliskość i kłamstwa

Bardzo cenię debiutantów, którzy stawiają sobie w pierwszej książce inny cel niż tylko poprawne skonstruowanie fabuły z odpowiednio dobranymi elementami, które ją dynamizują. Monika Dworak postawiła na eksperyment. Jakkolwiek to wyszło i czy rzeczywiście każdemu się spodoba, to już rzecz mniejszej wagi. Ważne, że ta książka mocno się wyróżnia i jest debiutem odważnym. Autorka zdecydowała o świadomym przełamaniu proporcji. Właściwie najważniejsze wolty pozostawiła na zakończenie, przedłużając nieco fragmenty niekoniecznie warte przedłużania. Ale dzięki temu „Zachowaj to dla siebie” iskrzy oraz pozostawia zarówno z czytelniczą satysfakcją, jak i ze specyficznym niedosytem. Dworak brzmi zaskakująco i bardzo zasadniczo, jednak osiąga cel zaskoczenia także dzięki innemu, w moim odczuciu niełatwemu do rozpisania, zabiegowi. To, co zdecydowanie przyciąga uwagę do tego thrillera, to technika odsłaniania kluczowej zagadki. Pisarka już na wstępie konfrontuje z nią głównego bohatera, a potem prowadzi narrację w taki sposób, że wciąż wiemy niewiele albo zgoła nic, choć dzieje się bardzo dużo i przed postacią karty zostają wyłożone na stół. Podwójne blokowanie nam dostępu do najważniejszych faktów następuje wówczas, gdy umysł bohatera zaszwankuje. Dlatego widać, że to świadoma i oryginalna manifestacja twórcza tego, iż można jeszcze napisać w tym gatunku coś, co autentycznie zaskoczy.

Poznajemy Adama i Ewę, bliźnięta silnie ze sobą związane emocjonalnie. Oboje są dla siebie wyjątkowi i oboje mają wrażenie, że doskonale znają to drugie. Dzielą ich życiowe wybory, ale bliska jest im ta sama wrażliwość. Dworak symbolicznie akcentuje ich wspólne upodobanie do wody. Ewa lubi długie zanurzenia, Adam woli energicznie walczyć z żywiołem, pokonując kolejne długości basenu i dość często spotykając się na nim ze swoją siostrą w tym samym czasie. Adam założył rodzinę i wiedzie uporządkowane życie męża oraz ojca. Ewa jest nowoczesną kobietą biznesu i wciąż stara się ukrywać przed samą sobą, że coraz bardziej doskwiera jej samotność. Brat niejako przytulił ją do swojej rodziny, której Ewa jest integralną częścią. Silnie związana z Adamem przyjaźni się również z jego żoną. To obraz rodzinnej sielanki, która powoli zacznie się rozpadać. Stabilizację i pewność siebie zastąpią jakieś mroczne tajemnice. Adam zmuszony będzie do konfrontacji z przeszłością, która z pewnością zmieni przyszłość jego rodziny. Tymczasem Ewie pozostają jedynie podświadome domysły i takie stany emocjonalne, które pozwalają jej odkryć, że z bratem dzieje się coś niedobrego. Poznający rodzinną tajemnicę Adam przestanie być bliski siostrze. Albo będzie musiał zrozumieć, że ich bliskość otrzyma inne, trudne do zaakceptowania fundamenty. Okazuje się bowiem, że w relacjach z najbliższymi skrył się fałsz. A właściwie podtrzymywane przez lata kłamstwo. To ono spowoduje, że dojdzie do nieprzewidywalnych zdarzeń, a relacja bliźniąt przez chwilę zostanie wystawiona na próbę.

Monika Dworak opowiada o trudnej i niemożliwej do jednoznacznego wyjaśnienia bliskości tego, co nieszczere, i rodzinnych więzów. Napisano już o tym tysiące mniej lub bardziej udanych powieści oraz setki takich, które z tematu rodzinnych kłamstw chciały stworzyć zaskakującą powieść grozy. Autorce naprawdę się to udaje. Tajemnica relacji w rodzinie jest tutaj bardzo skomplikowana. Okazuje się, że najbliżsi kłamią tylko po to, by zachować pewne pozory. Nazywają ją bezpiecznym porządkiem. Dworak chce postawić kilka niewygodnych pytań. Takich, które powodują, że emocjonalny komfort się rozpada, kiedy zaczniemy mieć wątpliwości co do tego, czy dla dobra rodziny warto poświęcić naprawdę wszystko i czy zasadne jest budowanie zaufania na iluzji. Stąd też ciekawie od początku zarysowana więź bliźniacza. Wydaje się, że Ewa i Adam nie mogą mieć przed sobą tajemnic. Doskonale wiedzą, kim są, skąd pochodzą i jak mocno spaja ich więź, która pozwala tak nonszalancko i radośnie igrać z wodą. Szybko okazuje się, że ta pozornie oczywista bliskość nie jest tym, czym się wydaje. A zakończenie wyjątkowo dosadnie wskaże, czym może być, a czym się nie stanie.

„Zachowaj to dla siebie” umiejętnie komponuje dwie płaszczyzny czasowe, aby potem połączyć je i nadać akcji wyraźne tempo. Najciekawsze wydaje się śledzenie poczynań Adama. Wydarzyło się coś, co musi on zachować w tajemnicy przed siostrą i żoną. Coś, co związane jest ze zdjęciem załączonym do maila, który wprawia bohatera w osłupienie. Przed laty w tej rodzinie wydarzyła się nie tylko trauma nagłego odejścia matki i ojca, po której pozostała w rodzeństwie niechęć do kolei. Wydarzyło się jeszcze coś. Jedno z nich skonfrontuje się z prawdą, drugie zacznie ją odkrywać na własną rękę. Widać, że oboje są zdeterminowani i z kilku powodów muszą działać osobno. A odsłonią tę samą mroczną historię, która uderzy w każdego. Bo przeszłość u Moniki Dworak to czas, w którym skryły się przerażające zdarzenia. Pisarka sprytnie wykorzystuje ograne już literacko motywy fotografii, ukrytych wiadomości czy takiego sposobu opowiadania o zdarzeniach, by dramatyzować rzeczy trywialne. Nie wychodzi z tego ani trywialny, ani przesadnie dramatyczny thriller. Porusza zwłaszcza na ostatnich stronach i odwołuje się do tego, czym jest lojalność i solidarność w bliskiej relacji.

Mam wrażenie, że po tej książce Dworak będzie pisać tylko lepiej i na pewno nie zdecyduje się na żadne oczywiste rozwiązania fabularne. Potencjał tej książki drzemie w atmosferze niepewności, której autorka nadaje kilka specyficznych znaczeń. Niepewność Ewy i niepewność Adama będą z pozoru inne, bo czym innym warunkowane. Niestabilny fundament tej relacji będzie odsłaniany stopniowo, ale z drugiej strony widać, że mamy tu do czynienia z wyjątkowo silną więzią. Również taką, o której mogliby opowiedzieć bohaterom ich nieżyjący rodzice. Za tą śmiercią kryje się kolejny dramat. Bo czy nie lepiej czasem wiecznie okłamywać i kochać, niż ujawnić prawdę i narazić na ryzyko utratę miłości?

„Zachowaj to dla siebie” to także powieść dbająca o szczegóły. Wizerunki psychologiczne bohaterów są pogłębione i Dworak nie podporządkowuje akcji postaciom, lecz raczej robi coś zupełnie odwrotnego. Istotne są tu także opisywane przestrzenie, a także przemierzanie tychże. Mamy w końcu do czynienia z prozą pełną ukrywanego mroku śmierci, ale jednocześnie historią o tym, że najważniejsze jest samo życie kształtowane przez silne relacje rodzinne. Dla nich można zaryzykować absolutnie wszystko. Naprawdę ciekawa przygoda czytelnicza i książka przemyślana do ostatniego zdania. Lubię, gdy debiutanci zaskakują mnie tak przyjemnie.

2021-03-24

„Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” Aleksandra Zbroja

 

Wydawca: Agora

Data wydania: 24 marca 2021

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Obecna nieobecność

Takie książki jak ta nie są przejawem ekshibicjonizmu. Marcin Wicha czy Mira Marcinów napisali o swoich matkach nie dlatego, że nie pomogły im gabinety terapeutyczne. Inga Iwasiów czy Aleksandra Zbroja nie żegnają się ze swymi ojcami publicznie, bo bardzo chcą się podzielić rozpaczą. Sam również nie napisałem „Toksyczności”, by ujawniać światu, jak mi było źle, choć nie odważyłem się z różnych powodów sięgnąć po to mocne „ja” z książek, które mam na myśli. Moim zdaniem literatury o żałobie nie pisze się po to, aby ją zagłuszyć, ale by lepiej zrozumieć. Nie po to, by punktować zdarzenia z życia, ale by pokazać, że relacja z nieobecną matką czy nieobecnym ojcem naznacza każdego z nas na zawsze. Że być może po ich śmierci uczymy się żyć naprawdę. I takie książki są świadectwem, sugestią dla czytelnika, aby zwrócił się ku sobie, rozpoznał samego siebie w relacji z rodzicem. A potem być może naprawił to, co warte jest naprawy, aby nie pozostać nagle w smutku i tych wszystkich niewypowiedzianych i koniecznych do wypowiedzenia słowach, które nigdy nie wybrzmią. Tak, doskonale rozumiem motywacje Zbroi, Wichy, Marcinów i jeszcze kilku osób, które w ostatnich latach podzieliły się literacko swoją żałobą. Takie książki są świadectwem tego, jak wiele pomijamy, tracimy, gubimy, potrafimy zaniedbać, kiedy życie toczy się dynamicznie. Myślę, że uczą one pokory względem samego siebie i dlatego są ważne. Pozwalają na autodiagnozę lepszą niż u najlepszego terapeuty. Odsłoniętą i dla każdego. Bo z takiego pisania absolutnie każdy może wziąć dla siebie niepokój, ale i nadzieję. Między innymi o tych dwóch sprawach jest „Mireczek”. O niepokoju wynikającym z tego, że nie znało się bliskiej osoby, i o nadziei, że jej nieobecność przestanie być bolesna, kiedy zacznie się rozumieć, ku czemu teraz prowadzi.

„Mireczek” zasadniczo rozpina się gdzieś między pojęciami takimi jak obecność i nieobecność. Zbroja rozpoczyna od odejścia ojca. Tego ostatecznego, bo poza tym odchodził od niej wielokrotnie, całe jego życie było odchodzeniem bez ważnych powrotów, wciąż na nowo wybierał ucieczki zamiast współistnienia. „Całe życie latawiec” – to zdanie brzmi najmocniej i najbardziej przejmująco. Z jednej strony chce uchwycić czas, który trudno objąć myślami i zrozumieć. Z drugiej – nonszalancko korzysta z kolokwializmu. Jakby za nieustannym znikaniem ojca szła pobłażliwość, bo on tak miał.

Miał tendencję do tego, by za nic i za nikogo nie brać odpowiedzialności. To najbardziej smuci i zdumiewa córkę przybywającą na pogrzeb tego, który nigdy nie był ojcem, a teraz ominęło go także bycie dziadkiem. I spore znaczenie ma tu partykuła przecząca, bo „Mireczek” od momentu opisu śmierci do chwili, w której zmarły jest dopiero przed pierwszym ujrzeniem świata, będzie opowieścią o nietęsknocie i niemiłości oraz o nieojcu, który paradoksalnie zaczął być obecny w świadomości córki dopiero wówczas, gdy odszedł na zawsze i zniknął ostatecznie. Zbroja podejmuje się dwóch rekonstrukcji zdarzeń. Stara się śledzić losy ojca od jego maleńkości, ale także przyglądać się sobie jako córce z wiecznym deficytem ojcowskiej miłości. Dwa kierunki rozważań prowadzą do jednego punktu: do diagnozy smutku i wyobcowania, z którymi oboje się mierzą. Córka boleśniej, bo pośród wielu pytań bez odpowiedzi i jest on, celowo nazywany deminutywem, może wieczny chłopiec, a może zawsze nieporadny mężczyzna, z którym coś przecież musiało się stać, że wybrał nałóg alkoholowy i nieodpowiedzialność za siebie i innych. Zbroja staje wciąż na nowo przed dwoma rozpaczliwie brzmiącymi pytaniami. Kim naprawdę był Mirosław Zbroja i kim jest Aleksandra Zbroja ze wszystkim tym, co jej pozostawił w mentalnym spadku. Z wiecznym oczekiwaniem na czułość, zainteresowanie. Z wieczną tęsknotą małej dziewczynki, która długo nie chciała uwierzyć w to, że jej ojciec jest zwyczajnym chujem. Ta książka chce odczarować odium wulgaryzmu ujawniającego się w zakończeniu. Ale jest również opowieścią o tym, że bezradność zwykle idzie w parze ze złością. Że mamy prawo odczuwać jedno i drugie, kiedy zostanie nam odebrane elementarne poczucie bezpieczeństwa.

Ojciec potrafił dać szczęście. Nawet tym, że wręczał śmieszną kinder niespodziankę, bo nic innego nie mógł podarować. Ojciec mógłby dać choć namiastkę pewności tego szczęścia, gdyby po prostu był. Ale kiedy był, chciało się, by zniknął. Kiedy znikał, pojawiało się mnóstwo emocji, które Aleksandra Zbroja chce w tej poruszającej książce nazwać, ale nie mówi o nich wprost, woli stawiać hipotezy, fantazjować z bolesną świadomością tego, że nic już nie będzie można zmienić.

W obliczu ostatecznego końca toksycznej relacji rysuje się obraz tego, że zły rodzic pozostaje w świadomości intensywniej i dosadniej w chwili, kiedy ostatecznie się z nim żegnamy. „Mireczek” to nie świadectwo pożegnania. Raczej opowieść o tym, jak bardzo wyobcowanie wdzierało się do wnętrza porzuconej córki i pewnie świadomego porzucenia ojca. Mocno wybrzmiewa tutaj symbolika drzwi, które dzielą Mireczka od Oli. On wiecznie na zewnątrz domu, ona w pozornie bezpiecznej przestrzeni wewnętrznej. Oboje tworzą definicję miejsca, ale on jakby chciał ją zacierać, kwestionować. Tymczasem upływ czasu powoduje, że drzwi jest coraz więcej. W tej książce Zbroja stara się z pewnością siebie, ale i niebywałą odwagą otwierać kolejne drzwi, zaglądać w kolejne przestrzenie, ale przede wszystkim pytać o tożsamość ojca. Bo między swoimi wiecznymi nieobecnościami i opresyjną obecnością był przecież kimś, był człowiekiem.

„Mireczek” to również autorska rozprawa z tożsamością polskiego alkoholika. Dużo w tej książce jest na temat samej istoty zawłaszczania przez nałóg. Rozpoczyna się od egzystencjalnych pytań retorycznych: „Co to za potężna siła gna człowieka w poprzek samego życia? Naprawdę tyle w tej wódce jest? Lepszego niż bycie tu z nami? I w ogóle bycie?”. Ale potem Zbroja chce głębiej wejść w problem uzależnienia od alkoholu. Między naukowymi definicjami a bezradnością zagubienia dziecka, które wiecznie będzie niosło w sobie stygmat nałogu rodzica, kryje się bardzo wnikliwa analiza samej siebie. Bo „Mireczek” to opowieść o nieobecnym, o krzywdzicielu i o smutku opuszczenia przez niego, ale przede wszystkim historia budowania silnej tożsamości w opozycji do strachu i przekonania, że gdzieś genetycznie może tkwić ta destrukcyjna potrzeba oferowania najbliższej osobie piekła rozpaczy.

„Mireczek” to także kompozycyjnie bardzo dobra książka. Świadomie założony chaos w strukturze ma odzwierciedlać kompulsywność działań pośród emocji. Te wszystkie próby uzyskiwania odpowiedzi na pytania, które na zawsze pozostaną tylko pytaniami, idą w parze z ogromnym ładunkiem przeżyć nakładających się na siebie i mieszających w bolesnym tyglu, wcale niegotowych na zmierzenie się ze zdrowym rozsądkiem albo wyciszeniem. Świetne są też krótkie rozdziały, w których zdania brzmią mocniej, dosadniej. Od początku do końca jest to narracja pytań bez odpowiedzi, ale jednocześnie książka o tym, że można udźwignąć bezradność, jeśli umie się okiełznać gniew i szukać dróg wybaczania. Zbroja zrekonstruowała sobie swojego Mireczka z domysłów i fantazji. Ale zaproponowała nam także – poza osobistym wymiarem – przejmującą opowieść o tym, że nieobecność drugiego człowieka może nas przytłaczać w bardzo wielu wymiarach. I o tym, że może być rozpaczą. Tylko że to w moim odczuciu nie jest książka o rozpaczy, lecz o sile samostanowienia i próbie pożegnania się. Aleksandra Zbroja przejmuje i mądrze opowiada o tym, że relacja z najbliższą nam osobą pozostanie najsilniejsza bez względu na obecności czy nieobecności.

2021-03-22

„Drelich. Prosto w splot” Jakub Ćwiek

 

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 24 marca 2021

Liczba stron: 456

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Nieoczywista sensacja

Być może część moich czytelników ze zdziwieniem odnotuje obecność recenzji takiej książki. Sam w zasadzie nie mogę wyjść ze zdziwienia, ale mam z Jakubem Ćwiekiem tak jak ktoś, kto uświadamia sobie nagle, że spróbował pysznego wypieku, o którym kiedyś tylko słyszał, a od teraz będzie się nim zajadał z przyjemnością. Nieprzypadkowo stosuję takie porównanie, bo nowa powieść tego autora usatysfakcjonuje także miłośników słodkości. Między porcjami wysokokalorycznych smakowitości Ćwiek umieści dużą dawkę adrenaliny, niesamowicie podkręci tempo i pokaże, że powieść sensacyjna to nie tylko mordobicie i pędząca szaleńczo do przodu akcja. W „Drelichu” znakomicie wypadają postacie kobiece. Jest tu miejsce na nietuzinkowe poczucie humoru autora, a całość – jakkolwiek mroczna i brutalna – wydobyła się z wyobraźni kogoś, kto jest doskonałym obserwatorem rzeczywistości. Fikcja literacka w tej powieści jest o tyle prawdopodobna, że wyrasta ze scen i scenek, które tworzą nasze życie codzienne – czasami gorzkie, czasami prozaicznie nudne, ale zawsze będące materiałem do świetnej fantazji. Jakub Ćwiek umie ludzi słuchać i podglądać. Dlatego jego książka jest wiarygodna. Nie tylko z powodu uprawdopodobnienia wszystkich sposobów walk opisanych tutaj tak drobiazgowo. Bardzo mi się podoba dezynwoltura pisarza, który – sam zresztą zaznacza to w posłowiu – wykorzystuje szarość prozy życia i zamienia ją w soczystą prozę literacką pełną wyjątkowych smaczków dla czytelników spragnionych szaleństwa i frapującej opowieści.

Wracając do cukierniczej metafory, odnoszę wrażenie, że nie chcę w tym momencie sprawdzać, jak przebiegała ewolucja wypieku, ale mam ochotę do niego wracać, bo ma znakomitą strukturę. Mówiąc wprost: zapoznałem się tylko z „Topielą” Ćwieka, ominąłem czas zdobywania przez niego popularności, nic nie wiem o tym, w jaki sposób ukształtował się jego styl pisania, ale bardzo mi odpowiada to, z czym teraz się spotykam. To nie jest żadna wymuszona lekkość czy silenie się na jakieś spektakularne wolty, aby przykuć uwagę. To całkiem swobodna fraza kogoś, kto umie opisywać człowieka w działaniu. Pokazywać, że to działanie często wynika z jakiegoś zbiegu okoliczności, z tego, kto staje nam na drodze i w jaki sposób wpłynie na nasze poczucie bezpieczeństwa. „Drelich” to przewrotna powieść o sile rodziny i o tym, że ze sposobu postrzegania  wroga przez bohatera literackiego można wysnuć również fantazje o tym, kim naprawdę jest ten bohater. U Ćwieka mogą to być zdeterminowani gangsterzy, ale równie dobrze delikatna materia samoświadomości. Bo o ile portret psychologiczny tytułowej postaci jest w zasadzie skończony, o tyle ciekawie wyglądają tu bohaterki – kobiety z drugiego planu stające do walki przede wszystkim z tym, co je dotąd ograniczało.

Od nich zresztą wszystko się zaczyna. Milena wpada w panikę, kiedy wychodzi na jaw, że jej mąż wie o tajemniczej znajomości z mężczyzną, z którym Milena z pewnością nie powinna się kontaktować. Wszystko od początku wskazuje na to, że jest nim Marek Drelich. A to oznacza dla niego kłopoty, choć kłopoty to jego drugie imię i dotychczas nie było takich, z którymi nie mógł się uporać. Tymczasem obserwujemy jego byłą żonę, która musi zjawić się w szkole i wyjaśnić problematyczną sytuację. Syn Drelicha, Nikodem, pobił kolegę. Zrobił to świadomie, dotkliwie i być może tak, jak uczył go tata. Iza zmuszona jest najpierw do konfrontacji z dyrektorem szkoły i ojcem poszkodowanego chłopca, a potem z tym, od czego chciała się odciąć dzięki rozwodowi. Była żona głównego bohatera wybrała inny scenariusz. Miała dość „życia pod presją zła”. Ale szybko okaże się, że perypetie obu kobiet połączą się, a Iza będzie zmuszona stawić czoła prześladowcom razem z byłym mężem, od którego odeszła razem z dziećmi, obawiając się zagrożeń stale obecnych w jego życiu.

Zaczyna się fascynująca intryga, która toczy się w nieprzewidywalny sposób. Od przypadkowo wykorzystanego zdjęcia dotrzemy do groźnych porachunków gangsterskich, a Ćwiek nikogo tu nie będzie oszczędzał. Dość powiedzieć, że walka będzie opierała się na taktyce, nie na przypadkowych działaniach świadczących o sile. Bo Marek Drelich to mężczyzna przewidujący zdarzenia, działający na adrenalinie, ale równocześnie metodycznie. Taka konstrukcja bohatera zapewnia nam brak nudy w kolejnych rozdziałach, kiedy Jakub Ćwiek stosuje technikę wrzucenia czytelnika w jakąś już gotową sytuację, którą dopiero trzeba zrozumieć. A poza tym dynamizm książki opiera się właśnie na antycypacjach – najpierw odkrywamy, co należy zrobić, by wykonać plan działania, a dopiero później poznajemy go w szczegółach. I widzimy również to, w jaki sposób autor dba o precyzję opisu każdej ze scen.

Dlatego ta sensacyjna powieść tak bardzo mnie do siebie przyciągnęła. Nie proponuje oczywistych antagonistów i łatwych do przewidzenia wydarzeń, w których zarysowane problemy mają się rozwiązać. Ćwiek rzeczywiście myśli chwilami filmowo i parę scen odzwierciedla pewnie jego tęsknotę za sensacyjnym kinem klasy B lub nawet C, ale akcja nie jest ani schematyczna, ani w żaden sposób przewidywalna. Tym bardziej że szorstkość, determinacja i gotowość do konfrontacji siłowych Drelicha zderzają się tu z jego specyficzną wrażliwością, do której nie dostajemy pełnego dostępu. Być może Jakub Ćwiek dba w ten sposób o to, aby jego bohater był wiarygodny w kolejnych częściach cyklu, a być może tak ma już być, że Marek Drelich to z jednej strony ktoś oczywisty, z drugiej jednak – postać wywołująca całą masę wątpliwości. Kochający ojciec i mąż, profesjonalny przestępca, doskonale planujący swe działania neurotyk, który koncentruje się na upływie czasu i specyficznie go wykorzystuje?

„Drelich” ze świetnie skonstruowanym podtytułem świadczącym o tym, że Jakub Ćwiek nie sugeruje nam tu prostych tez, jest wbrew pozorom powieścią o moralności, uczciwości i takim honorze, na którego brak utyskuje jeden z bohaterów tej książki. Całość zapewnia rozrywkę na naprawdę dobrym literackim poziomie i pokazuje, że Jakub Ćwiek doskonale wie, jak rozpisać każdą scenę i każdy dialog. Wszystko w „Drelichu” jest elementem układanki, ale również dowodem na to, że autor nie poddaje się łatwości, z jaką twórcy tego typu literatury ulegają skłonności hiperbolizacji. Nie będzie tu przejaskrawień, absurdów czy scen z gatunku „zabili go i uciekł”. W sensacyjnej konwencji jawi nam się tutaj rzecz o lojalności względem siebie i rodziny. O tym, że cały przestępczy świat stworzony został z toksycznych zależności. Jakub Ćwiek chce pokazać nietuzinkową tożsamość gangstera. Dlatego buduje nie jedną, lecz kilka ciekawych postaci. I czyta się to znakomicie. To była naprawdę duża czytelnicza frajda: wejść w ten gatunek literacki, którego jeszcze nie smakowałem, akurat z tą książką.