2026-07-01

„Alaskę masz we krwi” Melinda Moustakis

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 24 czerwca 2026

Liczba stron: 208

Przekład: Jarek Westermark

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 54,90

Tytuł recenzji: Trudne życie

Kiedy przed sześcioma laty Damian Hadaś wydał opowiadającą o Alasce książkę mającą charakter przewodnika, ale dość głęboko wchodzącą w różne struktury – także społeczne – tego specyficznego amerykańskiego stanu, miałem już świadomość, że Alaska jest dla mnie zrozumiała. Zwłaszcza że Hadaś pisał o tendencjach ucieczkowych oraz przynależności – to dwie czytelne postawy wielu mieszkańców stanu. Potem podkręciłem wyobraźnię alaskańskimi thrillerami takimi jak „Dzikie serce” Jamey Bradbury czy znakomitą „Barwą ciszy” Rosamund Lupton i zdecydowałem, że poza Montaną to drugi stan do zwiedzenia w USA, jeśli kiedykolwiek tam dotrę. Z wielkim więc zainteresowaniem sięgnąłem po książkę Melindy Moustakis, nie spodziewając się, że otrzymam coś zupełnie innego niż dotychczas przeczytane narracje o Alasce. Książkę tę można czytać fragmentami albo całościowo. Od razu lub partiami, bo plastyczne obrazowanie krótkich rozdziałów pozwala wyobraźni poszaleć jak po alaskańskich bezdrożach portretowanych tu – co ważne – nie tylko w mroźną zimę, ale również podczas upalnego lata, jednakże przede wszystkim daje szansę, by spojrzeć przez pryzmat prezentowanych harmonii i dysharmonii specyficznych ludzi i wyjątkowego świata natury, który czyni te osoby takimi, jakie są.

Wspomniana książka Damiana Hadasia wywołała coś w rodzaju boomu na Alaskę, gdy tymczasem w książce Moustakis hipotetyczni odbiorcy to postacie w niebieskich strojach, turyści, ludzie całkowicie obcy w tym rejonie, bo potrafiący go jedynie oglądać. Melinda Moustakis pokazuje przede wszystkim to, jak Alaskę się czuje. Dzięki którym zmysłom i które są wtedy najbardziej wyostrzone. Warto dodać, że narracja tej pisarki ukazała się w oryginale dużo wcześniej niż cokolwiek na temat Alaski w Polsce, a ta publikacja zaowocowała czymś więcej, bo Moustakis zdecydowała się na inną perspektywę opisu stanu, który – jak wskazuje tytuł będący wypowiedzią jednego z bohaterów – jest miejscem niezwykle silnej przynależności. I choć bohaterowie – częściej bohaterki – marzą o wyjeździe stamtąd i nawet im się udaje, bardziej przemawia do mnie zasadnicze: „Uwielbiam ten jebany kraj”, wypowiadane z ręką na lufie, jakby ta scena była kwintesencją wszystkiego – wspomnianej już przynależności i bezkompromisowości życia wśród natury, która daje schronienie, ale także żywi.

Z tego punktu widzenia nie będzie to odpowiednia lektura dla wielbicieli zwierząt. Ludzie portretowani w tej książce bywają wobec nich bardzo okrutni, lecz jest to okrucieństwo związane z przetrwaniem, gorzką i bolesną symbiozą. Żeby żyć mogło jedno, umrzeć musi inne. Jak ma się do tego ratowanie małego orła, który przypadkiem znalazł się w wychodku i któremu zdeterminowane dzieci oddają odebraną przez głupi przypadek wolność? Także część związków międzyludzkich, jakie są tu zaprezentowane, można określić mianem przypadkowych. „Alaskę masz we krwi” pokazuje jednak bezkompromisowość i niebywałą siłę społeczności. To są ludzie związani więzami krwi albo przyjaźni na zawsze i w bardzo specyficzny sposób. Nie rozgrywa się tu przed nami ani jedna wyraźna psychodrama, choć doskonale widzimy, jak trudno jest być razem w tym świecie przedstawionym. A być razem to wspólnie łowić ryby, polować na grubego zwierza, przemierzać rzekę Kenai – w pewnym momencie punkt odniesienia dla wszystkiego, co zostaje dalej opisane.

Pisząc o ludziach, warto wspomnieć celny tytuł jednego z rozdziałów. „Ciężar twojej osoby” – to nie tylko opowiadanie, w którym autorka wchodzi w rejon trudnej narracji drugoosobowej (wykorzystuje wszystkie jej rodzaje), ale również o tym, co kształtuje alaskańską tożsamość. Co jest człowiekowi dane dzięki naturze, a co zaoferowane wbrew niej. Co przyjmuje z godnością i poczuciem, że mu się to należy, a wobec czego wyraża swój bunt, który niejednokrotnie wpływa na relacje z najbliższymi.

Wiele jest tutaj nietuzinkowych sylwetek ludzkich. Na przykład na pozór szorstka relacja matki i córki. Ta druga wyjechała do Kalifornii, która w opinii rodzicielki zmiękczyła ją, także mentalnie. Córka nie pozostaje dłużna: natychmiast kontruje, że Alaska czyni matkę okrutną. Jest tu sporo okrucieństwa wyrażonego wprost, ale również symbolicznie. Dużo emocji gęstniejących jak gęstnieje opowieść o przyrodzie, zróżnicowaniu przede wszystkim fauny, jej użyteczności i bezużyteczności, a zwłaszcza obecności, która ma wpływ na tok myślenia. Bo ludzie z Alaski, ci mający ją we krwi, wyciskają tę krew z siebie wręcz dosłownie. Okaleczenia, samookaleczenia, blizny na ciele, krew tryskająca i ta, która krzepnie, zachowując skrytą pod nią tajemnicę pewnego egzystencjalnego przeżycia.

Symboliczny jest tu też szpitalny manekin. W jego ciało wbite są wszystkie ostre przedmioty, z haczykami na czele, które zraniły pacjentów, ale nie uczyniły żadnego spustoszenia w ich myśleniu o tym, dlaczego żyją ze świadomością doznania fizycznej krzywdy, bo Alaska potrafi krzywdzić i musi to robić, jeśli ma dokonać prawdziwej selekcji tych, którzy mogą tam na stałe zamieszkać; mówić o sobie tak, jak głosi tytuł.

Intrygujące jest tu połączenie subtelności w portretowaniu ludzkich pragnień z bezkompromisowością w ich realizowaniu. Mieszkańcy Alaski po prostu czasami biorą to, co – jak uważają – im się należy. A nie należy się wiele. Są minimalistami skupionymi na przetrwaniu. Moustakis opowiada o tym, co to znaczy trwać na Alasce i w jaki sposób pozostanie się tam na zawsze, bo ta ziemia i ta natura zdecydują za człowieka. Dlatego pisarka portretuje także dzieci, pokazuje ich doświadczenia, a potem budowane na tych doświadczeniach relacje. Czy jest tu miejsce na bliskość i czułość? Jest jedno i drugie, ale obie szorstkie. Tak bardzo specyficzne, że trzeba użyć odpowiedniego języka, by to opisać – i Melinda Moustakis robi to bardzo dobrze. Przechodzi w rozmaite rejestry narracyjne, by pokazać różnorodność w pozornie jednolitym świecie, który może mieć wiele literackich definicji. I Alaska ma ich tutaj wiele. Zaskakująco wiele. Po lekturze pojawia się mnóstwo ambiwalentnych uczuć i przemyśleń: to dobre czy złe miejsce do życia, to przestrzeń relacji budowanych właściwie czy w sposób kaleki? I ostatecznie: jaka definicja tak zwanej normalności ma tu być punktem odniesienia?

Historie z tej niewielkiej książki pulsują podskórnie. Autorka pisze w taki sposób, że często czujemy na karku oddech łosia, między naszymi łydkami przepływa jakaś ryba, a malamuty stają się jak dzieci – nie można ich inaczej kochać i w inny niż rodzicielski sposób do siebie przygarniać. Brodaci bracia szukający towarzyszek życia są tu silnie sprzężeni z nurtem rzeki, która bez żadnych wątpliwości szuka swego ujścia. Pośród sielskiej przyrody jest dużo alkoholu i przemocy. To wszystko tworzy tak bardzo wieloznaczny wizerunek miejsca, że właśnie dzięki temu możemy uwierzyć w każde słowo Moustakis. Bez względu na to, czy będzie opisywać brutalne skórowanie zająca, czy opowie o relacjach rodzeństwa, które uzupełnia się i wyklucza jednocześnie. To wszystko – mimo sprzeczności i szorstkości w opisie – jest bardzo sugestywne i widać, że to książka napisana z sercem. Nie tylko dlatego, że pisały ją głównie serce i wspomnienia z dorastania do tego, by stać się pisarką.

Alaska nie jest tu stanem dla każdego. To miejsce, w którym jakiekolwiek życiowe plany mają swój cień ukryty w słowie „jeśli”. Tu nic nie musi być stałe i na stałe, chociaż przynależność właśnie taka się wydaje. Melinda Moustakis opowiada o tym, że należeć do pewnego miejsca to czasem przełykać gorzką pigułkę przynależności. Ale jest to również książka o sile wspólnoty, niebywałej sile. Chropowatość opisów i języka bohaterów może sprawiać zupełnie inne wrażenie. Myślę jednak, że to, co najcenniejsze, autorka ukryła gdzieś bardzo głęboko i z tego powodu nie można tej książki po prostu przekartkować lub przeczytać pobieżnie. Zwłaszcza że wspomniane zmienne rejestry narracyjne dają do zrozumienia, że wchodzimy gdzieś w głąb albo jesteśmy wyrzucani poza lokalny nawias. To wszystko jest kwestią czytelniczej wrażliwości, gdyż odnoszę wrażenie, że „Alaskę masz we krwi” nie jest książką dla każdego, nawet jeśli jest wielbicielem tego rejonu świata.

Na koniec to, co stanowi również koniec tej książki: los decydujący o tym, w którym momencie życia odkryje się świadomość, że z tym fascynującym, mrocznym, czasem defetystycznym amerykańskim stanem chce się pozostać na zawsze albo już się mimowolnie pozostało. „Przychodzisz czy odchodzisz? – to niepokojąco brzmiące pytanie tkwi w nas gdzieś głęboko podczas lektury. Ważna opowieść o tym, że nie ma żadnej definicji przynależności, a im bardziej specyficzny rejon do życia, tym silniej do siebie przywiązuje. Nawet raniąc, przynosząc frustracje, dając niewiele w zamian za tę bezwarunkową miłość. Alaska jest trudną i może okrutną matką. Ale ma swoje prawa i umie decydować słusznie. Nie każdy jest gotowy mieć ją we krwi.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-29

„Wdowa” Helene Flood

 

Wydawca: Wydawnictwo Agora

Data wydania: 1 lipca 2026

Liczba stron: 360

Przekład: Ewa M. Bilińska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,99

Tytuł recenzji: Rodzinne intrygi

Powieść Helene Flood – należąca do gatunku tych, które bardzo szybko się czyta i równie szybko zapomina – zaskakuje nas tutaj podwójnie. Pozytywnie, jeśli chodzi o misterną konstrukcję, tworzenie krótkich scen w dwóch przestrzeniach czasowych i umieszczanie tam wskazówek ważnych dla intrygi, dlatego warto podczas lektury notować sobie pewne rzeczy, bo Flood całkiem sprawnie osiąga efekt swoistej halucynacji, niepewności i narastającego lęku. A to opowieść o kobiecie, która po stracie męża mierzy się z nieznanymi jej dotąd rodzajami lęków. Wcześniej także było ich bardzo wiele, łącznie z poczuciem zbędności albo świadomością, że było się złą żoną i matką, złą kobietą albo kobietą bez żadnych właściwości.

Negatywne zaskoczenie to przewidywalność. Autorka zaproponowała nam narracyjne puzzle do poskładania, ale w rzeczywistości to, co jest ukryte na obrazku, odsłania się na długo przed uporządkowaniem elementów. Podoba mi się w całym tym kontrolowanym chaosie przemyślana kompozycja klamrowa, jednakże nie ma we „Wdowie” zbyt wielu zaskakujących momentów, choć Flood stara się, by było onirycznie, tajemniczo – i żebyśmy za wszelką cenę uwierzyli, że mocno szwankuje nie tylko pamięć głównej bohaterki, ale także otaczających ją ludzi. Zdarzenia, które mają miejsce, składają się w logiczny ciąg, jednakże kuleją detale: albo okazują się nieistotne dla ogólnego obrazu, albo są wskazówkami zbyt oczywistymi. Smutne jest to w tym pierwszym przypadku, bo „Wdowa” to w moim przekonaniu powieść o tym, jak problemy z pamięcią wpływają na zachowania i tożsamość bohaterów. Umieszczenie w fabule niszczonej przez demencję matki bohaterki jest jednym z elementów, które szkodzą tej książce. Czy można ją nazwać thrillerem? Momentami tak. Dla mnie to dość przeciętna obyczajówka poszatkowana na kawałki, co zmusza do większej uwagi podczas czytania – i to akurat działa na plus.

Evy to bohaterka prowadząca, a przy tym prowokująca. Niejednoznaczna, choć bardzo wyraźnie osamotniona. Nie z powodu śmierci męża. Żyjący członkowie jej rodziny przebywają w różnych odległościach od Evy, jednak mentalnie są od niej z pewnością dość daleko. Ale czy związek, który trwał prawie pół wieku, dał jej namiastkę bliskości, a przede wszystkim ten rodzaj spełnienia, który po tylu latach związku uzyskujemy przy człowieku godnym pełnego zaufania? Ów związek był burzliwy i jest odsłonięty tylko fragmentarycznie, co jest naturalnie zaletą, bo nie czyni z „Wdowy” quasipsychologicznej analizy współżycia małżonków o skrajnie różnych charakterach i sposobach życia.

Jak na Norwegię jest wyjątkowo tradycyjnie i do bólu przewidywalnie, jeśli chodzi o skutki narzucenia takich ról. On pracuje i utrzymuje rodzinę, ona wychowuje po kolei trójkę dzieci, z których najbardziej przywiąże się do pierworodnego syna, ale to przywiązanie będzie miało zaskakujący finał. Istotą powieści Helene Flood jest pokazanie pewnego zarysu rodzinnych relacji, który może nasuwać wiele niepokojących skojarzeń, ale najwięcej niepokoju wprowadzają detale. Mam wrażenie, że jeśli o nie chodzi, to Flood w pewnym sensie porozrzucała klocki o różnych kształtach i kazała je czytelnikowi poskładać, jednakże nie wszystkie do siebie pasują, a niektóre trzeba łączyć na siłę. Retrospekcje ciekawie współpracują z czasem współczesnym i ta atrakcyjność stworzona jest właśnie z drobiazgów, które potem przestają mieć znaczenie albo okazują się jedynie pustym w swej wymowie elementem przykuwającym uwagę.

Jak wspomniałem na wstępie, „Wdowa” to powieść do błyskawicznego przeczytania. Sześćdziesięciosześcioletnia główna bohaterka na przemian irytuje, intryguje, zaskakuje i potrafi uczynić z siebie kogoś, komu ze wszech miar można współczuć. Ważni są ludzie wokół niej, bo relacje z nimi tworzą rys psychologiczny Evy. Możemy dowiedzieć się na przykład, jakie i dlaczego właśnie takie znaczenie ma w jej życiu spożywanie alkoholu. Albo czym są dla niej tabletki przeciwlękowe i nasenne, których stara się nie używać, bo coraz wyraźniej rozumie, że musi czuwać praktycznie całą dobę, a zagrożenie może przyjść o każdej porze dnia lub nocy.

Poza opowieścią o osaczeniu i o tym, w jaki sposób najbliżsi potrafią zmanipulować czyjąś pamięć, jest tu też sentymentalna historia poznania się dwójki ludzi, którzy dość szybko w mało sentymentalny sposób zaczęli żyć koło siebie, nie ze sobą. I ktoś jeszcze, ten trzeci, niepokojący cień tego związku, a może człowiek, który potrafi dla Evy zrobić najwięcej. Dużo więcej niż jej dzieci, których postacie – poza jedną – są zupełnie papierowe, dlatego zaproponowana tu intryga ani ziębi, ani grzeje. W miarę solidna i dość logicznie uporządkowana powieść z dreszczykiem, ale naprawdę mało co konkretnego o książce Helene Flood da się napisać.

Lecz zaintrygować może wątek smutku i samotności. Wydaje się, że Evy w pewnym stopniu lubi być smutna, a na pewno z radością przyjmuje momenty, kiedy może być sama. Dłuższy czas spędzony z samą sobą w Paryżu. Czas po śmierci męża, który nie jest jakimś wielkim cierpieniem przebywania w osobności. „Wdowa” to powieść o tym, jak rodzi się osobność, jak gubią się gdzieś bliskie więzi, a być może jeszcze bardziej – historia rodziny, która nie umiała się pokochać i szanować. Dlatego wszystko wydaje się skomplikowane, opisy relacji dodają powieści kolorytu, lecz wszystko zmierza w boleśnie przewidywalne rejony, choć Flood lekko budzi nas z letargu w zakończeniu swej powieści.

Na koniec warto oddać tej powieści, że pokazuje narzędzia manipulacji, które sprawiają, że ktoś zaczyna czuć się winny czegoś wobec kogoś, staje się względem niego podrzędny i tak naprawdę gubi sam siebie w morzu oskarżeń albo podejrzeń. Oczywiście więcej będzie we „Wdowie” tych ostatnich, a oryginalna forma książki wzmacnia wrażenie, że narracja ta, gdyby napisać ją w inny, bardziej klasyczny sposób, nie przyciągałaby tak uwagi czytelników. Bohaterowie całkiem dobrze są tu wprowadzani i prezentowani, jednak Flood nie pracuje nad tym za bardzo, zwróciłem na to uwagę wcześniej i zwracam teraz, ponieważ opowieść o tym, co się przydarzyło pewnemu starszemu małżeństwu, miałaby więcej kolorytu, gdyby wizerunki psychologiczne bohaterów były choć trochę bardziej skomplikowane.

Wdowa” to też książka o ludzkiej chciwości i potrzebie posiadania nawet tego, co jest niezupełnie potrzebne. Ciekawy wizerunek majętnych Norwegów, którzy wcale nie przypominają mieszkańców jednego z bardziej równościowych krajów, ale moje doświadczenia przekonują mnie, że wszystkie te kraje na północy Europy mają po prostu świetnie zrobiony zagraniczny PR, a Flood jest tu jedną z wyrazicielek tego, jak naprawdę może wyglądać życie w norweskiej rodzinie, w której wygasa żar uczuć, a rośnie pragnienie posiadania. Flood napisała w sumie bardzo smutną książkę o tym, jak fasadowe może okazać się bycie razem i że może się za nim kryć brak wsparcia. Także o boleśniejszym odczuwaniu czyjejś śmierci, gdy jawi się ona jako przypadkowa i bezsensowna. To literacki dowód na to, że interesująca gra z formą może nie dać rady uratować słabej fabuły. Widać w tej powieści naprawdę dobry, lecz kompletnie niewykorzystany potencjał.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-23

„Kwestia winy” Bruce Holsinger

 

Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania: 17 czerwca 2026

Liczba stron: 416

Przekład: Paweł Cichawa

Okładka: zintegrowana

Cena detaliczna: 59 zł

Tytuł recenzji: Winni

Każdy z nas zna eksperyment myślowy związany z etyką i moralnością, który zwie się dylematem wagonika. Mamy wybór: albo przejedziemy pociągiem pięć osób na jednym torze, albo przestawimy zwrotnicę i wjedziemy na drugi tor, na którym znajduje się tylko jedna osoba. Zabijamy jednego człowieka zamiast pięciu. Jakiego wyboru dokonamy? Co lub kto ma o nim decydować? Jak kształtować się będzie poczucie winy, skoro podjęcie którejkolwiek decyzji sprowadza na kogoś śmierć? Bruce Holsinger w swoim enigmatycznym thrillerze będzie rozważał między innymi takie kwestie. Jednakże w tej książce, pełnej niejasności w prezentowaniu wzajemnych relacji bohaterów, problemów etycznych czy moralnych pojawi się znacznie więcej. Ale jest to przede wszystkim powieść opowiadająca o nieadekwatności kary do winy oraz o rozważaniu winy w kategoriach, które mogą zaskoczyć czytelnika. Nikt nie chce tu z siebie jej zmazywać, ale każdy inaczej definiuje swój stosunek do tego, że jest winny. Winny śmierci właśnie, jak hipotetyczny sprawca zdarzeń w dylemacie wagonika.

Jednak „Kwestia winy” to nie tylko sprawnie poprowadzona narracja obyczajowa o tym, w jaki sposób członkowie pewnej rodziny, która przeżyła wypadek samochodowy, na pięć różnych sposobów walczą ze stresem pourazowym. To książka o tym, jak na losy tej rodziny, ale i kształt świata wpływają technologie informatyczne; jaką zagadką, a jednocześnie zagrożeniem może być sztuczna inteligencja, i o tym, do którego momentu możemy nad nią panować jako jej stworzyciele. Ciekawa jest tu paralela SI z potomstwem, które powołujemy do życia, dajemy mu warunki do właściwego rozwoju, także etycznego i moralnego, oraz wyraźnie nakreślamy granice dobra i zła. Ale później dziecko musi samo w dorosłym życiu wykorzystać naszą wiedzę albo ją przekształcić w taki sposób, by żyło mu się wygodnie, zgodnie z jego priorytetami. Wszystko to w odniesieniu do stworzonej przez nas sztucznej inteligencji teoretycznie się zgadza, jednak niepokoi ta ostatnia część: danie czy to młodemu człowiekowi, czy wytworowi IT pełnej swobody podejmowanych w przyszłości działań…

W powieści pada wyraźna teza, że nowoczesne technologie mogą nas ochronić przed niemal wszystkim, ale nie będą za nas cierpieć i nie wpłyną na kształt życia, które z ich powodu może się całkowicie rozpaść. Tak dzieje się z pięcioosobową rodziną, która jedzie samochodem kontrolowanym przez zaawansowane technologicznie systemy i ma poczucie, że oprogramowanie pojazdu zapewni jej dotarcie bez szwanku do celu. Za kierownicą siedzi syn, świetnie zapowiadający się sportowiec. Złoty chłopiec, rodzice wiążą z nim ogromne nadzieje: wierzą, że uda mu się zrobić karierę w dyscyplinie, którą kocha. Ich oczko w głowie małżeństwa, mimo że są jeszcze dwie córki. Jazda do celu przebiega bez zakłóceń. Wierzący w niezawodność algorytmów dorośli oddają się swoim pracom zdalnym, fotel kierowcy zajmuje wspomniany chłopiec, a dwie młodsze dziewczynki beztrosko spędzają czas, nie spodziewając się dramatu, który wydarzy się za chwilę.

Wydaje się, że najciekawszą postacią jest Noah, głowa rodziny, narrator tej powieści: jego zaskakujące poglądy, przemyślenia i ich zmienność, a także to, w jaki sposób reaguje na każdy nowo odkrywany fakt bezpośrednio lub pośrednio związany z tym dramatem. Mężczyzna wie, że stoi na czele piątki ocalałych. Jemu w wypadku właściwie nic się nie stało i fizycznie nie ponosi żadnych konsekwencji, ale mnóstwo ich spada na jego umysł, moralność i umiejętność łączenia faktów, a także antycypacji. Noah obserwuje członków swojej rodziny, którzy – chcąc się wyciszyć po dramatycznym zdarzeniu – przenoszą się do domku w innym amerykańskim stanie. Morze, całkowity spokój, możliwość zapomnienia o tym, co się stało. Odruchowo zakłada się, że w aucie było pięcioro świadków zdarzenia, ale to nieprawda. Był szósty. Sztuczna inteligencja nadzorująca samochód. I to między innymi dzięki niej intryga prezentuje się znakomicie.

Bruce Holsinger świetnie oddaje rozterki głównego bohatera, ale równie ciekawie prezentuje zmieniające się relacje rodzinne, tworzące się i rozpadające sojusze, zbliżanie się do żony i dzieci oraz oddalanie od nich. Choć wydaje się, że to rozszarpywany przez dylematy moralne Noah skupi na sobie największą uwagę, szybko można zauważyć, iż to jego żona będzie najbardziej intrygująca. Nie tylko dlatego, że powieść przerywana jest jej wywodami na temat sztucznej inteligencji, którą w niektórych miejscach zestawia z postaciami mitycznymi, podkreślając tym samym uniwersalność i niezmienność pewnych zjawisk. Lorelei jest fascynująca – choć może nie dostrzegamy tego od samego początku, bo ten zawłaszcza jej mąż, ale potem to ona staje się punktem odniesienia wielu następujących później wydarzeń. Także jeśli chodzi o myślenie o tym, że ocalała piątka ludzi ma na sumieniu dwójkę martwych. I dużo, dużo więcej, gdy weźmie się pod uwagę, jak wyglądała sytuacja w samochodzie tuż przed wypadkiem. To nie miało się zdarzyć. Zaprogramowany system miał zadziałać perfekcyjnie. Jednak błędy się zdarzają. Również takie, za które płacimy w bardzo skomplikowany sposób.

Szersze rozważania nad możliwościami i zagrożeniami związanymi ze sztuczną inteligencją pozornie nie wychodzą tutaj poza to, co zdążyliśmy sobie przemyśleć od momentu, w którym produkty IT zdominowały współczesne życie. Jednak Kwestia winy” dołącza tu dużo więcej przemyśleń, często zaskakujących. Tez, które z jednej strony przerażają, z drugiej fascynują. Bo jesteśmy tylko ludźmi, twórcami algorytmów. A może jest jeszcze inaczej, bo – jak wspomniano w powieści – rodzina to algorytm”. Ten w świecie przedstawionym Holsingera rozpadł się i należy go naprawić. Tak, naprawić. Każda poszczególna relacja musi ulec doświadczeniu podobnemu katharsis. A wzajemne kontakty rodziców i dzieci są tu dodatkowo wplątane w kolejną historię z dramatycznym finałem, gdy członkowie rodziny przyjeżdżają do rozgrzanego (przede wszystkim symbolicznie) domu, w którym mają mieć okazję do naprawy swego rodzinnego błędu krytycznego.

Istotne są tu postacie drugoplanowe: dziewczynki pozornie niemające wpływu na tok akcji, ale jednak silnie z nią związane. Lekko poszkodowana Izzy dzielnie daje sobie radę z czasową niepełnosprawnością, lecz coraz trudniej jest jej w relacji ze starszym bratem, gdy przekonuje się, jaki jest naprawdę, jak zachowuje się po zdarzeniu, za które był odpowiedzialny. Ciekawsza jest Alice, wyalienowana i zdecydowana na rozmowy ze sztuczną inteligencją, w której widzi jedyną bliską jej istotę. Tyle że nie rozmawia z żadną istotą. Przerywniki w postaci krótkich wymian zdań Alice z jej technologicznie wykreowaną przyjaciółką dodają narracji kolorytu, zwłaszcza wtedy, gdy widzimy, jak ta relacja” się kończy. Ale Alice jako postać mało odsłonięta przed czytelnikiem jest jednocześnie bohaterką przykuwającą większą uwagę. W przeciwieństwie do rodziców, którzy wciąż rozważają kwestie winy, kary, istoty SI oraz wzajemnych relacji, milczenie Alice po tym, co się wydarzyło, jest bardzo wymowne. I jej dziecięca samotność. Bo rodzice w pewnym momencie orientują się, że oddalili się od swoich dzieci z powodu gnębiących ich problemów. Albo dylematów etyczno-moralnych, które wciąż tkwią z tyłu głowy i nie pozwalają temu małżeństwu być silnym i uzupełniającym się tandemem jak do tej pory. Czy małżonkowie zwalczą kryzys? Co ostatecznie stanie się z ich postrzeganiem tego, w co Lorelei wsiąkła w swym życiu zawodowym, a na co Noah patrzy z uważnym dystansem prawnika?

Nie będzie łatwo zasnąć po tej lekturze. Za to z łatwością będzie można sobie wypisać kilka pytań dotyczących sztucznej inteligencji, na które nie odpowiada książka, a które wcześniej czy później będą się domagać odpowiedzi. Kwestia winy” to także opowieść o tym, że sekret może ranić dużo bardziej niż kłamstwo, a lojalność rodzinna bywa remedium na wszelkie zło. Analizę zła, jakie pojawia się w tej książce, amerykański pisarz pozostawia w dużej mierze czytelnikom. W jaki sposób sztuczna inteligencja może pozostać dobra, nie kierując się ku złu? Kto ma ją tego nauczyć? I kto w tej książce jest prawdziwym wygranym, a kto zagubił się tak mocno, że z trudem może wrócić do wydarzeń z przeszłości?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-18

„Zgotuję ci piekło. Jak rozwodzą się Polacy” Paulina Socha-Jakubowska

 

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 24 czerwca 2026

Liczba stron: 264

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,99

Tytuł recenzji: Co sobie robimy?

Ta książka jest ciężka jak ołów i pełna opisów bezgranicznych dramatów. Jednocześnie Paulina Socha-Jakubowska zaskakuje, bo chociaż obserwuje pogorzeliska miłości, wciąż w tę miłość wierzy, ba, nawet to przekonanie powtarza, czyniąc z tego reportażu o przerażającym tytule książkę mimo wszystko dającą nadzieję. Nie tylko poprzez wiarę w miłość jako taką, ale również przez to, że reportażystka wierzy w moc dokonywania zmian; że to, o czym napisała, powstrzyma choć część ludzi przez fundowaniem sobie życiowego piekła, w którego kolejne kręgi wkraczamy wraz ze wszelkimi obawami autorki, ale również z faktami dowodzącymi, jak straszne rzeczy możemy sobie nawzajem robić, kiedy zdecydujemy, że nie chcemy już być razem. A zwłaszcza: co się może stać, kiedy łączą nas dzieci – ich osobne dramaty to właściwie książka w książce, o czym łatwo będzie się przekonać już na wstępie.

Wielu z nas doświadczyło rozstań z kochanymi kiedyś osobami. Wielu zdecydowało się na zmiany partnerów, część wybrała samotność. Socha-Jakubowska nie pisze o bezproblemowych rozstaniach i o tym, że one – zwykle dotyczące ludzi bezdzietnych – dają wolność, pozwalają się realizować na innej płaszczyźnie, z kimś podobnie myślącym i czującym. To nie będzie książka o tym, że odejścia warunkują często lepsze życie. Ten reportaż mógłby nosić tytuł jednego ze swoich przejmujących rozdziałów, a mianowicie „Zabiorę ci nawet chęć do życia”. Myślę, że brzmiałoby to bardziej boleśnie i gorzko, choć przyznać trzeba, że i tak nie ma na polskim rynku zbyt wielu tytułów tak mocnych jak ten nadany przez Sochę-Jakubowską. Pomyślałem, że mógłby powstać też reportaż o tej łagodnej formie zjawiska rozchodzenia się dwojga ludzi. Jeśli powstał, a ja go przeoczyłem i nie przeczytałem, to przepraszam. Bo uważam, że rozstania mogą nieść w sobie wspaniałą formę wyzwolenia, i to dla obu stron. Tutaj tak jednak nie będzie. W tej publikacji przeczytacie o bólu, strachu, niszczeniu sobie nawzajem życia i o tym, jakim koszmarem staje się trwanie w zawieszeniu, funkcjonowanie ze znienawidzoną często osobą, bo system prawny działa powoli i bywa tak, że koszmary opisane w tej publikacji trwają bardzo długo, wyniszczając wszystkich uczestników dramatu, przede wszystkim zaś dzieci, które zwykle na nic nie mają wpływu.

Zgotuję ci piekło” opowiada nie o rozwodzie, lecz o rozwodzeniu się. Bolesnym procesie rozłożonym w czasie i wynikającym z wielu powodów. Także z tego, że byli małżonkowie jak najdłużej chcą być dla siebie nawzajem okrutni. To wybija się tu na pierwszy plan, jest dla autorki nie do pojęcia i wydaje się absurdalne, kiedy zdroworozsądkowo pomyślimy, że w gruncie rzeczy nie dążymy do życia w traumie, a jednak się nią obciążamy na własne życzenie. Będzie tu mowa o ludziach, którzy czerpią jakąś chorą przyjemność z długotrwałego dręczenia swoich byłych partnerów. Nie będzie podziału na płeć, bo tych przejmujących zachowań dopuszczają się zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Będzie oczywiście zaznaczone, że to kobiety cierpią w takich sytuacjach bardziej, ale o dziwo Socha-Jakubowska z wyjątkową empatią oddaje głos skrzywdzonym mężczyznom. Tym, którzy płaczą nad swym losem, nie czują się winni destrukcji związku i chcieliby po przejściu przez piekło żyć na nowo. Albo cofnąć czas.

Reportaż ma ciekawą strukturę, albowiem nie koncentruje się tylko na opowieściach rozwodników, jakkolwiek drastyczne by były i jak wiele mogłyby pokazać oblicz ludzkiego zła. Autorka rozmawia również z innymi ludźmi zaangażowanymi w rozwody. Są tu sędziowie i adwokatki, jest też prywatny detektyw. Ich relacje nie tylko uzupełniają opowieści skrzywdzonych – bywa tak, że dodają nadspodziewanie przerażające aspekty tych historii. Przeszkadza mi tu trochę warszawocentryzm, bo mam wrażenie, że gdyby autorka udała się do specjalistów od rozwodów w mniejszych miejscowościach, usłyszałaby zapewne inne opowieści, a być może dowiedziałaby się, że procesy rozwodowe można przeprowadzać szybciej, mniej boleśnie. Jednak tutaj mamy historie ludzi, którzy celowo rozciągają i potęgują ten ból, zastraszają i alienują byłych partnerów i partnerki, a przede wszystkim wciągają w swoje spory innych ludzi, jak również usiłują manipulować adwokatami, by zajmowali się ich sprawami po godzinach pracy.

Najmocniej rezonuje zdanie jednego z rozmówców, lekarza niewstydzącego się swoich łez po rozstaniu. Mówi o byłej partnerce wprost: „Stała się złym człowiekiem”. To stwierdzenie zdaje się kluczowe na tle nakreślonych tu problemów. Jacy potrafimy być dla siebie? Co takiego się dzieje, że z miłości rodzi się nienawiść? Skąd biorą się pokłady zła i podłości, o jakich będziemy czytać tutaj tak często, że podczas lektury z pewnością trzeba będzie robić sobie przerwy na oddech? Paulina Socha-Jakubowska pozornie nie odkrywa tu nic nowego: ludzka podłość znana jest od wieków i widywana w każdym wymiarze, nie tylko przez pryzmat opuszczania kogoś z zamiarem niszczenia mu dalszego życia. Niektóre rozdziały wybrzmiewają tutaj jednak wyjątkowo przejmująco. Zwłaszcza opowieści o losach dzieci, ale i – choć inaczej – historie o tym, co sobie robią ludzie dorośli, do czego są zdolni. Bezpośrednie opowieści przełamane są wyimkami z forum rozwodowego. Tam pojawiają się szczegółowe opisy bezkompromisowego wzajemnego dręczenia, ale także rozpaczliwe pytania, co można zrobić, zanim zanim zapadnie decyzja o złożeniu pozwu rozwodowego.

Nie sposób czytać „Zgotuję ci piekło” bez poczucia bezradności i wyjątkowego rodzaju cierpienia, które jest niczym cios prosto w serce. Chodzi o opowieści o tym, jak w trakcie rozwodów traktowane są dzieci, jak wiele rodzajów manipulacji stosują rodzice i jak na zawsze traumatyzują ludzi, którzy nawet jako dorośli nie dadzą rady wydobyć się z bagna tych wszystkich emocji. W tym znaczeniu ciekawa jest opowieść ratowniczki górskiej, będącej teraz w średnim wieku kobiety czynu, która była alienowana przez swego ojca i dopiero jako dorosła osoba mogła poznawać matkę. Nie poznać, bo na to już było za późno. Poznawać i próbować zrozumieć. Że nie porzuciła, nie zostawiła na pastwę męża alkoholika, że jej nieobecność wywołana była wieloma czynnikami i dopiero po latach można o tym wszystkim opowiadać, kiedy dorosłe dziecko – największa ofiara rozwodu – ma zdolności i kompetencje do tego, by zacząć w pełni rozumieć swoją historię, a dzięki temu pożegnać się z mrocznymi emocjami z dzieciństwa.

Nie wiemy, jak ułoży się życie wspominanych w reportażu dzieci. Jednak czasami bardzo wyraźnie widzimy, jak toczą się dalsze losy samych rozwodników, kto co osiąga, jakim kosztem i do jak obrzydliwych działań się posuwając. W tle płaczą nieukojone dzieciaki, które zabiorą w dalsze życie wspomnienia, a większość z nich nie będzie miała szansy danej przez los wspomnianej wyżej ratowniczce górskiej – nie dowiedzą się, że ich dorosłe lęki są pochodną tego, co uczynili ich okrutni rodzice. Bo opisywany w „Zgotuję ci piekło” poziom barbarzyństwa wobec rzekomo kochanych dzieci chwilami zwyczajnie nie mieści się w głowie dojrzałego czytelnika. A musi się pomieścić w umysłach, które powinny zajmować się czymś zgoła innym, koncentrować na bodźcach tworzących fundamenty normalnego dzieciństwa. Mamy więc tu zarówno obrazy miłosnych pogorzelisk, jak i zrujnowanych dzieciństw. Nie wiem, co uderza w serce i wyobraźnię najbardziej. Na pewno istotne jest to, że autorka stara się zachować daleko idącą bezstronność wobec wszystkich aktów zła i że trzyma dystans do wybranego przez siebie tematu, choć jest to piekielnie (sic!) trudne. Paulina Socha-Jakubowska jako obserwatorka lub słuchaczka jest bardzo blisko pól przerażających bitew. Nie umie wcisnąć nikomu do ręki białej flagi. Ale nie ocenia, choć czytamy o kwestiach jednoznacznie złych. To książka paradoksalnie także dla tych, którzy tworzą szczęśliwe związki i wychowują kochane przez siebie dzieci. Pomyślcie, co dzieje się w innych rodzinach. Być może w domu obok waszego albo w mieszkaniu za ścianą.

Świetny i wieloaspektowy reportaż o zjawisku sankcjonowanym przez Polaków coraz częściej. Szkoda, że nie wszyscy mają pojęcie o tym, jak naprawdę potwornie czasem to zjawisko wygląda.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-15

„Bez głowy” Maciek Bielawski

 

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 20 maja 2026

Liczba stron: 136

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 34,90

Tytuł recenzji: To, co odjęte

Ze sporym wstydem muszę wspomnieć, że ominęła mnie lektura „O fotografii” Susan Sontag, jednakże bardzo uważnie przeczytałem „Widok cudzego cierpienia” tej autorki, w którym jest mowa między innymi o artyzmie fotografii, i choć Sontag jest tu akurat zaledwie jedną z obecnych ważnych myślicielek, to zaczynając pisanie o nowej książce Maćka Bielawskiego, mam wrażenie, że mogłaby ona nosić tytuł drugiej ze wspomnianych publikacji Susan Sontag.

Bo to opowieść o patrzeniu, widzeniu i cierpieniu. Głównego bohatera, ale również świata, który widzi, a przy tym naprawdę dostrzega. I nie robi mu krzywdy, wycinając z kadru pozornie najważniejszy element. On ten świat dzięki temu wycięciu odczarowuje. Odbiera mu niewypowiedziane cierpienie. Zabiera całą masę okrucieństwa i bólu, które obecnie kryją w sobie retuszowane portrety w social mediach. Nie zdjęcia, które miały jakąś historię, czekało się na ich wywołanie, były prawdziwym i kultywowanym świadectwem jakiegoś ważnego wydarzenia. W wieku, który – jak się słusznie wspomina – będzie najdokładniej sfotografowanym czasem w historii ludzkości, Bielawski widzi i pułapki, i przytłaczającą czasem pustkę, i przede wszystkim brak refleksyjności. Refleksji wielkiej miary, oryginalnych przemyśleń i przede wszystkim znakomitej gry na różnych rejestrach narracyjnych jest w „Bez głowy” wiele. Krótka i zmieniająca sposób myślenia książka. Jakże się cieszę, że po obszernym „Ostatnim”, który nie przypadł mi do gustu, przeczytałem rzecz tak misternie stworzoną, wielokrotnie niejednoznaczną, a przede wszystkim pasjonująco twórczą. Dlatego tak lubię wracać do autorów, którzy mnie rozczarowali pierwszą książką. Zwykle spotyka mnie przyjemna niespodzianka. Tym razem również tak było.

Warto chyba zacząć od relacji między wspomnianymi już rejestrami narracyjnymi. Zaczyna się od wernisażu prac. Niewielu, bo dwudziestu dwóch. Zdjęć zrobionych w taki sposób, że obecni na nich ludzie nie mają głów. Najpierw czytamy coś w rodzaju eseju interpretacyjnego, który dość szybko nabiera kształtów rozprawy naukowej snutej pełnym nadętych fraz akademickim językiem momentami hiperbolizującym różne kwestie. Znawca dziedziny sztuki, jaką jest fotografia, używając bawiących mnie zawsze i według mnie nic nieznaczących słów „skądinąd” i „poniekąd”, próbuje opisać drogę twórczą młodego fotografa. Artur w swym krótkim życiu wykonał niewiele zdjęć, jednakże zmuszają one krytyka do zadumy nad kunsztem i niezwykłością dzieła. Jest ono surrealistyczne, anatomicznie odkształca tradycyjny ogląd świata i ludzi, zwłaszcza tych, którzy na zdjęciach powinni mieć twarz, a głowa jest przecież tym, co człowieka szczególnie wyróżnia. Czy aby na pewno? Jakie wyróżniające elementy zdjęć Artura dostrzega jego akademicki interpretator we frazie, która na przemian bawi, na przemian irytuje? Cytowani naukowcy blisko związani z fotografią dodają tej części narracji wiarygodnego kolorytu, niemniej pozornie uporządkowany wywód wcale nie wyjaśnia niezwykłości zjawiska, o którym jest mowa w tej książce. Ta narracja ugniata samą siebie jak plastelinę, staje się chwilami groteskowa, miejscami konfabuluje i zasadniczo nie odnosi się do całościowego zamysłu tej krótkiej powieści Bielawskiego.

Kontrą do tego, co zostało dotychczas napisane, jest znakomita partia dialogowego chaosu pełniąca tu funkcję przerywnika. Odzwierciedleniem tego, jakim chaosem jest obecny czas. W jaki sposób… stracił głowę, choć wciąż kreują go ludzie, którzy te głowy posiadają. I mamy mówiące głowy albo zlepek wszystkich tych potworności nazywanych często komunikacją. Nadal trzymamy się tematu, czyli ekscentrycznych zdjęć ludzi sfotografowanych bez głów, ale wszystko zaczyna iść w zaskakującą stronę. Podąża jednak w kierunku klasycznej już narracji stworzonej z wielu perspektyw. Z wieloma słowami albo frazami kluczami. Nadopiekuńcza matka i zmarła matka. Osoba, która nie dostała się na wymarzony kierunek, i człowiek, który go studiuje, nie doceniając tego, co dla kogoś może być spełnieniem marzeń. Zaczyna się też wyjaśnianie, co wydarzyło się na samym początku, a raczej: pokłosiem czego jest ten ekscentryczny wernisaż. Bielawski igra z czytelnikiem, jego percepcją konkretnego tematu. Jednocześnie jest to książka boleśnie autoironiczna, jeśli wziąć pod uwagę, co portretuje. Rzeczywistość i jej odbicie na współczesnym zdjęciu? Artyzm, ekstrawagancję czy coś wynikłego z poważnych problemów życiowych albo zwycięstwa mrocznych emocji?

Bez głowy” to narracja należąca do tych krótkich, wyjątkowo zaskakujących i równie wyjątkowo bolesnych. Po złożeniu jej w całość, przeczytaniu ostatniego zdania, ułożeniu tych narracyjnych puzzli pozostaje poczucie smutku i swoistego zagubienia. A jednocześnie refleksja czyniąca nową książkę Bielawskiego naprawdę odkrywczą opiera się na materiałach źródłowych analizujących od stuleci kluczowy temat. Co stanowi wartość dodaną tej powieści? Przede wszystkim to, że autor nie jest w żaden sposób jednoznaczny w diagnozie prezentowanego świata. Można się nawet zastanowić nad tym, czy w ogóle formułuje jakąś diagnozę. Jednakże to narracja, w której przemyślane są każda strona i każdy, nawet najbardziej absurdalny dialog. Także opowieść o egzystencjalnej pustce i artystycznym sposobie wyrażenia tego stanu. Ma on kilka wymiarów. Odnosi się do tego, co dzieje się w życiu bohaterów (a jest ich wielu w tej skromnych rozmiarów książce, proszę mi wierzyć), lecz także do tego, co życie uczyniło z nimi samymi. O dewaluacji pewnych pojęć, przewartościowaniu kolejnych (ciekawa metafora związana z wagą kilograma, która w odczuciu jednego z bohaterów zmieniła się na przestrzeni lat, bo dzisiejszy kilogram nie jest już tym samym kilogramem co kiedyś). Bielawski nie ma chyba w zamiarze przygnębiać, lecz twórczo analizować te elementy świata, od których kreatywność się odwróciła. Ale to również powieść będąca ostrzeżeniem. Bardzo mocnym.

Mamy i będziemy mieć inklinacje do bycia perfekcyjnymi w czymś, w czym możemy być dyletantami. I to wszystko dzieje się w głowie – tam, gdzie młodziutki fotograf może wcale nie chce zaglądać, bo pomija ten element ludzkiej anatomii na swoich zdjęciach. Maciek Bielawski z pewnością opowiada tutaj o tendencjach ucieczkowych egzemplifikowanych przez formułę braków na fotografiach – kluczowych wszak dla kilku fabuł tworzących „Bez głowy” – lecz jednocześnie pyta o to, co zostało pominięte, jako o coś, co być może powinno wrócić. Być może stać się czymś innym, lepszym.

Dawno nie czytałem tak sprawnie zwizualizowanej koncepcji świata, który przekroczył granicę prawdziwego widzenia i bardzo szybko wszedł w szeroko pojęty nurt halucynacji łączony również obecnie ze sztuczną inteligencją. To lektura ważna i chyba konieczna, jeśli nie chce się stracić głowy, a przede wszystkim kontaktu z rzeczywistością, która jako taka nie zmieniła się zasadniczo w obecnym stuleciu. Zmieniło się i uczyniło fragmentarycznym widzenie tej rzeczywistości. Widzenie samego siebie. Swojej pełnej, ale w pewnym stopniu zdeformowanej sylwetki. Zdjęcia młodego fotografa nie są deformacją, lecz punktem wyjścia do ciekawych rozważań egzystencjalnych w książce udowadniającej, że polska proza współczesna lubi bawić się formą, ale czasami ma poza nią do opowiedzenia historię. Brawo.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-09

„Pod wodą” Tara K. Menon

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 20 maja 2026

Liczba stron: 236

Przekład: Aleksandra Weksej

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: W żałobie

Wszyscy znamy fatalistyczne znaczenie czasownika „tonąć” w jego dosłownym rozumieniu. Nie wszyscy myślimy o tym, że można tonąć w smutku, w rozpaczy, w żałobie po bliskiej osobie, w przeświadczeniu jej bezgranicznego braku, zwłaszcza że gdy żyła, żyła obok, bez granic dosłownych ani emocjonalnych. „Pod wodą” to przejmujące studium zespołu stresu pourazowego, z którym nie sposób dać sobie radę w pojedynkę, ale także historia niezwykłej przyjaźni, której tłem jest natura otaczana szacunkiem i nadająca relacji dwóch dziewczynek dodatkową wartość. Czyta się to ze smutkiem, bo Tara K. Menon pisze o nieodwracalnym. Także o tym, jak bardzo boli smutek, który nie jest w stanie odejść. Jest to książka o traumie, melancholii i życiu na adrenalinie. Takim ostrym jak smak papryczki chili. Nieprzewidywalnym jak przyroda, która – choć traktowana z szacunkiem – niekiedy okazuje się śmiertelnym wrogiem. Nie ma tu jakichś specjalnie skomplikowanych rozwiązań fabularnych, powieść tworzy klasyczna dwutorowa narracja, jednakże Menon nie napisała typowej powieści obyczajowej.

Wstrząsający jest sam prolog, a te wizje potem powracają. Od początku zdajemy sobie sprawę, że wszystko, co zostanie opisane, to zdarzenia w cieniu śmierci, najbardziej bolesnego odejścia. Marissie pozornie wiedzie się dobrze. Ma stałą pracę w magazynie podróżniczym, gdzie jako mistrzyni przymiotników roztacza przed potencjalnymi klientami iluzję wspaniałości miejsc, w których chcieliby wypoczywać. Ale kobieta nie ma uporządkowanego życia. Wraz z mieszkańcami Nowego Jorku oczekuje na huragan, który uderzy w wielkie miasto z niezwykłą siłą. Marissa od ośmiu lat tkwi w samym centrum kataklizmu. Jest owładnięta myślami o destrukcji, ale ma także myśli autodestrukcyjnie. Wspomina czas sprzed ośmiu lat, kiedy żywioł zabrał jej to, co najcenniejsze. A może jednak przyjaciółka – w przeciwieństwie do Marissy – nie chciała walczyć o życie i poddała się żywiołowi świadomie?

Znamienna jest tu doznawana przez główną bohaterkę retrospekcja, kiedy kobieta wspomina, jak pilot zabrał ją do kabiny samolotu i zaprezentował, jak można przechylać pojazd w lewo i w prawo. Marissa nigdy nie stała w pionie. Jej życie roztrzaskało się o fale wspomnień o tsunami z 2004 roku i już nigdy nie odzyskało równowagi, do jakiej bez problemu pilot przywracał maszynę po pokazaniu dziewczynce możliwości technologii. Mamy tutaj do czynienia z kobietą, która – tak jak manty pokochane przez nią i przez przyjaciółkę – żyje w ciągłym ruchu, nie przystaje nawet na chwilę. Nie może się z nikim związać, ale często wybiera do kompulsywnego seksu mężczyzn. Tych, którzy z wahaniem albo współczuciem patrzą na jej dwie blizny. Zwłaszcza na tę dużą. Świadectwo tego, że przed laty Marissa podjęła jednak walkę z zawłaszczającą ją wodą i wygrała. Tylko co? Pustkę, nicość i traumatyczne wspomnienia?

Wbrew pozorom wspomnienia są tu malowane pastelowymi kolorami i kiedy przenosimy się do Tajlandii sprzed katastrofy, widzimy tworzącą się relację, którą uzupełnia sielankowy obraz fauny i flory, gdy dwie dziewczynki przyglądają się otaczającej je przyrodzie, a z niektórymi jej elementami wręcz się zaprzyjaźniają. Zbliża je ostrość chili, są czasami bezkompromisowe w swych działaniach, wciąż rozgrzane i gotowe do działania. Tajskie gorąco paradoksalnie przynosi im wytchnienie. Są różne, a stają się takie same, są jednością. Marissa przybywa do obcego kraju, w którym nie ma żadnych znajomych rówieśników. Arielle z nonszalancją przygarnia jej wyobcowanie i ciekawość, a nawet od razu dzieli się z nią swoją mamą; Marissa swoją straciła w wypadku samochodowym. Dziewczynki penetrują bliskie i dalsze okolice, zbliżając się na specyficznych zasadach, pokazanych symbolicznie przez Menon, która nie zamierza tworzyć łzawej narracji o zdobyciu i utraceniu wszystkiego.

Fascynująco opisywane są atmosfera zagrożenia i antycypacje z nią związane już w Nowym Jorku, gdy Marissa wie, co może się wydarzyć, podczas gdy przed laty nikt nic nie wiedział i nikt nie spodziewał się okrucieństwa, które przyszło nagle. Potem pozostało ono na zawsze w kobiecie, która przygląda się z ciekawością mnogości i różnorodności Nowojorczyków na ulicach, ale być może jest to tylko ciekawość podszyta zazdrością, że oni żyją i mają się dobrze, a ona pozostaje kompletnie sama – także ze swoimi wewnętrznymi dramatami, bo niczego nie sposób zapomnieć, gdy nosi się wielką bliznę, a świat wokół wydaje się tak zaskakująco inny i spokojny. Jakby nikt w nim nie kosztował papryczki chili. Jakby słodycz i beztroska ludzi była dla Marissy dodatkową formą cierpienia, doświadczania normalności, której już nie ma, która została pochłonięta przez wodę na innym kontynencie. A teraz pozostaje już symboliczny stan opisywany przez tytuł książki. Kobieta żyje jak na wstrzymanym oddechu. W końcu tego nauczyła się, nurkując i oglądając podwodne cuda natury. Tym razem ten oddech nie chce nadejść w pełni z innego powodu. A Marissa czeka na coś, co tym razem jest przewidywalne. Na katastrofę, do której można się przygotować. A śmierć przyjaciółki jest katastrofą, na którą nigdy nie jest się gotowym.

Tym bardziej że żałobę trzeba przeżyć samotnie i bez jakiegokolwiek wsparcia. Przyjaciółka to nie członek rodziny. To nie osoba, którą wolno jest długo opłakiwać. Tara K. Menon pokazuje, że życie bez bliskiej kiedyś osoby to kolejne tonięcie. Tonięcie w morzu niewidzialnych łez, bo na te prawdziwe Marissa jest zbyt dzielna, nie może sobie na nie pozwolić. Nie po tym, co przeszła. Nie z bagażem traumy, który paradoksalnie staje się jej mocną stroną, nie pozwala zapaść się w sobie. Ale kobieta nie odradza się jak fauna i flora, które kiedyś tak kochała. Zapadając się w sobie, pokazuje nam – a właściwie robi to w znakomity sposób autorka – jak dalece mogą sięgać ludzkie tęsknoty, jakim ciężarem może być smutek i jak niewyobrażalnie trudne jest… noszenie siebie w sobie po przeżyciach, które powinny zabić.

Tu powoli zabijają też melancholia i izolacja. Bohaterka książki próbuje wszystkiego, by senne koszmary przestały ją męczyć, a dalsze lata były wypełnione jakąś treścią, nie tylko pustką i marazmem. Jest jednak w tej książce więcej innych emocji i uczuć. Trochę punktowanych w krótkich scenach, trochę skrytych w metaforach, a trochę pojawiających się w czytanej przez Marissę literaturze. Najwięcej jest jednak burzy wspomnień. Tymczasem nad Nowy Jork nadciąga burza, na którą trzeba się przygotować. Przygotować na prawdziwą konfrontację z samą sobą?

Pod wodą” jest hołdem dla piękna natury i ostrzeżeniem przed jej nieprzewidywalnością. I tak też jest z człowiekiem: niebezpieczny dualizm czasami wzmacnia, czasem może zniszczyć. Wspominana Arielle to charyzmatyczna nastolatka, która uwielbia przełamywać bariery i burzyć schematy. Ona uczy Marissę swoistej niepokorności i dzięki niej życie wciąż ma ostry smak chili. Nawet teraz, kiedy tak wiele się skończyło i nic nie zapowiada, by coś konstruktywnego w życiu pełnym żałoby mogłoby zacząć się dziać. Pozostaje oczekiwanie na kolejny żywioł. Zajmowanie myśli, ale wybiórcze – tym, co wzmacnia smutek, nie oddala go od bohaterki. Nie ma w tej książce ekspiacji, bo nigdy nie było czegoś, co mogłoby do niej prowadzić. Po prostu stała się śmierć. Stała się pustka. Cała przyroda, tak różnorodna i fascynująca, w jednej chwili pokazała, że nie zna granic życia ani śmierci.

Jest to jednocześnie powieść o niezwykłości tego pierwszego. O świecie, którego nie dostrzegamy naprawdę, choć często nas porusza i zachwyca. O naturze, która sama w sobie nie odczuwa melancholii, wstydu, gniewu, smutku i rozpaczy. Ale to wszystko gnieździ się gdzieś w umyśle i ciele kobiety, która skazuje siebie na egzystencjalną banicję. Czy rzeczywiście do niej doprowadzi? Warto, by pisarka prowadziła nas ku odpowiedziom swoimi nieoczywistymi ścieżkami. Nieprzypadkowo ta książka znalazła zainteresowanie w tak wielu krajach na świecie. Nie jest jedynie kameralnym opisem dramatu i wspomnienia szczęścia. Jest tym, czego wszyscy szukamy w literaturze: barwną opowieścią, w której gama kolorów emocji współgra z paletą barw niezwykłej natury.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-05

„Duszność” Violette Leduc

 

Wydawca: Wydawnictwo Karakter

Data wydania: 25 maja 2026

Liczba stron: 176

Przekład: Jacek Giszczak

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: Oblicza wyobcowania

Uwielbiam oficyny, które odnajdują wydane dawno za granicą perełki literackie i udostępniają je polskiemu odbiorcy, czyniąc je nowościami specyficznymi, wyróżniającymi się na tle pozostałych, książkami odżywającymi na nowo. „Duszność”, wydana w oryginale tuż po drugiej wojnie światowej, a od niedawna dostępna w języku polskim dzięki Wydawnictwu Karakter, wnika dzisiaj do naszej świadomości i podświadomości w sposób nieopisanie wieloznaczny. Tak potężnej intensywności emocji – tych nazywanych wprost i tych zawoalowanych, ukrytych w gąszczu metafor i przesłoniętych mgłą oniryzmu – w tak krótkiej książce jest aż zbyt wiele. To rzecz z tych, które zajmują jeden wieczór, ale przyciągają swoją enigmatycznością na bardzo długo. Violette Leduc napisała powieść odważną, bezkompromisową, a przy tym delikatną w swojej melancholii. Coś, co kiedyś wywołało duży rezonans wśród krytyków i czytelników, dostajemy w znakomitym tłumaczeniu jako historię inicjacyjną i powieść o dorastaniu do nazywania swojego smutku. Lecz najważniejszy jest język, bo tu smakować można i całe zdania, i pojedyncze zatrzymujące na dłużej określenia – jak „mężczyzna owiany smutkiem”, „chrapiący piec” czy „zadumane stopy”.

To jedna z tych powieści, które przykuwają uwagę czytelnika pierwszym zdaniem. Moja matka nigdy nie podała mi ręki”. Połączenie tego zdania z tym, które zamyka książkę, daje wszechstronny obraz niejednoznaczności relacji dziewczynki z wyjątkowo surową dla niej matką. W to wszystko włączona jest również opowieść o więzi z babką stanowiąca swoistą odskocznię od dusznej (sic!) atmosfery opisu tego, kim córka nie powinna być, kim się nie stanie i w jaki sposób wyzwala to gorycz matki.

Matki, która jest tu postacią bardzo niejednoznaczną, żadną antybohaterką mimo prezentowanych okrucieństw w zachowaniu oraz w tym, co mówi. Dialogi tną tutaj ostro jak żyletka, ale i część zdań narracji Leduc konstruuje w taki sposób, by były w stanie zranić czytelnika. Duszność” jest o ranach zadawanych, ale też o tych immanentnych. Nie takich, które mają specyficzne podłoże. Nie takich, które mają podłoże konkretne. Konkretu jest tu oczywiście dużo, jednak nie o to chodzi. Matka chce kształtować swoje dziecko, które potrafi nazwać idiotką. Ona doskonale wie, ile pociągnięć szczotką uczyni fryzurę jej dziecka właściwą, co powinno ono mówić, jeść, w co się ubrać i przede wszystkim: jak myśleć o sobie. Bo o świecie każda z trzech postaci myśli inaczej, choć z podobną goryczą. Wynika to nie tylko z sytuacji egzystencjalnego niepokoju o własną wartość, ale jest także pokłosiem tego, co tworzy społeczną nierówność. Metaforyczne wyrastanie ze wsi i biedy kontrastowane jest z wędrówką dziewczynki po cichej, wręcz wymarłej ulicy arystokratów. Francuskie społeczeństwo tuż przed Wielką Wojną zarysowane jest tu całkiem wyraźną kreską, chociaż są miejsca, gdzie jest ona nieco niepewna, szczególnie tam, gdzie nakreślono wizerunki mężczyzn.

Czy Duszność” niesie w sobie feministyczny przekaz? W dużym stopniu tak. Mężczyźni portretowani przez Leduc są przemocowi albo słabi względem samych siebie oraz otoczenia. Potrafią odejść na zawsze (śmierć) w mało spektakularny sposób i pozostać wiecznie w świadomości kobiet jako ci, którzy niezdrowo fascynują; potrafią też rujnować. Wyznaczają kobietom przestrzeń ich przynależności dokładnie w taki sposób, w jaki matka wyznacza córce zakres tego, co ma myśleć i jak działać.

Niektóre fragmenty tej niesamowitej książki czyta się z poczuciem, jakby cały czas słyszało się obecne w jednej ze scen skrzypienie papieru ściernego czyszczącego kuchenkę. Ta szorstkość jest jednak zestawiona z wyjątkową wrażliwością dziecka, dla którego nie ma miejsca w świecie matki, jeśli nie stanie się ono czymś na kształt jej kopii. Tej matki, która wiecznie dba o wygląd, zdaje sobie sprawę, że wartość kobiety zawiera się w jej sposobie noszenia się, pokazywania światu. Ale to wszystko wydaje się fasadowe. Leduc nie napisała przecież książki o dorastaniu w niepokoju i lęku, pod ciągłym surowym spojrzeniem niebieskich oczu rodzicielki. Nie tylko o tym, jak wielkim ratunkiem w sytuacji braku porozumienia z matką jest bliska więź z babką. To rzecz o relacjach w bliskim kręgu, ale także o tym, kto do tego kręgu usiłuje się zbliżyć – niszcząc, podbudowując albo definiując na nowo to, co łączy kobiety w trzech pokoleniach.

„Duszność” korzysta z kilku rejestrów językowych; dominuje oczywiście perspektywa dziecka, ale wymyka się ona swojej formie z powodu niezwykłej plastyczności i wynikających z niej asocjacji. Bardzo ciekawe jest to, jak francuska pisarka wprowadza na scenę swego świata przedstawionego nowe postacie. Nawet te – dość liczne – epizodyczne wpływają na tok trudnej do jednoznacznego zdefiniowania akcji. Leduc jest znakomita w portretowaniu ludzkich sylwetek. Ich wygląd zderza się z tym, jak dziewczynka postrzega połączenie postaci z jej zachowaniem i jego natychmiastową interpretacją. Często jako zagrożenia, bo Duszność” to opowieść o szponach lęku, które więżą zarówno dziecko, jak i osobę dorosłą. Komplikacje psychologiczne prowadzące do konfliktów między matką a córką są dość czytelne, ale włączyć w to trzeba także fantazję literacką o tej trzeciej relacji. Wkraczająca na karty powieści babcia pozornie zniweluje lęki córki, lecz pomiędzy tymi trzema członkiniami jednej rodziny nieustannie coś pulsuje niepokojem.

Dla matki normalne życie ma być poukładane jak towary na sklepowej wystawie. Dla córki tworzy się tam przestrzeń do ich przestawiania, mieszania i wymieniania. Akurat motyw bliskości z wystawą sklepową jest tu ważny, bo wskazuje na bolesne doświadczenia, czasami te graniczne. Nad wszystkim unosi się dodatkowo klimat niepokojącego zawieszenia i niepewności. Dołącza do tego subtelnie świat natury. Przyroda nie jest wroga, jednak nie sprzyja odnalezieniu komfortu. Leduc stwarza świat, w którym na wszystko trzeba uważać, bo jest symbolicznie zbyt kruche albo też wyjątkowo trwałe i okrutne.

Czy to rodzaj autofikcji? Ile w tej historii biografizmu, ile wynikającej z twórczej wrażliwości prawdy w opowiadaniu świata, który już wtedy, przed laty, przed nadejściem dominacji obrazkowości, nadmiaru dźwięków i bodźców słownych, jest przestrzenią, w której można się zagubić? Język jest bezkompromisowy, jednak kryje się w nim nadzieja. Nadzieja pojawiająca się nawet podczas przyglądania się złu i opisywania go jako czegoś, co może być twórcze i doprowadzić do ucieczki w jakiś bezpieczny rejon świadomości. Zapada też w pamięć zapisana tu niewolnica ciekawości” – postać niejako uwięziona między tym, co realne, a tym, co wyobrażone. Bo Duszność” to także opowieść o niespełnionych tęsknotach i o kilku innych rodzajach niespełnienia przenoszonych z pokolenia na pokolenie, w każdym kolejnym bardziej frustrujących. Tę narrację napisano w taki sposób, że można by ją porównać do pomału gotującej się wody. Na początku chłód i surowość, a na końcu wrzenie, odbywająca się na naszych oczach eksplozja i uderzająca w nas dekoncentracja. Leduc rozprasza uwagę zresztą wiele razy, tworząc pozornie nielinearne historie albo opisy sytuacji nieprzystających do pozostałych. Tak czy owak jest to lektura przejmująco smutna i perfekcyjnie wieloznaczna. Nie można się opowiedzieć po którejś ze stron, nie można jednoznacznie stwierdzić, co z czym toczy tu walkę. Mamy nieszczęśliwe dziecko, nieszczęśliwą matkę i starszą kobietę, która chciałaby zapobiec nieszczęściu, zapominając o pewnych sprawach lub interpretując je na nowo.

Na koniec warto sobie zadać pytanie: czy Duszność” jest o dziewczynce, która chce być częścią matki, czy antycypującej pewne wydarzenia i doskonale wiedzącej, że nigdy taką częścią nie będzie, bo nie odpowiada ideałowi, sztucznie wykreowanemu wizerunkowi. Przejmująca książka o dorastaniu w smutku i pośród często smutnych ludzi, a także o dzieciństwie naznaczonym przemocą ze strony mężczyzn, nie tylko pozornie najbliższej osoby. Boli dość długo po przeczytaniu, choć jest krótka i wkraczamy do tego niepokojącego świata wyobraźni Leduc tylko na chwilę. I na tyle głęboko, na ile sama autorka nam pozwala, jeśli chodzi o wiedzę o zaprezentowanej rzeczywistości.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-01

„Moi przyjaciele” Fredrik Backman

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 3 czerwca 2026

Liczba stron: 432

Przekład: Anna Kicka

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Minione i obecne życie

Niezwykły humanista literatury środka. Człowiek, na którego kolejną książkę naprawdę czeka się z wytęsknieniem. Tutaj Backman dziękuje w zakończeniu wszystkim bliskim mu ludziom, dzięki którym powstała poruszająca opowieść… o bliskości ludzi, choć czasami szorstkiej, naznaczonej głównie utratami, której tłem jest wszechobecna śmierć, ale również sugestia, co to znaczy żyć naprawdę. I tak jak autor dziękuje tym wszystkim ludziom, ja dziękuję właśnie jemu. Takie książki jak „Moi przyjaciele” powinny zasłużenie trafiać na półki z bestsellerami, bo nie są ani skomplikowane formalnie, ani uwikłane w problematykę trudną do objęcia rozumem czy całkowitego przyswojenia. To po prostu rzecz dla wszystkich. Znając wcześniejsze powieści Fredrika Backmana, oczekiwałem jednocześnie śmiertelnie poważnej historii i przezabawnej opowieści; tym razem pisarz gra detalami: opisami mrugania, przewracania oczami czy brania głębokiego oddechu.

Tym, co mnie zaskoczyło w tej książce, jest sposób budowania historii. Tu jedna opowieść wyłania się z drugiej. Fundamentem jest klasyczna narracja drogi – podróż dwójki ludzi, którzy zupełnie do siebie nie pasują i pozornie są całkowicie różni choćby z racji wieku, a jednak przemierzają przestrzeń, od początku wiedząc, że w jakimś stopniu do siebie przynależą. A potem zrozumieją tę przynależność bardziej, kiedy właśnie z jednej historii wydobywać się będzie kolejna. Obie zmierzają ku zakończeniu, które – znając twórczość Backmana i proponowane przez niego tezy dotyczące kondycji egzystencjalnej człowieka jako takiego – staje się przede wszystkim zaprzeczeniem wcześniejszego założenia, że dużym ciężarem jest „słyszeć samego siebie w innym”. Zarówno pozbawiona bliskich oraz poczucia sensu istnienia nastolatka, jak i dobiegający czterdziestki mężczyzna, który wciąż żyje pamięcią tego, co minęło, usłyszą od siebie być może więcej na swój temat, niż zdołali się o sobie nauczyć do tej pory.

Ona żyje dużo krócej, lecz bardziej intensywnie niż on. Za chwilę przestanie być istotna dla systemu poszukującego uciekinierki. Skończy osiemnaście lat i stanie się dla tego systemu nieważna, niewidoczna. Dorosłych już się nie ściga z takich przyczyn. Ich problemami już nikt się nie interesuje. „Moi przyjaciele” to gloryfikacja nastoletniości poprzez czynienie jej zauważalną. Ale to również mroczna historia mężczyzny, który jako nastolatek doświadczał, tego, czego doznawać nie powinien, bo to wypaczyło jego poglądy na życie i samego siebie. Nie ma jeszcze czterdziestki, a zdaje się, że ten wciąż jeszcze młody człowiek przymusza się do każdego kolejnego oddechu. Dzieje się tak, dopóki los nie połączy go z dziewczyną, która mimo doświadczonych traum (w tym śmierci przyjaciółki) pełna jest witalności i ciekawości tego, o co bohater często sam siebie nie pytał. I tak oto niedobrane charakterologicznie postacie ruszają w świat pociągiem. Tyle tylko że ten pociąg zaczyna przemierzać przestrzeń inaczej. Zaczynamy się cofać, a retrospekcje stają się coraz ważniejsze. To one opowiedzą o tym, co wie wielu z nas, ale co Backman podkreśla wyraźnie: „(…) najniebezpieczniejsze miejsce na świecie jest w nas samych”.

Podążamy jednak do miejsca, w którym rodzi się wyjątkowa przyjaźń. Tam, dokąd nie dociera formalizm ani zdrowy rozsądek świata dorosłych i gdzie żadna relacja nie zawiąże się w jakimś klasycznym albo choć przewidywalnym stylu. Są młodzi ludzie doświadczeni przez przemoc, alienację i poczucie bycia bezwartościowymi i jest cud świata natury, który niweluje ich lęki oraz troski, coraz bardziej zbliża do siebie, a ostatecznie prowadzi do tego, że znajdują się na pewnym niezwykłym obrazie. Nie wszyscy, bo ktoś ich przecież malował. Młodziutki artysta. Potem doceniony przez świat. W najważniejszym etapie swojego życia doceniany przede wszystkim przez przyjaciół. Fredrik Backman nie opowie o tej przyjaźni banalnie. W ogóle będzie unikał banałów czy truizmów, które wplątywały się w treść jego poprzednich książek. Autor „Zwycięzców” opowie przede wszystkim o wewnętrznej sile przeciwstawiania się temu, co naciska, sugeruje, nakazuje: żyj tak, by żyć normalnie, niewidocznie. To zresztą porada dla syna wygłoszona przez jedną z matek bohaterów. O młodych ludziach, którzy zaklęli dla siebie krótki czas niesamowitej bliskości. Nigdy się z tego czasu nie wydostali. I zawsze będą wyczekiwali jakiegoś jutra, choćby nawet umierali, fizycznie znikali ze świata, z którym tak uporczywie walczyli.

„Moi przyjaciele” to w dużej mierze historia tego, w jaki sposób uciekamy od piekła w nas samych, ale również opowieść o przypadkowości zdarzeń, których sekwencja prowadzi do niesamowicie silnego przywiązania na całe życie. Jest tu wszystko, co wiemy o życiu albo czego za chwilę się dowiemy: że nikogo nie rozpieszcza, a z wieloma rozprawia się okrutnie. Doświadczane tu rzeczywiste fizyczne ciosy są także ciosami od losu, który wymierza je bohaterom na ich własne życzenie. Piekłem jest żyć wśród ludzi, którzy stają się automatycznie obcy, nie przynależąc do stworzonego świata przyjacielskiej paczki. Piekłem jest jednocześnie żyć w tej paczce, w której każdy niesie bagaż przejmujących doświadczeń i każdy jedynie udaje, że sobie radzi. Albo nie udaje, tonie w sobie, pozwala kierować sobą za pomocą poczucia bezsensu istnienia. Czy portretowani przyjaciele żyliby dalej, gdyby nie zdarzyła się ta niesamowita więź, która pomogła im przetrwać wszystko, co trudne?

Ale przecież najtrudniejsze dopiero przed nimi. Przed każdym z osobna w inny sposób. A przed jednym z mężczyzn pojawia się trudność zderzenia z emocjonalnie rozchwianą nastolatką, która dziwnym trafem potrafi uporządkować jego chaotyczne wnętrze pełne lęków o siebie i przepełnione przekonaniem, że wraz z tamtym nastoletnim okresem bliskości przeminęło już wszystko, na pewno zaś pojawiła się bariera utrudniająca dotknięcie drugiego człowieka, znalezienie się przy nim blisko. W fizycznym znaczeniu trudności życiowych Backman nie dobiera jakichś specjalnych motywów – wykorzystuje ten klasyczny i wszechobecny nie tylko w literaturze, lecz przede wszystkim w życiu motyw przemocy domowej, w której noszone na ciele siniaki są nie tylko świadectwem doświadczonego bólu. Tutaj mowa jest o cierpieniach egzystencjalnych, które są zniuansowane właśnie przez to, że „Moi przyjaciele” to historia różnego rodzaju relacji. Mimo że bohaterowie mogą wydać się papierowi, że autor nie wchodzi gdzieś głębiej w ich umysły, nie koncentruje się jakoś specjalnie na miejscu ich pochodzenia, zaznacza jedynie wyobcowanie przez podkreślanie motywu emigracji i bycia obcym także w języku i państwie.

Pozornie to powieść po prostu o nieszczęśliwych dzieciach, które stają się potem nieszczęśliwymi dorosłymi. Ale tylko pozornie. Istotnym motywem jest sztuka łącząca się tutaj z absolutnie każdą życiową emocją, która tworzy nasze człowieczeństwo. Backman nie odchodzi w wielu akapitach od dydaktyzmu, ale tym razem jest to bardziej sugerowana sentencjonalność. On już po prostu tak pisze: obrazuje jakiś świat przedstawiony i podsumowuje go wnioskami, do których dojście być może utrudnia czytelnikowi. Jednakże tutaj nie pozbawia go zadumy nad tym, kim się stajemy w gromadzie, kim samotnie, a kim jesteśmy, gdy grupa bliskich się rozpada, jednak trzeba żyć dalej. Kochać kogoś lub coś albo w kogoś lub coś wierzyć. To sobie przecież obiecywali nastoletni ludzie widniejący na obrazie będącym wyjątkowo barwnie wykorzystanym leitmotivem „Moich przyjaciół”.

Backman jak zawsze stara się być ironiczny i humorystyczny, ta rozpoznawalna cecha jego prozy zaznacza się już na samym początku. Jednak potem, gdy jedna historia przeradza się w drugą, tę właściwie odradzającą się na nowo, jesteśmy już dalecy od rozbawienia. Tę powieść powinien przeczytać każdy samotny człowiek, by może pojąć, dlaczego samotność mu szkodzi i w jaki sposób się w nią wpędził. Także ten, który uważa, że ma wszystko. A może nie mieć siebie. Na koniec zaś to, co najważniejsze: Fredrik Backman po raz kolejny napisał powieść absolutnie dla każdego, a tym razem mam wrażenie, że fragmentami mogłaby to być lektura szkolna inspirująca niezwykłe lekcje o nadzwyczajności smutku i szczęścia naszego istnienia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ