2021-06-23

„Brud” Bartosz Kurek

 

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 16 czerwca 2021

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Milioner i dziennikarz

Zdarzyło wam się kiedyś udostępnić w mediach społecznościowych film albo mem, który okazał się materiałem fałszywym? Nie robię tego nigdy, bo zawsze pojawia się we mnie margines niepewności, czy widzę naprawdę to, co ma miejsce, i czy czytam o tym, co zostało powiedziane lub napisane. Po lekturze „Brudu” jedynie ugruntowałem się w przekonaniu, że robię słusznie. Bo to w dużej mierze książka na temat tego, jak ulegamy iluzjom, jak łatwo manipulować naszymi przekonaniami i światopoglądem, a raczej wpływać na nas przez złudne przekonanie, że coś jest nasze, możemy się z tym utożsamić. Bartosz Kurek w swojej debiutanckiej książce udowadnia, że warto pisać o tym, na czym się naprawdę znamy. Nie znaczy to, że czujący potrzebę bycia pisarzami lekarze mają umieszczać akcje swoich książek w szpitalach, bibliotekarze w zaciszu swych bibliotek, a dziennikarze na korytarzach redakcji, jednak autor – dziennikarz właśnie – zdecydował się na opowiadanie historii w taki sposób, aby była mu bliska, a tym samym wiarygodna dla czytelników. Jeśli „Brud” ma być dowodem na to, że w życiu Kurka przyszedł czas na diametralną zmianę, to trzymam kciuki za nową ścieżkę rozwoju, bo jego debiutancka powieść jest bardzo dobra.

Wszystko w tej książce jest dynamiczne. Chociaż autor nie zaniedbuje opisów, absolutnie nie mają one tutaj funkcji retardacyjnej. Bohaterowie „Brudu” funkcjonują na adrenalinie. W ich życiu cały czas coś się dzieje. Wciąż działają, wciąż aktywnie wychodzą naprzeciw nowym wyzwaniom. Są ludźmi zaangażowanymi w sprawy, które śledzi opinia publiczna. I wszystko zależy od tego, w jaki sposób ta opinia publiczna zostanie poinformowana o tym, co się dzieje. A dzieje się ważny przetarg. Tor Służewiec ma zostać sprzedany. Jednym z zainteresowanych jest polski miliarder Waldemar Skoneczny. I tu zaczyna się oryginalność prozy Kurka.

Przede wszystkim mamy tu nietuzinkowe i inne od sztampowego portretowanie nieprzyzwoicie bogatego Polaka. Takiego, wobec którego niemal instynktownie odczuwa się konkretne emocje, a wszystko sterowane jest podświadomą zawiścią. Skoneczny nie jest typowym miliarderem, a nawet jeżeli postępuje lub myśli tak, jak przyzwyczailiśmy się, że myślą podobni jemu bohaterowie w powieściach, Bartosz Kurek stawia na dużą indywidualizację tej postaci. Zamieszany w kilka afer i atakowany na kilku frontach bohater staje się kimś, kto rzeczywiście może mieć coś do ukrycia, ale również wyzwalającym w czytających inne uczucia niż te, których można byłoby się spodziewać po powieści osadzonej w świecie wpływów i potężnych biznesów ludzi mogących kupić wszystko. Czy można kupić ludzką przyzwoitość?

Sprawie przetargu i medialnym wątpliwościom dotyczącym Skonecznego przyjrzy się asertywny i przebojowy dziennikarz Wiktor Zybert. Mieszkający na barce mężczyzna funkcjonuje w pewien sposób tymczasowo. Tymczasowe lokum, tymczasowe życie seksualne, tymczasowe przekonanie o komforcie życiowym, z którego wybija go sprawa Skonecznego. Bohater ma za sobą mroczną kartę zawodowej przeszłości, ale obecnie zaczyna żyć sprawą kogoś, kogo raczej się nie wybiela. Jak Polak ma dużo pieniędzy, to na pewno też sporo za uszami. Coraz więcej niejasności zbliża Zyberta do biznesmena kryjącego sporo tajemnic. Nagle okazuje się, że dziennikarz Kurka znajduje się w orbicie różnych wpływów, które wzajemnie się wykluczają. Z czasem określi się w swych działaniach i będzie zmierzał do tego, by odkryć prawdę. A w „Brudzie” sporo jest do odkrycia. Myślę, że ta książka byłaby jeszcze lepsza, gdyby autor zadbał o indywidualizację pewnych postaci, zamiast je szybko uśmiercać. Powieść zyskałaby w warstwie psychologicznej – i tak niezłej – bo jak wspomniałem wcześniej: opierając się na ciągłej dynamice, siłą rzeczy istotne kwestie może marginalizować.

Tym niemniej ukryta w „Brudzie” wieloznaczna tajemnica odsłania się bardzo ciekawie i przyglądamy się naszemu miliarderowi z zupełnie innej perspektywy. Kurek opowiada przede wszystkim o tym, w jaki sposób kreowane są tajemnice i jak zachęca się ludzi do tego, by uwierzyli w zagadki, których albo nie ma, albo mają zupełnie inny kształt niż ten, który się na pierwszy rzut oka dostrzega. Ta debiutancka książka jest przede wszystkim o tym, jak silnie i skutecznie jesteśmy na co dzień manipulowani. Media społecznościowe i szerzej elektroniczne stają się tutaj poligonami doświadczeń speców od wpływania na przekonania i emocje większych grup odbiorców. Niby nic nowego, jednak Bartosz Kurek ujmuje temat z ciekawej perspektywy. Istotna jest tu postać Zyberta. Z jednej strony zdaje on sobie sprawę z tego, jak mocno w jego codziennej pracy zakorzenił się fałsz. Z drugiej jednak – jest dziennikarzem zdecydowanie broniącym prawdy i gotowym na to, by pokazywać rzeczy takimi, jakimi one są. Tymczasem musi mierzyć się z intrygami, które zmieniają rzeczywistość, bo potrafią zmienić pogląd na daną sprawę.

„Brud” to powieść o środowisku dziennikarskim, któremu podstawia krzywe zwierciadło. Ale to, co najważniejsze, to skupienie się na etyce postępowania mającego na celu wyjaśnienie czegoś szerszej publiczności. W jaki sposób materializm i korupcja odkształcają wiarygodność mediów? Co stoi za tym, że dziennikarstwo zaczyna być nieprofesjonalne, bo nie sprawdza dokładnie źródeł? I co wówczas, gdy samo źródło jest skażone fałszem, a nikt nie ma o tym pojęcia? Kurek obrazuje nie tylko drogę zawodową człowieka gotowego na wszystko w starciu z manipulatorami, lecz również sposoby oddziaływania na wyobraźnię, wpływania na wydawane przez ludzi opinie. Jak niszczycielską moc może mieć spreparowana informacja, która usiłuje mówić o danym fakcie, ale tak naprawdę niewiele ma z nim wspólnego? „Brud” otwiera oczy na sprawy dość oczywiste, jednak najlepiej sprawdza się jako opowieść o oczyszczaniu dobrego imienia. W tym znaczeniu zarówno tytuł, jak i okładka idealnie współgrają z tą powieścią, ale jest w niej również fantazja na temat tego, czy etyka dziennikarska to na pewno zbiór ustalonych zasad i modeli postępowania.

Ciekawie skonstruowana powieść, w której odnajdą się zarówno zwolennicy dynamicznych powieści sensacyjno-kryminalnych, jak i wielbiciele thrillerów z takim rodzajem tajemnicy, który powoduje, że sprawy publiczne nagle stają się intymnymi sprawami prywatnymi. „Brud” to również ciekawa fantazja o ludzkiej moralności, dwuznaczności dokonywanych wyborów oraz presji, jakiej podlegamy, decydując o czymś w krótkim czasie. Wiarygodność świata przedstawionego sprawia, że można odnieść wrażenie, iż każdy element tej książki jest na właściwym miejscu. Czyta się błyskawicznie i z dużą satysfakcją.

2021-06-21

„Shuggie Bain” Douglas Stuart

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 16 czerwca 2021

Liczba stron: 524

Przekład: Krzysztof Cieślik

Oprawa: miękka/twarda

Cena det.: 44,90/49,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość na przekór

Brawurowy debiut Douglasa Stuarta opowiada o niemocy i rozpaczy. Znakomite w tej książce jest to, że autor wątki autobiograficzne sprawnie i spójnie łączy z szerokim tłem społecznym, dając dowód na to, że każda dysfunkcja życia rodzinnego ma jakiś kontekst i nie jest – wbrew pozorom – kameralnym i prywatnym dramatem. Siłą tej powieści jest przede wszystkim jej język i tu należy pochwalić tłumaczenie. Historia buntu głównego bohatera wyrażona zostaje za pomocą kalekiej składni – męczącej i pretensjonalnej, ale będącej częścią jego tożsamości. Bez tej rewelacyjnie przetłumaczonej angielszczyzny marginesu społecznego, jakby pełnej brudu otoczenia, który osadza się na języku i w nim, nie byłby możliwy do uzyskania tak doskonały efekt. Shuggie od początku do końca stoi w kontrze do tak wyrażającego się świata. A jednocześnie jest jego integralną częścią, bo każdy dzień jego niemocy i rozpaczy to zwykły scenariusz wszystkich robotniczych osiedli Glasgow w latach osiemdziesiątych minionego stulecia, z mrocznym piętnem rządów Margaret Thatcher, zamykaniem dużych zakładów pracy, codziennością naznaczoną poczuciem przegranej i tego, że nikt nie może już oczekiwać zmiany na lepsze.

W tę zmianę wierzy Shuggie Bain – osamotniony i poddawany rówieśniczemu ostracyzmowi chłopiec, który musi mierzyć się z szorstkością najbliższej relacji. Ośmieszany i wytykany palcami przez otoczenie zdaje się nie przejmować tym wszystkim tak bardzo jak swą niemocą w stosunku do matki alkoholiczki. Chciałby ją za wszelką cenę ocalić, nie rozumiejąc, że tylko Agnes Bain może siebie uratować. Miłość sprawia, że zrobi dla matki wszystko. Tylko czy ona oczekuje od niego poświęceń? I w jaki sposób w umyśle dotkniętej nałogiem kobiety kreuje się wizerunek dorastającego syna, który w przeciwieństwie do starszego rodzeństwa nie chce uciec od domowego koszmaru, lecz wciąż ma nadzieję na to, że można coś zmienić?

Najmocniej wybrzmiewają w tej powieści słowa Agnes wypowiadane przy łóżku umierającego ojca: „Dlaczego wszystko w życiu musimy po prostu biernie przyjmować?”. Stuart przyjrzy się tej bierności z wyjątkowym zaangażowaniem. A także czułością dla każdej kalekiej formy życia, dla każdego niezrealizowanego scenariusza szczęścia, dla świata zasiłków, bezmyślnej prokreacji, poczucia niespełnienia, dla świata sadzy, rdzy i brzydkich mieszkań wszystkich tych brzydkich ludzi, których Agnes zawstydza swoją urodą, a którzy na nic już nie mają nadziei i nie chce im się ani wyglądać, ani wypowiadać się tak jak należy. „Shuggie Bain” to opowieść o życiowej bierności wynikającej z tego, że niezwykle trudno przełamać pokoleniową spuściznę różnego rodzaju przemocy i upodlenia. W świecie ponurego Glasgow, w którym wiecznie pada deszcz, a ludzi stać tylko na to, by z podniesioną przez chwilę głową ustawić się w kolejce po zasiłek socjalny, poznajemy rodziny przekazujące sobie tylko jakąś życiową i emocjonalną dysfunkcję, wobec której wszyscy są całkowicie bezradni. Można odnieść wrażenie, że ten mroczny świat bycia pasywnym wobec życia jest także przestrzenią bierności wobec tego, co w każdym słabe i ułomne. Są dziesiątki powodów, dla których bohaterowie tej książki nigdy nie zdobędą się na odmianę swojego losu. Możemy przyjrzeć się temu, że ten los jest jakąś jednokierunkową bezkompromisową ścieżką. Kto i w jaki sposób u Stuarta ocaleje i czy ktokolwiek się wyzwoli?

Najistotniejsze w tej powieści są sugestywnie pokazywane relacje między matką a synem. Dynamicznie się zmieniające, wciąż nasycone dramatyzmem i fatalizmem, a jednak za każdym razem, przy każdej scenie wciąż na nowo poruszające wrażliwość czytającego. Stuart kreśli bardzo wiele zapadających w pamięć obrazów. Są tam sceny trudne do uniesienia – w rozpaczy kumuluje się gniew dorosłej kobiety i bezsilność dziecka za każdym razem pragnącego ten gniew ugasić. Od tańczącego pięciolatka usiłującego uszczęśliwić rodzicielkę do zdeterminowanego jedenastolatka jadącego na drugi koniec miasta, by pomóc beztrosko imprezującej matce – jesteśmy z chłopcem dorastającym pośród wszystkiego, co najgorsze, który z różnych powodów musi szybko stać się odpowiedzialnym mężczyzną. W zastępstwie nieobecnego ojca i ze świadomością, że to on, dorastający syn alkoholiczki, musi wziąć na siebie odpowiedzialność za jej życie i postępowanie.

Losy Agnes to symboliczny obraz społecznego i egzystencjalnego niedostosowania. Obraz wkraczania do klatki, z której potem nie ma się już sił wydostać. Świetna diagnoza nałogu jest u Stuarta sprzężona z obrazami sugerującymi, że alkoholizm to ciągłe powroty do tego, co było, i ciągłe rozpaczliwe próby odczarowania rzeczywistości, której odczarować się nie da. Nałóg Agnes to oczywiście wyraz bezradności wobec samej siebie, ale „Shuggie Bain” pokazuje mimo wszystko tę kompulsywną buntowniczość i konsekwencję w działaniu – by choć na chwilę zerwać z tym, co warunkuje życie i myślenie, choć na moment poczuć się kimś lepszym i nieuzależnionym. Bo nie tylko alkoholizm jest tu nałogiem, który portretuje szkocki autor. Dużo groźniejsze jest wrośnięcie w poczucie bycia gorszym i kimś, komu przysługuje bardzo niewielki wachlarz życiowych możliwości. Kimś, kim można gardzić i kto gardzi samym sobą. Można sądzić, że z tego dusznego świata nie ma dla nikogo wyjścia. A jednak wszyscy starają się podjąć choćby próby ucieczki. Do czego wracają? Stuart jest tu niejednoznaczny w diagnozie, choć od początku do końca jest to z pewnością jednoznacznie ponura w tonacji na każdym poziomie odczytania powieść.

Shuggie usiłuje znaleźć inne opcje niż alternatywa, że trzeba się dostosować albo uciekać. Dorasta w świecie, w którym wybór – na przykład tego, komu się kibicuje – stać się może sprawą życia i śmierci. Bohater wciąż musi mierzyć się z tym, co wybrać. Jego dylematy Stuart kreśli bardzo kameralnie. Można odnieść wrażenie, że chłopiec staje się chwilami tylko tłem dla rzeczywistości, która krzyczy, a może złowieszczo skrzeczy w uszach czytelnika. Ale to oczywiście historia Baina jest tu najważniejsza – tego, w jaki sposób definiuje to, co dla niego i dla innych toksyczne, a także tego, jak walczy z wyobcowaniem. Douglas Stuart napisał powieść o takim rodzaju samotności, który nie tylko chwyta za serce – to samotność wyjątkowo przejmująca, doświadczenie dziecka niemogącego właściwie tym dzieckiem być. To powieść o samotności odbierającej prawo do beztroski, popełniania błędów i prawo do bycia pod opieką czułego dorosłego. W relacji matki i syna następuje odwrócenie ról – mały człowiek ma wesprzeć i unieść dysfunkcyjną rodzicielkę. W tej kalekiej miłości jest jednocześnie ogromny żar. I wyraźna sugestia, że to jedna z najsilniejszych więzi, jakie mogą powstać. Kochać na przekór, kochać wbrew, kochać mimo odrzucenia, okrucieństwa i niemocy – ten rodzaj miłości Stuart portretuje dosadnie i przekonująco. Nie możemy mieć wątpliwości, że „Shuggie Bain” to książka o tym, iż zdeformowana miłość może być jedną z najsilniejszych w życiu.

Świetny i poruszający wizerunek świata ludzi, których dzielą katolicyzm i protestantyzm, lepsze i gorsze perspektywy, mniejszy lub większy poziom agresji i frustracji, przekonanie o jakimś jutrze albo jego brak. Ale łączy to samo fatalne poczucie beznadziejności swojego życia, w którym mimo wszystko trzeba starać się być człowiekiem, próbować kochać, okazywać troskę oraz mocno wierzyć w to, że mimo całego absurdu rzeczywistości coś w niej można zmienić. Jedna z bardziej przejmujących książek, które przeczytałem w tym roku. Nie bazuje tylko na tym, że czytający zaczynają współczuć. Cierpi się razem ze wszystkimi bohaterami i przez to „Shuggie Bain” na zawsze wchodzi pod skórę i do serca.

2021-06-17

„Zdrada” Lilja Sigurðardóttir

 

Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 16 czerwca 2021

Liczba stron: 392

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kobieta i władza

Na pewno nie jest łatwo w Islandii przełamać monopol patronimiku Sigurðardóttir na dobre powieści kryminalne, które od lat są islandzkim towarem eksportowym pisanym przez znaną na świecie Yrsę. Lilja Sigurðardóttir próbuje zaistnieć w świadomości islandzkich czytelników i o ile trudno wyrokować z polskiej perspektywy, jak jej to wychodzi w ojczyźnie, o tyle można pokusić się o stwierdzenie, że nie tylko znana Yrsa jest świetną islandzką pisarką gatunkową. Po znakomitym tryptyku „Reykjavik Noir” otrzymujemy nową, niezwiązaną z żadnym cyklem książkę, w której Lilja Sigurðardóttir wraca do poruszanych już problemów społecznych, do czułego portretowania topografii islandzkiej stolicy, ale tym razem stawia przede wszystkim pytania o to, jakie uczucia i emocje wywołuje kobieta u władzy. Czy w Islandii słynącej z równouprawnienia taka powieść jest potrzebna? Najwidoczniej tak. Zwłaszcza że „Zdrada” ciekawie portretuje problem odium, jakie może spaść na osobę publiczną tylko z powodu jej płci.

Islandzka pisarka proponuje nam kilka opowieści, które bardzo spójnie łączą się w całość. Różnorodność perspektyw, w których widzimy opisywane problemy, dodaje książce sugestywności. Śledzić będziemy nie tylko intensywne dwa i pół tygodnia z życia świeżo mianowanej islandzkiej minister sprawiedliwości. Przyjrzymy się punktom widzenia ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu będą związani z życiem głównej bohaterki. Zatem poza perypetiami Ursuli Aradottir obejmującej tymczasowo ministerialną tekę śledzić będziemy życie między innymi jej szofera, sprzątaczki z urzędu czy kobiety interpretującej po swojemu fakty i opinie w sprawie, którą Ursula obiecuje się zająć. Ale jest tu również bardzo ważna historia pewnego bezdomnego człowieka zdającego się wiedzieć więcej o nowej pani minister. Widzi, że zagraża jej niebezpieczeństwo. Usiłuje ją przed nim ochronić? Tak czy owak drugoplanowy Petur jest tu pełnokrwistym bohaterem literackim nie tylko dlatego, że w sytej i dostatniej Islandii staje się rzadkim przedstawicielem marginesu społecznego. Ursula nie ma tak naprawdę pojęcia, co łączy ją z tym mężczyzną. A łączy zaskakująco wiele. Nie to, o czym ona myśli. Przede wszystkim mroczna tajemnica sprzed lat.

Jak w klasycznej powieści noir powinno być, duże znaczenie ma tu przeszłość odsłaniana stopniowo i z umiejętnością punktowania tego, co najważniejsze. To, co minęło, stale powraca w coraz bardziej diabolicznym (sic!) wymiarze. W czasie przeszłym skryły się demony, z którymi bohaterowie wciąż muszą się mierzyć. Odważna, asertywna i silna Ursula wciąż jest dwunastoletnią dziewczynką, która doświadczyła największego życiowego dramatu, i wciąż na nowo zadaje sobie pytanie o to, dlaczego ojciec wybrał drogę niewidzialności i społecznej zbędności. Ale „Zdrada” to będzie również książka z interesującymi postaciami mężczyzn – takimi, których przed laty połączyła przerażająca tajemnica. Dziś muszą iść przez życie z pamięcią o tym, co na zawsze ich zmieniło. Co dalej działa destrukcyjnie i nie jest zamkniętym czasem przeszłym.

Lilja Sigurðardóttir proponuje ciekawe rozwiązania fabularne związane z motywem diaboliczności. Mamy tutaj kogoś, kto odpowiednio interpretuje znajomość Ursuli. Długo nie wiemy, dlaczego główna bohaterka znalazła się w sferze diabelskich wpływów i kto tak naprawdę jest tym diabłem. A potem stopniowo i konsekwentnie schodzimy do piekła, w którym przed laty zdarzyło się coś, co na zawsze naznaczyło przynajmniej kilka osób. Wokół zagadki tajemniczej śmierci koncentrują się te zdarzenia, które islandzka autorka będzie odsłaniać stopniowo i niekompletnie. W świecie przedstawionym tej powieści ogromne znaczenie będzie miało zatem to, co wpłynęło na postawy życiowe bohaterów – na to, kim są obecnie i ku czemu dążą.

„Zdrada” to kolejna ciekawa autorska fantazja o tym, że Islandia tylko pozornie może być najbezpieczniejszym i najlepszym krajem do życia. Ciemnoskóra emigrantka Stella przybyła do Islandii z matką, by raz na zawsze rozstać się z przemocą i strachem. Można odnieść wrażenie, że w kraju nie dzieje się nic niepokojącego, co mogłoby zajmować opinię publiczną i burzyć jej poczucie bezpieczeństwa. A jednak wciąż na nowo ujawnia się nakreślone na początku zło, które weszło komuś pod skórę i domaga się kontynuacji – to, co piekielne, znowu może eskalować. Aby zrozumieć mroczny wymiar całej historii, musimy prześledzić pojedyncze opowieści. I dopiero po jakimś czasie samodzielnie uznać, która z nich jest tutaj najważniejsza.

Wizerunek Ursuli Aradottir stworzony jest w taki sposób, że z jednej strony wiemy, iż mamy do czynienia z bohaterką stojącą na straży prawdy i uczciwości, z drugiej jednak – są tu zaznaczone momenty, w których Ursula nie jest kryształową postacią i sama gubi się w swoich emocjach. Po tym, jak walczyła z ebolą w Afryce i wspierała w ciężkim losie uchodźców na Bliskim Wschodzie, jest przekonana, że po powrocie do ojczyzny nie czeka ją – zwłaszcza na państwowej posadzie – żadne niebezpieczeństwo ani żadna wątpliwość. Bohaterka „Zdrady” doświadczyła ekstremalnych ludzkich dramatów, ale nigdy tak naprawdę nie zmierzyła się z tym, co naznaczyło ją przez laty. Tylko dlatego, że ważna dla niej rodzina stała się jeszcze ważniejsza, gdy kobieta zrozumiała, jak boli mający miejsce wiele lat temu dramat opuszczenia przez kogoś najbliższego?

Lilja Sigurðardóttir z feministycznym sznytem opowiada o świecie zdominowanym przez bezkompromisowych mężczyzn. Świecie, w którym mężczyzna może więcej, ale nie jest świadomy, w jaką pułapkę wpada, czując pozorną bezkarność oraz rozumując, że świat wartości i poglądów wciąż zdominowany jest przez jedną płeć. Ciekawe wizerunki kobiet skonfrontowane są z tymi męskimi – będą tu zarysowane wyraźne antagonizmy, ale znajdą się w centrum zainteresowania autorki mężczyźni, dzięki którym kobiety walczą… z męską dominacją. Islandzkie życie społeczne oraz polityczne okazuje się zdeterminowane przez płeć i zaskakująco łatwo bazujące na stereotypach. Wciąż jest to przestrzeń specyficznej walki. Wciąż – jak we wszystkich książkach tej autorki – pojawią się dwa fronty nieprzypadkowo powiązane z płciowością, ale również odmiennym rodzajem zdeterminowania. Pojawi się tu nierozwiązana sprawa przemocy seksualnej, jak również problem szowinistycznej dominacji politycznej. Jakkolwiek polityka jest tu tłem, staje się tłem wyraźnym. „Zdrada” jest również ciekawą powieścią, w której świetnie i wieloznacznie funkcjonuje jej tytuł. Na pewno zadowoli czytelników trylogii kryminalnej tej autorki, ale też z pewnością pozwoli zyskać nowych odbiorców. Zwłaszcza takich, którzy lubią budowanie atmosfery powieści w nieoczywisty sposób, zwracający uwagę na różne punkty widzenia i rozmaite ujęcia tego samego problemu.

2021-06-15

„Niewidzialni” Natalia Delewa

 

Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 28 maja 2021

Liczba stron: 184

Przekład: Hanna Karpińska

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Odtrącenia i szanse

Natalia Delewa nie opowiada nam o niczym, o czym nie mielibyśmy pojęcia. Z drugiej strony – dopiero po lekturze „Niewidzialnych” rozumienie pojęcia dramatu odrzucenia poszerza się, ale i gdzieś niepokojąco pęcznieje. W efekcie pozostajemy z dużym niepokojem po lekturze tej kameralnej opowieści. I z pytaniami o to, czy rzeczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, czym jest zbędność społeczna, emocjonalna, charakterologiczna czy egzystencjalna. Wiodący w tej książce jest motyw pokrzywdzonego dziecka. Bułgarska pisarka zdaje się sugerować, że dzieciństwo jest wszystkim, czym jesteśmy potem. To nie tylko bagaż doświadczeń, ale również takie spektrum przeżyć, w którym tworzy się delikatna struktura naszych emocji. Można iść przez życie ze stygmatem, ale również z szansą odrzucenia go. Czy ten drugi paradoks jest możliwy? Delewa opowiada o kobiecie, która najpierw opowiada siebie jako tę, której życie odebrało możliwości. Potem jednak widzimy, że sporo tych możliwości przed nią – skontrastowanie z innymi, większymi dramatami jest jednocześnie okolicznością, w której w gruncie rzeczy bardzo samotna bohaterka odnajduje siłę swego wyobcowania.

Interesująca jest w strukturze tej opowieści melancholijna poetyckość, która walczy o uwagę czytającego na równi z plastyczną dbałością o szczegóły, kiedy opowieści stają się boleśnie dosłowne i wyzierają z tych zakątków rzeczywistości, do których niechętnie zaglądamy. Z jednej strony „Niewidzialnych” buduje narracja oparta na retrospekcjach, gdzie możemy dostrzec, w jaki sposób dwukrotnie kobieta jest w stanie wyjść naprzeciw fatum i sama stać się osobą przyjmującą inną postawę życiową niż ta, którą zapamiętała. Z drugiej jednak – mamy tutaj kilka miniatur literackich, które mogłyby mieć autonomiczny status opowiadań. W tych historiach tylko na chwilę zbliżamy się do bohaterów takich jak Lea – pozbawionych elementarnego poczucia bezpieczeństwa albo osaczonych przez okrutne zbiegi okoliczności, w których muszą walczyć o przetrwanie bez względu na to, czy są dziećmi, czy ludźmi w jesieni życia. Ale Natalia Delewa nie sugeruje żadnego ścisłego związku między swoimi historiami. Jest w stanie zaznaczyć jedynie, że wszyscy jej bohaterowie z różnych powodów nie domagają się uwagi świata. Co więcej, unikają tej uwagi właśnie przez swoją tymczasowość.

Ale jest to oczywiście książka o niewidzialności, której znaczenia autorka poszukuje także w literaturze czy szeroko pojętej kulturze. Pochylenie się nad ludźmi zbędnymi, nieciekawymi, nierzucającymi się w oczy i poświęcenie uwagi wyjątkowo szarej prozie ich życia czyni z tej powieści narrację niezwykłą o tyle, że ujrzymy portretowany problem w zaskakującym ujęciu. Możemy w trakcie lektury przyjąć rolę obserwatora z bezpiecznego dystansu przyglądającego się dramatom, których Delewa wcale nie definiuje. W dodatku każda z tych opowieści dokłada kolejną wątpliwość podczas czytania i w efekcie „Niewidzialni” stają się książką narastającego niepokoju.

Jest tu bardzo wiele na temat tego, co ostateczne, czyli o śmierci. Mam wrażenie, że refleksje o marginalizacji życia stają się innym rodzajem przemyśleń o ostatecznym odejściu. Śmierć jest u Delewej w różny sposób oswajana – od dziecięcej naiwnej wyobraźni pełnej lęku przed tym, że kogoś może nie być, po świadomą i pełną wewnętrznego pogodzenia próbę odejścia z godnością. A przecież śmierć poprzedzają tutaj takie koleje losu, które definitywnie określają poczucie nieistnienia. Jakby się umarło za życia. Natalia Delewa sięga po historie ludzi, którzy żyją bardzo intensywnie do wewnątrz, jednak nie sposób dotrzeć do tego, jak silnie biją ich serca, jak bardzo przywiązani są do życia bez względu na to, czy to życie daje im jakiekolwiek możliwości.

Najmocniej i najsugestywniej „Niewidzialni” brzmią jako opowieść o wiecznym deficycie matki. O tym, w jaki sposób porzucone przez matkę dziecko jest w stanie zracjonalizować sobie świat, gdzie pozbawiono je elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Dorastająca Lea mierzy się z ciągłym przekonaniem, że na nic nie zasługuje. Że jej życie to nieustanny ciąg jakichś pożegnań. Ma nawet swoją skrzynkę rozstań. W niej ukryty jest coraz bardziej doskwierający ból egzystencjalny, bo bohaterka tej książki wszystko, co dobre i stabilne, może zawdzięczać jedynie sobie. Tymczasem obok jej narracji pojawiają się historie ludzi, którzy zaczynają wątpić w to, że nadzieja na jakąkolwiek zmianę zależy tylko od nich samych.

Uliczny złodziejaszek, niepełnosprawny mężczyzna doznający cielesnych uniesień, seniorka w ostatnich chwilach swojego życia, w którym pokochała samotność i okoliczne koty – to tylko niektórzy wyraziciele myśli o tym, jak bolesne jest doświadczenie osobnego życia. Lea opowiadająca nam historię swojego życia i jego trudności jest tutaj jakby kronikarką nieszczęścia zebranego w życiorysach innych. W retrospekcjach dręczą ją wspomnienia wyjątkowego wyobcowania. Tymczasem jest gotowa na to, by coś zmienić. Jest wiecznie nieutulonym dzieckiem gotowym otworzyć swoje ciepłe ramiona na inne dziecko. Dlatego „Niewidzialni” to z jednej strony opowieść o empatii, która rodzi się w ekstremalnej sytuacji. Z drugiej jednak – to rzecz o tego rodzaju granicznych doświadczeniach, w których brak empatii dodatkowo brutalizuje rzeczywistość. Bo mimo subtelnego, wyważonego i pozornie mało emocjonalnego stylu Natalia Delewa opowiada tu przecież o najbardziej bolesnych doświadczeniach utraty – najbliższych oraz samych siebie.

Dzięki książkom takim jak ta możemy ujrzeć te fragmenty rzeczywistości, które z różnych powodów są dla nas niedostępne. Ale to również tak silnie oddziałująca powieść, że po lekturze odruchowo przyglądamy się mijanym ludziom bardziej uważnie, zastanawiając się nad tym, jakie historie życiowe w sobie niosą. „Niewidzialni” to trochę społeczny fresk o poczuciu bycia zbędnym, ale przede wszystkim dająca nadzieję opowieść o przełamywaniu poczucia wyobcowania. Delewa zdaje się sugerować, że nawet w momencie najbardziej bolesnego przekonania o tym, że jest się samemu na świecie, może pojawić się możliwość ujrzenia cudzej samotności i zbliżenia się do niej. Intrygująca jest ta historia rozgrywana między jednym a drugim wypalanym papierosem, między jedną i drugą niepodarowaną przez los szansą i w oczekiwaniu na takie spotkanie z drugim człowiekiem, które może odmienić wszystko. W bardzo dosłownym znaczeniu można to odnieść do opisywanych wizyt w domu dziecka – hipotetyczni rodzice szukają dziecka, któremu ofiarują całą swoją miłość. Dadzą szansę, odbierając jednocześnie nadzieję komuś innemu. Bo Delewa opowiada o świecie, w którym dobro i zło wcale się nie równoważą. Są to jednak okoliczności, w których najwięcej dobrego może przynieść przypadek. Dlatego atmosfera tej powieści jest tak mocno osadzona w niepewności i oczekiwaniu.

Książka została przetłumaczona dzięki wsparciu bułgarskiego Narodowego Funduszu Kultury.

2021-06-11

„Wizjer” Magdalena Witkiewicz

 

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 16 czerwca 2021

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 41,99 zł

Tytuł recenzji: Wirtualna pułapka

Ile razy czytaliście formularze zgód przed ich kliknięciem w Internecie, by dostać się do miejsca, do którego bardzo chcieliście się dostać? Jak często korzystacie z tego, że telefon rozpoznaje wasz głos i wykonuje polecenia, które wypowiadacie? Ile razy rozmawialiście z kimś w cichym pomieszczeniu, myśląc, że nikt was tam nie podsłucha? I jak bardzo wierzycie w to, że technologie informacyjne zbierają wasze dane przede wszystkim dla waszego dobra? Magdalena Witkiewicz wkroczyła w ciekawy i wciąż nieopisany w pełni świat. Po książkach Jakuba Szamałka otrzymujemy kolejną powieść ostrzeżenie. To rzecz o tym, że na co dzień w ogóle nie myślimy, kto i w jaki sposób zapisuje dane na nasz temat, bo jesteśmy przekonani, że nic nie zostanie wykorzystane przeciwko nam, przecież tak naprawdę nie mamy nic do ukrycia. Do momentu, w którym coś jednak chcielibyśmy ukryć. Widać w „Wizjerze”, że został napisany przed autorkę świetnych powieści obyczajowych, bo właśnie wątek ciekawej relacji między główną bohaterką a mężczyzną u jej boku tkwi przed dłuższy czas w centrum uwagi czytających. Ale Magdalena Witkiewicz świadomie i umiejętnie wykorzystuje nowy gatunek literacki. Jest tu może zbyt niecierpliwa, gdy za szybko odsłania pewne tajemnice, ale dzięki temu „Wizjer” jest książką mocno przykuwającą uwagę i bardzo dynamiczną. Jeśli ktoś wejdzie w świat technologicznych konfabulacji, zapewne przeczyta tę powieść za jednym zamachem.

Laura marzy o pracy w prestiżowej korporacji zajmującej się rynkiem danych i metadanych. Samotnie wychowuje syna, choć wspiera ją empatyczna i czuła rosyjska opiekunka. Ma dość obecnej pracy i zaskakując samą siebie, postanawia ją rzucić. Nie spodziewa się, że bardzo szybko stanie się jedną z pracownic Argusa. Wówczas nie jest jeszcze świadoma, dlaczego dzieje się to w taki bezproblemowy sposób, jak również tego, że od pewnego czasu ktoś ma na nią oko i stara się na zlecenie zdobyć o niej jak najwięcej wiadomości. Laura Kirch ma ciekawie przemyślaną przez autorkę historię. Jej poszczególne elementy będą odsłaniane potem w nowym świetle. Mamy do czynienia z asertywną i pewną siebie kobietą, która wie, w czym jest dobra. To również kształtuje jej silną osobowość. Laura po prostu wie, czego chce dzisiaj od życia. A jednocześnie jest kimś, kto nadal tkwi w żalu i smutku po tym, co wydarzyło się w przeszłości. Tamten czas mocno nakłada się na to, kim jest i o czym myśli Laura dzisiaj. Wkracza z dużymi nadziejami do firmy, która była dla niej wymarzona. Będzie zajmować się przetwarzaniem danych przez technologie informacyjne. Argus – jak zaznacza jego szefowa – na podstawie danych z przeszłości porządkuje ludziom przyszłość. Co jednak z teraźniejszością? To w jej intensywnym wirze utkną bohaterowie zmuszeni do konfrontacji, jakiej nie mogli się spodziewać. Ale także do relacji, w której zaufanie będzie miało kluczowe znaczenie. Tymczasem na kartach „Wizjera” wciąż na nowo powtarzane jest to, żeby nikomu nie ufać. Nie można również ufać temu, co prezentuje ekran – tu w znaczeniu dosłownym i symbolicznym.

Uwielbiam wiersz Karela Kryla „Salome” i bardzo się cieszę, że Magdalena Witkiewicz sięgnęła po postać królowej Armenii Mniejszej, bo to jeden z ciekawszych symboli kobiecego fatalizmu. Salome funkcjonuje tu w specyficznej zależności i już od początku widać, że nosząca to imię bohaterka będzie sprawczynią czegoś złego. Nie wiemy jednak, na czym to zło polega. Oczyma Laury i jej kochanka przyglądamy się specyficznej strukturze Argusa. Okazuje się, że najnowsza aplikacja tej firmy niekoniecznie jest tym, za co się podaje. W zawikłanych tajemnicach tego miejsca jest przestrzeń na to, by naprawdę się zagubić. A jednocześnie przerazić. Choćby tym, do czego i w jaki sposób mogą być wykorzystywane nasze dane osobowe.

„Wizjer” jest ciekawą fantazją o tym, czym dzisiaj jest władza nad ludźmi, co tworzy jej silną strukturę i w jakim kierunku ona ewoluuje. Technologie informacyjne stały się zbawieniem i przekleństwem. Po stronie przekonania o jednym i drugim znajdzie się dzisiaj wielu, którzy świetnie będą argumentować swoje racje. Przestrzeń wirtualna staje się w powieści Witkiewicz czymś, co sprzyja zarówno rozwojowi psychopatologicznych zachowań, jak i oddawaniu tego, co najcenniejsze, nie tyle z powodu swojej bezmyślności, ile przede wszystkim niefrasobliwości. „Wizjer” na przykładzie życia Laury pokazuje, jak wiele pozornych zbiegów okoliczności kształtujących nasze myślenie o świecie wcale nie jest czymś przypadkowym. To książka, w której mocno wybrzmiewa przekonanie kilku bohaterów o tym, że nie ma czegoś takiego jak przypadek, a zdarzenia z naszego życia mają zarówno swoją historię, jak i konsekwencje.

Podoba mi się u Witkiewicz dynamiczna i bezpretensjonalna narracja, która odsłania słabość każdego z nas w konfrontacji z technologiami informacyjnymi. Laura sprawiająca wrażenie speca w tej dziedzinie z zaskoczeniem przyjmuje do wiadomości rozmiar tego, w jaki sposób za pomocą danych w sieci można manipulować jej użytkownikiem. Mamy tutaj ciekawe zderzenie tego, kim chcielibyśmy być wirtualnie, i tego, kim jesteśmy realnie. „Wizjer” opowiada o czasami wielkiej goryczy konfrontacji z tym, jak kreujemy siebie dla innych, a tym, kim jesteśmy dla siebie. To również historia o tym, jak groźnym narzędziem mogą być Internet oraz krążące w nim dane dla kogoś z zaburzeniami osobowości. Albo po prostu kogoś, kto chciałby mieć kontrolę. Pełną i nad wszystkim.

Ciekawym zabiegiem jest również ukazywanie, jak cała skomplikowana intryga zarysowana w powieści odbija się na działaniach przykładowej użytkowniczki sieci. Krótkie i rwane opisy tego, co robi z odbiorcą nowatorska aplikacja, uzupełniane są główną narracją krok po kroku demaskującą fałsz, któremu tak wielu ludzi ufa. Technologie informacyjne to zawsze będzie coś, co działa na wyobraźnię, bo oferuje możliwości. Poczucie iluzorycznej wolności – takiej wolności, jakiej oczekujemy w wirtualnym świecie, w którym można stworzyć swoją tożsamość i być, kim się tylko chce. Po lekturze powieści Magdaleny Witkiewicz warto zastanowić się nad tym, czy możliwości to rzeczywiście drogi, po których możemy dążyć ku wolności i samorozwojowi, czy też może wyjątkowo misternie skonstruowane pułapki. Ciekawe zakończenie daje nadzieję na kontynuację, ale bez względu na to, czy się ona ukaże, podoba mi się niejednoznaczność tego, jak „Wizjer” wybrzmiewa w finale. Książka z jednej strony rozrywkowa i bardzo dobra w swoim gatunku. Z drugiej jednak – wyjątkowo mroczna, gdy mówi o tym, w jak łatwy sposób dajemy się odsłonić, a potem sobą manipulować. I tego złego z pewnością nie robią maszyny oraz technologie. Za nimi musi stać człowiek, który chce naszej krzywdy. Inspirująca lektura.

2021-06-09

„Kobiety z klasą” Steinunn Sigurðardóttir

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 16 czerwca 2021

Liczba stron: 224

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Światopogląd i doświadczenie

W „Kobietach z klasą” poetycka dusza Steinunn Sigurðardóttir ujawnia się niekoniecznie w wysublimowanych metaforach, raczej w nieprzewidywalnej, inteligentnie prowokacyjnej i zaskakującej wyobraźni. Zbliżenia z tą książką mogą być niezwykłe na równi ze zdziwieniami. Podoba mi się stale utrzymywany kontrast między tym, co oczywiste, a tym, co niemożliwe. Pomiędzy nimi znajduje się rozległa przestrzeń interpretacji tej powieści. Historii o współczesnej Islandii, o roli płci w postrzeganiu świata i o mądrym dystansie do niego. Bohaterka Sigurðardóttir stale definiowana jest przez to, co wybiera. Za każdym razem jest to wybór rozważny, bardzo często konieczny, wielokrotnie jedyny możliwy. A jednocześnie wciąż tkwi w zawieszeniu i niepewności – jako była żona, niedoszła matka, zaskakująca czytelnika kochanka, skupiona na swojej pracy naukowczyni. W „Kobietach z klasą” ważny będzie sposób opowiadania jednej historii przez pryzmat wielu innych. Punkty widzenia będą się zazębiać, ale i wykluczać. Wszystko tworzyć będzie wrażenie nieprzewidywalnego świata przedstawionego, w którym za wszelką cenę należy znaleźć coś stałego. A stałością jest tu Maria Holm Magnadottir – jedna z ciekawszych postaci literackich, jakie dane mi było poznać.

Maria wchodzi w relacje będące dla niej sporymi wyzwaniami. Czy będzie to spotkana w Paryżu Gemma, która prezentuje radykalne poglądy na zmianę świata w wojnie płci, czy cicha, ugodowa i pełna stabilnego ciepła przyjaciółka Ragna, z którą można nie tyle konie kraść, ile wędrować i oglądać wulkany, bo o islandzkiej miłości do nich również będzie ta książka. Kolejne relacje również nie są oczywiste. Wieloletni przyjaciel Bardur, z którym nierozerwalnie połączyło Marię jedno z takich granicznych przeżyć zapamiętywanych na zawsze. Bardur, który daje absolutne poczucie bezpieczeństwa, a przy tym można z nim toczyć nietuzinkowe dyskusje o tym, jak bardzo oddalamy się na co dzień od tego, co bezpieczne czy oswojone. Jest również Marta, kobieta spotkana przypadkowo w miejscowym sklepie z jagnięciną. Szybko zamiast miejsca w kolejce zajmie miejsce w życiu Marii. Na jak długo i na jakich zasadach?

Każda z intrygująco sportretowanych postaci w jakiś sposób poszerza światopogląd głównej bohaterki, nieco go modyfikując i pozostawiając ją czasem w wielkim zdumieniu. Sigurðardóttir opowiada o kobiecie, która nie ma już potrzeby oglądania samej siebie w oczach innych. A jednak jest tego ciekawa, choć suma jej życiowych doświadczeń zdaje się twierdzić, że w lustrze nie zobaczy się już inaczej, cokolwiek usłyszałaby od innych i czymkolwiek się przejęła. Zdecydowanie najbardziej inwazyjna wydaje się Gemma, ale ona jest tu bardziej poglądem niż postacią. Kontrowersyjną i dynamiczną, stworzoną jednak głównie po to, by podkreślić szlachetność życiowego spokoju Marii Holm.

Uwielbiająca swoje wulkany naukowczyni wciąż czeka na wybuch któregoś z nich i ma to oczywiście symboliczny wymiar, kiedy spojrzymy na jej życie – bagaż doświadczeń i oczekiwanie czegoś odmiennego. Maria stara się zrozumieć, kim jest jako osoba zajmująca się zawodowo wulkanami, a kim jako kobieta poszukująca czegoś, co zapełni lukę po nieudanym małżeństwie. Zdaje się zmęczona, udręczona i samotna, ale jest zaskakująco silna, pewna siebie, gotowa mierzyć się ze wszystkim i ze wszystkimi. Stabilna i pewna niczym skała otaczająca wulkan. I jak on drżąca gdzieś wewnątrz i gotowa do erupcji skrywanych emocji, które cały czas stara się mieć pod kontrolą.

„Kobiety z klasą” to bardzo zręcznie skonstruowana opowieść o perspektywach życiowych, a także o umiejętności ich świadomego wyboru. Ze zgrabną klamrą kompozycyjną, która najpierw otwiera świat przedstawiony pełen zagadek i niejasności, a potem jakby ewolucyjnie zamyka go, wyciszając nasza niepewność i pytania, które stawiamy sobie podczas czytania. Mottem życiowym bohaterki Steinunn Sigurðardóttir mogłyby być słowa z innej książki tej autorki, „Farmy Heidy”. Otóż Maria z pewnością mogłaby powiedzieć: „Życie jest zbyt krótkie, żeby robić coś innego niż to, na czym człowiekowi naprawdę zależy”. Doświadczenia minionych lat uświadomiły jej, że upływ czasu miał też związek z licznymi gorzkimi rozczarowaniami. Teraz Maria zdaje się stać u progu nowego życia. Choć kuszona przez Gemmę obietnicą współtworzenia lepszego świata po rewolucji, częściej wybiera ciepłe i bezpieczne ramiona przyjaciela Bardura albo niezobowiązującą obecność wieloletniej przyjaciółki Ragny.

Tymczasem świat wokół niej portretowany jest w sposób charakterystyczny dla islandzkiej literatury – z ogromnym szacunkiem i empatią do natury, której tylko maleńkim elementem są miotający się w emocjach i przeżywający swoje dylematy ludzie. Wędrówki Marii po islandzkich bezdrożach mają ściśle wytyczony azymut. Zarówno w podróży po swoim kraju, jak i w przypadku własnego życia Maria zdecydowanie wie, dokąd się udać, co zobaczyć i czego doświadczyć. A jednak ulega charyzmatycznej Gemmie, z którą najpierw spędza nieco czasu w Paryżu, a potem usiłuje od niej uciec na rodzimym gruncie, w Islandii. Ciekawe jest przyglądanie się temu, jak bohaterka zabiera ze sobą nową myśl, czasami pozornie irytującą, niekiedy powodującą konsternację. Jak mierzy się z poglądami i emocjami, które są jej obce, ale które próbuje zrozumieć. Dzięki temu „Kobiety z klasą” to powieść iskrząca niemal na każdej stronie. Nawet wówczas, gdy padają oczywiste słowa i gdy formułowane są wnioski pełne truizmów. Elementy zaskoczenia Steinunn Sigurðardóttir umieszcza w różnych miejscach tej książki i najlepsze jest w niej to, że za każdym razem to zaskoczenie jest innego rodzaju. Rozgrywa się w warstwie dosłownej, ale również w symbolicznej – i wtedy jest dużo ciekawsze.

To również ciekawa narracja pytająca o to, czy wszystko, za czym tęsknimy, i to, czego potrzebujemy, za każdym razem musi mieć płeć. Czy przez płeć porządkujemy sobie formalnie swoje codzienne życie uczuciowe, społeczne, obywatelskie? Czy płeć ma być kryterium doboru argumentów w dyskusji o tym, co to znaczy być wolnym i świadomym siebie? „Kobiety z klasą” to bardzo ciekawa rozprawa o tym, czym jest przynależność, jak ją definiujemy i skąd bierze się rozeznanie, że przynależymy właściwie. Książka zderzająca ze sobą różne światopoglądy, które znakomicie rozpisane są w partiach dialogowych – nie wiem, czy to one nie stanowią tego, co w tej powieści najlepsze. Steinunn Sigurðardóttir proponuje też pokazanie egzystencjalnych wątpliwości w zderzeniu z tym, co myślą i czują inni. Jesteśmy bowiem wciąż oglądani i oceniani, nie zdając sobie sprawy z tego, co ktoś może w nas zobaczyć. I jak często na równi warto odrzucać lub przyjmować do siebie czyjeś sugestie – tylko po to, by pozostać sobą w harmonii ze światem wciąż na nowo stawiającym wyzwania. Świetna rzecz z pazurem i intrygującą niejednoznacznością.

2021-06-07

„Moja matka psychopatka. Dorastanie w cieniu potwora” Olivia Rayne

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 19 maja 2021

Liczba stron: 400

Przekład: Alka Konieczka

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,99 zł

Tytuł recenzji: Miłość i strach

Psychopaci stanowią blisko trzy procent ludzkiej populacji. Funkcjonują w świadomości przede wszystkim jako bohaterowie mrocznych thrillerów. I tę książkę też można byłoby czytać jak thriller, gdyby nie była świadectwem zaburzenia osobowości, które pozostanie w pamięci dużo dłużej niż film o pozbawionym emocji manipulancie. Olivia Rayne zdecydowała się opowiedzieć swoją historię, której narracyjne ramy nadała osoba podpisująca się jako S.M. Nelson. „Moja matka psychopatka” to książka o potężnym ładunku emocjonalnym. Tak trudna w odbiorze, że trzeba sobie robić częste przerwy w lekturze. A jednocześnie jest opowieścią niezwykle potrzebną. Ma nas w założeniu uczulić na obecność psychopaty w naszym otoczeniu i ostrzec, byśmy mogli szybko się od kogoś takiego oddalić. Tymczasem opowieść Rayne okazuje się przejmująca z innego powodu. Mamy tu do czynienia z relacją dziecka i psychopatki. Z taką formą zależności, od której dziecko nie jest w stanie uciec – tak jak powinniśmy to robić my wszyscy, ostrzeżeni przez tę książkę. Są tysiące powodów, dla których mały człowiek będzie tkwił w toksycznej relacji i nie będzie w stanie się z niej uwolnić. Przemoc stosowana wobec dziecka jest przemocą najbardziej bezlitosną, a tu opisaną jako wręcz perwersyjna forma osiągania poczucia władzy przez kobietę, która jest mistrzynią manipulacji i okrucieństwa.

Jest wiele wstrząsających scen w tej książce. Na mnie największe wrażenie zrobiła ta szpitalna, kiedy matka szepcze swojej córce słowa, które na zawsze pozostają w jej pamięci. To też znamienna scena, bo cała portretowana tutaj relacja zasadza się na tym, że nie ma możliwości jej zakończenia. Matka i córka są na siebie skazane. Dziecko doświadcza przerażającej formy kontroli i zawłaszczania. To, co wydaje się najstraszniejsze w tej historii, to labilność emocjonalna. Brak jakiegokolwiek komfortu psychicznego dla dziecka, które w jednej chwili otrzymuje pochwały i uśmiechy, a za chwilę jest karane i wyzywane. Nie ma chyba nic bardziej destrukcyjnego dla umysłu oraz dziecięcego poczucia bezpieczeństwa jak emocjonalna chwiejność, wykluczające się komunikaty i stała presja strachu. Olivia Rayne ukazuje tu setki przerażających oblicz najbliższej jej kobiety. Czy okrucieństwo może być urocze? Czy otoczenie naprawdę nie jest w stanie rozpoznać emocjonalnych gier? Czy dorastająca dziewczynka rzeczywiście w takiej relacji musi być zostawiona sama sobie?

Najmocniej porusza tu postać drugiego planu, ale jakże ważna dla znaczenia całej tej historii. To uległy ojciec, który dopasowuje się do świata rojeń swojej zaburzonej emocjonalnie małżonki. To ojciec mógłby być tą osobą, która uratuje Olivię z opresji albo stanowczo utnie toksyczne zależności, rok po roku coraz mocniej traumatyzujących dziewczynkę. Tymczasem obserwujemy postawy oraz zachowania, które wzbudzają równie wiele emocji co opowieść o codziennych kontaktach matki i córki. Obraz dysfunkcyjnego małżeństwa, w którym dziecko wrasta w coraz większy strach i wychodzi życiu naprzeciw niepewne siebie, poraża autentyzmem. Co istotne, ciekawy jest sposób opowiadania o tym wszystkim. „Moja matka psychopatka” to w dużej mierze narracja reporterska, ale znajdują się w niej liczne fragmenty pełne intymnych wyznań, niecodziennych metafor, zaskakujących puent i wyjątkowo trudnych pytań retorycznych.

Niebywałe jest to, jak w sieci toksycznych zależności wciąż akcentowana jest instynktowna lojalność córki wobec matki. Olivia Rayne wielokrotnie wini samą siebie za to, że jej psychopatyczna rodzicielka karze i dystansuje się, wciąż na nowo buduje między nimi bariery i stale je przełamuje, pokazując dziecku, że między miłością a nienawiścią jest naprawdę cienka granica. A mimo wszystko dorastająca córka kocha matkę i jest gotowa wszystko jej wybaczyć. To dramatyczne utknięcie między chęcią buntu a poczuciem, że matka jest wyjątkowa i jedyna bez względu na to, jak postępuje, tworzy tutaj dramatyczne tło. W tym wszystkim czujemy się bezradni i wściekli, ale ta książka nie wywołuje tylko takich prostych uczuć. Jeśli przyjrzeć się skomplikowanej strukturze manipulacji, można dostrzec, że inteligencja psychopatycznej matki pozwala jej na to, aby swój spektakl władzy nad dzieckiem rozciągać w czasie i modyfikować zależnie od zmieniających się potrzeb oraz oczekiwań córki. Wobec takiej opowieści nasze odczucia zaczynają się komplikować.

Myślę, że to głównie opowieść o miłości i strachu. Wszystko koncentruje się wokół tego, jak bardzo można bać się kochać i jak mocno się kocha mimo niewyobrażalnego strachu. Dlatego jest to rzecz o jednym i drugim od pierwszego zdania do samego końca. Bo trudno orzec, czy „Moja matka psychopatka” to książka, w której można postawić ostatnią kropkę. Kolejne opowieści uzupełniają miniwykłady o cechach osobowości psychopatycznej. Wiele przywoływanych wydarzeń wydaje się wręcz absurdalne, ale najbardziej mrocznym elementem jest tu całkowity brak odpowiedzialności matki za to, co robi, jak krzywdzi, w jaki sposób wpływa na osobowość swojego dziecka. Ta toksyczna zależność jest jednocześnie coraz silniejsza. Rayne opowiada o tym, że nie sposób wyzwolić się z relacji, której intensywność jest naznaczana przez okrucieństwo. To są przeżycia traumatyczne, ale również takie, które wyjątkowo silnie wiążą dwie osoby. Dlatego to także sugestywnie napisana książka o wiecznej, szczelnie zamkniętej i zawsze przerażającej życiowej klatce.

Niewyobrażalne wręcz formy dominacji zbudowane są tu oczywiście na spirali kłamstw. One tworzą coraz trudniejszą do zniesienia sieć zależności. Fałsz kryje się na każdym kroku. Doskwiera wyjątkowo dziecku, które chce być szczere, a uczy się toksycznego dopasowania – aby przetrwać w równie toksycznej relacji. Rayne opowiada, jakim koszmarem jest życie w dwóch rzeczywistościach równoległych: w zamkniętej i dusznej przestrzeni, gdzie bliskość matki odbiera oddech, i w świecie otaczającym bohaterkę tej książki, w którym praktycznie nikt nie dostrzega, jak bardzo zniewolona i straumatyzowana jest dziewczynka chcąca za wszelką cenę dostosować się do reguł tego normalnego świata. „Moja matka psychopatka” to również wnikliwe studium uzależniania od siebie dziecka, modelowania jego życia, agresywnego i postępującego sterowania każdym jego aspektem. Matka Rayne wpływa na wszystkie jej decyzje, na nienawiść do własnego ciała, nastoletnie związki z chłopcami, wybór strojów czy stylu życia. Bardzo wiele w tej historii dusznego fatalizmu, jednak nie jest to książka mająca przygnębiać. Istotna dla wszystkich, którzy nie rozumieją, czym jest osobowość psychopatyczna, ale ważna także dla tych tkwiących w relacjach z osobami z zaburzeniami osobowości. Rayne opowiada o tym, kiedy następuje właściwy moment, aby odejść. Jednocześnie to narracja o związku do śmierci – śmiertelnie okrutnym i wyjątkowo bolesnym. Ta opowieść z pewnością pozostawi ślad w wyobraźni czytającego, a sama w sobie jest przejmującym studium dziecięcej krzywdy, za którą nikt nigdy nie weźmie odpowiedzialności i nie zostanie ukarany. Wstrząsająca rzecz, którą otwiera sugestywna scena tonięcia córki na oczach matki. Wokół tej metafory Rayne buduje historię o tym, co to znaczy wypłynąć na powierzchnię i złapać oddech.

2021-06-03

„Same piękne rzeczy” Hunter Biden

 

Wydawca: Agora

Data wydania: 19 maja 2021

Liczba stron: 320

Przekład: Krzysztof Kurek

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Samotność i rodzina

Zazwyczaj staram się trzymać z daleka od książek napisanych przez różnego rodzaju osoby publiczne, które na co dzień z tworzeniem literatury nie mają wiele wspólnego. W „Samych pięknych rzeczach” zainteresowała mnie przede wszystkim historia niezwykle trudnych doświadczeń życiowych i chciałem sprawdzić, jak została opisana. Ponadto uwagę przykuwa tytuł, którego znaczenie można rozszyfrować już na początku lektury, i wówczas bardzo dobrze rezonuje w wyobraźni czytającego, a także w całej strukturze tej narracji. Hunter Biden opowiada przede wszystkim o własnym jestestwie – sytuuje siebie w przestrzeni publicznej jako syna znanego polityka, a dzisiaj prezydenta USA, ale również stara się zobrazować tę bardzo prywatną sferę skomplikowanych doświadczeń, czyli tak naprawdę miejsce, gdzie i ze swoimi nałogami, i z żałobą po ukochanym bracie pozostał absolutnie sam. „Same piękne rzeczy” to będzie intymny dziennik wyobcowania. Książka nakreślająca samotnicze ucieczki i walki z samym sobą. Rzecz, w której pojęcie samotności ujawnia się na różne sposoby. Mnie najmocniej ujął jej obraz w opisie podróżowania bezdrożami Arizony. Myślę, że każdy wrażliwy czytelnik będzie umiał rozpoznać przynajmniej kilka sugestii tego, czym jest portretowane wyobcowanie, i zrozumieć jego skomplikowane konteksty. Bo choć jest to również mądra książka o sile rodzinnych relacji, mimo wszystko najważniejsza jest tu ta mroczna sfera emocji i osobistych doświadczeń, w których autor rozpoznaje siebie jako alkoholika, narkomana, człowieka z tendencjami ucieczkowymi i nieszczęśliwego mężczyznę, który z widmem śmierci najbliższych wędruje przez życie z największym trudem.

W opisach swoich uzależnień Hunter Biden podąża w bardzo dobrą stronę. Nie robi tego, co częste w tego typu świadectwach zmagań z nałogiem – nie idzie w naturalizm, choć bez wątpienia podkreśla, że walka z alkoholem i narkotykami była przede wszystkim walką jego pacyfikowanego i dręczonego organizmu. Biden podkreśla, że w alkoholizmie nie chodzi po prostu o to, aby się upić, a doświadczenia z narkotykami to nie tylko poszukiwanie innych niż alkoholowe wrażeń. Studium uzależnienia jest tu wnikliwe, widać dużą samoświadomość autora. Wie on i rozpoznaje, co mogło być bezpośrednią, a co pośrednią przyczyną ucieczek w nałogi. Widzimy dramatyczną powtarzalność tego eskapizmu i jesteśmy w stanie odczytać różne konteksty dramatycznych działań. Hunter Biden opowiada historię swojego uzależnienia i pokazuje jego niebezpieczeństwo w bardzo uniwersalnym wymiarze. Czyta się te zwierzenia z niesłabnącym poczuciem tego, jak trudną drogę od pustki i abnegacji do wyznaczania sobie celów w czystym od używek życiu przechodzi człowiek, którego najtrudniejszymi w gruncie rzeczy doświadczeniami były utraty najbliższych osób.

Śmierć brata, Beau, jest tu doświadczeniem bolesnym i granicznym. Świat Huntera Bidena po odejściu ukochanego brata wykoleja się i bardzo trudno odnaleźć w nim sens oraz radość. Autor bez skrępowania pisze o tym, jak kompulsywne i zaskakujące były próby odnalezienia psychicznej równowagi po śmierci, która zmieniła wszystko na zawsze. Pisze między innymi o wejściu w intymną relację z żoną zmarłego. Trauma odznacza się bardzo mocno wtedy, kiedy szpony nałogu zaciskają się na gardle Bidena. I w tym znaczeniu ta książka jest przede wszystkim dziennikiem żałoby. Świadectwem tego, jak niebywale trudno jest odbudować świat po odejściu jednej z najważniejszych osób.

Z perspektywy oddalenia się od rodziny autor bardziej precyzyjnie i sugestywnie portretuje relacje, które ukształtowały klan Bidenów w mocnej solidarności na przekór wszelkim przeciwnościom losu i tragediom dotykającym tę rodzinę. Joe Biden tkwi tu w tle, ale to tło jest bardzo wyraźne – jego syn stara się zobrazować, na czym polega bezwarunkowa ojcowska miłość i co może przynieść dobrego, jeśli nie jest powiązana z inwazyjnością czy narzucaniem sposobu działania w sytuacji krańcowej, czyli utkwienia w szponach nałogu. Hunter Biden wyraźnie zaznacza tę sferę uzależnionego, do której nie ma dostępu nawet najukochańszy ojciec. Obrazując jej pustkę, a jednocześnie destrukcyjną grozę, autor tej książki zwraca uwagę na fakt, że najważniejsza jest obecność bliskiej osoby, która czuwa, aż będzie mogła się zbliżyć i okazać wsparcie. Tylko to i aż to. Czy autora uratowała przed upadkiem miłość ojca, czy może rozumienie tego, kim się jest w rodzinie Bidenów i jak silnie powiązani są ze sobą wszyscy jej członkowie?

Opowieść Bidena cechuje ten rodzaj perspektywy, przy której opowiadanie o największych nawet trudnościach stanowi już czytelny czas przeszły. Można zatem zadać sobie pytanie o to, do kogo jest ona skierowana. W historiach tworzących niespokojny życiorys Huntera Bidena jest dużo amerykańskiej przestrzeni, ale i amerykańskiej opresji. Jest to również historia formowania się silnego charakteru. Dorastając w Delaware jako jeden z synów Joe Bidena, autor uczy się przede wszystkim szacunku do drugiego człowieka i otwarcia na różnorodność. Być może ratuje go wewnętrzne przekonanie, że wciąż może być częścią wieloaspektowego i ciekawego świata. A może tendencje destrukcyjne zatrzymuje coś zupełnie innego? Sporo w tej książce politycznego i społecznego wymiaru tego, co to znaczy być Bidenem. Można ją odczytać jako deklaratywnie antytrumpowską, ale wydaje mi się, że wymiar tej opowieści jest dużo szerszy, kiedy potraktujemy ją jak dziennik z piekła, do którego dotrzeć może każdy bez względu na to, kim się urodził i co sobą reprezentuje albo ma reprezentować. „Same piękne rzeczy” to tak naprawdę bardzo kameralna narracja. Opowieść o presji bycia określoną osobą w przestrzeni publicznej, ale również o tym, jak bezpieczna i kameralna staje się sfera życia rodzinnego. Ta, którą z kilku powodu opuszcza alkoholik i narkoman. Ta, do której wraca nie bez trudu, ale z przekonaniem, że rozumie, kim ma być w dalszym życiu. I kim będzie, żegnając się z demonami przeszłości.

Ta bezpretensjonalna opowieść o tym, jak mocno człowiek może się zapętlić i jak łatwo utracić kontakt z bliskimi ludźmi, jest jednocześnie historią walki charakteru. Opowieścią o tym, że dopóki żyjemy, możemy być świadomymi kreatorami swojego życia. I wcale nie brzmi to tutaj jak truizm. Jednak ważność tej narracji nie opiera się tylko na tej tezie. To rzecz o tym, jak rozumiana jest amerykańska rodzina jako sieć solidarnych relacji. Hunter Biden opowiada również o dobrze sytuowanym amerykańskim mężczyźnie, który z łatwością odrzuca mity i szanse, a potem z ogromnym trudem odbudowuje więzi utracone w wyniku  tego odtrącenia. Budująca i mądra lektura.

2021-06-01

„Pokój bez widoku” Grzegorz Gortat

 

Wydawca: Media Rodzina

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Gra i opowieści

W tej kameralnej powieści jest wyjątkowo duszno. Nie tylko ze względu na specyfikę klaustrofobicznego labiryntu, w którym znajdzie się główny bohater. Może, a przede wszystkim dlatego, że ów labirynt będący pułapką ma tutaj wymowne symboliczne znaczenie. Grzegorz Gortat napisał nietuzinkowy thriller, w którym fantazjuje o tym, czy każdy z nas z sumą swoich życiowych doświadczeń nie tkwi przypadkiem w specyficznej klatce i czy przeszłość ma być wiecznym wyrzutem sumienia, bo rozgrzeszyć z występków przeciw moralności po prostu się nie da. Jest bardzo bezkompromisowo i jednocześnie fatalistycznie. Mam wrażenie, że to książka dla koneserów, którzy docenią wszystko to, o czym autor nie pisze tutaj wprost. Wraz z sytuacją zagrożenia, z ekstremalnym doświadczeniem granicznym pojawia się również sugestia, że wnikliwej autoanalizy nie dokonuje tu zmuszona do tego ofiara. Zresztą trudno jednoznacznie orzec, kto u Gortata jest oprawcą, a kto ofiarą.

„Pokój bez widoku” zaczyna się mało spektakularnie. Mało skoncentrowany czytelnik może nawet nie zauważyć momentu, w którym główny bohater zostaje uwięziony w murach dawnej fabryki. I nie dzieje się też nic spektakularnego, a jednak to bardzo mocno oddziałująca na wyobraźnię powieść. Przede wszystkim dlatego, że jest wyjątkowo mroczną autotematyczną rozprawą z istotą samego pisania. W zamknięciu znajduje się pisarz uznany za oceanem, piszący o moralności i zdobywający wiele ważnych nagród. Profesor John Godart jest człowiekiem spełnionym. Autorem, z którym liczy się krytyka, którego cenią czytelnicy. Wielokrotnie wyróżnianym, dumnym z poklepywania po ramieniu przez innych wybitnych twórców, z którymi się przyjaźni. Tymczasem okazuje się, że jego kreacja artystyczna kryje dużo więcej tajemnic niż zdeterminowany mężczyzna wabiący go do swojej pułapki i dający dwanaście godzin na wydostanie się z niej – pod jednym konkretnym warunkiem.

Gortat proponuje coś w rodzaju kompozycji szkatułkowej, ponieważ zasadnicza historia wydobywa się tu z innych snutych opowieści. Łączą się i przeplatają takie formy opowiadania rzeczywistości, wobec których czytelnik musi być czujny. Czujnością wykazuje się także uwięziony pisarz. Podejmuje specyficzną grę z oprawcą i z czasem ta gra staje się coraz bardziej finezyjna i coraz bardziej brutalna. „Pokój bez widoku” konfrontuje ze sobą dwie silne osobowości. Kogoś, kto zdaje sobie sprawę z tego, że literatura może być formą oszustwa, i kogoś, kto w literaturze widzi sposób opowiedzenia siebie naprawdę. Zderzają się człowiek nieprzygotowany na oryginalną formę opresji i ktoś, kto z tej opresji próbuje się wydostać. Czym ma być ta niezwykła konfrontacja? Finezyjny i przemyślany finał powoduje, że mrok w naszej wyobraźni staje się dużo bardziej intensywny, kiedy skończymy czytać tę książkę.

Z pytań stawianych o literaturę najciekawiej prezentuje się chyba to: czy pisarstwo to prawdziwy ślad obecności autora w świadomości czytelniczej, czy może jest to dowód inteligentnej autokreacji ze strony piszącego? Gortat ze swoimi bohaterami każe przyjrzeć się temu, jak niejednoznaczna staje się literatura także wówczas, gdy dochodzi do jej odbioru. Cała powieść jest inteligentną grą z czytającym o prawdę ukrytą między antagonistami. Zdajemy sobie sprawę z tego, że profesor Godart trafia do zamknięcia nie bez powodu, ale co tak naprawdę kieruje tym, który go uwięził? W tej pasjonującej rozgrywce będzie liczyć się to, co powiedziane, ale również to, co zapisane. Między fantazją literacką a manipulacjami słownymi mającymi na celu ujście z życiem z opresji umieszczony jest również problem moralności lub jej braku w osiąganiu kolejnych życiowych spełnień. Wydaje się, że uwięziony pisarz jest twórczo spełniony. Tymczasem jego oprawca usiłuje wydobyć z niego zwierzenia, na które sam Godart być może nie jest gotowy. A może jest tak, że to on właśnie w pewnym momencie zaczyna lepiej rozumieć zasady tej koszmarnej gry ze swoim wrogiem?

Grzegorz Gortat opowiada o ludzkiej obsesji w taki sposób, że z rozdziału na rozdział staje się coraz bardziej przerażająca. Obsesyjność łączy się tutaj z szaleństwem, ale także z poczuciem, że w tej kameralnej walce nikt nie będzie zwycięzcą. Pewny siebie pisarz jest jednocześnie uzależnionym od alkoholu mężczyzną boleśnie odczuwającym słabość swojego ciała. W tym ciele kryje się jednocześnie zaskakująco mocny przeciwnik dla tajemniczego agresora. Czy oprawca rzeczywiście przewidział wszystko i doskonale skonstruował grę psychologiczną, w której uwięziony podda się presji i ulegnie?

W tej książce trzecim, niemym, lecz wyraźnie zauważalnym bohaterem, jest śmierć. Mamy tu bezpośrednie z nią konfrontacje, ale również takie opowiadanie o śmierci, w którym ujawnia się kruchość ludzkiego losu, niegotowość na ostateczność. Przeciwnicy w tej książce będą się koncentrować na śmierci z kilku różnych powodów. Jednak ostatecznie gra przecież toczy się o dalsze życie. To życie, które profesor Godart chce wieść w kraju opuszczonym przed laty. Możliwości i awanse pojawiły się przede wszystkim dlatego, że odciął się od miejsca, z którego pochodził. Mroczna przeszłość zabrana do Stanów Zjednoczonych jak szczelnie zamknięta puszka Pandory wróci do niego z całą intensywnością, bo oprawca będzie od niego wymagał konfrontacji, do której być może nigdy nie doszło. To tajemnicze spotkanie ma być świadectwem duchowego oczyszczenia? Czy jednak na katharsis jest tak naprawdę miejsce w świecie coraz bardziej skomplikowanych relacji uwięzionego i tego, który go więzi?

Pośród fatalizmu tej bardzo intensywnej przecież prozy, bo w swoim gatunku wyjątkowo krótkiej, pojawia się coraz większy niepokój, czy rozumiemy postawy bohaterów i czy można je jednoznacznie podzielić na te złe i dobre. Gortat tworzy ciekawą intrygę, w której wzmaga się poczucie niepewności tego, kogo poznajemy. Czy dane nam będzie zwizualizować sobie przeszłość bohaterów w taki sposób, by zrozumieć ich obecną grę? „Pokój bez widoku” to opowieść o przekleństwach, które nie mogą zabić, i o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za to, kim się w życiu staniemy ze wszystkimi swoimi grzechami i błędami. Czyta się to z narastającym niepokojem o to, komu w zasadzie kibicować i kogo w tej konfrontacji można zrozumieć. Myślę, że jest to książka również o tym, że zasadniczo nie można ufać samej literaturze, a jeśli tak – mamy do czynienia z wyjątkowo przemyślaną grą z czytelnikiem. Poza nią są jednak emocje, o których bohaterowie z różnych powodów nie mogą opowiedzieć wprost. Zagadkowa i wyjątkowo wieloznaczna powieść. Jak wiele napięcia, grozy i niepewności można zamknąć na tak niewielu stronach…

2021-05-27

„Przyjdę, gdy zaśniesz” Agnieszka Lingas-Łoniewska

 

Wydawca: Słowne

Data wydania: 19 maja 2021

Liczba stron: 328

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Koszmary na jawie

Nie śledzę bogatej twórczości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, ale etykieta thrillera przyciągnęła moją uwagę. Chciałem przyjrzeć się temu, jak z gatunkiem radzi sobie bardzo doświadczona pisarka powieści obyczajowych. Liczyłem na nietuzinkowe pomysły oraz rozwiązania i jestem usatysfakcjonowany. mimo że „Przyjdę, gdy zaśniesz” zawiera wszystkie konieczne i mocno już wyeksploatowane elementy thrillera. Szczególnie opozycja pokrzywdzonej kobiety i krzywdzącego mężczyzny wydaje się już zdecydowanym przesytem. Bardzo spodobał mi się jednak pomysł na tę książkę. Lingas-Łoniewska działa chyba podobnie jak ja w „Gorszej” – daje czytającemu złudne przekonanie, że panuje nad światem przedstawionym i jest pewien finałowych rozwiązań. Ta pewność jest odbierana krok po kroku, a zakończenie mocno wybija z komfortu stworzonego przez dwie uzupełniające się narracje, w których poznamy ofiarę oraz prześladowcę snującego monolog o swojej wyjątkowości i pewnej misji determinującej jego myśli oraz działania przez wiele lat.

Świetne jest to, że pisarka gra tutaj z konwencją przestrzeni i stanu uznawanych za najbezpieczniejsze. Spokojna sypialnia i wygodne łóżko, w którym można się położyć, oderwać od rzeczywistości, zregenerować siły, a przede wszystkim w poczuciu pełnego bezpieczeństwa wyłączyć wszystkie narzędzia kontroli nad ciałem i umysłem. Sen to dla wielu zbawienie, prawda? Tymczasem tutaj będzie stanem nasilonego niepokoju. Deprywacja snu u Lingas-Łoniewskiej nie będzie polegała tylko na jego przerywaniu. W tym stanie będzie dziać się całe zło, którego później nie można ani zwerbalizować, ani właściwie zinterpretować. Sen pozostawi ślady na ciele i umyśle. Sen będzie traumą. Dlatego bardzo dobrze prezentuje się tu tytuł powieści. Szczególnie wtedy, kiedy zorientujemy się, jaką mroczną treść w sobie niesie.

„Przyjdę, gdy zaśniesz” w sposób klasyczny dla thrillera przenosi środek ciężkości coraz mocniej na przeszłość, ale retrospekcje serwowane są tu bardzo oszczędnie. Ogólnie zaskakuje koncepcja całej powieści. Pierwsze kilkadziesiąt stron nabiera zbyt dużej dynamiki – nie tylko wiele się dzieje, ale przede wszystkim następujące po sobie zbiegi okoliczności zaczynają uwierać, jest coraz mniej prawdopodobnie. Potem jednak Lingas-Łoniewska zdecydowanie zwalnia i dalszą część narracji prowadzi już sposób bardziej enigmatyczny. Na chwilę traci się pewność, czy mężczyźni, którym ufa główna bohaterka, są godni tego zaufania. A potem pojawia się wątpliwość, czy na pewno ten kreowany na niebezpiecznego jest kimś takim, a drugi – niczym zbawca ratujący coraz bardziej podupadającą na duchu Igę – to rzeczywiście człowiek, który przyniesie jej ratunek.

Agnieszka Lingas-Łoniewska kreśli obraz klasycznego socjopaty, jednakże jest to także człowiek wyjątkowo zdeterminowany. Ta determinacja ujawnia się w tym, że w tej historii poczucie odrzucenia przekuwa się w siłę, a potem w coraz bardziej mroczne pragnienie odzyskania czegoś, co pozornie ma przywrócić szaleńcowi życiową harmonię. Szereg tajemnic z życia pewnego mężczyzny coraz bardziej oddziałuje na życie dwudziestojednoletniej Igi – nieświadomej manipulacji młodej kobiety, która instynktownie ufa silnym męskim ramionom i pewnemu spojrzeniu. Jednak w gruncie rzeczy jest absolutnie zagubiona w sferze swoich emocji, a to powoduje, że jej życie staje się równią pochyłą.

Podoba mi się to, w jaki sposób autorka łączy tutaj erotyczną fascynację z postępującą niezgodą umysłu na to, że pozwolił owej fascynacji przejąć kontrolę. Zwłaszcza że jest to mocno brzmiąca historia o przemocy seksualnej, wcale nie w tak oczywistym znaczeniu, jakie można odczytać od samego początku. Seks jest u Lingas-Łoniewskiej z jednej strony sugestywnie przedstawianą namiętnością, z drugiej jednak – narzędziem do ujawniania się i utrwalania zła. Pomiędzy ekstazą a okrucieństwem jest tu bardzo cienka granica i pisarka świetnie ją prezentuje w półcieniach. Iga jest świadoma swoich potrzeb seksualnych, ale za nimi stoją również złudzenia oraz taki rodzaj napięcia, z którym bohaterka nie może sobie poradzić. Z erotycznym spełnieniem łączy się w tej powieści jakaś wyjątkowo przerażająca tajemnica. Kobieta oddająca się mężczyźnie będzie musiała ponieść tego konsekwencje. A wszystko zniuansowane na tyle, że nie ma tu czytelnych wykładni, kiedy autorka opowiada o opresji gwałtu i o tym, w jaki sposób niechciane zbliżenie seksualne może zmienić ludzką świadomość. Ciekawe jest szczególnie ukazanie tego, czym staje się przemoc seksualna w chwili, kiedy pozornie nią wcale nie jest.

Powyższe tropy czynią z tej powieści w pewnym stopniu narrację z tłem społecznym, jednakże „Przyjdę, gdy zaśniesz” ma być przede wszystkim mroczną historią o tym, na jakich zasadach i w jakich okolicznościach dziedziczymy zło. Wydaje się, że bohaterowie wchodzący wyraźnie w opozycję z tym, co dobre, uporządkowane, właściwe i słuszne, robią to w bardzo niejednoznaczny sposób. Lingas-Łoniewska stara się dyskretnie nakreślać momenty życiowe, w których pod wpływem dramatycznych zbiegów okoliczności zmieniamy się w potwory pragnące słusznej w swoim mniemaniu zemsty. Szczególnie ciekawie widać to w jednej relacji, której nie chcę tu wymieniać, bo staje się enigmatyczna, ale jest również silnie związana z tym, czym Lingas-Łoniewska chce nas uraczyć w zakończeniu. Ta dynamiczna powieść stopniowo ujawnia skomplikowany mechanizm przynależności i stawia wiele pytań retorycznych wiszących niczym miecz Damoklesa nad utrwalonym społecznie pojęciem rodziny. Bo jest to również książka o tym, jak patologiczne mogą stać się więzy rodzinne pod wpływem zaskakujących okoliczności. Także o tym, że oddalenie w rodzinie może być dużo bardziej groźne niż intensywne relacje pośród pretensji werbalizowanych w kłótniach.

To narracja, która ostrzega i niepokoi. Każdego z bohaterów pozostawia w pewnym dyskomforcie – każdy z nich czuje się niespełniony i każdy żyje w napięciu, w którym rodzą się myśli i emocje, o jakich nie da się zapomnieć. Z jednej strony będziemy mieli drapieżnika polującego w imię stworzonej przez siebie idei zemsty. Z drugiej jednak – ciekawą opowieść inicjacyjną o kobiecym dojrzewaniu i samostanowieniu. O tym także, że nawet jeśli kobieta gotowa jest odeprzeć przemoc seksualną, na zawsze pozostanie jej ofiarą. Mocna i wyrazista w finale powieść, która pozostawia z kilkoma znakami zapytania i pewnym emocjonalnym niedosytem. To rzecz o czymś, co jest dużo groźniejsze, gdy zostanie w pełni nazwane i określone. I o tym, że czasem strach jest tym, czego boimy się najbardziej. Całkiem dobry thriller.