Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

2026-06-05

„Duszność” Violette Leduc

 

Wydawca: Wydawnictwo Karakter

Data wydania: 25 maja 2026

Liczba stron: 176

Przekład: Jacek Giszczak

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: Oblicza wyobcowania

Uwielbiam oficyny, które odnajdują wydane dawno za granicą perełki literackie i udostępniają je polskiemu odbiorcy, czyniąc je nowościami specyficznymi, wyróżniającymi się na tle pozostałych, książkami odżywającymi na nowo. „Duszność”, wydana w oryginale tuż po drugiej wojnie światowej, a od niedawna dostępna w języku polskim dzięki Wydawnictwu Karakter, wnika dzisiaj do naszej świadomości i podświadomości w sposób nieopisanie wieloznaczny. Tak potężnej intensywności emocji – tych nazywanych wprost i tych zawoalowanych, ukrytych w gąszczu metafor i przesłoniętych mgłą oniryzmu – w tak krótkiej książce jest aż zbyt wiele. To rzecz z tych, które zajmują jeden wieczór, ale przyciągają swoją enigmatycznością na bardzo długo. Violette Leduc napisała powieść odważną, bezkompromisową, a przy tym delikatną w swojej melancholii. Coś, co kiedyś wywołało duży rezonans wśród krytyków i czytelników, dostajemy w znakomitym tłumaczeniu jako historię inicjacyjną i powieść o dorastaniu do nazywania swojego smutku. Lecz najważniejszy jest język, bo tu smakować można i całe zdania, i pojedyncze zatrzymujące na dłużej określenia – jak „mężczyzna owiany smutkiem”, „chrapiący piec” czy „zadumane stopy”.

To jedna z tych powieści, które przykuwają uwagę czytelnika pierwszym zdaniem. Moja matka nigdy nie podała mi ręki”. Połączenie tego zdania z tym, które zamyka książkę, daje wszechstronny obraz niejednoznaczności relacji dziewczynki z wyjątkowo surową dla niej matką. W to wszystko włączona jest również opowieść o więzi z babką stanowiąca swoistą odskocznię od dusznej (sic!) atmosfery opisu tego, kim córka nie powinna być, kim się nie stanie i w jaki sposób wyzwala to gorycz matki.

Matki, która jest tu postacią bardzo niejednoznaczną, żadną antybohaterką mimo prezentowanych okrucieństw w zachowaniu oraz w tym, co mówi. Dialogi tną tutaj ostro jak żyletka, ale i część zdań narracji Leduc konstruuje w taki sposób, by były w stanie zranić czytelnika. Duszność” jest o ranach zadawanych, ale też o tych immanentnych. Nie takich, które mają specyficzne podłoże. Nie takich, które mają podłoże konkretne. Konkretu jest tu oczywiście dużo, jednak nie o to chodzi. Matka chce kształtować swoje dziecko, które potrafi nazwać idiotką. Ona doskonale wie, ile pociągnięć szczotką uczyni fryzurę jej dziecka właściwą, co powinno ono mówić, jeść, w co się ubrać i przede wszystkim: jak myśleć o sobie. Bo o świecie każda z trzech postaci myśli inaczej, choć z podobną goryczą. Wynika to nie tylko z sytuacji egzystencjalnego niepokoju o własną wartość, ale jest także pokłosiem tego, co tworzy społeczną nierówność. Metaforyczne wyrastanie ze wsi i biedy kontrastowane jest z wędrówką dziewczynki po cichej, wręcz wymarłej ulicy arystokratów. Francuskie społeczeństwo tuż przed Wielką Wojną zarysowane jest tu całkiem wyraźną kreską, chociaż są miejsca, gdzie jest ona nieco niepewna, szczególnie tam, gdzie nakreślono wizerunki mężczyzn.

Czy Duszność” niesie w sobie feministyczny przekaz? W dużym stopniu tak. Mężczyźni portretowani przez Leduc są przemocowi albo słabi względem samych siebie oraz otoczenia. Potrafią odejść na zawsze (śmierć) w mało spektakularny sposób i pozostać wiecznie w świadomości kobiet jako ci, którzy niezdrowo fascynują; potrafią też rujnować. Wyznaczają kobietom przestrzeń ich przynależności dokładnie w taki sposób, w jaki matka wyznacza córce zakres tego, co ma myśleć i jak działać.

Niektóre fragmenty tej niesamowitej książki czyta się z poczuciem, jakby cały czas słyszało się obecne w jednej ze scen skrzypienie papieru ściernego czyszczącego kuchenkę. Ta szorstkość jest jednak zestawiona z wyjątkową wrażliwością dziecka, dla którego nie ma miejsca w świecie matki, jeśli nie stanie się ono czymś na kształt jej kopii. Tej matki, która wiecznie dba o wygląd, zdaje sobie sprawę, że wartość kobiety zawiera się w jej sposobie noszenia się, pokazywania światu. Ale to wszystko wydaje się fasadowe. Leduc nie napisała przecież książki o dorastaniu w niepokoju i lęku, pod ciągłym surowym spojrzeniem niebieskich oczu rodzicielki. Nie tylko o tym, jak wielkim ratunkiem w sytuacji braku porozumienia z matką jest bliska więź z babką. To rzecz o relacjach w bliskim kręgu, ale także o tym, kto do tego kręgu usiłuje się zbliżyć – niszcząc, podbudowując albo definiując na nowo to, co łączy kobiety w trzech pokoleniach.

„Duszność” korzysta z kilku rejestrów językowych; dominuje oczywiście perspektywa dziecka, ale wymyka się ona swojej formie z powodu niezwykłej plastyczności i wynikających z niej asocjacji. Bardzo ciekawe jest to, jak francuska pisarka wprowadza na scenę swego świata przedstawionego nowe postacie. Nawet te – dość liczne – epizodyczne wpływają na tok trudnej do jednoznacznego zdefiniowania akcji. Leduc jest znakomita w portretowaniu ludzkich sylwetek. Ich wygląd zderza się z tym, jak dziewczynka postrzega połączenie postaci z jej zachowaniem i jego natychmiastową interpretacją. Często jako zagrożenia, bo Duszność” to opowieść o szponach lęku, które więżą zarówno dziecko, jak i osobę dorosłą. Komplikacje psychologiczne prowadzące do konfliktów między matką a córką są dość czytelne, ale włączyć w to trzeba także fantazję literacką o tej trzeciej relacji. Wkraczająca na karty powieści babcia pozornie zniweluje lęki córki, lecz pomiędzy tymi trzema członkiniami jednej rodziny nieustannie coś pulsuje niepokojem.

Dla matki normalne życie ma być poukładane jak towary na sklepowej wystawie. Dla córki tworzy się tam przestrzeń do ich przestawiania, mieszania i wymieniania. Akurat motyw bliskości z wystawą sklepową jest tu ważny, bo wskazuje na bolesne doświadczenia, czasami te graniczne. Nad wszystkim unosi się dodatkowo klimat niepokojącego zawieszenia i niepewności. Dołącza do tego subtelnie świat natury. Przyroda nie jest wroga, jednak nie sprzyja odnalezieniu komfortu. Leduc stwarza świat, w którym na wszystko trzeba uważać, bo jest symbolicznie zbyt kruche albo też wyjątkowo trwałe i okrutne.

Czy to rodzaj autofikcji? Ile w tej historii biografizmu, ile wynikającej z twórczej wrażliwości prawdy w opowiadaniu świata, który już wtedy, przed laty, przed nadejściem dominacji obrazkowości, nadmiaru dźwięków i bodźców słownych, jest przestrzenią, w której można się zagubić? Język jest bezkompromisowy, jednak kryje się w nim nadzieja. Nadzieja pojawiająca się nawet podczas przyglądania się złu i opisywania go jako czegoś, co może być twórcze i doprowadzić do ucieczki w jakiś bezpieczny rejon świadomości. Zapada też w pamięć zapisana tu niewolnica ciekawości” – postać niejako uwięziona między tym, co realne, a tym, co wyobrażone. Bo Duszność” to także opowieść o niespełnionych tęsknotach i o kilku innych rodzajach niespełnienia przenoszonych z pokolenia na pokolenie, w każdym kolejnym bardziej frustrujących. Tę narrację napisano w taki sposób, że można by ją porównać do pomału gotującej się wody. Na początku chłód i surowość, a na końcu wrzenie, odbywająca się na naszych oczach eksplozja i uderzająca w nas dekoncentracja. Leduc rozprasza uwagę zresztą wiele razy, tworząc pozornie nielinearne historie albo opisy sytuacji nieprzystających do pozostałych. Tak czy owak jest to lektura przejmująco smutna i perfekcyjnie wieloznaczna. Nie można się opowiedzieć po którejś ze stron, nie można jednoznacznie stwierdzić, co z czym toczy tu walkę. Mamy nieszczęśliwe dziecko, nieszczęśliwą matkę i starszą kobietę, która chciałaby zapobiec nieszczęściu, zapominając o pewnych sprawach lub interpretując je na nowo.

Na koniec warto sobie zadać pytanie: czy Duszność” jest o dziewczynce, która chce być częścią matki, czy antycypującej pewne wydarzenia i doskonale wiedzącej, że nigdy taką częścią nie będzie, bo nie odpowiada ideałowi, sztucznie wykreowanemu wizerunkowi. Przejmująca książka o dorastaniu w smutku i pośród często smutnych ludzi, a także o dzieciństwie naznaczonym przemocą ze strony mężczyzn, nie tylko pozornie najbliższej osoby. Boli dość długo po przeczytaniu, choć jest krótka i wkraczamy do tego niepokojącego świata wyobraźni Leduc tylko na chwilę. I na tyle głęboko, na ile sama autorka nam pozwala, jeśli chodzi o wiedzę o zaprezentowanej rzeczywistości.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2025-12-09

„Królestwo z naszych ran” Gaëlle Josse

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 26 października 2025

Przekład: Agata Kozak

Liczba stron: 152

Oprawa: miękka

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Sama w drodze

Niewielkich rozmiarów książka o wielkich sprawach: podróży sentymentalnej, stosunku do swojego ciała, żałobie, szukaniu tożsamości, lecz przede wszystkim o tęsknocie. Gaëlle Josse stworzyła wielowymiarowy obraz bohaterki, która musi mierzyć się z odejściem tego, co najcenniejsze, ale w tym odejściu próbuje znaleźć nową siebie albo zdefiniować siebie na nowych warunkach. Już bez niego. Bez mężczyzny, który był punktem odniesienia. Ważna jest tu istota tańca, który zbliża, oddala i wyzwala niekontrolowane emocje. Bohaterka nieprzypadkowo jest tancerką. Podziwiają ją ludzie, którzy nie mają o niej pojęcia. Ale jest gwiazdą. Gwiazdą, która po tym, jak da ostatni występ, decyduje – jak sama wspomina – „wejść w nicość”. I wówczas rusza w podróż.

Bo to specyficzna powieść drogi. Naznaczona wyraźnymi punktami na mapie, do których kobieta przywiązuje się albo się ich boi, ale konsekwentnie realizowana podróż z pewnym przedmiotem, który ma teoretycznie znaleźć swoje miejsce w Chorwacji, lecz tak naprawdę jego miejsce jest przy niej. Tak jak on zawsze był przy niej. Gaëlle Josse pięknie opisuje to, w jaki sposób bohaterka odbiera odwiedzane miejsca, na jakie detale zwraca uwagę, w jaki sposób takie postrzeganie rzeczywistości oddaje jej wrażliwość, w której jest jednocześnie kruchość istoty tracącej najbliższą osobę i siła, by wydobyć z odwiedzanych miejsc na przykład to, gdzie można byłoby zamieszkać, zacząć nowe życie. Jednak tu nowego życia nie będzie. Trzeba uporać się z przeszłością, a jednocześnie znaleźć jakąś nową tożsamość. Samotnie, bo kobieta nie chce już z nikim być na stałe. On był jedyny. A dla niego jedynym było co innego.

Motywem spajającym jest książka. Niezwykła opowieść o wrażliwym człowieku, który napisał i wydał tylko jedną powieść, ponieważ nic więcej poza jej treścią nie chciał przekazać światu. Narracja o wędrówce przeplatana jest obszernymi fragmentami tej książki, w której na pierwszym miejscu wcale nie znajduje się wrażliwe dziecko, lecz miłość. Miłość odnajdziemy tutaj także w kontekście odnalezienia, zachowania i wchłonięcia powieści, która nie interesuje świata, ale staje się życiowym kompasem tego, który umiera.

Niesamowity w tej historii i przywracający nadzieję na to, że jednostkowa opowieść jest ważna, jest zbiór przeżyć, z którym potem osamotniona tancerka rusza w świat. I jest książka. Coś trzeba z nią zrobić. Bohaterka nie ma pojęcia co. Ale dba o ten nabytek szczególnie skrupulatnie, bo to sentymentalna i po części egzystencjalna pamiątka po kimś, kto przywiązał się do niej na tyle, że stała się treścią jego życia. Co jest treścią życia wędrowniczki? Przede wszystkim pamięć. Układanie tej pamięci, porządkowanie, jednoczesne szukanie remedium na nieustający ból utraty. Jest też sposobem na to, by w niektórych partiach narracji dochodzić do siebie, dbać o swoje ciało; przecież ono jest jej zawodowym kapitałem.

„Królestwo z naszych ran” przyciągnęło mnie swoim tytułem, który zresztą potem bohaterka trawestuje, nadając temu stwierdzeniu inne znaczenie. Już sam tytuł daje do zrozumienia, że mamy tutaj do czynienia z wrażliwością poetki skonfrontowanej z prozą. Wiele zdań ma w sobie metaforyczną głębię, a wiele potrafi zaprzeczać samym sobie, ale na warunkach stworzonych przez autorkę. Jak wspomniałem, ma to miejsce, kiedy czytamy o detalach, lecz również gdy wchodzimy w głąb duszy poranionej na tyle, że to, co robi, przestaje dawać jej satysfakcję. Znika właściwie wszystko, co miało tworzyć wspólny świat. Dlatego ciekawa jest tutaj metafora ogrodu jako przestrzeni wolności. On zdążył stworzyć ogrody innym, ale nie pozostało nic, co byłoby ich ogrodem. Nie ma jednak pustki. Jest próba rozglądania się za możliwościami. I pamięć miejsc – szczególnie tych, które zwiedzali wspólnie, a które ona teraz samotnie przemierza.

„Królestwo z naszych ran” to powieść o pamięci. Kogoś bliskiego, siebie w relacji z nim i tego, w jaki sposób odbierało się świat, dopóki miał jeszcze ramy i był miejscem normalnego funkcjonowania. Co ciekawe – autorka zostawia tutaj gdzieś w półcieniach szczegółowe opisy związku, który się tragicznie zakończył. Koncentruje się na tych fragmentach ukochanej przez niego książki, które dla niej mają być pewnymi drogowskazami. Dlatego bohaterka oddala się od swojego życia i przybliża do niego. Ten proces ambiwalencji umysłowej i emocjonalnej jest tutaj rozpisany mistrzowsko. Bohaterka, ruszając w podróż, chce zostać sama – wyłącza komunikatory, odcina się od Internetu, chłonie otoczenie i myśli o tym, jaki związek mają miejsca z emocjami człowieka. Wszystko w bardzo kameralnym tonie, któremu przysłużyła się na pewno krótkość tej powieści. Jej intensywność. Połączenie tak wielu motywów i elementów literackich po to, by ukazać – jakkolwiek banalnie to brzmi – krajobraz emocjonalny kobiety na krawędzi. Jednocześnie takiej, która poszukuje siebie. Bo do tego trzeba ciszy, niekoniecznie przemieszczania się.

Im bardziej oddala się od swojego życia, tym szerzej i ciekawiej komentuje rzeczywistość wokół. Bywa czasem cyniczna (balkon Julii), ale jest skupiona na celu, który wcale nie wydaje się jasny. Pozostawić najcenniejszą pamiątkę po ukochanym w miejscu, do którego później prawdopodobnie się nie wróci? Przecież ta rzecz była mu najbliższa, była nim samym, ukształtowała go i dała jej takiego, którego teraz z sentymentem wspomina. W tych wspomnieniach pojawiają się piękne asocjacje. Jest to obraz wielkiej miłości i wielkiego cierpienia, z którym nie ma czułostkowości. A najbardziej wzrusza to początkowe „chodź i tańcz” – wraz z tym mamy wspólną historię do opowiedzenia.

Jaka jest historia samotnej tancerki? Jej kapitałem jest ciało, ale emocje nie pozwalają na to, by ten kapitał dobrze wykorzystywać. Pomijając już opowieść o tej dwójce, Gaëlle Josse tworzy przecież inną opowieść. Fantazję wykreowaną w książce, której nikt nie kupił, ale jedna osoba przeczytała i wzięła sobie do serca. Paralela tych historii wcale nie jest oczywista, jednak autorka pisze w taki sposób, by sporo kwestii z tej książki nie było oczywistych. Dlatego zagadka żałoby ma kilka wymiarów, a motyw podróży zmusza do zastanowienia się nad tym, jaki związek przemieszczanie się będzie miało z szukaniem powiązań ze związkiem, który przestał istnieć. Czuła i łagodnie smutna. A jednak konsekwentnie smutna i tragiczna opowieść o czymś, czego nie można odnaleźć, albo o kwestiach, za które odpowiedzialna jest tylko pamięć. Ta pamięć, która tak boli. Boli w niej to, że doszło do ostatecznego rozstania. Żaden fetysz w postaci książki nie jest w stanie przywrócić przeszłości.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 

2024-07-08

„Uśpione” Anthony Passeron

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 29 maja 2024

Przekład: Jacek Giszczak

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wymiary apokalipsy

Dwie równolegle prowadzone narracje. Niezwykły sposób konstruowania książki. Nie jest niezwykłe to, że otrzymujemy dwie narracje, bo mnóstwo ciekawych powieści zostało napisanych za pomocą symultanicznie rozgrywających się historii. Anthony Passeron proponuje jednak coś innego: raport z rozwoju pandemii oraz kameralną opowieść rodzinną. Obie historie spaja motyw nadchodzącej apokalipsy. Obie opowiadają o czymś, co jest nieuchronne, przed czym nie ma ratunku. A o ten ratunek się walczy – w znaczeniu globalnym i rodzinnym. „Uśpione” to z jednej strony reporterska relacja z frontu walki z wirusem HIV oraz z AIDS. Właściwie wszystko o tej historii można przeczytać w tekstach źródłowych, a jednak czyta się to jak rasowy thriller. Tyle tylko że dominuje rzeczowy, sprawozdawczy styl. Ma on swoje specyficzne zastosowanie także wówczas, gdy Passeron opowiada historię rodziny. A raczej jej rozpadu i upadku. Pełnej cierpienia bezradności. Ale przede wszystkim o tym, o czym latami milczano. Co przez lata było uśpione.

Ciekawa jest konstrukcja narratora. Człowiek w gruncie rzeczy najważniejszy ze względu na to, w jaki sposób opowiada, a jednocześnie całkowicie schowany w cieniu. Jego tożsamość nie jest istotna w porównaniu z tym, w jaki sposób próbuje przedstawić tożsamość własnej rodziny. Żyjącej na prowincji grupy ludzi, w których życie bezkompromisowo wdziera się umieranie. Stryj narratora był człowiekiem, który z prowincji zrezygnował. Ruszył w świat. W swoją drogę ku szczęściu i wolności. Został zniewolony, przegrał. Odszedł ze świata na oczach najbliższych i wbrew ich pragnieniom. Ta śmierć stała się bolesnym stygmatem naznaczającym wszystkich. Być może najbardziej tego, który jest tu najciekawszą postacią, bo zdecydowanie nieodsłoniętą, nakreśloną z jednej strony wyraźną kreską, z drugiej jednak – ukazaną przede wszystkim z perspektywy swojej nieobecności.

Ojciec narratora znał tylko uporządkowane i przewidywalne życie, którego rytm wyznaczała codzienna praca w masarni. Krew zabijanych zwierząt na twarzy narrator nazywa „rodzinnym złotem”. Ów ojciec wyjechał ze swojej wioski tylko raz, bardzo daleko. Po to, by sprowadzić do domu brata. A sprowadził niewyobrażalną tragedię. Jednocześnie odsuwając ją i izolując się od niej. A potem – co najbardziej przejmujące i czego nie powinienem pisać, bo to tak zwane spojlerowanie – odchodząc na zawsze. Najcenniejsze w retrospekcjach jest to, w jaki sposób nie wprost, ale bardzo sugestywnie nakreślane są rodzinne relacje. Pustoszenie tego, co kiedyś miało wartość. Coraz bardziej bolesna obecność śmiertelnej choroby, ale wcześniej – opowiadanie o tym, w jaki sposób można umrzeć za życia. Metafora rodzinnego uporządkowania zamienia się w metaforę chaosu. Wszystko jest tu jednocześnie boleśnie dosłowne i bardzo symbolicznie smutne. Passeron pisze o smutku w wielu kontekstach. Przede wszystkim przez pryzmat rozczarowania. Ale również wielkiego zaskoczenia. Bo choroba atakuje w taki sposób, że jest oczywistą konsekwencją stylu życia, jednak druga narracja uzupełnia tę pierwszą i daje do zrozumienia, że nic w rozwoju AIDS nie było oczywiste.

Dwie dekady walki i konsekwentnego poszukiwania medycznych rozwiązań. Dwa kontynenty, lekarze amerykańscy oraz francuscy odkrywający zagrożenie, tworzący jego definicje, usiłujący walczyć z tym, co już odkryte. To jak w rodzinie narratora. Odsłaniają się kolejne mroczne karty historii, a całość zmierza ku nieuchronnemu końcowi. Jest również niezawinione cierpienie. Druga część tej krótkiej powieści, która porusza najmocniej. „Uśpione” to historia o tym, w jaki sposób tradycyjny porządek ról w rodzinie rozbija się, rozpada i z wielkim bólem pozostają jedynie ci, którzy są w stanie sobie z nim poradzić. Inni stosują tendencje ucieczkowe. Milczą. Wypierają. Nie chcą opowiadać. Nie chcą werbalizować przeżyć. Dlatego ta książka jest fantazją nie o tym, co pamiętamy, ale o tym, co ukryte w zbiorowej pamięci. O ludziach, którzy z różnych powodów milczeli, cierpiąc. Czy całe to cierpienie miało być jedynie destrukcyjne, czy też pełni jakąś funkcję ekspiacyjną? Wtedy, kiedy jest odtwarzane i analizowane. Językiem – jak wspomniałem – pozornie kompletnie niedostosowanym do opowiadanej historii. A jednak robiącym ogromne wrażenie, kiedy sprawozdawczość oraz podawczość łączą się z niesamowitą wrażliwością na niuanse. Na to, jak bardzo cierpienie innych przenosi się na najbliższych i jakie mogą być konsekwencje tych przeniesień. Passeron trzyma czytelnika w szachu i napięciu do ostatniej strony, chociaż przecież można uznać, że opowiada historię z dość oczywistym finałem, zawierającą nadzwyczaj czytelne wnioski i sugestie. Nic bardziej mylnego.

„Uśpione” to bardzo skondensowana, a przez to niemożliwa do odłożenia powieść o tym, czym są złudzenia, jak trudne bywają kompromisy, lecz również o przejmującej bezradności. Okazuje się, że świat nie ma wpływu na rozwój pandemii, która przed dwie dekady dziesiątkuje chorych, ale i rodzina sama w sobie silna i stabilna nie może unieść bezradności przyglądania się temu, że ktoś umiera. Na własne życzenie? Z powodu swoich błędów? Czy charyzmatyczny Désiré zasłużył sobie na swój los? Otrzymał to, ku czemu konsekwentnie dążył? Odsłanianie tajemnic choroby początkowo zaskakującej świat idzie w parze z opowieścią o tym, jak stawiano jej czoła. Stryj narratora mierzy się z nieuchronnym, ale nikt nie jest w stanie naprawdę go w tym wesprzeć. Tragedia puka do drzwi domu, w którym nigdy żadna tragedia się nie wydarzyła. A Passeron pisze o ludziach, którzy albo podejmują inicjatywę i walczą, albo poddają się bez tej walki, na co daje im całkowite przyzwolenie.

Mimo surowego i oszczędnego stylu są w tej powieści sceny, które zapadają w pamięć na zawsze, choć zapisane jakby na marginesie, zapełniając nonszalancko kolejne strony. Opis zwierzęcia uspokajanego przed tym, jak za chwilę zostanie zamordowane. Obraz gasnącego życia dziecka, które otrzymało w spadku od rodziców to, co najgorsze i co najbardziej niesprawiedliwe. Te dwie sceny uświadamiają, że najboleśniejsze przychodzi wtedy, kiedy nie chcemy być na to gotowi albo inni decydują o tym, że powinniśmy być gotowi. Przerażone zwierzę to po uboju niedobre mięso do spożycia. Dziewczynka, która ma być świadoma, że zaraz umrze, to młody człowiek niemogący liczyć na humanitaryzm ze strony otoczenia. „Uśpione” to zatem przypowieść o tym, co konieczne, by z godnością dotrzeć do momentu katastrofy. Ale również historia o tym, że śmierć ma bardzo różne oblicza i jej przyjście, zwłaszcza nagłe, zawsze jest czymś niesprawiedliwym.

Anthony Passeron wpisuje się w nurt wspomnieniowych powieści o tym, jak wydobyć z ciszy opowieści, które w zasadzie nigdy nie powstały, jednak historia zapisała swoje karty w taki sposób, że potrzebny jest ich interpretator. I to staje się naczelnym zadaniem literata. „Uśpione” są pamiętnikiem tragedii, lecz również zbiorem opowieści, które ocalają zatopiony w milczeniu miniony świat. We wstydzie matki po śmierci syna. W niewyrażonej nigdy rozpaczy rodziny, która musi pogodzić się ze śmiercią dziecka. A jest tu jednak żywotność – chodzi o sposób, w jaki Passeron odtwarza fakty, dokładając swoje interpretacje. Jest też ta druga narracja rozwijana równolegle: raport z pola walki medycznej. Bo toczy się tu wojna ze śmiercią. Na wielu frontach. Egzystencjalna w swym wymiarze opowieść o tym, przed czym ludzie uciekają, nie chcąc nawet werbalizować swoich przeżyć. O emocjach, które nazywa literatura, a które były bardzo mocno przeżywane, tylko nikt nie miał do nich wglądu. Czy taki rodzaj wiwisekcji jest słuszny i moralnie uzasadniony? Z wielu powodów tak. Przecież Passeron – jak wielu innych pisarzy – udowadnia, że literatura to sposób na ocalenie. Nawet wówczas, gdy śmierć odbiera wszystko.