2026-09-11

„Azyl” Adam Kopacki

 

Wydawca: Wydawnictwo Pascal

Data wydania: 29 lipca 2026

Liczba stron: 336

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49,99

Tytuł recenzji: Brudne sprawy

W gatunku, jakim jest thriller, coraz trudniej zaskakiwać z powodu mnogości autorów podejmujących się pisania takich powieści. Książka Adama Kopackiego będzie jednak jak uderzenie w splot słoneczny, a po jej lekturze, nakładając sobie niewinnie plasterek szynki na kanapkę, będzie się pamiętało o całym tym potwornym świecie przedstawionym, który charakteryzują groza i okrucieństwo o niebywałej skali zaprezentowane na kilka sposobów. Dlatego „Azyl” jest thrillerem wyjątkowo wielowątkowym i niesamowicie złożonym psychologicznie, w którym zazębia się wiele wątków – od tych widocznych od razu po te, które wdzierają się do mózgu, kiedy czyta się między wierszami.

Budowanie napięcia to oczywiście najważniejsza umiejętność, którą musi wykazać się twórca thrillera. Nierzadko idzie ono w parze z retrospekcjami i tutaj właśnie tak się dzieje. Autor znakomicie kreuje sytuacje, w których napięcie budują antycypacje czytelników rozsypujące się potem jak domek z kart, kiedy dociera się do zakończenia bardziej przerażającego, niż można sobie wyobrazić. Kopacki dokłada wszelkich starań, by na sam koniec zmiażdżyć czytelnika, bo ostatecznie najbardziej przerażające jest nie to, co oglądamy oczyma wyobraźni, lecz świetna kompozycja klamrowa stworzona z motta i ostatniego zdania, dzięki którym blednie najbardziej nawet sugestywny obraz rzeczywistego okrucieństwa, gdy zdajemy sobie sprawę, co może być jego apogeum i co wiązać się może z każdym z nas.

Lubelszczyzna. Miejsce, gdzie jest tylko błoto, odór gnoju, zamknięta społeczność małej wioski gotowa zlinczować każdego, kto choć odrobinę wyłamie się z tutejszych niepisanych norm, i schronisko dla zwierząt. Konkretnie dla świń. Kopacki znakomicie wykorzystuje motyw właśnie tego zwierzęcia, ponieważ pasuje on tu w bardzo wielu wymiarach. Dosłownie, w związku frazeologicznym, ale także w tym, jak ewoluuje stosunek głównych bohaterów do tych zwierząt głównych bohaterów i z czego wynika zmiana, bo w „Azylu” z błota i gnoju wydobywa się opowieść o pragnieniu naprawienia własnych błędów, ale i o bezradności dotyczącej sposobu zrobienia tego naprawdę. I o niepewności, czy to w ogóle jest możliwe.

Bliźnięta. Jak wspomina ich była wychowawczyni szkolna: „Zawsze razem. Zawsze przeciwko wszystkim”. Tandem doskonały, jeśli chodzi o zdolność przetrwania, ale ulegający pewnemu emocjonalnemu i mentalnemu rozpadowi, bo dorosłych już Annę i Roberta poznajemy przede wszystkim przez skrzące się niepokojem i skrytą agresją relacje. Ona nadal jest silna, bo taka być musi; w końcu całe swoje trudne życie ona i jej brat mogli polegać jedynie na sobie. On się podporządkowuje i jest lojalny. Ale Kopacki punktuje tutaj pęknięcia, coraz bardziej wyraźne rysy. Ostatecznie prowadzi nas w całkowicie zaskakującym kierunku. Ale póki co przez większość lektury widzimy, że choć rodzeństwo jest wobec siebie szorstkie i obcesowe w codziennych rozmowach i zachowaniach, to wciąż oboje w pewnym sensie przywracają sobie nawzajem życie, tworząc jedność i rzeczywiście nadal będąc przeciwko wszystkim.

Od samego początku pojawiają się trudności w jednoznacznej ocenie bohaterów. Wszystkich, nie tylko tych wspomnianych. Każdy niesie w sobie jakiś mrok lub cień, który każe się zdystansować. Adam Kopacki w żaden sposób nie ułatwia polubienia kogokolwiek, a nawet utrudnia jednoznaczne współczucie, gdy bliźniętom zamkniętym ze świniami, którymi się opiekują, dostaje się potężnie w przestrzeni wirtualnej i realnej. „Azyl” jest o złu, które nie ma tu jednego oblicza i nie jest w prosty sposób definiowane. Tu wszystko wydaje się orbitować wokół braku sumienia, złych uczynków, złych intencji i zła płynącego po prostu we krwi, ale też stymulowanego przez internetowe manipulacje. Jest tego naprawdę wiele, dlatego trudno tę opowieść udźwignąć i warto zwracać uwagę na postacie, które zdają się tu mniej istotne. Bo Kopacki naprawdę inteligentnie skonstruował tę intrygę. Nie tylko na zasadzie opozycji, których jest tu kilka. Nie tylko na niejednoznacznościach w prezentowaniu zachowań i rozmów bohaterów. Tutaj potworności pełzną niczym sprytna żmija, wiją się bezgłośnie i kąsają wtedy, kiedy opuszczamy gardę i nie spodziewamy się ataku.

A atakowana będzie przede wszystkim działalność rodzeństwa, gospodarstwo o charakterze organizacji prozwierzęcej, w której świnie skazane na pewną śmierć znajdują miejsce dobrego życia. I teraz warto wspomnieć o tym, jak przemyślany jest tytuł tej książki; jego znaczenie przekłada się na miejsce, w którym dzieją się rzeczy bynajmniej niezwiązane z odzyskiwaniem spokoju albo znajdowaniem bezpiecznej przestrzeni. Zarysowana tu przestrzeń jest dwuaspektowa – realna i wirtualna. W jednej i drugiej mnożą się niedopowiedzenia i tajemnice, ale nie ma znaczenia, który to jest świat. Nigdzie u Kopackiego nie znajdziecie azylu. Za to mnóstwo mrocznych tajemnic i narastającą grozę. Jest coraz mroczniej i coraz okrutniej. Anna i Robert skryli w swym gospodarstwie dodatkowy sekret. A całość ich działań na przemian wspierana jest i torpedowana przez internetowych komentatorów, których opiniami i portfelami można manipulować w takim samym stopniu.

Wielbiciele tematu, który na zawsze pozostanie dla literatury twórczy, czyli dysfunkcyjnej rodziny, będą zachwyceni, czytając „Azyl”. Choć dzieją się tu rzeczy nieprawdopodobne, a w odczuciu wielu z nas niemożliwe, uwierzyłem we wszystko, bo piekło dzieciństwa i dorastania zwykle zostaje piekłem całego dorosłego życia. Lecz w przypadku Anny i Roberta wszystko dodatkowo się komplikuje, a Kopacki mimo wszystko dba o wiarygodność detali oraz motywów postępowania ludzi, którzy chwilami wydają się szaleni. Można oszaleć z cierpienia, bólu, samotności i odrzucenia. Można się wówczas zjednoczyć z kimś podobnym na zawsze i wspierać się nawzajem, ale „Azyl” to też książka o przerażającej zdradzie. I wielkiej, szalonej wręcz miłości. A także publikacja z elementami dziennikarskiego śledztwa oraz opisem mechanizmu działania mediów społecznościowych, które mogą mieć moc czynienia dobra i moc rozsiewania nienawiści będącej tutaj nie tylko szarżą tych, którzy są odważni przed monitorem czy ekranem smartfona. Przenosi się do realnego świata. A ból staje się również dosłowny.

Czyta się „Azyl” z nieustannym poczuciem, że jest to z jednej strony książka mająca charakter rozrywkowy, bo jakkolwiek mroczny byłby thriller, to służy on czytelniczej rozrywce, z drugiej jednak – przejmujący i głęboki traktat egzystencjalny o ludzkiej samotności, bezradności i tym, jak kompulsywnie próbujemy niwelować czymś lub kimś jedno i drugie. Bardzo dynamiczna narracja idzie tu w parze z wciąż kreowanymi domysłami. Nie mamy dostępu do umysłów bohaterów, w ich biografiach celowo pozostawiono białe plamy. Kopacki czasami uderza w nas dosadnością, ale przez cały czas stara się udowodnić, że nie pisze książki na jeden temat, a te zagadnienia, które usiłuje sugerować, perfekcyjnie ukrywa w kilku bliższych i dalszych tłach. Dlatego choć czyta się szybko, trzeba – jak wspomniałem – przez cały czas czytać również między wierszami. W jakim stopniu ta opowieść zmieni spojrzenie czytelnika przede wszystkim na samego siebie, zależy już od jego wrażliwości i tego, jak odpowie sobie na pytanie stawiane przez autora w posłowiu.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-09-08

„Dobranoc, Europo. 14 opowiadań wewnętrznych” Justyna Hankus

 

Wydawca: Wydawnictwo Powergraph

Data wydania: 29 maja 2026

Liczba stron: 152

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 42

Tytuł recenzji: Słowa w artystycznym ruchu

Justyna Hankus to niezwykła pisarka, która rozciąga perspektywę oglądu rzeczywistości oraz wachlarz rozmaitych środków artystycznych, by tę rzeczywistość kreować, nie odwzorowywać. Jako debiutantka zajęła się małą przestrzenią w „Grisaille o zwykłym osiedlu” i od razu zasygnalizowała, że czerpie z szeroko pojętej sztuki i ją we własnym zakresie przekształca (w debiucie skoncentrowała się na wykorzystaniu przede wszystkim „Dulle Griet” Pietera Bruegla). Jako autorka kolejnych książek z podtytułem „Folk noir” weszła w szerszy krąg wierzeń i podań ludowych, jednak wszystko to miało wciąż swojski adres, odnosiło się wrażenie, że rozgrywa się niedaleko i jest nam bliskie. Po dłuższych narracjach Hankus wraca do miniatury literackiej przypominającej debiut. Jednak „Dobranoc, Europo” to nie jest obserwacja życia wraz z jego literackimi odkształceniami, która miała miejsce w jednym małym ludzkim skupisku.

Tym razem jest mowa o skupisku wręcz ogromnym, o którym jednocześnie opowiada się w sposób bardzo kameralny – czasem poprzez konkretne historie, czasem poprzez przekształcenia tekstów kultury, sztuki czy filozofii w obrębie jakiejś prywatnej onirycznej historii. Ale to oczywiście sposób niejedyny, choć w moim odczuciu dominujący. To, co przede wszystkim wyróżnia nową książkę Hankus, to fakt, że jest ona skonstruowana jak prywatna galeria sztuki zawierająca każdą formą niezwykłości słowa, ale przede wszystkim hipnotyzujące ilustracje. Ponieważ opowiadań jest czternaście, zasugerowałbym pełne dwa tygodnie wędrówki po światach przedstawionych i zakamarkach wyobraźni tej niesamowicie rozwijającej się pisarki. Jeden tekst i jedna ilustracja do przeanalizowania jednego dnia. Krótka książka, z którą można być codziennie przez dłuższy czas. W całości można zatonąć i doznać przesytu, choć kusi, by usiąść i przeczytać „Dobranoc, Europo” od deski do deski. Myślę jednak, że potrzebne są przestrzeń, czas, możliwość złapania oddechu i rozmyślania o użytych tropach lub formach czynienia ich innowacyjnymi. Jakąkolwiek przyjmie się strategię czytelniczą, spędzi się czas z prozą absolutnie wymykającą się definicji opowiadania jako gatunku literackiego i z pisaniem, które raz jest zagadką, raz labiryntem, niejednokrotnie przejmująco smutną fantazją, a czasem wyjątkowo inteligentną groteską, trawestacją czy parafrazą. Jest też coś na kształt demityzacji w ostatnim tekście, gdzie przy niejednym akapicie – podobnie jak w niektórych innych tekstach – można się uśmiechnąć, bo Hankus bywa mroczna i melancholijna, ale potrafi również wkroczyć w rejon specyficznego poczucia humoru.

Słowa stają się gęste” – to bardzo obrazowe przedstawienie tego, z czym będziemy mieli do czynienia, i dictum zapożyczone z pierwszego opowiadania. Eksperymenty językowe Hankus sięgają też stanu, w którym słowa się rozpadają – jak w opowiadaniu „Przerwy w dostawie prądu”. Zatem zagęszczenie i wieloznaczność w opowiadaniu o kwestiach związanych ze Starym Kontynentem zapisanych językami różnego typu – od mitu po ślōnsko godkę. Jesteśmy zabierani w podróże geograficzne – od Hiszpanii przez Danię po Ukrainę – ale również w podróże tworzone poprzez asocjacje pisarki. Tym razem z filozofią i ontologią – na potrzeby ambitnej literatury przejętą od Martina Heideggera, ale też ze specyficzną wrażliwością autorki, albowiem dobór motywów i sposoby wykorzystywania tych motywów, to świadectwo niebywałej dbałości o detal zapożyczony z klasycznej kultury czy sztuki, z którym Hankus robi dosłownie to, co chce. I opowiada o kondycji Europejczyka oraz Europy za pomocą różnorodności językowej: będą i wulgaryzmy, i słownictwo potoczne, i nasycone symboliką piękne zdania tworzące atmosferę sennej, niespokojnej rzeczywistości, i pojawią się specyficzne, warte zapisania i zapamiętania frazy. Na przykład „oddechem patrzysz w sufit” po prostu utkwiło mi w umyśle i na długo tam pozostanie.

W opowiadaniu „Znużenie Beatrice (…)”, jednym z moich ulubionych, pada jeszcze jedna fraza, która – w oderwaniu od głównej fantazji tego tekstu – konkretyzuje, jak można złośliwie określić kogoś, kto nie chce dziś pisać łatwej literatury bez mnogości nawiązań do innych tekstów szeroko pojętej kultury: „Osoba autorska lubi wąchać własne pierdy” (tak mimochodem łączą się czasem słowa w tych opowiadaniach). Ktoś wreszcie napisał to wyraźnie, dosadnie i dowcipnie! W książce, która ryzykuje takie nieprzyjemne podsumowanie po nieuważnej lekturze kilku tekstów. Dlaczego wyciągam taką konstatację z opowiadania mknącego w inną stronę? Bo autoironia i jednoczesna pewność siebie w swobodzie wyrazu artystycznego to cechy Justyny Hankus, dzięki którym powstaje właśnie taki wymykający się z ram form i stylów zbiór czternastu opowiadań jako świadectwo tego, że autorka gotowa jest wybierać przeróżne kierunki tworzenia tekstu, nie ma dla niej żadnych granic i nie jest ona kimś, kto wzdycha nad pięknem tego, co stworzył. Dobrze wie, co i dla kogo tworzy. Nie dla siebie. Hankus dała z siebie wszystko, co mogła, realizując fantazję o opowiedzeniu o kondycji Europy w tak różnych konwencjach i w czasem przebiegle przemyślanych strukturach. Także pokazała, jak potężną moc mają teksty krótkie. Dzięki Hankus opowiadanie żyje niczym podanie, gawęda, mit, legenda, wspomniana już groteska w rozmaitym natężeniu. Za każdym razem staje się to niesamowicie wizyjne.

Twórczyni koncentruje się na oniryzmie, by opowiedzieć o naszym kontynencie, który prawdopodobnie należy wybudzić ze snu. „Dobranoc, Europo” to w takim razie propozycje wszystkich mniej lub bardziej niespokojnych snów, które mogą się jej przydarzyć. Z postaciami, które czasem mogą okazać się człowiekiem, czasem zmyśloną zjawą, a czasami określonym zjawiskiem albo nawet społecznym przekonaniem lub globalnym problemem. Kiedy czyta się zbiór tych czternastu autonomicznych tekstów, których przesłania zaczynają jednak ze sobą współbrzmieć, myśli się nie tylko o talencie literackim, erudycji autorki czy o tym, na ile sposobów potrafi wyrazić delikatność oraz bezkompromisowość. Mnie przyszły do głowy jak najbardziej konkretne i realne problemy współczesnej Europy.

Czytałem „La Dame” jako tekst o tym, że w niektórych miejscach Starego Kontynentu jest za dużo słodyczy, zbyt wiele dóbr do konsumpcji niemożliwej dla na przykład emigrantów przemierzających Morze Śródziemne ze świadomością ryzyka śmierci wśród fal, których obraz wygenerowało w mojej wyobraźni wspomniane już opowiadanie „Znużenie Beatrice (…)”. Jutlandzkie „Wrzosy” uświadomiły mi, jak bardzo stajemy się osobni, co określa piękna fraza „wsiąkać w noc”, użyta oczywiście w innym znaczeniu. „Moja droga przyjaciółko” – bardzo mocny tekst – natychmiast narzucił skojarzenia z tym, co dzieje się na granicy polsko-ukraińskiej w związku z konfliktem zbrojnym w wiadomym rejonie. Wiem, że Justyna Hankus nie chce być dosłowna i nie zależy jej na jakimkolwiek jednolitym odbiorze tego zbioru. Choćby z tego względu, że zawiera on teksty już publikowane, więc jest świadectwem pewnej sumy doświadczeń twórczych, w których Hankus rzadko mówi coś wprost. Ale mnie zupełnie nieświadomie powiedziała.

Poza „Misją” z charakterystycznym czeskim żartem, parodią i czarnym humorem jako takim, które to opowiadanie przełamuje dość melancholijny wydźwięk całości, jest tu też dużo miejsca na szczery uśmiech, gdy Hankus czyni współczesnym coś pomnikowego (królowa Margot marząca o tym, by wskoczyć w dresy czy dostawa kurierska sukni dla fenickiej księżniczki kończąca się zwrotem produktu do nadawcy). Nie boi się takich zabiegów, bo nie wygląda to pretensjonalnie, ale naprawdę kreatywnie. Natomiast czy zbiór ten diagnozuje kondycję współczesnej Europy? Jeśli tak, to szczególnie jeden element: przymykanie albo wręcz zamknięcie oczu. By śnić i nie doświadczać tego, co realne, bo to za bardzo boli albo jest zbyt problematyczne.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-09-03

"Głos Hind Rajab" reż. Kaouther Ben Hani

 

FILM

Gatunek: dramat

Tytuł oryginalny: Sawt Hind Rajab

Produkcja: Francja/Tunezja

Czas trwania: 89 minut

Data polskiej premiery: 29 stycznia 2026

Tytuł recenzji: Bezradność

Filmowa petarda rozsadzająca mózg. Chcecie przeżyć stymulację, napięcie i mnóstwo emocji, które po seansie zaczną gasnąć? Obejrzyjcie „Połączenie” z Halle Berry. Chcecie poczuć ból, bezradność, wściekłość i smutek, które nie odpuszczają? Obejrzyjcie film Kaouther Ben Hani, który w detalach poprowadzi przez prawdziwe piekielne kręgi. Antycypujecie, co może się tu wydarzyć? Pozostańcie w niepewności jak sfrustrowani skrajnymi emocjami pracownicy Czerwonego Półksiężyca usiłujący utrzymać kontakt telefoniczny z dziewczynką uwięzioną w ostrzeliwanym samochodzie w Gazie. I naprawdę trudno mi pojąć intencje tych, którzy recenzując ten film, informują wprost, jak się skończy. Najważniejsze jest przecież to, jak wiele i na jak różnych poziomach się tutaj dzieje. Na jakie zmysły działa ten film, które stymuluje, którymi manipuluje, a które tłumi. Jednak jest świadectwem. To wszystko wydarzyło się naprawdę.

Ale po kolei. Po znakomitej introdukcji z niebieską linią, która zanika i pulsuje, pojawia się jedna scena, która trochę wykoleja odbiór filmu. Wszyscy wolontariusze na przerwie. Niektórzy nonszalancko palący papierosy. Tymczasem telefony nie milkną. W tym fachu i na tym stanowisku po prostu do zgłoszonych wypadków wysyła się karetkę. Tunezyjska reżyserka, bazując na wspomnianych prawdziwych wydarzeniach oraz nagranych rozmowach, z całą stanowczością, gniewem i bezkompromisowością opowie nam przez niecałe półtorej godziny, że nie – że są miejsca i czasy, kiedy nie da się po prostu wysłać karetki.

Film przekazuje natomiast ogromny ładunek emocjonalny. Można zemdleć, jak jedna z dyspozytorek. Nie ma tu koncentracji uwagi widza tylko na człowieku usiłującym utrzymać na linii dziecko, któremu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Obraz rozgrywający się w jednym budynku z kilkoma małymi przestrzeniami kipi od emocji. Osoby wyszkolone do telefonicznego utrzymywania kontaktu z poszkodowanym zostają postawione pod ścianą. To sytuacja graniczna. I przerażająca jak wojna, w której wojskowi nie oszczędzają ludności cywilnej w Gazie.

Kaouther Ben Hania kręci naturalnie film z tezą. Słychać to wyraźnie, gdy jeden z pracowników krzyczy, że izraelskie wojska mogą sobie dołożyć punktów do swojej propagandy, jeśli pozwolą pomocy medycznej dotrzeć do dziecka i je uratować. Do niezwykle dzielnej dziewczynki, która w obliczu śmierci najbliższych stara się zachować tyle zdrowego rozsądku, na ile pozwala dziecięcy umysł. Umysły tych, którzy usiłują w stronę bombardowanego terenu wysłać pomoc i odebrać cierpiące dziecko, są na skraju wytrzymałości i zamiast współpracować, ludzie rzucają się na siebie bliscy szaleństwa w obliczu świadomości, przez jakie procedury muszą przejść, by pomóc dziewczynce. Ale jest też zarysowana druga teza: zjawisko przyzwyczajania się do ludzkich dramatów poprzez social media, które co prawda mają wielką moc czynienia dobra, lecz potrafią też generować znieczulicę.

Film grany jest częściowo mimiką, częściowo gwałtownymi gestami, ale przede wszystkim kolorowymi markerami, którymi bohaterowie wypisują kody i schematy procedur na szybie. Tu nic nie może przebiec jak w cywilizowanym świecie, a grupa wolontariuszy musi zjednoczyć siły dla tego jednego dziecka, które wciąż gotowe jest do kontaktu werbalnego. Dlatego najmocniej rezonuje tutaj to, co wskazano w tytule. Ale są też inne głosy. Podniesione, łamiące się, opadające do bezradnego szeptu, lecz także stanowcze, pokazujące kompulsywność działań. W tej chwili procedury rozgrywające się gdzieś poza naszym wzrokiem ustępują psychodramie prezentowanej przez ludzi z telefonami w dłoniach albo ze słuchawkami na uszach. Wszyscy czekają na tak zwane zielone światło i nie jest wyjaśnione, dlaczego udaje się je uzyskać. Potęga tego filmu to skoncentrowanie się na obrazach bezradności. Łzy w oczach to za mało. Dwójka bohaterów usiłuje się „odwentylować”, grając w coś na telefonach. A te dzwonią ciągle, przerywają połączenia, są narzędziami, które jako jedyne mogą tutaj przynieść ratunek, ale i są przekleństwem nawarstwiającym coraz więcej złych emocji. Złych w sensie: nie do uniesienia. Przez widza, lecz także przez operatorów linii telefonicznej. Bo w ich kompetencjach pozostaje tylko utrzymywanie kontaktu telefonicznego. A także siebie w pionie – dosłownie i w przenośni. Gotowych na wszystko, bo wszystko może się tu wydarzyć.

Podoba mi się to, że film nie pokazuje sztucznej szybkości działań i reakcji bohaterów oraz tego świata na zewnątrz, który zmaga się z izraelską inwazją. Kaouther Ben Hania wie, kiedy zwolnić, a nawet na sekundy zatrzymać przed naszymi oczyma prezentowaną sytuację. Tu mijają nie minuty, lecz godziny, podczas których przeżyć można wszystko, także świadomość tego, że samemu jest się kruchym i na celowniku. Parę elementów nadmiernie dramatyzuje całość (na przykład gdy jedna z bohaterek mówi, że swojej córce w przyszłości da na imię Hind), ale twórcom udaje się rzecz doprowadzić perfekcyjnie do końca. Dramatycznie, lecz nie melodramatycznie. Surowo, ale z nutą gorzkiej melancholii. Po takim filmie wychodzi się z kina w ciszy, niekiedy nawet najpierw zastygając w fotelu na dłuższy moment. Obraz pokazuje wielowymiarowość masakry, która nie składa się tu tylko ze strzelania, wybuchów, zniszczeń, bo przez większą część filmu jesteśmy w pomieszczeniach, w których w miarę bezpiecznie można koordynować działania. I to się dzieje. Ale dzieje się też coś więcej.

Nie można oderwać oczu od tego, na co nie chce się patrzeć, choć – jak zakłada tytuł – ma się przede wszystkim słuchać. Jedno i drugie jest potwornie trudne do zniesienia. Nakręcenie filmu w taki sposób, że pulsując własnym rytmem, oddziałuje także na wszystkie zmysły widza – to naprawdę wielka sztuka. Inspirowany okrutną prawdą obraz, który jako film ma moc paradokumentalnego świadectwa, o którym wspomniałem na początku. Należy też docenić fenomenalny montaż odwzorowujący to wszystko, co rozgrywa się między pierwszym zaskoczeniem a tym, jak w działania wkradają się coraz większy chaos i coraz dotkliwsze cierpienie.

Plakat z materiałów promocyjnych Nowehoryzonty.pl

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-09-01

„Suche strugi” Wit Szostak

 

Wydawca: Wydawnictwo Powergraph

Data wydania: 24 kwietnia 2026

Liczba stron: 334

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 69

Tytuł recenzji: Wydobyte z przeszłości

Gdy przed sześciu laty recenzowałem „Cudze słowa”, wspomniałem, że tematyka prozy Szostaka jest wciąż jakby ta sama, dyżurna, jednakże formalnie ani jedna z jego książek nie jest w żaden sposób wtórna. Każda – od krótkiej „Zagrody zębów” po dłuższe „Rumowiska” czy „Szczelinami” – to wędrówka filozoficzna i ontologiczna oraz badanie języka jako narzędzia do mitologizowania – głównie przeszłości. To trochę tak, jakby w czasie przeszłym Szostak się warsztatowo, autorsko i egzystencjalnie bardzo dobrze osadził i głównie przeszłość może stanowić optymalne tło dla jego historii. O ile chcą być historiami i na ile możemy je tak postrzegać. W „Suchych strugach”, których oksymoroniczny tytuł można interpretować na co najmniej kilka sposobów i na wielu płaszczyznach, ważna jest – poza przeszłością – lokacja opowieści. To książka, którą Krakowianie albo ludzie przez dłuższy czas związani ze stolicą Małopolski odbiorą wyjątkowo emocjonalnie i mając szerszy ogląd. Ale i z dodatkowymi zdziwieniami. Zwłaszcza gdy będą pamiętać, jak poprowadzoną trasę tramwajową zamknięto tuż przed rokiem rozpoczynającym pierwszy, najdłuższy rozdział – o ile możemy w tej narracji mówić o rozdziałach.

No właśnie, pamiętanie i pamięć. To są oczywiście główni bohaterowie, do których można dołączyć również ból zapominania. Nie starsza kobieta ujawniająca nam się tu w różnych narracjach, z różnego punktu widzenia i czasem budząc wątpliwości, czy to jest ta sama osoba, ale Szostak ponownie po „Szczelinami” stający się kobietą, bo wrażliwość płci będzie tu miała duże znaczenie. Zatem pamiętanie. Helena pamięta to, co chce pozostać w jej wspomnieniach, ale toczy także nierówną walkę z tym, co powraca do jej umysłu, a czego chciałaby się pozbyć. Swoje życie nazywa „monotonnym strumieniem”. Co można stamtąd wydobyć? Z dziesiątek, setek, tysięcy identycznie przeżytych dni? Ale tylko na początku odnieść można wrażenie, że autor konfrontuje nas z wyjątkowo niewidzialną społecznie, a przez to rozgoryczoną, choć już niemal niemającą siły na tę gorycz, starszą panią. W jej pamiętaniu nie ma bynajmniej niczego monotonnego. Zwłaszcza gdy kolejne, krótsze już w zapisie części, pokazują rozmaite czasy i zmieniające się perspektywy spoglądania na siebie.

To teraz pamięć. Obecna sama w sobie we wszystkich książkach Wita Szostaka, bo to temat dyżurny każdego filozofa; przecież wiemy, że nie mamy do czynienia tylko z autorem książek, z których żadnej nie można nazwać powieścią i żadna też nie jest też niczym konkretnie nazywalnym, choć każda jest opowieścią o charakterze mitotwórczym. Punktem odniesienia akurat do tej jest ściana kamienicy, w której kiedyś tętniło życie. Dlaczego oddzielam pamiętanie od pamięci? Bo w „Suchych strugach” pamięć jest swoistą figurą stylistyczną, ale także – o ile to możliwe, a w pisaniu Szostaka wszystko może takie się stać – narzędziem kreowania tego, co w ogromnym uproszczeniu możemy nazwać światem przedstawionym. Dzięki samemu pojęciu pamięci pisarz prowokuje, dezinformuje, wprowadza czytelników w niepokój z elementami dyskomfortu, halucynuje niczym sztuczna inteligencja, ale przede wszystkim pamięcią jako narzędziem tworzy tę książkę w każdym, najbardziej zaskakującym czytelników momencie.

Nadal pomijam postać Heleny, bo nie ona ma być tutaj najważniejsza. W dalszej kolejności Szostak – nieustannie, jak w każdej książce – zwraca się ku destrukcyjnemu i konstruktywnemu znaczeniu słowa samego w sobie i słowa tworzącego zdania. Dlatego słowo ma tu w wiele wymiarów. Ma wyjaśniać i niepokoić. „Suche strugi” będą słowem otulać, ale potrafią też nim siec. Szostak wie, że ryzykiem są zdania wielokrotnie złożone. Wyzwaniem złożenia słów jako takich. I tu widzimy żonglowanie słowami, kiedy zmieniają się perspektywy opisu rzeczywistości, a jesteśmy wrzuceni w wir czasu obejmującego prawie jeden wiek. Nie można użyć identycznego słowa jako narzędzia opisu tego, co się działo przed wojną, w czasie wojny (wymowny „rozdział” oznaczony rokiem 1943!), w okresie komunizmu i czasie transformacji ustrojowej, a potem – kiedy coraz mniej mówiliśmy do siebie naprawdę. Można formułować hipotezy i tezy w zdaniach. Najlepiej krótkich. Niespiesznych. Zgrabnie zamkniętych, ale stawiających nas wciąż przed zagadką: kto, komu i co tak naprawdę tutaj opowiada?

Opowieść w założeniu Szostaka może być wymazywaniem zamiast zapisywaniem czegoś na nowo, jednak co innego przykuło moją uwagę: „Wybory nas określają, bo w nich jesteśmy naprawdę sobą”. To książka o tym, kto i co w danym okresie swojego życia wybrał. Nie zawsze o konsekwencji wyboru, ale prawie zawsze o jego motywacji. Napisałbym, że o strukturze, choć nie wiem, czy jest to adekwatne. Tak czy owak, główna bohaterka oraz wszyscy w jej otoczeniu są składową pewnych decyzji, które podjęli zwykle sami. Okoliczności wpływają na wybór, na relacje z innymi, ale ostatecznie jesteśmy w nim sami. Mnie zaciekawiła opozycja życia „niewidocznego” i tego, które pozostawia ślad w pamięci. A także metafora rzeki, która nie wybiera, dokąd płynie, a może mieć w swej bezwolności ogromny wpływ na ludzkie decyzje. Fragmenty o Krakowie i Podgórzu, z przerażającą otchłanią Wisły, której przekraczanie jest doświadczeniem granicznym, ubawiły mnie swym czarnym humorem, ale jednocześnie przypomniały o tym, że Szostak umie pisać o tym, że boimy się wybierać.

I na koniec samotność. Temat dyżurny i niezgłębiony przez autora, bo to jest obszar literackich dywagacji, które nigdy nie będą wtórne, jeśli zostaną dobrze poprowadzone. Osobność Heleny, ale i wszystkie opisane tendencje ucieczkowe, a także samotnicze odyseje – te myślowe i te realne – kierują mnie w stronę „Wróżenia z wnętrzności”, jednej z piękniejszych książek Szostaka i jedynej, której patronowałem medialnie, gdy jeszcze myślałem, że autor potrzebuje dodatkowego wsparcia dla swych działań. Dziś twórczość Wita Szostaka to niepodrabialna jakość literatury: prowokującej, konfabulującej, poszukującej i zwyczajnie frapującej. Wielbiciele z pewnością są już po lekturze „Suchych strug”. Ci, którzy chcą odkryć coś nowego – a to taki pisarz, który wydał już dużo, lecz za każdym razem proponuje coś nowego – spotkają się dosłownie i metaforycznie z bohaterami książki, o których próbowałem napisać, albowiem w moim odczuciu nie chodzi tu o żadną konkretną Helenę z krwi i kości. Książka przejmująca i otwierająca chyba najwięcej ścieżek interpretacyjnych spośród wszystkich tych publikacji, które Szostak do tej pory wydał. Cała ta narracja to pytania i wątpliwości. Inaczej widzi się wiele kwestii, gdy otwiera się tę publikację i pochłania pierwsze zdania tej historii, a zupełnie inaczej w momencie zamykania woluminu po przeczytaniu ostatniego zdania.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-27

„Drugie życie” reż. Maryam Touzani

 

FILM

Gatunek: dramat obyczajowy

Tytuł oryginalny: Calle Málaga

Produkcja: Belgia/Francja/Hiszpania/

Niemcy/Maroko

Czas trwania: 116 minut

Data polskiej premiery: 12 czerwca 2026

Tytuł recenzji: Być szczęśliwą

Nie wiem, czy można się zakochać w filmie, ale ja się chyba zakochałem. Ten przepięknie wyreżyserowany obraz można oglądać kilka razy. I pewnie do niego jeszcze kiedyś wrócę. Nie tylko ze względu na ciepło paradoksalnie bijące z realnego przecież dramatu i najboleśniejszego antagonizmu – dotyczącego matki i córki. Maryam Touzani wprowadza nas w niesamowitą historię, jeszcze zanim ujrzymy pierwszy kadr i przepiękne dłonie staruszki tonące w owocach sprzedawanych na targu. Szum marokańskiego miasta, kakofonia oczywista i przecież wszędzie obecna. Ale tutaj ta introdukcja jest znakomita. A potem już w pełnym świetle, w pełnym słońcu odkrywamy bohaterkę, która ma w sobie tyle samo subtelności, ile – o czym przekonamy się później – siły charakteru, bezkompromisowości i gotowości do tego, by zatrzymywać w sobie przeszłość, a nawet spajać ją, tak jak składa na nowo rozbitą płytę nagrobną, o którą nikt już nie chce zadbać.

Marokańska reżyserka gra tutaj w dwóch tonacjach. Jedna, pełna wewnętrznego napięcia, to zaskakująco klaustrofobiczna atmosfera, w której starzejąca się najpiękniej jak można Maria (w tej roli rewelacyjna Carmen Maura) mierzy się z córką, którą daleko w Madrycie przyziemne życie i jego trudy zmuszają do podjęcia okrutnej decyzji. Druga tonacja filmu, dominująca pięknie i zuchwale, gdy pokazuje erotyczne ujęcia starych ciał tak subtelnie, że aż trudno sobie wyobrazić tę wrażliwość, opowiada o tworzeniu nowej relacji, otwarciu na coś przecież prozaicznego, lecz niezwykłego przez to, że przychodzi późno. Następuje zderzenie, z którym trzeba sobie jakoś reżysersko poradzić. Dysonans trudny tutaj do zniuansowania, gdyż z jednej strony mamy desperację i wyjątkowo surową relację z rzekomo najbliższą osobą, która nie rozumie, co dla matki ważne (symbolika pozostawionego moździerza), bo sama jest także zdesperowana i bezpardonowo wyznacza priorytety, z drugiej jednak – relację drugą, rodzącą się z gniewu i idiosynkrazji, a przekształcającą w zwyczajnie niezwyczajny romans; taki raczej tylko kinowy, niemożliwy do zrealizowania, niedziejący się w rzeczywistości albo pojawiający się w niej bardzo rzadko. Touzani dodatkowo komplikuje wszystko otwartym zakończeniem, w którym widzimy łzy, ale nie do końca rozumiemy ich znaczenie. To starsza pani powinna płakać nad swoim losem. Kobieta po rozstaniu z mężczyzną, pozostająca z dziećmi i marną pensją, ujawnia jakiś ludzki pierwiastek, jakby wcześniej była tylko decyzją: surową, podjętą, z realnymi konsekwencjami.

Maria zapuściła korzenie w Tangerze i czuje się nieodłącznym elementem tkanki miejskiej. Zintegrowana z sąsiadami, spoglądająca z balkonu na okolice, które zna co do centymetra. Tak samo jak zna siebie. A tego brak jej córce, która nie wydaje mi się tutaj jakąś wyraźną antagonistką, choć Touzani pokazuje kontrast między kobietami głównie poprzez to, jak wyglądają. Zaniedbana i niepewna siebie mieszkanka stolicy Hiszpanii przyjeżdża do matki, do której nie przyciąga jej żadne głębsze uczucie. A Maria darzy głębokimi uczuciami zarówno ludzi, jak i przedmioty. Córka każdym fragmentem swojego ciała pokazuje, że gaśnie. Maria – malująca paznokcie na krwistoczerwony kolor symbolizujący siłę i życie, który jest częścią tożsamości – dominuje nad rozsypującą się psychicznie córką spokojem, którym nie chce się dzielić, chce go dla siebie zachować.

Niema spowiedniczka i zarazem przyjaciółka starszej pani wybrała klasztorne milczenie. Główna bohaterka wybiera coś zupełnie innego: ekspresję egzemplifikującą wolność. Kiedy znajduje się w sytuacji bez wyjścia, pozornie beznadziejnej, podejmuje szereg kroków, by przywrócić to, co było dla niej najcenniejsze. Część to przedmioty, a są one tu istotne, ponieważ prowadzą Marię w ramiona kogoś, kogo pewnie nigdy by nie poznała, nie dotknęła, nie pocałowała, gdyby nie podjęta przez córkę decyzja, która wiele matek mogłaby przyprawić o palpitacje. Tutaj to ta, która pozornie dyktuje warunki, cały czas jest na przegranej pozycji. Bo matka, gdy została sama, otworzyła się na otaczający świat, zjednała sobie ludzi, zaczęła żyć dla tego świata i dla wszystkich tworzących go elementów. Jej dziecko wybrało inną drogę, zbłądziło, wpadło we frustrację, potem zaś w okrucieństwo. Chce odebrać matce to, co dla niej najdroższe, a okazuje się, że daje jej najcenniejsze, bo jeszcze nigdy niedoświadczane chwile – jak choćby jazda kabrioletem z mężczyzną, którego do pewnego czasu nazywała sukinsynem.

Drugie życie” nie jest filmem o metamorfozie, ale to z pewnością kino inicjacyjne z seniorką w roli głównej. Historia z banalnym w gruncie rzeczy przesłaniem, jednakże niebanalnie nakręcona. Gorycz i poczucie upokorzenia przez dłuższy czas walczą z przekonaniem, że należy iść naprzód, być piękną i nosić fryzurę, na której zmianę nie pozwoli się przypadkowej fryzjerce. Szyk, gracja, wspomniana czerwień i mnóstwo ciepła na twarzy, która bywa tu przygnębiona, zafrasowana, wściekła czy zdumiona, ale nigdy prawdziwie smutna. Nie taka jak twarz przybywającej z daleka córki. Kobiety, która z pewnością potrzebuje wsparcia, ale starzejąca się Maria doskonale wie, że w zaistniałej sytuacji trzeba skoncentrować się na własnym dobrostanie. Córki nie zmieni, jej losów również. Zmuszona do diametralnych zwrotów w swoim życiu seniorka chce przejść godnie przez zmianę, która zaważyć może na całej jej dotychczasowej egzystencji. Tak zwyczajnej i tak pięknej, co widać w pierwszych kadrach, kiedy Maria robi zakupy na targu.

Film wywołujący zachwyt i wzruszenie. Pozwalający starości być piękną, rozważną, sprytną i gotową do kompromisów. Tutaj całość komponuje się z ciekawymi zbiegami okoliczności i pewnymi ekscentrycznymi rozwiązaniami fabularnymi, jak zarabianie na ściąganiu kibiców do swego mieszkania. Starsza pani – która wie, że nie opuści Tangeru, choć musi zrobić coś niewiele mniej bolesnego – i to, w jaki sposób, dbając o siebie, dba o każdy podarowany jej kolejny dzień. Nie ma tu słodzenia, może nie być idealizowanej na ekranie starości, może za chwilę pojawić się śmierć, która na przykład zabiera Marii niemą przyjaciółkę. Wszystko może prowadzić do utraty kontroli nad życiem, a jednak nic takiego się nie dzieje, a ciężar emocjonalny kontaktu z córką na odległość matka znosi nad wyraz dzielnie.

Można się zakochać w prostocie, cudownych ujęciach (chcecie zobaczyć nagie stare kobiece ciało obsypane czerwonymi – a jakże! – płatkami róż?), w umiejętności montażu sprawiającego, że sceny są przepięknie ze sobą splecione, i w reżyserskim zamyśle odkrywanym podczas oglądania ostatnich minut tego filmu. Ci, którzy zarzucają scenariuszowi chaotyczność, chyba nie skupili się na samym początku, bo wraz z pierwszym kontaktem matki i córki pojawia się chaos; dużo większy niż późniejsze mniej kontrolowane szaleństwa tego scenariusza. Jako całość zapada w pamięć na długo, daje dowód na to, w jakim stopniu możemy wykreować swoje życie, spełnić się w jego prostocie. Czuję się uwiedziony i wzruszony.

Plakat z materiałów promocyjnych Gutek Film

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-24

„Bieda w Ameryce” Matthew Desmond

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 26 sierpnia 2026

Liczba stron: 288

Przekład: Piotr Królak

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Strategie walki

Trudno obojętnie przejść obok takiej pozycji publicystyczno-naukowej. Głównym powodem jest to, że autor – badacz społeczny i profesor socjologii – jest tu bardzo odważny, jeśli chodzi o formułowanie tez, a przede wszystkim widać jego ogromne emocjonalne zaangażowanie w opisywany temat. Ta książka ma charakter oglądu, przeglądu, analizy i metaanalizy, ale są w niej partie bardzo osobiste i można zauważyć, z jakim nastawieniem Matthew Desmond podchodzi do opisywanego w tej książce problemu. Po „Eksmitowanych” polski czytelnik może przeczytać jego kolejną narrację – o tym, co jest powodem wstydu, ale i swoistym stanem utrwalonym oraz utrwalanym. Bieda to ból fizyczny. Bieda to wstyd. Bieda to stan permanentnego zaangażowania umysłu w mroczną codzienność zamiast wykorzystania jego potencjału na przykład w edukacji. Bieda to więzienie. Klatka, do której ktoś celowo zgubił kluczyk. Bo – jak przekonuje autor – amerykańskie ubóstwo to coś, co jest komuś na rękę. Dlatego trwa. W różnym nasileniu na przestrzeni wieków, ale w takim, jakiego powinni wstydzić się nie ubodzy, lecz bogaty kraj, który mógłby – a z kilku powodów nie chce i o tym będzie ta opowieść – zniwelować nędzę do pewnego określonego minimum.

Można czytać „Biedę w Ameryce” jako swoisty manifest światopoglądowy, bo choć opiera się na licznych źródłach naukowych i artykułach prasowych, to sięga też do literatury pięknej (chyba nie mógłby się tu nie pojawić choć krótki fragment „Gron gniewu” Steinbecka), jest wyrazem osobistych przekonań Desmonda i obsadza go tu w dwóch rolach: badacza zjawisk i procesów społeczno-gospodarczych oraz obserwatora, który wyciąga wnioski nie na podstawie tego, co przytaczają licznie tu prezentowane dokumenty i przeliczenia procentowe, lecz opierając się na przyglądaniu się biedzie tuż obok siebie. Publikacja ma kilka wymiarów, a jednym z nich jest opowieść o nienawiści do amerykańskiej biedy ujawnianej przez wspomnienia określonego rodzaju życia samego autora i ludzi, których spotkał na swojej drodze – bliskich jego sercu, a dalekich systemowi niedającemu szans na zmianę ich statusu życiowego.

Bo amerykański biedak to nie tylko człowiek śpiący na ulicy albo proszący o jedzenie czy pełen negatywizmu leń, któremu nie chce się zmienić swojej sytuacji życiowej. Amerykańskie ubóstwo to czasem praca do utraty siły, do zemdlenia. Coś, z czego nie można wyjść, będąc aktywnym zawodowo i na tyle przedsiębiorczym, na ile pozwalają na to warunki życiowe. Bieda ma nie tylko wiele oblicz, lecz przede wszystkim przyczyn. Matthew Desmond sięga wiele wieków wstecz, analizuje zachodzące w przeszłości procesy pogłębiające nierówności i już na wstępie zadaje zasadnicze pytanie: „Dlaczego w tej krainie obfitości jest tak wiele niedostatku?”.

Powodów, dla których ubóstwo ma się w USA tak dobrze, jest naprawdę wiele i część z nich można byłoby usunąć przy odrobinie dobrej woli. Desmond porównuje – nie wiem, czy zawsze trafnie – stan funkcjonowania ubóstwa w innych rozwiniętych krajach, zwłaszcza europejskich, ale cały czas twardo stąpa po amerykańskim gruncie. Punktuje, co biedzie sprzyja, co ją podtrzymuje, a także jakie grupy osób mają swój interes w tym, by co dziewiąty Amerykanin zmagał się z mniejszym lub większym niedostatkiem – za oceanem żyje w nim tyle ludzi, ilu mieszkańców ma Polska! Desmond pokazuje, że bieda ma różne twarze w zależności od danego stanu, ustaleń funkcjonowania w nim i zwalczania nieuczciwej konkurencji. Bo do tego, że ludzie są biedni, doprowadzają banki, deweloperzy, urzędy podatkowe, a nawet system więziennictwa, o czym czytałem ze szczególną uwagą, bo nigdy nie zastanawiałem się nad tym, że zamykanie w USA za kratkami mężczyzn sprawia, że całkowicie tracą oni kontakt ze swoimi rodzinami, które zwykle mają ograniczone dochody, a cała ta sytuacja potęguje niedostatek.

Autor nie próbuje tutaj budować piramidy ubóstwa i wskazywać, jaką ma ono strukturę. Desmond tworzy wizerunek innej piramidy. Rzeczowo i konsekwentnie nakreśla, jakie czynniki wpływają na to, że Amerykanie doświadczają biedy: jak bardzo spolaryzowani są społecznie i jak okrutnie egoistyczni potrafią być w tym, co robią i jak działają. Zwłaszcza gdy pochodzenie lub kolor skóry wypchnie ich na określone wody egzystencji i z góry zaoferuje mnóstwo możliwości bogacenia się. Albo nie zaoferuje nic.

Z rozdziału na rozdział coraz wyraźniej widać nie tylko bezsilność, lecz także wściekłość autora. Część z proponowanych przez niego pomysłów na walkę z ubóstwem to tylko tezy, za którymi nie pójdą czyny. Tam, gdzie realnie walczy się z biedą, często system rzuca kłody pod nogi. Desmond za amerykański niedostatek obwinia konkretnie i rzeczowo. Nie będę punktował, co i kogo, bo jest to najcenniejsza część tej książki, wobec której można mieć ambiwalentne odczucia, co udowadnia skala niezgody na część propozycji Desmonda pojawiająca się już w omówieniach tej książki po wydaniu jej w Stanach Zjednoczonych.

Cenne jest to, że autor pokazuje zarówno zmienność, jak i nasilanie się zasadniczego problemu biedy, skupiając swoją uwagę na tym, w jaki sposób syci Amerykanie – do których sam z niejakim wstydem się zalicza – stworzyli społeczny konstrukt, w którym odbieranie życiowych szans innym jest trampoliną dla karier pozostałych. Nie każdy zresztą rozumie, co to znaczy amerykańska bieda i sądzę, że ciekawy będzie odbiór tej książki w Polsce, gdzie ubóstwo jest nieco inaczej definiowane. A może pewne paralele, które się tu pojawiają, stanowią uniwersalny obraz nierówności społecznych, które zbudowały cały tak zwany pierwszy świat, i to raczej białymi rękami, bo czarny człowiek zawsze pełnił podrzędną funkcję w kreowaniu czegokolwiek?

To ciekawa książka o ekonomii, klasowości, żonglowaniu publicznym budżetem, ale także rzecz o ludziach, który gotowi są realnie i konkretnymi działaniami wspierać walkę z ubóstwem. Pojawia się ciekawa, choć trochę nazbyt czytelna metafora muru do zburzenia, gdy już autor wyjaśni w miarę klarownie, jak i kiedy ten mur wybudowano. I dlaczego ma się on tak dobrze, dlaczego nierówności się pogłębiają i dlaczego Stany Zjednoczone to kraj, w którym można błyskawicznie wszystko zyskać i równie szybko to stracić. Także swoją tożsamość, bo bieda jej nie kształtuje, ubóstwo raczej odbiera część tożsamości i przekształca percepcję człowieka, zawęża horyzonty. Jest sporo o tych, którym te horyzonty z łatwością poszerzano, ale zasadniczo książka jest wyrazem bardzo stanowczego sprzeciwu wobec opisywanego zjawiska i swoistym podręcznikiem, który prawie w punktach przedstawia walkę z ubóstwem w bardzo różnorodnej formie.

To też książka, która w każdym kraju, w którym zostanie przetłumaczona, powinna wzbudzić refleksję czytelnika. Refleksję dotyczącą tego, co zyskał, dzięki czemu to zyskał i jak niewyobrażalnie cienka jest granica między życiem w dobrobycie a życiem w nędzy. Oskarżeni zostają tu wypunktowani. Ofiary otrzymują głos i mają szansę opowiedzieć, w jakiej matni tkwią. Tymczasem amerykańska bieda trwa i w dużej mierze będzie trwać niezależnie od tego, ile biedni z siebie dadzą, by móc wieść normalne, godne życie. Desmond pisze literaturę faktu z wielką empatią dla ludzkiej krzywdy, która często jest niezawiniona. Książka mocna, dyskusyjna i przede wszystkim od pierwszego do ostatniego akapitu bezkompromisowo szczera. Zwłaszcza gdy wskazuje, że bieda jest boleśnie widoczna, a dostatek sprytnie ukrywany. I że ci, którzy mogliby realnie pomóc, zgrabnie chowają głowy w piasek.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-20

„Kopnęłabym cię, gdybym tylko mogła” reż. Mary Bronstein

 

FILM

Gatunek: dramat

Tytuł oryginalny: If I Had Legs I'd Kick You

Produkcja: USA

Czas trwania: 113 minut

Data polskiej premiery: 20 lutego 2026

Tytuł recenzji: W matni

Nie jestem pewien, czy ten film tylko wgniata w fotel, czy również rozgniata emocjonalnie – chciałoby się zapomnieć, co się zobaczyło, ale obawiam się, że może to zapaść w podświadomość na zawsze. Dla ludzi zmagających się z lękami i rozmaitymi zaburzeniami psychosomatycznymi to kino po prostu niebezpieczne. Dla tych, którym nigdy nie rozpadł się sufit nad głową (tu dzieje się to i dosłownie, i metaforycznie), może być to niezwykła i przejmująca przeprawa. Albo męczący, choć przecież znakomicie zmontowany film, który może przerazić. Bo tu dramat egzystencjalny zamienia się w horror, a znakomita Rose Byrne tworzy niezapomnianą kreację ukazującą kobiecy obłęd i bezradność.

Ta opowieść działa na wszystkie zmysły. Rozgrywa się na wielu poziomach. Pochłania widza dzięki znakomitym ujęciom i ciągłemu zacieraniu śladów – nie wiemy, co dzieje się naprawdę, co jest wymysłem zrujnowanego umysłu głównej bohaterki, a co dodatkowo łączy świat imaginacji i bolesnej prozy życia. W tym wszystkim słychać rozpisaną na głosy paranoję. Głosy z ust osób, z którymi Linda rozmawia. Głosy z telefonu sugerujące jej, że wciąż coś robi źle. Głosy wydobywające się z miejsc, które się rozpadły. I dźwięki zderzające się z konfrontacjami słownymi.

Recenzje tego filmu zdradzające szczegóły zabierają widzowi całą przyjemność – lub doskonale wykreowany w scenariuszu dyskomfort – oglądania, bo detale nabierają znaczenia w ukryciu, a opowiadający o filmie niekoniecznie skupiają się na tym, co ukryte. Jakby nie było widać, że jest to wielowarstwowa opowieść o utracie kontroli nad własnym życiem i o macierzyństwie zamieniającym się tutaj w kolejny koszmar egzemplifikowany dysfunkcją dziecka, której matka nie może zapobiec, a przecież to ona w pierwszej kolejności powinna być w stanie to zrobić.

Konkrety? Mężatka pozostawiona sama sobie z chorym dzieckiem, bo mąż jest tylko głosem strofującym przez telefon (choć ostatecznie widzimy go fizycznie, ale jako osobę, lecz w stroju informującym o pełnionej funkcji). Terapeutka, która zamawia sobie sesję u kolegi po fachu pracującego w gabinecie obok. Dom, który przestaje być ostoją stabilności, i zamieszkanie z dzieckiem w hotelu, w którym panuje surrealistyczna atmosfera rodem z filmów Davida Lyncha. Poradnia, gdzie leczona jest dziewczynka i gdzie odbywa się psychoterapia dla matek bezradnych wobec chorób ich dzieci. Chyba tam dostaje się głównej bohaterce najbardziej, i to w dodatku z ust reżyserki, Mary Bronstein, podejmującej się jednej z ról. Reszta jest już szaloną fantasmagorią. Znakomicie – jak już wspomniałem – zmontowaną przez Luciana Johnsona. Piekielną drogą ku obłędowi, na którą widz zostaje wepchnięty z niebywałą siłą, bo nie można po tym filmie szybko dojść do siebie. Główna bohaterka ma dużo gorzej. Nie rozumie, co to znaczy „dojść do siebie”, bo coraz mniej wie, kim sama jest. Podsycane lękami piekło znajdujące się w jej głowie bliskie jest eksplozji. Wtedy zaczyna być nieprzewidywalnie. I metaforycznie.

Na początku pojawia się motyw plasteliny. Psychika bohaterki jest w stanie takiego rozchwiania, że można ją modelować do woli, wcale nie mając takiego zamiaru. Potem pojawia się zwierzątko, które nie chce być tam, gdzie jest, a także finał tego, co się stanie, gdy zdecyduje się na ucieczkę. Kobieta z tego filmu nie jest w stanie uciec od siebie. Od tego, że rozsypuje się każdy element jej życia. Że wpada ona w otchłań symbolizowaną przez zniszczony sufit domu, ale to miejsce stanie się wrotami do kolejnego kręgu piekła. Robi się surrealistycznie i klaustrofobicznie. A to wszystko potrafi odegrać Rose Byrne w ramach tej jednej roli.

Bo Linda każdy niuans popadania w szaleństwo ma dokładnie wypisany na twarzy. Mniej lub bardziej prawdopodobne zwroty akcji z tak zwanego realnego życia to tylko niewielki dodatek do tego, co ujawniają oczy, mimika, znakomita praca kamery: zbliżenia oczodołów, zmarszczek, zmieniającej się struktury skóry twarzy. Wszystko rozgrywa się w jednym miejscu, bo głębiej nie sięgniemy. Nie zobaczymy, jak rozpada się umysł, jak przestają ze sobą współpracować poszczególne elementy mózgu, do jakiego stopnia depersonalizacji prowadzi ta mroczna historia.

„Kopnęłabym cię, gdybym tylko mogła” samym tytułem wyraża bezradność. A przecież w tylu sytuacjach trzeba trzymać gardę. W konfrontacji z innymi pokazywać niezłomność, bezkompromisowość, pewność siebie. Linda – takie odnoszę wrażenie – nie jest pewna żadnego swego kroku, żadnego działania, te kompulsywne zrywy połączone z obrazem jej niespokojnej twarzy stwarzają pulsującą przerażającą energią wizję. Coś, co przestaje być rzeczywiste, choć w dużej mierze takie jest. Bo zaczyna się chyba od prozaicznego lęku o zdrowie własnego dziecka. Co z finałem? Z pewnością zaskoczy jak prawie każdy z kadrów. Być może wprowadzenie tutaj popijania wina to jeden z banalniejszych elementów, ale Mary Bronstein musi wykorzystać wszystkie wizualne środki, by wciąż tworzyć w tym filmie niepokojący balans między tym, co rzeczywiste, a tym, co urojone i bolesne. Znakomita historia bólu, którego nie można wyrazić słowami. Który przychodzi we śnie. Niszczy relacje ze wszystkimi wokół. Każe skupić się tylko na sobie. Ale nie ma siebie. Jest plastelina do ugniatania.

To wszystko jest tak zmontowane, że zacieranie granic gatunków filmowych idzie w parze z powracaniem do pewnych konwencji przy równoczesnym traktowaniu innych jako dodatku do tego psychodelicznego obrazu rozpadu świadomości. Sytuując bohaterkę w różnego rodzaju przedpokojach, scenariusz mocno podkreśla tymczasowość wszystkiego. Nie pomagają żadne relaksacyjne ćwiczenia oddechowe odtwarzane z telefonu. Nie pomaga struktura systemu, który ma w założeniu pomóc matce w trudnej sytuacji, a staje się dodatkową formą opresji. Coraz trudniej to wytrzymać, ale jest tak nakręcone, że stanowi nie tylko filmowy efekt, złudzenie i fantazję dające się zamknąć po obejrzeniu ostatniej sceny. Jest tu też miejsce na sceny absurdalne i z elementami komizmu, a to już wielka sztuka, by stworzyć taką mieszankę w strukturze jednego filmu. Znakomite kino o histerii, szaleństwie i rozpaczliwym miotaniu się w sobie, gdy lęki stają się drogowskazami, a drogę zaciera umysł rozpaczliwie broniący się przed rozpadem.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-18

„Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu” Saša Stanišić

 

Wydawca: Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Data wydania: 25 lipca 2026

Liczba stron: 312

Przekład: Małgorzata Gralińska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 45

Tytuł recenzji: Zmiany i ekscentryzmy

Przyciągają mnie czasem książki ekscentryczne i nieoczywiste. Nawet jeśli są zbiorami opowiadań, za którą to formą nie przepadam. Nowa książka Sašy Stanišića, mojego rówieśnika, utytułowanego twórcy niemieckojęzycznego o bałkańskim pochodzeniu, jest niczym kapelusz, z którego co rusz wyciąga się innego królika. Jednocześnie jest to publikacja o bardzo spójnej strukturze i choć „Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu” na początku wrzuca nas w wir chaosu kreatywności, potem staje się książką, której tytułu po miesiącu od lektury nie będzie się pamiętać, ale obrazy literackie (w oderwaniu od fabuły) pozostaną w wyobraźni bardzo długo. Może to dlatego, że autor zgrabnie łączy realizm z purnonsensem, groteskę z bolesną w swej wymowie ironią, a melancholię z fantazjami pełnymi szalonych asocjacji. Wraz z bohaterami trzymamy się realnego życia i od niego uciekamy. Na różne sposoby i na różny czas. Myślę, że przede wszystkim jest to książka o zatrzymaniu się w jakimś punkcie granicznym i proponująca refleksje, którym początek daje zdanie pochodzące z pierwszego opowiadania: „Życie może potoczyć się na nieskończenie wiele sposobów”.

Tak toczą się tutaj zdarzenia, a raczej fabularne wytwory, które z trudem można byłoby nazwać spójnymi w swej strukturze opowiadaniami. Granice – także te wyobraźni – zacierają się i jest na przemian przejmująco smutno, gdy jedna z bohaterek żyje już tylko jedną godziną niesamotności tygodniowo dzięki fizjoterapii, oraz rozkosznie wesoło, gdy czytamy o tym, jak używając frytek, przeprawić przez rzekę mewy w tramwaju. Stanišić wykorzystuje chyba wszystkie możliwości formalne, jakie może dać pisarzowi opowiadanie. Jedno z nich jest uroczo autotematyczne i należy do moich ulubionych, bo bohater musi postępować tak jak napisano i jak określił działania pisarz, władca jego tożsamości oraz wyborów. Ale to nie są osobne teksty i razem tworzą całość ze zgrabną kompozycją klamrową. Trudno zatem jednoznacznie stwierdzić, że książka o tak nietuzinkowym tytule to zbiór opowiadań o stawaniu w obliczu życiowej zmiany, a czasem o zwalnianiu na życiowym zakręcie. Tych dwanaście tekstów zespolonych jest w taki sposób, że można uznać to pisanie za specyficzną powieść eksperymentalną. Zresztą twórca eksperymentuje z wyobraźnią – własną i swoich bohaterów – w naprawdę zaskakujący sposób. Utknąć w tej książce to zawisnąć gdzieś między ramami poukładanego życia a konstelacją wirujących odłamków, gdy kamień naszej życiowej rutyny uderzy o wynalazek nazwany tutaj „przymierzalnią życia”.

Wielu chciałoby antycypować swoją przyszłość z pewnością, że ziści się to, o czym myślą lub marzą. Tu na samym początku pojawia się pewien wynalazek, którego będą mogli użyć bohaterowie tych opowiadań. Ile gotowi bylibyście zapłacić za to, by kupić fragment dobrej przyszłości? W tej książce specyficzna przymierzalnia działa na dwa sposoby: zarówno metaforycznie i magicznie, jak i realistycznie, stawiając człowieka w sytuacji zmiany dotychczasowego życia.

To mogą być zmiany całkowicie przez nas kontrolowane – jak rzucenie dotychczasowej pracy. Ale także takie, na które nie mamy wpływu – odejście w opowiadaniu tytułowym mężczyzny, z którym kobieta przeżyła szczęśliwie pół wieku. W tym wszystkim Saša Stanišić ukrył jeszcze niemieckich myślicieli, kultowe zespoły tworzące głośną muzykę i absurdy w rodzaju podarowanego komuś czołgu przewiązanego różową wstążką. Zaczyna być zaskakująco? Trudno określić tę narrację w sposób tak banalny. Myślę, że te wspomniane we wstępie króliki wyciągane z kapelusza, to jednak zdarzenia całkowicie możliwe to ogarnięcia umysłem. Pod warunkiem, że da mu się ogromny margines tolerancji. Zbiór tych tekstów stworzony jest w taki sposób, że etapami i poniekąd naturalnie akceptujemy szaleństwo narracyjne, które rozegra się przed naszymi oczami. Ale w tym wszystkim sporo tego, co realne i co trudne: kondycja współczesnego pisarza, bycie emigrantem, czyli wciąż tym „niewystarczającym”, czy tworzenie relacji z drugim człowiekiem w taki sposób, by miała ona charakter wsparcia, nie rywalizacji.

Odskocznie od rutyny są tu zarysowane w różny sposób, ale za każdym razem związane są z upływem czasu, który jest z jednej strony czymś niezmiennym, z drugiej jednak – zaczyna tutaj falować, odkształcać obiekty i ludzi, zmieniać logikę zdarzeń albo wręcz ją rozbijać tak, że trudno poskładać to, co powstało. Dlatego ta narracja przyciąga jak magnes: jest o wielu z nas i wspólnym doświadczeniu wyobcowania, a jednocześnie prezentuje ekscentryczne jednostki w sytuacjach, które każą im się zatrzymać. Egzystencjalnie, ale i bardzo prozaicznie, przy kubłach ze śmieciami, kiedy trudno zdecydować, w jakiej sekcji odpadów umieścić grę planszową, która zmienia relacje ojca i syna.

Stanišić opowiada jednak głównie o tym, co ludzi zbliża, nie dzieli. Nie tylko dlatego, że znaczna część bohaterów to emigranci, a ich odbiór rzeczywistości niemieckiej zmienia się w zależności od okoliczności, które zachodzą w ich życiu. Życiu pełnym niepewności jutra, w którym chciałoby się wejść do „przymierzalni czasu” i opłacić sobie przewidywalną, bezpieczną i pełną radości przyszłość. Bohaterów zbliża także to, że czasem muszą zmierzyć się z jakąś graniczną i nieodwracalną sytuacją, za którą stoi niewiadome. Zmiana wymagająca czegoś, na co nie jesteśmy gotowi. To również książka o tym, jak kreuje się rzeczywistość, będąc twórcą, widząc i rozumiejąc więcej, a przede wszystkim chcąc wyrazić to „więcej” w sposób najbardziej adekwatny do tego, jak zróżnicowane jest nasze życie i myślenie o nim. I jak bardzo w tym życiu potrzebujemy bliskich osób, bo wtedy staje się bardziej do zniesienia i częściej zaskakuje.

Szalona, ale kontrolowana w swym szaleństwie proza o koincydencjach i dziwnym falowaniu ludzkiego życia. Prowokacyjna także w sposób kontrolowany. Z dużą dozą autoironii i specyficznego humoru samego autora, który podejmując kwestię tego, jak upływa czas, decyduje się na ujęcie dość oryginalne: ukazanie tego upływu w kontekście zmieniającego się oglądu otoczenia. Z niespodziankami na każdym kroku, bo tu w żadnym akapicie nie ma miejsca na nudę.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-13

„To tylko lęk. Jak przerwać błędne koło niepokoju i zacząć żyć spokojniej” Joanna Adamiak

 

Wydawca: Wydawnictwo Mando

Data wydania: 10 czerwca 2026

Liczba stron: 336

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 49,90

Tytuł recenzji: To tylko poradnik

Mam ogromny problem z oceną tej książki, a raczej jej przydatności dla ludzi w kryzysie, bo to typowy poradnik o dość chaotycznej strukturze zakończony nieco narcystyczną laurką dla samej siebie pokazującą, że autorka jest niezmiernie zadowolona ze swojej książki i przekonana o tym, że może ona zmienić życie wielu osób. Ta pewność siebie przebija się tu kilkukrotnie i dziwi mnie fakt, że doświadczona w praktyce psychiatrycznej autorka potrafi proponować tak uproszczone portrety osób zaburzonych i metody działania mające na celu nie tylko pozbycie się lęku, ale też innych skomplikowanych zaburzeń zaprezentowanych tutaj jako całkiem nieskomplikowane.

„To tylko lęk” zastanawia już samym tytułem. Użyta partykuła z jednej strony może być odczytana jako bagatelizowanie, z drugiej – wskazuje, że twórczyni tego poradnika na podstawie swoich lekarskich doświadczeń jest w stanie udowodnić, że różnego rodzaju zaburzenia lękowe można wpisać w tabelki z gotowymi rozwiązaniami dla każdego z nich. I tak tutaj poniekąd jest – możemy wyczytać, wręcz poczuć, że Joanna Adamiak jest bardzo empatyczną osobą, która potrafi niuansować pojęcie lęku i wie, jak bardzo utrudnia on życie. Są tu jednak fragmenty będące głoszeniem oczywistości, a czasem wpadające w banał. A także takie, które dają złudne mniemanie o tym, jak funkcjonuje opieka psychiatryczna i psychoterapeutyczna w Polsce.

Warto zacząć od tych irytujących oczywistości. Sporo miejsca poświęcone jest odróżnieniu strachu od lęku, co rozumie każdy przeciętny człowiek, co rozpisano jak prawdę objawioną, z wyraźnym podkreśleniem, które zjawisko trwa krótko, które zaś długo. Tu, jak i w innych miejscach, można odnieść wrażenie, że czyta się informacje bez problemu dostępne w Internecie. To jednak nie jest szkodliwe, bo nie każdy potrafi dobrze i logicznie połączyć pewne fakty, a Adamiak robi z tego całkiem przyzwoite wykłady. Dużo gorsze jest to, że autorka sugeruje, iż w Polsce do psychiatry można wrócić w dowolnej chwili. Że to jest lekarz niemal na telefon: dzieje się coś złego po przepisaniu leku, pacjent może się błyskawicznie zgłosić na konsultację. Hipotetyczna rozmowa z pacjentką o antydepresantach jest tu najbardziej irytującym fragmentem, bo każdy z nas wie, że w ramach ubezpieczenia społecznego na wizytę u psychiatry, a tym bardziej na rozpoczęcie długoterminowej psychoterapii czeka się w nieskończoność. I nie mając żadnej pewności, że trafi się na osobę empatyczną i potrafiącą pomóc w naprawdę skomplikowanych problemach.

Adamiak opisuje przypadki swoich pacjentów, którzy przychodzili do niej z lękami i znakomicie sobie potem poradzili. Trafiono z lekami, z kierunkami psychoterapii (którą też uzyskano bez żadnego problemu), wszystkie historie kończą się happy endem. Autorka wrzuca mimochodem refleksję, jak bardzo martwi się tymi, którzy z różnych powodów nie pojawiają się w gabinetach psychiatrycznych, gdy pomoc jest im potrzebna. Odniosłem jednak wrażenie, że nie myśli o tych, którzy z tych gabinetów wyszli, jednak wcale nie uzyskali tego, czego oczekiwali, mimo że lekarz był zadowolony i przekonany, że zastosował właściwą kurację.

Jedno z ważnych zdań to miejsce do polemiki dla kogoś, kto przeżył lub przeżywa jedne z bardziej bolesnych kryzysów życiowych: „Lęk to często rezultat nieprzetworzonych przekonań o świecie i sobie samym”. Stwierdzenie to implikuje, że zazwyczaj równolegle z otrzymaniem pomocy psychiatrycznej powinno się przejść właściwie dobraną terapię, która ma pokazać lęk z zewnątrz. Co jednak, gdy lęk wywołują właśnie doskonale przetworzone i graniczące z pewnością przekonanie pacjenta o sobie, swoich ułomnościach i niemożności funkcjonowania w świecie? Co wówczas, gdy nie jest to daleko idący pesymizm, lecz zwyczajny realizm? Autorka bardzo dokładnie obrazuje, w jaki sposób lęk w nas wchodzi, rozgaszcza się w naszym umyśle i czyni nas swoim niewolnikiem, ale nie ma tu właściwie zdania sugestii, że w wielu przypadkach jest się czego lękać i antycypuje się zdarzenia, które faktycznie potem mają miejsce.

Na początku autorka proponuje nam pokazanie masek, pod którymi ukrywa się lęk. Mam wrażenie, że w tym rozdziale, gdzie każda „maska” opisana jest zaledwie kilkoma ogólnikowymi zdaniami, Joanna Adamiak opowiada o typach osobowości, różnego rodzaju neurozach, pewnych odmiennościach w funkcjonowaniu społecznym, ale z pewnością to wszystko nie są maski lęku i część zaprezentowanych zachowań nie ma z zaburzeniami lękowymi nic wspólnego. Ciekawa jest tu oczywiście różnorodność naszych osobowości, przyzwyczajeń i sposobów odreagowywania trudności, a także tego, jak dostosowujemy się do trudnej rzeczywistości, w której dużo złego robią media społecznościowe, między innymi promujące idealne wzorce (Adamiak prowadzi profil instagramowy z liczną grupą obserwujących, po dołączeniu do której można obejrzeć relacje opowiadające o idealnym życiu i harmonii osoby ostrzegającej przed wpatrywaniem się w takie obrazki). Uproszczenia stosowane przez autorkę są z jednej strony podyktowane jej hurraoptymizmem życiowym i zawodowym, z drugiej zaś – wynikają z chęci, by nie wejść zbyt głęboko w żaden opisywany problem, ale pokazać się jako znawca każdego z nich.

Nie do końca rozumiem, co znaczy konstatacja, żeby „przepracować lęk w bezpieczny sposób”. Zdaję sobie sprawę, że odnosi się to między innymi do pracy psychoterapeutycznej, ale dlaczego autorka tak pełna zrozumienia wobec ludzkiego lęku proponuje rozwiązania albo nierealne, albo związane z czymś, co wymaga takiego rodzaju pracy, na który nie jest gotowy potencjalny czytelnik jej książki? Na przykład taki, który sprawdził już na sobie działanie większości opisywanych tu leków (ten fragment jest równie pasjonujący jak czytanie ulotek z opakowań) i żaden z nich mu nie pomógł. Co z tymi, którym nie można pomóc? Nie ma mowy o choćby jednej osobie, która wyszła z gabinetu autorki rozczarowana. Wszyscy pożegnali się w mniejszym lub większym stopniu ze swoimi problemami. Kompletnie mi się to nie klei: z jednej strony tak dogłębna znajomość tego, czym jest lęk (z jego ciekawymi metaforami i kontekstem historyczno-kulturowym zaprezentowanym w tej książce), z drugiej – dość naiwne przekonanie, że remedium na każdy rodzaj lęku mamy w zasięgu ręki. Zwłaszcza że – podkreślam to ironicznie, bo sugerowane jest w tej książce – po pierwszej wizycie u psychiatry ma się z nim ułatwiony i praktycznie ciągły kontakt. Nie zliczę, ilu moich znajomych walczyło jak lwy o jednorazową wizytę psychiatryczną w ramach NFZ.

Nie zgadzam się też z tym, co sugeruje autorka: że w XXI wieku wstydzimy się chodzić do psychiatry. Szybkie i dynamiczne zmiany współczesnego świata, które często rujnują umysł i wpędzają w zaburzenia lękowe, jednocześnie dość sprawnie uświadomiły społeczeństwa, że lekarz umysłu jest kimś dokładnie takim samym jak internista czy ortopeda. W dużych miastach dziś jest w modzie mieć swojego terapeutę. Adamiak nie wskazuje dróg dotarcia do lekarzy tak zaangażowanych w problemy swoich pacjentów jak ona. Proponuje książkę pełną dobrych rad i rozwiązanych problemów. Mam wrażenie, że lektura wręcz potęguje lęk, gdy czyta się o banalizacji jego przyczyn lub przebiegu, choć pewnie nie było to celem autorki. Może być problematyczna dla ludzi, którzy cierpią przez całe długie życie mimo terapii i zastosowanych dziesiątek różnych leków, bo że tacy ludzie istnieją – twórczyni publikacji „To tylko lęk” zdaje się nie mieć świadomości lub sprytnie ją ukrywa, gdyż poradnik z natury ma mieć wydźwięk uniwersalny, pozytywny i wzmacniający. Dobrze, że taka książka się ukazała, bo z pewnością ludziom, którzy nigdy nie mieli do czynienia z psychiatrią czy psychoterapią, może podpowiedzieć drogi do rozwiązania problemów psychicznych. Ale to nie jest opowieść wzmacniająca dla kogoś, kto w różnym natężeniu boryka się z samym sobą przez całe życie mimo pomocy wielu psychiatrów, rozmaitych terapii i licznych stosowanych leków. To nie jest tylko lęk. Edukujmy, lecz nie bagatelizujmy. Z przykrością muszę stwierdzić, że ta książka w ogóle do mnie nie przemówiła, zwłaszcza jej dość chaotyczna konstrukcja świadcząca o tym, że pod temat lęku autorka chce podpiąć, ile się da.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ