2026-08-10

"Wstyd i pieniądze" reż. Visar Morina

 

FILM

Gatunek: dramat społeczny

Tytuł oryginalny: Hatixhja dhe Shabani

Produkcja: Macedonia Północna/Niemcy/

Słowenia/Albania/Kosowo

Czas trwania: 140 minut

Data polskiej premiery: 22 lipca 2026

Tytuł recenzji: Upokorzenia

Kameralne bałkańskie kino społeczne, które dotyka oczywistych tematów i dylematów, ale ratuje się przed wtórnością zarówno ciekawym montażem (po części scen następuje wygaszenie obrazu, jakby już więcej nie można było znieść ani zobaczyć), jak i nieoczywistym zakończeniem z dobrą grą aktorską przede wszystkim Astrita Kabashiego, który pokazuje, jak wewnętrzny spokój i konsekwentne postępowanie mogą stracić znaczenie, gdy w życie zacznie wżerać się bieda. „Bo bieda to luksus” – tak mówi siostra siostrze. Ta, która nie ma niczego, tej, która posiada wszystko, między innymi piękny dom w Prisztinie. Ale w nowoczesnych wnętrzach tego domu odbywa się to, co nieuniknione bez względu na status majątkowy: umieranie.

Opozycja jest tu czytelna: w środowisku wiejskim można zbudować stabilność rodzinną, pozwolić sobie na gromadkę dzieci, codzienność celebrować wspólnymi posiłkami, żyć pogodnie, choć skromnie, lecz przede wszystkim tworzyć wspólnotę. W dużym mieście wspólnota zaczyna się rozpadać. Wszystko rozbija się o pieniądze. Jest w rodzinie czarna owca, która zrujnuje wszystko. Jest też seniorka pragnąca dbać o harmonię rodzinnego świata i gotowa poświęcić w tym celu dużą sumę pieniędzy. A potem wszystko sypie się jak domek z kart. Zastanawia mnie jedynie zniknięcie z fabuły jednego z członków rodziny, miejscowego nauczyciela. Czy ta posada umożliwia mu pozostanie na wsi i nierozpoczynanie bolesnej odysei w pogoni za pieniędzmi, własnym mieszkaniem i poczuciem bezpieczeństwa?

Wszystko jest tutaj do przewidzenia. Visar Morina pokazuje koniec bezpiecznego świata, po którym pozostaną jedynie wahanie, bezradność i poczucie nieprzystawalności. Ruszająca ku nowemu życiu rodzina zamienia się w grupkę migrantów zarobkowych. A przecież nie opuszczają kraju, choć opuszczają miejsce, do którego przynależą. Jako obcy w dużym mieście nie będą liczyć na żadne taryfy ulgowe. Albo poczucie godności nie pozwoli im na to, by choć z części udogodnień skorzystać, zamieszkać w tym eleganckim domu, do którego zaprasza szwagier; siostry nie powinny egzystować na różnych biegunach zasobności, skoro żyją obok siebie.

A jednak tak właśnie egzystują. Tkanka miejska nie ma litości. Kapitalizm stworzył świat, w którym nie liczą się wartości kultywowane w rodzinie na prowincji. Bohaterowie nadal starają się żyć jak mała społeczność, dzieci nie doświadczają realnie biedy rodziców, za to dorośli stoją na krawędzi. Morina pokazuje tę krawędź z kilku perspektyw. Nie tylko jako niezdolność do godnej pracy zarobkowej. Także jako natychmiastowe i bezpardonowe spychanie na margines życia. Główny bohater nie przygotuje sobie CV, bo nie ma pojęcia, co to jest. Jego CV to twardy charakter, silne ręce i gotowość do podjęcia jakiejkolwiek formy zatrudnienia. Obok żona niczym cień. Portretowana często z profilu. Buntująca się, gdy bogata siostra kupuje jej ubranie, w którym ona i tak nie będzie chodzić. Wspierająca męża w bezradności. Mogłaby być niemą bohaterką tego filmu.

Cenną cechą tego obrazu jest delikatność podkładu muzycznego połączona z ujęciami bliskości rodzinnej – tak bardzo odbiegającymi od tych, w których bohaterowie rozpaczliwie szukają pracy, krążąc od miejsca do miejsca niczym po piekielnych kręgach, w których nikt ich nie chce i nikt nie zauważa. Ten film obrazuje kontrasty społeczne w ciekawy sposób, bo skupia się na relacjach w rodzinie. Jedna jej część wybrała życie w mieście, wykorzystała jego możliwości, teraz boryka się jedynie z tym, że senior stał się kompletnie niepełnosprawny. Wszyscy z rodziny drugiej siostry są pełni zdrowia i – początkowo – nadziei. Ale są też naiwni. Wkraczają w świat, którego zasad kompletnie nie znają. Visar Morina pokazuje ludzi zabłąkanych i czujących potworną gorycz, bo są sumienni, uczciwi i gotowi do rozpoczęcia nowego godnego życia. Ale ich pochodzenie wiele determinuje. Ile mamy takich światów równoległych, gdzie w jednym ktoś może być szczęśliwym panem swego życia, a w innym stać się przegranym mimo swego statusu?

Reżyser stawia także na minimalizm werbalny. Tu głównie patrzymy, a nie słuchamy. Zresztą wszystko widać, nie trzeba tego komentować. Seniorka oświadcza przy urzędowym okienku, że przyszła potwierdzić, iż jeszcze żyje, aby odebrać skromne świadczenie społeczne. Wielkomiejski bank odbiera jej dodatkowy procent tej niewielkiej sumy. Można odnieść wrażenie, że ojciec, głowa rodziny przybyłej do wielkiego miasta, to człowiek, który takie komunikaty informujące o swoim istnieniu powinien formułować wszędzie, dokąd się uda. Gdy pracuje, jest cieniem. Gdy szuka pracy, jest cieniem w rozpaczy. Kumulacja emocji nie jest widoczna na twarzy postaci granej przez Kabashiego – i bardzo dobrze, bo to potęguje wydźwięk finału tego filmu. Poruszająca do głębi jest prostota tej historii, ale najbardziej widoczna jest tu ta ludzka zbędność, którą Visar Morina pokazuje zarówno boleśnie realistycznie, jak i w czuły sposób nostalgicznie. Wiele scen obrazuje niedostosowanie do nowych warunków, ale w tym wszystkim jest też sugestia, że zamykamy się w bezpiecznych dla nas przestrzeniach. Od nas zależy, ile będą warte. Majątkowo i egzystencjalnie. Kino pozostawiające z wyrzutami sumienia. To w pewnym sensie niemy krzyk tych, którzy na co dzień nie są w stanie zadawać pytania o to, ile są warci, kiedy usiłują ustabilizować finansowo swoje życie.

Zdjęcie - materiały promocyjne Filmweb.pl
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-07

„Pożyczone wzgórza” Scott Preston

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 22 lipca 2026

Liczba stron: 368

Przekład: Zofia Szachnowska-Olesiejuk

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 56,90

Tytuł recenzji: Ludzie, owce i przemoc

Jest tu tyle samo ludzkiego okrucieństwa, ile piękna surowego krajobrazu, który się temu okrucieństwu przygląda. Tyle samo szorstkiej czułości wobec zwierząt, ile chęci bezkompromisowego wykorzystywania ich. To naprawdę trudna książka. W tej specyficznej opowieści z elementami narracji drugoosobowej dzieje się bardzo dużo, choć pozornie nie dzieje się nic. Ale mimo wyjątkowego czarnego humoru jest to książka bardzo smutna. „Pożyczone wzgórza” łączą pozornie sielankową wizję pozbawionego większych bodźców i zmian życia ludzi, którzy wrośli w dane miejsce i nie są w stanie się z niego wydostać, z sensacyjnym wątkiem ukazującym obrzydliwych bohaterów. Można pięknie napisać o złych ludziach. Można umrzeć od piękna otoczenia, gdy staje się ono sensem wszystkiego i wyłącznym punktem odniesienia. A jedyną opcją emerytalną jest śmierć. Nic więcej nie ma. Pustka i samotność.

To los tych, którzy zdecydowali się żyć pośrodku niczego, gdzieś na granicy Anglii i Szkocji. W trudnych warunkach, lecz wśród malowniczych krajobrazów, których piękno Scott Preston opisuje już w pierwszych zdaniach: klify, szum wiatru, twardość skał, wrzosy, torf. Ale i błoto wraz ze wszystkimi obrzydliwymi zapachami, jakie możemy sobie wyobrazić. Trudno się przekonać do tej powieści, a jednocześnie niełatwo przerwać jej czytanie, by nie wpaść w poczucie, że zatrzymaliśmy się w strefie życiowej flauty – jak bohaterowie, którzy bez względu na okoliczności pozostają w miejscu, z którego wydostanie się jest problematyczne. Drogi przestają być drogami, plany życiowe sprowadzają się do przetrwania kolejnego dnia, pieniądz pozornie nie ma większego znaczenia, a dookoła roztaczają się pustkowia, na których marginesach nieśmiało toczy się ludzkie życie.

Powieść pełna wrogości panującej między wszystkimi szorstkimi w obyciu i pozbawionymi kompasu moralnego mężczyznami, którzy pojawiają się czasami znikąd w tej przepięknej i przeklętej krainie naznaczonej kradzieżą i zbrodnią. Preston nie oszczędza czytelnika. Scen brutalnych jest tak wiele, że nie da się tego czytać bez przerw. Pozorni antybohaterowie to ludzie niemający nic do stracenia – poza przywiązaniem do swojej ziemi i zajęcia, którym parają się od lat. Owce są centrum ich życia. Mnożą się, kiedy trzeba, i giną, kiedy przyjdzie na to czas. A ludzie portretowani przez autora stoją w miejscu. Popadają w obojętność wobec własnego losu. A może właśnie ona jest największym sensem i trzeba się jej trzymać, by życie miało jakikolwiek azymut?

W sensie fabularnym to opowieść wspomnieniowa opisująca specyficzną relację dwóch mężczyzn, do których na skomplikowanych zasadach dołączają kolejni. Wspólnota wyrzutków, o których same ich fizjonomie dużo mówią. Ludzi, którymi nikt się nie interesuje i oni nie interesują się samymi sobą. Gotowi do zbrodni. Gotowi do odebrania życia zwierzęciu albo drugiemu człowiekowi. Relacje budowane są na zależnościach i nieufności. Ciągle towarzyszy nam przeczucie, że tu wydarzy się coś dużo gorszego, niż wydarzyło się do tej pory. A potem nadchodzi ujmujący finał, który pokazuje, że jest to jednak książka pełna czułości wobec wszystkich tych mężczyzn, którym nigdy nie została ona przez nikogo dana.

Steve zaznaje jej przez chwilę. Ale to tylko moment, reszta jest pozbawioną czucia wegetacją, kiedy wciąż się haruje, uczy dostosowywać do zmiennych warunków przyrody i hartuje się nie na człowieka, lecz na osadnika egzystencjalnego. By czytelnika nie zatopiło to morze testosteronu, krwi i antagonizmów, Scott Preston wprowadza do fabuły jedyną kobietę, która może złagodzić nastroje mężczyzn, ale chodzi jej głównie o to, by osiągnąć w życiu to, co dla nich niemożliwe. Opuścić krainę pełną wzgórz, silnego wiatru i narastającego poczucia niemożności wyjścia poza schemat zaproponowany przez ojca i przejmowany bez dyskusji przez syna. Chwilami będzie nas otaczać klaustrofobiczna atmosfera obrzydliwości. Ale pod tą całą szorstkością kryją się silne emocje i niewyrażone uczucia. Bohaterka stara się przekonać Steve’a, żeby do niczego się nie przyzwyczajał, bo nic mu nie jest dane na zawsze. A jednak jest. Steve zakorzenia się w miejscu, z którego wydostał się tylko na chwilę jako kierowca ciężarówki. Pogrąża się też w specyficznym rodzaju samotności. Twardej i niewyrażalnej. Ale wszechobecnej.

Nie będzie ckliwości, nie będzie wglądu we wnętrza bohaterów. Będzie mroczna intryga, bezkompromisowe rozwiązania, mnóstwo krwi, błota i strzelającej broni oraz dużo, bardzo dużo śmierci. Umierają zwierzęta i ludzie. W imię czego? Dlaczego jeden z mężczyzn podejmuje śmiałą decyzję odebrania komuś jego własności? Są tu rozwiązania fabularne, które trudno zaakceptować, ale wszystko napisane jest w taki sposób, że czujemy się, jakbyśmy oglądali jednocześnie film sensacyjny i slow cinema, w którym słychać tylko dźwięki wydawane przez owce, psy i szalejący wiatr.

Poza zbrodniami i przelewaną krwią właściwie przez cały czas niewiele widzimy. Partie dialogowe nie są oszczędne, lecz w zasadzie nic z nich nie wynika. Dużo więcej wywnioskować można z opisów tego, jak zachowują się mężczyźni, bo to przecież pachnąca strzelniczym prochem książka o krętych męskich drogach, złych decyzjach i o tym, że każdy z nich jest rozpaczliwie osobny ze swoimi wyborami. Oni wszyscy są jak banda wilków gotowych nawet na to, by pożreć się nawzajem. Im więcej kipi w nich gniewu i nienawiści, tym ciszej jest wokół. W krainie, w której panuje specyficzna symbioza. Ludzie nie są wobec siebie łagodni jak owce, jednakże tworzą pewną społeczną ministrustrukturę. Bo mimo wszystko jest to mała społeczność.

Bezradne owce i ludzie patrzący na siebie wilkiem. Wrogość i poczucie swoistej harmonii. Preston zmienia tonację błyskawicznie, przechodząc z jednej partii narracyjnej do drugiej. Ta książka w potężny sposób działa na wyobraźnię, bo jest niesamowicie dynamiczna. Mimo że opowiada symbolicznie o pustce i ciszy. I w zasadzie tylko one się tu liczą.

Pożyczone wzgórza” rzeczywiście chwilami przypominają western, lecz w dużej mierze to liryczna opowieść o byciu osobnym w kontraście do stada, jakie tworzą owce. Ale jedna się tu wyróżnia. Tak samo jak Steve. Praktycznie człowiek bez właściwości, który nie umie samodzielnie podjąć żadnej życiowej decyzji. Bierny, a mimo to jednocześnie uważny. To jego przenikliwość przekłada się na dynamikę książki, bo to wspomnienia człowieka, który być może chciałby zostać zapamiętany. A pamięć nie sięga tu daleko. Podobnie jak jakakolwiek forma przywiązania do drugiego człowieka. Znamienny jest ten brak kobiet i to, że rodziny złożone z ojców i synów żyją obok siebie, a nie ze sobą. Wszystko wydaje się zbyt trudne do wyrażenia i opisania, a w gruncie rzeczy otrzymujemy przecież powieść, od której odstręczać mogą nas tylko te brutalne fragmenty, zadana czyjąś ręką śmierć, spotęgowanie przemocy, nadmiar negatywnych bodźców, przeraźliwy fatalizm.

Ważna jest też symbolika oblepiającego bohaterów błota. Zatrzymanie chwili jak kadru filmowego – zwykle w momencie dokonywania zbrodni; nieważne, czy na zwierzęciu, czy na człowieku. Tu nie da się iść wyprostowanym, bo i nie ma celu, by przyjąć taką postawę. Zatem błoto. Bylejakość. Grzęźnięcie w czymś, co jest niezgodne z zasadami, i grzęźnięcie w sobie, gdy tworzy się własny kodeks moralny. To naprawdę książka dla odbiorców o mocnych nerwach. Zadziwia, w jaki sposób autor zharmonizował opisy tego całego okrucieństwa i zapierających dech krajobrazów. Przyroda jest tu znacznie bardziej zróżnicowana niż ludzie. Ale pozostaje z nimi w nierozłącznym związku. Preston zaprasza nas do świata, w którym zatrzymalibyśmy się może na chwilę, by zrobić kilka pocztówkowych zdjęć. Autor zatrzymuje go w kadrach bolesnych i wtłacza weń zdarzenia, które nie mogą mieć dobrego końca. Świetna książka o tym, w jaki sposób człowiek może być jednocześnie pokorny jak owca, gdy konfrontuje się z rządzącą nim naturą, i zły w innych okolicznościach.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-05

„Linie przerywane” reż. Anxos Fazáns

 

FILM

Gatunek: melodramat

Tytuł oryginalny: As liñas descontínuas

Produkcja: Hiszpania

Czas trwania: 90 minut

Data polskiej premiery: 27 lipca 2026

Tytuł recenzji: Muzyka i konfrontacja

Lubię filmy o zwyczajnym życiu i niezwyczajne ukazywanie jego trosk. Lubię filmy nietuzinkowo pokazujące samotność. Galicyjska reżyserka Anxos Fazáns wprowadza nas w świat swojej filmowej wizji bez żadnych fajerwerków, spektakularnych scen otwarcia, nie dając nam poczucia, że wchodzimy w przestrzeń bardzo kameralnego i intymnego dramatu psychologicznego opartego w dużej mierze na niecodziennej konfrontacji. Istotną rolę – nomen omen – odgrywa także muzyka, która czasem buduje dramaturgię sceny, ale głównie jest nośnikiem tego, co niewerbalne. Nie jest to film dla osób poszukujących czegoś więcej niż przejmujące ujęcia twarzy i slow cinema. Fazáns w miarę konkretnie otwiera opowiadaną historię, ale potem wkracza już w zupełnie inną tonację. Akcja obejmuje kilka dób, a kumuluje być może więcej emocji niż bohaterowie dotychczas przeżyli. Z drugiej strony – proponuje doświadczenia, które nigdy nie były ich udziałem. Wystarczy przecież przepędzić młodego intruza ze swojego poukładanego życia i zdemolowanego – teraz dosłownie, wcześniej metaforycznie – domu.

Filmowej pary pozornie zupełnie nic nie łączy. Ale jest muzyka. I to właśnie muzyka staje się życiowym kompasem. Ta wciąż żywa, rozbrzmiewająca śmiało, stale się tworząca. I tak skryta na jednej winylowej płycie, której nie powinno się już słuchać, a jednak jej posłuchamy. Znamienna jest scena, w której bohaterka jedzie samochodem i usiłuje znaleźć stację radiową umiejącą zaproponować muzykę przemawiającą do jej duszy. Kobieta ostatecznie wyłącza odbiornik i jedzie w ciszy. A potem jest w obrazie Anxos Fazáns bardzo dużo tej ciszy połączonej z powłóczystymi spojrzeniami. Trudno powiedzieć, czyje oczy – chłopaka w trakcie tranzycji czy kobiety rozważającej niedogodności menopauzy – przemówią do nas bardziej, pokażą więcej tego, co ukryte w środku. Ale Linie przerywane” to przede wszystkim kino o nietuzinkowej konfrontacji, o wejściu w relację osób kierowanych tymi samymi potrzebami i pragnieniami. Wszystko w mówiących dużo dekoracjach, bo najpierw jest to pobojowisko napadniętego domu, a potem szarości portowe, gdzie najbardziej widać, jak bohaterkę boli los i gdzie natężenie melancholii w wyrazie jej twarzy i postawie są najmocniej zauważalne.

Film rozpoczyna się kaskadą dźwięków i widokiem tłumu młodych ludzi, których sylwetki są wydobywane z zaciemnionego tła błyskami szkarłatnego i niebieskiego światła. Trwa typowa młodzieżowa impreza, na której widzimy jego, początkowo wyobcowanego, potem dołączającego do przypadkowej grupy, bo ta, z którą przyszedł, szybko się rozprasza. Denís w nowym towarzystwie daje się wplątać we włamanie z rozbojem. A później okazuje się, że przypadkiem wdarł się do domu, w którym być może uda mu się znaleźć odpowiedzi na ważne dla niego pytania. Bo stoi na życiowym rozdrożu i nie jest w stanie podjąć – wydającej się najlepszą w jego sytuacji – decyzji o przeprowadzce i zmianie trybu życia. Stoi w miejscu nie tylko z powodów finansowych. Zatrzymał przeszłość, której odbiciem są jego tatuaże. Widać ją też chwilami w pozbawionych żywotności spojrzeniach.

Żyjąca samotnie kobieta jest tą poszkodowaną. Najpierw obserwujemy, jak młodzi ludzie rujnują porządek jej domu. Jak traktują go jako miejsce do myszkowania, demolowania, dobrej zabawy. A to dom, którego losy właśnie się ważą. Dom, w którym zamieszkały wszystkie ważne wspomnienia głównej bohaterki znajdującej się na bardzo trudnym etapie swego życia. Relacja z Denísem, który nie uciekł jak pozostali, to początek nawiązywania specyficznego porozumienia. I harmonii. Każde z nich życie obarczyło żalem i poczuciem odrzucenia. Kamera bardziej koncentruje się na postaci kobiety, ale ważny jest każdy detal, kiedy nieufność zamienia się w swoiste przymierze.

Ten film mógłby być jeszcze krótszy, silniej działać na emocje. Nie wiem, czy potrzebna jest scena, kiedy do domu, który został zniszczony, a teraz zaczyna wracać do normalności, wkraczają dwie postacie przynoszące powiew innego życia. Niekoniecznie trzeba było pokazywać, w jak złożonej sytuacji emocjonalnej jest kobieta, która z pewnością wbrew rozsądkowi i wypracowanej w życiu rutynie zbliża się do młodego włamywacza i w jego postawie oraz poglądach zaczyna widzieć samą siebie.

Ujęcia w filmie „Linie przerywane” koncentrują się nie tylko na twarzach bohaterów, ale również na detalach pomieszczeń, które kadrowane są w taki sposób, że skupiamy uwagę na tym, co wydaje się mało ważne. Pozornie w filmie niewiele się dzieje. Ktoś pojawia się i znika. Czyjeś ciało było nieobecne, a nagle jest tuż obok, nagie. Fazáns stara się dać bohaterom czas na to, by zbliżyli się do siebie naprawdę. Może jest go za mało, a może paradoksalnie za dużo. Musimy określić, na jakim etapie życia dwójki bohaterów reżyserka pozostawia nas w zakończeniu. Film, w którym w dużej mierze ważniejsze są dźwięki i układ przedmiotów niż kreowana relacja obcych sobie wiekowo i światopoglądowo ludzi. Rzecz dla widzów szukających silnych emocji ukrytych w zwyczajnych sytuacjach. To nie kino nadmiernie artystyczne ani nastawione na dydaktyzm. Surowy realizm łączy się tutaj z pięknie pokazaną nostalgią i niepewnością tego, co z nią dalej w życiu zrobić. Wcielająca się w starzejącą się kobietę Mara Sánchez robi wszystko, by to pokazać. Pozornie nie wykazuje się wielkim aktorstwem. A jednak jej gra zapada w pamięć.

Plakat z materiałów promocyjnych Filmweb.pl
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-03

„Doggerland” Agnes Ravatn

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 12 sierpnia 2026

Liczba stron: 240

Przekład: Karolina Drozdowska

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 49,90

Tytuł recenzji: Rodzinne decyzje

Nie wiem, jaka jest kondycja rynku książkowego w Norwegii i jak to się przekłada na czytelnictwo w tym kraju, więc nie mogę określić, czy „Doggerland” to powieść boleśnie realistyczna, czy nieco hiperbolizuje problemy branży wydawniczej, czyniąc to na potrzeby dynamiki tej świetnej powieści obyczajowej o rodzinie, o potrzebie otrzymywania nowych narracji, o niebezpieczeństwach sztucznej inteligencji, które bagatelizujemy, o książkach, miłości, tajemniczym romansie i tym, kim jesteśmy dla siebie w hierarchii przedsiębiorstwa będącego rodzinnym spadkiem i dumą. Agnes Ravatn w tej krótkiej powieści opowiada tyle ważnych dla nas dzisiaj historii, że trudno zwrócić uwagę na jedną szczególną. Mnie w pierwszej kolejności zainteresowały wątek wydawniczy oraz dyskusje o tym, czego współczesny czytelnik oczekuje, a co już w wydawnictwie zaczyna być archaiczne. Było już o przestrzeni wydawniczej po szwedzku z punktu widzenia autorów w świetnej powieści „Najlepsza książka na świecie” Petera Stjernströma. Było o tym z punktu widzenia tłumaczy (mam na myśli „Wymieranie Ireny Rey” Jennifer Croft). Teraz pojawia się kolejna perspektywa. Szczególnie interesująca dla kogoś, kto z boku przygląda się przemianom tak zwanej branży książki.

Bo zasadniczym punktem tej fabuły jest spotkanie rodzinne, podczas którego pragmatyczna seniorka – dotychczasowa szefowa znanego, choć już coraz mniej wpływowego wydawnictwa – zamierza przekazać swoją funkcję komuś z najbliższych. Przybywający na małą, surową wyspę do ekscentrycznego hotelu z jeszcze bardziej ekscentrycznym gospodarzem zupełnie nie przewidują tego, co się w tym miejscu wydarzy. Do czego doprowadzą między innymi debaty o tym, jaki kształt ma przyjąć oficyna wydawnicza po zmianie kierownictwa. Przyznam szczerze, że gdy czytałem rozmowy dotyczące przejęcia firmy, przyszło mi na myśl co najmniej kilkanaście polskich oficyn wydawniczych. Bo pomijając dramaturgię opisywania tego, w jaki sposób ścierają się tu racje potencjalnych sukcesorów, najciekawsze są przemyślenia o tym, jak dynamicznie zmieniają swoje profile wydawnictwa, którym zależy na nowych czytelnikach.

Ravatn wyraźnie daje znać, że wyrośliśmy z opowieści, jesteśmy opowieściami i wciąż będziemy potrzebować opowieści. Jest to naturalna i niezmienna potrzeba ludzkości. Nienaturalne są wszystkie zmienne, które z klasycznych wydawnictw uczyniły przedsiębiorstwa z produktami przeznaczonymi do masowej sprzedaży. Dlatego „Doggerland” zadaje w sumie proste pytanie: jak współcześnie wydawać książki tak, żeby to się opłacało? Norweska pisarka rozważa kondycję rynku wydawniczego na podstawie wielu zmiennych. Dostrzega zmiany w odbiorze książek wynikłe z rozpanoszenia się sztucznej inteligencji. Proponuje kilka modeli czytelniczych i każe zastanowić się nad tym, co znaczy oferowanie książek współczesnym odbiorcom. Wszystko wynika z dyskusji członków rodu, którzy prezentują swoje stanowiska i wizje, ponieważ matka za chwilę ma zdecydować, kto przejmie po niej dom wydawniczy. I wiedzieć, czy oddaje rodzinny interes we właściwe ręce, biorąc pod uwagę wybrany spośród proponowanych projektów dalszego funkcjonowania wydawnictwa.

Chętne do przejęcia schedy są dzieci: dwójka skrajnie różnych od siebie ludzi, choć są bliźniętami. Przyjeżdżają na wyspę z osobami towarzyszącymi. To znaczy syn z żoną i dzieckiem, a córka z nieznanym nikomu partnerem i planem dotyczącym własnego dziecka. Pośród dorosłych to najmłodszy bohater wydaje się najciekawszy. Odstający od rówieśników, zamknięty w sobie, skoncentrowany na rozmowach z AI, która ma wyjaśniać mu świat. Rodzice zdecydowali się na śmiały projekt związany ze sztuczną inteligencją, by naprowadzić syna na właściwy tor w życiu, pomóc mu pozbyć się poczucia wyobcowania. Jego matka nawet przyjęła, że słuchawki na uszach syna i wymyślona technologicznie przyjaciółka zastąpią ją w macierzyństwie, kiedy znajduje się w trudnym okresie.

Edda, główna bohaterka, niejako wkradła się do opisywanej rodziny, co pokazuje ciekawie tu użyta metafora bluszczu. Była sekretarką, nie skończyła żadnych kierunkowych studiów, a w wyniku kilku koincydencji stała się redaktorką wydawnictwa, o którego przyszłość toczy się batalia. Edda byłaby spokojna o swoją pozycję, gdyby nie fakt, że do jej rąk trafia pewien manuskrypt. Ravatn znakomicie oddaje atmosferę wewnętrznego niepokoju, który narasta, staje potwornym strachem, antycypuje mroczny zwrot akcji w tej powieści, a przede wszystkim kryje w sobie przerażającą tajemnicę.

Zwrot akcji będzie, a jakże! Zaskakujący bardziej, niż mógłby przypuszczać najbardziej nawet uważny czytelnik. Wszystko jednak, co poprzedza zakończenie powieści, jest jednocześnie groteskowe i zabawne w wymiarze komizmu sytuacyjnego oraz bardzo poważne, gdy prezentuje wizerunek rodziny, w której każdy jest samotną wyspą. Być może taką, na jakiej właśnie wszyscy bohaterowie się znaleźli i obradują. Decydują zasadniczo nie o tym, jak i dla kogo dalej wydawać, ale proponują nam swoisty sparing, w którym wygrywają silne osobowości. Widzimy także, jak ciekawie autorka skomplikowała relacje w rodzinie, którą łączy głównie dobro materialne firmy.

„Doggerland” to także opowieść wynikająca z opowieści. Symbolika ukrytego gdzieś pod wodą lądu pełni istotną funkcję i odnosi się do kilku sytuacji oraz opisu relacji. Z jednej strony Ravatn wykorzystuje znane motywy literackie, takie jak odcięta od lądu i zamknięta przestrzeń, spotkanie rodzinne i idące za nim możliwe psychodramy, czy wyobcowane dziecko, dzięki któremu dorośli bohaterowie zaczną widzieć świat inaczej. Z drugiej jednak – to wielowątkowa opowieść o współczesnych ludziach i ich egzystencjalnych potrzebach. O tym, jak trudno zażegnać niepokój, który rodzi się tu w każdym kącie tego dziwnego domu, do którego przecież wszyscy mieli przybyć, by świętować urodziny seniorki, a nie debatować o sprawach zawodowych. Bo finał tych debat doprowadzi do zmiany układu sił, lecz przede wszystkim zmieni samych bohaterów. Ludzi chcących posiadać i decydować, ale zaniedbujących samych siebie, swoje własne intymne potrzeby i pragnienia. To historia opowiadająca o rodzinie, która za chwilę może się rozpaść, ale przed rozpadem ratuje ją jedna decyzja seniorki. I o tym, co znaczy być prawdziwą matką dla dziecka. Jak prawdziwe jest przywiązanie do marki wydawniczej tej, która podejmuje zaskakującą decyzję w sprawie przejęcia wydawnictwa.

Jest to również powieść dotykająca problemu klasowości, stworzonej formalnie lub nieformalnie wspólnoty. Norweska pisarka rozważa, co to znaczy znaleźć się w bogatej rodzinie z tradycjami, czy rzeczywiście można się do niej dostać i w jaki sposób pochodzenie może wpływać na decyzyjność człowieka w zakresie tego, co chce ze sobą zrobić. Tutaj w tym względzie najbardziej zagubieni wydają się ci, którzy w zasadzie mają wszystko, ale nie potrafią tym właściwie zarządzać. Ciekawy kontrast w prezentowaniu rodzeństwa, które walczy o schedę. To, co mówią, jak się wobec siebie zachowują, co zachowują w sobie. Wiwisekcja rodziny w granicznym punkcie, za którym czai się zawieszenie. Ravatn koncentruje się jednak na tym, by satysfakcjonująco poprowadzić czytelnika do tego granicznego punktu.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-31

„To był zwykły przypadek” reż. Jafar Panahi

 

FILM

Gatunek: dramat

Tytuł oryginalny: Yek tasadef sadeh

Produkcja: Iran/Francja/Luksemburg

Czas trwania: 102 minuty

Data polskiej premiery: 20 lutego 2026

Tytuł recenzji: Dylematy mścicieli

Dotychczas bardzo ceniłem irańskie kino za znakomite pogłębienie problematyki obyczajowo-społecznej, która w minimalnym stopniu lub nawet wcale nie odwoływała się do reżimu panującego w tym kraju. Irańscy twórcy wiedzieli, jak obchodzić dosłowność, zamieniając swoje obrazy w historie, w których w zawoalowany sposób pokazywali, że to system polityczny sprawia, iż bohaterowie tkwią w zaprezentowanych sytuacjach. Dlatego zaskoczyła mnie dosłowność i bezkompromisowość Jafara Panahiego, który nie dość, że wprost rozprawia się z bezdusznym systemem i równie wprost pokazuje jego ofiary, ale również tworzy film będący mieszanką kilku gatunków: od czarnej komedii sytuacyjnej po brutalne kino polityczne. Najbardziej cennymi aspektami „To był zwykły przypadek” są przede wszystkim nieprzewidywalność tego obrazu, zaskakujący kolaż ujęć, w których widać kumulację ludzkiej wściekłości, a wszystko w konwencji ekscentrycznego filmu drogi, którego koniec antycypujemy, a jednak mimo wszystko najbardziej mrozi ostatnia scena, a rozlegające się w niej skrzypiące dźwięki pozostają w głowie na zawsze.

Początek pozwala widzowi na wyrobienie sobie opinii o głównym bohaterze, ale poczynione wówczas spostrzeżenia mogą skomplikować to, jak ocenia się go później, kiedy traci głos, a przemówić mogą skrzywdzeni ludzie. „Skrzywdzeni” to eufemizm. Nie mam pojęcia, jak okrutne zdarzenia stały się ich udziałem, bo kipiące żądzą zemsty twarze i dynamicznie poruszające się sylwetki jedynie podkreślają: ci wszyscy ludzie wyszli z piekła zafundowanego im przez reżim. I noszą tak bolesne blizny (psychiczne i fizyczne), że mimo upływu czasu wspomnienia zacierają granice zdrowego rozsądku. Panahi nie opowie prostej historii o wyrównywaniu rachunków. Ale czy na pewno wydarzyło się to, co prezentują tu kolejne głosy i kolejne postacie dołączające do tej ekscentrycznej wędrówki ku wymierzeniu sprawiedliwości?

Jak wspomniałem: początek robi z widzem swoje. Już w pierwszych minutach filmu możemy się zastanawiać nad kondycją moralną prowadzącego samochód mężczyzny; bardzo wiele wątpliwości budzi reakcja na zdarzenie drogowe, która powinna być zgoła inna. Potem ten wstęp ułatwia nam – lub utrudnia – uwierzenie w treść retrospekcji przywoływanych (fragmentarycznie, ale bardzo dosadnie) przez grupę osób, których pozornie nic nie powinno łączyć. A połączył dramat, po którym żadna z nich nie doszła do siebie, nie nauczyła się żyć bez pamiętania. Bo nie można zapomnieć upokorzenia, upodlenia, igrania z własnym życiem, wszelkich form fizycznych tortur. Tak, irański reżim ma się tu bardzo dobrze i niekoniecznie tworzą go dwaj mało ogarnięci stróże porządku publicznego, którzy nawet łapówkę przyjmą za pomocą terminala, kiedy zbliża się moment odkrycia prawdy, a jeden z bohaterów ratuje pozostałych dzięki swojej karcie płatniczej.

Systemowa bezduszność, wielokrotne i okrutne przesłuchania, odbieranie ludziom godności i stawianie ich wobec sytuacji granicznej – to jest prawdziwe oblicze systemu, który rządzi światem przedstawionym. Wszystkich bohaterów skrzywdził podobnie, ale każdy inaczej na to reaguje. Dlatego fabuła podąża w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku – aż do przejmującego finału. Jednak wcześniej wiele jeszcze się wydarzy.

To trochę tak, jakby w jakimś mrocznym kręgu poruszali się najpierw dwaj antagoniści, a potem przyłączali się do nich kolejni uczestnicy tego makabrycznego tańca, którzy są gotowi pomóc jednemu z nich, ale siła odśrodkowa czyni ich bezradnymi i bezwładnymi. Podejmują decyzje, z których się wycofują. Tworzą plan, podczas realizacji którego wychodzą na jaw mocno zarysowane antagonizmy. Mamy przede wszystkim postać, która z konkretnych powodów milczy, i ludzi wydających wyrok w sprawie tego, co wyrządzono im w przeszłości.

Najciekawsza wydaje się postać irańskiej fotografki, która na wszelki wypadek zabiera ze sobą chustę, by nonszalancko zasłonić nią włosy dopiero wtedy, gdy już naprawdę musi to zrobić. Ona wydaje się tu głosem rozsądku, którego pozostałym bohaterom brakuje. Każdy jest w zupełnie innej życiowej sytuacji, na innym etapie życiowej drogi. Niektórzy czują, że przegrali życie, inni marzą o nowym, na przykład biorąc właśnie ślub. Poza tym jest furgonetka, dużo jeżdżenia po irańskich ulicach niczym po labiryncie i sporo mniej lub bardziej przesyconych wściekłością monologów i dialogów.

To był zwykły przypadek” to nie tylko film, w którym dużo się mówi, ale także kompulsywnie działa. Zmieniają się sojusze, grupa porywaczy ich rzekomego krzywdziciela z przeszłości zgodna jest tylko w jednym: pragnieniu wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę. W gniewie i rozpaczy. Ale i z mnóstwem wahań. Panahi komplikuje wizerunek wzajemnych relacji i udaje mu się to znakomicie. Film ma być pozornie opowieścią o tym, jak dawne ofiary reżimowego potwora od przesłuchań chcą, by przeżył przed śmiercią choć część ich męki, która uczyniła z nich takich, a nie innych ludzi. Ale nie ma tu żadnych uproszczeń, choć nie ma również relatywizacji zła. Jedynym zasadniczym minusem jest zwyczajne usunięcie z filmu dwójki bohaterów, którzy po prostu nagle przestają pojawiać się na ekranie. To, jak odchodzi kolejny, jest pokazane i wcześniej uzasadnione. Pozostają wspomniana fotografka oraz człowiek, który zainicjował szaloną zemstę, bo nie czuł się na siłach, by przeprowadzić ją samodzielnie, na swoich warunkach.

Jesteśmy postawieni wobec sytuacji, w której niekwestionowane zło, jakiego doznali zwykli Irańczycy, zderza się z ich antysystemową dobrocią, empatią, chęcią wsparcia rodziny największego nawet okrutnika z przeszłości. Ale w nich samych wciąż buzują skrajne emocje. Wiele jest artykułowanych w sporach lub monologach, jednak najwięcej ukazuje oglądającym mowa ciała: dzięki temu lepiej widzimy złożoną strukturę tego filmu, który jest z jednej strony bardzo bezpośredni w swym przekazie, z drugiej jednak – pokazuje jednostkę ludzką doświadczoną okrucieństwem jako kogoś, kto jest gotów wybaczyć, a nawet dąży do udzielenia ekspiacji za wszelką cenę, bo tylko to da jakikolwiek komfort dalszego życia.

Film dla widzów, którzy lubią być zaskakiwani: irański reżyser żongluje konwencjami, włącza elementy surrealizmu i bardzo mocnej groteski, ale jednocześnie od początku do końca zaznacza ogólne założenie tego filmu. Świetny dobór postaci i bardzo dobre aktorstwo przyciągną uwagę na równi z kalejdoskopem nieprzewidywalnych zdarzeń. Dynamiczne kino o czymś, w czym utknęło się na zawsze: o potrzebie wymierzenia sprawiedliwości we w miarę humanitarny sposób. Ofiary reżimu nie chcą postępować jak reżim. Zagubione w swych emocjach i impulsywnych działaniach prezentują dynamiczne kino, od którego trudno się oderwać.

Plakat z materiałów promocyjnych Aurora Films

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-28

„Widzę, że interesuje cię ciemność” Illarion Pawliuk

 

Wydawca: Wydawnictwo Insignis

Data wydania: 29 lipca 2026

Liczba stron: 559

Przekład: Iwona Czapla

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 59,99 zł

Tytuł recenzji: W piekle umysłu

Mam wrażenie, że Insignis Media uknuło mroczny plan corocznego nokautowania ambitnych czytelników dzięki powieściom, które na zawsze wchodzą pod skórę. Po znakomitym „O” Mikiego Liukkonena, uznanym przeze mnie za najlepszą książkę ubiegłego roku, przyszła do mnie czarna koperta, a w niej powieść wstrząsająca umysłem podobnie jak wspomniana wyżej. I choć każda z nich porusza zupełnie inną tematykę, to mam wrażenie, że jednak mają wiele wspólnego. „Widzę, że interesuje cię ciemność” – już sam tytuł to wydawniczy strzał w dziesiątkę – także będzie o depersonalizacji, problemach adaptacyjnych ludzkiego umysłu we współczesnym świecie, a także o tym, że świadomość, a jeszcze bardziej podświadomość mogą być piekłem, z którego wydostanie się nie przynosi ekspiacji ani iluminacji. Wręcz przeciwnie: popycha w kierunku czegoś jeszcze bardziej potwornego. Ujrzenia rzeczy takimi, jakie są. Siebie takim, jakim się jest. I bezkompromisowej rzeczywistości, w której Illarion Pawliuk mimo wszystko wciąż mocno utrzymuje swoją surrealistyczno-oniryczną fabułę, której dał mozaikowy, mocno wstrząsający obraz.

Paralela tych dwóch powieści jest – w moim odczuciu – dużo szersza niż wspominam na wstępie, ale po ubiegłorocznej przygodzie czytelniczej z nieżyjącym już fińskim pisarzem otrzymuję książkę, przez którą przechodzi się z narastającym niepokojem i ze świadomością, że nie ma powrotu. Pawliuk konfabuluje, przestrzega, umiejętnie skraca dystans między tym, co niemożliwe, a tym, co trudne do zrozumienia, jednak przede wszystkim proponuje nam przerażającą podróż. W znaczeniu dosłownym jej przebieg wpasowuje się w materiały promocyjne tej powieści. Mnie jednak chodzi o inną podróż. Wchodzenie w głąb siebie, które grozi brakiem powrotu. To historia człowieka, który postradał zmysły w otoczeniu dbającym o to, by wszystkie one były wyostrzone. Przede wszystkim czujność. Jak podczas działań wojennych w Afganistanie, które przyniosły nie tylko syndrom stresu pourazowego. Także coś, co opisać mogą mniej lub bardziej czytelne odniesienia do mrocznej strony kultury starożytnej, religii oraz filozofii. Wszystko z odrobiną klimatu Bułhakowa, który spotkał Alicję z Krainy Czarów i połączono ich przerażającym paktem z autorem „Boskiej komedii”. Nie można jednak „Widzę, że interesuje cię ciemność” porównywać i zestawiać z nimi, choć widać, że autor pełnymi garściami czerpie z tych wszystkich odniesień kulturowych, które osadzają człowieka w bezradności wobec siebie i otaczającego świata.

Wejść w ciemność to według ukraińskiego prozaika: przede wszystkim dotknąć najczulszej struny nas samych trzymających się w pionie rzeczywistości tylko dzięki dopasowaniu. Kiedy kompas moralności i etyki szwankuje, a naszym doświadczeniem granicznym jest śmierć, wszystko rozpada się jak domek z kart i stajemy wobec Bestii – tego, czym się staliśmy, choć nigdy nie spodziewaliśmy się, że jesteśmy tak przerażająco mroczni w środku.

Fabularnie opowieść prowadzi nas do – ukrytej gdzieś pośrodku ukraińskiej pustki – miejscowości, w której skryło się zło, ale nikt z nim nie walczy, bo wygrywa obojętność spleciona z enigmatycznymi sojuszami. Jest pewna hierarchia społeczna, ale role się zmieniają. Dla kijowskiego policjanta, który otrzymuje zlecenie wyjaśnienia zabójstw i odnalezienia zaginionej dziewczynki, wszystko w Busłowym Sadzie będzie przede wszystkim odbiciem lęków, traum, neuroz i tego, co pozostawiły w nim wojenne doświadczenia. Istotne, by podkreślić, że autor to aktywny porucznik Sił Zbrojnych Ukrainy, a także ojciec. Dlaczego? Bo to bardzo ważne, by zrozumieć rozchwianą kondycję psychiczną głównego bohatera i ujrzeć coś więcej poza mgłą, która przepełnia jego krajobraz emocjonalny.

Miasteczko, w którym wszyscy ignorują zbrodnie. Zbrodnie, popełniane z lekceważeniem wszelkich schematów. Rzeczywistość, w której czas jakby się zatrzymał, a może miejsce, gdzie czas nabiera innego znaczenia, płynąc niczym ciemna woda rzeki Lete. Główny bohater znajduje się w potrzasku. Dotarł gdzieś, skąd nie może się już wydostać. Illarion Pawliuk prowadzi nas przez świat groteskowy, nieczytelny, przerażający jak w horrorze, ale też poprzez przestrzeń, w której dokonuje się swoista przemiana wewnętrzna bohatera. Pisarz znakomicie łączy surrealizm i metafizyczną grozę z trzymaniem się ram rzeczywistości. Jest to z jednej strony powieść bardzo realistyczna, z drugiej jednak – mnożąca zagadki, które pozostaną nierozwiązane aż do końca. Warto też zwracać uwagę na tytuły tego przejmującego grozą tryptyku. I podążając za Hajstrem, próbować zapanować nad lękiem o samego siebie. Nad tym, czy kolejny rozdział pochłonie nas i zawładnie nami tak okrutnie jak mijające w dziwnym miasteczku bez cmentarza dni, podczas których dzieje się więcej, niż wydarzyło w całym dotychczasowym życiu żołnierza i policyjnego śledczego. Wobec tylu zagadek i tylu skomplikowanych niedomówień nigdy nie został postawiony.

Kondycję psychiczną Hajstra dobrze określa jedno z jego przemyśleń: „Jeśli nie rozumiesz, co się dzieje, to znaczy, że jesteś w niebezpieczeństwie”. Czy bohaterowi realnie grozi coś w miejscu, w którym ludzie są jak widma, zmieniają wygląd i tożsamości, na przemian są żywi i umarli, a przede wszystkim pojawiają się nagle, tworząc coraz bardziej zagadkową atmosferę? Oczywiście, że tak. I równie oczywiście nie. Co to za miejsce? Kto i jak ukształtował jego ramy? Z kim ma do czynienia główny bohater? A może raczej z czym? Bo to konfrontacja bezkompromisowa. Wejście w obszar, w którym zawodzi zdrowy rozsądek, a pojawia się coraz więcej niepokoju. Po nim strachu. I desperacji, by wydostać się z klatki własnych wyobrażeń o czymś, co może mieć zupełnie inny kształt.

Bardzo ważna jest tu figura dziecka. Motyw ten powiązany jest z rozpaczliwym, ale konsekwentnym poszukiwaniem dziewczynki, która zniknęła. Myślę, że jednak nie w tym kierunku chce nas prowadzić autor, nie o realne uratowanie konkretnego dziecka chodzi. Dzieci nie powinny umierać. Dzieciom nie powinno się odbierać wszystkiego, co przed nimi: życia i możliwości związanych z tym życiem. Tymczasem cały czas mamy w pamięci pewną wojenną konfrontację wspominaną przez samego Hajstra, od której nie może się uwolnić, która zapętliła jego czas i zatrzymała w pewnej pełnej grozy chwili. Andrij czuje do siebie wstręt. Nie może po granicznym doświadczeniu ze sobą wytrzymać. A tymczasem mnożą się kolejne. Dziewczyna, z którą chciałby stworzyć związek, oddala się w kierunku śmierci, od której uratowany zostaje wcześniak. Hajster wspomina, że sam w pewnym stopniu wciąż jest dzieckiem. Osamotnionym jak to, którego ma szukać. Nie minął też dłuższy czas, odkąd został osierocony. Retrospekcje dotyczące jego życia rodzinnego i relacji z matką to moim zdaniem wstęp do prawdziwego piekła, które przeżyje w miejscowości poza czasem i przestrzenią, gdzie dominuje ignorowane zło i gdzie wciąż tkwi samotne dziecko, jakim w gruncie rzeczy bohater był zawsze. Dzieciom nie może dziać się krzywda. Dorosłych to już nie dotyczy? A kiedy dorosły przestaje być dzieckiem? I czym jest tutaj niedoszłe ojcostwo i macierzyństwo rozpisane potem na kilka mrocznych rozdziałów w miasteczku, w którym nikt nie dba o zaginioną dziewczynkę?

Illarion Pawliuk napisał absolutnie nieprzewidywalną historię, w której groza narasta stopniowo, a czytającego zaskakują coraz to nowe i enigmatyczne postacie stające na drodze śledczego. On zaś ma związane ręce i nie jest w stanie ocenić, czy w jakikolwiek sposób uda mu się rozwikłać choć jedną zagadkę nowego otoczenia. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że to otoczenie pełne zmiennych, przesycone raz groteskową, raz porażającą okrucieństwem atmosferą niedopowiedzeń, będzie miało specyficzne znaczenie. Ta powieść to mistrzowski labirynt fobii i idiosynkrazji. Historia przekraczania własnych możliwości, wychodzenia poza zdolność percepcji, zanurzania się w gęstniejącym mroku samoświadomości. Wybierając ciemność, wybiera się tu konfrontację z czymś, czego boimy się, bo tego nie znamy. A nie wydaje mi się, by w ostatnim czasie ukazała się tak sugestywna powieść o tym, że nie znamy siebie i lepiej, żebyśmy się naprawdę nie poznali. Opowieść o tym, że tworzymy wspólnoty niezrozumienia, i o tym, że jesteśmy wciąż pomiędzy lękiem a jego spełnieniem się. Książka o doświadczaniu śmierci i życia, które wydaje się czymś łagodniejszym niż śmierć. Jedna z tych narracji, podczas których czytania boimy się nie o bohaterów i rozwój akcji. Boimy się tego, jak głęboko weszliśmy w ciemność. Bo skoro czytamy, chłonąc kolejne rozdziały, to chyba ją lubimy?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-24

„Ważka” reż. Paul Andrew Williams


 

FILM

Gatunek: dramat społeczny

Tytuł oryginalny: Dragonfly

Produkcja: Wielka Brytania

Czas trwania: 136 minut

Data polskiej premiery: 24 października 2025

Tytuł recenzji: Dwa niepokoje

Film sprawiający, że widz czuje się bezradny wobec tego, co ogląda. Tak jak bezradne są dwie ukazane tutaj kobiety: każda w innej sytuacji życiowej i w innym wieku, ale jednak stają się sobie bliskie, bo mieszkają obok siebie na brytyjskich przedmieściach. Zaczyna się to wszystko od czegoś, co łatwo przegapić. Cytat z Jamesa Thurbera: o okrutnym kontraście trwania i odchodzenia. Anioł i ważka. Doświadczona życiem staruszka i kobieta na rozdrożu. Do tego pies. Bardzo trudne wydaje mi się uczynienie zwierzęcia bohaterem filmu. Ale Paul Andrew Williams w niskobudżetowej obyczajówce opowiedział o wiele trudniejszą historię. Taką dotykającą prawdziwego bólu, ukazującą prawdziwą krew. Ze znakomitym aktorstwem Andrei Riseborough, które na długo zostaje w pamięci.

Elsie jest staruszką, którą zajmują się opiekunki pomocy społecznej. Trudno nazwać je zaangażowanymi w pracę. Jedna z nich nawet nie zna imienia tej, którą ma się opiekować. Wszystko z niedalekiej perspektywy ogląda samotna dziewczyna żyjąca z głośnym i przysparzającym wielu kłopotów psem. W niedalekiej przyszłości to ona przejmie obowiązki opiekunek społecznych. Prawie niezauważalnie staje się częścią życia Elsie, jakby to było naturalne i serdeczne. Nie jest ani takie, ani takie.

Williams prezentuje najpierw statyczne sceny. Pomieszczenia otwarte i zamknięte. Potem wyraźny najazd na kark bohaterki, na którym wytatuowane jest tajemnicze imię. Sama Colleen swoją fizycznością krzyczy wręcz „nie wpuszczaj mnie do swojego domu, bo wpuścisz tam też moje kłopoty”. Ale Elsie jest ufna i zdecydowana powierzyć nowej przyjaciółce nawet kartę kredytową, by młodsza kobieta robiła jej zakupy.

Sytuacja starszej pani wydaje się klarowna. Tu nic więcej niż śmierć nie może się wydarzyć. W tym życiu wszystko płynie zwyczajnie, to po prostu obraz starości, jeszcze nie tej najgorszej i niedołężnej, nie tej przepełnionej bólem i samotnością. Na razie mamy do czynienia z sympatyczną staruszką z bolącym nadgarstkiem, która potrafi znaleźć w sobie siły, by samodzielnie zrobić to, co powinny robić opiekunki. Niczego złego nie przeczuwa, kiedy w jej drzwiach pojawia się sympatyczna, choć dość ekscentryczna sąsiadka, i oznajmia, że zdecydowała, iż będzie się nią opiekować.

Nie jestem pewien, kto bardziej potrzebuje tu opieki. Reżyser idzie w stronę uczynienia młodszej bohaterki największą tajemnicą tego filmu. Colleen oburza się, gdy Elsie niewłaściwie zgaduje jej wiek, chociaż wydaje się kobietą w ogóle tego wieku pozbawioną. Pozbawioną wszystkiego, także właściwości. Poza tym, że jest chodzącą rozpaczą. Ogląda tutoriale i usiłuje wyglądać jak elegancka kobieta. Nie ma w niej niczego, co czyniłoby ją elegancką. Niesamowicie zagrana jest ta niestabilność emocjonalna. Oczy, którym chce się wierzyć i którym wierzy starsza pani, oraz ciało, które – mam wrażenie – trzymane jest na jakiejś smyczy jak pies głównej bohaterki.

Andrea Riseborough jest znakomita. Ponura, sztucznie wesoła, kryjąca w sobie życiowe tajemnice. Jednocześnie gotowa nieść pomoc i pełna empatii przerywanej przez coś, co jej samej nie daje żyć czy spać. Wyeksponowany w kilku miejscach jej sypialni napis, że miłość tu kłamała, każe widzowi dopisywać dziesiątki traumatycznych wersji scenariusza jej życia. Ale tuż obok jest Elsie i dla niej trzeba być aniołem. Trzeba?

Sielankę tej dziwnej przyjaźni rozbija bohater, który prawdopodobnie nigdy nie powinien się pojawiać – dla swojego dobra oraz dobra jego matki, tak szybko akceptującej pomoc nieznajomej, tak błyskawicznie nazywającej ją przyjaciółką. Ale z czasem porozumienie między kobietami zaczyna się rozpadać. Następują krótkie, surowe sceny niczym z klasycznego thrillera. Zwroty akcji, których widz kompletnie nie przewiduje, ale widać tu od początku, że coś jest bardzo nie tak, a ta relacja może okazać się toksyczna. Pęknięcia są coraz bardziej wyraźne. Tu wydarzy się coś złego.

Williams portretuje dwa rodzaje samotności. Każda wynikła z innych doświadczeń. Jedna jest niejako ewolucyjna: tak się dzieje, starsze panie muszą korzystać z pomocy innych, jeśli chcą nadal być niezależne w swoich domach. Druga to skryty przed widzem wulkan gniewu i rozpaczy. Te drobne wybuchy ścierają dobroduszność z twarzy kobiety, która rzeczywiście pomaga i jest gotowa uczynić życie Elsie łatwiejszym.

Ważka” oparta jest na kontrastach w wielu wymiarach. Od rozpoczynającego ten film cytatu z utworu Thurbera po pełne napięć sceny, które wydają się zapowiadać coś złego. Z jednej strony jest szorstkość i enigmatyczność, z drugiej – obrazy czułości, jaką otrzymuje Elsie od sąsiadki, gdy ta zajmuje się jej włosami czy też masuje bolący nadgarstek. Życiorys żadnej z bohaterek nie jest wyraźnie zarysowany, dlatego obie tak bardzo przyciągają uwagę. O ile jednak jedna z nich staje się mało atrakcyjna dla całokształtu filmu (choć przepiękne są ujęcia jej twarzy i sylwetki), o tyle druga wprowadza coraz większy niepokój i ostatecznie pozostawia widza kompletnie bezradnego wobec pomysłu zakończenia tej historii.

Najciekawsze zawsze jest to, co nie jest pokazane wprost. Paul Andrew Williams tworzy pełen niedopowiedzeń obraz o zmieniającej się tonacji. „Ważka” ze zwyczajnego kina obyczajowego staje się niepokojącym filmem psychologicznym, w którym więcej jest pytań niż odpowiedzi, choć zdarzenia logicznie wynikają z siebie od początku do końca. Jednak trudno jednoznacznie określić początek rozgrywającego się tu dramatu. Z pewnością jest to film dla widza, który ceni sobie kameralność i oszczędność środków wyrazu. Oraz zauważa, jak wiele można wyrazić samą mimiką. I oszczędnym podkładem dźwiękowym. Wielki dramat, który przechodzi niezauważony. Syta staruszka kontra biedna i skrzywdzona przez życie kobieta. Jedna zasłużyła na lepszą starość, druga z niewiadomych powodów nie zasłużyła na spokojne życie. A widz na spokój podczas oglądania tego pełnego dziwnych zdarzeń filmu, który od początku sugeruje, że w powietrzu wisi coś niedobrego. Obraz zapadający w pamięć. Dobry przykład brytyjskiego kina pokazującego, jak prostymi środkami wyrazu można zaprezentować niesamowicie skomplikowaną sytuację.

Plakat filmowy z materiałów prasowych Filmweb.pl

---

Jeśli spodobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-22

„Gdy odnajdziemy drogę” Laura Barrow

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 15 lipca 2026

Liczba stron: 416

Przekład: Joanna Sugiero

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Ku wolności

To rodzaj książki, który normalnie nie wzbudziłby choćby odrobiny mojego zainteresowania, jednak zdecydowałem się na przyjemny reset mózgu – tym bardziej że ta literatura środka napisana jest naprawdę niezłym językiem. Nic nie dzieje się tu przypadkiem, a każde zdarzenie jest naturalnie wyjaśnione ze szczegółami. Wszelkie wątpliwe w swych konsekwencjach działania bohaterów również otrzymują szeroki narratorski komentarz. Laura Barrow napisała klasyczną powieść do omawiania na spotkaniach członkiń – bo zwykle są to kobiety – mniejszych lub większych klubów książki, co podkreśla na końcu, proponując swoim odbiorczyniom listę pytań albo kwestie do rozważenia, gdyby przypadkiem jakieś wątpliwości lub pytania nie przyszłyby im do głowy po lekturze.

„Gdy odnajdziemy drogę” odstręczała mnie już samym tytułem. Ale przyciągnęła świetnym zabiegiem związanym z muzyką. Duchem tej powieści, niepokornym i będącym punktem odniesienia dla działań bohaterek, jest duch młodo i tragicznie zmarłej wokalistki Patsy Cline. Zwykle czytam książki w ciszy, ale tym razem zrobiłem wyjątek – i polecam tę zabawę tym, którym książka wyda się w końcu zbyt miałka, banalna i przewidywalna. Asocjacje, jakie otrzymujemy dzięki czytaniu i słuchaniu konkretnego singla piosenkarki, którego tytuł uzupełnia dany rozdział, są bardzo ciekawe, bo uplastyczniają tę narrację dużo lepiej niż słowa. I tak na przykład można sprawdzić, która piosenka Cline została dobrze dopasowana do danego fragmentu powieści, a dźwięki której niekoniecznie się sprawdzają w tym miejscu narracji, przez które ma prowadzić.

Zatem muzyka i inspiracje. To, co tu najciekawsze, to nie historia głównej bohaterki, lecz retrospekcje w formie listów: opowieść o życiu jej babki, miłości do muzyki Cline, tęsknocie za tą jedyną w swoim rodzaju gitarą, o założeniu zespołu muzycznego, spełnianiu marzeń i o małżeństwie, które w oczach wnuczki było idyllą, choć Effie nie rejestruje zbyt szybko, że to drugie małżeństwo, a pierwsze było koszmarem. Jej małżeństwo również takie jest. Pełna witalizmu i przepełniona muzycznym optymizmem babka jest dla niej kimś, kto prowadził niedoścignione spełnione życie. Effie po blisko dwóch dekadach stoi na skraju rozwodu i niczego, co do tej pory osiągnęła, nie może nazwać spełnieniem marzeń. Najwyżej uciechą z prostych rzeczy, które przynoszą ciepło i poczucie przywiązania do nich.

Tak jak Lola wzięła się w garść wiele lat temu, gdy Patsy Cline odpisała wreszcie na jeden z jej listów, tak tuż przed rozwodem weźmie się w garść matka trójki dzieci. Wszystkie okoliczności losu sprzysięgają się przeciwko niej, a przynajmniej Effie tak uważa. Laura Barrow robi ze swojej bohaterki taką troszkę słodką idiotkę, ale w dużej mierze tworzy kobietę, która jest być może naiwna, lecz nie jest głupia. Wyciąga wnioski z bieżących wydarzeń, analizuje przeszłość, by nie popełniać tych samych błędów, i przede wszystkim wpatrzona jest w niezwykłą biografię swojej babki, która – w przeciwieństwie do przeżywającej różne rozgoryczenia matki – konsekwentnie i stanowczo szła w kierunku spełnienia marzeń.

Tak, Barrow napisała jedną z tysięcy książek o prostych i chwytliwych przesłaniach. Żyj i niczego nie żałuj. Bądź dla siebie dobra. Podążaj w kierunku marzeń bez względu na to, ile to kosztuje. Bądź spełniona dzięki temu, że jesteś sobą. I bądź sobą zawsze, bo wtedy staniesz się silniejsza. Tak to mniej więcej można streścić, choć amerykańska pisarka stara się, żeby na to nie wyglądało. Dlatego do powieści wprowadza czynnik transcendencji. Główna bohaterka podczas operacji w klinice chirurgii plastycznej przeżywa coś w rodzaju śmierci klinicznej. A potem… coraz częściej zdarzają się momenty, kiedy jej świadomość podąża specyficznymi ścieżkami, a Effie zaczyna widzieć duchy. I naturalnie z nimi rozmawiać. Co – także naturalnie – będzie miało swoje konsekwencje.

Nie wiem, który czynnik tej raczej sztampowej narracji o poszukiwaniu kobiecego szczęścia powoduje, że czyta się tę książkę z ciekawością do końca: obecność muzycznej ikony mocno niedocenionej po swej śmierci czy te pojawiające się duchy, które uzupełniają to, co odbiorca mógłby sobie wyobrazić, ale mimo swojego dydaktyzmu są po prostu czymś oryginalnym i rozwijają fabułę w ciekawym sposób. Poza tym nie ma u Barrow wiele. Jest kobieta na krawędzi i tak układające się wydarzenia, że Effie szybko od tej krawędzi się odsunie. Oczywiście problemy bohaterów tej książki nie obejmują finansów czy zdrowia, aczkolwiek jego stan w przypadku seniorki generuje sporo problemów, a ostatecznie znacząco wpływa na kształt zakończenia.

Wszyscy tu pozornie mają wszystko, lecz praktycznie każdy gdzieś coś ważnego zgubił. Czy to zdrowy rozsądek, czy potrzebę przynależności. Ale amerykańskie problemy typowych mieszkańców Kansas czy Teksasu są do bólu nudne. Mamy rozwód w toku wywołany rzecz jasna niewiernością męża, który wybiera dużo młodszą partnerkę. Mamy klasyczną amerykańską psiapsi, która rzuci wszystko i wszędzie, byle tylko pomóc swojej najbliższej koleżance. Jest również lustrem, w którym ta druga się przegląda, i kategorycznie ocenia zdradę małżonka tej, której poświęciła tak wiele miłości i dobrego serca; bo Effie oczywiście zasługuje na to, by ktoś jej odpłacił dobrocią serca. Co jeszcze? Jest motyw podejmowania pracy po latach bycia gospodynią domową, są dzieci wkraczające w tak zwany trudny wiek, niejasne losy rozwodu, ale przede wszystkim dużo mówienia wciąż o tym samym, tyle że za każdym razem innymi słowami.

Dialogi zdecydowanie nie są mocnym punktem tej powieści, ale ich rola w fabule już tak. To, co powiedziane głośno, zdaje się po raz pierwszy istnieć naprawdę. To, co ukryte w sercu, zostaje zwerbalizowane i otrzymuje specjalną moc. Brakowało mi tu jeszcze jakiejś efemerycznej istotki ze skrzydełkami, która magiczną różdżką rozwiązuje problemy, ale Barrow postanowiła się sama w kogoś takiego zabawić. Efekt jest zabawny. A ja dzięki tej książce poznałem kawał dobrej amerykańskiej muzyki z przełomu lat 50. i 60. ubiegłego stulecia. Szkoda tylko, że pisarka nie pomogła mi odnaleźć tej właściwej drogi. Uświadomiła jedynie, że amerykańskie pisarki w przeciwieństwie do polskich są naprawdę dobre w tworzeniu literatury środka. Unikają jak ognia jakiejkolwiek martyrologii, a w tym gatunku to niezwykle cenne. Opowieść dynamiczna, ciekawie poprowadzona, do zapomnienia w ciągu tygodnia, ale pozostawiająca jednak jakieś ślady – przede wszystkim muzyczne, bo innych śladów artystycznych dokonań raczej tutaj nie znajdziemy.

---

Jeśli spodobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ