2026-02-24

„Kochając Sylvię Plath” Emily Van Duyne

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak Literanova

Data wydania: 25 lutego 2026

Przekład: Agata Ostrowska

Liczba stron: 464

Oprawa: twarda

Cena det.: 69,99 zł

Tytuł recenzji: Czuła badaczka

Tytuł tej książki można odczytać bardzo konkretnie, a przynajmniej ja tak zrobiłem. Emily Van Duyne wpłynęła na dość niebezpieczne wody morza narracyjnego. Jest to od początku do końca tekst o charakterze rozprawy naukowej, lecz jednocześnie intymny dziennik wyznania miłości do poetki, o której napisano tak wiele, ale najprawdopodobniej nie z taką czułością i empatią, jak robi to Van Duyne. Sama zresztą podkreśla w podsumowaniu, że książka o charakterze akademickim pisana przez wielbicielkę osoby, o której ta publikacja opowiada, jest „przepisem na katastrofę”. Łączenie rozważań badaczki i naukowczyni z prywatnymi opiniami, czasem szeroko rozwijanymi osobistymi przemyśleniami – to było ryzykowne i mogło się nie udać. 

A jednak się udało. „Kochając Sylvię Plath” to dowód na to, że korzystając z mnogości materiałów źródłowych, można stworzyć jednocześnie wspomnianą już rozprawę naukową, specyficzny esej, tekst o charakterze dziennika, jednak przede wszystkim skupioną na relacji Sylvii Plath z jej mężem książkę o tym, jak odczytywanie poezji może mylić, ile można z niej odczytać, jak na tym zarobić i w jaki sposób poetka, która zmarła w pełni świadoma warsztatu i możliwości twórczych, funkcjonuje teraz w formie kultu. Bo wydaje się, że o Plath napisano już wszystko. Van Duyne interesuje oczywiście, co już napisano, i mierzy się z tym z wyjątkową drobiazgowością. Analizuje teksty opiniujące życie i śmierć Plath, uzupełniając je lub łącząc ze sobą, gdy tworzy dany rozdział tej opowieści. Nie boi się trudności, nieuznania, kwestionowania tego, co stworzyła. Odwołuje się do badaczy trudnych i niezbyt jej przychylnych – jak na przykład Harriet Rosenstein, która ostatecznie nie zdecydowała się spotkać z Van Duyne. Brnie w kierunku, który sobie wyznaczyła. I ku wyjaśnieniu kilku niewyjaśnionych spraw.

Przede wszystkim tej, czy w poezji Plath naprawdę ujawniała całą gamę trudnych emocji. Pojawia się tu teza, że forma i treść twórczości poetki to zaledwie uchylone drzwi do jej prawdziwego wnętrza. Wnętrza poszukującego swobody i wolności, a także własnego domu – w znaczeniu przenośnym i dosłownym. Wnętrza, które w jakiś magnetyczny sposób przyciągnęło ją do człowieka, który pozostał jej wierny, ale dopiero po jej śmierci, we własnej twórczości nawiązującej pośrednio i bezpośrednio do relacji z Plath. Najważniejsza niewyjaśniona sprawa dla Emily Van Duyne to właśnie pełna ambiwalentnych uczuć, bardzo silnych i często wykluczających się nawzajem, relacja z Tedem Hughesem – człowiekiem oskarżanym tutaj o stosowanie przemocy wobec kobiety. A cała książka orbituje wokół kwestii przemocowych mężczyzn unikających konsekwencji i kobiet, które doświadczenia przemocy na wiele sposobów ukrywają. Podoba mi się bardzo czytelny fragment, w którym twórczyni podkreśla, że użyty formalnie w twórczości zwrot „fioletowy siniak” nie będzie żadnym symbolem, lecz rzeczywistym śladem po doznanej przemocy. Tak, jest tu cały czas szukanie konkretów – mąż testujący różnego rodzaju wyższość nad żoną.

Książka mocno w duchu feministycznym nie jest jednostronna. „Kochając Sylvię Plath” to nie rozprawa o tym, że Ted Hughes był potworem, a Sylvia Plath jedną z jego ofiar. Faktem jest to, że jako spadkobierca niewydanej twórczości swojej żony zarobił krocie na tantiemach i puścił w obieg utwory po prywatnej selekcji. Co ukrył, co zniszczył, co wyparł spośród treści przeczytanych po śmierci Plath? Zwłaszcza że niebawem samobójstwa dokonała jego kochanka, której twórczość, pochodzenie i mentalność także pozostawiły ślad na dalszym kreowaniu literatury przez Hughesa.

Co jednak wykreował w realnym życiu? Van Duyne mocno podkreśla, że bez względu na liczbę analiz naukowych, recenzji czytelniczych czy sposobów odbioru twórczości Sylvii Plath wciąż naprawdę nie wiemy, co się wydarzyło, choć fakty zna cały świat – młoda kobieta łyka leki nasenne, wkłada głowę do piekarnika, odkręca gaz, przed którym chroni swoje dzieci, zabezpieczając drzwi do pomieszczenia, gdzie się znajdują, i odchodzi z tego świata, pragnąc prawdopodobnie jeszcze wysłać list do swojej matki. Wiemy, że ma miejsce śmierć. Nie wiemy, jak wyglądało naprawdę życie wewnętrzne samobójczyni, a także – jak kształtowała się jej relacja z Hughesem. Van Duyne chodzi o pomijane albo niewystarczająco opowiedziane fakty. Ale jest też naukowczynią, w związku z tym zdecyduje się na schemat analizy tekstu źródłowego, którą poprzedzi własnym wprowadzeniem w dany problem, a potem to, co naukowe, interpretuje czasami zaskakująco, czasami zdradzając przy tym zbyt wiele uczucia, jakim darzy Sylvię Plath. Szkoda, że ktoś pokochał poetkę tak mocno dopiero po jej śmierci.

Związek z Tedem Hughesem był specyficzny. Najbardziej prozaiczne słowo do opisania relacji, która bardzo szybko przerodziła się formalnie w związek małżeński. A w nim Sylvia Plath znalazła się w kolejnym kręgu piekielnym. Interesujące jest to, jak autorka traktuje samego Hughesa. Jest to przecież książka o mężczyźnie stosującym przemoc wobec kobiety, która była tak rozpaczliwie samotna, że tej rozpaczy nie opisze właściwie nikt, nawet Van Duyne ma świadomość, że sama nie jest do tego zdolna. Wie jednak, w jakim kierunku poprowadzić narrację, by zbliżyć nas do sedna problemu – braku rozliczenia Hughesa za to, co zrobił swojej żonie, zanim ona zdecydowała się na odejście z tego świata. Nie wchodzimy do ich domu, nie oglądamy sypialni, nie jesteśmy świadkami kłótni i sposobów, w jaki Hughes dręczył Plath. Ta książka ma zaprezentować szerszy kontekst do rozmyślań o tym, jak destrukcyjne może stać się to, co przemilczane. A jednocześnie ile siły do dalszego przetrwania może dostarczyć. Plath pisała wiele, autorka podkreśla, że uznano, iż nawet histerycznie, że wcale nie jest ofiarą, że w jakiś sposób doprowadzała do takiego, a nie innego końca związku z Hughesem. Jej twórczość to nie ekstrawertyzm na sprzedaż. To jedynie fragment błagania świata o zrozumienie wewnętrznego cierpienia. Z pewnością przemilczała bardzo wiele. Dużo więcej przemilczeń odnajdziemy u Hughesa. A może bardziej kłamstw, które padały za życia Plath i po jej śmierci? W tym kontekście podoba mi się umieszczenie na początku książki słów z mojego ulubionego utworu Madonny „Life to tell”. Mam wrażenie, że „Kochając Sylvię Plath” to taka książka, która chce opowiedzieć życie takim, jakim było, a nie takim, jakie wynika z analiz, opinii, doświadczeń naukowych oraz czytelniczych i z odbioru twórczości Plath.

Oczywiście, że Emily Van Duyne sięgnie do tej twórczości. Wskazuje konkretne fragmenty „Szklanego klosza”, w którym jest mowa o okrucieństwie męża wobec Plath. Dociera do tekstów mało popularnych lub wielu nieznanych – jak „Widow”. Śledzi nie tylko to, jak przez lata kształtował się przede wszystkim naukowy odbiór twórczości Sylvii Plath, ale także tropy z tej twórczości, które według niej nie zostały dostatecznie dokładnie przeanalizowane. W kluczowym temacie – doświadczenia przemocy – głos zabiera tylko poszkodowana, jej oprawca milczy. Van Duyne nie używa mocnych słów, ale wystarczająco dosadnych, by pokazać, z jaką niesprawiedliwością wiąże się analizowanie przemocowego związku dwojga poetów, w którym nie ma po latach dwugłosu. Oboje nie żyją, ale zmarli inaczej, Hughes inaczej, lepiej się czuł ze swoim światem. Tymczasem autorka tej książki, podążając za głosem cytowanych naukowców i publicystów, pisze o ich „niesprawiedliwości epistemicznej” wobec Plath. Tylko dlatego, że to ona zabierała głos, a krzywdziciel nabierał wody w usta.

Gdy kończyłem lekturę, nasunęła mi się refleksja, że ta ogromna liczba podziękowań na końcu świadczy o tym, że  Emily Van Duyne, tworząc swoją pracę, otoczona była wieloma bliskimi, przychylnymi jej ludźmi. Oni wsparli ją w stworzeniu tej książki, są jej częścią, mieli w opracowaniu jej kształtu dużą rolę. Van Duyne otoczona była po prostu gronem osób wspierających. Analizując biografię Plath, do której włączane są wątki wykluczania z życia innych kobiet znajdujących się wokół niej, twórczyni tej opowieści ujawnia najbardziej bolesną samotność egzystencjalną. Tę, która pojawia się po doznanej krzywdzie i gdy za krzywdą nie idzie zadośćuczynienie. Całość jest bardzo ważnym głosem naukowym, publicystycznym i częściowo konfesyjnym – jak sporo wierszy Plath – o relacji, która zrujnowała wiele, bo zbudowana była nie na dobrych fundamentach, lecz w pogorzelisku, bo przecież stan psychiczny Sylvii Plath był bardzo skomplikowany, gdy wchodziła w opisywany związek. Czytelnicy wejdą w jej świat z bardzo różnych perspektyw – głównie badawczych. A ze strony na stronę coraz bardziej zrozumieją znaczenie tytułu i fakt, że to książka o tragizmie poznawczym i tragedii egzystencjalnej rozpisanej na kilka rozdzierających serce aktów. Aktów, które próbuje się opisać językiem naukowym. Ten wkroczy tu tylko fragmentarycznie, bo Van Duyne będzie stale mieszać style i gatunki. Ustawicznie podkreślając dramatyczną sytuację kobiet milczących w sprawie krzywd zaznanych od mężczyzn. Lektura poruszająca, niebywale smutna, ale jednocześnie udowadniająca, jak z miłości można stworzyć tekst naukowy o bardzo osobistym charakterze.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 


2026-02-16

„Oto słońce” Gunnhild Øyehaug


 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 18 lutego 2026

Przekład: Karolina Drozdowska

Liczba stron: 176

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: W pułapce samej siebie

Druga znakomicie przetłumaczona na polski – tym razem przez Karolinę Drozdowską – książka Gunnhild Øyehaug nie powinna zaskoczyć tych, którzy czytali „Czekaj, mrugaj” wydaną przed siedmiu laty, ale jednak zaskakuje. Zarówno formą, jak i treścią, chociaż po lekturze pierwszej książki norweskiej pisarki można przewidzieć, że na samym początku otrzymamy w miarę linearną narrację, którą śmiało można określić mianem klasycznej powieści, a potem wszystko pójdzie w stronę wybraną przez Øyehaug. Pisarka po raz drugi udowadnia, że w krótkiej książce – „Oto słońce” ma jeszcze mniejszą objętość niż „Czekaj, mrugaj” – można zawrzeć opowieść meandrującą rzeczywistością a tym, co do niej dopisane. Tu dopisano mnóstwo. Tytuł tej książki, wypowiedź jednego z bohaterów, sugeruje, że mowa będzie o nazywaniu, określaniu wprost, wskazywaniu znaczenia konkretnego słowa i budowania swojej tożsamości na tym, że słowo i jego znaczenie są czymś pewnym. Jednak tu tak nie jest. Wraz ze specyficzną grą z wittgensteinowską koncepcją pytania o użycie, a nie znaczenie, pisarka rozmywa definicje i używa słów w filozoficznej rozgrywce nie tylko z czytającym, ale też z samą sobą.

Zaczyna się jak sprawozdanie. Imię, nazwisko, wiek. Konkrety, od których niemal zawsze wychodzimy, przedstawiając się innym ludziom. Potem rozpoczyna się coś na kształt fabuły. Wychodzimy zatem z punktu, w którym możemy spodziewać się typowej skandynawskiej powieści obyczajowej. A tymczasem przekraczamy granice narracji. Ze strony na stronę coraz wyraźniej widzimy, że słowa przestają nazywać. Zaczynają deformować rzeczywistość, odkształcać ją, odrealniać i zapętlać. Wkraczamy w oniryzm, esej, metakomentarz – u norweskiej pisarki wszystkie chwyty są dozwolone, byle tylko zasiać wątpliwość: słowo jest narzędziem porządkującym rzeczywistość czy wiodącym do surrealizmu? To przecież nie jest książka o pisarce w średnim wieku, która świadomie wybrała samotność w domku niedaleko malowniczego fiordu. Domku, obok którego rzekomo stoi drugi – tak jak jej odizolowany od reszty zabudowań w wiosce. Kiedy narracja jest jeszcze w miarę precyzyjna i można cokolwiek antycypować, pojawiają się słowa będące kluczami do jednej z interpretacji.

„Skała, ja, pustka”. Jak wiele kryje się w introdukcji, w której widzimy bohaterkę mieszkającą w pobliżu głazu narzutowego, który znalazł się tam przez przypadek, i w domu mającym sąsiedztwo. Tam przybywają nowi: para także zajmująca się tym – jak tutaj określono – „dziwnym zawodem”, czyli pisarstwem. A następnie pośród krów zaglądających w okno i kurzych duchów ruszymy w drogę, która prowadzi nas na manowce. Mnie wyprowadziła. Dopasowywałem elementy tej układanki i mocno się głowiłem nad ukrytymi sensami. Ale przede wszystkim podziwiałem – podobnie jak w „Czekaj, mrugaj” – umiejętności językowe Øyehaug, która po raz kolejny udowadnia, że jest jedną z bardziej niezwykłych i w pewien sposób ekscentrycznych pisarek skandynawskich.

Myślę, że jest to historia takiego rodzaju samotności, w którym nie sposób wyrazić wspomnianej wyżej pustki. I tonie się w rozmyślaniach. Helga Mork, będąc sama ze sobą, zadaje pytania bez jednoznacznych odpowiedzi albo w ogóle bez odpowiedzi. Używa słów, lecz jednocześnie gubi się w nich. W jej umyśle pojawia się coraz większy chaos. Czy rzeczywiście wywołany tym, że w sąsiedztwie zamieszkali inni pisarze i że mężczyzna zbliży się niebezpiecznie także do ciała głównej bohaterki, a kobieta zachowa dystans poznawczy i stanie się tłem? Co tu tak naprawdę jest na pierwszym planie, co zaś w tle? „Oto słońce” to wikłająca tropy historia tego, jak trudno znieść siebie w niepewności znaczeń słów. Zwłaszcza gdy jest się pisarką. W dodatku o tak potężnej wyobraźni. Z tak ugruntowaną świadomością kobiecości i tego, że sutki i wagina opowiedzą tu jeszcze jedną historię. A może są tylko marginesem tworzącym narrację o związku płci z postrzeganiem i doświadczaniem rzeczywistości?

„Co zrobić, gdy brakuje nam zrozumienia samych siebie w świecie”? Bohaterka powieści być może stara się zrozumieć dużo więcej poza sobą, nie mogąc zajrzeć głębiej we własną tożsamość. Choć przecież zostaje wyraźnie określona przez siebie, a także poprzez relacje z zaprezentowaną tu garstką bliskich jej ludzi. I tak jak gatunkowo ta książka jest labiryntem, tak i skomplikowane są próby Helgi Mork, by wmówić sobie, że w swoim wieku, z określonymi doświadczeniami i przekonaniami (na przykład o tym, że jest kiepską teściową), jest egzystencjalnie stabilna, jej emocje i odczucia wobec świata są konkretne, a bohaterka wie, co sobą reprezentuje. Tymczasem zaś mnożą się tajemnice. Do Wittgensteina dołączają między innymi Artemidor ze swoją interpretacją snów i Owidiusz z przemianami. A w tym, co realne oraz namacalne, pojawiają się koncepcja marzenia sennego, tajemnicza relacja z kobietą, która nie śpi, oraz przenoszenie się w czasie i przestrzeni.

Czy można określić tę prozę mianem powieści? Bardzo ryzykowne. Bo już w tym zamiarze stajemy się bezradni wobec słowa. Norweska pisarka opowiada przede wszystkim o tym, jak bezbronni jesteśmy wobec swojego języka, gdy usiłujemy pojąć znaczenie czegoś, czego używamy. Mimo pogłębiającej się niejednoznaczności formy czyta się to znakomicie – jesteśmy zaskakiwani na każdej kolejnej stronie, a przy tym przekonani, że bierzemy udział w jakimś literackim eksperymencie. Nasza pisarka stoi przed zadaniem stworzenia nowej powieści, czytający zaś będą musieli się zmierzyć z tym, co wyznacza jej przestrzeń startową. Dlatego z pewnością nie będzie to książka dla wszystkich, ale o wszystkim – w znaczeniu objaśniania rzeczywistości za pomocą słów i prób panowania nad nimi, a tym samym nad własnymi emocjami, uczuciami oraz potrzebami.

„Oto słońce” eksperymentuje, prowokuje, uwalnia wyobraźnię w bardzo specyficzny sposób. To książka o tym, że włączenie się w to, co ogólnie określone jest mianem świata, bywa piekielnie trudne. Nie wiem, czy Øyehaug, wspominając o wściekłości kobiet żyjących w małych domkach na odludziu, wskazuje tym motywem to, co może się za nim kryć. Mam wrażenie, że jest to historia gorzkiego poczucia zmagania się ze słowami, a nie historia tego, ile w nich można ukryć. Pozornie widzimy sytuację, w której samotniczka konfrontuje się z ludźmi żyjącymi w związku, inaczej funkcjonującymi społecznie, a przecież parającymi się podobnym fachem. Zamiast chaosu powinna pojawić się chemia. Zamiast tendencji ucieczkowych – bo tak odczytałem niektóre przemyślenia i działania bohaterki – jakaś konfrontacja. Jest niezwykły sposób prezentowania głównej postaci. Jest też jej cień. Cieniem stają się sąsiedzi Helgi Mork, z tego cienia wychodzi ona ku swemu ulubionemu słońcu. Jednak nie wynika z tego żaden konkret.

To wymagająca narracja, w której najciekawszy jest sposób wyrażania labilności emocji, niepewności uczuć. Norweska prozaiczka nie napisała o silnej babce znad norweskiego fiordu, która zajmuje się pisaniem i zdecydowanie świadomie odstaje od reszty społeczeństwa. Opowiedziała raczej o tym, co czyni nas istotami społecznymi, a jakie czynniki powodują aspołeczność i idące za nią neurozy. W tym znaczeniu to rzeczywiście kawał świetnej skandynawskiej obyczajówki. Ale myślę, że nie tędy droga do ujrzenia tytułowego słońca; widzimy jego kształt i barwę, czujemy moc – nie musimy ich sobie wyobrażać. To jedna z tych ekscentrycznych narracji, które albo rozczarowują formalnie i nie pozwalają dotrzeć do końca ze poczuciem, że czytało się opowieść „z krwi i kości”, albo po pewnym czasie wraca się do nich, by zrozumieć więcej. Bo wszystko jest kwestią słowa oraz tego, co w jaki sposób nazwiemy. To książka momentami śmiertelnie poważna, a momentami niebywale zabawna. Ale tak specyficzna, że wywołuje niepokój, czasem niedowierzanie. Chwilami odnosi się wrażenie, że obcujemy z absurdem, który ma czytających zirytować, bo mamy bohaterkę, której generalnie nie da się polubić. Niemniej warto podążać za tym, co się z nią i w niej wydarzy. Z norweskiego fiordu przeniesiemy się w zupełnie inną rzeczywistość.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ