Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

2025-11-27

"Taka miłość" Sara Mesa

 

Wydawca: Wydawnictwo Glowbook

Data wydania: 21 listopada 2025

Przekład: Ewa Zaleska

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Wbrew sobie

Bardzo sugestywnie napisana powieść, która wzbudza emocje już pod pierwszego zdania. We wstępie możemy dostrzec, że wyobcowana kobieta bije się z myślami i nie wie, gdzie jest. Rozgoryczenie nabrzmiewa w przejmującym zakończeniu. A między jednym a drugim rozgrywa się wielopoziomowy dramat. Przybyła z konkretnego miejsca w konkretnym celu. Po pewnym czasie ten cel niknie, a pojawiają się niespodziewane zawirowania emocjonalne. W tle tego wszystkiego natura – od potężnego upału po deszcze, które tak wiele komplikują. Główna bohaterka, skracająca swe imię do Nat, przybywa do miejsca, którego nie rozumie. Nie będzie to jednak kolejna powieść o tym, że osoba z zewnątrz staje się po pewnym czasie stygmatyzowana w małej społeczności. To będzie powieść o tym, że można stać się wrogiem samego siebie. O dyskomforcie życia podporządkowanego nieustannym analizom otoczenia. Taka jest miłość Mesy – trudna, niezdefiniowana, naznaczona cierpieniem i fatalizmem, a jednak silna. Bo Nat wybrała życie dla siebie świadomie. Być może po to, by zobaczyć siebie z dystansu.

„Można tu umrzeć z nudów” – mówi młodziutka sklepikarka zupełnie nieświadoma tego, ile wokół się dzieje. Główna bohaterka Sary Mesy widzi wszystko wyraźnie, dokładnie. Znamy powody jej przenosin do miejsca oferującego jej tylko rozczarowania i ból, ale nie rozumiemy do końca jej postępowania i to wydaje się najbardziej interesujące. Cały świat wewnętrzny Nat to udręka. Nawet praca nad tłumaczeniem tekstu, której miała się tu podjąć. Wchodzi jednak w relacje, których na początku nie jest pewna, potem stają się dla niej toksyczne. Obserwowanie, w jaki sposób Nat odbiera otoczenie, jest najmocniejszą stroną tej książki. Zintensyfikowane obrazy jej przeżyć wewnętrznych kontrastują ze światem, w którym rzeczywiście nic niezwykłego się nie dzieje.

Wszyscy są tu przypadkiem, nie wszyscy na własne życzenie. Stąd zgorzkniałość mężczyzn, którzy momentami stają się obsceniczni, ale Nat coś do nich przyciąga. Najpierw zbliżenie o charakterze przyjacielskim, potem dużo bardziej skomplikowana relacja, w której bohaterka odkrywa swą seksualność, swe elementarne wewnętrzne potrzeby, i konstatuje, że wszystkie one zderzają się tutaj z czymś, co wydaje się takie oczywiste, bezproblemowe, ułożone w rytmie, którego ona nie akceptuje. Nie, u Mesy to nie odmienna od reszty kobieta staje się wroga sobie. Ona w pewnym stopniu chce taka być. I pozostaje sama, bo nawet jadowita żmija ma tu swoje miejsce, a w kobiecie narasta gorycz bycia z dala od życia, które wybrała w wiosce na końcu świata.

„Jakoś sobie poradzę” – myśli Nat, gdy wokół mnożą się problemy. Ale one stają dla niej niczym mityczny labirynt. Zagubiona i wciąż błądząca szuka siebie w związku. Nazywa to związkiem, ale jest to pewien układ. Znajdując partnera, któremu chce wierzyć, widzi go jako Minotaura. Tu wszędzie rządzą układy i czasami potwory, które za nimi stoją. Ona zdaje się niedopasowana na wiele sposobów: społecznie, emocjonalnie i egzystencjalnie. Przede wszystkim w ten ostatni sposób. Niektóre uczucia narastają w niej uczucia, jednocześnie mnóstwo jest takich, które tłumi. Symboliczny jest tu pies, który na początku nie przejawia żadnych charakterystycznych dla psa cech, a w finale pokazuje, że potrafi ugryźć. Główna bohaterka pogryzłaby samą siebie, gdyby potrafiła, jednak ciosy spadają na nią z różnych stron i prawdopodobnie na jej własne życzenie.

Warstwa psychologiczna powieści jest najciekawsza, gdyż dzięki obserwacjom bohaterki wchodzimy zarówno w głąb niej samej, jak i świata, który wcale taki oczywisty nie jest. W Nat narasta irytacja, którą ona sama napędza. I coraz więcej autodestrukcyjnych myśli. Z jednej strony chce się zbliżyć do mężczyzn, z drugiej – boi się ich albo trzyma świadomy dystans. Jest uwięziona w sobie – ale też w relacjach, jakie stworzyła. I w miasteczku, w którym nic jej nie trzyma. Jej, intelektualistki po trzydziestce, dla której świat stałby otworem. Jednakże ze swoimi demonami możemy mierzyć się wszędzie. Jej wybory to pokłosie pomyłek, niewłaściwych przemyśleń, a być może podświadomej chęci samotności. Bo ufność jest tu na wagę złota, choć miejscowi ufają sobie, a Nat nie potrafi zaakceptować tego, jak żyją, jakie mają priorytety, jakie pragnienia.

Pragnienia Nat. Nie chce nawiązywać relacji z ludźmi, a jednak to robi. Zachowuje się czasami irracjonalnie, czasami wyjątkowo odważnie i zdroworozsądkowo. Jednak wciąż coś nie pasuje. Ona nie pasuje. Do miejsca, do ludzi, do samej siebie. Pojawia się pogarda, czasem skierowana przeciw sobie. I to miejsce pełne owadów i mrówek, w którym liczy się tylko to, co prozaiczne i przed czym chciałaby uciec. A jednak to trudna miłość – głównie w ciekawie rozpisanej relacji z mężczyzną, którego oblicze za każdym razem się zmienia. Sara Mesa komplikuje świat wewnętrzny bohaterki, jednocześnie uproszczając to, co jest wokół. Dlatego wewnątrz jest groźnie i agresywnie, na zewnątrz toczy się po prostu życie. Taki dualizm momentami bywa niezrozumiały dla czytelnika. Jedna postać, której labilność emocjonalna tworzy tutaj książkę pełną niepokoju i dynamizmu. Z metaforą ogrodu, którą pozostawię bez interpretacji. Powieść o skrzywdzonym przez samego siebie umyśle i o ciele, które pragnie niemożliwego. Kameralny dramat, obok którego nie da się przejść obojętnie. Przydarzający się komuś, kto przybył znikąd i donikąd zmierza. W stronę autodestrukcji? Czy odkrywania siebie naprawdę? Być może coś tutaj zostało zatrute jak związek, o którym mówi Nat? A może pośród tych wszystkich obrzydliwych dla niej mężczyzn jest ze swoją kobiecością zupełnie samotna?

Dramat powieści opiera się też na sekretach. Tych ujawnianych i tych, których można się domyślać. A niektóre tajemnice pozostaną nimi na zawsze. Bo to właśnie książka o tym, jak prosty i jak jednocześnie tajemniczy potrafi być człowiek. Pełna czułej melancholii, którą da się wyłapać na wielu spośród stron, choć zasadnicza akcja toczy się wzorcowo i teoretycznie nic niej nie zakłóca. Poza Nat. Jej potrzebami i oczekiwaniami, a także wyjątkowo skomplikowanym życiorysem.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawę TUTAJ 


2025-01-17

„Niedobry zwyczaj” Alana S. Portero

 

Wydawca: Wydawnictwo Filtry

Data wydania: 22 stycznia 2025

Przekład: Agata Ostrowska

Liczba stron: 232

Oprawa: miękka

Cena det.: 52 zł

Tytuł recenzji: Nazwać siebie

W powieści Alany S. Portero najbardziej podoba mi się to, że jest bardzo kameralna, ale jednocześnie proponuje panoramiczny wizerunek zarysowanych problemów. To książka o tym, jak bolesne jest uwięzienie w samym sobie. O tożsamości identyfikowanej nie przez przynależność do danej płci, lecz przez to, w jaki sposób społeczność tę przynależność narzuca. Główna bohaterka chciałaby nadać sobie chociaż imię, a i to wydaje się niemożliwe. Jest pochodzącym z robotniczej dzielnicy na peryferiach Madrytu chłopcem, który nie spełni oczekiwań rodziców, nie kupi matce domu z ogródkiem, nie będzie w żaden sposób przystawać do wzorca męskości. A już na pewno nie do tego maczystowskiego, z którym Portero rozprawia się tu bezkompromisowo. „Niedobry zwyczaj” to bowiem książka o męskiej dominacji wobec kobiet, o pogardzie wobec nich. A także o tym, że to specyfika stadna, bo mamy tutaj przecież kilku dobrych, wręcz fantastycznych mężczyzn, jak choćby brat bohaterki, który jest gotowy bronić swego brata w każdej sytuacji i do końca życia.

W świecie przedstawionym hiszpańskiej prozaiczki nikomu nie można ufać. Dlatego bohaterka – kobieta przez lata uwięziona w męskim ciele – uznaje, że zaufanie można mieć tylko do własnej opowieści. A ta zarysowana jest niezwykle ciekawie. Portero eksperymentuje z konwencjami. Na przykład opisuje kobiety w baśniowych czy mitologicznych dekoracjach, które tworzą dla nich bezpieczny świat; one są tam nie tylko szczęśliwe, bo nikt ich nie krzywdzi, ale stanowią o sobie. Tego nie może dziewczynka zdana na samotność od najwcześniejszych lat. W miejscu, w którym wychowuje się chłopców na twardych łajdaków albo nie wychowuje się wcale, a matką zastępczą staje się heroina. Świetne jest to, w jaki sposób wraz z odsłanianiem wnętrza narratorki pisarka ukazuje obraz Madrytu – najpierw z perspektywy obrzydliwej dzielnicy robotniczej, w której przemoc, zabijająca nuda rutyny i wszelkiego rodzaju patologie są na porządku dziennym, potem jakby pastelami malując barwne centrum miasta. Samo jego przemierzanie ma również znaczenie symboliczne. Kiedy bohaterka decyduje się na pierwsze próby bycia sobą, bycia kobietą choćby w ograniczonym stopniu, robi to tam, gdzie czuje namiastkę wolności. A potem idzie przez Madryt, by wrócić do swojej dzielnicy, w której inność nie ma prawa bytu.

Język opowieści jest interesujący, ponieważ nie przystaje do tego, co może tutaj zostać zwerbalizowane w świecie rzeczywistym. Bohaterka nie jest w stanie opowiadać o tym, co przeżywa, gdyż brakuje jej słów. Symptomatyczne jest to, że jej pierwszy kochanek również niewiele mówi, ale z innych powodów. Jest zatem spisana historia. Pamiętnik dorastania w samotności. „My, transdziewczynki, zawsze dorastamy same”. A przecież pozornie nie jest sama. W egzystencjalnym dramacie los zesłał jej jednak coś dobrego: kochającą rodzinę. Nie rodzinę, która rozumie i wesprze, lecz taką, która za każdym razem pomoże. Nie odrzuci. Opowiadająca o sobie zmuszona jest jednak odrzucić tę część własnej osobowości, która nie daje jej możliwości przetrwania. Trudno przetrwać w kraju, który transformuje się społecznie i zmienia po latach rządów udręki, bo trudno jest w tym świecie każdemu. Także zapracowanemu ojcu, który tak bardzo mnie wzrusza pod koniec tej opowieści, gdy zostaje zaprezentowany przez bohaterkę jako mężczyzna bezwarunkowo kochający swoje dziecko. Syna, nie kobietę uwięzioną w mężczyźnie.

I może miłości brakuje tym, którzy swoje kobiety traktują przedmiotowo, są dla nich katami, na nich wyładowują frustracje i ukryte przed światem bolączki. W robotniczym bloku wszyscy słyszą wszystkich. Każdy wie, że sąsiad codziennie znęca się nad swoją rodziną. Wydaje się, że solidarność pokrzywdzonych kobiet to jedynie solidarność milczącego współczucia. Ale rozwiązanie kwestii domowej przemocy, które proponuje nam Alana S. Portero, może zaskoczyć. Sama powieść staje się zaskakująca w tych momentach, w których autorka trochę dydaktycznie traktuje swojego czytelnika, zapominając o tym, że dosłowność nie jest tutaj wskazana. Mam na myśli ten fragment narracji, w którym bohaterka odnajduje bliskość madryckiej starszej prostytutki i ta część jest jakby słabą kalką opowieści Pedro Almodóvara, tym bardziej że właśnie tam otrzymujemy wykłady, których nie powinno być. Jest jednak barwna opowieść w całości tworząca retrospekcję traum i prób wychodzenia poza nie. Jest bardzo dynamicznie i nieprzewidywalnie. Ale wciąż o tym samym bólu. Bólu niebycia sobą.

Kiedy bohaterka dorasta, jej jedyną bezpieczną przestrzenią jest łazienka. Wtedy – jak to ładnie określa autorka – może „ubrać się w siebie”. W tym przedpokoju egzystencjalnym zawsze staje do walki, bo bycie sobą jest tu walką, a walka o siebie może być gwarantem znalezienia poczucia akceptacji, którego przecież nie ma się, dopóki nie zaakceptuje się siebie. Dopóki nie wyjdzie z klatki. Czy jest to możliwe? Z jednej strony „Niedobry zwyczaj” to historia o tym, że bycie trans jest zawsze opresją. Z drugiej jednak – pośród całego opisywanego tutaj bólu niemożności bycia sobą Portero otwiera raz po raz kolejne furtki, które są dla bohaterki początkami czegoś nowego, lepszego.

Pisarka potrafi być – jak wspomniałem – wyjątkowo bezkompromisowa, ale także bardzo czuła. Piękna jest scena, w której starszy homoseksualista pokazuje nastoletniemu chłopcu zdjęcia w sepii. Swoją rodzinę, której już nie ma. Mężczyzn, którzy go ukształtowali i nauczyli kochać – siebie, ich, życie. Przez lata ten nastoletni chłopiec, który nie jest chłopcem i ogląda te zdjęcia, będzie szukał takiej rodziny. Ta rzeczywista potrafi wesprzeć w atawistycznych odruchach. Trzeba znaleźć wspólnotę, w której można naprawdę poczuć się członkiem rodziny. Tylko jak być członkiem jakiejś zbiorowości, skoro nie można być sobą? Nie można siebie nie tylko pokazać, ale również naprawdę przeżywać?

Młodziutka narratorka obserwuje charyzmatyczne kobiety ze swojej dzielnicy. Widzi, że można być inną, żyć inaczej, stawiać granice, kształtować model osobowości wedle własnego wyobrażenia. Jest też na kartach tej powieści pierwsza poznana transkobieta, ale wolno jej być nią tylko wtedy, gdy jest niewidoczna, niezauważalna, jest cieniem, a nie osobą. A dorastająca bohaterka nie chce być cieniem, choć przecież wciąż kryje się w cieniu. Musi? Czy po prostu nie wie, jak tę strefę cienia opuścić? „Niedobry zwyczaj” opowie o tym, jak kobiecie jest trudno być sobą tak w ogóle. A komplikacja w postaci uwięzienia w innym ciele nabiera tu też trochę filozoficznego wymiaru. Jest tu bowiem mowa o kształtowaniu świata nie przez jego wyobrażenia, lecz przez pryzmat wyobrażeń o tym, jaki świat moglibyśmy ukształtować, gdybyśmy tego chcieli.

Portero wzrusza momentami tak bardzo, że chciałoby się do tej książki przytulić, a bohaterkę serdecznie uściskać. Ale to również narracja, która nie daje żadnych oczywistych odpowiedzi na pytanie, dlaczego mężczyźni tak często są podli, a kobiety stają się ich ofiarami. Tu symboliczna jest droga narratorki. Jest chłopcem, który nie spełni oczekiwań, tak jak nastolatek, który ginie z powodu uzależnienia od narkotyków. To pierwszy chłopiec, w którym narratorka się zakochuje. Dlaczego? Dlatego że z innych powodów, ale w podobnych okolicznościach ten właśnie chłopiec nigdy nie stanie się mężczyzną. On umiera, ona może się odrodzić. Bohaterka będąca chłopcem może stać się kobietą. Ile wyrzeczeń będzie ją to kosztować? Przejmująca powieść drogi i historia istnienia opartego na wiecznych konfrontacjach. Z bardzo ciekawym zakończeniem. Myślę, że dobrym zwyczajem będzie przeczytanie Portero. To książka przepełniona melancholią, ale jednocześnie bardzo pięknie pokazująca takie perspektywy spoglądania na życie – także seksualne – które na co dzień mogą być dalekie lub obce.

2024-12-17

„Mrok jest miejscem” Ariadna Castellarnau

 

Wydawca: Wydawnictwo Bo.wiem

Data wydania: 12 listopada 2024

Przekład: Justyna Sterna

Liczba stron: 160

Oprawa: miękka

Cena det.: 40 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje

To niewielkich rozmiarów książka, której nie zalecałbym pochłaniać całej od razu. Przynajmniej ja podzieliłem sobie te opowiadania i czytałem każdego wieczoru po jednym. Dzięki temu „Mrok jest miejscem” na pewno dłużej zostanie w mojej pamięci. Przede wszystkim uświadomiłem sobie, że lubię smutne książki. Bardzo mnie rozczarowuje pozytywne zakończenie i chodzę potem długo jak struty. U Ariadny Castellarnau jest zupełnie inaczej. Z jednej strony kilka z otwartych zakończeń jej opowiadań wskazuje na uwolnienie się od bolesnych ciężarów albo traum niesionych przez bohaterów. Prawie wszystkie w konwencji realizmu magicznego uświadamiają, że ponad ponury i smutny świat można się wznieść. Jednakże ciekawsze jest to, w jaki sposób sportretowany jest ten świat. W ośmiu – do czego zobowiązuje tytuł – mrocznych historiach. W miejscach, gdzie ziemia jest albo okrutnie czarna, albo niepokojąco czerwona. Gdzie żar lejący się z nieba potęguje atmosferę duchowego wykończenia, a reszta zjawisk atmosferycznych zaznaczanych gdzieś w tle (piękna symbolika powodzi) jedynie wzmacnia nastrój nostalgii i grozy.

Wszystkie opowiadania – choć całkowicie różne od siebie w przesłaniu i konstrukcji – łączy motyw relacji będącej trudną konfrontacją. Następują tam zderzenia wynikające z nagłych spotkań. Ktoś przypadkiem staje na czyjejś drodze i to spotkanie okazuje się szansą na odmianę, początek czegoś nowego. Czy będzie to enigmatyczny chłopiec prowadzący dziewczynkę z opresyjnej rodziny ku metaforycznie lepszemu światu, czy niemowlę pozostawione na progu domu małżeństwa, w którym już dawno wygasł żar czułości i wzajemnego zainteresowania. Castellarnau stawia na momenty kluczowe dla życia bohaterów, a jednocześnie proponuje nam tylko fragmentaryczne obrazy biografii postaci. Jesteśmy zwykle świadkami jakiejś sytuacji granicznej albo wejścia w kontakt z drugim człowiekiem, który ukaże inną perspektywę patrzenia na swoje życie. A życie ludzi z tych opowiadań jest na wiele sposobów ponure. To życie jakiegoś mrocznego marginesu, z którego trudno się wydostać. Szczególnie gdy jest się bezradnym dzieckiem niewyposażonym w jakiekolwiek umiejętności prospołeczne, dzięki którym mogłaby się dokonać w jego życiu przemiana. A jednak się dokonuje. I dzieci cierpią w tej książce najbardziej.

„Lepiej mi tutaj niż gdziekolwiek indziej” – mówi porwana dziewczynka do mężczyzny, który powinien być jej oprawcą, a staje się opiekunem. Lepiej niż ze specyficznym bratem, który zapewnia rodzinie dochód swą innością, byłoby zapewne chłopcu, który chciałby brata zniszczyć. Albo spowodować, że skończy się niesłuszna chwila jego chwały. Są też jednak dzieci dorosłe, które powracając w rodzinne strony, znowu stają się bezbronnymi wobec okoliczności istotami. Jak znana pisarka, która uciekła z ponurej prowincji, a teraz powraca witana z atencją i wymiotuje po zjedzeniu zupy przygotowanej przez matkę. Hiszpańska autorka ukrywa metafory w detalach. Ktoś coś robi mimochodem, czemuś się poświęca, jakieś pozornie nieistotne zdarzenie całkowicie zmienia jego tok myślenia, wkracza w rejon specyficznej wrażliwości. Tu dzieją się rzeczy niezwykłe, kiedy egzystencjalny mrok zmienia swoje zabarwienie. I wszystko jest naprawdę intrygujące, choć debiutantka w niektórych fragmentach stawia na tak zwaną ambitną formę, uciekając trochę od opowiadania samej historii.

To również podzielona na osiem rozdziałów opowieść o bezpowrotnych utratach i zaskakujących zyskach, które niekiedy im towarzyszą. Dziecięcy bohaterowie czasem są narratorami. Kiedy indziej autorka oddala perspektywę – przyglądamy się życiowym rozterkom młodego człowieka z bardzo wyraźnego dystansu. Są też przedstawione sytuacje, których surrealizm potęguje grozę. Mnie mocno w pamięci pozostanie opowiadanie „Dzieci bawią się w ogrodzie”, które pokazuje, jak potężne spustoszenie może uczynić w czyimś życiu wkroczenie w nie kogoś z tendencjami do zawłaszczania. W tym akurat tekście straumatyzowana dodatkowo jest matka w żałobie po stracie córki. Ale dorośli tracą tutaj także co innego – poczucie bezpieczeństwa czy przynależności lub przekonanie, że świat może oferować coś więcej niż ponurość życia pozbawionego wszelkiej radości.

W światach przedstawionych tych opowiadań mnóstwo jest odcieni mroku. Tytuł określa pierwszy tekst, odważnie wkraczający w ten niezwykły i różnorodny świat, ale ta metafora się rozszerza, staje się coraz bardziej intensywna. Bohaterom – dorosłym i dzieciom – jest trudno ze sobą nie tylko dlatego, że życie postanowiło dać im taką, a nie inną lekcję, lecz przede wszystkim z powodu klaustrofobicznej atmosfery, w której przestrzeń się zawęża. I coraz trudniej się w niej poruszać. Dlatego możliwość wyzwolenia daje tylko odejście, ucieczka. Dlatego otwarte zakończenia przykuwają uwagę. To zawsze opis działania podjętego po to, by dać sobie szansę na zmianę. Przeżyć coś innego albo stać się kimś innym. Na tyle, na ile pozwala na to okrutny świat, w którym tak wiele się nie spełniło i tak bardzo boli to, kim się jest. Nawet jeżeli nie rozumie się swojej tożsamości, bo przecież dzieci stają się bezbronne najbardziej wobec samych siebie.

Ariadna Castellarnau opowiada także o ukrytych tęsknotach każdego z nas: znaleźć się przez chwilę w takim rodzaju raju, w którym nic nie będzie niepokoić, wygasną niedobre emocje, będzie można stać się kimś innym. Niby przypadkiem dziewczynka z opowiadania „Calipso” ma na sobie koszulkę z napisem „Paradise”. To jest trochę tak, jakby symboliki tego raju poszukiwano tutaj wszędzie, gdy tymczasem wszystkich zniewala i ogranicza mrok piekła istnienia. Co bardziej boli? To, co już się przeżyło w goryczy, czy gorycz świadomości, że tak naprawdę niewiele można zmienić? „Mrok jest miejscem” to zbiór opowiadań dla introwertycznych nadwrażliwców. Tych, którzy w opowiadanych historiach są gotowi odnaleźć tę smutną, a jednocześnie fascynującą osobność bohaterów. Ludzie żyją tu w małych społecznościach, a sami są samotnymi wyspami. Zaglądamy tam, dokąd nie zagląda nikt, bo życie toczy się gdzieś indziej i być może w dużo lepszym, satysfakcjonującym kształcie. Czy komukolwiek uda się wyjść mu naprzeciw? Może być coś lepszego, jeśli świat określany jest jako ruina czy bezmiar smutnej rozpaczy? „Wyspa w chmurach”, odwołując się do Yeatsa, sygnalizuje, że wiara w utopię wcale nie jest wiarą w coś zupełnie niemożliwego. Dlatego w tych na wskroś smutnych opowiadaniach znajdzie się miejsce na maleńką choćby ekspiację i nadzieję na lepsze życie. Wszystko w klimacie noir, lecz również w fascynujących kolorach, choć z palety tych ciemnych. Dowód na to, że opowiadanie może mieć wspomnianą moc ekspiacji także dla czytelnika. Dobra, niepokojąca i przemyślanie skonstruowana proza w ośmiu niezwykłych odsłonach.