Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura argentyńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura argentyńska. Pokaż wszystkie posty

2022-03-25

„Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” Mariana Enríquez

 

Wydawca: Echa

Data wydania: 23 marca 2022

Liczba stron: 368

Przekład: Marta Jordan

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Historie grozy

Poznając polskie tłumaczenia współczesnej literatury argentyńskiej, można odnieść wrażenie, że to narracje pozostawiające nas w specyficznym rodzaju niepokoju i nieustające w zaskakiwaniu formą. „Bezpieczna odległość” Samanty Schweblin to literacka miniatura, która wchodzi pod skórę na zawsze, operując środkami obrazowania bardzo bliskimi „Niebezpieczeństwom palenia w łóżku”. U Ariany Harwicz, autorki „Zgiń, kochanie”, ujrzymy tak samo drapieżne i niejednoznaczne portretowanie kobiecej psychiki, którego doświadczamy, czytając opowiadania Mariany Enríquez. W końcu niedawno wydana argentyńska powieść „Wyborny trup”, gdzie Agustina Bazterrica w przerażającej wizji postapokaliptycznego świata ukazuje – jak Enríquez na przykład w opowiadaniu „Brudny dzieciak” – te wszystkie okrucieństwa, które możemy sobie jako ludzkość wyrządzić. Biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie argentyńskie pisarki, które wymieniam, są przedstawicielkami jednego pokolenia – dzieli je najwyżej po kilka lat – można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Argentyna swoim kobiecym literackim głosem opowiada nam przede wszystkim o świecie niepokoju i grozy. Wszystkie te pisarki koncentrują się na najbardziej mrocznym odwzorowywaniu ludzkiej psychiki, bo szanse na bycie zrozumianymi opierają często na turpistycznym obrazowaniu, dla którego charakterystyczna jest dosadność. Wszystkie wspomniane książki i ta, której poświęcam niniejsze omówienie, są w dużej mierze prowokacyjne. Ale bardziej ujmuje i przejmuje mnie ich nieprzewidywalność. Tu Mariana Enríquez wypada chyba najlepiej, gdyż obcowanie z jej opowiadaniami jest jak smakowanie wykwintnych czekoladek, których nie miało się nigdy dotąd w ustach, a których specyficzne smaki zawsze naznacza wyraźna nuta goryczy.

Ta książka usatysfakcjonuje dwie grupy czytelnicze. Tych, którzy przed laty zapoznali się już ze zbiorem „To, co utraciłyśmy w ogniu” i chcą przyjrzeć się początkom warsztatu twórczego autorki, bo „Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” to jej wcześniejsze opowiadania, jak również tych, którzy – jak ja – w ogóle nie znali twórczości tej pisarki i mogą tu prześledzić jej rozwój, ale również konsekwencję w stosowaniu wybranych technik obrazowania świata przedstawionego. Historie od pierwszej do dwunastej to ten zbiór będący początkiem. Kolejne, przypomniane po latach, starają się poszerzyć spektrum przerażenia i wieloznaczności, które Enríquez konsekwentnie traktuje jako jedyny sposób opowiedzenia kobiety, Argentyny i bolesnych doświadczeń egzystencjalnych w sensie jak najbardziej ogólnym. Wszystkie razem tworzą całość, która po pewnym czasie przestanie zaskakiwać formą, ale wciąż na nowo będzie prowokować treścią. Są tu opisane sceny, przez pryzmat których patrzy się na kolejne opowieści, jak również zachowania bohaterek jakby uzupełniające w następnych opowiadaniach obraz bezradności, dezintegracji, a także takiej formy kontaktu ze sobą, za którą stoi pustka przerażenia. Enríquez nie epatuje nią jednak tylko po to, aby była zapamiętywalna czy bardziej sugestywna. Groza różnego rodzaju – bo i wiele tych tekstów jest w konwencji horroru, który nie ma tu jednej i czytelnej definicji – jest dla argentyńskiej pisarki narzędziem nie tylko poznawania świata, ale przede wszystkim tworzenia specyficznego pomostu między tym, co jej bohaterki przeżywają naprawdę, a tym, co surrealistycznie i irracjonalnie kieruje nas w stronę jakiejś dziedziczonej czasem w kolejnym pokoleniu traumy. Ale traumy osadzonej nie tylko w psychice. Traumy determinującej zdolność oglądu rzeczywistości. W tej książce będzie się ona rozpadać na tysiące maleńkich fragmentów. To będą puzzle obrazujące odwieczną walkę życia ze śmiercią, w których pojawiają się również defetyzm oraz obsesje seksualne. Całość robi naprawdę duże wrażenie i widać dbałość o pozornie nieistotne szczegóły – dzięki nim Mariana Enríquez proponuje nam dużo więcej opowieści niż te, które możemy formalnie odróżnić od siebie.

Fascynująca, drapieżna i nieokreślona jest tu przestrzeń dużego miasta, w którym koegzystują ze sobą różne formy szaleństwa. Często jest to Buenos Aires, ale na przykład opowiadanie „Rambla Smutna” zabiera nas do Barcelony, która wydaje się w równym stopniu zdeformowana przez niepokój i zepsucie co argentyńska stolica. Lecz są też inne miasta, a także konkretnie wydzielone na potrzeby tych tekstów dzielnice. Wydaje mi się, że wyraźne nakreślenie ram przestrzennych służy podkreśleniu intensywności piekła egzystencji. Jesteśmy świadkami tego, w jaki sposób narratorki opowiadają o wewnętrznych przemianach, ale one wszystkie wydają się zespolone z tym, że transformacji ulega również miejska tkanka. A w niej widzimy coraz więcej aberracyjnych zachowań, coraz więcej niepewności tego, co ma właściwy kształt i przeznaczenie, coraz mocniej też zaznacza się wizerunek miasta lub dzielnicy jako mrocznego labiryntu.

Kolejnym intrygującym i bardzo przykuwającym uwagę do tej książki czynnikiem jest motyw małoletnich – zagubionych, skrzywdzonych, wyobcowanych i cierpiących. To nie tylko enigmatyczne postacie jednego z dłuższych tekstów tego zbioru, czyli opowiadania „Powracające dzieci”. To także mali bohaterowie pojawiający się na drugim planie albo epizodycznie wnoszący dodatkowy rodzaj niepokoju. Ostatecznie są tu też dzieci wyrastające na dorosłych ludzi, którzy dźwigają na swoich barkach ogrom traum. Dorastające dziewczynki stają się przepełnionymi wewnętrznymi lękami kobietami. W opowiadaniu „Cysterna” zderzają się ze sobą naturalizm strachu przed własną tożsamością i sposób, w jaki tożsamość może ukształtować magiczna legenda, zapisane gdzieś w świadomości podanie o irracjonalnej sile sterującej umysłem. Bo bardzo często do tego, co oczywiste i pokazane w naturalistyczny sposób, Mariana Enríquez dodaje elementy czarnej magii i turpistyczne dekoracje. Albo czyni cały świat przedstawiony przerażającą podróżą między tym, co wyczarowane, wyśnione, wyobrażone i przepełnione warunkowanym strachem, a instynktownym lękiem.

Tytułowa miniatura literacka jest dość turpistycznym studium wyobcowania i dobrze wyodrębnić sobie to opowiadanie spośród pozostałych, bo mam wrażenie, że za pomocą bardzo prostych, ale i mrocznych środków wyrazu argentyńska pisarka wprowadzi nas do świata dużo bardziej skomplikowanego – przede wszystkim poprzez nagromadzenie fatalistycznych środków wyrazu. Pójdzie w mocny naturalizm, na przykład nieraz opisując to, jak ktoś defekuje na ulicy. Wejdzie w sposób opowiadania o egzystencji przez pryzmat szokującego fetyszyzmu seksualnego. A to wszystko jest naprawdę początkiem, albowiem Enríquez nokautuje tu nie tylko swoje bohaterki, lecz również czytelnika. Stąd też sugestia, aby czytać te opowiadania, rozkładając sobie lekturę w czasie. Nie chodzi tylko o ich intensywność. Chodzi również o dostrzeżenie zależności między nimi w takim wymiarze, w jakim odnajdziemy je dopiero wówczas, gdy minie pierwszy szok, a symbolika tych opowieści spokojnie osiądzie w naszej wyobraźni.

To również proza, która umiejętnie wykorzystuje artystyczną rolę wulgaryzmów czy kolokwializmów. Autorka dzięki temu jest oczywiście blisko prozy życia, ale stara się jednocześnie zobrazować doświadczenia graniczne, do opisania których potrzebne są obrzydliwe narzędzia. Ten obcesowy język staje się tu jednak twórczą materią opowieści. Mariana Enríquez wychodzi poza tak dosadnie portretowany świat nie tylko dlatego, że proponuje nam tu kilka spotkań z duchami i momenty, w których opowiadanie o śmierci staje się nieoczywiste, gdy snuje je ktoś nieżywy. Każdy z tych dosadnych i barwnych tekstów prowadzi nas w stronę ludzkiego nieszczęścia. A jednocześnie w stronę różnorodności życia. To również książka bardzo lojalna wobec grozy życia, którą tutaj kreuje. Myślę, że to jedna z ciekawszych publikacji tego roku. Jednak nie jest to lektura dla czytelników o słabych nerwach. Aż się boję sięgać po kolejną argentyńską książkę.

2021-01-27

„Wyborny trup” Agustina Bazterrica

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 27 stycznia 2021

Liczba stron: 272

Przekład: Patrycja Zarawska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Świat nazwany na nowo

Argentyńskie pisarki potrafią zaskakiwać. Zarówno „Zgiń, kochanie” Ariany Harwicz, jak i „Bezpieczna odległość” Samanty Schweblin to książki, które zapisały mi się w pamięci na stałe. Podobnie jest z „Wybornym trupem” – powieścią napisaną w sprawozdawczym i zasadniczym stylu, a jednak budującą scena po scenie atmosferę wyjątkowej grozy, bynajmniej nie z powodu prezentowanej fabuły. Agustina Bazterrica sięga do fantazji, która stworzyła już niejedną przyciągającą uwagę historię. Można bać się tego, że powieść będzie bazować na taniej sensacji i została napisana tylko po to, by epatować mrocznym naturalizmem. Nic z tych rzeczy. Postapokaliptyczna wizja ludzkości, która zalegalizowała kanibalizm, nie jest opowieścią o okrucieństwach, które możemy sobie nawzajem wyrządzać. To przede wszystkim – i najbardziej przejmująco w tym zakresie wybrzmiewająca – powieść o tym, że można sobie stworzyć każdy nowy świat, jeśli odpowiednio nazwie się w nim rzeczy i te nazwy usankcjonuje w powszechnej świadomości. Bazterrica opowiada o tym, że możemy być tym, czym się nazwiemy. O tym, że nomenklatura porządkuje świadomość, a ta podda się każdej aberracji, jeżeli uwierzy, że system pojęć i znaków jest słuszny i ma obrazować rzeczywistość dostosowaną do potrzeb i oczekiwań.

A w takiej rzeczywistości egzystują ludzie, którzy przerażeni wizją zabójczego wirusa wymordowali wszystkie zwierzęta na świecie. Nie udało im się dosięgnąć tylko ptaków, więc boją się ich i chodzą pod parasolami. Porzucili jednak inny lęk. Przełamali barierę, która wydaje się nie do przełamania. Pożegnali świat etyki i moralności sprzed śmiercionośnej Przemiany i postanowili hodować na mięso gatunek ludzi. Kiedy zapomni się o tym, że ludzkość z takiej wizji mogłaby wytwarzać substytuty białka zwierzęcego, wizja argentyńskiej pisarki staje się w niepokojący sposób prawdopodobna. Ludzkość potrzebuje mięsa, a skoro go nie ma, wykorzysta własne zasoby. Tym samym stopniowo zacznie kreować nowy świat – taki, w którym człowiek może zarżnąć drugiego człowieka bez mrugnięcia powieką.

I tu pojawiają się dwie kwestie, które Agustina Bazterrica świetnie obrazuje. Po pierwsze – ustalenie porządku w świecie, w którym ta sama istota to jednocześnie konsument oraz jego pokarm. Na jakiej zasadzie odróżniamy, który człowiek ma być mięsem, a który otrzymuje przywilej pozostania człowiekiem i normalnego życia? Co to znaczy, że istota ludzka staje się towarem konsumpcyjnym? Jak stworzyć i kontrolować jego hodowlę? Jest bardzo cienka granica między rzeźnikiem a byciem jego mięsem. Właściwie można odnieść wrażenie, że nie ma jej wcale i tylko swoista umowa pozwala ludzkości nadal funkcjonować w znanych już i ukształtowanych ramach społecznych. Druga rzecz, na którą autorka zwraca uwagę i bardzo dobrze opisuje, to mentalność bohaterów. Osób, które za wszelką cenę chcą być znieczulone i obojętne. Które mają normalnie, bez emocji i rozmyślań, rozpoczynać kolejny dzień zarzynania innych osób, a ich myślenie i działanie nazywają mocne pierwsze słowa tej powieści, nad którymi zastanawia się główny bohater. Mamy w „Wybornym trupie” ludzi, którzy znaleźli swoje własne sposoby na to, by nie angażować umysłu w to, co robią codziennie. Są wyjałowieni emocjonalnie. Działają zadaniowo. Potrafią być skutecznym oprawcą, bo doskonale wiedzą, że w każdej chwili mogliby się stać ofiarami. Przypadek, zbieg okoliczności sprawia, że jeden człowiek ma moralne prawo do cywilizowanego rozwoju, a inny jest produktem, który ma służyć konsumpcji temu pierwszemu.

Główny bohater tej powieści, Marcos Tejo, odnajduje się doskonale w świecie, którego zasady sam stworzył. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że gdzieś nad nim ktoś manipuluje tym, co on ma myśleć i robić. Marcos nie ulega jednak teoriom spiskowym. Nie myśli za wiele. Zwłaszcza o doświadczeniu wyjątkowo dramatycznej utraty, którą będzie chciał sobie zrekompensować. Tejo jest z jednej strony cynicznym i pozbawionym jakichkolwiek skrupułów elementem makabrycznej układanki, w której role mięsa i jego konsumentów ustalono w nadzwyczaj sprawny sposób. Z drugiej jednak – widzimy przejawy czysto ludzkiego cierpienia, tęsknoty i nieukojonego żalu. Marcos jest zwyczajnym wrażliwym mężczyzną sprzed świata Przemiany, który za wszelką cenę chce teraz skryć, przede wszystkim przed sobą, zwyczajne ludzkie uczucia. I kiedy zaczniemy przyglądać się jego działaniom ze współczuciem, Agustina Bazterrica przygotuje dla nas coś, co wstrząśnie nami dużo bardziej niż metodyczne opisy ogłuszania, patroszenia i ćwiartowania istot ludzkich nazywanych „mięsem specjalnym”.

„Wyborny trup” to powieść złożona ze znakomitych scen pełnych napięcia i bezkompromisowej grozy. Poruszamy się w przestrzeni, gdzie mechanicznie dokonuje się mordów. Albo tam, gdzie nawet myślenie o sobie i świecie jest wypracowanym mechanizmem, za którym nie może stać prawdziwa istota ludzka. Marcos jest widzem i słuchaczem, każda kolejna scena czyni coraz bardziej wiarygodnym jego wizerunek abnegata i samotnika. Relacje z najbliższymi są surowe, zasadnicze, związane z określonymi zadaniami do wykonania albo obowiązkami, które trzeba wypełnić. Cierpiąca gdzieś w oddaleniu żona Marcosa, znienawidzona przez niego siostra, ojciec osuwający się w obłęd, ponieważ nie może zaakceptować prawideł świata kanibalizmu i mordowania. Wszystko nakreślone bardzo wyraziście, choć przecież Bazterrica nie stara się tu niczego szerzej opowiadać, a już na pewno nie próbuje psychologizować. W świecie wewnętrznych przeżyć głównego bohatera jest miejsce chyba tylko na instynkt przetrwania. A może na coś więcej, kiedy zaczyna patrzeć z czułością na dostarczoną mu ludzką samicę do hodowli na ubój?

To powieść sięgająca po wstrząsające obrazowanie, ale nie na nim powinno się skupiać uwagę. Cały czas dziwimy się światu, w którym pojęcia dopasowują się do ludzkiego rozumowania, a ono w zaskakująco sprawny sposób radzi sobie z tym, co wątpliwe moralnie. W świecie „Wybornego trupa” niewiele jest już wątpliwości. To, co wcześniej tworzyło rzeczywistość, staje się marginesem, ruinami – jak choćby opustoszały ogród zoologiczny, w którym Marcos przez chwilę przypomina sobie, kim był kiedyś. To jednak przede wszystkim książka pokazująca procesy i działania ludzkości powtarzane przez kilka minionych stuleci. Wciąż możemy być dla siebie najbardziej agresywnymi ze zwierząt. Ciągle to my jesteśmy mistrzami destrukcji i autodestrukcji. Ta sugestywna książka dla czytelników o mocnych nerwach opowie o ewentualności, która być może już się zdarzyła. A jeśli tak, może zdarzyć się ponownie w każdej chwili. Nie jest do tego konieczny brak mięsa.

2020-01-22

„Zgiń, kochanie” Ariana Harwicz


Wydawca: Pauza

Data wydania: 29 stycznia 2020

Liczba stron: 144

Przekład: Agata Ostrowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wyobcowanie i bunt

Ariana Harwicz udowadnia to, o czym jestem przekonany od dawna – z wielu powodów to kobieta zawsze jest ciekawsza w literaturze od mężczyzny. I tutaj można się temu przyjrzeć, choć nie będzie łatwo, autorka nie bierze jeńców. Bohaterka tej książki tak opowiada siebie, że już na pierwszych kilkunastu stronach robi wszystko, abyśmy nie poczuli do niej sympatii. W zamian za to pojawiają się ciekawość i sporo zaskoczeń. „Zgiń, kochanie” to proza bardzo sensualna, niesamowicie intensywna i wyjątkowo śmiała. Jest w niej wszystko to, co tkwi w kobiecie walczącej z demonami – smutek wraz z dzikością oraz melancholia połączona z drapieżnym rytmem zdań. Harwicz oddaje kompulsywność myślenia oraz emocji kobiety, która czuje się uwięziona. Nie tylko – dosłownie – w domku na wsi, ale przede wszystkim w rolach. Jest żoną, którą warto byłoby opuścić, i matką niemogącą znaleźć w sobie uczuć dla syna. Jest rozedrganym wewnętrznie nieszczęściem, ale jest też silna i bezkompromisowa. To jedna z tych krótkich powieści, o których będzie się długo rozmyślać. Obrazuje anatomię kobiecej niemocy, ale także zdeterminowanie, by określić siebie – jakkolwiek byłoby to niewygodne dla otoczenia. Jakkolwiek problematyczne dla samego czytającego.

Bohaterka opowiada przez emocje, ale chce sportretować również oblicza własnej seksualności. Niczym dzikie zwierzę śledzi sąsiada, fantazjuje o nim, także o tym, by go zgwałcić. Jej małżeński seks to rutyna, od której ucieka w śmiałe fantazje. Albo przestrzeń obojętności oraz nieporozumienia, bo tym jest również dom, gdzie ona i jej mąż toczą codziennie boje o samostanowienie i pozbycie się tej drugiej osoby z najbliższego otoczenia. Ale siłą przyciągania w tym związku jest dziecko. Niemowlak, którego przecież nie można szkalować, a jednak czytamy o dosadnym sprzeciwie wobec tego, że trzeba go bezwarunkowo pokochać i się o niego troszczyć. Mąż i syn uosabiają – w scenach wspólnych zabaw – męskość, z jaką bohaterka sobie nie radzi, bo to dla niej dodatkowe źródło opresji. Kwestionowane jest poczucie bezpieczeństwa, które ma stwarzać dom na odludziu, z dala od cywilizacji i pozornie sielankowy. Nie ma w nim spokoju. Kobieta Harwicz jest egzystencjalnym i dosłownym niepokojem. To ona zmusza męża do ciągłej gotowości na nieprzewidziane sytuacje. To ona zdaje się dla niego i synka opresyjna. Tymczasem wszystko nabiera coraz to nowych znaczeń, bo wchodząc w tę narrację dalej i głębiej, widzimy, jak skomplikowany jest krajobraz emocjonalny bohaterki i jej relacje z najbliższymi.

W tej książce skonfrontujemy się z subiektywnymi wizjami, neurozami, przemyśleniami, ale także z tym, jak na niepokój reaguje ciało kobiety. Z jednej strony „Zgiń, kochanie” przypomina pewien wysublimowany rodzaj powieści pornograficznej. Z drugiej jednak – jest śmiałym i prowokacyjnym ujęciem desperacji w świecie, który narzuca porządek działania i myślenia, jeśli w grę wchodzą określone role społeczne. Ariana Harwicz opowiada o tym, czym jest kobiece udręczenie samą sobą, ale jednocześnie w bardzo bezkompromisowy sposób pokazuje, że wyobcowanie bohaterki to pochodna jej wyborów oraz przekonań. Dlatego tak trudno obdarzyć sympatią kobietę, która jednocześnie wzbudza czytelniczy niepokój i pewien rodzaj fascynacji. Dowodem na to są jej asocjacje. Zdania w tej książce uginają się od nietuzinkowych porównań, fraza jest drapieżna i nieprzewidywalna. Nie mamy pojęcia, co wydobędzie się z kolejnego akapitu. Widzimy kobietę walczącą ze sobą, ale jednocześnie kogoś o niezwykle silnej osobowości. Czy jest tu zatem miejsce na autodestrukcję? Tak i nie. Otwiera się nowy sposób rozumienia i odczuwania rzeczywistości. Bohaterka Harwicz swój świat boleśnie przeżywa, ale też nazywa dosadnie to, co sprawiało i pewnie będzie sprawiać ból.

Naprawdę nietuzinkowa jest tu wyobraźnia autorska. Spotkanie z tą książką to zderzenie z wrażliwością, która ociera się o turpizm, ale jest w niej także wiele sensualnej delikatności. Odbiera się stany emocjonalne bohaterki w różnorodny sposób. Ona sama definiuje tylko część z tego, co chce nazwać. Jest zagadką dla czytelnika i jednocześnie wydaje się bardzo pewna siebie. Chociaż cierpi z powodu różnych niepewności. Kobiece cierpienie Harwicz to może być także niepokojące sugerowanie, że przestrzeni wewnętrznej wolności nie ma. Że zawsze trzeba nagiąć się do ram i oczekiwań stworzonych przez życie w relacji, macierzyństwo, określony status społeczny. Tymczasem bohaterka jest emigrantką – dosłownie oraz w swoim związku. Poszukuje wciąż na nowo drogi ku temu, co miałoby dać jej szczęście, ale swojego szczęścia nie umie zdefiniować. Wie jedynie, że może okopać się przed światem na pozycji wyższościowej. Chce unicestwień i dokonuje u siebie na wsi swoich małych morderstw. Ich ofiarami padają owady, ale mogłoby być inaczej. Mogłoby być bardziej śmiało i zdecydowanie, gdyby tylko pojawiło się zagrożenie, którego bohaterka zewsząd wypatruje.

Tymczasem pozostaje niesmak macierzyństwa, monotonia dziesięcioletniego już związku i śmiałe fantazje o tym, co można byłoby zmienić, żeby umysł, ale także ciało bohaterki poczuły się lepiej. Czy wszystko pozostanie jedynie w sferze wyobrażeń oraz oczekiwań? „Zgiń, kochanie” ma świetny oksymoroniczny tytuł, który odnosi się do wszystkich sprzeczności emocjonalnych, jakie tkwią w kobiecie ukazanej przez Arianę Harwicz, ale sygnalizuje także zaskoczenia tym, jak bardzo sprzeczna wewnętrznie może być ta książka, spowiedź kobiety w specyficznym kryzysie. To rzecz bardzo plastyczna, niepokojąca i nie daje wytchnienia. Wszystkie emocje są tu bardzo intensywne, nie schodzimy ani na moment do poziomu wewnętrznego wyciszenia. Stąd też pewien klaustrofobiczny klimat powieści, dzięki któremu Harwicz wciąż trzyma czytającego w szachu.

To książka o tożsamości oraz namiętnościach. O tym, że wewnętrzna wojna ujawnia zaskakująco wiele frontów. Jest to też bardzo dobre studium frustracji, z jakiej wydobywa się też napięcie seksualne. Harwicz przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej strony. Udowadnia, że opowiadając emocjami, można skonstruować książkę, która nie drażni, lecz staje się dla czytelnika zagadką. Mroczną i jednocześnie kuszącą, bo „Zgiń, kochanie” to także świetnie zorganizowany rytm zdań, w których kryje się każda forma kobiecej niepewności siebie. Ale także wiele zdań mówiących o tym, jak silna może być kobieta mimo wewnętrznego kryzysu. Najwięcej siły i determinacji wymaga bowiem pokonanie klatki osobistego więzienia. Ta opowieść zobrazuje kobietę, dla której więzieniem stało się wchodzenie w relacje z najbliższymi. Dlatego Harwicz pokazuje samotność oraz wyobcowanie wyjątkowo sugestywnie. Bez upiększeń i bardzo wyraziście.