Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-11-12

„Patrioci” Pascal Engman


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 376

Przekład: Magdalena Greczichen

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Szwedzka przemoc

Dużo niepokoju przetoczyło się ostatnio przez Szwecję w związku z wyborami parlamentarnymi i wzrostem popularności antyimigrancyjnej partii Szwedzkich Demokratów. Szwecja staje dzisiaj w obliczu dylematów, z którymi nigdy w historii się nie mierzyła i które zaważą na dalszym funkcjonowaniu społeczeństwa oraz państwa. Trudności w publicznej debacie o liberalizmie, socjaldemokratycznych wartościach oraz spojrzeniu na multikulturowość dzisiejszej Szwecji znajdują odbicie w literaturze, której fantazje są coraz śmielsze, coraz bardziej mroczne i jednocześnie coraz silniej absorbujące uwagę szwedzkich czytelników. Po świetnej powieści Johannesa Anyuru „Utoną we łzach swoich matek” polski odbiorca może zapoznać się z „Patriotami” Pascala Engmana – książką stanowiącą interesujące uzupełnienie prozy Anyuru, ale jednocześnie powieścią bazującą na dużo większych przejaskrawieniach, napisaną też w zupełnie innej konwencji. Obie książki odnoszą się do narastającej w społeczeństwie furii, pokazują oblicza gniewu wywołanego strachem, wieszczą mroczne scenariusze zdarzeń w niedalekiej przyszłości i ostrzegają przed ujawnianym w różnych sytuacjach oraz kontekstach nacjonalizmem – przekleństwem egalitarnego świata demokracji, tkwiącym w nim niczym złośliwy nowotwór i toczącym zdrowe tkanki, rozsadzającym dotychczasowe myślenie o dobru społecznym i przyszłości kraju.

Anyuru formalnie postawił na liczne niedopowiedzenia i interesującą symbolikę. Engman rozgrywa temat zupełnie inaczej. Patrioci” to rasowy thriller z wieloma cechami powieści sensacyjnej. Operujący kontrastami, ale także hiperbolami. Upraszczający w pewien sposób ciąg przyczynowo-skutkowy zdarzeń, by mocno je dynamizować, na trzech polach, w trzech różnych historiach połączonych ze sobą w przerażającą wizję. Tak jak Anyuru Engman portretuje Szwedów, dla których imigranci to zło i przemoc. Ludzi ulegających łatwym uproszczeniom. Obaj pisarze sygnalizują niebezpieczeństwo prostego wyodrębniania dobra i zła w sytuacji, w której narasta społeczne przyzwolenie na bunt podsycany przemocą. O ile Anyuru kreśli wizję świata, w którym destrukcji dokonuje przede wszystkim strach, o tyle Engman rozprawi się z tytułowym pojęciem patriotyzmu. Pokaże mechanizmy wywołujące społeczny niepokój, uprości kilka schematów myślenia i działania, pokaże przerażający finał nacjonalistycznego określenia, uznania i atakowania wroga. Szwecja u Engmana spłynie krwią i pogrąży się w różnych formach terroryzmu. Anyuru wybrał mroczne niedopowiedzenia. Pascal Engman uderza czytelnika dosadnością i śmiałością swoich wizji. Może jest trochę dydaktyczny w tym, co komunikują sobie bohaterowie, ale przejmuje równie silnie. Dotyka skomplikowanych zależności między faktami a ich interpretacjami. Opowiada o bezpardonowej walce z mediami oraz o tym, czego dzisiejszy Szwed może się bać najbardziej. Okaże się, że samego siebie. „Patrioci” to jedna z tych niepokojących książek, które pozostawiają ślad na zawsze. Opowiadając o fantazji, do której spełnienia wystarczy tak niewiele.

W świecie przedstawionym „Patriotów” Szwedzcy Demokraci nie są trzecią – jak po realnych wyborach parlamentarnych – lecz drugą partią w Riksdagu. Socjaldemokraci są w całkowitej ofensywie, na horyzoncie widać zmiany, Szwecja zaczyna być innym państwem, niż była, chce głosem obywateli określić swoją tożsamość i rozprawić się z tymi, którzy nie widzą jej jako jednoznacznie zagrożonej. Trzech mieszkańców Sztokholmu podejmie się bezpardonowej walki z dotychczasowym systemem. Trzech straumatyzowanych mężczyzn przeniesie swoje frustracje na aktywne działanie w krwawej partyzantce miejskiej, dzięki której odzyskają poczucie sensu i własnej wartości. Zaczną zabijać. Z lekkością i bezkompromisowością. Celem ataków padną dziennikarze. Ale od dziennikarskiego pogromu zacznie się coś dużo bardziej mrocznego. Engman tak połączy losy swoich bohaterów, że stworzą one spójną i koszmarną rzeczywistość, w której siłą okaże się broń, a strach wraz z uprzedzeniami zmieni nastawienie Szwedów do tego, co dotychczas uznawali za trwałe i prawe.

Engman połączy wątek tytułowych patriotów z historią wracającego do rodzinnej Szwecji komandosa i wyrachowanej w swych działaniach dziennikarki pragnącej zdobyć władzę w świecie mediów, na których skupia się nienawiść oprawców ze Sztokholmu. W całej tej gonitwie zdarzeń – mniej lub bardziej nieprawdopodobnych – Engman zdaje się pytać o to, kim jest współczesny terrorysta. Skąd się wydobywa, co nim kieruje i czy należy go wiązać z osobowością psychopatyczną. W „Patriotach” terror sieje jeden z wielu, a skala tego terroru zaczyna być niewyobrażalna, kiedy w grę wchodzi emocjonalny szantaż. Co bowiem sprawi, że taksówkarz syryjskiego pochodzenia, który czuje się obywatelem Szwecji, zwróci się przeciwko ukochanemu państwu? Temu, które dało mu dużo więcej niż możliwość opieki socjalnej? Niełatwo się domyślić, że autor postawi na spektakularne rozwiązania, aby udramatyzować fabułę i wydobyć z bohaterów coś, czego dowiadujemy się o drugim człowieku dopiero w sytuacji przeżycia granicznego. W „Patriotach” będzie mowa o nienawiści, uprzedzeniach, ale także o dumie, egocentryzmie, uproszczonym podziale na dobro i zło, jak również o miłości oraz poświęceniu.

W tej książce wiele zła wydobywa się z gorzkich zbiegów okoliczności. Ktoś doświadcza czegoś trudnego, znajduje się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu, przekształca fakty i interpretuje je, patrząc przez pryzmat emocji. Walczący o dobro swej ojczyzny staną się fanatykami wykreowanych na własne potrzeby idei. Każdy w tej powieści błądzi i poszukuje, ale niewielu dane jest spojrzeć na swoją sytuację i ujrzeć własny punkt widzenia z nieco innej perspektywy. Dlatego będziemy mieli zabójcę, który lubi, gdy ludzie są dla siebie mili, jest szarmancki i kulturalnie rozładowuje napięcie w sklepowej kolejce. Będziemy mieli zasymilowanego w Szwecji przybysza z kraju arabskiego, który mimo całej miłości do kraju, gdzie odnalazł dobre życie, będzie musiał podjąć zaskakujące czytelnika decyzje. Engman zaprezentuje nam także sylwetkę bohatera najbardziej dynamicznego. To August, którego poznajemy w dalekim Chile, który zmuszony jest do przemocy, by spojrzeć na tę przemoc w swej ojczyźnie z zupełnie innej perspektywy, gdy dostrzega jej zło...

Engman nie pozwala złapać oddechu i stawia na spektakularność scen oraz jednoznaczne motywacje bohaterów. A jednak mimo wszystko pokazuje grozę działań zmierzających do szwedzkiego chaosu. Chce zasugerować, że impulsy wywołujące zawirowania i niepokoje społeczne są od wieków takie same. Chce również pokazać, że wiele zła rodzi się z ludzkiego egocentryzmu. I braku umiejętności ujrzenia kontekstów. Mocna i elektryzująca proza sensacyjna o tym, co prawie Szwecję dotknęło. I przestroga przed tym, by nie dopuścić do spełnienia choćby części mrocznego proroctwa „Patriotów”.

2018-11-09

„Powrót z Północy” Maja Wolny


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 31 października 2018

Liczba stron: 334

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Podróże egzystencjalne

Maja Wolny to pisarka poszukująca i dzięki temu niezwykle intrygująca, wyróżniająca się pośród innych zarówno stylem, jak i tematyką swoich powieści. Ale przede wszystkim specyficzną formą elegancji frazy. Nawet gdy opowiada o największych okrucieństwach czy traumach ludzkich, czyni to w wysublimowany sposób. I igra z czytelnikiem. W najnowszej powieści chyba najsilniej w dotychczasowej twórczości, bo „Powrót z Północy” to książka wyjątkowo niejednoznaczna. Zupełnie inaczej niż „Czarne liście” poruszające zasadniczo problem relacji polsko-żydowskich w obliczu pogromu kieleckiego, a tak naprawdę bardzo delikatne i prywatne kwestie związane z tożsamością i przynależnością. Tutaj Maja Wolny uwodzi przede wszystkim tajemniczym klimatem niedostępnego zakątka Ziemi, gdzie surowe warunki atmosferyczne uzmysławiają człowiekowi jego kruchość oraz tymczasowość. Zimna Północ będzie areną zaskakujących wydarzeń. Będziemy obserwować podróżników i analizować ich enigmatyczne motywy podróży. Przyjrzymy się specyfice upływu czasu w tych odmiennych warunkach, Wolny będzie fantazjować o jego związkach z decyzjami i ich konsekwencjami. Będzie też sporo niedomówień zamkniętych w zgrabnie portretowanych biografiach postaci drugiego planu, a także epizodycznych. Wszystko po to, by enigmatycznie opowiedzieć o znaczeniu przeszłości w życiu każdego z nas, o naszym przeznaczeniu, ale też o wspomnianej już tożsamości. I o znikaniu. W kilku niepokojących wymiarach.

Czasy współczesne. Olga wybiera się w podróż Koleją Transsyberyjską. Dokąd i w jakim celu? Przyglądamy się pewnemu nieprzystosowaniu do planowanej podróży. Olga wybiera pierwszą klasę. Dystansuje się od ludzi, a jednocześnie jest ich ciekawa. Jej wyobcowanie autorka portretuje już w hali dworcowej. Olga zabiera w podróż przede wszystkim własne wspomnienia. Te, od których nie może się uwolnić, które uwierają, czynią tę podróż dyskomfortową. Potem zaczniemy się od bohaterki oddalać. Będzie się stawać coraz bardziej niejednoznaczna. Zagubiona, ale naznaczona pewną formą fatalizmu. Ale to nie Olga będzie się do niego odnosić, lecz jeden z towarzyszy jej podróży. Mężczyzna przekonany o tym, że zmierza ku zatraceniu. Piszący egzaltowany pamiętnik, w którym egocentryzm łączy się z umiejętnie budowaną atmosferą egzystencjalnego zagrożenia. Ale to nie do Adama zbliży się w swej podróży Olga. Zwłaszcza gdy trasa pociągu ulegnie zmianie, a pasażerowie w pewnym momencie doświadczą czegoś, czego nigdy by się nie spodziewali.

Chwila przed pierwszą wojną światową. Podobną trasę przez zimną Północ przemierza inżynier Michał. Zabiera ze sobą małżonkę i syna, ale w ślad za nimi podąża jeszcze ktoś. Osoba o biografii naznaczonej cierpieniem i ktoś przepełniony bezwarunkową miłością. Dzięki tej miłości gotowy na wszystko. Michał ucieka przed wojennymi pomrukami, ale także przed bardziej prozaicznymi problemami. Daleko od Europy chce zasłynąć jako kreatywny budowniczy. Nie spodziewa się przewrotności losu w dalekim Chabarowsku. Nie ma świadomości tego, że przyjdzie mu pokonać długą trasę z powrotem. I że utraci wówczas cząstkę siebie.

W te dwie opowieści wplecione są także fantazje o Józefie Stalinie i jego czułych pragnieniach, ale także o Niceforze Czernichowskim, który w oddaleniu od ojczyzny stworzył w XVII wieku swoje państwo. Bezpieczną przystań dla ludzi być może tak samo jak on naznaczonych traumami życiowymi. Maja Wolny fantazjuje bardzo pomysłowo i żaden z tropów w jej powieści nie wydaje się tylko efektownym dodatkiem. Wszystkie te historie znajdują pewien wspólny mianownik. Wszystkie w mniejszym lub większym stopniu odwołują się do mrocznej sfery przeżyć człowieka. I do jego znikania. Żegnania się ze światem, ale głównie ze swoimi potrzebami, których nie da się spełnić.

„Powrót z Północy” to przejmująca opowieść o utratach, która portretuje świat swoich bohaterów w zaskakujący sposób. Trudno bowiem odnieść czytelne wrażenie, co rzeczywiście im się przydarza i w jakim wymiarze funkcjonują. Kim są tak naprawdę, co przeżywają. To ludzie, których życie doświadczyło pewnym odium wobec najbliższych osób. Zwłaszcza postacie próbujące wypierać z pamięci swoich ojców są tu wyjątkowo sugestywne. Wolny obrazuje ludzi w drodze wywołanej deficytami i tym, że wędrowcy w pewnym momencie swojego życia nie mogli czegoś zaakceptować. Przez to też zrozumieć siebie. Ta skryta w niedopowiedzeniach powieść zgrabnie łączy surową naturę z rozważaniami o równie surowym ludzkim wyobcowaniu. O świadomości, do której wdziera się lęk wywołany samotnością. Ale to też historia o niespełnionych miłościach i o tym, że podróżujemy bez wyraźnie sprecyzowanego celu dużo częściej, niż może nam się to wydawać. „Powrót z Północy” to także poetycka opowieść o wyludnionym obszarze, w którym inaczej patrzy się na swoją egzystencję, zaskakująco inaczej widzi własną tożsamość.

Czy Maja Wolny pozwala nam tylko odczytywać różne symbole podróży, samotności, wyobcowania i niespełnienia ludzkich pragnień? Niekoniecznie. To powieść nieco w konwencji sensacyjnej, jest odrobinę thrillerem psychologicznym, trochę przypomina staroświecki romans, ale też jest kameralną historią tego, jak pamiętamy innych ludzi i w jaki sposób żyją oni w naszej pamięci. Wszystko w czytelnej metaforze oddalania się, przemierzania dzikiej przestrzeni, toczenia specyficznej walki z czasem i jego upływem. „Powrót z Północy” to też powieść dla tych odważnych czytelników, którzy chcą poznać kilka mrocznych znaczeń pustki oraz wyobcowania. Książka mocno przykuwająca uwagę tym, że tkwi gdzieś na granicy dramatycznie przeżywanego życia i nieistnienia. Ale także przez to, iż jest przede wszystkim bardzo oryginalna. Nie dopasowuje się do czytelniczych oczekiwań, kreuje je. Pozostawia w niedosycie, ale i w poczuciu, że obcujemy z narracją wyjątkowo smutną i melancholijną, lecz jednocześnie krzepiącą, bo pozostawiającą margines interpretacji. I jest wielka, wspaniała miłość. Ona rozświetla mroki i chłód Północy. Warto przyjrzeć się temu, jaką opowieść tym razem przygotowała dla nas jedna z najciekawszych i najoryginalniejszych polskich pisarek współczesnych.


PATRONAT MEDIALNY

2018-11-06

„Wściekłe” Ewa Podsiadły-Natorska


Wydawca: Editio

Data wydania: 13 listopada 2018

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Bój o wolność

To wściekle dobra książka! Bardzo solidnie przemyślana i niezwykle spójna. Pokazująca, w jaki sposób odbywa się w kraju marazmu niekonwencjonalna walka o wolność. Taka w dużej mierze definiowana przez płeć, ale nie tylko. Ewa Podsiadły-Natorska odważyła się opisać, do czego może doprowadzić konsekwentne, lecz niejednoznaczne w swej wymowie odbieranie wolności osobistej. We „Wściekłych” chodzi naturalnie o kobiety, ale mam wrażenie, że to książka nie tylko o nich. Ta sugestywna futureska usiłuje obnażyć służące manipulacji obywatelami mechanizmy, dzięki którym państwo osiąga swoje cele, niszcząc nie tylko tkankę społeczną i relacje między ludźmi, ale również rujnując budżet. To wszystko jest takie bliskie. Tak absurdalne, a jednak tak doskonale oswojone. Wściekać się można nie tylko z powodu literackiej fantazji, ale przede wszystkim także dlatego, że konkretne okoliczności zmusiły Podsiadły-Natorską do napisania właśnie takiej książki. Opowiadającej o buncie, konsekwencji w działaniu i kobiecej solidarności. Wychodzącej w swej krytyce ostracyzmu społecznego oraz zachowawczości daleko poza płeć. „Wściekłe” to powieść wyrazista, ale i dowód gorzkiego rozczarowania rzeczywistością. Ta doświadczana przez bohaterki boli jeszcze bardziej. Marginalizuje je, zmusza do przyjęcia ustalonych ról. Uprzedmiotawia w bardzo opresyjny sposób.

Całkiem niedawno ukazała się „Siła” Naomi Alderman – powieść o globalnym buncie kobiet zdecydowanych odrzucić role i oczekiwania społeczne. Wyszła z tego dość komiksowa opowieść, która mimo wszystko mnie rozczarowała. „Wściekłe” to poniekąd rewers Alderman. Nie tylko dlatego, że powieść osadzona jest w lokalnej problematyce. To także bardzo żywa proza scen pełnych ekspresji i dynamizmu. Zaletą tego, co stworzyła Podsiadły-Natorska, jest wspomniana już spójność. Autorka obrazuje skomplikowaną sytuację kobiet, koncentrując się wokół biografii jednej, wyjątkowo buntowniczej bohaterki. Także dokonuje przerysowań jak Alderman, ale umie je utrzymać we właściwych proporcjach. Źli lub wzbudzający negatywne odczucia bohaterowie będą mieli coś na swoją obronę. Autorka stawia na szerokie konteksty i mimo czytelnych tez swojej powieści wprowadza dość niejednoznaczne elementy zmuszające do przyjrzenia się temu światu przedstawionemu z większą uwagą. I dużą empatią, bo odnieść można wrażenie, że Podsiadły-Natorska ma szacunek dla każdej bez wyjątku nakreślonej postaci.

Tymczasem na pierwszym planie jest Tamara. Ponad dwie dekady w buntowniczym biegu. Rozpoczął się wówczas, gdy jako dziesięciolatka uciekała przed ojcem w zakrwawionych tenisówkach. Potem wrósł już w nią, jej temperament, światopogląd, bezkompromisowość i wypracowaną życiową siłę. Tamara stoi na czele tajnej grupy kobiet, które nie zgadzają się z polską polityką prorodzinną stygmatyzującą ze względu na płeć, usiłującą zaplanować i opanować całe życie osobiste każdej kobiety w kraju. Obietnicami i prorządowymi programami, dzięki którym kobiety stają się gospodyniami domowymi, realizować się mają tylko jako wzorowe matki oraz żony. Tamara i jej koleżanki mają dosyć. Zwłaszcza że niebawem ma zostać przegłosowana ustawa nakazująca samotnie żyjącym kobietom rejestrację w celu dokładniejszej inwigilacji ich poczynań. Tamara mniej myśli, więcej działa. Nie próbuje zrozumieć, dlaczego coraz więcej kobiet dobrowolnie wypisuje się z systemu kariery, samostanowienia, usuwa w przestrzeń domowego zniewolenia. Ale autorka pomaga nam ujrzeć wszystko szerzej. W buntowniczej organizacji nie znajdą się tylko feministki czy singielki. Okazuje się, że świat zbudowany na fundamentach niebezpiecznej polityki rządowej doprowadza do maksymalnych uproszczeń, a wśród nich – do różnych form zniewolenia. Fantazja autorki sięga dalej. Portretuje nam kraj, w którym w nocy harcują faszystowskie bojówki mizoginistyczne, donosicielstwo kwitnie z racji zyskiwanych dzięki niemu profitów, a nad głowami latają kontrolujące rzeczywistość drony.

W tym wszystkim Tamara ze swoim buntem oraz złością. Zrodziły się ze skomplikowanej sytuacji rodzinnej bohaterki, gdy Tamara musiała patrzeć bezradnie na słabość matki rezygnującej z uzdolnień na rzecz miru rodzinnego narzucanego twardą ręką szowinistycznego ojca. Tamara chce być blisko z siostrą, skoro z ojcem nigdy blisko być nie mogła. Relacje siostrzane – zmienne, zaskakujące, portretujące specyficzną formę bliskości – są mocnym atutem tej fabuły. Powieści wydobywającej niezgodę i wściekłość z kameralnych dekoracji, by posłać je w świat, w którym jest już źle inaczej. A może tak samo, lecz w dużo szerszym znaczeniu.

Ewa Podsiadły-Natorska nie proponuje prostych rozwiązań ani nie decyduje się na uproszczenia. Znamy motywacje i działania Tamary, ale przyglądamy się im też oczyma bohaterów widzących determinację bohaterki w nieco innym świetle, niż postrzega ją Tamara. Nie ma też tak, że na kartach „Wściekłych” – powieści o sile kobiet chcących walczyć o wolność – pojawiają się sami mężczyźni wrogowie. Nie ma jednoznacznej opozycji płci, choć chwilami jest ona czytelna. Ale w działaniach bohaterek i przede wszystkim konsekwencjach tych działań autorka kryje wiele błyskotliwych i niełatwych chwilami do wychwycenia tez na temat tego, jak funkcjonujemy jako społeczeństwo bez względu na płeć, skoro z taką nierozwagą doprowadziliśmy państwo do stanu, w którym naturalną reakcją kobiet takich jak Tamara jest konsekwentne wędrowanie pod prąd. Bo Tamara i podobne jej kobiety wiedzą, czego chcą. Równie dobrze zdają sobie sprawę z tego, czego sobie nie życzą. I widzą państwo opiekuńcze w jego karykaturalnym kształcie. Widzą fałsz i obłudę. Walczą o inną rzeczywistość nie tylko dla siebie.

We „Wściekłych” obok mrocznych śladów po Prusie i Weiningerze pojawią się także wspomnienia tych bojowniczek i bojowników, którzy zdecydowali się na bycie otwartymi opozycjonistami, bo tak musieli żyć, tak funkcjonować. Autorka książki zadaje też pytanie o to, na ile autonomiczny może być ludzki bunt, ile jesteśmy w stanie dla niego poświęcić, oraz sugeruje również, jak wiele determinacji musi stać za świadomą formą buntu. Zwłaszcza w państwie, w którym coraz więcej ludzi układa się z bezpiecznym status quo, które wyjątkowo perfidnie odbiera im prawdziwe poczucie bezpieczeństwa. „Wściekłe” to historia o odważnych kobietach i powieść nie tylko dla kobiet. Śmiała i bezkompromisowa fantazja o tym, do czego może doprowadzić zachowawczość i bierność. Ale także o tym, że kobieca siła to odwaga wiecznego sprzeciwu wobec szowinizmu, patriarchatu i zwyczajnego poczucia wyższości, które ktoś uzasadnia wyższością płci. Świetna, dynamiczna rzecz. Zapada w pamięć i zmusza do przemyśleń.


PATRONAT MEDIALNY

2018-11-01

„Justyna. Blog drugi” Jacek Bocheński


Wydawca: Agora

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 286

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rzeczy drugie

Blog to najbardziej demokratyczny w swym wymiarze sposób wymiany myśli, informowania o sobie, tworzenia własnego wizerunku i wchodzenia w interakcje z odbiorcami. Jacek Bocheński pokazuje, że z bloga można stworzyć coś na kształt gatunku literackiego. Pokazać, że ta forma wypowiedzi może być wyjątkowo wartościowa, ale przede wszystkim celowa, bo nie mamy tutaj do czynienia z niezdrowym ekshibicjonizmem, lecz z przemyślaną – miejscami dwupoziomową – konstrukcją fantazji połączonej z żarliwą publicystyką. Justyna. Blog drugi”, zbiór zawierający zapiski autora z lat 2015-2018, to swoista recydywa w konwencji, ale tak naprawdę opowieść o tym, co znaczą… rzeczy drugie, powtarzalność, konsekwencje wchodzenia w podobną formę, wyrażania siebie ponownie. Okazuje się, że zrobienie czegoś ponownie wcale nie wiąże się z taką pewnością siebie, bo powtórzenie doświadczenia może być samo w sobie doświadczeniem nowatorskim. Autor w intrygującej konwencji opowiada o tym, że niekoniecznie kształtuje nas rzecz pierwsza, a być może dopiero jej odbicie, pojawienie się po raz kolejny w odpowiednim miejscu i czasie, pośród pozornie oswojonych już okoliczności.

To jest inteligentna książka, która bawi, ale jednocześnie zasmuca. Poczucie humoru autora, a także jego sposób portretowania ludzkich relacji czynią z tej narracji tekst wyjątkowo dowcipny. Bocheński jednak opowiada z innego poziomu, nie igra z konwencją zmyślenia i dwuznaczności. Fragmenty tego dziennika będące komentarzem do ważnych zdarzeń z najnowszej historii Polski oraz świata są jednocześnie wyrazem humanistycznego zatroskania o rzeczywistość, w której tak często, ostatnio coraz częściej, oczekuje się jasnych deklaracji, wąskiego oglądu zjawisk, stronniczości i wybiórczości, co w gruncie rzeczy doprowadza do tego, że zarówno Polska, jak i szeroko pojęty Zachód zapominają o złu dyktatów… jednocześnie widząc atrakcyjność w ich ponownym powstawaniu. To też są rzeczy drugie. Bardzo mroczne.

„Justyna. Blog drugi” to w dużej mierze autorskie imaginarium na temat wchodzenia w bliską relację z kobietą. Uważam, że konwencja opowieści o przyciąganiu i odpychaniu specyficznej pary – starszego mężczyzny i poszukującej, ambitnej młodej kobiety – wypada u Jacka Bocheńskiego dużo ciekawiej niż na przykład u Jerzego Pilcha. Dlaczego? Przede wszystkim jest wieloznacznie w niepowtarzalny sposób. Prowokująco nie tyle ze względu na status znajomości, ile przede wszystkim na konsekwencje tej relacji dla autora narracji. Fascynacja kobietą, której biografia i tożsamość zarysowują się w ścisłym związku z tożsamością opowiadającego, przekształca się w misterną opowieść o wchodzeniu w zależności, ale także o sztuce kompromisu. Bocheński bawi i intryguje, czyniąc tytułową Justynę fantazją o sobie samym i swoich potrzebach, oczekiwaniach życiowych. Świadomie się powtarza, ale podkreśla, jak ważne jest powtórzenie – zrobienie w życiu czegoś po raz drugi, napisanie w podobnej konwencji, odwołanie do czegoś, co tylko pozornie wydaje się wtórne. Świetne jest to, że śledząc opisaną relację, można szukać furtek interpretacyjnych w tym, co powszechnie o autorze wiemy. Ale to też ciekawa rzecz o kreacji. Indywidualizmie, któremu można przyjrzeć się z dystansu. Jacek Bocheński gra z konwencją wizerunkowości. Nie napisze swojego biogramu, nie jest jego celem wskazywanie wprost, co przeżywa i myśli, lub odnoszenie się bezpośrednio do tego. Chyba że porzuca swoją Justynę i przechodzi do komentowania rzeczywistości.

Autora interesują przemiany, jakich doświadcza Polska, ale także oblicza przemian świata niebezpiecznie kierującego się w stronę uproszczeń i idących za tym uprzedzeń. Bocheński przygląda się temu, co towarzyszy naszym dzisiejszym wyborom – zastanawia się, czy jest to myślenie o przeszłości, czy twórcze zaangażowanie w przyszłość. Analizuje kondycję społeczeństw, jednocześnie skupiając się na pewnych mechanizmach warunkujących ich dzisiejsze funkcjonowanie. Kiedy żegna Justynę, wydobywa się ze sfery intymnej autoanalizy na rzecz bacznego obserwowania świata wokół. I to zderzenie – intymnej fantazji oraz bezkompromisowej często próby odpowiedzi na pytanie o to, co złego dzieje się z Polską – czyni z tej książki świadectwo dwóch rodzajów zaangażowania. To wchodzenie w głąb i autoanaliza, ale także dostrzeganie siebie, świadomego odbiorcy przemian, które niepokoją. Pośród tego wszystkiego znajdziemy także autotematyczne gry z czytelnikiem mające na celu zwrócenie uwagi na to, czym jest język, jak opisuje rzeczywistość i jak wchodzi w interakcję autora z czytelnikiem.

Bocheński chce postawić na „trafny sens”. Wykorzystuje formułę bloga, by pokazać pewną funkcjonalność tych opowieści, które oddalają się od nadmiernej metaforyki, punktują rzeczy i relacje międzyludzkie we właściwej proporcji, nazywają kwestie wieloznaczne za pomocą czytelnych słów. Ale przecież od początku do końca rozgrywa przed nami spektakl wieloznaczności opowieści o relacji, w której to on pozornie daje więcej, ale jednocześnie zyskuje. Samoświadomość? Zależy, kim w naszej wyobraźni stanie się Justyna. I jak potraktujemy pewną dwutorowość tej książki. Jej specyficzną enigmatyczność, która wchodzi w tak silny związek z tym, co dosadne i wyrażone wprost.

„Justyna. Blog drugi” to także autorska próba ujęcia tematu miłości, o której napisano już wszystko i w każdej konwencji. Pozostają fantazje o czymś czułym i wzruszającym. Są przeciwwagą dla złości i buntowniczości fragmentów publicystycznych. Kształtuje się tu pewna harmonia. Bocheński równoważy dwa sposoby opowiadania nam o sobie i tym, co go otacza. To też narracja o ważnej dychotomii – tworzą ją świat wirtualny i doznania świata realnego. W jaki sposób uczestnictwo w działaniach formujących globalną sieć wpływa na nasze działanie jednostkowe? Odczuwanie i odbieranie samego siebie? Bo wszystko zaczyna być kwestią wizerunku i wykreowanej konwencji. Książka Jacka Bocheńskiego zmusza do zastanowienia nad tym, jaka jest celowość pewnych iluzji. A także nad tym, po co iluzje kreujemy. Bo mogą być piękne, ale także destrukcyjne.

2018-10-30

„Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzata Rejmer


Wydawca: Czarne

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Piekło bez rozrachunku

Małgorzata Rejmer jak nikt z dzisiejszych reportażystów potrafi opisywać i niuansować oblicza ludzkiego zniewolenia. Pięć długich lat czekałem na coś, co potwierdzi wielkość – lub jej zaprzeczy – książki „Bukareszt. Kurz i krew”, którą uznałem za wydarzenie literackie 2013 roku. Wiedziałem, że w opowieści o Albanii autorka skupi się na podobnych procesach dziejowych i mechanizmach funkcjonowania społeczeństwa niszczonego przez reżim. I bardzo się bałem pewnej wtórności, bo przecież jak jeszcze w wyjątkowy sposób można opisać relacje tyrana i obywateli państwa pozbawionego pragnień i marzeń? Moje obawy zniknęły już po lekturze kilku rozdziałów „Błota słodszego niż miód”. Znajoma fraza, podobny sposób obrazowania metaforycznego. Inny punkt wyjścia, bo tym razem opowieść o komunistycznym piekle osadzona jest w rozprawie głównie o prowincji – Tirana w zasadzie nie funkcjonuje w tym reportażu obrazującym Albanię taką, jakiej nikt przez lata nie mógł dostrzec.

To kolejna wielka rzecz Małgorzaty Rejmer. Stworzony z szacunku, empatii i dużej ciekawości reportaż o stanie umysłu Albańczyków na długo po tym, gdy upadł reżim Envera Hoxhy i gdy można było wreszcie zdefiniować, a także poczuć wolność. Jeden z bohaterów tej książki mówi do autorki, że nie uda jej się sportretować albańskiego komunizmu. Czy tak jest w istocie? Przecież Rejmer dysponuje tylko nieodległą historią – nie sięga wstecz tak bardzo jak w przypadku portretowania Rumunii. Wieloma niewiadomymi, które uzupełniają opowieści jej rozmówców. Specyficznym murem milczenia, za którym skrywają się Albańczycy pamiętający wiele i zbyt dokładnie. Nie będzie to przecież historia młodego pokolenia kraju, który chce aspirować do bycia w nowoczesny sposób europejskim. Rejmer dyskretnie sygnalizuje tylko, czym Albania jest dzisiaj. Zanurza się przede wszystkim w nurt opowieści z czasów reżimu. Oddaje swym rozmówcom tę książkę w całości. Sugeruje, czym naprawdę był albański dyktat Hoxhy, i daje do zrozumienia, że nigdy tak naprawdę nie dokonano z nim rozrachunku.

Obecność dyktatora, który odszedł w 1985 roku, jest świetnie opisana poprzez jedno wspomnienie, gdzie pojawia się ramka ze zdjęciem najbliższych… a pod nim skryty jest wizerunek Hoxhy, kiedyś obowiązkowo eksponowany w domach. Jego ślad to nie tylko niepokojąca obecność fotografii, która skryła się pod inną. To także sposób myślenia narzucony Albańczykom. Ludziom latami żyjącym w specyficznej formie więzienia. Jego metafora funkcjonuje tu bardzo szeroko, bo zaglądamy do zwyczajnych więzień i dowiadujemy się o formach opresji, które były w nich stosowane, ale widzimy też silne oddziaływanie drutu kolczastego, który spinał granice i nie pozwalał Albańczykowi skonfrontować niczego, co miało miejsce w jego kraju, z tym, jak żyje i funkcjonuje reszta świata. Choćby ta najbliższa, tuż za granicą. Nie było innej rzeczywistości niż świat priorytetów Envera Hohxy. Odnieść można wrażenie, że nie ma jej do tej pory dla tych, którzy starają się odważnie opowiadać o przeszłości, ale i wspominają swych bliskich nadal szepczących, nadal niepewnych tego, że można wyrazić siebie, swoje emocje, przemyślenia i oczekiwania.

Komunistyczna Albania funkcjonowała jak specyficzny skansen, w którym absolutnie wszystko podporządkowane było tezom i zamierzeniom dyktatora. Małgorzata Rejmer obrazuje, z jaką łatwością, okrutną nonszalancją można było zamienić życie nawet najbliższej osoby w piekło. Wszystko miało oczy i uszy. Ale to ludzie donosili, ludzie deprecjonowali innych ludzi, to także ludzie bili do utraty przytomności, znajdowali przyjemność w poniżaniu rodaków, nakazywali im właściwe myślenie i zachowanie. Był to mechanizm idealny. Opresja i tuszowanie deficytów. Albania była krajem groźnych absurdów, jak choćby ten, że nawet odchody mieszkańców mogły zapewniać wielkość państwa. Ta wielkość okupiona była życiem w wiecznym strachu. Tak wiecznym, że nawet dzisiaj rozmówcy Rejmer nie są w stanie się od niego uwolnić. Autorka wydobywa ze swych rozmówców relacje, w których podkreśla się fatalizm i jednoczesną siłę więzi rodzinnych. To przez pryzmat rodziny, a także odsłaniania motywu zesłania na prowincję, dowiadujemy się najwięcej o strukturze reżimu. O tym, czym Albania była przez dekady i czym staje się dzisiaj, gdy wolność i demokracja to czasem tylko puste słowa. Zdezawuowane wartości, dla których nadal, po tylu latach od upadku komunizmu, nie ma mocnych i czytelnych definicji.

Rejmer z wyjątkową czułością oddaje głos Albańczykom, którzy nie tyle krytycznie, ile przede wszystkim sentymentalnie przyglądają się ruinie czasu minionego. Dzisiaj blisko połowa obywateli Albanii nie uważa Envera Hoxhy za despotę i mordercę. „Błoto słodsze niż miód” opowiada o tym, co Albańczycy pamiętają, ale także o tym, co mitologizują. Za czym dzisiaj tęsknią i co gloryfikują. Niełatwo było prowadzić niektóre rozmowy. Zwłaszcza te, które wydobywały się z łez i smutku. Ale to wielogłosowa opowieść o pewnej sile i solidarności. O czymś, czego nigdy być nie powinno w doskonałym państwie Hohxy, a co w pojedynczych przypadkach zaczęło rozsadzać od wewnątrz albańską klatkę państwowości i narzuconego sposobu życia.

Autorka lubi metafory rzeczownikowe. Portretując Bukareszt, pisała o powietrzu, strachu i gniewie. Tym razem obrazuje kraj „w kolorze pyłu, prochu i kurzu”. Symbolika tytułowego błota sięga także daleko i niekoniecznie jest tym, czym może się wydawać na początku. Małgorzata Rejmer wie, w którym miejscu postawić na siłę przenośni, a kiedy oddać głos faktom i zaznaczyć ich bezkompromisowość. Jej rozmówcy mają w sobie wiele niespełnionych tęsknot za dobrym i sprawiedliwym państwem. Także dużo sentymentu do Albanii, która przecież latami ich krzywdziła. Czy autorce udaje się oddać specyfikę albańskiego komunizmu? Myślę, że udaje jej się dużo więcej. Pokazuje, ile siły i bezradności jednocześnie może tkwić w człowieku. Jak bardzo destrukcyjnie wpływa na niego izolacja. To też opowieść o tym, że – nie tylko w Albanii przecież – zawsze te same pokłady dobra i zła tkwią w każdym człowieku, czekając na impuls, by się wydobyć. W portretowanym przez Rejmer kraju zło wydobywało się z ludzi nadzwyczaj często. Autorka chce jednak przyjrzeć się temu, ile dobra wówczas się ujawniało i czy wystarczy go, by pożegnać demony. Bo przecież zapominanie i przemilczenie nie są receptą na tożsamość. A w sumie najciekawsze jest w tej książce to, co skryte w niedopowiedzeniach, czyli albańska tożsamość dzisiaj. Nie można jej zrozumieć bez pochylenia się nad przeszłością. Małgorzata Rejmer robi to z sercem i otwartym umysłem. Płacząc czasem wraz ze swoimi rozmówcami. Świetny reportaż!

2018-10-27

„Dobre miasto” Mariusz Zielke


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 482

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty prowincji

Lubię czytać to, co pisze Mariusza Zielke, bo jakkolwiek jest nierówny w swojej twórczości, tak mimo wszystko zawsze oferuje mi elementy zaskoczenia i przy jego książkach po prostu nie można się nudzić. „Dobre miasto” to rasowy kryminał, choć niepozbawiony sensacyjnego sznytu wcześniejszych powieści tego autora, który pewien sposób budowania intryg ma już wpisany w krew i klawiaturę. Tym niemniej ta powieść kryminalna mimo wszystko pozostaje nią gatunkowo do końca i jest dodatkowo świetnym szkicem obyczajowym z tych polskich rejonów, które chętnie opuszczamy i do których zwykle nie chcemy się w przyszłym życiu przyznawać. Stygmat prowincji boleśnie dotyka pokrzywdzonych i poszukujących prawdy. Zielke buduje wielopiętrową intrygę, która wyjaśnia się stopniowo, a my jesteśmy świadkami retrospekcji uzupełnianych przez zdarzenia współczesne. Bardzo klasyczny schemat, na którym nie można ugrać niczego oryginalnego, niemniej „Dobre miasto” jest wstrząsające, gdy opowiada o złu, traumach i startach życiowych nieudanych z racji pochodzenia. Zwraca uwagę na ludzi niewygodnych, nieprzyjemnych i takich, którym można przypiąć łatki łotrów. A jednak sięga głębiej. Portretuje zło wynikające z pochodzenia i codziennych warunków bytowania, lecz także zło skryte gdzieś głębiej, ujawniane pod wpływem zbiegów okoliczności. Zło i kryjącą się za nim bezradność, intymną i nieujawnianą nikomu rozpacz. I wszystko tak sprytnie napisane, że w gruncie rzeczy mroczni bohaterowie wcale nie są takimi złymi ludźmi, jak widzi ich otoczenie. To będzie też opowieść o tym, ile par wścibskich oczu ma prowincjonalne miasto i jak okrutne potrafi być dla swoich mieszkańców – w tym znaczeniu przymiotnik w tytule brzmi nie tyle ironicznie, ile przede wszystkim złowieszczo.

Mirek i Rafał nie mieli lekko. Skomplikowana sytuacja rodzinna, brak możliwości osiągnięcia typowych dla zadowolonych ludzi celów. Utknięcie w marazmie, niepowodzeniach i frustracjach. Zawsze pod górkę. I dlatego też być może tak zaprzyjaźnieni. W świecie, w którym mogą liczyć tylko na siebie, mają obok przyjaciela, kogoś wyjątkowego, zaufanego i oddanego. Do czasu. Rozdziela ich – nie tylko fizycznie – potworna zbrodnia, która wstrząśnie miasteczkiem. Obaj zostają uznani winnymi zamordowania z zimną krwią kobiety uchodzącej za miejscowego anioła. Żony człowieka, któremu wielu mogło zazdrościć, bo osiągnął sukces. To taka zdrowa i motywująca zazdrość, ale również destrukcyjna zawiść. Nieprzypadkowo dotyka chłopaków, a potem dorosłych mężczyzn, którzy zupełnie inaczej chcieli sobie ułożyć życie, lecz los i okoliczności kazały trzymać się jego marginesu. Także marginesu miasteczka, z którego pochodzą. Miejsca, w którym większość stara się po prostu zwyczajnie przetrwać, ale to przetrwanie jest wyjątkowo trudne. Zwłaszcza dla Mirka i Rafała, którzy gubią priorytety. Ale czy na pewno są mordercami?

Sprawę zabójstwa wyjaśnia w swoim prywatnym śledztwie stołeczna dziennikarka. Małgorzata rusza na spotkanie nie tylko z demonami zbrodni, ale przede wszystkim mrocznymi widmami z jej osobistego życia. Miasto nigdy nie było dla niej dobre. Matka również. Małgorzata wkracza na grząski grunt. Badając okoliczności zbrodni, niebezpiecznie zbliża się do tego, co ze swej pamięci chciałaby wyprzeć. Przede wszystkim porzucenia przez najbliższą osobę. Zielke w bardzo wieloznaczny i intrygujący sposób portretuje w tej powieści matkę. Mam na myśli nie tylko tę, o której chce zapomnieć dziennikarka. Są jeszcze matki innych dzieci – niezdolne do zaoferowania im tego, co najważniejsze, poczucia stabilności i miłości. Straumatyzowane relacje rodzinne zarówno oskarżonych o zabójstwo, jak i analizującej sprawę dziennikarki będą przykuwać uwagę nawet silniej niż zagadka kryminalna. Bo autor „Easylog” portretuje niewidoczne rany, które zabieramy ze sobą w dorosłe życie, naiwnie sądząc, że kiedyś uda się je zabliźnić. Nie udaje się wydobyć z negatywnych wpływów miasta. Tymczasem ono pochłania coraz więcej tajemnic. Zabójstwo żony miejskiego bogacza to zaledwie czubek góry lodowej. Opowieści o odtrąceniach, skomplikowanych relacjach zależności i prowincjonalnym stygmacie kogoś gorszego. Przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Ale „Dobre miasto” to także dynamiczna proza zgrabnie łącząca to, co Mariusz Zielke wielokrotnie już portretował, z tym, do czego opisu przystępuje chyba po raz pierwszy. Mamy więc kalejdoskop paskudnych afer, których skutki dotykają bardzo wielu ludzi, i mamy również świetnie skonstruowaną zagadkę zabójstwa, wokół którego mnoży się wiele tropów. Także ten, że denatka mogła sfingować swoją śmierć. W dobrym mieście bowiem można dać się zwieść pozorom a tak naprawdę nie wiedzieć, kim jest człowiek uznawany za swojskiego, tutejszego. Miasto, które opisuje Mariusza Zielke, to taka soczewka, w której skupiają się współczesne polskie problemy – wzajemna niechęć i nieufność, nagromadzone latami frustracje wynikające z podziałów i zwyczajna ludzka wrogość podnosząca gardę, by nie pokazywać, jak bardzo jesteśmy wobec siebie i innych bezradni. Jak bardzo jesteśmy ułomni w miłości bliskich i jak tej miłości nie potrafimy okazać.

Podoba mi się pewna harmonia, w jakiej Zielke pozwolił tu funkcjonować kilku różnym motywom. Zazdrość, bogactwo, niespełnienie, nieszczęśliwa miłość. Dodatkowo sportretowana hierarchia małej społeczności, którą budują lokalne wpływy. Ale także specyficzny rodzaj siły i bezkompromisowości. Bo to opowieść o twardych ludziach, którzy zawsze mieli pod górkę. O miejscu, którego w symboliczny sposób nie można opuścić, gdyż naznacza trudną do zapomnienia goryczą. To opowieść o Polsce, w której brakuje sił i nie rodzą się marzenia. Ale również głęboko humanistyczna rozprawa o tym, że nie sposób wydobyć się z pewnych toksycznych uwarunkowań. Bohaterowie błądzą, ale popadają także w szaleństwo. Szaleństwem jest marzenie o normalnym życiu na prowincji. Prowincja okazuje się wyjątkowo złowroga. A może tylko sparaliżowana strachem i niepewnością jutra, pośród których doskonale radzą sobie ci, co żyją bezkompromisowo i w przekonaniu o tym, że mogą bardzo wiele. Niektórzy bohaterowie tej książki jedynie tęsknić za satysfakcjonującą ich formą życia. Za miłością. Za uporządkowaniem i poczuciem bezpieczeństwa. Inteligentna, choć wyjątkowo przygnębiająca opowieść o tym, że pomiędzy życiem a śmiercią kryje się cała masa szubrawstw… i gorzkiego niespełnienia.

2018-10-24

„Kwiat wiśni i czerwona fasola” Durian Sukegawa


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 25 października 2018

Liczba stron: 174

Przekład: Dariusz Latoś

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33,90 zł

Tytuł recenzji: Sens i życiowa pokora

To jedna z tych prostych i jednocześnie wyjątkowych opowieści, którym chce się uwierzyć od samego początku i która wzmacnia przekonanie, że cokolwiek spotka nas w życiu, należy temu nadać sens, bo życie jest czymś wyjątkowym. Wiem, że wybrzmiewają tu truizmy, ale zupełnie inaczej się to widzi, jeśli skusi się na przygodę z prozą japońskiego pisarza. Sukegawa urzeka właściwie każdym zdaniem. Nie prowadzi nas w stronę pretensjonalnych mielizn narracyjnych. Wydobywa z historii pewnego spotkania uniwersalną przypowieść o przełamywaniu samotności i wychodzeniu drugiemu człowiekowi naprzeciw. Życiowego szczęścia i spełnienia nie można poszukiwać gdzieś poza sobą, ale to właśnie wartościowa relacja pomaga nam wszystko nazwać, oddalić się od smutku, odnaleźć treść w pozornie bezsensownym zmaganiu się z losem. „Kwiat wiśni i czerwona fasola” to także mroczna historia wyobcowania i tego, jak wielkim dyskomfortem może być trauma oddalenia od rytmu życia. Bohaterowie tej urzekającej miniatury są gdzieś na jego marginesie. Sami ze sobą, ze swoim wyobcowaniem i niemożnością dokonania zmian. A jednak zmiany, jakie w nich zajdą, będą znaczące i zmieniające tok dotychczasowego myślenia. Zgorzkniały sklepikarz, pokrzywdzona przez los staruszka i zmagająca się z trudami codzienności gimnazjalistka. Spotkają się i wyniknie z tego spotkania coś niezwykłego. A wszystko w pięknych japońskich dekoracjach, gdzie smaki i kształty rzeczy znaczyć będą więcej, niż mogłoby się wydawać.

Sentarō prowadzi działalność kulinarną w japońskiej stolicy. Zajmuje się tym, czym musi się zajmować, by wypełnić ciążące na nim zobowiązania. Trochę wbrew sobie postanawia zatrudnić w swoim sklepie pewną staruszkę, która pojawia się znikąd i zmienia miejsce, gdzie do tej pory pracował. Tokijski sklepikarz nie lubi produktów, które przygotowuje. Nie przygotowuje ich właściwie. Tkwi w pracy i przewidywalnej codzienności, bo nie wie, jak się z nich wydobyć. Albo jak zobaczyć w tym wszystkim coś niezwykłego. W tym pomoże Sentarō starsza pani. Ich wspólne działania kulinarne wokół przygotowania słodkiej pasty z fasoli zaowocują niezwykłą relacją. To, co serwuje Sentarō, stanie się inne, lepsze, przygotowane z sercem. Zmieni się nie tylko obraz jego sklepiku. Nie tylko smaki i produkty serwowane przechodniom. Zmieni się dużo więcej, czego mężczyzna nie przewiduje ani też nie oczekuje. Będąca w jesieni życia Tokue zmieni bieg egzystencji kogoś, komu dotychczas było wyjątkowo źle z samym sobą.

Durian Sukegawa bardzo się stara, aby jego historia była prosta, czytelna i jednocześnie nasycona symboliką w taki sposób, by nie przekształcić opowieści w jakiś paraboliczny moralitet. To proza dyskretnych sugestii, ale jednocześnie czytelnych obrazów oraz przesłań. Wraz z wyjątkową frazą wędrujemy do świata przeżyć, których bohaterowie albo nie mogli latami wyrazić, albo też nie byli w stanie w pełni się z nimi skonfrontować. Wokół wspólnego przyrządzania posiłków wytworzy się więź owocująca niczym wiśnia, która rozkwita nieopodal. W tej zaskakującej relacji skryje się wiele gorzkich prawd o istocie samotności, ale owa samotność zostanie oswojona. Japoński pisarz postawi na prostotę przekazu, unikając mimo wszystko prostych definicji i tez. Bohaterowie zmierzą się z tym, jak dotychczas określali swoją egzystencję, i przyjrzą się cierpieniu kogoś obok. W nim znajdzie się siła, by kształtować własną historię w znaczący dla siebie sposób. Bo to książka o sile samostanowienia, szacunku do drugiego człowieka i o tolerancji jako przeciwwadze do wydobywających się ze strachu uprzedzeń.

„Kwiat wiśni i czerwona fasola” to także powieść, w której duże znaczenie będą miały przestrzenie. Zarysowane w taki sposób, że sprawiają wrażenia klatek. Miejsc, z których nie sposób się wydobyć. Ale to właśnie dzięki ograniczeniom bohaterowie odnajdą inną perspektywę patrzenia na życie. I zdefiniują to życie w inny sposób, niż robili to do tej pory. Sukegawa delikatnie portretuje zmiany zachodzące w rodzącej się relacji przyjaźni. Dołącza do tej historii młodą dziewczynę, aby opowiedzieć o pewnych pragnieniach oraz oczekiwaniach rozłożonych na trzy pokolenia, a jednak uniwersalnych, wciąż takich samych. Bo ludzie potrzebują wsparcia i zrozumienia, by odważnie nazwać to, co sami przeżywają. W tej opowieści ważne będą wpływy, jakie wywierają na siebie portretowani samotnicy – od momentu wspólnego przygotowywania słodkiej pasty do czasu, w którym będą gotowi pytać o swoje tajemnice i zaczynać je rozumieć. Interesujące jest obserwowanie, kto komu ile daje i w jaki sposób zmienia jego spojrzenie na rzeczywistość. Smutne tajemnice przeradzają się w pewne punkty zwrotne. Skrzywdzeni zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie mogą utyskiwać na los, nie wziąwszy za siebie całkowitej odpowiedzialności. Także odpowiedzialności za swój smutek, skądkolwiek by się wydobywał i jak bardzo paraliżował w działaniu.

Durian Sukegawa bardzo ciekawie zaznacza, jak ważne jest poczucie sensowności tego, co robimy, aby wykonywać obowiązki, czerpiąc z tego przyjemność. W jaki sposób błądzimy, nazywając to, co robimy, w niewłaściwy sposób, nie rozumiejąc wagi każdego szczegółu naszego codziennego postępowania. Staruszka uświadamia sklepikarzowi, jak ulepszyć recepturę jego produktów. To przecież symboliczna wykładnia tego, co zrobić ze swoimi poczynaniami, by być z nich w pełni zadowolonym. Siła tej melancholijnej, ale w gruncie rzeczy bardzo optymistycznej prozy leży w tym nienarzucającym się, lecz bardzo czytelnym przekazie. W tym, że za pomocą minimalnych środków autor osiąga tak wiele w przesłaniu. Sukegawa decyduje się na pastelowe barwy opowiadania o smutku. Snuje historię poznawania nowych smaków i otwierania się zmysłów na inne, nieznane dotychczas bodźce. Jest prostolinijny i daje duży margines interpretacji. Urzeka także spójnością swojego przekazu oraz tym, jak doskonale jego bohaterowie odnajdują kontakt z samymi sobą. Pokrzepiająca lektura. Taka przyjemnie swojska, choć rozgrywająca się w egzotycznej dla nas rzeczywistości.


PATRONAT MEDIALNY

2018-10-17

„Niewidzialni” Roy Jacobsen


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 3 października 2018

Liczba stron: 280

Przekład: Iwona Zimnicka

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wyspa i rodzina

Przeczytałem dość dużo powieści skandynawskich – o różnych przesłaniach, formach, sposobach prowadzenia narracji i klimatach. Stawiam zatem tym powieściom dość wysoko poprzeczkę i nie zgadzam się z polskim nimbem wokół skandynawskiej prozy, który z racji jej pochodzenia od razu czyni ją niezwykłą. Niewidzialni” to takie kompleksowe rozczarowanie pisaniem z Północy. Jeśli używać określenia „doskonała” w odniesieniu do tej książki, to na pewno chodzi o doskonały potencjał. Równie doskonale zmarnowany. To trochę tak jak ze „Zbiornikiem 13” Jona McGregora – powieścią także nagradzaną, niewątpliwie oszałamiającą impresją w opisach przyrody, a jednocześnie nad wyraz statyczną, w pewnych fragmentach nawet nudną. Czy z kart powieści Roya Jacobsena wieje nudą? Tak, nie boję się tego przyznać. Ja, uwielbiający każdy odcień skandynawskiego portretowania lokalnej przyrody i społeczności. Tutaj ujęły mnie surowe i jednocześnie sugestywne opisy kilku dynamicznych zjawisk przyrody, które sportretowane w północnonorweskich dekoracjach muszą po prostu robić wrażenie. Niewiele ponad to przykuwa do lektury. Fascynująca koegzystencja rodziny i wyspy, jedność właściwie, absolutna niezależność, autonomiczność i jednocześnie peryferyjność – wszystko zostało czytelnie zarysowane, ale w obrębie konturów nie ma solidnej treści. Nie ma tego, co może obiecywać zarówno topografia, jak i sytuacja życiowa bohaterów książki.

Barrøy to wyspa i rodzina. To specyficzna jedność, której istotę i sposób przetrwania narzuca kostyczny rytm natury. Ludzie zmuszeni do funkcjonowania w ekstremalnych warunkach przyrody. Przyroda, która bezwzględnie zawłaszcza i dyktuje, w jaki sposób myśleć, co czuć. Symbioza przynosząca człowiekowi i przyrodzie w zasadzie same straty, bo jedno eksploatuje drugie, a finał takich konfrontacji jest do przewidzenia. Czuje się to wszechogarniające zimno, atakujące krople deszczu, potęgę sztormu i minimalizm, który liczy się w przetrwaniu, ale wokół tego znajdują się dość papierowe postaci z zupełnie nieuzasadnionych powodów ustawione wszystkie na pierwszym planie. A chciałoby się literackiej uczty, kiedy na początku czyta się, jak pastor zadaje trzylatce pytanie o to, w co będzie ona wierzyć, opis całego jej dalszego życia zaś podporządkowany jest prezentacji zachowań, oczywistych – wynikających z portretowanej przynależności – atawizmów i zerowego kontaktu z wnętrzem bohaterki. Bo najważniejsza wydaje się właśnie Ingrid. To ona potrafi spojrzeć krytycznie na zachowania i nawyki rodziny wypracowane od pokoleń i podporządkowane trybowi życia na wyspie. Ingrid jest całą nadzieją tej powieści i ona tę powieść rujnuje. Zwłaszcza gdy autor skupia się już tylko na metodycznym oddawaniu tego, jak praktycznie myśleć i działać, co stoi w dużym kontraście do poetyckiej aury opisów tego, jak przyroda traktuje rodzinę Barrøy.

Jacobsen portretuje relacje pokornej podległości w podstawowej komórce społecznej, która musiała się bezwzględnie podporządkować otaczającej przyrodzie. Widać, że to mimo wszystko natura jest właściwym bohaterem pierwszoplanowym i to z niej wydobywa się jakakolwiek ludzka witalność, ale sugestywne dekoracje surowej Północy nie czynią z „Niewidzialnych” intrygującej powieści psychologicznej ani także jakoś szczególnie odkrywczej historii o Norwegii. Tej sprzed wielu lat, osadzonej w zupełnie innym rytmie, pośród odmiennych od dzisiejszych priorytetów, w swej dzikości takiej osobnej i niezwykłej. Okazuje się, że osobni są wszyscy członkowie rodziny Barrøy, jednak autor czyni z nich wspólnotę niebywale jednolitą – taki ma raczej zamiar, bo opowieść o tych ludziach może być śmiało odczytywana jako alegoria funkcjonowania społeczeństwa podporządkowanego rytmowi przyrody. Niewiele się dzieje. Pewnie tak ma być, ale zależało mi bardziej na tym, by ujrzeć ten inny pejzaż – emocji i przeżyć ludzi zmuszonych do oswojenia wyjątkowej formy wyobcowania. Nie poczułem tej izolacji, tej tytułowej niewidzialności i bezwzględności w powtarzanych działaniach, pośród których ma się kryć marzenie o jakimś lepszym, innym życiu, choć autor stosuje znaną już taktykę wyznaczania dystansu wobec życia wewnętrznego bohaterów. Barrøy jest specyficznym więzieniem, a Jacobsen portretuje to więzienie w bardzo czytelnych, od początku jasno określonych barwach i tonacjach. W dość specyficznej formie, bo na przykład zupełnie nie rozumiem zasadności zmieniania czasu gramatycznego narracji z teraźniejszego na przeszły.

Wokół cyklicznego funkcjonowania rodziny zjednoczonej z wyspą autor buduje dość odważną rozprawę o tym, jak bardzo samotny może być człowiek, kiedy decyduje się na to, by zamiast zalesionego otoczenia obserwować horyzont z rozpościerającym się wokół morzem. To morze jest wybawieniem i przekleństwem. Organizuje rytm życia, ale też sposób satysfakcji z nabywania czegokolwiek, bo rodzina Barrøy posiada głównie to, co na brzeg wyspy wyrzuci wzburzona woda. Ale także stara się posiadać samą siebie, mieć tę wyjątkową odpowiedzialność za wszystkich członków rodziny. Bo przecież muszą być jednością, jako jedność mają znaczenie, jako jedność rozumieją celowość swego istnienia i tylko jako jedność mogą przetrwać.

To miała być też książka o charakterystycznej żałobie i o tym, jak funkcjonuje model utraty czegoś bliskiego w świadomości ludzi gotowych w każdej chwili na utratę w zasadzie wszystkiego. To również nie wyszło. Roy Jacobsen idzie w stronę coraz bardziej drobiazgowego opisu i coraz mniejszej indywidualizacji postaci. Jego przyglądanie się światu przedstawionemu osadza się w perspektywie bacznego obserwatora interakcji, w jakie Barrøyowie muszą wejść z zewnętrznym światem. Tą Norwegią, z którą nie są związani, bo nie czują związku z niczym więcej poza skrawkiem własnej ziemi targanej przez wiatry i posiekanej strugami ciężkiego deszczu. Wewnątrz panuje jednak cisza. I tworzy się z tego narracyjna flauta. Nic ponad to, niestety. Zbudowany umiejętnie klimat powieści po pewnym czasie zostaje odczarowany. I wówczas już po prostu źle się to czyta do samego końca, który nie przynosi zasadniczych zaskoczeń albo zdziwień. Dlatego „Niewidzialni” to książka, którą można świetnie wypromować, bazując na jej lokalnym kolorycie, ale jednocześnie mocno skrzywdzić pompatycznymi przymiotnikami świadczącymi o jej niezwykłości. Całkiem niezły warsztat pisarski i umiejętność stopniowania impresjonistycznego napięcia. Poza tym niezrealizowany potencjał opowieści o głębokiej symbiozie człowieka i natury: pierwszy jest papierowy i dekoracyjny, a natura ma być pewną formą zasłony, by tego po prostu nie zauważyć.

2018-10-15

„Równonoc” Anna Fryczkowska


Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 3 października 2018

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Utrata części siebie

Dość długo musieliśmy czekać na kolejną książkę ze znakomitej serii „Na F/Aktach”, w której tacy autorzy jak Łukasz Orbitowski czy Wojciech Kuczok, stwarzając fikcję opartą na skomplikowanych sprawach kryminalnych z historii Polski, napisali prawdopodobnie swoje najlepsze książki. Anna Fryczkowska podjęła się tematu niezwykle trudnego i jednocześnie innego niż autorzy piszący wcześniej w tej serii. Zdecydowała się na opowieść o anatomii utraty i bólu, decydując się na opowiedzenie historii, w której nie fakty, lecz przypuszczenia musiały dawać fundament powieści. W 1998 i 1999 roku w województwie zachodniopomorskim zniknęło czterech chłopców. Za dużo w tych zdarzeniach podobieństw, by mówić o przypadkach. Fryczkowska nie miała do dyspozycji wielu faktów. Jedynie domysły. I pustkę. Ale ta książka nie jest świetna dlatego, że dość innowacyjnie pochodzi do realizacji pomysłu serii „Na F/Aktach”. Jej siła to świadectwo tego, jak bardzo możemy się w każdej chwili obawiać o swoje dzieci. Ta książka opowiada o czymś, co mrozi krew w żyłach, kiedy uświadamiamy sobie, że w tak traumatycznej sytuacji możemy jedynie zadać sobie pytanie jak jedna z bohaterek: dlaczego nam się to przytrafiło? Ale wygodniej cieszyć się tym, że to właśnie nie my doświadczamy dramatu utraty. Tyle że „Równonoc” nie ujednolica postaw i nie upraszcza postrzegania. Odwołuje się do nierozwiązanych spraw z przeszłości, aby uświadomić, że największą torturą dla człowieka jest niepewność tego, gdzie i czy gdziekolwiek przebywa bliska mu osoba.

Przed pięciu laty wstrząsnęła mną opowieść Małgorzaty Wardy „Jak oddech”. Ta bardzo przyzwoita literatura środka odwołała się ogólnie do problemu znikania bez śladu. Portretując jednostkowy dramat, ukazała całą bezradność i rozpacz, które wiążą się zawsze z tym, że odchodzi nagle ktoś dla nas ważny. Odchodzi i nigdy nie wraca. Statystyki zaginięć w Polsce są ogólnodostępne, do narracji Wardy można dodać aktualizacje i uzupełnienia. Do historii opowiadanej przez Annę Fryczkowską również. Autorka czytelnie punktuje, jakimi narzędziami posługiwałyby się dzisiaj organy ścigania, jak wyglądałby proces poszukiwania nastolatków, dzięki czemu ich odnalezienie możliwe by było właśnie dzisiaj i jak wielu z tych możliwości nie mogli wykorzystać ludzie odpowiedzialni za poszukiwania chłopców z zachodniopomorskiego.

Bo to książka przykuwająca uwagę nie tylko dlatego, że obrazuje dramat rodziców zaginionych dzieci. Być może ten ładunek emocjonalny jest dużo silniejszy niż w powieści „Jak oddech”, ale równie sugestywny, bo przecież niosący w sobie memento, że absolutnie wszystko, co zostało opisane, może się przydarzyć w życiu każdego czytelnika. I że ten czytelnik pozostanie wobec tego tak samo bezradny i bezbronny jak zrozpaczone matki, które na wiele sposobów próbują sobie racjonalizować pustkę po synach i nigdy tak naprawdę nie zaznając spokoju i nie mogąc być w żałobie, wybierają permanentną, skrytą rozpacz. Uwagę dużo mocniej absorbują sprawy jakby drugiego planu. Nieporadność instytucji mających skutecznie poszukiwać. Niekompatybilność oczekiwań matek z priorytetami śledztw. Nade wszystko jednak szybkie zapominanie i segregowanie spraw wiecznej rozpaczy jako nieistotnych, niewymagających uwagi i czułości, empatii w postępowaniu z tymi, co poszukują. Równonoc” to przejmująca opowieść o tym, że w statystykach aktualność pewnych spraw jest bardzo krótka. W sercach bliskich te sprawy są wiecznym źródłem bólu. I poczucia rozczarowania, kiedy odpuszcza jedna osoba za drugą. Jedna instytucja za drugą. Pozostaje doświadczenie ekstremalnego bólu, którego nie można przepracować i z którym nie da się ułożyć w dalszym życiu. Wciąż przecież jest niepewność, a w niej nadzieja. Wciąż nikt nie ma pojęcia o nieobecnych, którzy spowodowali tak wielką wyrwę w sercach bohaterek i bohaterów książki. Anna Fryczkowska fantazjuje o tym, czy upływ czasu faktycznie jest w stanie uleczyć ludzkie rany. Czy można wydobyć się ze smutku, jeśli nie ma w zasadzie jego końca, bo nie ma ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy, w której ten smutek się pojawił i obezwładnił potem na lata…

Ale „Równonoc” to nie tylko historie matek zaginionych synów. Jest tu jeszcze jedna matka i jeszcze jedna historia, pewne sugerowane rozwiązanie, nieprzekonujące mnie i chyba niepotrzebne, bazujące trochę na popularności pewnego zjawiska zła. Anna Fryczkowska chce ukazać kondycję emocjonalną matek niepogodzonych z tym, co dzieje się z ich dziećmi. Matek, które atawistycznie będą bronić, wiecznie wspierać. Nie ujrzą swego dziecka w żadnym innym kontekście, który mógłby zaburzyć ich idealizację. Czy są przez to nieobiektywne? Nie, zwyczajnie cierpią. Po stracie albo w momencie, gdy oczekiwania życiowe względem dziecka trzeba zmodyfikować, dziecko wybiera inną drogę i inne priorytety. Zaskakująco cisi i wyjątkowo zachowawczy są w tej powieści ojcowie. Racjonalizują sprawy, które ich małżonkom spędzają sen z powiek przez lata. Cierpią, ale w bardzo kameralny sposób. Do wewnątrz. Czy autorka niechcący nie powiela tutaj szkodliwych stereotypów myślowych dotyczących emocjonalności płci? To i wspomniana już wyżej sugestia dotycząca tego, co mogłoby się stać z zaginionymi chłopcami, każe mi zachować pewną rezerwę wobec „Równonocy”, ale i tak uważam, że to bardzo dobra książka. Z dużym ładunkiem emocjonalnym, sugestywną treścią. I tą skrytą przestrogą, że codzienne życie nasze i naszych bliskich jest narażone na niebezpieczeństwo. W każdej chwili pojawić się może coś, co zmieni życie na zawsze. Coś, co zmusi do zadawania pytań. A człowiek, zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnego napięcia, chce przecież przede wszystkim znać odpowiedzi na pytania.

Słowo z tytułu doskonale obrazuje złożoność dramatów, które stały się podstawą do stworzenia tej niebywale empatycznej narracji. Książki wywołującej na przemian czułość i przerażenie. Osadzonej wokół domysłów i wokół nich pokazującej różne stadia rozpaczy. Ale także portretującej polskie rodziny, ich złożone problemy i te pojawiające się wówczas, gdy znika dziecko, dla wielu definicja własnego istnienia. Anna Fryczkowska każe także zastanowić się nad tym, co z tymi setkami zaginionych w Polsce dzieci, które nigdy nie wracają do domów. Zagląda do tych domów i pokazuje, jak utrata zmienia kształt relacji tych, którzy pozostali, ale także w jaki sposób wyzwala pokłady siły. I wiecznej nadziei pośród emocjonalnych zgliszcz. Ważna, oryginalna i niejednoznaczna książka.