Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty

2010-11-09

"Między frontami" Evelio Rosero

"Nie sposób czytać „Między frontami” bez emocji, chociaż można odnieść wrażenie, iż wszystko opisane jest niezmiernie statycznie. Książka Rosero to opowieść o różnie pojmowanym cierpieniu, historia opowiadająca o makabrycznym tańcu żywych i umarłych, powieść o śmierci fizycznej i duchowej, o umieraniu i o bólu. Kolumbijski pisarz pisze tak, że niemal każde słowo jest ostrym sztyletem, którego zimne ostrze rozpruwa nas od środka. Najbardziej jednak wstrząsające jest to, w jaki sposób autor wplata do wojennej opowieści wątki egzystencjalne i jak bezkompromisowo rozprawia się z okrutną stroną człowieczeństwa. To książka ważna i wielka. Po „Lunatycznej krainie”, w której Mia Couto – operując innymi środkami wyrazu – opowiedział o dramacie egzotycznej dla nas wojny domowej w Mozambiku, otrzymujemy jej kolejny obraz. Bo przecież żyjemy tak daleko od skorumpowanej, niebezpiecznej i żyjącej w ciągłym strachu Kolumbii. Tyle tylko, że doświadczenia, jakimi dzielą się z nami zarówno mozambicki jak i kolumbijski pisarz, są doświadczeniami uniwersalnymi i niezależnymi ani od długości, ani od szerokości geograficznej."

Wydawnictwo W.A.B., 2010

Całość tekstu na stronie G-punkt


KUP KSIĄŻKĘ

2008-12-05

"Czerwony kwiecień" Santiago Roncagliolo

Mam problem z Roncagliolo. Nie lubię, jak ktoś przekonuje, że żyjemy w piekle, bo to odbiera mi przyjemność myślenia o tym, iż po śmierci może być jeszcze gorzej. A ten Roncagliolo nie dość, że w pierwszej powieści „Wstyd” nakreślił obyczajowe ramy tego ziemskiego piekła, to w kolejnej wydanej przez Znak książce, o której chcę napisać, nakreślił jego polityczne, socjologiczne i quasi-teologiczne tło. I co z tego, że Ramosowie ze „Wstydu” to Peruwiańczycy i że to ich, a nie nasi rodacy wyrzynają się wzajemnie na kartach „Czerwonego kwietnia”? Że niby nas to wszystko nie dotyczy? Że Roncagliolo kreuje się na ironistę i duchowego mentora tylko swych rodaków z dalekiego kraju? Jego proza ma wymiar uniwersalny, niestety. „Wstyd” był wiwisekcją dysfunkcyjnej rodziny, „Czerwony kwiecień” odziera z dostojeństwa i fasadowości dysfunkcyjne państwo. To nic, że autor ściśle trzyma się realiów charakterystycznych dla własnej ojczyzny. W nim kipi za dużo emocji, zbyt wiele buntu i nadmiar literackiego talentu, żeby podpiąć jego twórczość tylko pod lokalne problemy Peru. „Czerwony kwiecień” jest bardzo peruwiański, ale także paraboliczny w swej wymowie. Bo zło czai się naprawdę wszędzie, a my prawdopodobnie żyjemy w piekle i gorzej chyba być nie może. Dlatego mam problem z Roncagliolo. Za dużo w nim prawdy, od której się ucieka. Za dużo pasji dekonstrukcji porządku, który jest nim tylko na pozór. „Czerwony kwiecień” – jak informuje dopisek wydawniczy przy tytule powieści – jest pasją szaleństwa. Obłąkanym przez wizje autora życzę dużo samozaparcia w wymazywaniu traumy po lekturze jego nowej powieści. Tych, którzy jej jeszcze nie czytali, zapraszam do wędrówki po ziemskim piekle. Piekle ukrytym gdzieś w Andach, ale tak naprawdę bliższym nam niż cokolwiek innego. Zapraszam do wędrówki po piekle ludzkiej duszy.

Naszym przewodnikiem będzie pomocnik prokuratora rejonowego Félix Chacaltana Saldívar. Człek to rozważny i nader zasadniczy. Jest jednym wielkim przepisem prawa, do którego próbuje dopasować każdą prawną rysę bądź nieprawidłowość. Jest to także bohater bardzo nudny i przewidywalny. „Nie zrobił niczego złego, nie zrobił niczego dobrego, nigdy nie zrobił niczego, co nie byłoby wyraźnie określone w przepisach dotyczących jego funkcji”. I na kogoś takiego spada odpowiedzialność wyjaśnienia zagadki tajemniczych i okrutnych morderstw, o szczegółach których nie będę tutaj pisał, bo ten tekst przeczytać może każdy, a mroczna powieść Roncagliolo to książka tylko dla dorosłych.

Chacaltana musi mierzyć się ze swoimi słabościami, ale przede wszystkim ze słabościami państwa, które przez lata skutecznie tuszowało skutki działalności Świetlistego Szlaku i terroru, jaki spowodował, że peruwiańscy maluczcy popierają tylko taki system, który da zapomnienie i względny spokój. W parze z rozwiązaniem zagadek morderstw idzie także obserwacja wyborów w pewnej prowincjonalnej mieścinie, w której każdy czegoś się boi, choć nikt o tym strachu głośno nie mówi. „Osiem lat temu, jakbym wyszedł na ulicę, to by mnie zabili. Teraz nie. Terroryści zabili moją matkę, mojego brata i zabrali moją siostrę, którą potem zatłukli żołdacy. Od kiedy rządzi nasz prezydent, nie zabito ani mnie, ani nikogo z mojej rodziny. Chcesz, żebym głosował na kogoś innego? Nie rozumiem. Dlaczego?”. Chacaltana jest więc świadkiem tego, że wygrywa ponownie ten, który rządził i uświadamia sobie, że żyje w świecie, w którym od lat niewiele się zmieniło. Być może nie przelewa się już krwi na ulicach, ale w żyłach Peruwiańczyków płynie jad, jaki dostał się tam przed laty. Kiedy Bóg odwraca swe oblicze od grzeszników, mieszkańcy Peru oddają się szalonym orgiom w okresie Wielkiego Tygodnia, a Chacaltana w tym czasie zmuszony jest mierzyć się z przeciwnikiem, którego siła zdecydowanie przewyższa racjonalną dedukcję bohatera.

Dużo w „Czerwonym kwietniu” motywów chrystologicznych i sporo w tej książce odniesień do prawd objawionych Pisma Świętego oraz dawnych wierzeń Indian. Ayacucho wydaje się miejscem przeklętym, chociaż są tam aż 33 (!) kościoły. To miasto, które wchłonie całkowicie Chacaltanę i miasto, w którym rozegra się wewnętrzny dramat bohatera. A przy okazji dwuznacznie opisane zostaną motywy działania ściganych i ścigających. Kto jest bowiem po stronie dobra w świecie, w którym stróże prawa to łajdacy, a dobroduszny z pozoru ksiądz może kryć w sobie mroczną zagadkę?

Kiedy już ochłoniemy po pierwszym szoku związanym z tą polityczną makabreską, powinniśmy zastanowić się nad tym, jak wiele skrytych dla nas przez nas samych prawd objawia peruwiański pisarz. Jak bolesne są to prawdy i czy mieszczą się w 1 285 220 km² powierzchni Peru, czy też może śmiało je przekraczają, dotykając każdego z nas. Można bowiem „Czerwony kwiecień” czytać zgodnie z wytycznymi wydawniczymi, które mówią o lokalnym kolorycie powieści. Można jednak zastanowić się także nad tym, jakiego piekła kręgi przemierza w swej wędrówce ku rzekomej prawdzie Chacaltana. To nie jest tylko peruwiańskie piekło, to piekło stworzone przez nas dla nas.

A może po prostu spojrzeć na tę książkę jak na dobrą sensacyjną intrygę, w której trup ściele się gęsto, a zagadki detektywistyczne okraszone są porcją ontologicznych i egzystencjalnych przemyśleń? Może wtedy mniej mnie dotknie? Tak czy owak mam problem z tym pisarzem. Za dużo w nim prawdy. I szaleństwa w jej portretowaniu.

Wydawnictwo Znak, 2008

2007-10-15

"Wszystkie szczęśliwe rodziny" Carlos Fuentes


Czy najnowsza powieść Carlosa Fuentesa może być nazwana powieścią? Trudno takim mianem określić książkę składającą się z szesnastu pozornie niepowiązanych ze sobą opowieści budujących polifoniczny i dramatyczny obraz wzajemnych relacji międzyludzkich. Ich bohaterowie nie potrafią ze sobą żyć, chociaż wspólnie przez lata budowali fundament zależności nazywanych bardzo ironicznie przez autora „szczęśliwymi rodzinami”. Każda z opisanych rodzin jest w jakiś sposób dysfunkcyjna, jest areną przemocy fizycznej i psychicznej, miejscem stałej opresji i nieustającej udręki. Bohaterem zbiorowym jest tu jednak Meksyk. Kraj, który zostaje określony w geograficznym kontekście mianem pomarszczonego jak pergamin, objawia się tutaj jako państwo ze zmarszczkami i grymasami bólu, doświadczanego przez lata z powodu niesprawiedliwości społecznych i okrucieństwa zadawanego sobie przez ludzi.

O dosłownym okrucieństwie życia w Meksyku traktują pieśni chóru, które niczym w dramacie antycznym, stają się uzupełnieniem historii rodzinnych, jakie poznajemy. Zgodnie z tradycją chór komentuje opisane przez autora w poszczególnych rozdziałach – opowieściach historie, ale tworzy jednocześnie wobec nich silny kontrast lingwistyczny. Rodzinne opowieści, smutne i przejmujące, opisane są stonowanym, eleganckim i finezyjnym językiem (ogromny plus dla tłumaczki za wspaniałe oddanie atmosfery „duszności” panującej wokół bynajmniej nie tylko z powodu strefy klimatycznej Meksyku). Chór krzyczy, wulgaryzuje rzeczywistość, nadaje jej znamion rozpadającego się w okrucieństwie świata, w jakim nie ma miejsca na zbudowanie podstawowej jednostki społecznej, jaką jest rodzina. Czy jednak udaje się to bohaterom szesnastu opowieści?

Fuentes bardzo dużo miejsca poświęca toksycznym relacjom między ojcami i synami, ustawicznym walkom o dominację i rodzący się z nich gniew oraz brak porozumienia. Synowie Fuentesa najczęściej nie chcą popełniać ojcowskich błędów, nie chcą iść wytyczonymi przez nich szlakami życiowymi, nie chcą także przejmować na siebie balastu ojcowskich doświadczeń. Jakież to typowe, a w jak nietypowy sposób opisane! Motywy postępowania młodych mężczyzn nie do końca są jasne, podobnie jak tajemnice ich ojców, które przez lata budują mur nieporozumienia.

W naturalistyczny wręcz sposób ukazane są wyrwy emocjonalne, jakie istnieją między mężami i żonami. Kobiety Fuentesa buntują się wobec bycia cieniami swoich mężów. Romansują, śpiewają, próbują się zrealizować w każdej innej sferze, aby tylko nie stać się sztampowym i nieszczęśliwym przez to wzorem „żony idealnej”. Fuentes wnikliwie przedstawia sposób postrzegania rzeczywistości przez kobiety zranione i oszukane. To nie tylko żony. W jednym z bardziej przejmujących tekstów „Mater dolorosa” będziemy świadkami próby porozumienia się zrozpaczonej matki z czekającym na śmierć zabójcą jej córki. Matka próbuje nadać tożsamość swemu zmarłemu dziecku, aby bardziej pogrążyć zabójcę w wyrzutach sumienia. Oszukiwane i nieszczęśliwe żony swoją godność i kobiecość mogą ujawnić tylko podczas buntu. One zresztą dominują nad mężczyznami w opowieściach meksykańskiego pisarza, chociaż pozornie zawsze grają drugie skrzypce w często groteskowej sztuce ożywiania rodziny.

Fuentesowska rodzina to nie tylko tradycyjny schemat ról, w którym iskrzy niepewność tego, kim tak naprawdę się jest. Autor przedstawia nam opowieść o parze homoseksualistów, którzy na przekór wszystkim i wszystkiemu przez lata budują trwały związek oparty na zaufaniu. Związek, który zniszczy potrzeba nowości. Nowych doświadczeń pragną także trzy córki, które spotykają się przez dziesięć lat co roku przy grobie ojca, co jest warunkiem wypłacenia im należnych kwot spadku. Ich teatralne miny i gesty, dramatyczne wyznania i bolesne odzieranie się z resztek godności i prywatności nad trumną ojca, który okazuje się mieć nad nimi wieczną władzę, tworzą najbardziej przejmującą (i być może dlatego też zamykającą książkę) historię „Wszystkich szczęśliwych rodzin”.

Tej książki nie można czytać beznamiętnie. Ta książka redefiniuje pojęcie szczęścia, jedności, miłości i zaufania. Ta książka wstrząśnie czytelnikiem, albowiem odsłania sekrety rodzinnych spotkań, ujawnia wypowiadane w zaufanym gronie słowa. To głęboko humanistyczny pokłon nad ludzką niedoskonałością, emocjonalną niedojrzałością i bolesnym wygasaniem miłości między tymi, którzy kiedyś się wzajemnie kochali. Uważny czytelnik w każdej z szesnastu opowieści dostrzeże mniej lub bardziej wyraźne przyczyny rozpadu rodzinnego szczęścia. Wielkość Fuentesa polega jednak na tym, że nie wartościuje słów i gestów, jakie znajdziemy w tym rodzinnym kalejdoskopie. On po prostu pochyla się nad cierpiącymi i pozwala im opowiedzieć o swoim cierpieniu.

2007-08-15

"Wstyd" Santiago Roncagliolo


Poznajmy peruwiańską rodzinę Ramosów. Alfredo ma nudną pracę, w której najbardziej konstruktywnym zajęciem jest picie kawy wymieszanej z whisky. Mężczyzna dowiaduje się, iż jest śmiertelnie chory i że zostało mu pół roku życia. Nie wnosi to w jego żywot jakichś rewolucyjnych zmian. Co więcej, biedak nie może znaleźć dogodnej okazji, by przekazać tę ponurą informację swojej rodzinie. Jego żona Lucy zajęta jest dziećmi, ale także dość specyficznym romansem. Wyciąga ze swej torebki coraz to nowe karteczki o dwuznacznej i czasami nieprzyzwoitej treści. Podąża tropem tajemniczego adoratora, ponieważ życie seksualne z Alfredo osiągnęło już poziom totalnej rutyny polegającej na oralnym zaspokojeniu męża i pogłaskaniu przezeń jej głowy po odbytym akcie. Pierwszej inicjacji seksualnej doświadczy natomiast ich córka Mariana, która wielbi swą atrakcyjną i rozrywaną przez towarzystwo koleżankę Katy, której potem odpłaci pięknym za nadobne, gdy ta odwróci się od niej rzucając w ramiona kretyna Javiera. Do czego służy mały organ między nogami, próbuje dojść Sergio, brat Mariany, starający się zaprzyjaźnić z siostrą Katy i od czasu do czasu widujący duchy, które jednak nie zwracają na niego większej uwagi. Ustawicznie domaga się natomiast uwagi Dziadzio, który po śmierci babci próbuje za wszelką cenę zbliżyć się do Doris, mieszkanki domu spokojnej starości i obiektu jego westchnień sprzed lat. Dziadzio bardzo martwi się tym, że jego życiodajny organ nie spełnia już swych funkcji, a tym samym pozbawia go to istoty męskości. I jest jeszcze niewyżyty seksualnie kot, któremu rodzina funduje kastrację, jednak zwierzak umiejętnie jej unika, by potem poczuć jak bolesna w dosłownym znaczeniu jest miłosna igraszka z pewną kotką.

Za dużo w tym opisie odniesień do seksualności? Trudno, wokół niej krąży wielowątkowa, barwna i dowcipna opowieść Roncagliolo. I głównie w tej sferze rodzi się tytułowy wstyd. A wstydzą się nie tylko Ramosowie, ale także ludzie z ich otoczenia. Zażenowanie ściśle wiąże się z postrzeganiem samych siebie w rodzinie i w kontaktach międzyludzkich. Mali i duzi Ramosowie mają z tymi kontaktami wielki problem. Nie wiedzą także, kim do końca są i jakie życiowe role przydzielił im los.

Swej książki peruwiański pisarz nie musi się wstydzić. Mógłby jedynie zastanowić się nad tym, czy jego samego nie zżera jakaś obsesja lub kompleks, z jakim powinien udać się do terapeuty. Pisać natomiast potrafi Roncagliolo całkiem nieźle. Jego powieść wciąga czytelnika od pierwszych stron, kiedy w charakterologicznej introdukcji poznajemy bohaterów i ich problemy. Szkoda tylko, że interesująco rozwinięte wątki później tracą na wartości, bo zaczynają budować jednolitą dość ckliwą opowiastkę, którą broni na szczęście inteligentne zakończenie.