Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura izraelska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura izraelska. Pokaż wszystkie posty

2021-11-12

„Gdyby Nina wiedziała” Dawid Grosman

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 października 2021

Liczba stron: 320

Przekład: Magdalena Sommer

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Matki odchodzące

Analizujący nową powieść Dawida Grosmana próbują przekonać innych, że nie jest ona doskonała. Za bardzo teatralna, zbyt koturnowo dramatyczna, opowiadająca o emocjach za pomocą zbyt wysublimowanych środków wyrazu. Wcale się z tym nie zgadzam, bo wszystko, wobec czego stawiane są te zarzuty, jest w tej książce rozłożone w odpowiednich proporcjach. Gdybym sam miał szukać czegoś, co wydaje mi się mankamentem, byłaby to witalność i znakomite panowanie nad pamięcią oraz opowieścią o niej u dziewięćdziesięciolatki. To rzadkie, ale wiem, że możliwe. Zresztą autor tu nie zmyśla, opowiada prawdziwą historię. Dlatego nie przeszkadza mi to w odczytywaniu Grosmana jako pisarza znakomitego, który ani nie stara się szantażować emocjonalnie czytelnika, ani też w ucieczce od mielizn emocjonalnych nie czyni z „Gdyby Nina wiedziała” powieści patetycznej, sugerującej, że powinien się z nią zapoznać przede wszystkim czytelnik wymagający, specyficzny erudyta. Już na poziomie opowiadania historii autor jest naprawdę świetny. Z jednej strony można przeczuć i antycypować zachowania bohaterów, z drugiej jednak – wiele scen, a przede wszystkim dialogów rozpisanych jest w taki sposób, że podziwiać można tylko nietuzinkowe asocjacje, z których rodzi się opowieść ustalająca własne zasady gry z czytelnikiem.

Doskonałe jest tu budowanie całości przesłania za pomocą scen. W tym miejscu określiłbym zarzucaną utworowi teatralność jako zasadniczą zaletę. Jest sporo scen, w których symbol gra tak wieloznacznie, że czuje się pewien przesyt. Grosman wykazuje się zdolnością skłonienia czytelnika, żeby wyobraził sobie więcej, niż mógł się spodziewać. Kilka przykładów? Nowa kobieta ojca Rafaela, która próbuje zbliżyć się do tego młodego dzikusa robiącego użytek ze swoich zębów – znakomita scena budowania pierwszej bliskości w trakcie wspólnego rzucania kulami. Co dalej? Trzy kobiety z trzech pokoleń, które nigdy nie mogły być sobie bliskie, śpiące razem w jednym łóżku. Ponadto wspomniane już rozmowy. Prawie każdy dialog podkreśla tutaj niejednoznaczność relacji bohaterów, ale są one spisane w taki sposób, że ich intensywność wręcz poraża. Nawet kiedy jest to wymiana kilku zdań.

Najciekawiej „Gdyby Nina wiedziała” prezentuje się jako powieść o egzystencjalnej ucieczce. O pogoni za czymś, co jest niemożliwe, ze świadomością niemożliwości osiągnięcia celu. Grosman opowiada o kobietach, które pewnego dnia wychodzą z domu i pozostawiają swoje córki same. A potem jest to historia życia tych dziewczynek, jednej trzyletniej, drugiej sześcioletniej, które pozostają na zawsze ze swoim smutkiem i goryczą – nie dojrzewają, tkwią uwięzione w tym potwornym momencie porzucenia. Nie są w stanie ani zracjonalizować emocji po latach, ani też nadać im innych kształtów, kiedy oczekuje tego od nich dojrzałość i tak zwana życiowa zaradność. Najsilniej prezentuje się dla wyobraźni czytelnika ucieczka tytułowej Niny. Kompulsywna i pełna dramatyzmu, stająca się definicją całego życia. Być może to ona właśnie przykuła najbardziej moją uwagę, bo w desperackich próbach zapominania o przeszłości Nina schroniła się w zimnym minimalizmie Svalbardu. A ta przestrzeń nie pojawia się tu przypadkowo, gdy zorientujemy się, jak ważna jest opowieść Niny o wychodzeniu z mroku, oczekiwaniu na słońce, pragnieniu przemiany, satysfakcji ze zmiany.

Świetnie czyta się Grosmana wówczas, kiedy uświadomimy sobie, że to nie jest tak, iż powinnością matki jest kochać swoje dziecko. Społeczeństwo i kultura poddają ostracyzmowi każde zachowanie matki, która z różnych powodów nie może znaleźć w sobie miłości do dziecka albo takiej miłości, jakiej okazywanie miałoby dawać otoczeniu satysfakcję. Bo kiedy naprawdę zrozumie się pewne motywacje i działania, które niosą ze sobą mroczne konsekwencje, można odczytać tę powieść jak historię doznawania krzywdy za bycie w pełni sobą i ujawnianie prawdziwych emocji, tak często niewygodnych dla świata, równie często dla niego niemożliwych. W tym znaczeniu odsłanianie zagadek tej rewelacyjnej powieści obyczajowej będzie jeszcze ciekawsze, ale i wprowadzi dodatkowy dyskomfort. A Dawid Grosman umie dyskomfortowo ulokować swojego czytelnika wobec dylematów, które pozornie są czytelne, możliwe do rozwiązania.

Wera przeżyła piekło wojny i powojenny obóz resocjalizacji, w którym doświadczyła między innymi tego, jakimi potworami mogą być kobiety dla kobiet. Nina od zawsze ma do Wery pretensje o to, że ta ją porzuciła. Z tym bolesnym bagażem rusza w świat, niezdolna do odwzajemnienia niczyjej miłości – nawet mężczyzny, który byłby skłonny cały ten świat przemierzyć, aby tylko odnaleźć swoją ukochaną. Gili ma matce za złe odejście, ale jako jedyna z tych trzech naprawdę zaczyna być ciekawa motywacji działania i kontekstów, w jakich kobiety podejmowały krzywdzące innych decyzje. Rozpoczyna się opowieść o niezdolności do macierzyństwa w trzech pokoleniach. Historia matek, które pozostawiły w córkach emocjonalne ruiny. Grosman prowokuje już od początku, gdy w pierwszych zdaniach czytamy, że dla kogoś śmierć matki jest wybawieniem od cierpienia. Z różnych powodów Wera i Nina są bliskie odejścia. Gili jako jedyna może podjąć próbę uporządkowania przeszłości – by przestać nienawidzić matki nazywanej „suką” i zrozumieć to potężne odium, które odpychało Ninę od jej rodzicielki, zwłaszcza w geograficznym sensie, gdy bohaterka podejmowała próbę walki z samą sobą, walcząc również z przemierzaną przestrzenią.

Grosman opowiada o dwóch potężnych rodzajach miłości, które rozeszły się gdzieś innymi drogami i nigdy ze sobą nie spotkały. Dzięki temu zbudowana jest najważniejsza dramatyczna historia w tej książce. Ale „Gdyby Nina wiedziała” to również opowieść o dramatach drugiego planu, które chwilami ujawniają w tym pierwszym, jednak starają się unikać jawności i jednoznaczności. Bo Grosman chce opowiedzieć o bliskości miłości i nienawiści, ale także o tym, czym jest zderzenie intensywnej obecności w rzekomo bliskiej relacji z tym, w jaki sposób tę relację naznacza oddalenie. Tu prawie wszyscy bohaterowie czynią swoje życie trudnym przede wszystkim przez to, że zapadli się w jakieś emocjonalne doły. Wszystkich paradoksalnie zbliża wspólna wyprawa. Ma być wyprawą po prawdę. Dodatkowo nagraną, sfilmowaną przez Gili, którą nieszczęśliwy w miłości ojciec zaraził pasją rejestrowania obrazów – także przedstawiających to nieszczęście. Grosman proponuje zatem powieść drogi, w której oczekuje się na ekspiację, ale – jak wspomniałem – nie jest to narracja o jakimkolwiek łatwym do przewidzenia rozwiązaniu.

Co może zatruć życie ludziom w trzech pokoleniach? Czy toksyczne jest to, co się zrobiło i powiedziało, czy raczej przemilczenie tego i niesienie przez życie jak najbardziej dolegliwy z bagaży? Dawid Grosman opowiada prawdziwą historię, lecz stara się niuansować cierpienia jej bohaterek. Ale to nie tylko książka oskarżająca i pytająca o to, jak skomplikowaną istotą jest kobieta. Mamy tu kogoś, kto łączy wszystkie pokolenia, mężczyznę obserwatora i człowieka zranionego być może najboleśniej. Nie śmiałbym określać tego, kto cierpi w tej powieści najbardziej. Wiem natomiast, że to znakomite studium ludzkiego wyobcowania. Powieść o tym, że można milczeć i pogrążać się w coraz większej traumie. Albo zacząć o niej mówić z nadzieją na to, że pozwoli sobie odejść.

2019-08-20

„Budząc lwy” Ayelet Gundar-Goshen


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 21 maja 2019

Liczba stron: 352

Przekład: Marta Dudzik-Rutkowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,98 zł

Tytuł recenzji: Niewidzialne krzywdy

Temat lekarza skonfrontowanego z samym sobą poprzez śmierć innej osoby podjęła już w izraelskiej literaturze Jehudit Hendel. Jej „Szaleństwo psychiatry” miało jednak bardzo kameralne oblicze, a Ayelet Gundar-Goshen buduje narrację nieco w opozycji do Hendel, wskazując przede wszystkim na tło społeczne wspomnianej konfrontacji. „Budząc lwy” to fascynująca i przerażająca powieść o izraelskich antagonizmach oraz konfliktach. Rozbudowana szerzej niż tezy z narracji „Żywopłotu” Dorit Rabinyan, ale bliska tej powieści. Izraelskie autorki zwracają uwagę na te same bolesne kwestie, jednak ta książka robi to o tyle dosadniej, że buduje bardzo panoramiczną narrację, dbając o wiarygodność psychologiczną nawet bohaterów epizodycznych. Nie wiem, czy można ją sklasyfikować jako thriller. Tak na pewno lepiej się może sprzedawać. Dla mnie to powieść o wyobcowaniu – zarówno tym zataczającym coraz bardziej mroczne kręgi w przestrzeni życia prywatnego, jak i tym w życiu codziennym, w którym osobność i lęk każą czasami nie dostrzegać drugiego człowieka, odbierać mu człowieczeństwo, dystansować się, a potem okopywać we wrogości.

Czterdziestojednoletni Ejtan musiał zmienić pracę i miejsce zamieszkania, bo nie godził się na korupcję w szpitalu, który dawał mu pewnie większe możliwości niż placówka, gdzie pracuje obecnie. Prawy idealista wychowuje swoich dwóch synów w poszanowaniu ludzkiej godności, tworząc udane małżeństwo i starając się odegnać demony przeszłości, która jest problematyczna również dla jego żony, a także ludzi stających potem na drodze Ejtana. Dosłownie na jego drodze pojawia się czarnoskóry mężczyzna, którego Ejtan uderza swoją terenówką. Widzi, że potrącił człowieka, że jeszcze tli się w nim życie, ale za chwilę czyn ten stanie się czymś nieodwracalnym, doświadczeniem granicznym zmieniającym wszystko. Dlaczego? Dlatego że ceniący sobie uczciwość neurochirurg porzuca ofiarę – wciąż oddychającą, choć niezdolną już do tego, by wrócić do życia. Ejtan tymczasem wraca do swojego spokojnego i sytego domu, w którym pojawia się kobieta oddająca jego portfel zgubiony w miejscu popełnienia przestępstwa. Enigmatyczna Sirkit zmieni całkowicie uporządkowane życie człowieka, który zamiast wspomnieniem koszmaru na drodze będzie musiał zająć się analizą tego, w jak koszmarny układ wtłoczyła go cała ta sytuacja.

Sirkit znamionuje to, czego ludzie tacy jak Ejtan nie dostrzegają na co dzień. Niewidzialność uchodźcy. Bezkompromisowość w walce o przetrwanie, która nie ma znaczenia dla Izraelczyków postrzegających takie osoby jak intruzów wkraczających do ich uporządkowanego kraju. Kraju zbudowanego na podziałach, niechęci i tworzącego iluzję niewidzialności imigrantów, którym społeczeństwo nie chce przyznać miejsca do życia, a oni o to życie walczą wyjątkowo mocno. Sirkit zmusi Ejtana do codziennych konfrontacji z ludźmi, których wcześniej nie dostrzegał. Ale przede wszystkim każe mu spojrzeć na samego siebie w innym świetle. Ujrzeć naprawdę to, co posiada i co tak łatwo może stracić. Relacje tej dwójki stają się bardzo dynamiczne i świetnie budują powieść, w której do głosu dochodzą inne problemy, dlatego Ayelet Gundar-Goshen tak bardzo intryguje, kiedy pokazuje system przerażających naczyń połączonych prywatnego dramatu i dramatu egzystencji w sensie bardzo szerokim.

Izraelska autorka bardzo dogłębnie portretuje małżeństwo Ejtana. To, w jaki sposób stworzyły się silne więzi z jego żoną. To, czym są dla niego chłopcy niegotowi jeszcze do wzięcia za siebie odpowiedzialności. Liat jest policjantką, stoi po stronie izraelskiej prawości. To dodatkowo komplikuje fabułę, a dramat Ejtana jest tu dramatem uniwersalnym, sytuacją bez wyjścia. Cokolwiek wydarzy się później, nic nie zmieni faktu popełnienia przez niego przestępstwa. A potem pojawiać się będą kolejne rysy i pęknięcia na tym idealnym małżeństwie, w którym dochodzi do głosu świadomość, że bliscy sobie przez lata ludzie mogą stać się obcy. Niezrozumiali. Nawet niebezpieczni w tej relacji.

Bo „Budząc lwy” to przede wszystkim opowieść o tym, jak tragiczny zbieg okoliczności może nam pokazać destrukcyjną prawdę o nas samych. Ofiara pozostawiona na pustyni, by umrzeć, nie będzie jedyną, która przypomni Ejtanowi o bezmiarze zła jego czynów. Gundar-Goshen dodatkowo jednak komplikuje sytuację dającą początek tej narracji. Ewoluuje nie tylko udręczony wyrzutami sumienia Ejtan. Coraz bardziej dynamiczne stają się relacje między nim a żoną zabitego. Między szantażystką, którą Ejtan wreszcie widzi bardzo wyraźnie, a chcącym za wszelką cenę zatuszować własną winę mężczyzną wikłającym się w coraz trudniejsze do jednoznacznej oceny działania.

To mroczny traktat o istocie człowieczeństwa, w którym nie ma zarysowanej prostej zależności między winą a karą. Zło ujawnia się tutaj przypadkiem, a potem pokazuje, jak wiele może mieć oblicz. Jak niemożliwe czasem jest walczenie z nim. Podążamy w głąb psychiki bohaterów, dostrzegając tam coraz więcej cierpienia. Wynika ono z egzystencjalnej samotności, którą dramatyczne wydarzenie podkreśli na kilka sposobów. Samotni i pozostawieni sami ze swoimi emocjami są chyba wszyscy bohaterowie tej książki. Ale to nie wszystko. W przestrzeni, w której nikt nie może być pewien drugiego człowieka, tworzą się idiosynkrazje i uprzedzenia, które tylko pogłębiają wyobcowanie. Gundar-Goshen buduje narrację z takim oczywistym sensacyjnym sznytem tylko po to, by uwypuklić, że portretowani przez nią ludzie znajdują się w coraz większej matni. Zagęszczająca się atmosfera powieści – oddana plastycznym opisowym językiem – staje się swoistą klatką, z której nikt nie może się wydobyć, choć bardzo wyraźnie widzi te granice, poza którymi może znajdować się duchowa wolność.

To również odważna i istotna powieść o tym, w jaki sposób dzieli się dzisiaj Izrael, jak dzielą się ludzie w sensie symbolicznym i jak wiele strachu stoi za każdym podziałem. „Budząc lwy” jest również powieścią o strachu przed samym sobą. Otwierająca ją konfrontacja to bezkompromisowy dramat, który nie może przecież znaleźć dobrego rozwiązania. I nie umniejsza faktu zła to, że potrącony był złym człowiekiem. Asum – bo śmierć ma tu imię – za życia nie odgrywał żadnej roli, stał się istotny dopiero po śmierci. Za jego śmiercią stoi jednak coraz większa destrukcja życia. Tego, które zdawało się już uporządkowane, i tego, o które codziennie trzeba walczyć. Gundar-Goshen fantazjuje o tym, co potwornego w nas samych jest możliwe. Ukazuje wiele znaczących możliwości i zmusza do rachunku sumienia – czytelników oraz tych bohaterów, którzy są do niego zdolni.

2016-11-15

"Ból" Zeruya Shalev

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 320

Tłumacz: Magdalena Sommer

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Kobieta w relacjach

Zeruya Shalev kazała poczekać na swoją nową książkę. Tym razem uniknęła przegadania charakterystycznego dla „Po rozstaniu”, ale w gruncie rzeczy znowu opowie o tym samym – kondycji kobiety w średnim wieku, która nie zamknęła w sobie przeszłości, żyje w iluzorycznym bezpieczeństwie czasu teraźniejszego i zmaga się ze wspomnieniami oraz uczuciami tak silnymi, że należne jest im ponowne przeżywanie. Iris z „Bólu” rozstała się z miłością swego życia bardzo dawno, więc jej rany nie są tak świeże jak Eli Miller z poprzedniej powieści. Shalev opowiada jednak o tym, że moment mentalnego rozstania z ukochanym to kwestia akceptacji w sobie pewnej formy gotowości do życia bez niego. Nic odkrywczego! Wydobywający się z przeszłości Ejtan, tak jak powracający fizyczny ból po zamachu terrorystycznym, w którym Iris została przed dziesięciu laty poważnie ranna, to dwa strumienie odczuwania, które powodują, iż zaburza się ogląd dnia dzisiejszego. „Ból” jest opowieścią o tym, że prawdziwa wolność wewnętrzna to stan bez tendencji ucieczkowych. Iris ucieka w przeszłość, bo nie rozprawiła się z nią, nie pogodziła z bólem. To także brzmi jak klasyczna rozprawka z gabinetu terapeutycznego. Nagła utrata ukochanego była traumą tak silną jak utrata sprawności po wypadku, po którym zupełnie niespodziewanie zaczęły się rozluźniać więzy rodzinne. Ten rozpad zostanie uwidoczniony w momencie, w którym bohaterka ponownie straci głowę dla swego pierwszego kochanka. Jednocześnie uświadomi sobie, że od momentu jej choroby w rodzinie rozpełzły się zabójcze przemilczenia. Że pewne rysy i pęknięcia nie były możliwe do usunięcia, rodzinna tkanka cierpiała, a każdy zapadł się w sobie. Czy będzie szansa porozmawiania o tym, co tak naprawdę wydarzyło się przed dziesięcioma laty?

Związek Iris i Mikiego to obecnie czas trwania gdzieś obok siebie. Ona zaabsorbowana jest szkołą, którą nadzoruje. On po pracy ucieka w świat wirtualnych szachów. Siedemnastoletni Omer znajduje się jeszcze przy nich, ale starsza Alma ruszyła już w świat. Iris żyje w świecie bezpiecznej stabilizacji. Wypracowała sobie rytuały, które pozwalają jej normalnie funkcjonować, na przykład wczesne chodzenie spać. Miki z nią nie sypia. Oddzielne sypialnie to także symbol oddzielnych światów, w których małżonkowie coraz mocniej się osadzają od czasu, kiedy Iris w zamachu o mało nie straciła życia. Miki to taki poczciwiec, który nie zauważa wokół siebie niczego złego. Nie dostrzega zagadkowych zachowań żony, kiedy na jej drodze stanie nieoczekiwanie dawna wielka miłość. Nie widzi, że ukochana córka wpada w sidła toksycznej zależności i że niewielka odległość między Jerozolimą a Tel Awiwem powiększa się tak jak jego oddalenie od żony. Tymczasem Iris cierpi fizycznie, bo odzywają się bóle przypominające o koszmarze zamachu. Udając się do lekarza, który ma uśmierzyć ból, nieoczekiwanie dostrzega, że oto staje twarzą w twarz z Ejtanem – mężczyzną, który porzucił ją przed laty, na zawsze pozostawiając w ruinie uczuć i z wielką wyrwą w sercu.

Zeruya Shalev portretuje Iris z wnikliwością i wrażliwością na każdy emocjonalny niuans. Jest wiarygodna. „Ból” staje się kroniką jej wewnętrznych przeżyć – licznych rozczarowań, nagłego powrotu miłosnych uniesień i goryczy, gdy poczuje macierzyńskie niespełnienie. Ejtan pojawia się na jej drodze z pozornie czystą biografią. Najważniejsze, że nie dzieli z nikim życia i można się oddać płomiennemu romansowi, który stanie się czymś, co może zagrozić uporządkowanemu życiu rodzinnemu. Wzniosła miłość odżywająca po latach ze zdwojoną siłą kontra problemy rodzinne nakazujące myślenie zdroworozsądkowe. Co warto ocalić? Iluzję tego, co określa się mianem miłosnego spełnienia, czy solidny rodzinny fundament podkopywany już od lat, tworzący coś na kształt fałszywych relacji, a może przede wszystkim relacji obopólnego czymś zmęczenia? Shalev nie oszczędza swojej bohaterki. Czytających również. Irytujące podejrzenia, oskarżenia czy pretensje wobec członków rodziny idą w parze z egzaltowanym odczuwaniem wygasłej kiedyś namiętności. Wszystko to bardzo teatralne, choć niewątpliwie sugestywnie opowiadane. Izraelska pisarka rezygnuje z ornamentów słowno-symbolicznych z „Po rozstaniu” i tym razem daje do rąk książkę, którą czyta się dość zachłannie. Tyle że Iris przestaje być wiarygodną bohaterką, skoro widzimy, iż cała jej tożsamość opiera się na relacjach z innymi. Iris nie definiuje siebie jako kobiety. Widzimy ją w roli zagubionej w odzyskanym szczęściu kochanki. W roli żony, której uwiera wypracowany domowy ład i która ucieka do osobnego łóżka, by w nim zamknąć swoje żale i tęsknoty. W roli matki, zrozpaczonej kobiety uświadamiającej sobie oddalenie córki. Iris będzie musiała o nią walczyć. Czy będzie gotowa, by powalczyć o samą siebie? Co takiego ważnego o sobie ma nam do powiedzenia? Czy Shalev nie prezentuje nam postaci, którą możemy ujrzeć w wyraźnych zarysach dopiero wtedy, gdy konfrontuje się z drugim człowiekiem?

Nie dylematy Iris przyciągają w tej powieści największą uwagę. Shalev okazuje się mistrzynią niuansów, bo jest w „Bólu” kilka naprawdę dobrych scen i parę sygnalizowanych problemów, które poruszą wyobraźnię bardziej niż miłosne uniesienia, dość prozaiczne sankcjonowanie zdrady, takiej zdrady bez konsekwencji, w konwencji pewnej igraszki. Doskonałe sceny rozmów Iris z matką. Kobietą, której samotność podkreśla nie tylko demencja, ale też rozpaczliwe porządkowanie rzeczywistości już dawno pozbawionej porządku i konturów. Ta bezsilność między dorosłą córką a zagubioną matką – mistrzowska psychodrama zapadająca w pamięć. Podobnie jest z rozważaniami Iris o tym, kto odpowiada za jej poczucie bycia skrzywdzoną, i o tym, czy naprawdę osiągnęła w życiu to, co chciała. Izraelskie tło powieści także czytelnie działa na wyobraźnię. Zamach terrorystyczny z jego mocą zniszczenia nie tylko w chwili wybuchu. Wojsko upominające się o każde bez wyjątku dziecko, które niekiedy wyrywane jest z domu rodzinnego jak z bezpiecznego gniazda. Projekt o poszanowaniu inności prowadzony w szkole przez Iris jako sprzeciw wobec rosnącego radykalizmu w społeczeństwie. Tak, są momenty mistrzowskie – także literacko. Całość „Bólu” to jednak opowieść wtórna względem tego, co Shalev już zdążyła nam opowiedzieć. Książka usiłująca między rozdziałami przemycić truizmy o tym, że są różne rodzaje bliskości i oddalenia. Opowieść w gruncie rzeczy dość przewidywalna, bo mówiąca o tym, że druga szansa na lepsze życie to bardzo często tylko ironiczny chichot losu.

„Ból” czyta się dobrze, bo to narracja dość spójna, pięknie przełożona, dająca gwarancję obcowania z czymś wartościowym. Odnoszę jednak wrażenie, że autorka tak bardzo chciała pogłębić psychologicznie sytuację swojej bohaterki, że zapomniała ją samą usytuować i przedstawić jako integralną postać, kobietę z krwi i kości, z tożsamością świadomą, bez toksycznych uzależnień od innych. Bez istnienia tylko w opozycji albo bliskości do kogoś. Być może wielu z nas jest kimś takim, ale chciałoby się poczytać o kimś, kto choć raz zadecyduje o sobie, zamiast przypisywać wszelkie decyzje zaistniałym okolicznościom.

2016-09-07

"Żywopłot" Dorit Rabinyan

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 17 sierpnia 2016

Liczba stron: 364

Tłumacz: Agnieszka Olek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ponad podziałami

Dorit Rabinyan mocno wpisze się tą powieścią w świadomość, jaką ma na temat literatury izraelskiej polski czytelnik, który oswoił już estetykę Kereta, Shalev, poznał Eshkola Nevo czy pojedyncze tłumaczenia pisarek takich jak Sara Shilo oraz Alona Kimchi. Rabinyan nie czerpie inspiracji z dorobku swoich rodaków, albowiem ma do opowiedzenia swoją własną, osobną historię. Perspektywa jednostki łączy się tu w dramatycznym tyglu z postrzeganiem świata przez społeczeństwo. To nie jest opowieść o trudnej do zrealizowania miłości, o namiętności trwającej w reglamentowanym czasie i o podziałach, które wciąż na nowo oddalają od siebie Izrael i Palestynę. „Żywopłot” odbieram przede wszystkim jako powieść o wewnętrznej wolności, która musi się zrodzić w opozycji do czegoś. Tym samym to wolność iluzoryczna. Rabinyan opowiada o dwojgu młodych ludzi, którzy chcą wypracować sobie swą własną przestrzeń wolności – bez zasieków, bez granic, bez udowadniania sobie, iż obrona może być najlepszym atakiem i że gdzieś obok wciąż czai się wróg. Dramat bohaterów to nie tylko niemożność zrealizowania swoich pragnień. To także problem tkwienia w wielu bolesnych stereotypach, z wrytymi gdzieś pod skórę lękami, pośród niewidzialnych zasieków ukształtowanych przez dwie kultury i przez ludzi, którzy wciąż walczą o jedną ziemię, nie mogąc dojść do porozumienia, kto bardziej ją kocha i komu jest ona należna.

Liat Binjamini doświadcza opresyjności świata już na samym początku powieści. Jej cera, język pisany, zachowanie wzbudzają nieufność człowieka naznaczonego traumą po 11 września. A mamy 2002 rok, pełne różnorodności i tolerancji miasto Nowy Jork, tak mocno przecież draśnięte przez niewidocznego wroga i tak uważnie wypatrujące go wciąż na ulicach. Ta wielka historia międzypaństwowych, a nawet międzykontynentalnych uprzedzeń jest mocno niepokojącym tłem dla historii o odkrywaniu siebie w tej inności drugiego człowieka, której nigdy nie chciało się zgłębić, nigdy też do końca zrozumieć. Bo Liat, stypendystka przebywająca w Nowym Jorku czasowo, będzie zmuszona do konfrontacji z Hilmim Nasirem – młodszym od niej obywatelem… no właśnie, państwa po sąsiedzku? Nie. Liat jest obywatelką Izraela, Hilmi pochodzi z Palestyny, jest Arabem. Tych dwoje nie ma szansy na prawdziwe zbliżenie. A jednak próbują i nie jest to sentymentalne uleganie miłosnym zachciankom czy podążanie po równi pochyłej nasyconej tylko emocjami. Nowojorscy kochankowie chcą do siebie dotrzeć naprawdę. Widzą, jak wiele ich dzieli, ale każda różnica będzie się stawała z czasem wyzwaniem do pokonania. A nie jest łatwo, bo wspólna wydaje się tylko miłość. Trzeba będzie ponieść konsekwencje za oddanie się zakazanemu uczuciu, tylko… kto i kiedy tak naprawdę zakazał kogokolwiek kochać?

Liat i Hilmiego zbliża wspólny papieros. Potem wspólna troska o zagubione klucze bohatera. Odszukiwanie podobieństw idzie w parze z odkrywaniem coraz to nowych barier między nimi. Już same zderzenia językowe świadczą o mentalnej linii podziału ukształtowanej być może też gdzieś poza ich świadomością. Hebrajski i arabski to języki, które nie mogą współbrzmieć dobrze. Bezpieczny wydaje się angielski, ale i on przywołuje niebezpieczne konteksty. Rabinyan ukazuje linie podziałów najpierw w języku, aby pokazać ich silne zakorzenienie z jednoczesną absurdalnością, bo leksyka porządkuje świat, a nie słowa są porządkowane przez oblicza tego świata. To, w jaki sposób różnorodność i grozę tej różnorodności izraelska pisarka pokazuje potem, jest niewątpliwą zaletą tej książki – opowieści o mierzeniu się ze stygmatem wroga i definicjami narzuconymi przez innych. Kompromisy będą trudne, nawet językowo. Na szczęście jest ten wybawiający ich od zła – język miłości. Wokół niego jednak sporo traum, roszczeń, skrajnie różnych od siebie poglądów i dużo lęku – oboje bowiem przekraczają granice wyryte w ich mentalności, w skórze, sposobie odbierania świata.

Ten związek ograniczają czas i obszar jednego miasta. Irytuje nieco kolejne literackie przedstawianie Nowego Jorku jako przestrzeni porozumienia, które – w sugestii – mogłoby się nie zdarzyć nigdzie indziej. Ale zakochani mają rzeczywiście swój bezpieczny, amerykański grunt. Poza nimi są oczywiście rodziny. Ta Hilmiego boleśnie przeżyła przesiedlenie. Matka coraz bardziej popada w mroczną religijność. Hilmi tkwi w poczuciu rozgoryczenia i gdzieś tam wewnątrz radykalizuje swoje poglądy, bo wyrósł z opresji, niesprawiedliwości i chęci odwetu. To jednak arabska familia obdarza zaufaniem obywatelkę Izraela. Liat wciąż żyje w lęku przed tym, żeby o jej romansie nie dowiedział się nikt w ojczyźnie. Spięcia między zakochanymi rozciągają się także na rodzinne linie podziałów. Dorit Rabinyan unika jakichś dramatycznych przesłań w tym, co mówią i robią jej bohaterowie, ale wokół nich napięcie wciąż wzrasta. Wraz z upływem czasu, który każe zakończyć tę znajomość, bo przecież skazana jest na niepowodzenie nawet wówczas, gdy wszystkie mentalne linie podziałów kochankowie zażegnają w łóżku i pojednaniu codzienności.

„Żywopłot” to opowieść o heroizmie wyjścia naprzeciw czemuś nowemu, co związane jest z przełamywaniem przede wszystkim lęku. Bardzo go dużo, to się czuje w tych gorączkowo portretowanych relacjach. W tym oddaniu i jednoczesnym oddaleniu, ale tak naprawdę w strategii przetrwania przez poszanowanie. Dokąd zaprowadzą bohaterów książki czas, przestrzeń, ich pragnienia i oczekiwania? Zakończenie nieco rozczarowuje. Wydaje się pewnym pójściem na łatwiznę. Zdaję sobie sprawę, że jest to częściowo opowieść autobiograficzna, niemniej siła tej powieści słabnie w ostatnich rozdziałach. A przecież „Żywopłot” jest o specyficznym rodzaju siły życiowej – gwarantującej dobre i godne życie po usunięciu wewnętrznych przeszkód, odrzuceniu bolesnych stereotypów. Chciałoby się widzieć, że ta wywalczona wolność, wyzwolona świadomość i czułość ponad podziałami przekształcają się w coś innego, większego. Nie możemy bowiem ukrywać, że ta książka nie ma społecznego wydźwięku, skoro osadzono ją w bardzo bolesnych liniach podziału i oferuje nam przede wszystkim fantazję o ich przekraczaniu.

To bardzo plastyczna powieść, piękna historia trudnego związku. „Żywopłot” opowiada o nadziei i o tym, jak konstruktywna może być miłość. Nawet ta, której los nie da szansy na rozwój. A może jednak w tej całej historii pojawiają się jakieś inne szanse, inne możliwości? Dorit Rabinyan portretuje trudny związek, ale związek przede wszystkim możliwy. Dyskretnie sugeruje, że pewne możliwości mogą mieć miejsce. Blokują je jednak ludzka zawiść, małostkowość i skupienie na pewnych destrukcyjnych instynktach społecznych. To książka o tym, że można być, trwać, kochać się i rozumieć świat ponad podziałami. Chwilami ujmująca swoją świeżością, chwilami boleśnie zaznaczająca, w jaki sposób i na jakiej zasadzie tworzymy w umyśle pojęcie wroga oraz czemu lub komu ma to służyć. Książka różnorodnych odczytań. Mądra i przenikliwa.

2013-02-11

"Krasnoludki nie przyjdą" Sara Shilo

Rosnąca w siłę seria „Proza Świata” po raz kolejny zderza nas z losami emigrantów. O ile jednak wojwodińscy uchodźcy w Szwajcarii z książki "Gołębie wzlatują" Melindy Nadj Abonji silni byli siłą więzów rodzinnych, jakie nie znają granic, o tyle bohaterowie książki izraelskiej pisarki, Sary Shilo, to rodzina w rozpadzie. Kiedy Ma’sud zabierał swoją żonę i dzieci z Maroka do Izraela, nie spodziewał się, że okrutne przeznaczenie albo zupełny przypadek spowodują, iż jego rodzina sama w sobie wyobcowana na libańsko – izraelskim pograniczu, gdzie głośno od bomb, stanie się rodziną pozbawioną wsparcia, autorytetu i siły. Rodziną, którą trzeba będzie przedefiniować. Ma’sud – król falafela – umiera po użądleniu, a jego żona Simona stanie się zdetronizowaną królową, ogarniętą niemocą „machbulą” – wariatką, starającą się zapewnić byt sobie i dzieciom kobietą samotną oraz taką, która musi urodzić dzieci, jakie zostały powite tuż przed śmiercią ich biologicznego ojca. Dramat Sary Shilo rozpisany jest na głosy i dzięki temu nabiera większego znaczenia; jest wyrazisty i oglądamy go z różnych punktów widzenia, ale podobnie, jak bohaterowie nie jesteśmy w stanie tak naprawdę pojąć bólu i pustki tych, którym śmierć bliskiej osoby zafundowała powolne, lecz stanowcze oddalanie się od siebie.

Opowiadają ci, którzy są świadomi tego, co ich spotkało. Simona oraz jej dzieci – Itzik, Dudi, Kobi i Eti. Bliźniaki Chaim i Oszri to życia zrodzone ze śmierci, dwa małe wyrzuty sumienia, którym trudno jest rozumieć rzeczywistość, coraz bardziej komplikowaną przez matkę decydującą się na to, by ich najstarszy brat Kobi stał się ojcem, a ten prawdziwy – fantazmatem kogoś bliskiego, wspomnieniem dobrego dziadka. Narracje Shilo właściwie nie przeplatają się; one są obok siebie, nie na zasadzie uzupełnienia, lecz kontrastu. Rodzina Dadon nigdy nie będzie już prawdziwą rodziną. Każde z nich przeżyło odejście Ma’suda na swój sposób. Każde z tym odejściem inaczej sobie radzi. Nikt nie jest w stanie zrozumieć, czy po przeżytym bólu jest jeszcze miejsce na miłość, szacunek i spokój. Tym bardziej że na niebie pojawiają się wciąż groźne katiusze, które odbierają nie tylko spokój; czasem są znamionami anioła śmierci, który po śmierci ojca opuścił na chwilę żonę i dzieci. Nie można jednak zapomnieć, że wróci. Ale by zapomnieć o pustce, trzeba stworzyć sobie nową wizję świata, nowy porządek. Tylko czy kłamiąc, jest się w stanie żyć naprawdę?

Najbardziej przejmująca jest pierwsza część powieści zawierająca zwierzenia Simony. Stawia ona wyraźny zarzut już na wstępie: „Kiedy umiera mąż, kobieta powinna stać się na powrót dziewczyną, tą, którą była, zanim go poznała. Żeby mogła zacząć tam, skąd ją wziął. A nie, że zostawia ją samą z dziećmi na pustyni, kiedy jest umęczona porodami. A jej ciało poorane bliznami”. Pozostawiona przez męża musi milczeć i cierpieć w milczeniu. Musi przede wszystkim być dzielna. Dla dzieci. Znosić fakt, że po śmierci małżonka inni chętnie sprawdzają, jak bardzo go kochała. Tytułowej magicznej siły nie uświadczy. Nikt nie pomoże jej z trudami codziennego życia, bo musi polegać tylko na sobie i swojej intuicji. Jak jednak być silną i mądrą w pojedynkę, kiedy czasami wraz z małżonkiem bywało o to trudno? Simona jest przekonana, iż mądrości życiowej nie znajduje się w głowie, lecz w palcach. Usiłuje za wszelką cenę dotknąć tego, którego dotknąć się nie da. Symbolicznie dotykać przeszłość, w której żył i kochał ją człowiek, po którym trudno znaleźć miejsce tylko dla siebie. Simona nie chce, by bliźniaki nie miały ojca. W tę rolę wchodzi najstarszy jej syn, Kobi. Zaczynają sypiać w jednym łóżku, by Chaim i Oszri widzieli w nich oboje rodziców. Skomplikowane relacje między Simoną a Kobim widać wyraźniej, gdy przeczyta się jego rozdział i jego opowieść.

Kobi przeżywa dramat bycia odpowiedzialnym mężczyzną za wcześnie. Ojciec nie dał mu żadnych rad, wskazówek. Po prostu zmarł. I Kobi ma być teraz tak silny jak Simona. Bezwarunkowo. Trzeba dbać o rodzinę; o to, co z niej pozostało i co może kiedyś dać im siłę. Rodzinna wspólnota, której przecież nie ma. Sieć relacji sterowana jakby odgórnie przez ojca i męża, który będąc w swych rolach, zapewniał reszcie bezpieczeństwo. Kobi jest bardzo zachowawczy i chce żyć bezpiecznie, z dala od spadających z nieba katiuszy. Jego celem jest potajemne zbieranie pieniędzy na kawalerkę marzeń, w której łazience przeżywa niemal mistyczne uniesienie wywołane widokiem ładu i porządku, czyli czegoś, co w każdym znaczeniu jest mu obce. Kobi zachwyca się matką, adoruje ją i chce, by kiedyś mogła poczuć, czym jest godne życie w jego nowym mieszkaniu. Chłopak gubi się w tym, co naprawdę ważne i nie oponuje zbytnio, gdy los zrzuca na jego barki coraz większą odpowiedzialność. Także odpowiedzialność za młodszych braci, którzy żyją w dość specyficznych relacjach.

Itzik i Dudi wspinają się do mieszkań, gdzie dokonują sankcjonowanych – w ich świadomości – grabieży oraz wcielają się w zamachowców. Itzik urodził się zepsuty. Jego ręce i nogi to ślady ułomności samego Ma’suda, który długo uciekał od odpowiedzialności za swe niepełnosprawne dziecko. W Itziku jest wiele goryczy. Do Boga, którego przeklina za daną mu słabość. Do ludzi, którym nie można wierzyć, bo są słabi. Silna ma za to być pustułka, którą hoduje. Siłę Itzik ma czerpać od Dudiego. Tego Dudiego, który biernie się wszystkiemu poddaje, bo przecież musi pomagać bratu, któremu jest gorzej.

Najgorzej mają się jednak bliźniaki. Tak przynajmniej uważa Eti, która jest zdecydowana skończyć z rodzinnymi kłamstwami i układaniem dla Chaima i Oszriego nieprawdziwej, lepszej historii. Eti w swej opowieści o kobiecie, która stała się ośmiornicą, próbuje jakość ogarnąć wieloaspektowość dramatu rodziny Dadon, gdzie relacje podszyte są fałszem, a poczucie bliskości zastępowane jest strachem. Strachem przed bombami, przed wyrzuceniem z pracy, przed ciągłym brakiem pieniędzy i perspektyw… Najgorszy jest jednak strach egzystencjalny; niepewność samych siebie w świecie, gdzie wciąż trzeba uciekać do schronu, bo nie można żyć naprawdę pod niebem niosącym zagrożenie.

Zwyczaje, rytuały, porządek… wszystko zaburzone, wszystko niestabilne; można tylko tęsknie wracać wspomnieniami do przeszłości, bo teraźniejszość jest już nie do zniesienia. Czy śmierć może przynieść umieranie na raty? Czy przed marokańską rodziną w izraelskim piekle otworzą się jakieś drzwi, zostaną im dane jakiekolwiek możliwości? Sara Shilo napisała powieść gęstą od znaczeń i mocno przygnębiającą. To jednak historia, która opowiada się sama; zmieniający się opowiadający nie czynią nam zamieszania i nie odbierają historii zasadniczego znaczenia. Takie bolesne książki potrzebne są po to, by zrozumieć, że życia nie przeżyją za nas krasnoludki; w całej jego gorzkości i smutku musimy to zrobić sami.

tłum. Agnieszka Podpora
Wydawnictwo Czarne, 2013

2012-08-22

"Do następnych mistrzostw" Eshkol Nevo

Jakiś trudny do zdefiniowania tragizm wisi nad każdym słowem tej książki od pierwszego do ostatniego zdania. Jego przyczyn będziemy się domyślać już od początku, ale tak naprawdę nie można przewidzieć, ku jakim przemyśleniom popchnie nas izraelski pisarz Eshkol Nevo i co uczyni ze swoimi bohaterami. To przecież książka słodko – gorzka, przepełniona refleksjami o życiu, przemijaniu, definiowaniu życiowych celów; o męskiej przyjaźni ponad wszystko i o tym, czy możemy być naprawdę sobą w bliskich relacjach z innymi. Ten jeden tytuł być może jeszcze nie spowoduje, iż polski czytelnik będzie stawiał Eshkola Nevo na równi z Etgarem Keretem, ale dzięki książce „Do następnych mistrzostw” można zauważyć, iż nie tylko Keret winien być kojarzony ze współczesną, dobrą i dosadną literaturą izraelską.

Poznajemy paczkę zgranych przyjaciół, którzy trzymają się ze sobą od wielu lat i bez względu na przeciwności losu zawsze mogą na sobie polegać. Łączy ich miłość do piłki nożnej, a podczas oglądania finału Pucharu Świata w 1998 roku jeden z nich wpada na pomysł, by zapisać na kartkach swe marzenia i plany. Potem, za cztery lata – kiedy znowu będą śledzić finałowy mecz turnieju – odczytają sobie to, co napisali i zobaczą, jak bardzo życie zweryfikuje ich plany i samych marzycieli, którzy starają się twardo stąpać po ziemi. Juwal – narrator opowieści – wyraźnie wskazuje ważność cyklu czterech lat, kiedy to Puchar Świata w piłce nożnej ma być przekazany kolejnej drużynie. „Bo dzięki temu czas nie jest monolitem, tylko dzieli się na kawałki: co cztery lata możemy się zatrzymać i zobaczyć, co się zmieniło”. Nevo opowie o czterech burzliwych latach, podczas których nastąpią zmiany, o jakich nie śniło się przyjaciołom, a każdy z nich odkryje, iż cele do zrealizowania czasami mogą się rozmyć; wtedy zaś zaskakujemy nie tylko przyjaciół, ale przede wszystkim nas samych.

Założycielem bandy przed laty był niejaki Churchill. To zawsze pewny siebie prawnik, który podąża przez życie z podniesionym czołem. Ma słabość do kobiet, ale nie tylko. Słabości nie ukazuje, stara się być wiernym izraelskiemu prawodawstwu i walczyć dzielnie z tymi, którzy występują przeciwko niemu. Z Juwalem zbliżają się mocno zwłaszcza podczas wspólnej podróży do Ameryki Południowej. Tam Churchill pokazuje swoje prawdziwe oblicze; okazuje się, że tak naprawdę nie jest to człowiek, który miałby pełną kontrolę nad swoim życiem, choć bardzo chciałby takową mieć. Juwal Frid zachwyca się pasją życia i optymizmem Churchilla, który nie tyle mu bardzo imponuje, co często nieświadomie wpędza w kompleksy. A kiedy odbije Juwalowi ukochaną, relacje mocno się skomplikują i wszystko wskazywać będzie na to, iż nie będą już takie same jak dawniej.

Kolejna dwójka przyjaciół wzajemnie się przyciąga i odpycha; iskrzy między nimi nie tylko ciętym dowcipem. Stanowią jedność dzięki przeciwieństwom i nigdy tak naprawdę nie można być pewnym, do czego doprowadzi ich kolejna sprzeczka. Amichaj jako jedyny z czwórki przyjaciół dość szybko się ustatkował. Ma żonę, bliźniaki i życie obwarowane ograniczeniami, jakie stawia rola męża i ojca. To pomysłodawca akcji z karteczkami, mocno osadzony w rzeczywistości i pewny, iż nic nie zakłóci jego spokoju u boku skłonnej do depresji i egzystencjalnych lęków żony. Ofir natomiast jest niebieskim ptakiem – do czasu jednak. Pracuje jako copywriter, ale na co dzień jest mrukliwy, bo zasób słów i ich znaczenie wykorzystuje maksymalnie w pracy, tworząc teksty iluzji dla odbiorców produktów, które do niczego nie są im potrzebne. Juwal określa Ofira jako mężczyznę lekkiego i ulotnego. Trudno przewidzieć, co zrobi lub co powie. Zabiega o względy ojca, którego obcość powoduje w Ofirze frustracje i trudny do określenia ból. To on jako jedyny wyrwie się z ograniczeń izraelskiej rzeczywistości, by po powrocie być innym człowiekiem. Być może jeszcze bardziej lekkim i ulotnym.

W końcu sam Juwal Frid – postać najważniejsza nie tylko ze względu na fakt, że jest narratorem historii. Ma już sporo lat na karku i poczucie bezsensu życia. Na co dzień tłumacz – może alter ego autora, który napisał książkę po angielsku, nie hebrajsku? – walczący z materią obcych słów, na co dzień melancholik ze skłonnością do bycia w dołku, ale tego stara się nie pokazywać. W przeciwieństwie do swych przyjaciół Juwal nie ma pojęcia, co będzie dalej w życiu robił. Cierpi z powodu nieszczęśliwej miłości do Ja’ary, która odchodzi ku Churchillowi i staje się symbolem tego, co w życiu nie do zdobycia. Juwal stara się zapełnić życiową pustkę choćby spotkaniami z przyjaciółmi. To jednak on najbardziej będzie cierpieć z powodu celów, jakie realizują jego kumple, bo sam nie wie, w jaki sposób ma realizować się dalej.

Ofir wspomina, iż cele czynią z ludzi niewolników. Czasem warto je zmienić, by nie żyć w kieracie codzienności. Problem ma Juwal, ale przecież nie przyzna się, że jego celem jest… Ja’ara, która już od dawna żyje gdzieś daleko. Nevo na kartach swojej książki pokaże, jak bardzo przewrotny może być los, jak wiele jest w stanie namieszać i jak bardzo skomplikować proste cele do osiągnięcia, które stawiają sobie jego bohaterowie. „Do następnych mistrzostw” opowiada także o zmianach. O tym, jak trudno zmienić siebie i swoje poglądy – zwłaszcza takie, które wyznawało się od zawsze. Juwal pisze filozoficzną rozprawę o wielkich tego świata, którym udało się zmienić. Wittgenstein, Hume, Russell, Kierkegaard – szczególnie bliski Juwalowi – oraz Arystoteles i Heidegger. Każdy przeszedł wewnętrzną metamorfozę. Frid nawet nie przypuszcza, jak bardzo zmienić się może jego życie między jednym a drugim finałem mistrzostw świata w piłce nożnej.

Eshkol Nevo osadza losy swych bohaterów w okrutnej rzeczywistości Izaela. Bezkompromisowa obecność służby wojskowej, którą odbyć musi każdy i każdy też doświadczy podczas jej trwania swej własnej życiowej traumy. Bezsens przemocy i cień piekła intifad. Trudność życia w kraju wciąż dotykanym przemocą pod różną postacią. To świat, w którym niczego nie można być pewnym. A jednak mężczyźni Nevo pewni są siebie i tego, że ich paczka wszystko przetrwa. Autor wystawia ich wszystkich na próbę, ale w gruncie rzeczy snuje bardzo ciepłą i inspirującą opowieść o męskiej przyjaźni, dzięki której świat bywa lepszy.

Komu spełnią się jego życzenia? Kogo przez cztery lata życie najbardziej doświadczy? Kto umrze, by na nowo mógł odrodzić się ktoś? Czy proza Eshkola Nevo to traktat tylko o przyjaźni? „Do następnych mistrzostw” jest książką pełną energii i przepełnioną wiarą w to, że życie u boku bliskich ludzi jest łatwiejsze do zniesienia. Dużo w niej smutku i melancholii, ale jest prawdziwa i czyta się ją z dużą przyjemnością. Nevo nie wikła świata jak Etgar Keret, ale tak jak i on nie daje żadnych jasnych rozwiązań ani nie odpowiada na ważniejsze pytania natury egzystencjalnej.

tłum. Wojciech Górnaś

Wydawnictwo MUZA, 2012