Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Data wydania: 6 maja 2026
Liczba stron: 232
Przekład: Krzysztof Umiński
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 46,90 zł
Tytuł recenzji: Tożsamość pisarska
Już dawno z taką przyjemnością ‒ wręcz błogością ‒ nie czytałem powieści, którą określiłbym jako narrację retro z wszelkimi elementami powieści dojrzałego realizmu. Tobias Wolff zachwyca, ale i znakomicie prowokuje. Nie sądzę, że powinno się tę książkę porównywać do „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, bo nie ma tu jednej charyzmatycznej postaci. U Wolffa charyzmą emanuje wielu bohaterów. Na pierwszym planie mamy nastolatka, który wkracza w świat literatury niejako samodzielnie, choć przecież czyta ją i tworzy pod czujnym okiem profesorów, ale także innych kolegów. „Stara szkoła” jest opowieścią inicjacyjną, w której narzędziem poznania siebie jest pisanie. Akcja tej nieco archaicznej w swym przesłaniu książki rozgrywa się w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, w naznaczonym ważną tradycją miejscu położonym na Wschodnim Wybrzeżu, dokąd trafia samotnik, stypendysta z Seattle, by na drugim krańcu Stanów Zjednoczonych nie tylko studiować literaturę, lecz przede wszystkim poznawać jej rolę.
W szkole z internatem, w której większość młodzieży stuka z zapałem w klawisze maszyn do pisania, każdy jest przekonany, że w sztuce pisania najważniejsza jest kreacja i że należy dążyć do tego, by być w niej precyzyjnym, a jednocześnie mieć do opowiedzenia coś ważnego. Skupieni wokół biuletynu literackiego i wsłuchani w wykłady młodzi ludzie doświadczają zderzenia z czymś, co działa na nich w rozmaity sposób: zaskakująco, deprecjonująco, uwznioślająco, będąc równocześnie rodzajem zagadki. Główny bohater pyta, dlaczego wszyscy chcą być pisarzami. Czytający mogą zadać sobie pytanie o to, jak pisanie kształtuje umysły młodych ludzi w czasie, w którym nadzieje wywołane pojawieniem się u władzy „równego gościa” Kennedy’ego szybko ustępują lękom wywołanym zaostrzeniem się sytuacji geopolitycznej, wskutek czego w literaturę można od pewnego momentu głównie uciekać, a nie ją tworzyć.
Przedstawiona tutaj społeczność młodych ludzi skupionych na tym, by dzięki słowu oddać siebie, sportretowana jest bardzo różnorodnie, choć przecież celem każdego z nich jest pisać jak najlepiej. Niemal nikt z tych dążeń nie rezygnuje, a jeśli tak się dzieje, jest albo motywowany, albo wykluczany. Bo w szkole Wolffa nie ma miejsca dla tych, którzy mają wątpliwości twórcze, przechodzą okresy niemocy pisarskiej albo nie tworzą w ogóle, ani tym bardziej dla tych, którzy potrafią popełnić plagiat. Miejsce, w którym młode umysły kształtuje praca twórcza, jest też odwiedzane przez znanych pisarzy, którzy gotowi są spotykać się indywidualnie z uczniami i doradzać, co powinni oni zrobić ze swoją pasją pisania, bo trudno jednoznacznie określić, czy jest ona tym samym co talent. I wokół pojęcia talentu tworzą się tu bliskie relacje oraz animozje między bohaterami.
„Stara szkoła” jest realistyczna do bólu, także w pokazywaniu tego, co niepokojące. A mamy tu klasizm i ukryte formy agresji, są też elementy teatralizacji tego realistycznego świata, możemy śledzić proces tworzenia złudzeń i iluzji. Tożsamość głównego bohatera opiera się na tym, że nie tylko przyswaja on wiedzę o literaturze, ale także samodzielnie definiuje, czym ona jest lub może być. Słucha także opowieści na temat czytających, między innymi podczas spotkania z poczytną pisarką o kontrowersyjnych poglądach. Sam chce przede wszystkim zrozumieć, w czym utkwił: czym jest miejsce, w którym zdobywa edukację, jaki to rodzaj edukacji i dlaczego odpowiedzialność za każde zapisane słowo czasem musi być tak wielka i bywa bezkompromisowa.
To książka o doświadczaniu świata dzięki pisaniu. Pojawia się na jej kartach duch Ernesta Hemingwaya, ale nie sądzę, by czytelnikowi sprawiło przyjemność wprowadzenie przede wszystkim tego autora do fabuły. Mamy w niej bowiem także ludzi, którzy ucząc angielskiego, otwierają świat szeroko i w zaskakujący sposób niepokojąco. Ten, który opowiada, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, dlaczego uczniowie szkoły skoncentrowali się na pisaniu, ale nie jest pewien, co pisanie daje jemu i jego przyjaciołom. A poza tym cały czas jest mowa o wielkich twórcach, którzy imponują młodzieży. Albo o tym, że imponuje jej wizerunek, który twórcy budują.
Ale „przyjaciele” to w tym wypadku chyba źle użyte słowo. Wzajemne relacje uczniów oparte są tutaj raczej na stonowanej życzliwości i ukrytej, lecz potężnej rywalizacji. Zawsze lepiej jest być tym wyróżnionym. Otrzymać profit w postaci spotkania z pisarzem. Zrozumieć pełniej, jak widzą świat literatury nauczyciele oraz ci, którzy ją tworzą. Bo przecież społeczność młodych kandydatów na twórców przypomina też środowisko pisarskie z typową dla niego tendencją do rywalizacji i ukazywania, że kreowanie rzeczywistości może mieć wiele aspektów.
W wymiarze egzystencjalnym pisanie jest tu porządkowaniem siebie, a czasem zadawaniem pytań o sens swojego życia ‒ za pomocą tworzenia historii dalekich od tego życia. Bardzo ciekawie opisane jest to, co dzieje się z głównym bohaterem, kiedy możliwość indywidualnego spotkania z jednym z wielkich pisarzy uzyskuje właśnie on po napisaniu tekstu, który powstaje w specyficzny sposób. Bo najpierw są miraże, potem plany, następnie tworzenie. Jeśli chodzi o wiersze, to przede wszystkim utwory białe, bo przecież „rym to skompromitowane narzędzie”. Ale jest w tym wszystkim też niebezpieczne budowanie elitarności i przekonanie o byciu lepszym. Nie tylko w stosunku do dziewcząt i kobiet. Także wtedy, kiedy wydaje się, że wykreowanie czegoś dzięki maszynie do pisania czyni nas bardziej wartościowymi i wyżej umiejscowionymi w hierarchii społecznej.
O niej też Wolff trochę opowiada, lecz ciekawsze jest śledzenie wątku żydowskiego pochodzenia oraz bliskości z katolicyzmem w kontekście nabywania uzdolnień literackich. Teoretycznie wszystko wskazuje na to, że istotne są warsztat i osobowość twórcy, jednak w rzeczywistości duże znaczenie ma też to, skąd się on wywodzi światopoglądowo i religijnie. „Stara szkoła” jest też powieścią o tym, że każdy jest wyjątkowy, ale wyjątkowość osiąga się na różne sposoby. Pisanie jest narzędziem, dzięki któremu można osiągnąć wiele. Dlatego koncentracja na tworzeniu jest tu tak silna. Do momentu, w którym przekonujemy się, że literatura może być groźna, gdy wpłynie na czyjeś życie i zmieni jego kierunek na niepożądany.
Ta książka to też fantazja o tym, że wszystko jest opowieścią. Kreacja dodatkowo wzmacnia charakter i osobowość, jednak życie jako takie zawsze będzie formą opowieści, której trzeba nadać jakieś ramy. Tu zaznaczone są ramy czasowe, w których z młodzieńca rodzi się dojrzały mężczyzna, żołnierz i ojciec, człowiek umiejący po latach spojrzeć na swoich kolegów i profesorów z odpowiedniego dystansu. Czyta się tę powieść znakomicie także dlatego, że „Stara szkoła” to świetny, choć archaicznie i egocentrycznie stworzony obraz kraju, w którym pisanie wciąż stawiane jest na piedestale i nadal stanowi ogromną wartość dodaną. Książka napisana w kraju, gdzie twórcy mają swoich agentów, a przekłady współczesnej literatury w XXI wieku zdobywają masę nagród. Tymczasem Wolff łączy panoramiczność z bardzo prywatną i momentami mocno wzruszającą opowieścią o tym, co można odkryć w sobie, pisząc. I o tym, dlaczego ta droga poznania siebie była i wciąż jest atrakcyjna bez względu na odbiór przez czytelników. Wszystko opowiedziane jest zaś w taki sposób, że przez tę powieść się wręcz płynie. Sama w sobie jest ona dowodem, że życie zawsze jest opowieścią.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ








