Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 17 czerwca 2026
Liczba stron: 300
Przekład: Edyta Stępkowska
Okładka: twarda
Cena detaliczna: 59,90 zł
Tytuł recenzji: Odsłony emocji
Homoseksualna debiutantka literacka opowiada o ideologicznych zderzeniach heteronormatywności z innym obliczem świata, w uproszczeniu: queerem – sama autorka nad wyraz często używa tutaj tego określenia. Wiemy doskonale, że wielu twórców, zwłaszcza współczesnych, po prostu odzwierciedla własne życie w swojej twórczości. Niektórzy robią to subtelnie i z klasą, oferując nam prawdziwą literaturę. Niektórzy atakują sobą i swoją ideologią, piszą po prostu pamiętnik; wiele z takich narracji powinno pozostać w szufladach, a jednak stają się książkami – nie dość, że popularnymi, to w dodatku chętnie tłumaczonymi na inne języki. I w przypadku tej powieści, najsłabszej w „Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich” (do tej pory za najmarniejszą uważałem „Bliznę” Auður Avy Ólafsdóttir), mamy prawdopodobnie do czynienia z taką właśnie sytuacją, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, co twórczyni pisze w zakończeniu i jak formułuje podziękowania.
W zasadzie przywołanie „Blizny” nie jest tu przypadkowe, bo obie te książki i wprost, i metaforycznie opowiadają o tym, jak piekielnie trudno czasem wytrzymać samemu ze sobą. Za powieścią Ólafsdóttir stoi jednak jakaś historia. Generalnie cała literatura nordycka przez lata udowadniała nam, że dobra książka to przede wszystkim dobra opowieść, a nie ideologiczne rozmemłanie, a tego określenia po prostu muszę użyć, bo są momenty, gdy czytanie Linei Mai Ernst jest potwornie męczące: banał goni banał, a idea ściera się z tymi, z którymi już starła się wielokrotnie i do znudzenia.
Znajdźmy jednak pozytywy tego debiutu. Przede wszystkim tytuł, choć to akurat wybór polskiego wydawcy, bo autorka nazwała swój utwór „Kun til navlen” – interpretację pozostawiam znającym język duński. „Prawie wieczór, wciąż jasno” sugeruje czas niejasności, niepewności, porę przejściową i zapowiadającą coś, ale osadzoną w konkrecie, którym jest słowo „wieczór”. Fundamentem powieści mogłoby być słowo „nieprzystawalność”. Albo zwrot „emocjonalny eskapizm”. Ale to już dwa słowa. A duńska pisarka stara się być oszczędna w nich, choć niestety jej się to nie udaje, bo styl daleki jest od większości powieści wspomnianego wyżej cyklu. Autorka prowadzi nas ciekawie głównie przez trzy sceny erotyczne oraz malownicze opisy otoczenia: odludzia, w którym dawni akademiccy przyjaciele postanawiają spędzić niejako biblijny tydzień; będą nieświadomie coś budować, niszcząc jednocześnie. Niektórzy samych siebie. Jedna z bohaterek nosi w sobie tak ogromne pokłady autoidiosynkrazji, że metaforycznie prawie wybucha niczym wulkan. Ale realnie będzie tutaj raczej spokojnie, sporo drzew, łagodna toń jeziora i nic spektakularnego, jeśli chodzi o potęgę natury. Potężne są za to związki, zależności, zawierane sojusze i mnóstwo, po prostu mnóstwo ideologii polaryzującej ludzi w sposób okrutnie wręcz dydaktyczny.
Docierając do końca tej powieści – chociaż w bólu – zauważa się ciekawą symbolikę samego początku. Wtedy do miejsca, w którym czekała na wszystkich czarna gajówka z kominkiem i letnia beztroska duńskiej przyrody, zmierzał samochód wiozący trzy osoby należące do grupy – zgodnie z moim zamieszczonym na wstępie recenzji uproszczeniem – queer. Pigwa uznaje się archaicznie – i ze względu na to atrakcyjnie dla siebie – za hermafrodytę. Za chwilę będzie mężczyzną, ale na razie docieka, czym ta męskość jest naprawdę. Nie spodziewamy się zaskakujących efektów badań terenowych Pigwy, kiedy już rozpocznie się sielankowy tydzień pośród przyjaciół. Auto uważnie prowadzi jedna z kochanek. Włącza kierunkowskaz nawet na skręcie pośrodku niczego, kiedy samochód opuszcza już cywilizowane drogi asfaltowe. Metodyczna, uważna, skupiona na kierownicy i drodze. Przewodniczka. Opiekunka. Silna i bezkompromisowa połowa związku, którego drugą część tworzy siedząca z tyłu Sylvia, która w przeciwieństwie do swej ukochanej Charlie nie ma uprawnień do kierowania pojazdem. A potem coraz wyraźniej widzimy, dlaczego brak prawa jazdy jest taki istotny i symboliczny. Najciekawsza z bohaterek, choć i najbardziej chyba irytująca, nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za kierowanie swoim życiem, albowiem nie wie, dokąd tak naprawdę podąża. Utkwiła w emocjonalnym i erotycznym układzie, który jest dla niej wygodny. Bo Sylvia chciałaby choć przez chwilę poczuć egzystencjalny komfort, ale z wielu powodów jest to niemożliwe.
Możliwe jest za to zmarnowanie ciekawego potencjału powieści i zrobienie z niej ideologicznego manifestu. Nie jest on w żaden sposób odkrywczy. Wiem, że ironizując, bagatelizuję trochę treść, która mimo wszystko jest wielowarstwowa. Rejestr, w jakim utrzymywana jest narracja, wpływa zarówno na krajobraz emocjonalny między bohaterami, jak i na stosunek czytelników do niego. Wiem, że nie o taką prostotę interpretacyjną chodziło Ernst, ale duńska pisarka sama pcha się na minę, kiedy zniuansowane dylematy egzystencjalne zamienia w opowiadanie o świecie, w którym koniecznie trzeba wybierać między heteronormatywnością, schematyzmem i rutyną a wolnością, swobodą seksualną i nieskończoną ilością życiowych opcji, której przeciwieństwem jest zamykanie się w klatce życia rodzinnego, płodzenia dzieci, brania kredytów oraz chodzenia do przewidywalnej i nudnej, choć dobrze płatnej pracy.
Sylvia hamletyzuje. Jej partnerka znosi to dzielnie, ale reszta towarzystwa niekoniecznie. Aby nie było samej ideologii, mamy też postacie z krwi i kości, w których szkicowaniu Ernst jest naprawdę całkiem niezła. Prezentowana grupa nie jest tu bynajmniej zwykłą paczką przyjaciół, których łączy bardzo dużo i dzięki temu przez lata wytrwali ze sobą, nie zerwali kontaktu, nie popadli w bezpieczną rutynę życia, w którym nie ma już miejsca i czasu dla znajomych sprzed lat. Żeby dopisać do ideologicznej dychotomii konkretne sytuacje i konkretnych ludzi, autorka „Prawie wieczór, wciąż jasno” proponuje nam dwie pary, z których jedna jest już małżeństwem i ma dwójkę dzieci, a druga właśnie zamierza wziąć ślub. Ta czwórka wydaje się emocjonalnie dużo stabilniejsza niż przybywająca trójka, w której umysłach kłębi się bardzo dużo niepokoju. A wszyscy chcą przede wszystkim odpocząć, choć kiedy poznają także ukryty cel tego spotkania, trudno już o prawdziwy odpoczynek. Przede wszystkim Sylvii.
Zaczytana w książkach Woolf i Plath dziewczyna nie może pogodzić się z tym, jak łatwo ludzie wybierają w życiu różnego rodzaju ograniczenia. Albo to, co ona tak nazywa. Życie z dziećmi, kredytami i dobrą pracą to klatki, w których zamykamy się samodzielnie i świadomie. Sylvia – i nie tylko ona w tej książce – wierzy w moc swobody wyboru i w to, że szczęście może dawać przede wszystkim decydowanie o własnej tożsamości bez utrwalania jej ram. Nieustanny psychorozwój, który być może nie jest wcale rozwojem. Sensualność, potrzeby ciała, roszczeniowość umysłu niedającego się zamknąć w jakimkolwiek schemacie. Tymczasem zaś cała ta egzystencjalna przeprawa przez zakamarki wspomnień i obecnych doznań grupy przyjaciół jest schematyczna do bólu. W XXI wieku nie można skarżyć się na brak czegoś, co rzeczywistość oferuje bez ograniczeń w każdym z krajów tak zwanego pierwszego świata. Syci i bezpieczni Duńczycy wkraczający w wiek średni wybrali tak, a nie inaczej, podczas gdy Sylvia nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji, więc blisko jej do Pigwy, który z całej tej gromady decyduje się na wybory najbardziej odważne. I wydaje się, że zawsze wygrywa. Ale to tylko teorie, bo prawdziwe życie toczy się z dala od tego jeziora i pozornie sielankowego tygodnia odpoczynku. Każdy próbuje odpocząć, jednak nie każdy znajdzie pośród bliskich sobie ludzi ukojenie, po które przyjechał w tę zieloną dzicz na samym początku lata.
Linea Maja Ernst zbyt rozwlekle i dość monotonnie opisuje, co każde z przyjaciół myśli o innych. Staje się to nużące, bo autorka często powtarza się, zmieniając jedynie dobór słów. Z całym tym towarzystwem przebywa dwójka doskonałych dzieci: zajmujących się sobą i nieskłonnych do zakłócania spokoju rodziców i innych dorosłych. Sylvia zatem – i nie tylko ona – ma aż za wiele czasu na rozmyślania, które często prowadzą donikąd i nie wnoszą niczego nowego do tej powieści bez opowieści. Debiutantka wpada na to, by użyć wyświechtanego do bólu motywu zaginięcia jednego z dzieci. Jednak szybko porzuca ten pomysł. I dobrze, bo myślę, że nawet on nie uratowałby tej książki przed brakiem dynamiki. Dynamicznie biją tylko serca ludzi, którzy nazywają swoją relację przyjaźnią, ale zachowują się wobec siebie w sposób nielicujący z tym mianem.
Jestem rozczarowany, zdziwiony i mam poczucie, że wszedłem w świat uproszczeń opisywany na siłę taką frazą, by była to powieść w jakiś sposób nowatorska. Ma ciekawe detale, natomiast całościowo wypada dość słabo. „Dlaczego jesteśmy tacy odrażający?” – można byłoby krzyknąć wraz z Sylvią, gdyby stanęło się pośród opisywanych postaci. Bohaterów nie da się lubić, choć obserwuje się ich z bardzo bliska. Ani dylematy i problemy, ani ich brak nijak nie poruszają. Całość zamyka się formalnie niczym wykład. Minimalistycznie i dosadnie, jak na skandynawską prozę przystało. Ernst w moim odczuciu nie zadebiutowała zbyt dobrze. Rozumiem jednak mechanizmy, które doprowadziły do tak licznych tłumaczeń i międzynarodowej kariery książki naprawdę przeciętnej, choć mówiącej o kwestiach bardzo istotnych z punktu widzenia płciowości, emocjonalności i wrażliwości na to, co kształtuje codzienność. Dla każdego z tych ludzi codzienność to zupełnie inne ważne detale. Zderzenie tak rozmaitych charakterów mogłoby być zaczynem znakomitej obyczajówki z wieloma niedopowiedzeniami. Ale jest ich tylko kilka. Reszta to ubrane w ładne słowa wykłady. Zdecydowanie to wszystko już wiemy i nie musimy być ponownie uświadamiani.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ







