2026-04-24

„Lázár” Nelio Biedermann

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 6 maja 2026

Liczba stron: 328

Przekład: Danuta Fryzowska

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 59,90

Młody wiek autora zawsze skłania do większego zainteresowania się książką. Problem polega na tym, że wielu młodziutkich twórców mimo potencjału nie przechodzi w swoich krajach przez sita wydawnicze, dlatego wcale nie uważam, że wiek Nelia Biedermanna stanowi istotną wartość. Najcenniejsze w jego powieści jest to, z jaką lekkością przekracza on granice stylu i konwencji; jak konsekwentnie różnorodnie ukazuje zdarzenia i postaci, które nie są tutaj znacząco pogłębione psychologicznie, ale pokazane w sytuacjach mówiących o nich więcej niż kilkaset stron sagi rodzinnej. Porównanie do „Buddenbrooków” nieco deprecjonuje dokonanie Thomasa Manna, ponieważ Biedermann wybiera własny, bardzo niepokojący sposób opowiadania o upadku rodziny. „Lázár” to książka, która wyraźnie ukazuje kolejne etapy tego upadku i wypunktowuje poszczególne nieszczęścia w taki sposób, że dopiero pod koniec lektury możemy w pełni odczuć bolesny smutek rozpadu czegoś, co nigdy tak naprawdę nie miało statusu bliskiej relacji pokoleniowej.

Myślę, że to w dużej mierze powieść o ojcach, którzy nie umieją kochać ani choćby przytulać swoich synów. Ojcach myślących przez chwilę o tym, że syn to balast, a nie powód do dumy. Ojcach niedorosłych do odpowiedzialności za swoich synów i przekazujących ten fatalizm z pokolenia na pokolenie. Ojcach jednocześnie odpowiedzialnych za swych potomków, ale głównie w sferze zapewnienia im jak najlepszych warunków do życia. Pod każdym względem poza okazywaniem miłości.

Po drugiej stronie widzimy matki: bierne, wycofane, niejednoznaczne w swoim postępowaniu i enigmatyczne w tym, co myślą o swojej roli wobec synów. Kiedy Lajos von Lázár, odrzucający potem swój arystokratyczny przydomek, zmienia całkowicie uporządkowane życie swego ojca barona, wprowadza w życie rodu pewien chaos i niepewność egzemplifikowane tutaj przez wygląd bohatera ‒ poddawanego już od najmłodszych lat stygmatyzacji. Później jednak młody człowiek daje sobie radę, udaje mu się jakoś przewegetować Wielką Wojnę. Gdy dwie dekady później wybucha kolejny konflikt, Lajos nie może już pozostać niezaangażowany i musi wybrać, po czyjej stronie się opowie. Nelio Biedermann prowadzi nas od czasu, w którym „dogasa stulecie” i wiek XIX zmierza ku końcowi, do dramatycznej powojennej walki Węgier o samostanowienie i niepodległość. Obserwujemy tu wiele wydarzeń, które mogłyby pomóc nam lepiej poznać głównego bohatera. Autor stawia bowiem nie tylko na panoramiczność rodzinnych perypetii, lecz również ściśle trzyma się faktów historycznych, opisując wydarzenia wdzierające się w sposób bezkompromisowy i okrutny bezpośrednio w życie rodziny arystokratów albo omijające tych ludzi z powodu rozmaitych zbiegów okoliczności, ale każące im patrzeć na skutki danego zdarzenia.

Początek brzmi niczym mroczna baśń, ku końcowi prowadzeni jesteśmy w atmosferze dramatycznej narracji sprawozdawczej. Pomiędzy jednym a drugim pojawia się kilka eksperymentów stylistycznych. Jednak Biedermann najlepszy jest w tworzeniu scen. Czasami stawia na intensywny w swej wymowie dialog, czasami na sytuację, której konsekwencje nie przeminą. Przygląda się światu mężczyzn i kobiet jakby osobno, co sygnalizuje fakt, że nawet ich zbliżenia fizyczne są tu czymś na kształt przeprawy, która nie zawsze kończy się satysfakcjonująco dla obu stron.

Właśnie akty seksualne, jak również niezaspokojone potrzeby w tym zakresie to temat wybijający się tu i pokazujący, że „Lázár” to powieść o ludziach z krwi, kości, przekonań, a przede wszystkim namiętności. Zbliżenia ciał są nieśmiałymi próbami zbliżenia mentalnego, ale często niewiele z tego wychodzi, bo można odnieść wrażenie, że każdy z bohaterów i jego ciało żyje w odrębnym świecie potrzeb. Antycypacje rozwoju sytuacji pozwalają nam czytać powieść z pewnym spokojem, że zrozumiemy ją do samego końca, jednakże kilka mrocznych retrospekcji czyni z niej niepowtarzalną oniryczną opowieść o istocie obłędu, wyobcowania i życia w fatalizmie wspomnień albo przeczuć, które najbardziej dotykają siostrę Lajosa.

Przede wszystkim traktuje o doświadczaniu nieszczęścia zobrazowanego przez odbieranie bohaterom rzeczy materialnych. Ze wspaniałego zamku w lesie trafiają oni do budapeszteńskiej klitki, gdzie tkwią między workami z ziemniakami, a potem w kurniku. Arystokratyczna rodzina konsekwentnie traci swoje dobra, a idące za tym przemiany psychiczne jej członków pokazują, że autor zdecydowanie koncentruje się na fatalizmie ukazywanym w bardzo różnorodny sposób. Sándor, Lajos, potem Pista zdawać by się mogło, że synowie genetycznie przejmują niepokoje i egzystencjalne lęki swoich ojców. Wszystko jest skrzętnie czymś zasłaniane. U jednego to rutyna, u drugiego bycie zachowawczym, u trzeciego swoiste tendencje ucieczkowe, chociaż to Pista będzie musiał walczyć o swoje z największą intensywnością i determinacją. Ci mężczyźni zdają się przegrani, jak przegrane są losy kraju, w którym żyją. Rozsypuje się monarchia, popada w ruinę majątek rodu. Do Europy wkraczają wojny, ale dopiero ta druga daje do zrozumienia, że nikt bez względu na status majątkowy nie jest w stanie się przed nią ukryć.

„Lázár” zawiera kilka wstrząsających scen, które dają wiedzę o ludzkim okrucieństwie, jakie ogarnęło Europę w ubiegłym stuleciu. Bohaterki i bohaterowie doświadczają upokorzeń psychicznych i fizycznych. Jest tak, jakby wszystko miało się toczyć po równi pochyłej, a pojedyncze chwile szczęścia narrator komentuje z sarkazmem, bo dla Biedermanna nie ma czegoś takiego jak dobra literatura opisująca ludzkie szczęście. Jest za to sporo elementów historycznego kronikarstwa, co zmienia punkt widzenia na to, co czytamy, i z tego powodu oddalamy się od bohaterów. Całość jest też tak napisana, aby czytający poznali pewne wyraźne cechy postaci, jednak nie zbliżyli się do żadnej z nich. Ta hermetycznie zamknięta przed światem rodzina otworzy się na jakiekolwiek zbliżenia z czytelnikiem być może za późno. Lajos bardzo chce żyć „bez łańcucha przodków na szyi”, chciałby zmienić coś w historii rodu, którego członkowie nigdy nie uśmiechali się na fotografiach. Jest jednak bohaterem pełnym niejednoznaczności i skomplikowanym w ocenie, a także trudnym do polubienia, zidentyfikowania się z nim. Tu wszystko dzieje się na naszych oczach bardzo wyraźnie, ale nic nie pozwala się dotknąć, poznać naprawdę. I myślę, że „Lázár” jakkolwiek komplementowany przez porównania do klasyki literatury – proponuje nam tu zupełnie nową artystycznie opowieść. Przede wszystkim o niespełnionych marzeniach i namiętnościach. Ale również o tym, jak krok po kroku spełnia się precyzyjnie opisywany upadek rodziny.

Podoba mi się to, w jaki sposób autor bezpośrednio wprowadza tutaj literaturę, określając jej funkcję wedle własnego uznania. „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta wykorzystane jest chyba najciekawiej. Bardzo interesująco pokazuje, jak Historia deformuje ludzkie losy, a jednocześnie jak niejednoznacznie te losy można zaprezentować. Biedermann stawia jednak na kondensację, jego saga rodzinna jest wyjątkowo krótka. Ale i wyjątkowo intensywna. Czasem odnosi się wrażenie, że jest za dużo Historii, mogłoby zaś być więcej psychologizacji, jednak całość narracji broni się do ciekawego finału jako opowieść o ludziach walczących o siebie w bardzo różnorodny sposób. O tych przegranych i o tych, którzy potrafią wygrywać. Lecz najciekawiej ukazany jest świat obojętny na prywatne doświadczenia egzystencjalne, choć w dużej mierze to właśnie one kształtują bieg historii. Plastyczna narracja, dynamiczny rytm, świetnie rozpisana na ciekawe wątki historia ludzi poszukujących i cierpiących. Kobiet, które można wykorzystać seksualnie bez konsekwencji, i mężczyzn, którym konsekwencje działań i zachowań wyznaczane są w sposób jednoznaczny, lecz i tak to oni są ważniejsi niż kobiety. Nie uciekniemy w tej powieści od śmierci w wielu wymiarach. Mam wrażenie, że nikt nie jest w stanie uciec poza ramy narracyjne tworzone przez młodego pisarza, który wzorując się na innych opowiedział losy zdegradowanej arystokracji w sposób wykorzystujący różnorodne style. Krótka, a jednocześnie kipiąca wewnętrznie powieść. O ucieczkach – fizycznych i od samych siebie. Ale również o pamięci i dumie. Świetnie się to czyta także dlatego, że jest tu tak niespokojnie narracyjnie. Przewidujemy sporo, lecz i tak jesteśmy zaskakiwani.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-04-21

„Dziwna pogoda w Tokio” Hiromi Kawakami

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak Literanova

Data wydania: 8 kwietnia 2026

Liczba stron: 240

Przekład: Anna Zalewska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 54,99

Duże rozczarowanie. Może to nie był dobry czas na tę lekturę, może po prostu przekład nie niesie w sobie przesłania oryginału, a może zwyczajnie to kwestia wrażliwości, którą mam przecież dla literatury azjatyckiej, czego dowodem były moje zachwyty takimi książkami jak „O mojej córce” Kim Hye-jin czy „O zmierzchu” Hwanga Sok-yonga – ta ostatnia opiera się zresztą na podobnej opozycji bohaterów co „Dziwna pogoda w Tokio”, choć wędruje w zupełnie inne rejony fabularne i symboliczne. Z Hiromi Kawakami wiązałem duże nadzieje po tym, jak przed sześciu laty przeczytałem jej znakomitą książkę „Nadepnęłam na węża”. Tam też spacerujemy po świecie, który znaleźć można wokół nas, ale jest on niemożliwy do nazwania. W krótkich formach ze specyficzną metaforyką Kawakami wypadła znakomicie. Tym razem otrzymujemy powieść. Zupełnie pozbawioną cech tamtej książki – odrobiny oniryzmu czy realizmu magicznego. Tu jest monotonnie, lecz w dosłownym znaczeniu. Mam wrażenie, że dla niektórych nowa narracja Kawakami będzie lepsza niż tabletki nasenne. Jest tu także realizm połączony co prawda z ładnymi symbolicznymi scenami jak wspinaczka, podczas której bohater radzi sobie znakomicie, a bohaterka nie potrafi dotrzymać mu kroku. Ale jest też z pięć stron o ulubionej wodzie sodowej albo prawie niezliczona liczba scen, w których postacie alkoholizują się sake czy piwem, jakby to miało dać czytelnikowi dydaktyczną wskazówkę: swojego życia nie są w stanie znieść na trzeźwo.

On jest byłym nauczycielem języka japońskiego i japońskiej kultury. Ona jego dawną uczennicą, która w zasadzie nie zapadła w pamięć, bo była i pozostała nijaka. Nie wiem, po co Kawakami raczy nas wyznaniami bohaterki typu: „Idę smętnie sama, nieznaną drogą”, skoro od początku widzimy aż za bardzo dosadnie, że będzie to opowieść o ludziach z różnych powodów samotnych, ale wypierających tę samotność poprzez swoistą ekscentryczność życia. Cała historia koncentruje się wokół spotkań tej dwójki albo okresów, podczas których się mijają. Żadna rozmowa, choćby częściowo naznaczona symbolicznym przekazem, nie niesie w sobie ani głębszej treści, ani też nie oddziałuje w jakiś sposób na wyobraźnię czy emocje. Nie rozumiem powszechnych zachwytów tą powieścią co najwyżej średnich lotów. I może to największy problem Kawakami, że po świetnych miniaturach literackich, które w 2010 roku nie były tak głośno promowane, weszła w powieść. I zafundowała czytającym kilka godzin prawdziwej nudy.

Co wybudzało mnie z uśpienia przy czytaniu o upijaniu się, jedzeniu i próbie nawiązywania prowadzących zwykle donikąd rozmów? Ciekawe przedstawienie bohaterów jako dorosłych, którzy nie pożegnali swojego dzieciństwa, a mocno w nim utkwili. Każde na innych zasadach. Ona jest osobą, która po prostu czasami zachowuje się infantylnie, choć nie o taki rodzaj tkwienia w swym dzieciństwie tu chodzi. On jest metodyczny, zorganizowany, pełen dobrych i słusznych rad, ale również w swym pragmatyzmie czuły. Bo w nim również tkwi dziecko, jednakże jest ono nieszczęśliwe. Oboje odnajdują specyficzną bliskość być może dzięki temu, że są tymi, którymi nie chcieliby być. Albo ludźmi poszukującymi celu, który bardzo trudno im zwerbalizować. Tak czy owak obie postacie są papierowe, a to, co najciekawsze w tej powieści, to przypisy, gdyż wnoszą przynajmniej jakąś konkretną uzupełniającą wiedzę do tego, jak układają się relacje byłej uczennicy i jej nauczyciela, gdy momentami te role się zamieniają albo ich znaczenie zupełnie zanika.

W ogóle nie rozumiem przechodzenia w narracji z czasu teraźniejszego w przeszły i na odwrót. Nie wiem, po co otwierane są wątki, które nie mają żadnej kontynuacji. Po co ta ekscentryczność na siłę? Jego kupowanie piskląt, jej wręczanie mu tarki w prezencie, szczątkowe dialogi usiłujące oddać jakieś emocje i tworząca się bliskość, która ma tu bardzo specyficzne ramy. Opis tego wszystkiego staje się irytujący nie tylko z powodu przeskoków w czasie narracyjnym. Odsłaniane tutaj karty nie kryją niczego wyjątkowego i odnieść można wrażenie, że Kawakami zapomniała o tym, żeby czytających naprawdę wzruszyć, ale nagle przypomina sobie o tym w zakończeniu i tworzy je inaczej niż resztę opowieści. Poza tym główna bohaterka – choć po prostu egzystencjalnie smutna – zdaje się labilna emocjonalnie, a jej o trzy dekady starszy przyjaciel pokazany zostaje jako bardzo ekscentryczny starszy pan, któremu z jednej strony wszystko jedno, z drugiej zaś – gotów jest okazać czułość i nazwać swoje potrzeby zabrane gdzieś ze sobą przez żonę, która go zostawiła i której ślad pozostaje w retrospekcjach, najciekawszych momentach w tej generalnie sennej fabule.

Tak, oczywiście można układać w wyobraźni puzzle ze scen, które Hiromi Kawakami tworzy jak zdolna scenarzystka. Jego skłonność do hazardu, jej lęk przed piorunami, ich spotkania w specyficznych miejscach i to, jak bardzo łączy ich konsumpcja. Warto zaznaczyć, że opozycyjność bohaterów pokazana jest już na początku, kiedy jedno z nich zamawia do jedzenia to samo co drugie, ale w odwrotnej kolejności. Autorce zapewne chodzi o to, by zestawić ze sobą dwie oryginalne osobowości, które postanawiają porzucić swoją bezpieczną w gruncie rzeczy przestrzeń samotności i otworzyć się na drugiego człowieka, nowe emocje, w końcu na miłość. Jeśli patrzy się na tę powieść jak na historię miłosną, można odnieść wrażenie, że tak ponurej historii dojrzewania do odpowiedzialności za drugą osobę nie sposób stworzyć ot tak. Jakby Kawakami uwzięła się na czytelników, decydując, że weźmie ich na przetrzymanie. Bo przecież pojawiają się opinie, że niektórzy ludzie nie dali rady przeczytać tej powieści do końca ze względu na ziejącą z niej nudę. Ona tam jest. Przeplatana naprawdę dziwnymi scenami z dużym potencjałem, ale wygrywająca swą wszechobecnością. Ileż można czytać o jedzeniu, piciu, nalewaniu lub niewłaściwości nalewania sobie alkoholu, odwiedzaniu miejsc publicznych i powtarzanym do granic irytacji „aha” głównej bohaterki!

„Dziwna pogoda w Tokio” to z pewnością książka dla wybranych. Nie przekonują mnie opinie, że to takie niezwykłe, niebanalne i w surowy sposób piękne. Ani tematyka relacji, ani cała reszta opowieści osnuta wokół tej relacji nie powodują nawet odrobinę żywszego bicia serca. I to jedna z tych książek, po których skończeniu odetchnąłem z prawdziwą ulgą, co spotęgował fakt, że zakończenie jest boleśnie przewidywalne. Szkoda zmarnowanego potencjału, aczkolwiek takich historii w wielu językach i na wielu kontynentach napisano już bardzo dużo. I znacznie lepiej niż zrobiła to japońska pisarka.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić wirtualną kawę TUTAJ

2026-04-10

„Dadzieja” Anna Jadowska

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 11 marca 2026

Liczba stron: 264

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 57,90

Bardzo byłem ciekaw tego, jak reżyserka filmu o dramacie egzystencjalnym kobiety w jesieni życia zobrazowanym w znakomitej „Kobiecie na dachu” sprawdzi się w roli debiutantki literackiej i opowie o zupełnie innym okresie życia – dorastaniu do bycia kobietą. O ile wspomniany obraz filmowy bazuje na kontraście otoczenia z tym, co dzieje się w głowie bohaterki, o tyle w „Dadziei” jedno z drugim tworzy barwną panoramę złożoną ze scen, które mocno zapadają w pamięć. Mamy tu powieść inicjacyjną o dziewczęcości (główna bohaterka) i dziewczyńskości (zadziorna, krnąbrna, pewna siebie i czasem bezlitosna w ocenach siostra bohaterki). Otrzymujemy również pasjonującą opowieść o niuansach życia w cieniu matki, której trudny charakter i jednocześnie silna osobowość na zawsze naznaczają dwie dziewczynki, które cechuje albo uległość, albo wewnętrzny opór wobec rodzicielki.

Narratorka jest szalenie ciekawą postacią. Matka wyznacza, co wolno jej robić, ona sama określa, co wolno jej myśleć. Bohaterka ma bardzo specyficzną wrażliwość. Doświadcza lęków spotęgowanych dodatkowo tajemniczym odejściem jej koleżanki z klasy, której śmierć naznacza wiejską społeczność, stając się często punktem wyjścia do rozmyślań o tym, czym jest życie, skoro śmierć może przyjść tak nagle, w tak zaskakujący i niebywały, a przede wszystkim niesprawiedliwy sposób. Z widmem dramatycznego wydarzenia dorastająca narratorka przemierza własne życie. Opisuje drobiazgowo zdarzenia, które wpłynęły na jej ogląd rzeczywistości. Uczy się żyć w coraz większym niepokoju. Tym większym, im bardziej swobodna i niefrasobliwa staje się jej siostra, która jest praktycznie przeciwieństwem myślenia narratorki – jej nonszalancja, czasem agresja wobec siostry, komentowanie jej wyborów, deprecjonowanie przemyśleń bolą w dwójnasób. A jednocześnie pokazują inną perspektywę. Świat widziany oczyma kogoś, kto nie szuka w nim problemów, lecz pragmatycznych rozwiązań.

„Dadzieja” operuje scenami zdecydowanie filmowymi. Krótkie akty przemocy, których doświadcza bohaterka bezpośrednio i pośrednio, wciąż na nowo podkopują jej wartość samej siebie. Najbardziej przejmują wspomnienia o przemocy seksualnej, która to chłopcom ma pozwalać się dobrze bawić, dziewczęta zaś mają się dostosować, a nie być straumatyzowane. Ale jest też sporo innych scen, w których czas jakby się zatrzymywał. Siarczysty policzek od matki. Wypadek na rowerze. Awantura wywołana zakazanym prezentem od cioci – lakierem do paznokci. W tym wszystkim jeszcze dysfunkcyjna szkoła, która staje się dodatkowym źródłem opresji.

Wydaje się, że osobowość narratorki jest co najmniej tak zawiła i skomplikowana jak opisywana droga nad rzekę. Nie ma tu miejsca na chwilowe nawet poczucie ulgi. Jest ciągłe napięcie poszukiwania – tak jak siostry są ciekawe, kim są ich ojcowie, tak ślad po śmierci rówieśniczki każe zachowywać coraz większy dystans do dorosłych, zwłaszcza mężczyzn. Jadowska opowiada o tym wszystkim w bardzo przystępnym stylu. Całość prezentuje się naprawdę dobrze, ale pojawia się wątpliwość, dokąd to wszystko zmierza i czy autorka chce stworzyć fabułę linearną, stara się wykreować powieść z akcją, czy też jedynie łączy ze sobą asocjacje i w nieco losowy sposób prezentuje jedynie fragmenty opisywanej rzeczywistości, nie jej ramy oraz to, co wewnątrz tych ram znaleźć się powinno. Pisarka asekuruje się trochę na samym początku, pisząc o poczuciu rozsypki myślowej swojej bohaterki. Ale to nie broni chaosu kompozycji książki.

Mimo to czyta się „Dadzieję” z dużym zainteresowaniem, bo jako zbiór scen uzupełnionych przemyśleniami głównej bohaterki jest to książka bardzo dobra, przede wszystkim w portretowaniu wrażliwości wciąż czujnej wobec otoczenia nastolatki, natomiast nie jestem pewien, czy to jest powieść. Można to czytać dalej i nawet dopisanie kolejnych stu stron nie zmieniłoby przekonania, że jesteśmy w jakimś konkretnym świecie przedstawionym, który jest nam pokazywany tylko fragmentarycznie. Rzadko, czasem wręcz nigdy kolejna scena nie wynika z poprzedniej. Jadowska idzie swoim tokiem ujawniania tego, co myśli o sobie i swej wiejskiej codzienności osoba niepozbawiona zdolności uważnej obserwacji. I tak jak nie dawała prostych odpowiedzi w swoim pozornie statycznym filmie „Kobieta na dachu”, tak tutaj tworzy rzeczywistość będącą pozornie rzeczywistością jakiejś sennej wsi, w której dużo się pije, modli, wszyscy się znają, obgadują, każdy rozumie swoją rolę w hierarchii społecznej i tylko te dwie dziewczynki jakoś to wszystko rozbijają na niuanse. A raczej ta młodsza siostra, która dzięki swojej bezkompromisowości prowadzi starszą tam, gdzie ona sama nie miałaby śmiałości się udać.

Wioska to także przestrzeń plotek i opowieści wzbogacanych przez lokalną wyobraźnię. To wszystko dodatkowo transformuje w umyśle tej, która widzi rzeczywistość inaczej, ta rzeczywistość utrudnia jej zasypianie, jest dodatkowo chropowata i bezkompromisowa, gdy bierze się pod uwagę trudne relacje bohaterki z własną matką. Bohaterce jest coraz trudniej. Coraz więcej traci, prawie nic nie zyskując. Dochodzi do wniosku, że niewiele albo nic nie można mieć w życiu na zawsze. Widzimy ją w roli młodziutkiej dziewczyny, ale orientujemy się, że całe to opowiadanie to retrospekcje kobiety już ukształtowanej i wracającej do wspomnień. Tych bolesnych, lecz także tych, które wiązały się z niejasnymi sprawami. Bo narratorka ruszyła w dorosłość pośród tajemnic i niedopowiedzeń – jak śmierć dziewczynki wstrząsająca wioską.

„Dadzieja” to również opowieść o tym, w jaki sposób można buntować się wobec rzeczywistości w języku. To młodsza siostra tworzy neologizmy, by nazywać rzeczy, które główna bohaterka chciałaby widzieć takimi, jakie są. A trudno je widzieć, skoro tak wiele się nie rozumie. I narasta w niej niepokój egzystencjalny. Interpretuje zdarzenia po swojemu. Uznaje, że jej myśli mogą być rzeczywistością. Anna Jadowska proponuje nam bardzo nieoczywisty obraz dojrzewania do samoświadomości, podczas którego internalizuje mnóstwo niepokojących bodźców i trudnych do uniesienia komentarzy dotyczących zachowania. Jest to jednocześnie zbiór bardzo plastycznych i zapadających w pamięć scen, które nie łączą się w całość. Jakby zabrakło pomysłu na to, w jaki sposób poskładać te ciekawie rozpisane elementy i nadać im formę zwartej powieści.

Dadzieja” nie jest powieścią. To trochę notatnik zapamiętywania i pamięci, która deformuje rzeczywistość, a trochę feminizująca historia doświadczania przemocy i budowania pancerza chroniącego przed kolejnymi aktami przemocy, które przychodzą zwykle z męskiego świata. A przecież mężczyźni są tu jakby nieobecni – ci tuż obok często pijani, jakby przezroczyści, będący zagadkami sami w sobie. Ci nieobecni fizycznie stają się punktem odniesienia do rozmaitych dziewczęcych fantazji, bo każda siostra poszukuje ojca, jak poszukuje swojej przynależności i tożsamości. Te drogi zaprezentowano kontrastowo i dlatego książka Jadowskiej jest tak interesująca. Chwilami można odnieść wrażenie, że poczynania i rozmyślania tej młodszej siostry są tu dużo ciekawsze. Ale otrzymujemy coś zupełnie innego. Dobrą jakość literacką, która sprawdza się jednak w obrębie sceny, nie całości opowiadania.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-04-07

„Złe decyzje” Yrsa Sigurðardóttir

 

Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania: 8 kwietnia 2026

Liczba stron: 376

Przekład: Paweł Cichawa

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,90

Jaka to przyjemność: po trzech latach wrócić do czytania Yrsy Sigurðardóttir! W międzyczasie konkurencja pisarska na Islandii mocno się rozrosła, ale autorka wie, że nikt nie jest w stanie jej zdetronizować, choć w przeciwieństwie do wielu piszących zawodowo Islandczyków Sigurðardóttir tworzy „po godzinach”, pracując w zgoła odmiennym zawodzie. Tym razem poza znakomicie zaprezentowaną z wielu perspektyw historią kryminalną ważna i cenna poznawczo jest lokalizacja zdarzeń. Nie wszyscy wiedzą, że Islandia to nie tylko jedna wyspa, ale także archipelagi lub mniejsze wysepki tuż obok. W „Złych decyzjach” przeniesiemy się do Vestmannaeyjar, na archipelag na południe od Islandii, a dokładnie na półwysep Stórhöfði, do którego nawet ja, odwiedzając Vestmannaeyjar, nie dotarłem, skupiając się na wulkanie oraz osadniczej części Heimaey. Z mrocznymi intrygami doskonale współgra tutaj wybrana pora roku – styczeń to jeden z najbardziej nieprzyjemnych miesięcy na Islandii, a autorka pokazuje to już w pierwszej scenie, gdy sugestywnie opisuje śnieg kłujący jednego z bohaterów w twarz. Potem jest mgła, więcej śniegu, potężny wiatr i opowieść, która rozgrywa się zasadniczo dwutorowo i w taki sposób, że przez chwilę można stracić czujność, myśląc, że te dwa tory narracyjne są symultaniczne.

Nie są. Nic nie jest tutaj tym, czym się wydaje – może poza dzikością natury pochłaniającą ludzkie sekrety. „Złe decyzje” kryją ich mnogość. We wspomnianej interesującej lokalizacji pojawia się kontrolowany chaos. Coraz więcej niedopowiedzeń i tajemnic powoduje, że czytający dezorientują się w sieci uwarunkowań, które mogą sprawiać wrażenie nieprawdopodobnych. A jednak takie nie są. I wszystkie rozsypane puzzle znajdują tutaj swoje miejsce, gdy ujrzymy w pełni mroczny obraz namalowany słowami Sigurðardóttir – jak zawsze z mistrzowską klasą.

Powieść wykorzystuje ograny literacko motyw tajemnicy grupy przyjaciół, którzy po latach spotykają się ponownie, by wrócić do czegoś, o czym chcieliby zapomnieć. Prezentowana grupa ma jednak specyficzną hierarchię; relacje w niej – a wraz z nimi wewnętrzne sojusze – zmieniają się. To wszystko portretuje jeden z bohaterów, który wydaje się zdystansowany w stosunku do reszty nie tylko dlatego, że pojawił się na Islandii, przylatując zza oceanu. Jednak jak każdy w tej grupie chce pożegnać koleżankę, która straciła życie. Dziś na jej pogrzeb płyną trzydziestolatkowie – kiedyś połączeni traumatyczną sytuacją, obecnie mający uporządkowane życie, dobre pozycje zawodowe i płace oraz ułożoną całą resztę, na którą ciężko się pracuje i by tego nie stracić, jest się w stanie zrobić wszystko. Na przykład konfabulować.

Konfabulacje połączone z misternym opisem narastającej paniki tworzą tutaj nie lada wyzwanie czytelnicze. Jak wspomniałem, ważna jest perspektywa opisu. Tylko jedna z postaci jest w stanie opowiedzieć nam o reszcie. Ten piąty. Najbardziej chyba rozsądny. Najmocniej przeżywający wszystko, co zacznie się dziać na dzikiej wyspie. Najciekawszy psychologicznie, bo próbujący racjonalizować to, co dzieje się z jego koleżankami i kolegami, kiedy wpadają w pułapkę toksycznych zależności związanych z tym, że przeszłość przypomina się tu wyraźnie, bardzo wyraźnie. Dobitnie jak śmierć. Nie tylko ta, z którą związany jest pogrzeb – zasadniczy cel wizyty w Vestmannaeyjar.

Na drugim torze mamy dużo chłodniejszą emocjonalnie narrację dotyczącą losów patolożki, która przybywa ze stolicy, gdy okazuje się, że na wyspie prawie że spłonęło ciało jednej kobiety, druga zmarła tuż obok płonącego stosu, a trzecia walczy o życie i jest w krytycznym stanie. Tu tylko pozornie zapanuje porządek wynikający z metodycznej pracy lekarki i zespołu policyjnego, który w mniejszym lub większym stopniu ją wspomaga. Punktem wyjścia są dwie absurdalne śmierci. Finalnie w historii lekarki odsłaniane są karty, które psychologicznie uwiarygodniają bohaterkę w nieco inny sposób, niż ma to miejsce w przypadku piątki przyjaciół. Tu mamy dramatyczną historię rodzinną, w której niektóre bolączki nie przemijają, a na pierwszym torze – do którego wracam – zaznaczone jedynie punktowo jednostki postawione wobec największego zagrożenia: utraty tak zwanego normalnego i poukładanego życia.

„Czasem niewiedza jest błogosławieństwem”. Nikt jednak nie pobłogosławi piątki przyjaciół. Raczej będą oni schodzić do kolejnych piekielnych kręgów, odkrywając, dlaczego tak naprawdę znaleźli się na wyspie. Podoba mi się dynamizm islandzkiej pisarki pokazującej, do jak absurdalnych zachowań mogą posunąć się pozornie uporządkowani ludzie, których cechuje zdrowy rozsądek – w końcu zdroworozsądkowo ułożyli sobie życie i chcą, by wszystko pozostało tak, jak jest. Ile są gotowi zrobić, by zatrzeć ślady przeszłości? Jak daleko posunąć się w autodestrukcji, jak blisko śmierci stanąć? Świetnie dobrany tytuł powieści funkcjonuje tu w wielu wymiarach i na kilku planach czasowych. Ale ujmuje sedno tej historii: działanie impulsywne może pogrążyć, a w chwili niestabilności nerwowej można zrobić wszystko. Czasem stać się potworem. Czasami targnąć na swoje lub cudze życie. Bo przecież, jak mówi jeden z bohaterów: „Wszyscy mamy w sobie coś dobrego i coś złego, prawda?”.

Surowość przepięknego otoczenia znakomicie współgra tutaj z poczynaniami ludzi, których umysły i serca wydają się równie surowe – dla innych i dla samych siebie. Wiwisekcja emocji patolożki idzie w parze z punktowaniem jedynie tego, co dzieje się w emocjach piątki przyjaciół. A właściwie ludzi już całkowicie sobie obcych, którzy w rywalizacji o życiowy spokój są gotowi kąsać się nawzajem. Albo zrobić coś jeszcze gorszego. Całość przedstawiana z perspektywy tego, który robi wszystko, by nie oszaleć, gdy na jaw wychodzą coraz bardziej mroczne szczegóły wydarzeń sprzed siedmiu lat, a pogrzeb znajomej to dopiero początek ekstremalnych doświadczeń. Bliskość żywych i umarłych czyni z tej powieści fascynującą lekturę o tym, do czego możemy być zdolni, zaspokajając swoje własne potrzeby. Do czego może doprowadzić chora lojalność i czym ona jest tak w ogóle. Vestmannaeyjar staje się areną przerażających zdarzeń. Ich nagromadzenie zaskakuje i zachwyca jednocześnie, bo dzięki tej mnogości „Złe decyzje” zyskują jako kryminał, gdyż praktycznie każdy detal zostaje tutaj wyjaśniony, a ważne okazują się także postacie spoza pierwszego planu. Jak również te, które nie żyją, a choć pozornie nie wniosą już nic nowego, to wnoszą niepokój. Przeradzający się w szaleństwo. To jak żywioł islandzkiego sztormu, który najpierw wysyła charakterystyczne zapowiedzi, a potem smaga ląd bezlitośnie i długo. Tu poznamy ludzi, którzy nie mieli lub nie mają litości, ale także tych, którzy potrafią antycypować zagrożenia, jednak nie są w stanie pomóc samym sobie.

Brawurowo opowiedziana historia o tendencjach ucieczkowych, które przynoszą zarówno ukojenie, jak i coraz więcej napięcia. Eskaluje ono tu w kilku wymiarach. Można uznać, że bohaterowie tej powieści Yrsy Sigurðardóttir są skazani… przede wszystkim na siebie. I to może wydać się jeszcze bardziej makabryczne niż śmierć, której niejedno oblicze tutaj ujrzymy. Mocna rzecz i znaczący dowód na to, że autorka wciąż jest w formie. Zastanawiam się tylko, na ile w opisach detali ucierpiała pierwotna islandzka wersja, bo czytamy jej przekład z angielskiego na polski. Mam wrażenie, że w tłumaczeniu wprost z języka islandzkiego mógłby nam zostać tutaj zaprezentowany jeszcze gęstszy mrok. Ale i tak mamy go pod dostatkiem. I ludzi, którzy nigdy z mroku nie wyszli, a ich wrogiem może być własny cień. Druga część nowego cyklu pisarskiego czyta się znakomicie także bez znajomości pierwszej książki.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ