2026-06-15

„Bez głowy” Maciek Bielawski

 

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 20 maja 2026

Liczba stron: 136

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 34,90

Tytuł recenzji: To, co odjęte

Ze sporym wstydem muszę wspomnieć, że ominęła mnie lektura „O fotografii” Susan Sontag, jednakże bardzo uważnie przeczytałem „Widok cudzego cierpienia” tej autorki, w którym jest mowa między innymi o artyzmie fotografii, i choć Sontag jest tu akurat zaledwie jedną z obecnych ważnych myślicielek, to zaczynając pisanie o nowej książce Maćka Bielawskiego, mam wrażenie, że mogłaby ona nosić tytuł drugiej ze wspomnianych publikacji Susan Sontag.

Bo to opowieść o patrzeniu, widzeniu i cierpieniu. Głównego bohatera, ale również świata, który widzi, a przy tym naprawdę dostrzega. I nie robi mu krzywdy, wycinając z kadru pozornie najważniejszy element. On ten świat dzięki temu wycięciu odczarowuje. Odbiera mu niewypowiedziane cierpienie. Zabiera całą masę okrucieństwa i bólu, które obecnie kryją w sobie retuszowane portrety w social mediach. Nie zdjęcia, które miały jakąś historię, czekało się na ich wywołanie, były prawdziwym i kultywowanym świadectwem jakiegoś ważnego wydarzenia. W wieku, który – jak się słusznie wspomina – będzie najdokładniej sfotografowanym czasem w historii ludzkości, Bielawski widzi i pułapki, i przytłaczającą czasem pustkę, i przede wszystkim brak refleksyjności. Refleksji wielkiej miary, oryginalnych przemyśleń i przede wszystkim znakomitej gry na różnych rejestrach narracyjnych jest w „Bez głowy” wiele. Krótka i zmieniająca sposób myślenia książka. Jakże się cieszę, że po obszernym „Ostatnim”, który nie przypadł mi do gustu, przeczytałem rzecz tak misternie stworzoną, wielokrotnie niejednoznaczną, a przede wszystkim pasjonująco twórczą. Dlatego tak lubię wracać do autorów, którzy mnie rozczarowali pierwszą książką. Zwykle spotyka mnie przyjemna niespodzianka. Tym razem również tak było.

Warto chyba zacząć od relacji między wspomnianymi już rejestrami narracyjnymi. Zaczyna się od wernisażu prac. Niewielu, bo dwudziestu dwóch. Zdjęć zrobionych w taki sposób, że obecni na nich ludzie nie mają głów. Najpierw czytamy coś w rodzaju eseju interpretacyjnego, który dość szybko nabiera kształtów rozprawy naukowej snutej pełnym nadętych fraz akademickim językiem momentami hiperbolizującym różne kwestie. Znawca dziedziny sztuki, jaką jest fotografia, używając bawiących mnie zawsze i według mnie nic nieznaczących słów „skądinąd” i „poniekąd”, próbuje opisać drogę twórczą młodego fotografa. Artur w swym krótkim życiu wykonał niewiele zdjęć, jednakże zmuszają one krytyka do zadumy nad kunsztem i niezwykłością dzieła. Jest ono surrealistyczne, anatomicznie odkształca tradycyjny ogląd świata i ludzi, zwłaszcza tych, którzy na zdjęciach powinni mieć twarz, a głowa jest przecież tym, co człowieka szczególnie wyróżnia. Czy aby na pewno? Jakie wyróżniające elementy zdjęć Artura dostrzega jego akademicki interpretator we frazie, która na przemian bawi, na przemian irytuje? Cytowani naukowcy blisko związani z fotografią dodają tej części narracji wiarygodnego kolorytu, niemniej pozornie uporządkowany wywód wcale nie wyjaśnia niezwykłości zjawiska, o którym jest mowa w tej książce. Ta narracja ugniata samą siebie jak plastelinę, staje się chwilami groteskowa, miejscami konfabuluje i zasadniczo nie odnosi się do całościowego zamysłu tej krótkiej powieści Bielawskiego.

Kontrą do tego, co zostało dotychczas napisane, jest znakomita partia dialogowego chaosu pełniąca tu funkcję przerywnika. Odzwierciedleniem tego, jakim chaosem jest obecny czas. W jaki sposób… stracił głowę, choć wciąż kreują go ludzie, którzy te głowy posiadają. I mamy mówiące głowy albo zlepek wszystkich tych potworności nazywanych często komunikacją. Nadal trzymamy się tematu, czyli ekscentrycznych zdjęć ludzi sfotografowanych bez głów, ale wszystko zaczyna iść w zaskakującą stronę. Podąża jednak w kierunku klasycznej już narracji stworzonej z wielu perspektyw. Z wieloma słowami albo frazami kluczami. Nadopiekuńcza matka i zmarła matka. Osoba, która nie dostała się na wymarzony kierunek, i człowiek, który go studiuje, nie doceniając tego, co dla kogoś może być spełnieniem marzeń. Zaczyna się też wyjaśnianie, co wydarzyło się na samym początku, a raczej: pokłosiem czego jest ten ekscentryczny wernisaż. Bielawski igra z czytelnikiem, jego percepcją konkretnego tematu. Jednocześnie jest to książka boleśnie autoironiczna, jeśli wziąć pod uwagę, co portretuje. Rzeczywistość i jej odbicie na współczesnym zdjęciu? Artyzm, ekstrawagancję czy coś wynikłego z poważnych problemów życiowych albo zwycięstwa mrocznych emocji?

Bez głowy” to narracja należąca do tych krótkich, wyjątkowo zaskakujących i równie wyjątkowo bolesnych. Po złożeniu jej w całość, przeczytaniu ostatniego zdania, ułożeniu tych narracyjnych puzzli pozostaje poczucie smutku i swoistego zagubienia. A jednocześnie refleksja czyniąca nową książkę Bielawskiego naprawdę odkrywczą opiera się na materiałach źródłowych analizujących od stuleci kluczowy temat. Co stanowi wartość dodaną tej powieści? Przede wszystkim to, że autor nie jest w żaden sposób jednoznaczny w diagnozie prezentowanego świata. Można się nawet zastanowić nad tym, czy w ogóle formułuje jakąś diagnozę. Jednakże to narracja, w której przemyślane są każda strona i każdy, nawet najbardziej absurdalny dialog. Także opowieść o egzystencjalnej pustce i artystycznym sposobie wyrażenia tego stanu. Ma on kilka wymiarów. Odnosi się do tego, co dzieje się w życiu bohaterów (a jest ich wielu w tej skromnych rozmiarów książce, proszę mi wierzyć), lecz także do tego, co życie uczyniło z nimi samymi. O dewaluacji pewnych pojęć, przewartościowaniu kolejnych (ciekawa metafora związana z wagą kilograma, która w odczuciu jednego z bohaterów zmieniła się na przestrzeni lat, bo dzisiejszy kilogram nie jest już tym samym kilogramem co kiedyś). Bielawski nie ma chyba w zamiarze przygnębiać, lecz twórczo analizować te elementy świata, od których kreatywność się odwróciła. Ale to również powieść będąca ostrzeżeniem. Bardzo mocnym.

Mamy i będziemy mieć inklinacje do bycia perfekcyjnymi w czymś, w czym możemy być dyletantami. I to wszystko dzieje się w głowie – tam, gdzie młodziutki fotograf może wcale nie chce zaglądać, bo pomija ten element ludzkiej anatomii na swoich zdjęciach. Maciek Bielawski z pewnością opowiada tutaj o tendencjach ucieczkowych egzemplifikowanych przez formułę braków na fotografiach – kluczowych wszak dla kilku fabuł tworzących „Bez głowy” – lecz jednocześnie pyta o to, co zostało pominięte, jako o coś, co być może powinno wrócić. Być może stać się czymś innym, lepszym.

Dawno nie czytałem tak sprawnie zwizualizowanej koncepcji świata, który przekroczył granicę prawdziwego widzenia i bardzo szybko wszedł w szeroko pojęty nurt halucynacji łączony również obecnie ze sztuczną inteligencją. To lektura ważna i chyba konieczna, jeśli nie chce się stracić głowy, a przede wszystkim kontaktu z rzeczywistością, która jako taka nie zmieniła się zasadniczo w obecnym stuleciu. Zmieniło się i uczyniło fragmentarycznym widzenie tej rzeczywistości. Widzenie samego siebie. Swojej pełnej, ale w pewnym stopniu zdeformowanej sylwetki. Zdjęcia młodego fotografa nie są deformacją, lecz punktem wyjścia do ciekawych rozważań egzystencjalnych w książce udowadniającej, że polska proza współczesna lubi bawić się formą, ale czasami ma poza nią do opowiedzenia historię. Brawo.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-09

„Pod wodą” Tara K. Menon

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 20 maja 2026

Liczba stron: 236

Przekład: Aleksandra Weksej

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: W żałobie

Wszyscy znamy fatalistyczne znaczenie czasownika „tonąć” w jego dosłownym rozumieniu. Nie wszyscy myślimy o tym, że można tonąć w smutku, w rozpaczy, w żałobie po bliskiej osobie, w przeświadczeniu jej bezgranicznego braku, zwłaszcza że gdy żyła, żyła obok, bez granic dosłownych ani emocjonalnych. „Pod wodą” to przejmujące studium zespołu stresu pourazowego, z którym nie sposób dać sobie radę w pojedynkę, ale także historia niezwykłej przyjaźni, której tłem jest natura otaczana szacunkiem i nadająca relacji dwóch dziewczynek dodatkową wartość. Czyta się to ze smutkiem, bo Tara K. Menon pisze o nieodwracalnym. Także o tym, jak bardzo boli smutek, który nie jest w stanie odejść. Jest to książka o traumie, melancholii i życiu na adrenalinie. Takim ostrym jak smak papryczki chili. Nieprzewidywalnym jak przyroda, która – choć traktowana z szacunkiem – niekiedy okazuje się śmiertelnym wrogiem. Nie ma tu jakichś specjalnie skomplikowanych rozwiązań fabularnych, powieść tworzy klasyczna dwutorowa narracja, jednakże Menon nie napisała typowej powieści obyczajowej.

Wstrząsający jest sam prolog, a te wizje potem powracają. Od początku zdajemy sobie sprawę, że wszystko, co zostanie opisane, to zdarzenia w cieniu śmierci, najbardziej bolesnego odejścia. Marissie pozornie wiedzie się dobrze. Ma stałą pracę w magazynie podróżniczym, gdzie jako mistrzyni przymiotników roztacza przed potencjalnymi klientami iluzję wspaniałości miejsc, w których chcieliby wypoczywać. Ale kobieta nie ma uporządkowanego życia. Wraz z mieszkańcami Nowego Jorku oczekuje na huragan, który uderzy w wielkie miasto z niezwykłą siłą. Marissa od ośmiu lat tkwi w samym centrum kataklizmu. Jest owładnięta myślami o destrukcji, ale ma także myśli autodestrukcyjnie. Wspomina czas sprzed ośmiu lat, kiedy żywioł zabrał jej to, co najcenniejsze. A może jednak przyjaciółka – w przeciwieństwie do Marissy – nie chciała walczyć o życie i poddała się żywiołowi świadomie?

Znamienna jest tu doznawana przez główną bohaterkę retrospekcja, kiedy kobieta wspomina, jak pilot zabrał ją do kabiny samolotu i zaprezentował, jak można przechylać pojazd w lewo i w prawo. Marissa nigdy nie stała w pionie. Jej życie roztrzaskało się o fale wspomnień o tsunami z 2004 roku i już nigdy nie odzyskało równowagi, do jakiej bez problemu pilot przywracał maszynę po pokazaniu dziewczynce możliwości technologii. Mamy tutaj do czynienia z kobietą, która – tak jak manty pokochane przez nią i przez przyjaciółkę – żyje w ciągłym ruchu, nie przystaje nawet na chwilę. Nie może się z nikim związać, ale często wybiera do kompulsywnego seksu mężczyzn. Tych, którzy z wahaniem albo współczuciem patrzą na jej dwie blizny. Zwłaszcza na tę dużą. Świadectwo tego, że przed laty Marissa podjęła jednak walkę z zawłaszczającą ją wodą i wygrała. Tylko co? Pustkę, nicość i traumatyczne wspomnienia?

Wbrew pozorom wspomnienia są tu malowane pastelowymi kolorami i kiedy przenosimy się do Tajlandii sprzed katastrofy, widzimy tworzącą się relację, którą uzupełnia sielankowy obraz fauny i flory, gdy dwie dziewczynki przyglądają się otaczającej je przyrodzie, a z niektórymi jej elementami wręcz się zaprzyjaźniają. Zbliża je ostrość chili, są czasami bezkompromisowe w swych działaniach, wciąż rozgrzane i gotowe do działania. Tajskie gorąco paradoksalnie przynosi im wytchnienie. Są różne, a stają się takie same, są jednością. Marissa przybywa do obcego kraju, w którym nie ma żadnych znajomych rówieśników. Arielle z nonszalancją przygarnia jej wyobcowanie i ciekawość, a nawet od razu dzieli się z nią swoją mamą; Marissa swoją straciła w wypadku samochodowym. Dziewczynki penetrują bliskie i dalsze okolice, zbliżając się na specyficznych zasadach, pokazanych symbolicznie przez Menon, która nie zamierza tworzyć łzawej narracji o zdobyciu i utraceniu wszystkiego.

Fascynująco opisywane są atmosfera zagrożenia i antycypacje z nią związane już w Nowym Jorku, gdy Marissa wie, co może się wydarzyć, podczas gdy przed laty nikt nic nie wiedział i nikt nie spodziewał się okrucieństwa, które przyszło nagle. Potem pozostało ono na zawsze w kobiecie, która przygląda się z ciekawością mnogości i różnorodności Nowojorczyków na ulicach, ale być może jest to tylko ciekawość podszyta zazdrością, że oni żyją i mają się dobrze, a ona pozostaje kompletnie sama – także ze swoimi wewnętrznymi dramatami, bo niczego nie sposób zapomnieć, gdy nosi się wielką bliznę, a świat wokół wydaje się tak zaskakująco inny i spokojny. Jakby nikt w nim nie kosztował papryczki chili. Jakby słodycz i beztroska ludzi była dla Marissy dodatkową formą cierpienia, doświadczania normalności, której już nie ma, która została pochłonięta przez wodę na innym kontynencie. A teraz pozostaje już symboliczny stan opisywany przez tytuł książki. Kobieta żyje jak na wstrzymanym oddechu. W końcu tego nauczyła się, nurkując i oglądając podwodne cuda natury. Tym razem ten oddech nie chce nadejść w pełni z innego powodu. A Marissa czeka na coś, co tym razem jest przewidywalne. Na katastrofę, do której można się przygotować. A śmierć przyjaciółki jest katastrofą, na którą nigdy nie jest się gotowym.

Tym bardziej że żałobę trzeba przeżyć samotnie i bez jakiegokolwiek wsparcia. Przyjaciółka to nie członek rodziny. To nie osoba, którą wolno jest długo opłakiwać. Tara K. Menon pokazuje, że życie bez bliskiej kiedyś osoby to kolejne tonięcie. Tonięcie w morzu niewidzialnych łez, bo na te prawdziwe Marissa jest zbyt dzielna, nie może sobie na nie pozwolić. Nie po tym, co przeszła. Nie z bagażem traumy, który paradoksalnie staje się jej mocną stroną, nie pozwala zapaść się w sobie. Ale kobieta nie odradza się jak fauna i flora, które kiedyś tak kochała. Zapadając się w sobie, pokazuje nam – a właściwie robi to w znakomity sposób autorka – jak dalece mogą sięgać ludzkie tęsknoty, jakim ciężarem może być smutek i jak niewyobrażalnie trudne jest… noszenie siebie w sobie po przeżyciach, które powinny zabić.

Tu powoli zabijają też melancholia i izolacja. Bohaterka książki próbuje wszystkiego, by senne koszmary przestały ją męczyć, a dalsze lata były wypełnione jakąś treścią, nie tylko pustką i marazmem. Jest jednak w tej książce więcej innych emocji i uczuć. Trochę punktowanych w krótkich scenach, trochę skrytych w metaforach, a trochę pojawiających się w czytanej przez Marissę literaturze. Najwięcej jest jednak burzy wspomnień. Tymczasem nad Nowy Jork nadciąga burza, na którą trzeba się przygotować. Przygotować na prawdziwą konfrontację z samą sobą?

Pod wodą” jest hołdem dla piękna natury i ostrzeżeniem przed jej nieprzewidywalnością. I tak też jest z człowiekiem: niebezpieczny dualizm czasami wzmacnia, czasem może zniszczyć. Wspominana Arielle to charyzmatyczna nastolatka, która uwielbia przełamywać bariery i burzyć schematy. Ona uczy Marissę swoistej niepokorności i dzięki niej życie wciąż ma ostry smak chili. Nawet teraz, kiedy tak wiele się skończyło i nic nie zapowiada, by coś konstruktywnego w życiu pełnym żałoby mogłoby zacząć się dziać. Pozostaje oczekiwanie na kolejny żywioł. Zajmowanie myśli, ale wybiórcze – tym, co wzmacnia smutek, nie oddala go od bohaterki. Nie ma w tej książce ekspiacji, bo nigdy nie było czegoś, co mogłoby do niej prowadzić. Po prostu stała się śmierć. Stała się pustka. Cała przyroda, tak różnorodna i fascynująca, w jednej chwili pokazała, że nie zna granic życia ani śmierci.

Jest to jednocześnie powieść o niezwykłości tego pierwszego. O świecie, którego nie dostrzegamy naprawdę, choć często nas porusza i zachwyca. O naturze, która sama w sobie nie odczuwa melancholii, wstydu, gniewu, smutku i rozpaczy. Ale to wszystko gnieździ się gdzieś w umyśle i ciele kobiety, która skazuje siebie na egzystencjalną banicję. Czy rzeczywiście do niej doprowadzi? Warto, by pisarka prowadziła nas ku odpowiedziom swoimi nieoczywistymi ścieżkami. Nieprzypadkowo ta książka znalazła zainteresowanie w tak wielu krajach na świecie. Nie jest jedynie kameralnym opisem dramatu i wspomnienia szczęścia. Jest tym, czego wszyscy szukamy w literaturze: barwną opowieścią, w której gama kolorów emocji współgra z paletą barw niezwykłej natury.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-05

„Duszność” Violette Leduc

 

Wydawca: Wydawnictwo Karakter

Data wydania: 25 maja 2026

Liczba stron: 176

Przekład: Jacek Giszczak

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: Oblicza wyobcowania

Uwielbiam oficyny, które odnajdują wydane dawno za granicą perełki literackie i udostępniają je polskiemu odbiorcy, czyniąc je nowościami specyficznymi, wyróżniającymi się na tle pozostałych, książkami odżywającymi na nowo. „Duszność”, wydana w oryginale tuż po drugiej wojnie światowej, a od niedawna dostępna w języku polskim dzięki Wydawnictwu Karakter, wnika dzisiaj do naszej świadomości i podświadomości w sposób nieopisanie wieloznaczny. Tak potężnej intensywności emocji – tych nazywanych wprost i tych zawoalowanych, ukrytych w gąszczu metafor i przesłoniętych mgłą oniryzmu – w tak krótkiej książce jest aż zbyt wiele. To rzecz z tych, które zajmują jeden wieczór, ale przyciągają swoją enigmatycznością na bardzo długo. Violette Leduc napisała powieść odważną, bezkompromisową, a przy tym delikatną w swojej melancholii. Coś, co kiedyś wywołało duży rezonans wśród krytyków i czytelników, dostajemy w znakomitym tłumaczeniu jako historię inicjacyjną i powieść o dorastaniu do nazywania swojego smutku. Lecz najważniejszy jest język, bo tu smakować można i całe zdania, i pojedyncze zatrzymujące na dłużej określenia – jak „mężczyzna owiany smutkiem”, „chrapiący piec” czy „zadumane stopy”.

To jedna z tych powieści, które przykuwają uwagę czytelnika pierwszym zdaniem. Moja matka nigdy nie podała mi ręki”. Połączenie tego zdania z tym, które zamyka książkę, daje wszechstronny obraz niejednoznaczności relacji dziewczynki z wyjątkowo surową dla niej matką. W to wszystko włączona jest również opowieść o więzi z babką stanowiąca swoistą odskocznię od dusznej (sic!) atmosfery opisu tego, kim córka nie powinna być, kim się nie stanie i w jaki sposób wyzwala to gorycz matki.

Matki, która jest tu postacią bardzo niejednoznaczną, żadną antybohaterką mimo prezentowanych okrucieństw w zachowaniu oraz w tym, co mówi. Dialogi tną tutaj ostro jak żyletka, ale i część zdań narracji Leduc konstruuje w taki sposób, by były w stanie zranić czytelnika. Duszność” jest o ranach zadawanych, ale też o tych immanentnych. Nie takich, które mają specyficzne podłoże. Nie takich, które mają podłoże konkretne. Konkretu jest tu oczywiście dużo, jednak nie o to chodzi. Matka chce kształtować swoje dziecko, które potrafi nazwać idiotką. Ona doskonale wie, ile pociągnięć szczotką uczyni fryzurę jej dziecka właściwą, co powinno ono mówić, jeść, w co się ubrać i przede wszystkim: jak myśleć o sobie. Bo o świecie każda z trzech postaci myśli inaczej, choć z podobną goryczą. Wynika to nie tylko z sytuacji egzystencjalnego niepokoju o własną wartość, ale jest także pokłosiem tego, co tworzy społeczną nierówność. Metaforyczne wyrastanie ze wsi i biedy kontrastowane jest z wędrówką dziewczynki po cichej, wręcz wymarłej ulicy arystokratów. Francuskie społeczeństwo tuż przed Wielką Wojną zarysowane jest tu całkiem wyraźną kreską, chociaż są miejsca, gdzie jest ona nieco niepewna, szczególnie tam, gdzie nakreślono wizerunki mężczyzn.

Czy Duszność” niesie w sobie feministyczny przekaz? W dużym stopniu tak. Mężczyźni portretowani przez Leduc są przemocowi albo słabi względem samych siebie oraz otoczenia. Potrafią odejść na zawsze (śmierć) w mało spektakularny sposób i pozostać wiecznie w świadomości kobiet jako ci, którzy niezdrowo fascynują; potrafią też rujnować. Wyznaczają kobietom przestrzeń ich przynależności dokładnie w taki sposób, w jaki matka wyznacza córce zakres tego, co ma myśleć i jak działać.

Niektóre fragmenty tej niesamowitej książki czyta się z poczuciem, jakby cały czas słyszało się obecne w jednej ze scen skrzypienie papieru ściernego czyszczącego kuchenkę. Ta szorstkość jest jednak zestawiona z wyjątkową wrażliwością dziecka, dla którego nie ma miejsca w świecie matki, jeśli nie stanie się ono czymś na kształt jej kopii. Tej matki, która wiecznie dba o wygląd, zdaje sobie sprawę, że wartość kobiety zawiera się w jej sposobie noszenia się, pokazywania światu. Ale to wszystko wydaje się fasadowe. Leduc nie napisała przecież książki o dorastaniu w niepokoju i lęku, pod ciągłym surowym spojrzeniem niebieskich oczu rodzicielki. Nie tylko o tym, jak wielkim ratunkiem w sytuacji braku porozumienia z matką jest bliska więź z babką. To rzecz o relacjach w bliskim kręgu, ale także o tym, kto do tego kręgu usiłuje się zbliżyć – niszcząc, podbudowując albo definiując na nowo to, co łączy kobiety w trzech pokoleniach.

„Duszność” korzysta z kilku rejestrów językowych; dominuje oczywiście perspektywa dziecka, ale wymyka się ona swojej formie z powodu niezwykłej plastyczności i wynikających z niej asocjacji. Bardzo ciekawe jest to, jak francuska pisarka wprowadza na scenę swego świata przedstawionego nowe postacie. Nawet te – dość liczne – epizodyczne wpływają na tok trudnej do jednoznacznego zdefiniowania akcji. Leduc jest znakomita w portretowaniu ludzkich sylwetek. Ich wygląd zderza się z tym, jak dziewczynka postrzega połączenie postaci z jej zachowaniem i jego natychmiastową interpretacją. Często jako zagrożenia, bo Duszność” to opowieść o szponach lęku, które więżą zarówno dziecko, jak i osobę dorosłą. Komplikacje psychologiczne prowadzące do konfliktów między matką a córką są dość czytelne, ale włączyć w to trzeba także fantazję literacką o tej trzeciej relacji. Wkraczająca na karty powieści babcia pozornie zniweluje lęki córki, lecz pomiędzy tymi trzema członkiniami jednej rodziny nieustannie coś pulsuje niepokojem.

Dla matki normalne życie ma być poukładane jak towary na sklepowej wystawie. Dla córki tworzy się tam przestrzeń do ich przestawiania, mieszania i wymieniania. Akurat motyw bliskości z wystawą sklepową jest tu ważny, bo wskazuje na bolesne doświadczenia, czasami te graniczne. Nad wszystkim unosi się dodatkowo klimat niepokojącego zawieszenia i niepewności. Dołącza do tego subtelnie świat natury. Przyroda nie jest wroga, jednak nie sprzyja odnalezieniu komfortu. Leduc stwarza świat, w którym na wszystko trzeba uważać, bo jest symbolicznie zbyt kruche albo też wyjątkowo trwałe i okrutne.

Czy to rodzaj autofikcji? Ile w tej historii biografizmu, ile wynikającej z twórczej wrażliwości prawdy w opowiadaniu świata, który już wtedy, przed laty, przed nadejściem dominacji obrazkowości, nadmiaru dźwięków i bodźców słownych, jest przestrzenią, w której można się zagubić? Język jest bezkompromisowy, jednak kryje się w nim nadzieja. Nadzieja pojawiająca się nawet podczas przyglądania się złu i opisywania go jako czegoś, co może być twórcze i doprowadzić do ucieczki w jakiś bezpieczny rejon świadomości. Zapada też w pamięć zapisana tu niewolnica ciekawości” – postać niejako uwięziona między tym, co realne, a tym, co wyobrażone. Bo Duszność” to także opowieść o niespełnionych tęsknotach i o kilku innych rodzajach niespełnienia przenoszonych z pokolenia na pokolenie, w każdym kolejnym bardziej frustrujących. Tę narrację napisano w taki sposób, że można by ją porównać do pomału gotującej się wody. Na początku chłód i surowość, a na końcu wrzenie, odbywająca się na naszych oczach eksplozja i uderzająca w nas dekoncentracja. Leduc rozprasza uwagę zresztą wiele razy, tworząc pozornie nielinearne historie albo opisy sytuacji nieprzystających do pozostałych. Tak czy owak jest to lektura przejmująco smutna i perfekcyjnie wieloznaczna. Nie można się opowiedzieć po którejś ze stron, nie można jednoznacznie stwierdzić, co z czym toczy tu walkę. Mamy nieszczęśliwe dziecko, nieszczęśliwą matkę i starszą kobietę, która chciałaby zapobiec nieszczęściu, zapominając o pewnych sprawach lub interpretując je na nowo.

Na koniec warto sobie zadać pytanie: czy Duszność” jest o dziewczynce, która chce być częścią matki, czy antycypującej pewne wydarzenia i doskonale wiedzącej, że nigdy taką częścią nie będzie, bo nie odpowiada ideałowi, sztucznie wykreowanemu wizerunkowi. Przejmująca książka o dorastaniu w smutku i pośród często smutnych ludzi, a także o dzieciństwie naznaczonym przemocą ze strony mężczyzn, nie tylko pozornie najbliższej osoby. Boli dość długo po przeczytaniu, choć jest krótka i wkraczamy do tego niepokojącego świata wyobraźni Leduc tylko na chwilę. I na tyle głęboko, na ile sama autorka nam pozwala, jeśli chodzi o wiedzę o zaprezentowanej rzeczywistości.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-01

„Moi przyjaciele” Fredrik Backman

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 3 czerwca 2026

Liczba stron: 432

Przekład: Anna Kicka

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Minione i obecne życie

Niezwykły humanista literatury środka. Człowiek, na którego kolejną książkę naprawdę czeka się z wytęsknieniem. Tutaj Backman dziękuje w zakończeniu wszystkim bliskim mu ludziom, dzięki którym powstała poruszająca opowieść… o bliskości ludzi, choć czasami szorstkiej, naznaczonej głównie utratami, której tłem jest wszechobecna śmierć, ale również sugestia, co to znaczy żyć naprawdę. I tak jak autor dziękuje tym wszystkim ludziom, ja dziękuję właśnie jemu. Takie książki jak „Moi przyjaciele” powinny zasłużenie trafiać na półki z bestsellerami, bo nie są ani skomplikowane formalnie, ani uwikłane w problematykę trudną do objęcia rozumem czy całkowitego przyswojenia. To po prostu rzecz dla wszystkich. Znając wcześniejsze powieści Fredrika Backmana, oczekiwałem jednocześnie śmiertelnie poważnej historii i przezabawnej opowieści; tym razem pisarz gra detalami: opisami mrugania, przewracania oczami czy brania głębokiego oddechu.

Tym, co mnie zaskoczyło w tej książce, jest sposób budowania historii. Tu jedna opowieść wyłania się z drugiej. Fundamentem jest klasyczna narracja drogi – podróż dwójki ludzi, którzy zupełnie do siebie nie pasują i pozornie są całkowicie różni choćby z racji wieku, a jednak przemierzają przestrzeń, od początku wiedząc, że w jakimś stopniu do siebie przynależą. A potem zrozumieją tę przynależność bardziej, kiedy właśnie z jednej historii wydobywać się będzie kolejna. Obie zmierzają ku zakończeniu, które – znając twórczość Backmana i proponowane przez niego tezy dotyczące kondycji egzystencjalnej człowieka jako takiego – staje się przede wszystkim zaprzeczeniem wcześniejszego założenia, że dużym ciężarem jest „słyszeć samego siebie w innym”. Zarówno pozbawiona bliskich oraz poczucia sensu istnienia nastolatka, jak i dobiegający czterdziestki mężczyzna, który wciąż żyje pamięcią tego, co minęło, usłyszą od siebie być może więcej na swój temat, niż zdołali się o sobie nauczyć do tej pory.

Ona żyje dużo krócej, lecz bardziej intensywnie niż on. Za chwilę przestanie być istotna dla systemu poszukującego uciekinierki. Skończy osiemnaście lat i stanie się dla tego systemu nieważna, niewidoczna. Dorosłych już się nie ściga z takich przyczyn. Ich problemami już nikt się nie interesuje. „Moi przyjaciele” to gloryfikacja nastoletniości poprzez czynienie jej zauważalną. Ale to również mroczna historia mężczyzny, który jako nastolatek doświadczał, tego, czego doznawać nie powinien, bo to wypaczyło jego poglądy na życie i samego siebie. Nie ma jeszcze czterdziestki, a zdaje się, że ten wciąż jeszcze młody człowiek przymusza się do każdego kolejnego oddechu. Dzieje się tak, dopóki los nie połączy go z dziewczyną, która mimo doświadczonych traum (w tym śmierci przyjaciółki) pełna jest witalności i ciekawości tego, o co bohater często sam siebie nie pytał. I tak oto niedobrane charakterologicznie postacie ruszają w świat pociągiem. Tyle tylko że ten pociąg zaczyna przemierzać przestrzeń inaczej. Zaczynamy się cofać, a retrospekcje stają się coraz ważniejsze. To one opowiedzą o tym, co wie wielu z nas, ale co Backman podkreśla wyraźnie: „(…) najniebezpieczniejsze miejsce na świecie jest w nas samych”.

Podążamy jednak do miejsca, w którym rodzi się wyjątkowa przyjaźń. Tam, dokąd nie dociera formalizm ani zdrowy rozsądek świata dorosłych i gdzie żadna relacja nie zawiąże się w jakimś klasycznym albo choć przewidywalnym stylu. Są młodzi ludzie doświadczeni przez przemoc, alienację i poczucie bycia bezwartościowymi i jest cud świata natury, który niweluje ich lęki oraz troski, coraz bardziej zbliża do siebie, a ostatecznie prowadzi do tego, że znajdują się na pewnym niezwykłym obrazie. Nie wszyscy, bo ktoś ich przecież malował. Młodziutki artysta. Potem doceniony przez świat. W najważniejszym etapie swojego życia doceniany przede wszystkim przez przyjaciół. Fredrik Backman nie opowie o tej przyjaźni banalnie. W ogóle będzie unikał banałów czy truizmów, które wplątywały się w treść jego poprzednich książek. Autor „Zwycięzców” opowie przede wszystkim o wewnętrznej sile przeciwstawiania się temu, co naciska, sugeruje, nakazuje: żyj tak, by żyć normalnie, niewidocznie. To zresztą porada dla syna wygłoszona przez jedną z matek bohaterów. O młodych ludziach, którzy zaklęli dla siebie krótki czas niesamowitej bliskości. Nigdy się z tego czasu nie wydostali. I zawsze będą wyczekiwali jakiegoś jutra, choćby nawet umierali, fizycznie znikali ze świata, z którym tak uporczywie walczyli.

„Moi przyjaciele” to w dużej mierze historia tego, w jaki sposób uciekamy od piekła w nas samych, ale również opowieść o przypadkowości zdarzeń, których sekwencja prowadzi do niesamowicie silnego przywiązania na całe życie. Jest tu wszystko, co wiemy o życiu albo czego za chwilę się dowiemy: że nikogo nie rozpieszcza, a z wieloma rozprawia się okrutnie. Doświadczane tu rzeczywiste fizyczne ciosy są także ciosami od losu, który wymierza je bohaterom na ich własne życzenie. Piekłem jest żyć wśród ludzi, którzy stają się automatycznie obcy, nie przynależąc do stworzonego świata przyjacielskiej paczki. Piekłem jest jednocześnie żyć w tej paczce, w której każdy niesie bagaż przejmujących doświadczeń i każdy jedynie udaje, że sobie radzi. Albo nie udaje, tonie w sobie, pozwala kierować sobą za pomocą poczucia bezsensu istnienia. Czy portretowani przyjaciele żyliby dalej, gdyby nie zdarzyła się ta niesamowita więź, która pomogła im przetrwać wszystko, co trudne?

Ale przecież najtrudniejsze dopiero przed nimi. Przed każdym z osobna w inny sposób. A przed jednym z mężczyzn pojawia się trudność zderzenia z emocjonalnie rozchwianą nastolatką, która dziwnym trafem potrafi uporządkować jego chaotyczne wnętrze pełne lęków o siebie i przepełnione przekonaniem, że wraz z tamtym nastoletnim okresem bliskości przeminęło już wszystko, na pewno zaś pojawiła się bariera utrudniająca dotknięcie drugiego człowieka, znalezienie się przy nim blisko. W fizycznym znaczeniu trudności życiowych Backman nie dobiera jakichś specjalnych motywów – wykorzystuje ten klasyczny i wszechobecny nie tylko w literaturze, lecz przede wszystkim w życiu motyw przemocy domowej, w której noszone na ciele siniaki są nie tylko świadectwem doświadczonego bólu. Tutaj mowa jest o cierpieniach egzystencjalnych, które są zniuansowane właśnie przez to, że „Moi przyjaciele” to historia różnego rodzaju relacji. Mimo że bohaterowie mogą wydać się papierowi, że autor nie wchodzi gdzieś głębiej w ich umysły, nie koncentruje się jakoś specjalnie na miejscu ich pochodzenia, zaznacza jedynie wyobcowanie przez podkreślanie motywu emigracji i bycia obcym także w języku i państwie.

Pozornie to powieść po prostu o nieszczęśliwych dzieciach, które stają się potem nieszczęśliwymi dorosłymi. Ale tylko pozornie. Istotnym motywem jest sztuka łącząca się tutaj z absolutnie każdą życiową emocją, która tworzy nasze człowieczeństwo. Backman nie odchodzi w wielu akapitach od dydaktyzmu, ale tym razem jest to bardziej sugerowana sentencjonalność. On już po prostu tak pisze: obrazuje jakiś świat przedstawiony i podsumowuje go wnioskami, do których dojście być może utrudnia czytelnikowi. Jednakże tutaj nie pozbawia go zadumy nad tym, kim się stajemy w gromadzie, kim samotnie, a kim jesteśmy, gdy grupa bliskich się rozpada, jednak trzeba żyć dalej. Kochać kogoś lub coś albo w kogoś lub coś wierzyć. To sobie przecież obiecywali nastoletni ludzie widniejący na obrazie będącym wyjątkowo barwnie wykorzystanym leitmotivem „Moich przyjaciół”.

Backman jak zawsze stara się być ironiczny i humorystyczny, ta rozpoznawalna cecha jego prozy zaznacza się już na samym początku. Jednak potem, gdy jedna historia przeradza się w drugą, tę właściwie odradzającą się na nowo, jesteśmy już dalecy od rozbawienia. Tę powieść powinien przeczytać każdy samotny człowiek, by może pojąć, dlaczego samotność mu szkodzi i w jaki sposób się w nią wpędził. Także ten, który uważa, że ma wszystko. A może nie mieć siebie. Na koniec zaś to, co najważniejsze: Fredrik Backman po raz kolejny napisał powieść absolutnie dla każdego, a tym razem mam wrażenie, że fragmentami mogłaby to być lektura szkolna inspirująca niezwykłe lekcje o nadzwyczajności smutku i szczęścia naszego istnienia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-18

„Mamuna” Helena Piecuch

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 13 maja 2026

Liczba stron: 224

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 54,90

Tytuł recenzji: (Nie)miłość

Jakiś czas temu wyrażałem swój zachwyt tym, że Wydawnictwo Czarne zaczęło wydawać powieści. Głównie znakomite anglosaskie przekłady, ale oficyna znajduje też miejsce dla debiutantów. „Mamuna” oszałamia. Można odnieść wrażenie, że ta narracja albo była pieczołowicie latami poprawiana przez autorkę, albo autorka jest po prostu znakomitą pisarką, bo uważam, że będzie to jeden z ważniejszych debiutów tego półrocza. Helena Piecuch zastosowała rozmaite wartościowe środki wyrazu artystycznego, włącznie z wpleceniem zagórzańskiej gwary, formalnie również zdecydowała się na klasyczną powieść z prologiem i epilogiem (nie wiem, które z nich wywołuje większe ciarki na plecach). Najważniejsza w „Mamunie” jest jednak polifoniczność narracji, bo to zawsze wartość dodana każdej książki i dodatkowa gratka dla czytelnika. Tutaj oddanie głosu wszystkim osobom dramatu ma przede wszystkim przemyślany układ, ale przede wszystkim te wszystkie narracje zazębiają się w nostalgiczną, lecz chwilami bardzo brutalną opowieść o niekochaniu, o oddalaniu się od siebie, o obcości pośród pozornie najbliższych osób i o domu, który nigdy nie miał prawa zaistnieć, ale rozpada się bez fajerwerków, kameralnie, stopniowo.

Najciekawsza jest narracja tej, która potem się zmienia, kształtuje swoją świadomość, całkowicie zrywając kontakt z tą poprzednią. Ona jest tutaj najbardziej tajemnicza, jej można najwięcej zarzucić i to ona wywołuje najwięcej czułości w swym niemym cierpieniu. Kobieta z miasta, przed którą widniała kariera akademicka, a przydarzyło jej się co innego: ciąża, ślub i wyjazd do wsi na południu Polski, gdzie Wioletta od samego początku będzie tą inną, dziwną, nieokreśloną, stając się coraz bardziej cieniem siebie. I przechodząc metamorfozę pośród ludowych podań i postaci oraz traumatycznych doświadczeń ciąży, porodu i połogu. Od niej rozpoczyna się opowieść, na niej koncentruje, jednakże Piecuch wie, że najsilniejszy niepokój to ten stworzony już na samym początku. Prolog jest odrobinę metafizyczny, mocno realistyczny i przeraźliwie wieloznaczny, bo osadzony w kręgu tego, czemu się wierzy, co przeraża i przed czym zatrzaskuje się drzwi w obawie przed rodzinną tragedię.

Do takiej tu dochodzi. Po pewnym czasie nie mamy już jasności, kim jest Wioletta spędzająca czas w półśnie na żółtej wersalce, zbierająca zioła, odsuwająca się od męża i nazywająca pierwszą ciążę „karą”. Tak, czuje, że we wsi z dala od cywilizacji znalazła się za karę, że nie jest kobietą, lecz „maszyną produkującą drugiego człowieka”, i że nigdy już nie będzie sobą, bo kolejne porody doprowadzają do coraz bardziej przejmujących metamorfoz, a znikanie tej bohaterki jest i symboliczne, i dosłowne. Tymczasem po pierwszym porodzie Wioletta decyduje się na kolejne. W międzyczasie doświadcza największej traumy niedoszłej matki, a jej mąż ze zdziwieniem stwierdza, że staje się mu obca, oddalona od niego, że tak naprawdę przywiózł na wieś kobietę z krwi i kości, a widzi przed sobą marę, która nie umie już wrócić do rzeczywistości, raczej wchłania ją inna przestrzeń – efemeryczna, tajemnicza, oswajana powoli, lecz konsekwentnie. W końcu Wioletta przestaje być obca we wsi. Staje się kimś, kto będzie kształtował wiejskie wyobrażenia.

Tymczasem on z zapałem oddaje się pracy badawczej, często wyjeżdża, bardziej fascynuje go świat przemian płazów niż to, co dzieje się z jego żoną. Wzajemne odsuwanie się od siebie małżonków jest w „Mamunie” pokazane po mistrzowsku. Kolejne planowane dzieci i następujące po sobie porody to stacje ich wspólnej drogi krzyżowej. W końcu on zwyczajnie i po męsku ma dość. Zdaje się niczego nie rozumieć. A może raczej nie ma kompetencji i możliwości, by zrozumieć, co się dzieje?

Dzieje się mnóstwo, i to w przepięknie odmalowanym świecie przyrody. Natura rządzi tutaj wszystkim, nie tylko mentalnością miejscowych. Jesteśmy w opisanym z najdrobniejszymi detalami świecie, który jakby odciął się od reszty, samostanowi o sobie, choć podlega podstawowym prawom natury, więc mamy i piekielny upał, i siarczysty mróz, ale mamy również dziwne postacie kroczące w błocie, ogólnie wodę w ciekawej symbolice i niepokój oczekiwania na istoty gotowe zniszczyć życie młodym matkom. Tymczasem Wioletta podąża ku autodestrukcji, jednak bierze ze sobą jeńców. I tu zaczyna się prawdziwy dramat pośród momentami sielankowej scenerii natury, która niemal upersonifikowana czeka z zapartym tchem na to, co się wydarzy, gdy Wioletta będzie wydawać na świat kolejną i kolejną córkę.

Jak określić styl debiutantki? Brzmi bardzo mocno jako proza realistyczna, ale szybko się orientujemy, że ten realizm to fasada czegoś zupełnie innego. Nie utoniemy jednak w tej inności – podania, legendy, postacie czy klimat ludowego świata poruszającego się gdzieś na granicy oniryzmu i surrealizmu. Piecuch umie operować proporcjami. To naprawdę świadoma pisarka. Tworząca także zapadające w pamięć frazy takie jak „miękki las”, „wanna wypełniona czasem” czy „drzwi, które płaczą”. Zasadniczo nikt z ludzi tu nie płacze, każdy okopuje się w sobie i usiłuje przetrwać. Zwłaszcza ciekawe są drogi ku temu trzech dziewczynek stających się samodzielnymi kobietami, o których opowieściach nie będę wspominał, bo w nich kryje się najwięcej wyrażonego i niewyrażonego żalu związanego z tym, że jest się dzieckiem odrzuconym, dzieckiem bez wsparcia i dzieckiem zmuszonym do błyskawicznego dojrzewania.

Mamuna” kreśli portret rodziny, której się nie udało. Piecuch sugeruje kilka powodów tej porażki, ale wiele z nich to pytania retoryczne skierowane do czytających. Najmocniej wybija się tu samotność – jej różnorodne obrazy są fascynujące i przejmujące jednocześnie. Samotność z towarzyszącym jej cierpieniem doskonale rozpisana na wiele ról jest jednocześnie leitmotivem, który debiutantka umie potraktować bardzo poważnie. Dlatego „Mamuna” nie jest opasłą księgą, którą mogłaby się stać. Ta krótka książka ma dotknąć najczulszych strun, wzburzyć i wzruszyć, ale absolutnie nie pokazywać w pełni otwartego wnętrza któregokolwiek z bohaterów.

Bliższe stają się nam zioła czy pies niż ludzie, którzy utonęli w bezradności wobec siebie i innych. Enigmatyczność tej prozy polega również na tym, ku jakiemu epilogowi zmierza, lecz przede wszystkim – w jaki sposób to robi. Czyta się to z trwogą i poczuciem, że chciałoby się z tego świata przedstawionego uciec. Kolejne dekady wyzwalają w bohaterach to poczucie. Jednakże wszyscy utkwili w domu, który zamarł. Jest to powieść pokazująca cud dawania życia, a jednocześnie – przekleństwo niekochania tego życia. Napisana od początku do końca ze świadomością, że każda z narracji uzupełni obraz nakreślony czarnymi konturami już na wstępie. Mamuna” to też powieść o strachu i książka, której można się przestraszyć. Znakomita robota. Bardzo mocno trzymam kciuki za to, by Helena Piecuch nie została – jak często niestety bywa – autorką jednej znakomitej książki. Powieści, przy której chwilami brak tchu. I mało jest przestrzeni na to, by go złapać, oderwać się od mroku tej historii.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-15

„Mogłabym być jego córką” Jennette McCurdy

 

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 5 maja 2026

Liczba stron: 304

Przekład: M. Moltzan-Małkowska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 54,90

Tytuł recenzji: W stronę własnych potrzeb

W moim odczuciu autorki tak zwanych bestsellerów są albo naprawdę znakomitymi pisarkami, albo kimś na kształt literackich performerek, bo sprzedają się dzięki kontrowersyjnej tematyce lub książkom, które usiłują być kontrowersyjne. Obawiam się, że popularność Jennette McCurdy oparta jest na tym drugim. Jej najnowsza książka zaproponowana polskim czytelnikom opiera się na tak bolesnych truizmach, że chwilami trudno czytać ją dalej pomijając już to, że narracja mknie, dokąd chce i jak chce, a językowo jest to słabiutka literatura środka. Głównym tematem jest potworny banał, wywołujący jednak u wielu odbiorców wypieki na twarzy, bo fundamentem opowieści o dojrzewaniu do samej siebie i o ostatecznym wyborze siebie w kostiumie, w którym czuje się dobrze (w przeciwieństwie do kompulsywnie kupowanych w Internecie ciuchów) jest romans uczennicy z nauczycielem. Ach, jakże frapujące już na samym wstępie!

Nieważne, które pierwsze siada drugiemu na kolanach. To znaczy dobrze, że nie on jej, bo byłoby już poważnie ze strony obyczajowej oraz moralnej. Jedno i drugie zwyczajnie niesmaczne. Tak czy owak wieje nudą, a cały obraz tego romansu jest płytką opowieścią o tym, że zbliżają nas trudne sprawy, a bardzo często za nasze życie odpowiadają ciało i jego potrzeby, a nie umysł z swoimi oczekiwaniami. Zatem siedemnastolatka marzy między innymi o tym, żeby wziąć do ust penisa swojego nauczyciela kreatywnego pisania. Niepozornego mężczyzny, od którego biją smutek i poczucie niespełnienia, a to przyciąga główną bohaterkę doskonale pamiętającą słowa matki, że trudno ją kochać, i nieświadomą tego, co to znaczy kochać naprawdę. Ale Waldo nie tego chce się dowiedzieć na początku.

Na początku jest scena seksu oralnego i truizmy o tym, jak można banalizować zbliżenia seksualne i jak jednocześnie szuka się nowych podniet i fantazjuje na ich temat. Bohaterka jest rozczarowana pełnym testosteronu rówieśnikiem, który dość konkretnie zajmuje się potrzebami jej ciała, jednakże to ciało protestuje – a za nim umysł. Ironicznie określone jest to wszystko jako „pot, dupczenie i genitalia”. Ot tak, żeby było kontrowersyjnie już na samym początku powieści. A potem jest konsekwentne uwodzenie kogoś, kto fizycznie ma dużo mniej do zaoferowania, ale Waldo nie myśli o niczym innym jak o tym, by zbliżyć się – przede wszystkim fizycznie – do dużo starszego od niej mężczyzny, dla którego gotowa jest do takich intelektualnych poświęceń jak pisanie ciekawych prac na zajęcia.

Tymczasem jej belfer – któremu wreszcie udaje się opuścić spodnie, a nastolatka przeżywa wówczas życiowy triumf – nie jest świadomy tego, co kryje się w jego komentarzu do pisania dziewczyny. Określa go mianem „silnego głosu”. I Jennette McCurdy robi wszystko, by udowodnić wieloznaczność tego stwierdzenia, co momentami czyni jej powieść ciekawą. „Mogłabym być jego córką” to obyczajówka z chwilami niezłymi twistami opowiadająca historię przemiany, ale i jednoczesnego żegnania w sobie tego wszystkiego, co uciążliwe, męczące, niepozwalające na samorozwój. Waldo to bohaterka dynamiczna, w bardzo szybkim tempie uczy się tego, co jest prawdziwym życiem. Ta „z baraków”, wyrosła z biedy i deficytów, przede wszystkim matczynej miłości, bo przecież jak można być dobrą matką, jeśli już w wieku szesnastu lat wydaje się na świat córkę? To dopiero początek wplecionego w rzekomo intrygującą opowieść dydaktyzmu, którego w tej powieści jest tak wiele, że da się prawie wszystko przewidzieć, a w związku z tym boli głównie czas odkrywania tego, co jest oczywistością już od początku.

Nie chce mi się rozwodzić nad tym, jak McCurdy prowadzi główny wątek romansowy, bo tutaj koncentrujemy się przede wszystkim na spełnionych albo niespełnionych oczekiwaniach ciał obojga kochanków, którzy po omacku jedno na drugim szukają mapy swoich prawdziwych potrzeb. Zatem Waldo dość szybko staje się dużo lepsza w połykaniu spermy swojego nauczyciela niż w aktywnym uczestnictwie w zajęciach kreatywnego pisania, a starszy (bo jej kochanek jest w sile wieku i wcale nie jest stary!) mężczyzna decydujący się na to, by zaryzykować i zbliżyć się do uczennicy, zaczyna zachowywać się jak nieokrzesany nastolatek, choć do pewnego momentu trzyma gardę i racjonalizuje: to, co robią, jest nie w porządku, tak nie może być i należy to jak najszybciej skończyć. Znowu dydaktyzm? Będzie tego dużo więcej. A mogło być naprawdę nieźle.

Mogłaby to być pogłębiona psychologicznie opowieść o dziewczynie uwięzionej w sobie i z dużą determinacją poszukującej tego, co da jej choć namiastkę wolności. Alaskańską nastolatką, która nie chce być ponura i oczywista jak jej stan (brawa za opisanie najpiękniejszych amerykańskich zakątków z perspektywy ponurego Anchorage tak, że nawet mnie przeszła ochota na odwiedzenie Alaski, o czym marzyłem), targają bardzo silne emocje. Waldo jest krnąbrna, buntownicza na wszystkie oczywiste i też mniej oczywiste sposoby. W opozycji do matki, która w kompulsywności przypomina trochę córkę. Młoda kupuje ciuchy i kosmetyki, bo jej ciało potrzebuje komfortu i wzmocnienia, matka równie kompulsywnie goni za kolejnymi mężczyznami, którzy wreszcie będą tymi pozwalającymi znaleźć bezpieczną przystań. Wiadomo, że się nimi nie staną. I to nie jest – jak to niektórzy pięknie piszą – spojler.

W książce mamy przede wszystkim bałagan tematyczny, znaczeniowy i stylistyczny oraz irytujące krótkie rozdziały mające w oczywisty sposób dodać dynamiki tej powieści. Jennette McCurdy nie wykazuje się żadnym literackim potencjałem, bo marnuje dość ciekawy temat. Przede wszystkim emocji ukrytych pod złością. „Złość to mój chleb powszedni” – tak mówi o sobie główna bohaterka. Ciekawe jest odkrywanie, co tak naprawdę ją irytuje, co doprowadza do gorzkich autorefleksji, ale przede wszystkim – co pcha ją w ramiona mężczyzny, który w rzeczy samej komuś takiemu jak Waldo nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

To też jedna z tych feminizujących opowieści, w których mężczyzna objaśnia, a kobieta lub dorastająca dziewczyna ma słuchać, wyciągać narzucone słuszne wnioski i zmieniać się na męskie podobieństwo. Waldo przez pewien czas staje się taką marionetką, która – nie ma co ukrywać – lubi seks i ceni sobie przyjemności własnego ciała, natomiast ciało jej kochanka szuka w zbliżeniach chyba czegoś zupełnie innego. I nie, nie porównujcie tej literackiej słabizny do „Lolity”, nie koncentrujcie uwagi na tym, jak autorka za wszelką cenę usiłuje przyciągnąć uwagę do detali. Jest w tej powieści kilka scen, które mogłyby prowadzić w ciekawą stronę, a także parę przemyśleń nadających się na fundament naprawdę przyzwoitej obyczajówki o wewnętrznym cierpieniu zespolonym z pożądaniem rozumianym tutaj jako symboliczny fragment tej wewnętrznej złości, wściekłości na siebie, swoje nieokreślone potrzeby, miejsce zamieszkania czy przyglądanie się, jak matka wciąż na nowo popełnia te same błędy.

Pozostaje także pytanie o miłość. Czy kochankowie potrafią pokochać w sobie to, co najcenniejsze, lub to, czego im brakuje? I czy w ogóle byłaby tu jakaś atrakcja czytelnicza, gdyby te dylematy rozgrywały się między kochankami w mniej więcej zbliżonym wieku? „Mogłabym być jego córką” przyciąga tytułem i okładką. Ale zasadniczo jest literacką wydmuszką. Z kilkoma – przyznaję! – naprawdę dobrze napisanymi rozdziałami.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-12

„Stara szkoła” Tobias Wolff

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 6 maja 2026

Liczba stron: 232

Przekład: Krzysztof Umiński

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 46,90

Tytuł recenzji: Tożsamość pisarska

Już dawno z taką przyjemnością ‒ wręcz błogością ‒ nie czytałem powieści, którą określiłbym jako narrację retro z wszelkimi elementami powieści dojrzałego realizmu. Tobias Wolff zachwyca, ale i znakomicie prowokuje. Nie sądzę, że powinno się tę książkę porównywać do „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, bo nie ma tu jednej charyzmatycznej postaci. U Wolffa charyzmą emanuje wielu bohaterów. Na pierwszym planie mamy nastolatka, który wkracza w świat literatury niejako samodzielnie, choć przecież czyta ją i tworzy pod czujnym okiem profesorów, ale także innych kolegów. Stara szkoła” jest opowieścią inicjacyjną, w której narzędziem poznania siebie jest pisanie. Akcja tej nieco archaicznej w swym przesłaniu książki rozgrywa się w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, w naznaczonym ważną tradycją miejscu położonym na Wschodnim Wybrzeżu, dokąd trafia samotnik, stypendysta z Seattle, by na drugim krańcu Stanów Zjednoczonych nie tylko studiować literaturę, lecz przede wszystkim poznawać jej rolę.

W szkole z internatem, w której większość młodzieży stuka z zapałem w klawisze maszyn do pisania, każdy jest przekonany, że w sztuce pisania najważniejsza jest kreacja i że należy dążyć do tego, by być w niej precyzyjnym, a jednocześnie mieć do opowiedzenia coś ważnego. Skupieni wokół biuletynu literackiego i wsłuchani w wykłady młodzi ludzie doświadczają zderzenia z czymś, co działa na nich w rozmaity sposób: zaskakująco, deprecjonująco, uwznioślająco, będąc równocześnie rodzajem zagadki. Główny bohater pyta, dlaczego wszyscy chcą być pisarzami. Czytający mogą zadać sobie pytanie o to, jak pisanie kształtuje umysły młodych ludzi w czasie, w którym nadzieje wywołane pojawieniem się u władzy „równego gościa” Kennedy’ego szybko ustępują lękom wywołanym zaostrzeniem się sytuacji geopolitycznej, wskutek czego w literaturę można od pewnego momentu głównie uciekać, a nie ją tworzyć.

Przedstawiona tutaj społeczność młodych ludzi skupionych na tym, by dzięki słowu oddać siebie, sportretowana jest bardzo różnorodnie, choć przecież celem każdego z nich jest pisać jak najlepiej. Niemal nikt z tych dążeń nie rezygnuje, a jeśli tak się dzieje, jest albo motywowany, albo wykluczany. Bo w szkole Wolffa nie ma miejsca dla tych, którzy mają wątpliwości twórcze, przechodzą okresy niemocy pisarskiej albo nie tworzą w ogóle, ani tym bardziej dla tych, którzy potrafią popełnić plagiat. Miejsce, w którym młode umysły kształtuje praca twórcza, jest też odwiedzane przez znanych pisarzy, którzy gotowi są spotykać się indywidualnie z uczniami i doradzać, co powinni oni zrobić ze swoją pasją pisania, bo trudno jednoznacznie określić, czy jest ona tym samym co talent. I wokół pojęcia talentu tworzą się tu bliskie relacje oraz animozje między bohaterami.

„Stara szkoła” jest realistyczna do bólu, także w pokazywaniu tego, co niepokojące. A mamy tu klasizm i ukryte formy agresji, są też elementy teatralizacji tego realistycznego świata, możemy śledzić proces tworzenia złudzeń i iluzji. Tożsamość głównego bohatera opiera się na tym, że nie tylko przyswaja on wiedzę o literaturze, ale także samodzielnie definiuje, czym ona jest lub może być. Słucha także opowieści na temat czytających, między innymi podczas spotkania z poczytną pisarką o kontrowersyjnych poglądach. Sam chce przede wszystkim zrozumieć, w czym utkwił: czym jest miejsce, w którym zdobywa edukację, jaki to rodzaj edukacji i dlaczego odpowiedzialność za każde zapisane słowo czasem musi być tak wielka i bywa bezkompromisowa.

To książka o doświadczaniu świata dzięki pisaniu. Pojawia się na jej kartach duch Ernesta Hemingwaya, ale nie sądzę, by czytelnikowi sprawiło przyjemność wprowadzenie przede wszystkim tego autora do fabuły. Mamy w niej bowiem także ludzi, którzy ucząc angielskiego, otwierają świat szeroko i w zaskakujący sposób niepokojąco. Ten, który opowiada, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, dlaczego uczniowie szkoły skoncentrowali się na pisaniu, ale nie jest pewien, co pisanie daje jemu i jego przyjaciołom. A poza tym cały czas jest mowa o wielkich twórcach, którzy imponują młodzieży. Albo o tym, że imponuje jej wizerunek, który twórcy budują.

Ale przyjaciele” to w tym wypadku chyba źle użyte słowo. Wzajemne relacje uczniów oparte są tutaj raczej na stonowanej życzliwości i ukrytej, lecz potężnej rywalizacji. Zawsze lepiej jest być tym wyróżnionym. Otrzymać profit w postaci spotkania z pisarzem. Zrozumieć pełniej, jak widzą świat literatury nauczyciele oraz ci, którzy ją tworzą. Bo przecież społeczność młodych kandydatów na twórców przypomina też środowisko pisarskie z typową dla niego tendencją do rywalizacji i ukazywania, że kreowanie rzeczywistości może mieć wiele aspektów.

W wymiarze egzystencjalnym pisanie jest tu porządkowaniem siebie, a czasem zadawaniem pytań o sens swojego życia za pomocą tworzenia historii dalekich od tego życia. Bardzo ciekawie opisane jest to, co dzieje się z głównym bohaterem, kiedy możliwość indywidualnego spotkania z jednym z wielkich pisarzy uzyskuje właśnie on po napisaniu tekstu, który powstaje w specyficzny sposób. Bo najpierw są miraże, potem plany, następnie tworzenie. Jeśli chodzi o wiersze, to przede wszystkim utwory białe, bo przecież „rym to skompromitowane narzędzie”. Ale jest w tym wszystkim też niebezpieczne budowanie elitarności i przekonanie o byciu lepszym. Nie tylko w stosunku do dziewcząt i kobiet. Także wtedy, kiedy wydaje się, że wykreowanie czegoś dzięki maszynie do pisania czyni nas bardziej wartościowymi i wyżej umiejscowionymi w hierarchii społecznej.

O niej też Wolff trochę opowiada, lecz ciekawsze jest śledzenie wątku żydowskiego pochodzenia oraz bliskości z katolicyzmem w kontekście nabywania uzdolnień literackich. Teoretycznie wszystko wskazuje na to, że istotne warsztat i osobowość twórcy, jednak w rzeczywistości duże znaczenie ma też to, skąd się on wywodzi światopoglądowo i religijnie. „Stara szkoła” jest też powieścią o tym, że każdy jest wyjątkowy, ale wyjątkowość osiąga się na różne sposoby. Pisanie jest narzędziem, dzięki któremu można osiągnąć wiele. Dlatego koncentracja na tworzeniu jest tu tak silna. Do momentu, w którym przekonujemy się, że literatura może być groźna, gdy wpłynie na czyjeś życie i zmieni jego kierunek na niepożądany.

Ta książka to też fantazja o tym, że wszystko jest opowieścią. Kreacja dodatkowo wzmacnia charakter i osobowość, jednak życie jako takie zawsze będzie formą opowieści, której trzeba nadać jakieś ramy. Tu zaznaczone są ramy czasowe, w których z młodzieńca rodzi się dojrzały mężczyzna, żołnierz i ojciec, człowiek umiejący po latach spojrzeć na swoich kolegów i profesorów z odpowiedniego dystansu. Czyta się tę powieść znakomicie także dlatego, że „Stara szkoła” to świetny, choć archaicznie i egocentrycznie stworzony obraz kraju, w którym pisanie wciąż stawiane jest na piedestale i nadal stanowi ogromną wartość dodaną. Książka napisana w kraju, gdzie twórcy mają swoich agentów, a przekłady współczesnej literatury w XXI wieku zdobywają masę nagród. Tymczasem Wolff łączy panoramiczność z bardzo prywatną i momentami mocno wzruszającą opowieścią o tym, co można odkryć w sobie, pisząc. I o tym, dlaczego ta droga poznania siebie była i wciąż jest atrakcyjna bez względu na odbiór przez czytelników. Wszystko opowiedziane jest zaś w taki sposób, że przez tę powieść się wręcz płynie. Sama w sobie jest ona dowodem, że życie zawsze jest opowieścią.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-08

„Gdzie są dorośli?” Nina Lykke

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 29 kwietnia 2026

Liczba stron: 240

Przekład: Karolina Drozdowska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49,90

Tytuł recenzji: Bycie w rolach

Czy zdarzyło wam się w bezsilności kupić dziecku zabawkę, z powodu braku której wrzeszczało ono na pół sklepu? Czy zrobiliście to dla świętego spokoju, by nie zwracać na siebie uwagi? Czy przez co najmniej kilkanaście lat mówiliście swojemu dziecku, co ma robić, a czasem myśleć, nawet przez chwilę nie pomyślawszy o tym, że miałoby ono dla was jakąś informację zwrotną dotyczącą tego nakazu? Czy w pewnym momencie wasze dziecko przestało utrzymywać z wami kontakt, bynajmniej nie z powodu tego, że samo się z kimś związało albo w związku z tym pojawili się jego potomkowie? Czy w ogóle kiedykolwiek naprawdę zastanawialiście się, gdzie przebiega granica między tym, co dziecku jest nakazywane, a tym, w jaki sposób ono ten nakaz wewnętrznie kontestuje? Bo Nina Lykke wzięła się właśnie za rozpatrywanie tych zagadnień w swej najnowszej powieści „Gdzie są dorośli?”, która opowiada nie tylko o wspomnianej granicy, lecz również jej zacieraniu lub przesuwaniu. Niedostrzegalnym, lecz sukcesywnym. To powieść o tym, jak bywa to niebezpieczne i co się dzieje w relacji rodzica z dzieckiem, kiedy najpierw pierwsze nie chce się wsłuchać w drugie, a potem drugie stosuje tendencje ucieczkowe, by nie wysłuchiwać pretensji albo zapytań.

Rewelacyjna „Nie jesteśmy tu dla przyjemności”, jedna z poprzednich książek autorki, dawała mi nadzieję na nietuzinkowe poczucie humoru i całkowity relaks podczas lektury. W tamtej książce autorzy, skonfliktowani ze sobą w świecie wydawniczym, byli właśnie jak dzieci w jednej piaskownicy, które kłóciły się o wiaderka czy grabki. A takie kłótnie bywają pokłosiem tego, że nie można się pokłócić z rodzicem. Ba! Nie można wyrazić własnego zdania, bo może to zostać uznane za niepisaną niesubordynację, gdyż relacja rodzica z dzieckiem ma w sobie coś z wojskowego drylu, w którym wyraźnie zarysowana jest rola zarządzającego i tego, którym się zarządza. Mającego wykonywać rozkazy albo polecenia bez dyskusji, bez słowa sprzeciwu. Tyle że ten sprzeciw narasta. Przeradza się w złość, w bunt. Dojrzewa. I im bardziej jesteśmy dorośli, tym więcej może być w nas rozgoryczenia, które wynosimy z dzieciństwa. Dlatego ta powieść nie bawi tak znakomicie jak wspomniana wyżej. To raczej przygnębiający i wielowymiarowy obraz relacji z najbliższą osobą, gdzie wcześniej czy później może pojawić się przemoc. Nawet jeśli ofierze tej przemocy serwuje się wspaniałe i dostatnie życie, w którym wolno jej wszystko. A ta swoboda przeradza się potem w mentalną niewolę. Taką mentalną niewolnicą na kilku frontach jest tutaj Ida, główna bohaterka „Gdzie są dorośli?”.

Poznajemy ją podczas zimnego marca, kiedy zmierza na grób swojej matki, by zapalić świecę, której by nie zapaliła bez czyjejś pomocy. Właściwie nie jest to zmierzanie w konkretne miejsce mentalnego spotkania, bo matka jest z Idą przez cały czas. Szepcze jej do ucha, przygniata do ziemi, każe pamiętać zdarzenia nieprzyjemne i szorstkie, jest też swoistym alter ego Idy. Symboliczne jest to, że bohaterka nie kupuje nowych ubrań, bo nosi te po matce. Tkwią w niej również matczyne stygmaty. Palące ślady, od których nie można się uwolnić. I poczucie winy, jakby to Ida była odpowiedzialna za pogarszający się stan zdrowia swojej rodzicielki i jej śmierć.

Teraz sama jest matką i mierzy się ze specyficznym rodzajem śmierci. Jej dzieci żyją i mają się całkiem dobrze, ale Ida nie ma z nimi kontaktu. Wymieniane przez telefon uprzejmości i półsłówka nie są właściwą formą kontaktu. I mamy tu pewien kontrast: symboliczne zawłaszczenie dziecka przez zmarłą już matkę, która usiłowała kształtować córkę na swoje podobieństwo, oraz dzieci tej córki zdecydowane na odsunięcie się od matki, by nie powtarzać schematu zawłaszczania i deformacji osobowości. Bo rodzic nie powinien niczego narzucać swojemu dziecku, gdyż wyjdzie na tym bardzo źle. Tutaj źle ma się nie tylko Ida, choć reszta ludzi z jej otoczenia zdaje się trzymać gardę i udawać, że wszystko jest w porządku. Poza synem, który przez lata unikał matki, a teraz nagle odzywa się z prośbą o kontakt.

Nina Lykke opowiada o Norwegii, kraju równowagi, w którym wciąż na nowo pojawiają się nierówności mentalne i emocjonalne, a rodzice stają się przemocowi nawet wtedy, gdy kochają swoje dzieci ponad życie. „Czemu wszyscy mieszkamy sami?” – krzyczy Ida, z płaczem porządkując rzeczy po swojej matce. No właśnie, co się przydarzyło jej rodzinie? A może co zdarzyło się wewnątrz niej? Ida jest już w takim wieku, że wolno jej na wszystko narzekać, a zwłaszcza na rozwydrzone dzieci. Ale jej dzieci nigdy takie miały nie być, gdy tymczasem nieobecność boli bardziej niż najbardziej dzikie i szalone formy bycia obok, które czasem potrafią doprowadzić do furii. To, co nazywane jest rodziną, w powieści Lykke jakby się rozpłynęło. Główna bohaterka po dwóch rozwodach nie myśli już o kolejnym związku. Nie stawia na zaspokajanie swoich potrzeb, chce to robić w stosunku do dorosłych już dzieci. I robi, tylko że po raz kolejny przemocowo, niekiedy powielając schematy stosowane przez tę, która nigdy nie odeszła, bo wiecznie tkwi w jej głowie.

Emocjonalny klincz, gorycz i poczucie zbędności – to wszystko Lykke pokazuje tutaj śmiertelnie poważnie, ale jej powieść nie jest pozbawiona humoru. Nie mam na myśli takich scen jak ta z lekarzem Irakijczykiem czy tłumaczeniem matce, że fachowcy naprawiają nie jej kominek. Myślę o lekkości pióra autorki, która największe dramaty potrafi przekształcić w komediodramat. Jednocześnie jest tu bardzo skupiona na niezwykle poważnej tematyce: układzie ról między dorosłymi i dziećmi, a także na tym, kto ma emocjonalne prawo do wyrażania tego, co myśli, i czy wolno mu wdzierać się w myśli drugiej osoby tylko dlatego, że to własne dziecko. „Coś tu jest nie tak” – szepcze Ida mężowi, gdy ten nim jeszcze jest. Owszem. Ale zagadka uwikłania się w trudne relacje należy do czytelnika, Lykke je tylko prezentuje, punktując jedynie, że każdy z przedstawionych dramatów rozgrywa się etap po etapie. Paradoksy i złożoności ludzkich relacji dostrzeżemy także w relacjach z sesji terapeutycznych, bo Ida – o ironio! – jest psychoterapeutką. Największym wyzwaniem będzie dla niej dotarcie do własnego syna i oczyszczająca rozmowa z nim. A może są już kwestie, o których nie można lub nie warto mówić? Sprawy związane z tym, że jako rodzic nie spełniliśmy się tak wspaniale, jak o sobie myślimy? I co w ogóle myślimy, wychowując swoje dziecko, pokazując i objaśniając mu świat? Nie jesteśmy przy tym czasem zaborczymi złodziejami dziecięcej wrażliwości i chęci spojrzenia na przedstawiany świat inaczej?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-04

„Szeleścidło” Tomasz Maruszewski

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 6 maja 2026

Liczba stron: 234

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 54,90

Tomasz Maruszewski to pisarz mający ogromną dozę empatii wobec ludzkiego cierpienia. Ale nie tego widocznego z zewnątrz, lecz tego trudnego do zauważenia. Maruszewski jest malarzem duszy melancholijnej. Udowodnił to w swoim debiucie „Do końca świata” i mam wrażenie, że zaprezentowaną tam problematykę stara się pogłębić albo nadać jej inny wyraz, inną formę, gdyż to również twórca świadomy języka i mocy, jaką dają sposoby przekształcania go. Chociaż w nowej powieści pojawiają się w symbolicznym znaczeniu tytułowe dźwięki z drugiej książki „Wrzaski”, myślę, że autor powraca do tego, co napisał w debiucie. Inaczej, lecz konsekwentnie. Punktem wyjścia staje się rozpad rodziny, nieobecna matka i relacje ojca z synem. Tym razem to wszystko służy oddaniu innej problematyki, jednak na przykład motyw zabitego psa powraca i przypomina: nie dokończyłem tamtej historii, a właściwie nie opowiedziałem jej tak, jak mogłaby zostać przedstawiona teraz. Obecnie wygląda znakomicie, choć będzie to z pewnością jedna ze smutniejszych polskich powieści tego roku.

Można odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z freudowską opowieścią o id, ego i superego, jednakże proporcje ich definicji nie tyle przenikają się, ile celowo mieszają. Wiemy, że relacje między tymi strukturami są bardzo dynamiczne. Tu opowieść skonstruowana jest w taki sposób, że siłę nienawiści zabiera ze sobą jedna postać, bezradność melancholii – druga, a tęsknotę za życiem, w którym można dokonywać odkryć jak w kosmosie – trzecia. I wcale nie wymieniłem ich chronologicznie poprawnie. Ważne jest jednak to, że choć ta opowieść rozpisana być może jest na trzy struktury osobowości, to nie ma tu jednak psychoanalizy; nie takiej jak u Freuda. Bo Maruszewski nie chce i nie umie kategoryzować, nie ma na to najmniejszej ochoty i coraz mocniej zaciemnia swoją powieść. Wprowadzając do niej także kolejne dźwięki, a to przecież historia o życiu w oswojonej ciszy. O ciszy, która rozpada się, powodując dezintegrację osobowości. Ile razy jednak cichy świat staje się dużo bardziej opresyjny niż ten, z którego wydobywają się dźwięki i który jest w (pod)świadomości łagodzony tytułowym „szeleścidłem”?

Jedna prawdziwa tragedia – to tragedia człowieka”. Maruszewski opisuje kameralne dramaty, wiedząc doskonale, że bez względu na to, w jaki sposób będzie w nie ingerować otoczenie, wciąż pozostaną takie same. Bo człowiek na zawsze jest taki, jakim stworzyło go otoczenie, to najbliższe. W „Szeleścidle” bliskość jest bardzo daleko, w kosmosie. W świecie, który można poznawać i eksplorować po swojemu. Bez obaw oraz lęków pozostawianych w realnym świecie. Ojciec wręcza synowi teleskop. Jakby chciał go symbolicznie ostrzec, by nie rozglądał się wokół, lecz spoglądał w dal. Nie przyglądał domowi stworzonemu z ciszy, niechęci, wzajemnych oskarżeń, w końcu – z przemocy. Zatem malec ucieka, ale jako dorosły będzie mógł jedynie praktykować tendencje ucieczkowe. Bardzo często z poczuciem, że absolutnie nic w jego życiu się nie zmieni.

Zmiany przychodzą nagle i bardzo się cieszę, że Maruszewski wprowadził tutaj całkiem czytelny i spójnie zamknięty (bo nie o tym jest ta historia) wątek kryminalno-gangsterski albo raczej autoironicznie ten drugi. Dzięki temu odrywamy się od tego, co dość szybko rozumiemy, bo widzimy, jakie udręki przeżywa główny bohater. Łagodny bandyta, prostytutka z dobrym sercem, afera finansowa – wszystko nagle skręca w co najmniej dziwnym kierunku. Trochę to zabawne, trochę zaskakujące. Na pewno zmieniające perspektywę spojrzenia na bohatera, łącznie z tą fizjologiczną (mokre od moczu spodnie, gdy pęcherz nie wytrzymuje napięcia kryzysowej sytuacji). I z pewnością wpływające na zakończenie powieści, za którym stoi coś innego, niż do tej pory powiedziano, pokazano, zasugerowano.

Tomasz Maruszewski pozwala swojemu mężczyźnie płakać. Pozwala mu na wszystkie formy słabości, które model macho wyklucza ze świadomości społecznej. Jego mężczyzna cierpi tak bardzo, że dochodzi do momentów, w których traci świadomość, gdy przerastają go emocje, jakie zabrał z dzieciństwa, a potem w sobie ukonstytuował. Zaczyna rozumieć, że nie każdy lęk ma ten sam powód, nie każda obsesja została właściwie wyjaśniona w jego umyśle. Deficyt matki jest tu świetnym przykładem tego, co wydarzyło się realnie, a co zaczęło się rozwijać w psychice chłopca, który nie rozumie (bo nie musi rozumieć), dlaczego mama go nie kochała, gdyż – co jasne – z tego powodu odeszła.

By zbilansować labilność emocjonalną bohatera, który resztki tego, co można nazwać wolą przetrwania, umieszcza w awangardowych kompozycjach malarskich, Maruszewski we wspomniany wyżej sposób nadaje akcji dynamikę i ukazuje tym samym, że inny świat nie tylko jest możliwy, ale w tym świecie – tak odmiennym od naszego – musimy się natychmiast odnaleźć. Przestać rozmyślać nad sobą, kiedy zaczynają nas absorbować problemy innych. Bo z jednej strony – co widać tutaj wyraźnie – człowiek jest istotą całkowicie osobną w cierpieniu, z drugiej jednak – potrafi zaskakująco szybko dopasować się do relacji z innymi ludźmi, wobec których niechęć wyraża często i dosadnie.

Szeleścidło” najbardziej przejmuje jednak jako opowieść o zgliszczach rodzinnych relacji. Chłopiec pozostawiony sam wobec kosmosu, który niczego nie obiecuje, ale i nie krzywdzi, staje się mężczyzną wrastającym w nienawiść. Jest jej tutaj wiele, lecz wydaje się nieszkodliwa. Ma funkcję deklaratywną, nie sprawczą. Nie tylko za sprawą szeleszczącego talizmanu i tego, w jaki sposób cisza sankcjonuje egzystencjalną pustkę, dzięki czemu można po prostu iść naprzód. Tylko co dla głównego bohatera jest tym poruszaniem się do przodu? Życie, w którym koncentruje się na własnych traumach, a jego twory to obrazy powstałe często z tego, co człowiek porzucił lub wyrzucił? Bycie na marginesie zaczęło się już dużo wcześniej, zanim jako chłopiec otrzymał teleskop. Teraz jego umysł jest czymś na kształt teleskopu. Niemożliwe są transformacje i ucieczki, ale jak najbardziej możliwe przebodźcowanie tym, co powoduje destrukcję umysłu.

Wspomniana na wstępie empatia autora pozwala mu tworzyć powieść wyjątkowo intymną, niuansującą strach. Warto tu zwrócić uwagę na detale, jak rola cienia, użycia żyletki, bezpańskości (psa i człowieka). W tym wszystkim piękna i obezwładniająco smutna muzyka oraz cała masa inspiracji. Maruszewski w zakończeniu świadomie podkreśla, że literatura nie rodzi się bez inspiracji. A z nich wydobywają się asocjacje. I tak emocjonalnie gęsta powieść jak „Szeleścidło”. Nie wiem, dlaczego od teraz będę nosił w kieszeni szeleszczący papierek po cukierku. Nie wiem, czy nie za dużo siebie samego znalazłem w tej powieści. Wiem natomiast, że Maruszewski przełamuje wiele tabu, daje męskości przestrzeń do tego, by była słaba, jest czuły tam, gdzie potrzeba czułości, i bezkompromisowy tam, gdzie koniecznie jest wstrząśnięcie zapadającym się w sobie człowieku. To także książka o uldze – sposobach jej uzyskiwania i wchłonięcia jej w siebie. A wszystko napisane frazą łączącą dosadną realność z delikatnymi jak puch słowny metaforami pozostawania samemu ze sobą.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ