2021-04-21

„Kobieta, dziewczyna, inna” Bernardine Evaristo

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 496

Przekład: Aga Zano

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Panorama buntu

Ta książka czyta się sama. Niewiarygodnie dynamiczny rytm idzie w parze ze świetną polifonicznością. Bernardine Evaristo zaskakuje dużo bardziej w treści niż formalnie, kiedy – nie do końca dla mnie zrozumiale – pozbywa się wielkich liter czy znaków interpunkcyjnych, co stało się już chyba uciążliwą manierą współczesnego powieściopisarstwa. Nic to, najważniejsze są historie. Poznajemy losy seniorek, matek, córek, przyjaciółek. Kobiet wchodzących w rozmaite relacje ze sobą i ze światem. Wielogłosowość brzmi przekonująco, bo Evaristo chce opowiadać o różnorodności nie tylko za pomocą wizerunków ukazujących różnorodny świat, ale przede wszystkim kreśląc niejednoznaczne pejzaże emocjonalne swoich bohaterek. Kobiet znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, lecz jednym głosem mówiących o swojej podmiotowości. Najciekawiej prezentuje się tutaj obraz trzeciej części tytułu, czyli inności rozumianej jako wyobcowanie, a także jako społeczny czy kulturowy stygmat. To odważna książka o płci jako definicji dwubiegunowego świata zbyt prostych podziałów i jednocześnie opowieść o tym, że jakkolwiek wiele w nas różnorodności, idiosynkrazje nosimy w sobie cały czas te same. A „Kobieta, dziewczyna, inna” ma być głosem wychodzącym naprzeciw uprzedzeniom. Pokazującym, że również pośród czarnoskórych homoseksualnych kobiet, które emancypują się na przestrzeni ponad wieku, także zdarza się przemoc, także istnieją uprzedzenia i uwolnić się od stygmatyzowania można tylko we własnej przestrzeni mentalnej. Evaristo chce opowiedzieć o tożsamości buntu. O niezgodzie na uznaniowość życia, bo życie to wieczna walka z tym, jak nazywa i ocenia nas świat.

Dużą uwagę zwraca tutaj rozpiętość czasowa opowiadanych historii. Biorąc pod uwagę, że najstarsza bohaterka urodziła się w latach dwudziestych minionego stulecia, widzimy, że pisarka chce podjąć się pokazania różnorodności na przestrzeni wieku. Ale okazuje się, że ta powieść sięga jeszcze dalej. Dlatego najciekawiej wybrzmiewa tu ostatnia opowieść będąca jednocześnie początkiem wszystkiego. Historia emancypacji, za którą stoi wszystko to, co od wieków było kobiecie odbierane. Poczucie podmiotowości i przekonanie, że odpowiada się za kształt świata poprzez to, jak nazywa się własne potrzeby i oczekiwania. Bernardine Evaristo pokazuje również upływ czasu portretowany gdzieś w dalekim tle, ale ważny z punktu widzenia tego, jak szybko postępują zmiany. Co dzieje się z kobiecą świadomością na przestrzeni kilku dekad i jak głośno może się wyrazić w obrębie jednego stulecia?

Tymczasem czas obchodzi się z bohaterkami bardzo różnie. Koleżanki z klasy nie mają równego startu i czasem jednej udaje się zostać spełnioną bizneswomen, a druga musi zadowolić się prozą życia, w której ważne będą odpowiedzialność za dzieci i konieczna walka o godną egzystencję. Przyjaciółki z młodości albo zacieśniają więź, albo z różnych powodów coraz bardziej oddalają się od siebie. Dziewczęta stające się świadomymi siebie kobietami czasem są potomkiniami uciekinierów, które nie chcą już uciekać, zdecydowane bronić swojej tożsamości i walczyć o to, by nie być uległymi wobec rzeczywistości. Czasami ich los jest dynamiczną i świadomą opozycją wobec własnej rodziny. Niektóre – jak nazywa to jedna z bohaterek – chcą „żyć poza definicjami swoich rodziców”. Ich niezgoda na narzucone uwarunkowania i role najpierw kumuluje się buntem w życiu rodzinnym, potem przenosi się na życie zawodowe, a także społeczne. Niektóre są wyrazicielkami idei, które jednoczą inne poszukujące. A seniorki z tej powieści sięgają do wspomnień i dokonują rozrachunku z całym swoim życiem, patrząc na córki i wnuczki mające więcej możliwości, zdobywające dużo więcej niż kiedyś było możliwe.

Cytując Roxane Gay i nawiązując do przekonań jednej z kobiet, można uznać tę powieść za śmiałe i oryginalne poszukiwanie nowego sposobu dyskursu o nierówności. Ale również o solidarności wyrastającej tutaj z przestrzeni stygmatyzowania, w której kobiety wchodzą w relacje tworzące minispołeczności. Evaristo opowiada o konformizmie świata podzielonego na płcie i o niezgodzie na to, by kobiecy los miał być kreowany przez czynniki zewnętrzne. Czasem przez inne kobiety usiłujące wtłoczyć siebie, własną płeć i emocjonalność w ramy, dzięki którym ma się doskonale światowa konstrukcja dobrodziejstwa dla wybranych i banicji buntowniczek. Bardzo podoba mi się tu odważne oraz wieloaspektowe opowiadanie o silnym związku seksualności z tożsamością. Bernardine Evaristo sięga do tego, co tabuizuje społeczeństwo, a czemu z dużą nieświadomością poddają się kobiety, wierząc, że przecież o pewnych intymnych sprawach mówić nie powinny. W tej wielowątkowej opowieści intymność jest nie tyle obnażona, ile stanowi obraz tego, z czym później borykają się bohaterki niepewne zarówno tego, czego oczekuje ich ciało, jak i możliwości samostanowienia. Bo wciąż muszą być do czegoś albo do kogoś dołączane, by się zdefiniować.

Buntownicze transformacje niosą ze sobą dodatkową niepewność. Seksualność, cielesność i intymność wiążą się z tym, co ustalają normy społeczne. Do zderzeń i interakcji dochodzi, gdy heteronormatywny świat opowiada się za wzorcem, w którym nie ma miejsca dla bohaterek tej powieści. Yazz, córka lesbijki i geja, uznaje w pewnym momencie, że płeć jest passe, zafascynowana niebinarnością, dzięki której możliwe jest wyzwolenie z opresji tego, co kultura i społeczeństwo definiuje właśnie przez płeć. Ta staje się istotna w życiu jej matki, Ammy. Wokół tych dwóch postaci koncentrują się kobiety, dziewczyny i te uznane z różnych powodów za inne. Coraz bardziej świadome siebie i swojej siły.

Bernardine Evaristo dzięki wielopłaszczyznowości swojej prozy pokazuje niesamowity rytm, w jakim różnorodne życie pulsuje pod ciemnymi skórami jej bohaterek – gotowych do pokazania, że nie definiuje ich ani karnacja, ani płeć, ani seksualność jako taka. Ale zaskakuje jeszcze inną fantazją – dosłowną i symboliczną opowieścią o tym, co to znaczy znaleźć matkę. Relacje między matkami a córkami są tu zawsze początkiem tego, w jaki sposób rozwinie się dalsze poszukiwanie tożsamości. Ile w tym będzie determinacji buntu pożegnania z matką, a ile siły związku, w którym córka przejmuje kompleksy matki i sama próbuje się z nimi rozprawić. Jest tu zatem silnie sygnalizowana więź, która zawsze określa życiowy puls, ale są tu również historie nieporozumień i dramaty. Za każdym razem Evaristo chce pokazać początek drogi w dorosły i odpowiedzialny świat jako czas dużej niepewności i niemocy. Tymczasem większość bohaterek to pełnokrwiste postacie literackie, których autorka celowo nie portretuje tak dokładnie, jak można byłoby tego oczekiwać. „Dziewczyna, kobieta, inna” to historia opowiedziana w taki sposób, że choć jesteśmy blisko postaci, szansa na prawdziwe zbliżenie jest minimalna. Możemy tylko podglądać i z dala wspierać. Albo się dziwić. Czarnoskóre nieheteroseksualne i pewne siebie Brytyjki nie będą potrzebować wsparcia czytelników. To książka o tym, że życiowa odwaga czasem jest wyborem samotności. Ale również o tym, że aby coś zmienić, trzeba stać się częścią grupy, w której można odważnie unieść pięść. Inteligentna, wieloznaczna i absolutnie pochłaniająca powieść.

2021-04-19

„Riot Baby” Tochi Onyebuchi

 

Wydawca: Relacja

Data wydania: 21 kwietnia 2021

Liczba stron: 214

Przekład: Katarzyna Rosłan

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Życie jako bunt

Tochi Onyebuchi opowiada o wyobcowaniu swoich czarnoskórych bohaterów w nieco inny sposób niż znakomity Uzodinma Iweala, autor „Ani złego słowa”. Jego bohaterowie nie są introwertykami. Nawet gdyby chcieli nimi być, otaczający ich świat nie pozwoliłby na to. „Riot Baby” rozpina swoją dramatyczną narrację między wschodnim a zachodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych, bo południe kraju już w zasadzie nie istnieje, a Amerykanie podzielili się wedle koloru skóry, tworząc tam, gdzie jeszcze jest życie, konglomerat przemocy, pogardy i nienawiści. Rodzeństwo z tej krótkiej, ale bardzo intensywnej powieści będzie musiało walczyć o siebie w złości i dużym napięciu emocjonalnym. Będą działać tak, jakby krzyczeli – wyraziście, przejmująco, w pełen ekspresji sposób. Opowiadając o losach ludzi połączonych więzami krwi, Onyebuchi proponuje panoramiczny świat drastycznych podziałów i wiecznej niestabilności. „Riot Baby” to książka z wyraźnie nakreślonym problemem społecznym. Identyfikacja ze światem poprzez kolor skóry i animozje, jakie z tego wynikają, zbliża tego autora do przesłań powieści Colsona Whiteheada. Ale Tochi Onyebuchi jest jednocześnie bardzo oryginalny. Stawia nie tyle na hiperbolizację, ile na kondensację bardzo wielu treści w krótkiej formie futurystycznej etiudy literackiej. Dlatego to ostra jak żyletka proza o tym, co najgorszego nas spotyka w świecie rasizmu i przemocy. Bardzo mocno zapadająca w pamięć dzięki niepowtarzalnemu rytmowi. Jednak ta struktura spowoduje, że niekoniecznie będzie to książka dla każdego. Onyebuchi stawia bowiem wyzwania nie tylko przed swoimi bohaterami, ale również przed czytającymi. Dawno nie spotkałem się z tak dosadną prozą o gniewie, w której autor ukrył tyle wrażliwości wobec swoich postaci. Dawno nie czytałem książki o tak niepokojącym i niejednoznacznym przekazie.

Mała Ella zadaje babci dramatyczne pytanie: „Czemu wszyscy są przeciwko sobie?”. Ella wychowuje się w świecie, który wciąż buzuje mrocznymi emocjami. W tym świecie przeznaczeniem chłopca jest zginąć zastrzelonym na ulicy, a co czeka dziewczynkę? Ella nienawidzi świata, w którym przygląda się przemocy i bierności wobec tej przemocy. W tym świecie jej mama nosi w sobie nowe życie. Kevin narodzi się tam, gdzie chaos i agresja kreśliły stale niepewne i wciąż zmieniające się granice przestrzeni bezpieczeństwa.

Po latach Kevin stanie do konfrontacji z okrutnym światem, w którym zawsze trzeba dokonywać bezkompromisowych wyborów. Naznaczony miejscem i czasem urodzenia wydaje się skazany na los uwięzionego. I owszem, trafia do więzienia. Poszukując akceptacji w grupie rówieśniczej, która na ulicy chce zaznaczyć swoją obecność i tożsamość, traci wolność. Kiedy ją w końcu odzyska, zorientuje się, że w świecie, w którym przyszło mu żyć, wszystko ma swoją cenę. Także owa wolność, która może być tylko iluzoryczna.

Postać Elli uosabia w sobie pewne fantazje o nadludzkiej sile, dzięki której jesteśmy w stanie zobaczyć i zrozumieć więcej. Tochi Onyebuchi w bardzo oryginalny sposób portretuje bohaterkę, która przyjmuje na siebie ciosy od świata, a jednocześnie jest w stanie te ciosy oddawać. Siwowłosa Ella ma zdolność przemieszczania się w niezwykły sposób, może też zajrzeć również do czyichś wspomnień. Przeplatająca się pierwszoosobowa narracja Kevina, który doświadcza niesprawiedliwości świata w tej najbardziej bezpośredniej formie, z opowieściami Elli kryjącymi w sobie egzystencjalny i metafizyczny niepokój, świetnie budują napięcie książki. Autor od początku do końca usiłuje oddać to, w jakiej niezgodzie na rzeczywistość trwają jego bohaterowie. Odmalować ich bezradność, ale również gniew. To silnie związane ze sobą rodzeństwo będzie parą buntowników, dla których najważniejsze stanie się poszukiwanie wolności w świecie, w którym przemoc wyznaczyła granice niewoli. Nieprzypadkowo sceny więzienne łączą się tutaj z opowieściami z tego tak zwanego wolnego świata poza przestrzenią krat i poza zasięgiem okrutnych strażników. Wszystko, o czym pisze Onyebuchi, to rzeczywistość takich zbiegów okoliczności, które uniemożliwiają wolne wybory. A za opresją stoi nie tylko kolor skóry, lecz również świadomość tego, o co warto walczyć i co staje się nie do pokonania.

„Riot Baby” to wartka opowieść o świecie, gdzie symboliczny żar leje się z nieba, ale w którym bohaterom wciąż jest gorąco przede wszystkim od emocji. Strukturalna i wszechobecna przemoc kształtuje ich tożsamość. A w niej bunt musi połączyć się z agresją. Wydaje się, że nie ma innej drogi. Ella ze swoimi niezwykłymi umiejętnościami może przyjrzeć się, jak naprawdę wyglądają podziały i co je tworzy. Nie jest w stanie jednak ochronić brata przed tym, jakie konfrontacje czekają go z racji tego, gdzie się urodził i jaki ma kolor skóry.

Tochi Onyebuchi sugeruje, że zarówno przemoc, jak i tak zwany pokój to dwa równie sztucznie wykreowane stany, które nie są niczym naturalnym. Człowiek w tej powieści nie jest władny, by tak wymyślić swoje życie w społeczeństwie, aby nikomu nie wyrządzało szkody. Książka opowiada o dekadach powtarzającej się przemocy i powtarzających się stanach iluzorycznego pokoju. Wolność definiuje wszczepiony pod skórę chip, a przemoc – wciąż narastający gniew, który jednocześnie wywołuje gniew w otoczeniu. „Riot Baby” fantazjuje o tym, czym mogą skutkować stany destabilizacji i równowagi, jeśli naznaczone są pogardą i pokładami nienawiści. Czy jednak jest to powieść pesymistyczna w swej wymowie? Na pewno autor stara się sugerować, że tylko pozornie świat przedstawiony odzwierciedla to, co wszystkim nam przychodzi do głowy, gdy myślimy o rasowych antagonizmach w Stanach Zjednoczonych.

Onyebuchi opowiada o ludzkich tęsknotach, które z jednej strony niszczą, z drugiej jednak stają się motorami napędowymi walki o siebie. W świecie tej powieści nie ma miejsca na kompromisy, jednak jest tu czytelnie zarysowana nadzieja pośród bezradności wobec przemocy. Czy cokolwiek pozwoli bohaterom uciec od opresji? Można szukać odpowiedzi na to pytanie, czytając fragmenty „Riot Baby”, jakby były osobnymi opowieściami. Ale dopiero wydźwięk obu historii – siostry i brata – stworzy przestrzeń dla trudnych pytań finałowych.

Onyebuchi proponuje podróż w przyszłość, w której możemy się znaleźć jeszcze bardziej osamotnieni, przepełnieni frustracjami i gniewem. Ukazuje obraz świata niemogącego już istnieć bez podziałów. Jednocześnie zadaje pytania o to, co w gruncie rzeczy dzieli. Bardzo niejednoznaczne fantazje może podsuwać lektura tej dynamicznej powieści o poszukiwaniu ukojenia w świecie wiecznej troski i gniewu.  

2021-04-16

„Antarktyka miłości” Sara Stridsberg

 

Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 17 lutego 2021

Liczba stron: 334

Przekład: Wojciech Łygaś

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Niemożliwości życia

To najsmutniejsza książka, jaką czytałem w tym roku. Doświadczanie smutku jest tu skondensowane. Szwedzka pisarka stawia na niuansowanie rozpaczy egzystencjalnej, a wszystko dodatkowo osadza w surowych dekoracjach. Świat przyrody, który zawsze w swoich książkach gloryfikują Szwedzi, jest światem piękna doświadczającym okrucieństwa. Z sugestywnych opisów leśnego odludzia wyłania się bowiem na wstępie scena, która przeraża i hipnotyzuje. Jesteśmy świadkami brutalnego gwałtu i morderstwa, a ginąca kobieta jakby składała z siebie ofiarę. Czy poddanie się oprawcy nie jest w gruncie rzeczy przemyślaną formą samobójstwa? Sara Stridsberg opowiada o tym, że nic już nie jest możliwe, bo skończyło się życie. Przyjmując ciekawą formę narracji – zastosowaną również przez Elif Shafak w „10 minutach i 38 sekundach na tym dziwnym świecie” – chce zwrócić uwagę na piętno tej niemożliwości. Bohaterka tej książki za życia nie była zdolna do odpowiedzialności za samą siebie. Czuła, że absolutnie nic nie mogła zrobić. Intensywność tej bezradności podkreśla opowieść nieżyjącej. Inni może już tylko obserwować świat. Ten świat, który tak bardzo chciała opuścić, tę przestrzeń rozpaczy. Przygnębiająca opowieść Stridsberg jest jednocześnie wnikliwym studium autodestrukcji i wyobcowania. Zimna w każdym wyobrażonym znaczeniu i zimna dosłownie. Absolutnie bezkompromisowa, choć jest przecież powieścią wielu odczytań, zatem również… wielu możliwości.

Jeśli miałbym posłużyć się słowami o niecodziennej semantyce, napisałbym, że „Antarktyka miłości” jest historią niemiłości, niematek i niedzieci. Już na początku dowiadujemy się, że Inni za życia utożsamiała miłość z jakimś rodzajem szaleństwa. Ona sama nazywa to wprost obłędem. Nie umiała kochać i nie rozumiała istoty miłości, bo nikt jej nie ofiarował tego uczucia wówczas, gdy najbardziej tego potrzebowała. Szła przez życie z wyrzutami sumienia z powodu śmierci brata, która naznaczyła ją na zawsze, odbierając dzieciństwo i wpędzając w tytułowy stan emocjonalny. Inni zamarła ze swoim przeżywaniem oraz poszukiwaniem miłości. Odtrącona przez matkę, nie umiała odtworzyć sobie uczucia, którego być może przez chwilę doświadczała, ale nie była w stanie go zrozumieć. Stridsberg ujawnia emocjonalną kalekę, ale również kobietę, która nie jest w stanie przekazać czułości swoim dzieciom, bo nie otrzymała jej od najbliższej osoby. Pokoleniowe brzemię niedostosowania, bezradności i trwogi zostaje bezkompromisowo przekazane dalej. I ma to swoje bolesne konsekwencje.

„Antarktyka miłości” to bardziej opowieść o tym, co to znaczy nie być matką, niż historia rodzicielstwa, które można uznać za patologiczne. Ta powieść w przewrotny i bardzo dosadny sposób sugeruje, że macierzyństwem jest także świadoma rezygnacja z opieki nad dzieckiem. Inni odchodziła od swojej matki stopniowo, emocje stawały się coraz bardziej lodowate, a upływ czasu pomagał jedynie w niezauważalnym obojętnieniu wobec siebie. Tymczasem na świat przychodzą jej dzieci. Każde z nich otrzymuje szansę na lepsze życie. Cokolwiek zaoferuje im świat, będzie lepsze niż to, co proponowałaby Inni. W macierzyństwie bohaterki są kompulsywność, desperacja, ale przede wszystkim wciąż na nowo akcentowana bezradność. Bycie matką nie jest tu kwestią wyboru. Bycie matką to stygmat, a w nim – wieczny deficyt miłości, której nie sposób poczuć, jeżeli się jej nie doświadczyło naprawdę.

Dzieci również są tu bytami osobnymi i bardzo samodzielnymi. Nie mogą inaczej. Świat przedstawiony tej powieści konfrontuje najmłodszych z takimi formami życia, do których nigdy nie będą gotowe. A jednocześnie uwalnia je nieco od toksycznych zależności. Sara Stridsberg sugeruje, że dzieci wciąż tkwią w jakiejś emocjonalnej niewoli. Że dziecko jest nieświadomym i najbardziej cierpiącym świadkiem każdego nieszczęścia rodzica. Że może być kartą przetargową dla być albo nie być związku. Ostatecznie każde z nich pozostaje tutaj samotne. Jedne z najbardziej poruszających fragmentów to te opisujące wyobcowanie syna Inni. Ale również całość tej klaustrofobicznej historii o tym, jakie udręki przechodzą z rodziców na dzieci, robi wielkie wrażenie, bo jest niezwykle sugestywna. I niebywale smutna.

Tu należy zwrócić uwagę na kompozycję tej książki. Przemyślany chaos narracyjny jest świetnym zabiegiem pozwalającym zarówno pokazać emocjonalne nieuporządkowanie narratorki, jak i wskazać wspólny mianownik dla różnych przestrzeni czasowych. Jest nim rozpacz. A poza nią poczucie niedostosowania społecznego czy emocjonalnego. Inni może opowiadać tylko to, co w danej chwili przychodzi jej na myśl. A każde wspomnienie staje się pozornie nieopanowanym ciągiem skojarzeń. Całość jej dramatycznej historii wybrzmiewa dopiero wówczas, gdy połączymy wizje i właśnie wspomnienia, w których brutalność łączy się z subtelnością ukazywania bólu istnienia. „Antarktyka miłości” jest bowiem o tym, że życie staje się pasmem udręk nie z powodu zbiegów okoliczności, lecz bardzo często z powodu świadomych wyborów. Skąd tak potężny ładunek autodestrukcji w wizerunku głównej bohaterki? Skąd tak silnie sugerowany eskapizm, w którym matce pomagają tabletki, a córce narkotyki? Skąd wzięła się ta bezbronność wobec życia, a z drugiej strony niesamowita siła, by trwać, szukając samej siebie?

Sara Stridsberg zamyka nas w pewnej emocjonalnej klatce i tak prowadzi narrację, że jesteśmy w stanie poczuć bolesną bezradność. Jednak jest to też książka o sile samostanowienia, która wydobywa się gdzieś z wielkiej rozpaczy. Inni chce wykreować ostatnie chwile swojego życia i to ona stanie się panią sytuacji ostatecznej – nie psychopata przekonany o tym, że góruje i decyduje o wszystkim. Ta rozpaczliwa determinacja końca, który jest jednocześnie początkiem całej opowieści, sugeruje pewną przewrotność jej przekazu. Ale jednocześnie czyni „Antarktykę miłości” książką dodatkowo przejmującą. Wspomniany w niej mit o Orfeuszu i Eurydyce stwarza okazję do rozważania tego, kto i na jakich zasadach wybiera egzystencję w mroku. Co jednak w zachowaniach i emocji Inni jest świadomego, a co nieświadomie przejętego w ponurym spadku po matce? Stridsberg formalnie komplikuje swoją powieść w taki sposób, by nie można było uzyskać jednoznacznych odpowiedzi na trudne pytania. A jednocześnie pozostawia nas w jednoznacznie czytelnym mrocznym klimacie, który powoduje, że pożegnanie ostatniej strony tej prozy musi wywołać ulgę. Tyle tylko że czytelnik wydobywa się z matni, Inni zaś nie będzie w stanie tego zrobić. Przeszywająca na wskroś opowieść o tym, że życie to niemożliwość, a śmierć jest tylko początkiem doświadczania innej formy samotności. Wchodzi pod skórę, kiedy uświadamia się sobie, że ta historia wcale nie opowiada o braku odpowiedzialności za siebie.

2021-04-13

„Zmora” Robert Małecki

 

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 446

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zły sen przeszłości

Drugi po „Żałobnicy” thriller Roberta Małeckiego zagęszcza atmosferę w nieco inny sposób. Poprzednia książka mocno stawiała na niedopowiedzenia i miała tak skonstruowany świat przedstawiony, że stale tkwiło się w niepewności tego, z czym ma się do czynienia, co jest zdarzeniem lub rzeczywistym wspomnieniem. W „Zmorze” Małecki również zaproponuje postać kobiety straumatyzowanej przez przeszłość, ale ta książka ma inną strukturę. Wynikającą być może z tego, że dominują tutaj elementy kryminalne i momentami powieść staje się rasowym kryminałem. „Zmorę” czyta się znakomicie, bo skomponowana jest w taki sposób, że podczas lektury mamy do czynienia z puzzlami, które po kolei wskakują na swoje miejsce. Ich układanie jest czasochłonne i wymaga od odbiorcy czujnej antycypacji, jednak całość w przeciwieństwie do „Żałobnicy” z każdym kolejnym rozdziałem się porządkuje. Nie znaczy to, że w „Zmorze” nie będzie elementów zaskoczenia. O to Małecki zadbał bardzo dobrze, tak samo jak o stałe podtrzymywanie napięcia za pomocą mocnych i precyzyjnych zdań wyskakujących z akapitów, osobnych i zawierających w sobie jednocześnie tajemnicę i grozę.

Odebrałem tę książkę jako opowieść o podwójnym dziecięcym odrzuceniu. Historię, w której łączą się ze sobą losy stygmatyzowanego, narażonego na agresję chłopca i dziewczynki, dla której świat porządku i poczucia bezpieczeństwa rozpadł się być może dużo wcześniej. W momencie, w którym straciła matkę. Kama jest dziś dziennikarką powracającą do miasta skrywającego w sobie tajemnice sprzed lat. Małecki portretuje swoją bohaterkę w takim samym zagubieniu i niepewności jak siedmioletniego chłopca, którego ze swojej pamięci Kama nie może już usunąć. Oboje są skrzywdzonymi przez okoliczności dziećmi, które zostały zmuszone do konfrontacji z czymś, co je przerastało. Kama zabrała swoje demony z dzieciństwa w dalsze życie, a młodziutki Piotrek przed laty zaginął.

Bardzo już mocno wyeksploatowany motyw zaginięcia połączony został u Roberta Małeckiego z poczuciem niewyobrażalnej straty. Nieobecność znaczy tutaj dużo więcej, niż można na początku przypuszczać. Dzięki temu wszystko wygląda świeżo i przykuwa uwagę. Zwłaszcza że śledzimy związek dwóch pozornie różnych zdarzeń na przestrzeni kilku lat. Połączy je dużo więcej, niż będziemy oczekiwać. Kama wciąż wspomina matkę, która odeszła przedwcześnie. Podobno zginęła w wypadku samochodowym. Pamięć Kamy o rodzicielce jest bardzo słaba, dużo więcej pamięta ze straty, jakiej doświadczyła kilka lat później. W podświadomości wykreował się jej męczący i przerażający obraz matki, do której nie dane jej było się zbliżyć, ale również obraz „chłopca, który w nią wierzył”, osamotnionego w grupie rówieśniczej rudzielca znikającego bez śladu i pozostawiającego w pamięci bolesny ślad. Bohaterka Małeckiego deficyt bliskości matki usiłuje przełożyć na zbliżenie się do ojca. Wycierając z pamięci wyrzuty sumienia wobec kolegi, idzie inną drogą – stara się wzbudzić w sobie niechęć i nienawiść do chłopca, który ciągle zajmuje jej myśli. Czyja wizualizacja staje się tytułową zmorą? A może chodzi jeszcze o coś innego? O to, że prawdziwa zmora skryła się w czasie przeszłym zupełnie inaczej, niż Kama mogłaby się tego spodziewać?

Silnie angażuje śledzenie relacji bohaterki z ojcem, choć miałem poczucie, że niektóre sceny z ich udziałem mogłyby być bardziej intensywne, zdecydowanie bardziej sugestywne. Kama wciąż jest ukochaną „córcią”, ale ojciec nie jest już tym, kim był przed laty. Silnym mężczyzną potrafiącym chronić swoją dziewczynkę przed złem świata. Owo zło rodzi się gdzie indziej. Małecki zmusi bohaterkę do tego, by się z nim skonfrontowała naprawdę. Aby to zrobić, stopniowo odsłania tajemnice jej ojca. Człowieka, który od początku zachowuje się niejednoznacznie, ale nadal operuje wspomnianym zdrobnieniem, jakby w tym słowie chciał zatrzymać przeszłość i uwięzić Kamę w ramionach pozornie przepełnionych siłą ochrony przez wszystkim, co złe. Relacje córki i ojca zarysowane są wyraźną kreską. Już od samego początku widzimy wyraźną szorstkość, w którą wkrada się czułość, bo kiedyś ta relacja wypełniona była obustronnym zaufaniem. Jednak poczucie bezpieczeństwa, jakie chciał stworzyć Kamie ojciec, zamieni się w pełen fatalizmu świat, w którym nie będzie już miejsca na ekspiację, nie znajdzie się już okoliczności łagodzących, niczego tak naprawdę się nie wyjaśni ani nie wyprostuje.

W „Zmorze” charakterystyczny jest motyw konsekwentnego poszukiwania coraz bardziej niewygodnych faktów z przeszłości. Podkreślony tym, że policja wznawia śledztwo w sprawie zaginięcia Piotrka, a Kama otrzymuje propozycję wzięcia udziału w komercyjnym projekcie mającym na celu opowiedzenie o zdarzeniach sprzed trzydziestu lat. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, że były to trzy dekady spirali kłamstw. Małecki pozwala czytelnikowi nabrać przekonania, że wie dostatecznie wiele o tym, co się wydarzyło, aby następnie zaskoczyć sugestywnymi woltami. Wszystko koncentrować się będzie wokół relacji powiązanych z utratami. Kama na nowo wejdzie w silny związek emocjonalny z matką oraz Piotrkiem. A przecież tych dwojga już dawno nie ma. Coś jednak się obudzi, coś każde spojrzeć na czas miniony inaczej. „Zmora” będzie opowieścią o wspomnianej już konsekwencji podążania ku prawdzie. I historią smutnej porzuconej dziewczynki, która musiała iść przez życie w smudze cienia przeszłości, ale teraz chce raz na zawsze wyjaśnić, jakie zdarzenia ukształtowały ją w taki, a nie inny sposób.

Elementy kryminalne tego thrillera spaja postać komisarza Korcza, którego Małecki w jakiś czytelny sposób nie indywidualizuje, ale też nie ma takiej potrzeby, skoro postać policjanta ma być tylko motorem napędowym fabuły odkrywającej umysł i pamięć Kamy, które muszą zmierzyć się z czymś, co wydaje się niemożliwe do uniesienia. A jednak Małecki doprowadza do finałowych konfrontacji, w których ta książka właściwie nikogo nie oszczędza. Umiejętnie wykreowany finał powieści zamyka wszystkie wątki, ale mimo to pozostawia czytelników w atmosferze niepewności i tajemnicy. „Zmora” jest przejmującą powieścią o tym, że właśnie na niepewności i tajemnicach można zbudować całe swoje życie. Z jednej strony będzie historią pokrzywdzonego dziecka, które samo musi stanąć na nogi. Z drugiej jednak – dużo ciekawszej – narracją o specyficznie rozumianej solidarności przynoszącej więcej bólu i cierpienia, niż można początkowo pomyśleć. Wszystko napisane bardzo sprawnie, bo Robert Małecki jest pisarzem świadomym wagi każdego zdania i każdego akapitu. Przykuwa uwagę, a potem ją rozprasza. To z pewnością książka, przy czytaniu której odbiorca nie będzie się nudził.

2021-04-09

„Sen o okapi” Mariana Leky

 

Wydawca: Otwarte

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 352

Przekład: Agnieszka Walczy

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Możliwości świata

Wydaje mi się, że prawie zawsze, gdy czytam dobrą literaturę, jest to narracja smutna, przygnębiająca, dotykająca bolesnych spraw, koncentrująca się na szeroko pojętym cierpieniu. Tak, to na pewno wdzięczny fundament dla mocnych, wyrazistych i bardzo dobrych powieści. Tymczasem po przeczytaniu historii Mariany Leky wróciła do mnie ta zapomniana trochę wiara, którą ostatnio wiele lat temu rozbudziła książka Johna Steinbecka „Tortilla Flat”, że bardzo dobra literatura może być ze wszech miar pozytywna. Gloryfikować stan szczęścia i opowiadać o harmonii. Wyzwalać ciepłe uczucia, niesamowicie do siebie zbliżać. Myślę, że niemiecka pisarka przypomniała swoim czytelnikom, iż można mieć w zanadrzu mądrą opowieść, która nawet śmierć potraktuje na tyle łagodnie, że skonfrontujemy się z nią tak, że można byłoby to namalować pastelami. Impresjonizm prozy Leky jest tu cechą wyróżniającą, ale poza tym, że to zwyczajnie ciepła powieść, najważniejszy jest sposób jej odbioru. Bo „Sen o okapi” to rzecz absolutnie dla każdego. Można ją czytać w sposób oczywisty i po prostu przyglądać się zarysowanej prozie życia. Można zbliżać się do symboli, których jest tu mnóstwo, bo wydobywają się z siebie jak matrioszki. Wszystko jest całkowicie dosłowne i równie całkowicie metaforyczne. A w tym wszystkim przekonanie, że z tą powieścią i jej bohaterami można się zwyczajnie zaprzyjaźnić.

Choć tytułowa symbolika nasuwa skojarzenia ze śmiercią, nie będzie to książka o aktach ostatecznego żegnania się ze światem, choć oczywiście będą one tutaj miały miejsce i w znacznym stopniu wpłyną na pozostałych, którzy będą żyć dalej. Jedna z bohaterek śni złowieszczy sen. Po nim ktoś powinien umrzeć. A prowincjonalne Westerwald pełne jest ludzi przelęknionych wizją końca ostatecznego. Bo komu tym razem Selma wyśni śmierć? Optykowi, miejscowemu egzegecie świata, który wciąż zmaga się z wewnętrznymi głosami? Puszystej Elsbeth cierpiącej po zdradzie męża i ufającej przesądom? Palmowi, surowemu ojcu i nocnemu myśliwemu? Może doktorowi Maschke, który słynie ze swych psychoanaliz i skrzypiącej kurtki? A może zgorzkniałej Marlies, największej malkontentce z Westerwaldu? Żyjąc z wizją śmierci, wspomniani bohaterowie przypominają o witalizmie na wiele sposobów. To tylko część nietuzinkowej galerii postaci, z jaką przyjdzie nam się spotkać. I – jak wspomniałem – zaprzyjaźnić, bo to społeczność, w której duchowe wsparcie jest najważniejsze i jakkolwiek wszyscy na swój sposób są ekscentryczni, potrafią być jednością w chwilach trwogi. Albo zwyczajnie dają drugim to, czego ludzie od siebie oczekują, często się tego wstydząc. Mariana Leky zamyka swoich bohaterów w pozornie hermetycznej przestrzeni. Wszystko i wszyscy są w oddaleniu od niej. Ale będzie to także opowieść o tych, którzy opuszczają Westerwald, pojawiają się tam jako przyjaźnie witani obcy albo żyją do wewnątrz siebie i tej małej miejscowości. To dynamiczna i pełna empatii wspólnota. Świat, w którym – jak wspomina ojciec narratorki – nikt nie jest sam, bo wciąż może używać zaimka „my”.

To opowieść inicjacyjna, w której pozornie dzieje się niewiele. Dziesięcioletnia Luiza poznaje świat intuicyjnie. Najpierw widzi go fragmentarycznie, potem zaczyna w wyobraźni i z pomocą specyficznej wrażliwości składać w trudną do zrozumienia całość. Przywiązuje się do przyjaciela, który stara się zapamiętać obraz otoczenia takim, jaki jest w rzeczywistości. Od dziecięcej zabawy w pociągu Leky rozpina most do specyficznej relacji wnuczki z babcią. Selma jest dobrem i tajemnicą. Ale to ona stara się najlepiej jak może wyjaśniać świat dorastającej Luizie. To ona nosi ją wszędzie ze sobą, kiedy dziewczynka wpada w objęcia Morfeusza, doświadczając największej traumy swojego młodego życia. Perspektywa widzenia świata przez Luizę poszerza się wówczas, gdy dziewczynka staje się kobietą, a jej uwaga koncentruje się na ludziach, których dopiero poznaje przez to, co czują i jak działają. A potem przydarzy się coś więcej. Uczucie, dzięki któremu Luiza zacznie naprawdę przeglądać się w innych. Widzieć i rozumieć dużo więcej, niż rozumiała do tej pory. Bo przecież świat to wieczne zmiany, których nie dostrzegamy albo nie rozumiemy. Można w ten świat ruszyć i potem mieć tylko kiepskie połączenia telefoniczne z najbliższymi. Można też zostać, wrosnąć w najbliższe otoczenie i dzięki niemu naprawdę zrozumieć siebie. Ojciec Luizy wybiera pierwszą opcję, jego córka wynajduje swój świat na miejscu. A oboje są tak naprawdę w drodze. Mariana Leky opowiada bowiem o tym, na czym polega egzystencjalna podróż i w jak wielu wymiarach jest możliwa.

Poza tym jeszcze tytułowe zwierzę. Takie nieprawdopodobne, a jednak realne. Po okapi nic rzekomo nie może być już możliwe, jednak – jak twierdzi nieżyjący dziadek Luizy – to dzięki istnieniu okapi wszystko staje się właśnie takie. W powieści Leky relacje najbliższych pokazują, że w każdej chwili niemożliwe może stać się jak najbardziej rzeczywiste. W tym pięknym świecie wzajemnego szacunku i wsparcia niemiecka pisarka opowie o wszystkich ludzkich przeżyciach, które kształtują tożsamość. Pokaże swoistą ekscentryczność, pod którą będą się kryły pokłady wrażliwości i empatii. Trudno pożegnać się z tak ciepłym światem przedstawionym, zwłaszcza czytając o ostatecznych odejściach. Ale dla bohaterów „Snu o okapi” przejmujące nie jest to, co może się wydarzyć, lecz wszystkie nierealne wizje stające się rzeczywistością. Dlatego z jednej strony jest to specyficzna fantasmagoryczna opowieść przypominająca baśń, z drugiej jednak – mocno akcentująca emocje i uczucia powieść obyczajowa o najważniejszych dla każdego z nas uczuciach. Od miłości przez atawistyczny lęk przed śmiercią. I wtedy wszystko staje się wyjątkowo realne. Każde spojrzenie bohaterów na siebie, każdy ich dotyk. Każda relacja, w której to, co zwyczajne, urasta czasami do rozmiarów sugestywnej paraboli.

Poza wszystkim jednak Mariana Leky urzeka poczuciem humoru, bo to jedna z tych niewielu książek, przy których właściwie cały czas się uśmiechamy. Komizm słowny i sytuacyjny fabuły idzie w parze z nietuzinkowym poczuciem humoru samej autorki. Dzięki temu skomplikowany przecież egzystencjalnie wymiar tej powieści staje się każdemu bliski. Humor jest tu również narzędziem do tego, aby niektóre fragmenty trafnie odczytać w ich symbolice. Całość jest dodatkowo niezwykle spójna, bardzo zajmująca i przekonująca w tym, jak portretuje różne etapy życia, na których dochodzi do konfrontacji z samym sobą. Poza tym jest też na swój sposób nieprzewidywalna, kiedy zakręca narracyjnie i czasami wyprowadza czytającego w pole. Jakkolwiek odczytywać „Sen o okapi”, jest to niewątpliwie barwna powieść, która na bardzo długo zostanie w pamięci. A najlepsze jest to, że trudno jednoznacznie orzec, co do niej przyciąga i co tak ujmuje. Każdy odbierze ją przez pryzmat własnej wrażliwości i to mi się w pisaniu Mariany Leky najbardziej podoba – szeroki margines dla każdego typu czytelnika. Świetna rzecz!

Więcej o książce - https://bit.ly/31BU1Yv

2021-04-07

„Amok” Izabela Janiszewska

 

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 14 kwietnia 2021

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ostateczne konfrontacje

Izabela Janiszewska zamyka swój znakomity tryptyk o perypetiach dziennikarki Larysy Luboń i policjanta Brunona Wilczyńskiego. Nie idzie w stronę, w którą skierował się jej kolega po piórze, Przemysław Piotrowski, czyli nie stara się swojej kropki nad i postawić w spektakularny sposób. Konsekwentnie i umiejętnie domyka jednak otwarte kwestie z poprzednich książek oraz proponuje odpowiedzi na kilka trudnych pytań. Świetnie prowadzi ku zakończeniu, które zapewne podzieli fanów serii, ale dla mnie jest znakomite, innego nie śmiałem sobie wyobrażać. „Amok” będzie pozornie najmniej angażującą powieścią tryptyku. Być może dlatego, że w czasie teraźniejszym nie dzieje się wiele – wszystko, o czym opowie Janiszewska, będzie powrotem do mrocznej przeszłości i próbą jej pożegnania. Nie wszystkie demony da się uciszyć, a część balastu traumy nadal trzeba dźwigać. Luboń i Wilczyński zostaną postawieni przed ostatecznymi konfrontacjami. Niekoniecznie z antagonistami. Sami muszą zmierzyć się z tym, co wciąż w sobie nieśli, wreszcie zrozumieć niezrozumiane, lecz przede wszystkim ujrzeć siebie w innym świetle. Jakby stanęli z boku i przyglądali się temu, co uczyniło ich takimi, jakimi są. Ale „Amok” to jednak najmocniejsza konfrontacyjnie powieść Janiszewskiej. Bezwzględna i opowiadająca historię o tym, że aby pokonać szaleńca, samemu trzeba stać się szalonym.

„Histeria” koncentrowała się na postaci Larysy. Tu autorka na pierwszym planie postawi Brunona. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to on, a nie dziennikarka, musi zderzyć się ze złem wyrządzonym nie tylko innym ludziom, ale również jemu. A może także ze złem, które on sam zainicjował i którego wciąż jest częścią? Janiszewska łączy cynizm policjanta i narastającą w nim nienawiść z pełnym spokoju psychopatą, który chce rozegrać ostateczną grę. Zaplanował ją i jest przekonany, że Wilczyński to tylko pionek wykonujący przewidywalne ruchy. Szaleniec z „Amoku” jest tak trudnym przeciwnikiem, że aby go pokonać, trzeba zastosować niekonwencjonalne metody. A w nich Wilczyński pozostanie sam. Jego egzystencjalna samotność wraz z silnym wyobcowaniem będą tu mogły zostać fabularnie rozpisane niczym swoista droga krzyżowa. Tym samym Izabela Janiszewska wraca do wszystkiego, co kreśliło nam rozpacz bohatera, pokazując jednocześnie, dlaczego stał się takim człowiekiem, dlaczego do swojego serca pozwolił zbliżyć się tylko Larysie.

Ona będzie w „Amoku” zajęta inną sprawą. Też musi wyrównać rachunki krzywd, ale chce odkryć przerażające rodzinne tajemnice, które naznaczają również sprawę Wilczyńskiego. Bohaterowie pozornie zatem działają osobno. Długo można mieć przekonanie, że tak będzie do końca. Kompulsywne i intensywne zbliżenie fizyczne świadczy jedynie o tym, że są od siebie dalej, niż być może byli do tej pory. Ale wciąż sporo emocji i działań łączy ich w fatalnych zbiegach okoliczności. Larysa stale będzie zdeterminowana i odważna, lecz dla Wilczyńskiego niezwykle czuła. Ci dwoje zostaną sportretowani gdzieś między specyficzną sentymentalną bliskością a stanowczym oddaleniem, kiedy mają do załatwienia własne sprawy z czasu przeszłego.

Historia będzie się tu pisać na nowo, a czytelnik raz po raz będzie miał okazję zrozumieć zagadki zaznaczane w poprzednich powieściach cyklu. Janiszewska wciąż wraca do tematu zawiedzionego zaufania i toksycznych relacji rodzinnych. Larysa słyszy w szpitalu pytanie, które potem będzie stale rezonować w tej powieści: „Myśli pani, że można wybaczyć komuś, kto nas zostawił, kiedy najbardziej go potrzebowaliśmy?”. „Amok” będzie historią o porzuceniu, które na zawsze zmieni świadomość. O odtrąceniu będącym początkiem egzystencjalnego piekła. O konsekwencji, by po latach wyrównać rachunki za to, że mimo potrzeby bliskości ktoś zdecydował się na odrzucenie. Ale w tej książce najważniejsze będą motywacje stojące za kolejnymi działaniami. Upływ czasu podkreślony jest wyjątkowo intensywnie, kiedy jesteśmy świadkami narastającego napięcia między bohaterami. A z tego wszystkiego wyłania się obraz zła, które nie będzie miało definicji; obłędu takiego, że brakuje słów, by go opisać; obsesji wydobywającej się z bardzo konkretnego zdarzenia. Zdarzenia, które wpłynie na życie wielu ludzi.

Czytałem „Amok” także jako interesującą opowieść o krzywdach i niedopowiedzeniach w relacjach między ojcami a synami. Janiszewska zasygnalizuje trzy takie relacje. Każda będzie nakreślona wyraźnie i przejmująco. Mężczyźni czynią sobie okrucieństwa – niektóre traumatyzujące na całe życie, niektóre pozornie nieszkodliwe. W tych toksycznych bliskościach skryte są tajemnice, ale również jawne wrogości. Autorka sugeruje, jak trudno być synem wymagającego ojca i jak niezwykle trudne jest zrozumienie przez ojca, że syn może działać na jego szkodę. Każda z trzech historii ma tu odrębny i wiarygodny psychologicznie zarys. Wraz z ukrytym przesłaniem, że najbliższe osoby mogą ranić najsilniej. Tak na całe życie.

Odsłanianie kolejnych mrocznych kart przeszłości każe przyglądać się znanym już bohaterom z innej strony. Okazuje się, że wiele z tego, co o sobie myślą, zostanie tu zrewidowane. Ujrzą się w innym świetle, ale pozostaną wciąż bezradni ze swoim wyobcowaniem i bólem, któremu początek dały dramatyczne zdarzenia z przeszłości. Larysa i Bruno będą widoczni i charakterystyczni przede wszystkim przez to, jak zostali skrzywdzeni i jak krzywdzą się nadal. Każde z nich ujrzy swoje własne wnętrze przez pryzmat relacji z tym drugim. Oboje staną się w „Amoku” odsłonięci i to będzie ten moment, w którym Janiszewska zdecyduje, co zrobić z taką ostateczną konfrontacją z samym sobą. Dodatkowo zdynamizuje fabułę w taki sposób, by uczynić z tej książki również fascynującą powieść kryminalno-sensacyjną. Historię, w której ważną symboliczną rolę odegrają dwa żywioły – ogień i woda.

Figura postaci płonącej w furii i topiącej się w bezradności zaznaczy tu charakterystyczny kontrast, jakim Janiszewska będzie operować gdzieś na drugim planie, ale wart jest zauważenia. „Amok” to bowiem powieść o sile i bezradności. O kompulsywnym działaniu pod wpływem adrenaliny i o braku wszelkich sił, kiedy kleszcze okoliczności zaciskają się za bardzo. W tym kontraście również wciąż czytelna jest myśl, że nie jesteśmy w stanie uporać się z traumami przeszłości, jeśli doświadczyliśmy ich w domu rodzinnym. „Amok” to również opowieść o porzuconych lub odrzuconych małych chłopcach. Po raz kolejny Izabela Janiszewska wraca do smutnej tezy, że skrzywdzone dziecko pozostanie skrzywdzonym dorosłym. Świadomym jednak wyboru, czy opowiedzieć się po stronie tego, co krzywdzi innych, czy uczyć żyć inaczej. Poruszająca do samego końca opowieść o tym, jak bardzo chcielibyśmy zapomnieć to, co nas ukształtowało. Umiejętne zamknięcie tryptyku pełnego pytań i świetnie rozpisana opowieść, w której starych bohaterów poznajemy na nowo.

2021-04-05

„Łyski liczą do trzech” Olga Hund

 

Wydawca: Czarne

Data wydania: 31 marca 2021

Liczba stron: 184

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Kolejna rewolucja

Słusznie wyróżniona ważnymi literackimi nagrodami Olga Hund powraca po kilku latach z nową powieścią. Trochę się dziwię, że po takim czasie w głowie pisarki urodziła się tak skromna narracja. Ale zapewne Hund lubi minimalizm. Tyle że w strukturze drugiej książki wcale go nie ma. „Łyski liczą do trzech” to rzecz, która mnie mocno rozczarowała. Nieprzypadkowo chyba historię tę chwali typowym dla siebie językiem Ziemowit Szczerek, bo czytając Hund, wciąż miałem z tyłu głowy jego „Siódemkę”. Obie pozycje są swoistymi powieściami drogi. O ile bohater Szczerka mknie po dobrze znanej trasie, o tyle postacie Hund błąkają się raczej chaotycznie po Czechach. „Łyski liczą do trzech” to narracja w znanym już i męczącym mnie stylu. Jedna z tych polskich powieści, w których śmietnik słowny tworzy tak zwaną charakterystyczną frazę. I nie ma co porównywać Hund do Gombrowicza, bo to klasyczny i ograny już wielokrotnie wzorzec „młodej gniewnej i zaangażowanej społecznie prozy polskiej”. Idącej w kierunku przejaskrawień oraz testującej, ile zniesie wyobraźnia czytelnika. U Szczerka była możliwość stoczenia walki z polskimi królami, u Hund można spalić Hradczany. Pytanie tylko: po co?

Najprościej rzecz ujmując, w „Łyskach…” forma zdecydowanie przerasta treść. Ta pierwsza mocno męczy, ta druga jest wtórna. Jedyne, co jest ciekawe u Olgi Hund, to stawianie w interesujący sposób pytań o uprzedmiotowienie kobiet i odważne tezy, że kobiety mogą wyjść poza uwarunkowania, rozpisane dla nich przez mężczyzn smętne scenariusze życia. Bohaterki tej książki nie będą zakompleksionymi i rozczarowanymi dziewczynami, które zawsze muszą wybierać mniejsze zło. Nie będą bierne. Tu wybory podyktowane są świadomymi postawami, w których asertywność łączy się z pragnieniem zemsty. Dlatego kobiety – jakkolwiek surrealistycznie przedstawia ich działania pisarka – będą tutaj górą. Wyjdą z tradycji, by wejść w opozycję. Będą kontestatorkami, za którymi ruszą inni. I to mi się podoba. Wydaje mi się również literackim komentarzem do aktualnych wydarzeń. Niekoniecznie w Czechach.

To także problem tej książki. Kiedy się ją odczytuje bardzo dosłownie i nie wychodzi poza oczywiste symbole, można odnieść wrażenie, że Olga Hund postanowiła skomentować ponurą polską rzeczywistość ostatnich miesięcy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że tak świadoma językowo pisarka, która udowodniła swój talent w „Psach ras drobnych”… tu właśnie chyba rozmienia się na drobne. Napisała pamflet, satyrę i groteskę w jednym. Ośmieszyła szowinizm, ksenofobię, faszyzm i uprzedzenia. Pokazała prostaków i prostackie zachowania, na które odpowiada świadoma młodzież. Całkiem ciekawie wyszła jej opowieść o codziennej stygmatyzacji w kraju, do którego tak chętnie przybywa pewien Amerykanin, ale to trochę za mało na soczystą literacko książkę niebędącą publicystyką.

Kolejną wadą tej powieści jest jej irytująca dygresyjność. Są tu całe strony, które spokojnie mogłyby zniknąć podczas pracy redakcyjnej. Olga Hund portretuje dwie młode bohaterki oraz jednego młodego mężczyznę zza oceanu, który ma tu pełnić funkcję bohatera kontrapunktowego. George jest nie tyle papierowy, ile zwyczajnie zbędny. Podobnie rozczarowująco nakreślona została sylwetka czeskiego policjanta, który na festiwalu integracyjnym oddaje śmiertelny strzał, początkując całe szaleństwo narracyjne Hund. Chwilami można pomyśleć, że mężczyźni w odróżnieniu do kobiet są przede wszystkim niebieskimi ptakami, którymi trzeba kierować. A czasem ich karać. „Łyski liczą do trzech” to także rzecz o męskiej nieodpowiedzialności. Nie tylko portretująca policjanta usiłującego zracjonalizować zło, którego stał się sprawcą, ale wskazująca na tę cechę także w dygresjach. Młode buntowniczki jadą bowiem autostopem z wiekowym hipisem, który nie chce wziąć odpowiedzialności za to, że jest ojcem. Trzeba wyraźnie napisać, że to jest złe.

Kiedy Hund opowiada o fikcyjnej społeczności Caaaków, wokół których koncentruje się intryga sensacyjna i trochę kryminalna, wpada już w stereotypy opowiadania o odwiecznych, ale charakterystycznych i dla współczesnego świata konfliktach społecznościowych. Zarysowane antagonizmy są nad wyraz czytelne. Wszystko jest nakreślone bardzo grubą kreską. Nie ma w tym skonstruowanym wedle szaleńczej logiki świecie czegoś, co mimo wszystko nie byłoby narracją już przynajmniej kilka razy opowiedzianą. Mam wrażenie, że Hund skupia się mocno na języku – chce, żeby to wszystko było błyskotliwe, odważne i prowokacyjne. A nie jest. Siadają zarówno elementy humorystyczne, jak i te groteskowe. W gruncie rzeczy jest się świadkiem pełnej hiperbolizacji historii o opresjach i uprzedzeniach, która sama się opowiada, bo w gruncie rzeczy nie może naprawdę wykroczyć poza formę.

Ładnie i zasadnie jest tu włączyć do fabuły rewolucję. Ale musi być tak iskrząca, żeby ją zapamiętać. Dojrzewa również stopniowo i na różnych frontach. Rozpoczyna się od tego, co najbardziej w swym rozwoju nieprzewidywalne – eskalacji złości. Mechanizmy rewolucyjne są tu uproszczone i w oczywisty sposób przejaskrawione. Tyle tylko że za tym wszystkim nie idzie jakieś istotne czytelnicze zaskoczenie. Nawet wtedy, kiedy – jak już wspomniałem – autorka postanowi rękoma swojej buntowniczej zbiorowości spalić Hradczany. Mam wrażenie, że w tej krótkiej prozie Olga Hund chce zmieścić za dużo, zbyt często i niepotrzebnie rozpraszać uwagę czytelnika, tworzyć coraz bardziej zaskakujące asocjacje. Obawiam się, że momentami powstaje z tego chaos. Co dziwi, bo już w debiucie autorka wiedziała, że z językiem i wyobraźnią można eksperymentować. Tam jednak był to eksperyment pod kontrolą, „Łyski…” są przekombinowane. Nie wiem, czy to wina tego, że autorka poczuła się bardziej pewnie po debiucie, czy może złudnego przekonania, iż tak napisane książki ciągle mają zachwycać polskiego czytelnika. Jednak to wszystko już było. Powieść Hund jest smutnym świadectwem tego, że pewien sznyt polskiej literatury, który wielu uważa za awangardowy i znakomicie ironiczny, jest już naprawdę bardzo wtórny. I niewiele pomagają tutaj nieoczywiste dekoracje, lokacje wydarzeń, nietuzinkowe sylwetki bohaterów stojących po tej dobrej stronie. „Łyski liczą do trzech” to kolejna literacka opowieść o tym, jak to nowoczesny świat nienowocześnie traktuje wszelkie przejawy inności. Jak walcząc o tolerancję, wciąż na nowo otwiera gdzieś drzwi do zachowań ksenofobicznych. Jest tu dużo bardziej groźnie niż śmiesznie, ale koniec końców przemyka się przez drugą książkę Olgi Hund bez tego wrażenia niezwykłości, które towarzyszyło lekturze debiutu.

2021-04-01

„Co się skrywa między nami?” John Marrs

 

Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 24 marca 2021

Liczba stron: 400

Przekład: Ewa Kleszcz

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Domowe piekło

Ponieważ chciałbym się pisarsko rozwijać właśnie w thrillerach, pasowałoby uczyć się od najlepszych, a dotychczas trudno było mi jednoznacznie takich twórców wymienić, przynajmniej jeśli chodzi o zagraniczne nazwiska. To teraz z pełną świadomością mogę wskazać Johna Marrsa jako tego najlepszego i jak najszybciej nadrobić zaległość w postaci lektury innej jego książki, wydanej w Polsce przed czterema laty. „Co się skrywa między nami?” to znakomity thriller. Pełen niezwykle mrocznych, intensywnych scen. Bazujący na dwóch zazębiających się narracjach uzupełniających wzajemnie koszmarną rzeczywistość, w której tkwią przez całe życie kobiety połączone więzią miłości i nienawiści. Nie chodzi tylko o to, że Marrs świetnie przedstawia kobiece wizerunki, co przekonuje mnie bardziej niż mroczne historie o mężczyznach. Chodzi o to, że we wszystkich wyolbrzymieniach jest tutaj niemiłosiernie prawdziwy. Kiedy podczas czytania co rusz można było dochodzić do wniosku, że życie takich scenariuszy nie pisze, z każdym kolejnym dramatycznym rozdziałem przekonywałem się, że tak, właśnie takie rzeczy mogą się dziać w życiu, a sztuką jest uwypuklić istotę psychopatologii ludzkich działań i emocji, by dzięki temu stworzyć mocną książkę.

Cała ta historia wydobywa się ze zwyczajnego życia. Rozgrywa w przestrzeni, którą każdy nazwałby senną okolicą dobrze sytuowanych mieszkańców ładnych nieruchomości, gdzie klasyczne rodziny wiodą nieco nudne i przewidywalne, ale na pewno spełnione i raczej szczęśliwe życie. Marrs nie stara się w żaden sposób sztucznie dramatyzować swojego koszmarnego i sugestywnego świata. Co więcej – nie stara się szukać jakichś wymyślnych chwytów narracyjnych, by oddać przerażające przesłanie tej historii. Będą łańcuchy, będzie piwnica, ogródek z wiadomą mroczną tajemnicą. Będą również retrospekcje, które mają budować coraz bardziej wyraźny obraz tego, co się rozgrywa przed naszymi oczami. Ale co jest tu najważniejsze? Wspomniana intensywność. Autor potrafi na jednej stronie, w jednym akapicie skondensować napięcie, z którym naprawdę trudno jest iść naprzód. Z jednej strony zatem jest to książka, którą chciałoby się przeczytać na wdechu, bo jej dynamiczna kompozycja na to zasługuje. Z drugiej jednak – sięga do tak przerażających głębin ludzkiego charakteru, że po prostu mistrzowsko kwestionuje wszystkie kulturowe paradygmaty związane z tym, jak postrzegamy życie w najbliższej relacji. Zaczyna od pomieszania, załamania oraz przedefiniowania pojęć miłości i nienawiści w relacjach matki i córki. Potem jest już coraz bardziej mrocznie, bo nic nie jest tym, czym się wydaje. Nie tyle żadne z wydarzeń, ile przede wszystkim emocje bohaterek. Jedna z nich uwięziła drugą, ale która tak naprawdę przez całe życie tkwi w przerażającym więzieniu mentalnym?

Maggie żyje w zamknięciu. Jest obserwatorką tego fragmentu codzienności, który może ujrzeć z okien pomieszczenia będącego jej prawdopodobnie dożywotnią celą. Maggie wciąż myśli o uwolnieniu się, ale cały czas wie doskonale, że osobą, która ją uwięziła, jest córka – kochana ponad wszystko, w każdej postaci, nawet najbardziej potwornej, nieprzewidywalnej i cynicznej. Maggie wie, że jej uwięzienie to konsekwencja tego, co zrobiła. Ale ma to również związek z kłamstwami, bo właśnie o nich – rozpatrywanych dosłownie, symbolicznie i w różnych życiowych kontekstach – John Marrs opowiada najbardziej sugestywnie. Pokazuje, jak wiele okrucieństwa może nieść w sobie kłamstwo. Ale pokazuje również, że może wyzwolić. Albo dać taką wiarę w wyzwolenie, że całe życie można zbudować na nieprawdzie z jej toksycznym balastem niesionym przez dekady.

Dlatego Maggie wydaje się pogodzona ze swoim losem. A jej córka Nina wie, że postępuje słusznie. Zdaje sobie sprawę ze wszystkiego, co przez lata skrywała przed nią matka. Dziś Nina potrafi być furią i nienawiścią. Ale bohaterka nie jest władna pamiętać ani zachować w pamięci czegoś innego niż kłamstwa. Być może zorganizowała perfekcyjnie akcję ukarania matki za wszystko, czemu stała się winna. Czy jednak rozumie, kim sama jest? A może Marrs sugeruje, że nigdy nie pojmiemy istoty tej patologicznej relacji?

Pozornie jednak nie ma tu niczego patologicznego. Matka robiła wszystko, by chronić córkę. Córka interpretuje wydarzenia przez pryzmat własnych doświadczeń i ma prawo być wściekła. Ale to nie jest książka o wściekłości. Rozpoczyna się doskonale, pierwszym prowokacyjnym zdaniem: „Przestałam cię kochać”. Nikt nie spodziewa się, ile treści będzie niosła w sobie ta deklaracja i jak wieloznacznie wybrzmi. To zresztą tylko bardzo mocny wstęp do całości książki, która jest piekielnie trudna w odbiorze, bo obrazuje coś niewyobrażalnego, a jednocześnie namacalnie dotkliwego. I nie jest tak, że Marrs postawi na siłę płci, decydując się być może na stronniczą narrację o kobietach i z kobietami w roli głównej. Pojawią się tu mężczyźni, dodatkowo komplikując przesłanie tej historii. Ale „Co się skrywa między nami?” to przede wszystkim opowieść o niebywale silnej więzi matki i córki. O tym, ile toksyczności niesie w sobie, lecz również o tym, na jak wielu niedopowiedzeniach się ukształtowała.

Trudno wybrać fragmenty, które przejmują najmocniej. Na mnie z pewnością ogromne wrażenie zrobiły te opisujące traumatyczne doświadczenia nastolatki, która musi mierzyć się z bezradnością, nieświadomością i gniewem jako efektem eskalacji jednego i drugiego. Są tu sceny wstrząsające i szokujące. Ale cały czas prawdziwe. John Marrs tak konstruuje swoją powieść, że cokolwiek uznalibyśmy za aberrację, wraca do porządku codziennego życia, wtapia się w nie, a potem pokazuje, że jest jego integralnym elementem. Mnóstwo emocji niosą w sobie Maggie i Nina, ale bardzo dużo napięcia jest również w tych szczelinach między ich narracjami. Wtedy kiedy mamy ochotę zrozumieć to wszystko bez ich tłumaczeń. I gdy do zrozumienia pozostaje przede wszystkim rozpacz.

Gniewna i wyjątkowo brutalna jest historia Marrsa uciekającego od konwencjonalnego zakończenia, w którym można mieć satysfakcję z tego, że zatriumfowała sprawiedliwość. Nic tu nie jest sprawiedliwe, nic nie jest dobre ani złe w pełnym uzasadnieniu. Przyjrzymy się domowej psychodramie, która nie zwraca niczyjej uwagi. Wejdziemy do domu, który stanie się przedsionkiem piekła. Dotrzemy do niewyobrażalnie silnych emocji, jakie tylko w dużym uogólnieniu rozpinają się między tym, co rozumiemy jako miłość i nienawiść. Myślę, że to nie tylko znakomity thriller. To fascynująca opowieść o obsesjach, uprzedzeniach, ułomności ludzkiej pamięci i o instynkcie macierzyńskim. O tym, jak bardzo wykoślawiony i przerażający może być. Ale nadal jest miłością. Atawizmem każącym działać tak, by chronić dziecko. Nic nie uchroni nas przed fatalizmem tej opowieści, a John Marrs naprawdę skutecznie przykuwa uwagę, choć wielokrotnie po prostu może czytelnikom zabraknąć tchu. Rewelacja!