Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-11-29

„Kortyzol” Przemysław Gulda


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 7 listopada 2019

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Męski smutek

Książka Przemysława Guldy wzbudziła we mnie ambiwalentne odczucia. Wciąż na nowo ścierały się ze sobą niedowierzanie, współczucie, ciekawość i poczucie, że nie mam prawa przebywać w tym świecie, że to wszystko jest zbyt intymne, że z taką treścią nie powinno się występować publicznie. Czytałem jednak z uwagą do samego końca. To świadectwo osobistej odwagi, ale również książka mogąca sugerować niewłaściwe tropy, być może dla wielu bardzo mylące i dodatkowo wpędzające w opresje. To, co ma wyróżniać „Kortyzol”, to opowiadanie o smutku poprzez płeć. Tak jakby rzeczywiście płeć warunkowała inne jego przeżywanie. Myślę, że Gulda chce przede wszystkim sprzeciwić się powszechnemu wizerunkowi cierpienia i rozpaczy, które – nie jest to jednak normą – sankcjonowane są bardziej w przypadku kobiet, to znaczy kobiety mogą śmiało je wyrażać, przede wszystkim w przestrzeni publicznej. Tymczasem otrzymujemy spowiedź cierpiącego mężczyzny. Takiego, który nie wstydzi się swych łez, umiejącego przyglądać się osobistej melancholii, umiejącego ją akceptować i poszukiwać dróg wspólnej egzystencji. „Kortyzol” z jednej strony opowiada o tym, co bardzo ważne – o umiejętności mierzenia się z własnym bólem i sankcjonowania w sobie stanu smutku, bez spychania go gdzieś w podświadomość, gdyż trzeba sobie jakoś radzić, a nikt z nas nie chce o cudzym zwątpieniu słuchać, bo ono może nadwątlić nas samych. Z drugiej jednak strony ta książka dezinformuje, wręcz kłamie. Wówczas kiedy autor sugeruje, że leki antydepresyjne są uzależniające, a terapia jest dla tych, którzy nie potrafią rozmawiać ze sobą i nie mają nikogo, z kim mogliby przedyskutować, dlaczego są smutni.

„Kortyzol” świetnie portretuje, jak to, co konieczne w stanie pogłębionego smutku, staje się wręcz irracjonalne – rozmywają się życiowe priorytety, wygaszane są naturalne potrzeby ciała oraz umysłu. Pokazuje krok po kroku, jak zajęcia, działania, rozmaite rzeczy czy kontakty z ludźmi na naszej drodze zaczynają tracić sens, a wraz z nim jakąkolwiek wartość. To zatem interesujące studium wyobcowania w wewnętrznej udręce i bardzo słuszny zwrot ku tym mężczyznom, którzy nie dają sobie prawa do przeżywania smutku, co może go tylko potęgować, rodzić dodatkowe frustracje. Cyniczny odbiorca może stwierdzić, że Gulda napisał książkę o tym, jak rzuciła go dziewczyna i jak bardzo mu z tym źle, ale trywializowanie pokazanego problemu nie jest na miejscu. Są fragmenty, które bardzo przejmują – metafora walki ze sobą czy rozpaczliwe próby pożegnania osoby decydującej się na koniec, którego autor nie akceptuje.

Są jednak inne problemy przy odbiorze tej narracji. Napisana jest w zasadzie w tonie sprawozdawczym, ale pojawiają się momenty, w których autor próbuje być poetycki i symboliczny. Nie wychodzi to za dobrze, gdy czytamy o pościeli zimnej z rozpaczy, i nie wypada też przekonująco, kiedy w funkcji symbolu stoi sytuacja lub zdarzenie dość trywialne. Kolejna sprawa to liczne powtórzenia. Zdaję sobie sprawę, że mają oddawać rytm myślenia zdruzgotanego człowieka, który wraca wciąż do tych samych przemyśleń, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, kiedy w smutku chce się coś wyprzeć, a pamięta to bardzo intensywnie. Problem polega na tym, że książka na tym cierpi. Odbiór czytelniczy również. Gulda posługuje się powtórzeniami nie całkiem chyba świadom tego, że niszczą mu „Kortyzol”. Opowieść o bohaterstwie walki z własnymi demonami, która jednak jako książka musi przykuwać uwagę, a jedynie rozprasza ją powrotami wciąż do tych samych kwestii.

Kolejna zastanawiająca mnie sprawa to nazywanie swojego stanu depresją bez żadnej profesjonalnej diagnozy. O ile bohater książki niechętnie udaje się do psychoterapeuty, gdzie powiela najczęstszy błąd w postaci oczekiwania, że terapeuta przekaże gotowe recepty na poprawę nastroju, a nie zasugeruje, jak naprawdę rozmawiać ze sobą, o tyle nie ma tu mowy o ani jednej wizycie u psychiatry. A to przecież lekarz, a nie lektura objawów w Internecie, daje właściwą diagnozę. Odnieść zatem można wrażenie, że narrator Guldy po prostu coś sobie wmawia i potem usilnie tropi te objawy, które zgadzałyby się ze wskazaną teorią.

Nie mam pojęcia, jak nazywa się smutek opowiadającego, ale mam wrażenie, że w tej historii za dużo jest egocentryzmu, który prowadzi do teatralizowania pewnych zachowań i niepotrzebnej górnolotności oczywistych przemyśleń. To naprawdę ciekawa autoanaliza, jednak ma się wrażenie, że nie wychodzi poza to, co subiektywne, nie analizując nawet dobrze objawów somatycznych. Gulda chce zobrazować trudność w byciu samemu po rozstaniu, ale także uwierające przekonanie, że szczęściem może być tylko związek – poza nim jest nicość, rozpad, zmierzanie ku destrukcji. Oczywiście od początku jest się bardzo ciekawym, ku czemu te wszystkie rozważania zmierzają, potem jednak pojawia się rozczarowanie, ale cały czas staram się pamiętać o społecznej oraz terapeutycznej roli tej książki. Jest ważna, gdy uświadamia, że przeżywanie słabości to nie domena kobiet, i jest też potrzebna jako skrupulatny zapis stanu wewnętrznego konfliktu. Bohater w gruncie rzeczy nie chce czuć się źle, ale pozostawiony samemu sobie nie jest w stanie wydobyć się z matni.

Zastanawia mnie też, dlaczego kobiety nazywane są tu konsekwentnie dziewczynami, a jeśli chodzi o odniesienia do męskości, mamy głównie zaprzeczenia stereotypom. Pojawiają się też dyskusyjne tezy, jak ta, że mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet nie potrafią słuchać. Na pewno „Kortyzol” opowiadający o rozpaczliwych próbach rekompensowania sobie życiowych braków jest książką uniwersalną i absolutnie wykraczającą poza płeć. W innych kwestiach jest już inaczej. Na co mają społeczne przyzwolenie kobiety? W jaki sposób z trudnościami emocjonalnymi mają radzić sobie mężczyźni? Która płeć której daje większe wsparcie w dramatycznych chwilach upadku? Pojawia się sporo pytań do dyskusji, ale dominuje jednak przekonanie, że autor chce coś udowodnić, a w zasadzie niczego nie jest pewien. Dlatego też czytanie tej książki było dla mnie uwierające, z wieloma sprawami się nie zgadzałem. Najtrudniejsze było jednak przyjęcie zasadniczej tezy – że w obniżeniu nastroju zdecydowanie inaczej działa kobieca, a inaczej męska sfera emocji. Dlatego „Kortyzol” pozostawia mnie pośród wątpliwości i pewnego zagubienia. Kompletnie nie mam pojęcia, czy to dobra, czy zła książka. Na pewno jest świadectwem nietuzinkowej wrażliwości i pewnej determinacji. Opowiedzieć swój świat smutku publicznie w taki bezpośredni sposób trzeba umieć. Trzeba też zastanowić się, co w takim monologu wewnętrznym ma być sugestią, a co swobodną refleksją. Granice między nimi trochę się tutaj zacierają.

2019-11-27

„Aż do śmierci. Prawdziwe historie przemocy domowej, która zmusza ofiarę do zbrodni” Daria Górka


Wydawca: MOVA

Data wydania: 16 października 2019

Liczba stron: 252

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł


Tytuł recenzji: Gdy dusza umiera

Książka Darii Górki to bardzo poruszająca literatura faktu. Zwracająca uwagę na to, że w naszym kraju ponad jedna trzecia Polek zaznała jakiejś formy przemocy domowej, a jej bolesne doświadczenia ma za sobą milion kobiet. Te liczby zdają się niewyobrażalne. Tak jak mroczny temat, którego podejmuje się reporterka. Wbrew pozornej jasności tytułu odebrałem go nieco inaczej. Jak? W reportażu pada teza, że intensywnie doznawana przemoc w domu może prowadzić do śmierci duszy. I nie zabici partnerzy są tutaj istotni, lecz kobiety zmuszone do życia po nich – przez lata pozbawiane złudzeń, że życie z mężczyzną może być gwarantem bezpieczeństwa i miłości, przez lata coraz mocniej zapadające się w sobie, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, który mógłby poznać ich krzywdę. „Aż do śmierci” to jednak przede wszystkim książka o kobiecym wstydzie. Tym, który nie pozwala nic zrobić z opresją domowego tyrana, i tym, który towarzyszy już po jego zabiciu. Bo bohaterki Górki żyły w opresyjnej samotności i trafiając do więzienia po zabójstwach partnerów, paradoksalnie nadal są same. Ze swoimi demonami, którym na szczęście może wyjść naprzeciw profesjonalna pomoc. Ale nie zawsze. Dlatego tak bardzo podoba mi się to, że Górka pisze wbrew stereotypom i oczywistym wnioskom, choć w cytowanych wypowiedziach – zarówno więźniarek, jak i personelu nimi się zajmującego – pojawiają się treści, jakich każdy może się domyślić. Uważam, że po lekturze tej wstrząsającej książki czytelnik będzie mógł przede wszystkim głębiej zastanowić się nad tym, co dla niego oczywiste.

„Aż do śmierci” ma bardzo przemyślaną strukturę, która być może nie przypadnie wszystkim do gustu. Górka tworzy coś na kształt kolażu wypowiedzi ośmiu kobiet, które wypowiadają się bardzo krótko, a dodatkowo powtarzają przemyślenia. Nie ma tutaj budowania wizerunku każdej z nich osobno, bo – i słusznie – autorka wychodzi z założenia, że potrzebna jest pewna panoramiczność, wskazywanie tylko tego, co rzeczywiście się wyróżnia. Jest jeszcze jeden powód. Literatura dotykająca trudnych spraw – a sam jestem autorem jednej z takich książek – nie powinna być długa. Wyimki ze strumieni świadomości osadzonych po zbrodniach kobiet mają stworzyć wrażenie trochę antycznego chóru, który komentuje dokonaną potworność, ale i wskazuje klincz, w jakim znalazły się morderczynie. Górka chce, by jej książka była krótka i dosadna. Na zamieszczenie dłuższych wypowiedzi decyduje się wówczas, gdy ukazuje perspektywę ludzi zawodowo zajmujących się ofiarami przemocy. To oni zaprzeczą między innymi stereotypowemu spojrzeniu na kobietę biernie przyjmującą razy od męża jako na tę, która ma skłonności masochistyczne. Oni również będą się zastanawiać nad tym, gdzie ma przebiegać granica włączająca do interwencji w domowy koszmar odpowiednie instytucje z zewnątrz. Bo to też książka oskarżająca polski system wymiaru sprawiedliwości, który wciąż na nowo z dziwnych przyczyn potrafi stawać po stronie kata, a nie ofiary.

Jest tu mowa o jeszcze jednej, bardzo ważnej granicy. O momencie, w którym maltretowane przez mężczyznę kobiety decydują się na fatalną obronę. Kiedy i dlaczego sięgają po nóż? Co staje się przepełnieniem czary goryczy? Dlaczego jedna z bohaterek zabija dopiero po blisko czterech dekadach domowej traumy, a inna decyduje się na ten desperacki krok już po kilku latach toksycznego związku? Daria Górka stawia pytania o to, czy wspomnianą granicę cierpiące kobiety przekraczają świadomie. Jeśli tak – czym wówczas jest świadomość i jak funkcjonuje w niej potem akt zbrodni. Wszystkie kobiety z tej książki żałują tego, co zrobiły. Tyle tylko, że towarzyszą temu dodatkowe, wstrząsające uzupełnienia. Jedna z nich chciałaby cofnąć czas, żeby mężczyzna nadal ją bił, a druga opowiada, że wolałaby, aby to on zabił ją, nie odwrotnie. Zrównują w swojej świadomości to, że były bite, z tym, że dokonały zabójstwa. Bo przecież choć denat bił, zawsze pozostawał dla nich człowiekiem. Przecież go kochały. Jak mogły dopuścić się tak haniebnego czynu? Myślą głównie o tym, nie o haniebności postępowania zabitych mężczyzn.

„Aż do śmierci” to narracja analizująca to, jak bardzo wpływa na dalsze życie i funkcjonowanie przemoc oraz agresja, z którymi człowiek styka się już w dzieciństwie, a potem niesie przez życie jak bolesny bagaż. Są opisane sytuacje, w których kobiety uwalniają się od tyranów, ale po jakimś czasie ponownie wiążą się z krzywdzicielami. Czy jest w tym jakieś fatum gdzieś poza świadomością i umiejętnością dokonywania świadomych wyborów? Górka kwestionuje wszystkie proste odpowiedzi. Między innymi takie, że przemoc ma miejsce tylko w rodzinach z deficytami albo w trudnej sytuacji materialnej. Autorkę interesuje motyw izolacji ofiar, jak również to, co nimi kieruje, że latami poddają się przemocy, wierząc w odmianę, albo przyjmując ją jako wyrok losu, konieczność którą, należy zaakceptować i przyjąć.

Wykazując się ogromną empatią i zdolnością do ukazywania problemu w wielu aspektach, Daria Górka chce tą książką przełamać ciszę, w której przemoc domowa czuje się doskonale. Chce zwrócić uwagę na to, że krzywdzenie kobiet w Polsce jest tematem tabu i że za milczeniem kryje się czasami to, czego doświadczają bohaterki książki – poczucie wstydu, ale przede wszystkim strach przed jakimkolwiek działaniem stawiającym granicę przemocy. To publikacja mająca uwrażliwić na czujność, ale też opowiadająca historię kobiet, które nigdy nie zdobyłyby się na opowieści o swoim cierpieniu, gdyby nie osadzenie w zakładzie karnym, gdzie mogły – być może po raz pierwszy – stanąć wobec własnych oczekiwań, marzeń i pragnień, które wydobyły się z rekonstrukcji domowego koszmaru.

„Aż do śmierci” to książka uderzająca mocno i dzięki temu, że jest krótka, pozostawiająca jeszcze bardziej intensywny ślad w świadomości. To opowieść o pułapkach partnerskich manipulacji i niemożliwości samostanowienia pośród siniaków, blizn i tego, co pozostaje niewidoczne – zranionej duszy, o ile jeszcze nie zdążyła umrzeć… Górka opisuje również kobiecy tragizm, gdy ich wielka i bezwarunkowa miłość do partnera zderza się z jego obcesowością oraz agresją. To zderzenie jest bardzo bolesne nie tylko w dosłownym znaczeniu. W tym zderzeniu kryje się nierozwiązywalny dramat, egzystencjalny ból, ale i wielka opresja zamykająca w pułapce. Problem godzenia się na razy i utrzymywania w tajemnicy domowego terroru to kwestia bardzo skomplikowana i trudna do jednoznacznego wytłumaczenia. Autorka nie ocenia zbrodni bohaterek ani ich nie wybiela – chce pokazać, że wszystkie znalazły się na tym etapie życia, że nie muszą już zderzać uczuć z pięścią mężczyzny. Że są w pewien sposób wolne, choć nigdy nie umiały i może długo nie będą potrafiły zdefiniować przestrzeni wolności osobistej. Ważna i potrzebna książka.

2019-11-25

„Stramer” Mikołaj Łoziński


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 16 października 2019

Liczba stron: 440

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Pamięć rodzinna

Mikołaj Łoziński nie musi wydawać rokrocznie książki, aby świat literacki pamiętał jego nazwisko. Na powieść „Stramer” tak jak na „Książkę” czekaliśmy bardzo długo i odnoszę wrażenie, że jest ona formą kontynuacji myśli z tej poprzedniej. Z narracji, w której Łoziński opowiadał o rodzinie przez przedmioty, wkraczamy do pełnokrwistej powieści panoramicznej, gdzie ci ludzie stają się bohaterami literackimi, których na pewno się zapamięta. Nie można określić „Stramera” jako sagi rodzinnej, bo obejmuje zbyt mało lat, niemniej te opisywane są bardzo istotne. To czas, w którym więzy żydowskiej rodziny utrwalają się i ewoluują w obliczu koszmaru drugiej wojny światowej. Kiedy niedawno czytałem „Hanę” Aleny Mornštajnovej, zafrapowało mnie to, w jaki sposób autorka ukazuje nadchodzący koszmar Holokaustu jako coś całkiem zaskakującego, nowego, opisywanego jako wydarzenie zupełnie nieprzewidywalne, formowane dopiero w świadomości bohaterów. U Łozińskiego jest jeszcze inaczej – pierwsza perspektywa spojrzenia na rozpoczętą właśnie wojnę należy do dziecka, do naiwnego sposobu odbierania i interpretowania przejawów chaosu oraz okrucieństwa. Dlatego „Stramer” wyróżnia się tym, że opowiada o świecie zmierzającym ku Zagładzie, ale robi to w tak subtelny sposób, że o dramatycznym końcu wcale się nie myśli. Jego rodzina z Tarnowa ewoluuje, zmienia się, doświadcza absurdów życia społecznego i politycznego, ale jest też – egzemplifikowana przez Rywkę – ostoją wzajemnego przywiązania i stałych rytuałów, które wzmacniają wspólnotę oraz pozwalają jej trwać nawet wówczas, gdy wspólne spotkanie może być już tylko podszyte lękiem przed przyszłością.

Nathan decyduje się opuścić Amerykę, by ułożyć sobie życie w Tarnowie, przy ulicy Goldhammera 20. Poświęca amerykański sen na rzecz prozy życia u boku Rywki, która rodzi mu sześcioro dzieci. Nathan jest ojcem surowym i zachowawczym. Ma też swoje słabości – nawracający „katar żołądka” – ale zawsze twardo stąpa po ziemi i wykazuje się przedsiębiorczością, zakładając kawiarnię, a w niej zmuszając klientów, by szybko kupowali i wychodzili. Rywka to łagodna matka, która obserwuje dorastające dzieci i wciąż na nowo wyraża swoje troski, z którymi nikt się nie liczy, bo ta kochająca rodzicielka staje się postacią dalekiego planu, a jednak w moim odczuciu najważniejszą, w czym utwierdza mnie zakończenie powieści.

Czterech synów i dwie córki. Najstarszy Rudek wzbudza szacunek i strach, jest autorytetem dla młodszych braci, ale chciałby być kimś więcej i kimś takim się staje. Rudka pierwsze prawdziwe spotkanie z religią w chederze to doświadczenie okrutnego upokorzenia. Wybiera naukę. Filologię klasyczną studiowaną w pobliskim Krakowie, do którego podąży za bratem także Salek, mocno uprzedzony do religii, zafascynowany myślą komunistyczną, zdecydowany na studiowanie filozofii i ponoszenie konsekwencji swoich rewolucyjnych poglądów. Podziela je również Hesio, w którym fascynacja komunizmem zrodziła się być może po tym, jak ujrzał w dzieciństwie zabitych robotników leżących w błocie. Hesio nie pójdzie drogą edukacyjną swoich braci, ale stanie się na swój sposób charyzmatyczny. W jego blasku znajdzie się nieszczęsny Nusek, wciąż pokrzywdzony tym, że po starszych braciach przypada mu najmniej – w rodzinie i w życiu. Nusek znajdzie się trochę na marginesie – w rodzinie i w historii. Ale i on będzie miał miejsce w czułym sercu Rywki, bo ona jest gotowa kochać wszystkie swoje dzieci jednakowo. Także Renę, która przeżyje macierzyński dramat, i Welę, najmłodszą, która okrucieństwo świata ujrzy po raz pierwszy na szyi swojej kotki.

Najbardziej fascynujące jest śledzenie rodzinnych sojuszy, przyglądanie się ich konstytuowaniu, a jednocześnie obserwacja tego, jaką jednością jest ta rodzina – choć przecież ojca i synów dzieli chwilami bardzo wiele, a zachowawczość i Rywki skłonność do jednania wszystkich nie zawsze się sprawdzi, bo Nathan nie zawsze też będzie dumny ze swoich dzieci. Powoli zbliża się druga wojna światowa, ale świat Stramerów kieruje się swoim czasem i prywatnymi okolicznościami, w których każdy członek rodziny czegoś się uczy, przeciwstawiając porządkowi świata, ale także stając w opozycji wobec wyborów braci czy sióstr. Łoziński z dużym pietyzmem, psychologiczną wiarygodnością oraz zaznaczanym kilkukrotnie poczuciem humoru kreuje postacie rozwijające się, doświadczające rzeczy pierwszych, określające swoje doświadczenia poprzez stosunek do rodzeństwa, w końcu – ujawniające pierwsze fascynacje, tęsknoty, a później pierwszą gorycz oraz trudności w odnalezieniu się w sytuacjach dla nich granicznych. Te wszystkie postacie są stworzone w doskonały literacko sposób, ale mam z nimi pewien problem i przypomina mi się tutaj konstrukcja powieści „Nieczułość” Martyny Bundy. Bohaterowie są zarysowani taką kreską, że brakuje tutaj miejsca dla niepewności czy wątpliwości czytelnika. Łoziński stworzył świetną literacko rodzinę, z którą trudno się zbliżyć przez niedomówienia, bo wie się o niej wszystko. Nieliczne dwuznaczności są trochę tuszowane. Zbyt wiele jest wyjaśniane, ta rodzina za bardzo eksponuje swą złożoność. Dlatego może najbardziej przywiązałem się do Rywki, która sprawia wrażenie porzuconej przez narratora. To dzięki tej postaci udaje mi się wejść choć na chwilę do tej powieści. Cała reszta tworzy hermetyczną całość, do której nie mam dostępu jako czytelnik.

Pomyślałem sobie, że „Stramer” to taka uzupełniająca fantazja do „Fałszerzy pieprzu” Moniki Sznajderman. Przede wszystkim dlatego, że w obu książkach – różnych przecież od siebie – istotną rolę odgrywają fotografie. U Łozińskiego fotografowanie się jest sposobem na utrwalenie, ale i uporządkowanie pamięci. Dziwnym trafem ważność robionych fotografii zbliża nas znowu z postacią Rywki. To ona pełna uwielbienia wpatruje się w zdjęcie wszystkich swoich dzieci i to ona jakby intuicyjnie wyczuwa, kiedy trzeba zrobić fotografię ludzi z najbliższego otoczenia, których za chwilę nie będzie. Cała powieść Mikołaja Łozińskiego jest jak gigantyczna fotografia kilku czytelnych planów. Bo to przecież opowieść o ludzkiej czułości i dobru w obliczu czasu, który stawał się okrutny i nieczuły. Groźny nacjonalizm, który wdziera się do sielankowej chwilami narracji o rodzinie, nadzwyczaj mocno czyni tę powieść jakoś współcześnie polską.

Ale „Stramer” to rzecz wyważonej konstrukcji i przemyślanego konceptu. Dystansuje się od elementów dramatyzujących fabułę w prosty sposób, stawia na coś innego. Jest w gruncie rzeczy powieścią o tożsamości, nie zawierusze dziejów. Zastanawia mnie tylko, po co – dość ekscentrycznie – wprowadzane są tu wspomnienia o Romanie Brandstaetterze czy Ludwigu Witgensteinie. Dodatkowe smaczne tropy, których obecność zupełnie się nie broni? Gdybym miał jeszcze jedno zastrzeżenie do tej naprawdę dobrej powieści, to zwróciłbym uwagę na portretowanie kobiet – krakowskich studentek gotowych wskakiwać każdemu do łóżka na zawołanie czy kochanek, które jeśli zbyt publicznie wyrażą swoje przywiązanie, można zwyczajnie zbić po pysku. Całość poza tym jest świetnie przemyślaną strukturą napisaną bardzo przystępnym językiem, jednak ja w przeciwieństwie do wielu recenzujących nie przywiązałem się za bardzo do tej powieści. Może dlatego, że Łoziński mnie do niej nie dopuścił, bo jest takim samograjem bez skazy… albo sugestywności znaków zapytania, których autor unika.

2019-11-21

„Miedziaki” Colson Whitehead


Wydawca: Albatros

Data wydania: 30 października 2019

Liczba stron: 288

Przekład: Robert Sudół

Oprawa: twarda

Cena det.: 38,90 zł

Tytuł recenzji: Czytelne dobro i zło

Książki Colsona Whiteheada są na pewno potrzebne Ameryce i światu. Autor porusza problem amerykańskiego rasizmu w bardzo szerokim spektrum. W „Kolei podziemnej” – jednej z ciekawszych książek 2017 roku – nawiązywał do czasów niewolnictwa, aby opowiedzieć o degradacji ludzkiej godności. W „Miedziakach” sięga również do autentycznych zdarzeń, portretując oblicza rasizmu w Stanach Zjednoczonych w obrębie kilku dekad minionego stulecia. Tyle tylko, że tym razem otrzymuję wykład, nie literaturę. „Miedziaki” są potwornie dydaktyczne, stworzone w niej kreacje mocno tendencyjne, a całość opisanych zdarzeń od początku do końca manipuluje uwagą oraz emocjami czytelnika. Czyta się to bardziej jak reportaż niż literaturę piękną. Obrazując potworną strukturę obozów wychowawczych na Florydzie, w których rodziła się bezkompromisowa przestrzeń lęku, mściwości, wieloznacznego zła i stygmatu na całe życie, Colson Whitehead punktuje jak przy tablicy właściwe i niewłaściwe zachowania. Nie ma w „Miedziakach” zajmującego zawsze uwagę środka, wieloznaczności. Jest struktura podporządkowana czytelnej tezie. Wszystko zaczyna się jak mrożący krew w żyłach reportaż. Potem staje się już literaturą jakby bez właściwości. A trudno to zauważyć, bo przecież cały czas jesteśmy skoncentrowani na temacie – opresji, jakiej poddani zostają nastolatkowie, i jej konsekwencjach w dalszym, dorosłym już życiu. Tych, którym udało się przeżyć, bo piekielna otchłań domów wychowawczych przynosiła nie tylko gorzkie życie, ale także śmierć…

„Zło sięga głębiej niż koloru skóry” – to słowa jednego z bohaterów, które mogłyby opowiedzieć całą tę historię. Whitehead zagląda do materiałów źródłowych, by stworzyć fikcję nie tyle o kwestii funkcjonowania chłopców w miejscu, z którego wychodzili zawsze z przetrąconym kręgosłupem, ile przede wszystkim o mechanizmach przyswajania sobie zła, dawania mu zielonego światła. „Miedziaki” mocno wybrzmiewają jako narracja o tym, że daje się w życiu to, co się od innych dostaje, bo to książka o bezkompromisowości życia w miejscu, w którym by przetrwać, trzeba stać się biernym uczestnikiem albo obserwatorem deprawacji. Autor ponownie rozprawia o kolejnej karcie wstydu z historii USA. Piętnuje system, proponując także ciąg rozważań o tym, jakie postępowanie życiowe należy uznać za słuszne i w jaki sposób żyć, by dawać światu świadectwo jego niesprawiedliwości. Sugeruje, diagnozuje, określa i definiuje za czytelnika.

Mam duże wątpliwości, kiedy przyglądam się konstrukcji oraz losom głównego bohatera. Elwood od samego początku portretowany jest jako prawy, uczciwy, ambitny i ceniony przez innych czarnoskóry chłopak, który osiąga do pewnego momentu wszystko to, o czym sobie zamarzył, a nieoczekiwany zbieg okoliczności w połączeniu z kolorem jego skóry krzyżuje życiowe plany nastolatka i zmusza go do wejścia w świat, gdzie będzie musiał walczyć o przetrwanie, inaczej zostanie zbity, wyszydzony, a może nawet pozbawiony życia. Rozumiem autorskie intencje, tę potrzebę czytelnego zaakcentowania problemu segregacji rasowej – obecnej nawet w poprawczaku – wraz z zaznaczeniem, że każdy czarnoskóry chłopak w sytuacji Elwooda miał zawsze pod górkę i wyjątkowo ciężko, ale z bohatera książki robi się trochę postać papierowa. Również nadmiernie dramatyczna, a nawet teatralna w swym cierpieniu. Nie umniejszam powagi tematu i okrucieństw, o jakich opowiada ta powieść. Chodzi mi tylko o ten wizerunek krystalicznie czystego moralnie chłopca, którego absurd kolizji z prawem doprowadza do opresyjnego miejsca, z którego nie sposób wydostać się moralnie czystym, a jednak bohater stara się ze wszystkich sił, jest czytelniczym beniaminkiem. Cała przestrzeń bezprawia oraz okrucieństwa nieco się zawęża, bo chcemy widzieć świat oczyma poczciwego Elwooda.

Do bohatera dołącza charyzmatyczny Turner. Razem oczywiście raźniej. Dwaj chłopcy będą jednocześnie nieco inaczej przyglądać się systemowi brutalnej opresji, każdy z nich będzie miał też swój pomysł na to, jak się mu przeciwstawić. W znaczeniu symbolicznym Miedziak to z pewnością ta amerykańska przestrzeń, w której do głosu, a właściwie do siły dopuszcza się szereg pełnych uprzedzeń frustratów. Nie ma tutaj jakiejś głębszej anatomii zła, choć świetnie je obrazuje oczywiście wszechobecna przemoc. Wkraczając jednak w świat, który stał się na tyle bolesnym wspomnieniem, że nigdy nie opuszczało ono umysłów, otrzymujemy zestaw standardowo przedstawionych elementów. A przecież Elwood jest bohaterem dynamicznym i chciałoby się przyjrzeć przestrzeni, która go zmienia, z różnych perspektyw albo przynajmniej tak, by samemu wydobyć z siebie jakieś sądy i przemyślenia o niej.

Whitehead nie daje pola do rozmyślań i fantazji. To tak, jakby chciał o problematycznym odrzuceniu i stygmacie koloru skóry opowiedzieć na swój jedynie słuszny sposób. Bo to książka o krzywdzie społecznej, która mogłaby mieć tu wiele wymiarów oraz wizerunków, ale skupiamy się tylko na tym, jak problem widzi sam autor. A raczej jak stara się nas przekonać do swojego punktu widzenia, tworząc tendencyjną historię nadzwyczaj łatwo dzielącą ludzi i zdarzenia wzdłuż wyraźnej linii odgraniczającej dobro i zło. Cała historia jest oczywiście przytłaczająca, ale proporcje ujawniania obrazu zła są zwyczajnie niewłaściwe. Na samym początku dowiadujemy się o całej potworności opisywanego zjawiska i potem nie dzieje się nic, co mogłoby czytelnika wydobyć ze wstrząsu prologu. Bohater i jego krzywda są tu też bardzo oczywiste, uwypuklone w autorskim zamyśle, bez cienia szans na obserwowanie, że zło może zmieniać fronty, a dobro czasem zmusza do bolesnych kompromisów. Także historie rodzinne bohaterów – Elwooda i Turnera – muszą być niezwykle jednoznaczne, bo przecież zawsze trudne dzieciństwo to początek trudnego mierzenia się z dalszym życiem, prawda?

„Miedziaki” rozczarowują, choć opowiadają wstrząsającą historię, w której bezradność walczy z dzikimi atawizmami, a poczucie przyzwoitości z okrucieństwem wyznaczonym przez uprzedzenia. Socjologiczny rys tej powieści jest bardzo ciekawy i naprawdę porusza. Samej zaś dobrej literatury jest w „Miedziakach” niewiele. To trochę tak, jakby Whitehead chciał opowiedzieć o niewyobrażalnych sposobach zadawania sobie bólu przez ludzi nawzajem, a opowiedział jedynie tyle, ile mieści się w stereotypowym wyobrażeniu krzywdzenia. To także mroczna podróż do miejsca, w którym czarnoskóry człowiek jest zawsze winny wszystkiemu. Przypomina trochę historię opresji opowiedzianą w powieści „Ani złego słowa” Uzodinmy Iweali. Tu jakoś nadzwyczaj czytelnie zobrazowana jest relacja kata i ofiary. W znaczeniu prywatnym historii Elwooda, ale także jako oskarżycielski głos pisarza, który zarzuca swojemu krajowi zachowawczość i okrucieństwo. To dobrze, że takie mocne książki powstają. Szkoda tylko, że ich moc to przede wszystkim elektryzująca opinię publiczną tematyka społeczna.

2019-11-19

„Starszy brat” Mahir Guven


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 30 października 2019

Liczba stron: 320

Przekład: Szymon Żuchowski

Format e-booka: ePUB i MOBI

Cena w Virtualo.pl: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Być pomiędzy

Znakomity debiut Mahira Guvena to powieść stawiająca pytania o zderzenia różnego rodzaju uprzedzeń w dzisiejszym świecie. „Starszy brat” podejmuje się również oryginalnej krytyki świata Zachodu, w którym wspomniane uprzedzenia mogą mieć wiele oblicz. Bohater książki urodził się we Francji – jest potomkiem Europejki mówiącej po arabsku i syryjskiego ojca, który kaleczy język francuski, ale chce wychowywać syna w świeckim społeczeństwie, z dala od dogmatów religijnych oraz bolesnej spuścizny swojej ojczyzny ogarniętej wojną. Guven przedstawia sylwetkę mężczyzny, który obu kulturom oraz obyczajowościom, z jakich wywodzą się rodzice, przygląda się krytycznie i z niepokojem. Przede wszystkim jednak zadaje pytania o własną tożsamość: „Jak odnaleźć swoją drogę, skoro nie zna się własnego pochodzenia?”. W poszukiwaniu tej drogi młodszy brat bohatera udaje się do Syrii. Tymczasem ten, który pozostaje we Francji, obserwuje zmiany nastrojów po paryskich atakach terrorystycznych, przygląda się nierównościom społecznym oraz absurdom kraju równości i tolerancji, który imigrantom stawia większe wymagania. To opowieść o szalonym świecie, gdzie „meczet zrównuje się z wariatem”, obywatelom z bliskowschodnimi korzeniami każe stać z tyłu kolejki do spełnionego życia (świetne i emblematyczne wspomnienie tego, że Francuz do imigranta zwraca się na „ty”, odwrotnie zaś działa już forma „pan”), a sfrustrowanego i zagubionego bohatera pozostawia z szeregiem pytań retorycznych – także tych dotyczących brata, którego zniknięcia ani on, ani ich ojciec nie potrafią zrozumieć.

Guven w taki sposób buduje narrację, że możemy być pewni tego, o czym czytamy, tylko do określonego momentu. Element zaskoczenia idzie w parze z coraz bardziej śmiałymi tezami dotyczącymi tego, w jak wielkim oddaleniu są wciąż światy tak zwanej cywilizowanej Europy i targanego niepokojami Bliskiego Wschodu. To świetna rzecz o rasizmie – także seksualnym! – ale przede wszystkim opowieść o przynależności do miejsca, które staje się areną pewnych absurdów oraz chaosu. „Starszy brat” podejmuje także problematykę więzi rodzinnych, w których pojawiają się pęknięcia. Obrazując zatomizowanie nowoczesnego społeczeństwa, autor pokazuje zatomizowaną rodzinę. Matki już nie ma, a zawsze była ostoją spokoju, gwarantem równowagi. Ojciec nienawidzący swojej matki za religijność nie uznaje się ani za Araba, ani za muzułmanina. Jest komunistą. Człowiekiem, do którego wnętrza nie mamy dostępu, ale widzimy ambiwalentne synowskie uczucia, jakie wzbudza. Poza tym jest Azad, którego tożsamość nieprzypadkowo ujawniona zostaje dopiero pod koniec powieści. Ten, który pozostał tam, gdzie się urodził, jako taksówkarz podsłuchuje, o czym mówi i co myśli Paryż, przygląda się też baczniej wszystkiemu, co go otacza, ale przede wszystkim stara się oswoić w sobie brak. Brat, z którym był silnie związany emocjonalnie, pozostawił członków swojej rodziny, by wyjechać do kraju, gdzie ojciec nie znajdzie już planowanego spokojnego życia na emeryturze. Decyzja o wyjeździe zapada nagle – tak postrzegają ją brat oraz ojciec. Dołączona druga narracja, opowieść młodszego brata, wyjaśnia przyczyny wyjazdu, ale staje się coraz bardziej enigmatyczna. Guven daje głos obu braciom, jednak po pewnym czasie zorientujemy się, że ten dwugłos jest bardzo specyficzny. W międzyczasie główny bohater da nam świadectwo swojego smutnego życia w świecie, którego reguł ścierania się i uprzedzeń nie jest w stanie zrozumieć, zaakceptować.

Musi jednak normalnie funkcjonować. W świecie, w którym ludzie powielają błędy swoich rodziców, a nie spełniają własnych marzeń. W świecie wciąż obecnej niepewności, gdzie kontakt z drugim człowiekiem może być źródłem udręki albo konfliktu. Azad chce żyć spokojnie i zachowawczo. Dąży do uporządkowania swojego życia, widząc jednocześnie brak uporządkowania w życiu społecznym. Chce jeździć znajomymi ulicami i wozić klientów ze ściśle określonego punktu do kolejnego określonego tak samo. Paryż staje się jednak gmatwaniną ulic, w których kryją się liczne lęki wywołane absurdami. Azad widzi więcej niż inni albo może zwraca uwagę na to, na co nie zwracają uwagi jemu podobni, bo uznali, że świat jest po prostu tak niedoskonały. Trudno w nim o stabilność, a na niczym więcej – może poza powrotem brata – bohaterowi tej książki nie zależy.

„Starszy brat” to przede wszystkim świetna książka o poszukiwaniu przestrzeni prywatnej wolności. O tym, że otaczający świat staje się coraz bardziej opresyjny, gdy okopuje się w uprzedzeniach czy idiosynkrazjach. To też krytyczne spojrzenie na to, czym stał się islam – zarówno dla jego wyznawców, jak i dla społeczeństw funkcjonujących pośród ludzi wyznających religię, którą się upraszcza, łatwo szufladkuje. Opowiadając o zderzeniach kultur, Mahir Guven pokazuje bardzo wyraźnie, że te zderzenia mogą mieć miejsce również w obrębie jednej kultury. Świat otaczający Azada stara się wszystko uprościć. Nawet wtedy, gdy celebruje i wspiera własną różnorodność. Ten świat jednak boi się terroryzmu i ogranicza pole tolerancji, ale nietolerancja oraz brak poszanowania drugiego człowieka otrzymują tu bardzo strukturalny obraz. Guven rozsadza tkankę społeczną, pokazując jej niespójności. Jest ironiczny i oczyma swego bohatera portretuje świat, w którym można się wstydzić swojego pochodzenia, kiedy nie jest się go do końca pewnym. To też książka, w której zderza się uporządkowana narracja o paryskiej codzienności oraz pełna dramatyzmu wizja tego, jak funkcjonuje zniszczona wojną Syria, czym jest syryjska wojna i do jakich pozawojennych antagonizmów może doprowadzać.

Powieść Guvena to przykład literatury zaangażowanej społecznie, lecz także ujmujący dziennik tęsknoty, za którą stoją rozgoryczenie oraz melancholia. Sportretowana więź braterska jest bardzo silna, ale widzimy, że to, co interesująco symbolizują sceny wspólnej gry w piłkę nożną czy łowienia ryb, staje się już enigmatycznie wyglądającą przeszłością. Brak stabilności w życiu Azada to także brak pewności tego, czym była i czym jest jego relacja z najbliższym mu człowiekiem. Dlatego w gruncie rzeczy jest to książka przejmująco smutna. Opowiada o ludzkiej samotności zderzonej z antagonizmami ustawicznie biorącymi tożsamość na swój celownik. Guven zdaje wiele trudnych pytań o to, kim staje się człowiek, na którego wpływ mają zwalczające się kultury, ale to też intymna opowieść o tym, co w międzykulturowej rodzinie trudne i bezkompromisowe. Czyta się „Starszego brata” z dużym zaangażowaniem także dlatego, że doskonale się orientujemy, iż autor zapowiada jakąś narracyjną woltę, element sporego zaskoczenia. I wszystko zmierza ku przejmującemu zakończeniu. Ta książka wraz z ostatnim zdaniem, a w zasadzie zadanym tam pytaniem, zaczyna żyć swoim dodatkowym życiem. Świetna konstrukcja tego frapującego debiutu każe nam spojrzeć inaczej na to, co nazywamy społeczną i kulturową niesprawiedliwością. A jednocześnie włączyć się w nurt plastycznych wspomnień o rozpadzie rodziny, która miała być stworzona na przekór wszelkim uprzedzeniom. Jego e-book w dobrej cenie oferuje Virtualo.pl

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Virtualo.pl

2019-11-15

„Uduszeni. Toksyczna prawda o powietrzu, którym oddychamy” Beth Gardiner


Wydawca: Relacja

Data wydania: 23 października 2019

Liczba stron: 326

Przekład: Anna Rogozińska

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Nasze wybory, nasze powietrze

Książka Beth Gardiner to nie tylko reportaż z szalenie aktualną problematyką społeczną. To książka, która powstała z wielkiej troski – o siebie, otoczenie autorki oraz ludzką świadomość dotyczącą zanieczyszczeń powietrza. Interesująca jest klamrowa kompozycja tej narracji. Ujmująca proces dla naszego organizmu najważniejszy i związany z tym, że to właśnie w pracujących płucach nasz układ odpornościowy zderza się z tym, co serwuje mu świat zewnętrzny. Gardiner porusza w swojej książce wiele tematów – jest w niej miejsce na gospodarkę, ekonomię, jest także rys socjologiczny, ale „Uduszeni” to przede wszystkim świadectwo osobistych doświadczeń. Z zanieczyszczonym powietrzem na całym globie, ale także z ludźmi, którzy niejednokrotnie poświęcili większość swego życia na to, by z tym zanieczyszczeniem walczyć. Jest to bowiem książka o ludziach – tych, z którymi autorka rozmawia, ale także o nas samych, wszystkich mieszkańcach globu mających jakiś wpływ na to, jak wyglądać będzie wdychane przez nas powietrze. Dlatego „Uduszeni” to nie tylko świetny zestaw danych oraz ich analiz, nie tylko kreowana na osobistą wyprawa w poszukiwaniu pytań o czystsze powietrze. To rzecz „o naszych wyborach”. O tym, co możemy codziennie zrobić, by polepszyć otaczającą nas atmosferę, ale także o tym, jak nonszalancko obojętni pozostajemy w kwestii ochrony powietrza. Gardiner nie sugeruje tutaj prostych wniosków. Zwraca uwagę na to, że brak zainteresowania wspomnianą ochroną to kwestia różnych zależności i kontekstów. Nie zawsze sami i nie zawsze świadomie stajemy się obojętni wobec problemu stanowiącego podstawę tej publikacji. Dlatego ważna jest ta wielopłaszczyznowość. Problemy nie są tylko punktowane. Nabierają specyficznych kształtów wówczas, gdy autorka ukaże nam je w lokalnych, często skomplikowanych zależnościach.

Z punktu widzenia polskiego czytelnika najciekawszy będzie na pewno rozdział dotyczący Polski i problemu wykorzystywania węgla kamiennego oraz jego katastrofalnego wpływu na powietrze. Gardiner określa nasz kraj jako „jeden z najbardziej uzależnionych od węgla krajów na świecie”. Jej krótka wędrówka po Krakowie, Śląsku czy Warszawie prezentuje proste zdziwienia kogoś, kto przygląda się polskim problemom z zanieczyszczeniem powietrza z innej perspektywy – człowieka dziwiącego się absurdom, które w Polsce przez lata przestały nimi być. Ten zewnętrzny krytycyzm powinniśmy przyjąć z pokorą, bo Beth Gardiner nie osądza w sposób jednoznaczny. Pokazuje, w co wrośliśmy i czemu hołdujemy. Wciąż na nowo i co roku poddając nasze płuca trudnym próbom.

Ale „Uduszeni” to perspektywa bardzo globalna, a Polska jest tylko jednym z miejsc, które odwiedza autorka. Ta książka zadaje kilka ciekawych pytań. Dlaczego cudzoziemcy nie wiedzą o ogromnym poziomie zanieczyszczenia powietrza w Delhi? Co koszmarnego oznacza w Londynie liczba 9416? Dlaczego w jednej z kalifornijskich dolin jest najgorsze powietrze w całych Stanach Zjednoczonych? Skąd biorą się problemy z oddychaniem i układem oddechowym w odległym Malawi? Jaki pomysł na bycie eko ma Berlin, w którym problem trującego powietrza coraz rzadziej spędza sen z powiek? Jak radzą sobie ze smogiem Chiny i kto w dzisiejszym świecie najwięcej oraz najefektywniej inwestuje w poprawę jakości powietrza?

Pytań jest dużo więcej, ale Gardiner stara się każdą tezę przedstawić w taki sposób, że staje się ona czytelna i zrozumiała. To prawdziwe świadectwo prywatnej i globalnej troski o powietrze. Autorka stara się zasugerować, co lub kto nas terroryzuje w kwestii zanieczyszczeń atmosfery, a także to, jak się na ten terror zgadzamy. Bo kwestie zagrożeń związanych z tym, że oddychamy trującym powietrzem, wciąż nie są udowodnione przez badania i statystyki. Gardiner wskazuje, że nie jest tak do końca. Że z całą pewnością oraz precyzją można policzyć i nazwać zagrożenia dla życia ludzkiego związane ze smogiem oraz zjawiskami mu pokrewnymi. „Uduszeni” to zatem zestaw liczb, które mogą przerażać, ale także opowieści o niefrasobliwości oraz nieodpowiedzialności, jakimi wykazują się ludzie zmuszeni czasem do tego, by świadomie zatruwać powietrze, którym oddychają.

Beth Gardiner błądzi w dymie i toksycznych chmurach, by pod każdą szerokością geograficzną przyjrzeć się lokalnym problemom z zanieczyszczeniami, pokazać je w znaczeniu globalnym, ale przede wszystkim po to, by zadawać celne pytania, choć niejednokrotnie są one retoryczne. Szerokie konteksty jej rozważań ukazują duże zróżnicowanie w podejściu do problemu ochrony atmosfery. Ta książka dodatkowo mówi jeszcze o tym, jak niewielki wpływ na tę ochronę możemy mieć wówczas, kiedy nasze życiowe prawa i możliwości są zminimalizowane przez to, kim i gdzie się urodziliśmy. To nie jest publikacja, która ma punktować i straszyć. Myślę, że chodzi w niej przede wszystkim o to, by portretowany problem przybliżyć jako coś bardzo złożonego. Oczywiste jest, że podstawowe działania proekologiczne, jakie podejmiemy na co dzień, wpłyną pozytywnie na stan wdychanego przez nas powietrza, ale kwestia jego zanieczyszczenia jest jednak bardzo złożona. W niej kryją się także polityka, profity grup i organizacji umiejących wywierać wpływ, ale przede wszystkim ludzkie zaangażowanie w działania, które stają się niezbędne do życia… i które to życie rujnują wciąż powiększającym się statystycznie ryzykiem chorób wynikających z trującego powietrza.

„Uduszeni” to opowieść o powietrznym piekle, jakie sami sobie stworzyliśmy. Jest to jednak także wielowątkowa historia ludzkiej niefrasobliwości połączonej z pomysłowością i umiejętnością konstruktywnego działania w obliczu zagrożenia. Gardiner stara się pokazać problem tego, że tylko mały procent ludzkości oddycha zdrowym powietrzem, ale równie mały jego procent może mieć jakikolwiek wpływ na zmianę jego jakości, jeśli za zmianą nie będą stać rozwiązania systemowe na skalę całego kraju albo kontynentu. W tej opowieści o zanieczyszczeniach atmosfery ujawnia się także akcentowana często słabość świata nowoczesnego i cywilizowanego. Zagubienie pośród skutków tworzenia tej nowoczesności oraz cywilizacji. Podoba mi się to, że autorka podejmuje podróż w różne rejony naszego globu, aby zaakcentować i uwypuklić różne powody stojące za tym samym brudnym powietrzem. Sugeruje, że nie możemy się z nim po prostu pogodzić. Ale nie tylko ona. Przekonanie, że dane nam będzie mimo wszystko oczyścić swoją atmosferę, podziela wielu jej rozmówców – badaczy, ale też i prostych ludzi, którzy zwyczajnie cierpią z powodu zanieczyszczeń. Chciałoby się wziąć głęboki oddech i wypunktować to, co osobiście można zrobić, by oddychanie nie było truciem się. „Uduszeni” z różnych perspektyw pokazują, że droga do proekologicznej postawy obywatelskiej nie jest mimo wszystko tak skomplikowana, jak by się wydawało. A ta książka to dowód niezwykłej empatii dla ludzkości – mimo że tak konsekwentnie i bezmyślnie potrafi ona samą siebie zatruwać.

2019-11-13

„Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” Radek Rak


Wydawca: Powergraph

Data wydania: 18 września 2019

Liczba stron: 464

Oprawa: twarda

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Przemiany i bunt

Radek Rak to pisarz osobny. Absolutnie wyjątkowy. Można wyróżniać się w literaturze pomysłami na fabuły i zwykle robi się to z nutą ekscentryzmu, ale Rak ujmuje przede wszystkim przebogatą wyobraźnią ujawniającą się w języku jego opowieści. Wszystko wydobywa się z niego swobodnie, nawet z pewną nonszalancją wobec stwarzanych postaci literackich czy wobec czytelników. O ile „Puste niebo” było dowodem na to, co i jak autor potrafi opowiedzieć z nietuzinkowej perspektywy, o tyle „Baśń o wężowym sercu” jest już świadectwem dojrzałości do specyficznego realizmu magicznego. Takiego, który ma z jednej strony bardzo lokalny, polski adres, ale i takiego, w którym ujawnia się to, w jaki sposób Radek Rak czerpie z legend, mitów, baśni, przypowieści biblijnych, odsłaniając też na nowo i interpretując po swojemu ludowe fascynacje Mickiewicza czy Leśmiana. Nadając im wymiar uniwersalny. Fakty historyczne wykorzystuje jedynie jako kierunkowskazy swoich przebogatych w fantazje opowieści. Budujących w gruncie rzeczy przerażającą historię o społecznej niesprawiedliwości, anatomii strachu oraz podległości, ale przede wszystkim o zawłaszczającej i destrukcyjnej potrzebie zemsty.

Bohaterem jest Jakub Szela, a jeśli Szela, to i szereg zdarzeń koncentrujących się wokół rabacji galicyjskiej. Rak bardzo trafnie i wieloznacznie sugeruje, dlaczego wówczas doszło do rozlewu krwi. Sygnalizuje, kiedy rodziła się potrzeba buntu wraz z agresją. Uwypukla antagonizmy i stale podkreśla społeczny podział na panów i chamów owocujący krwawą rewolucją. To również książka, która – czego się spodziewałem i się nie zawiodłem, bo znalazłem te sugestie – opowiada o nieuwzględnianej często genezie dzisiejszego poziomu czytelnictwa w Polsce. Jednak „Baśń o wężowym sercu” to przede wszystkim mroczna przypowieść o przemianie. Trochę historia inicjacyjna o poszukiwaniu tożsamości, ale także przesycona ludowymi wierzeniami w metamorfozy i reinkarnacje bajka o tym, że dobro ze złem niekoniecznie walczą – czasem okopują się na zbyt odległych pozycjach, a między nimi pojawia się chaos. Za nim strach, później destrukcja. Rak jest sugestywny w magicznym opowiadaniu drogi życia Szeli, ale przede wszystkim dodatkowo intensyfikuje obecność zła i przemocy. Sięgnął bowiem po biografię, w której ukryło się nie tylko to, co dla Polski wstydliwe, ale również to coś przerażającego. Ta książka opowiada historię o pogłębionych i niemożliwych do zlikwidowania podziałach. O wydobywającej się z tego agresji. Wzmocnionej dodatkowo baśniowymi motywami, w których cierpienie oraz śmierć odznaczają się wyjątkowo trwale.

„Nie ma czarów, są kłamstwa. Zaklinać to kłamać, odczarować – to pokazać prawdę”. To zdanie powieści mogłoby definiować jej dwudzielną strukturę. W pierwszej części książki będziemy świadkami konfabulacji wyrosłych z ustnych przekazów ludowych, nurzających się w świecie nakreślonym czarnymi i szarymi konturami, zaskakujących, ale również zaskakująco groźnych. Część druga nie wyłania się całkowicie z symbolicznej tutaj baśniowości, ale dużo silniej osadza na faktach historycznych. Wszyscy wiemy, że historia zmierza do krwawego finału. Nie każdy jednak spodziewać się będzie tego, jak zaklęta w niezwykłości stanie się rzeczywistość dorastania do samostanowienia Jakuba Szeli. Człowieka, który idzie przez życie bez serca. Wtedy trudno jest spotkać samego siebie, a tym bardziej zrozumieć. Wtedy najtrudniej jest współodczuwać i wyrażać troskę.

Młodziutkiego Kóbę poznajemy w czasie, kiedy jest mało rozgarniętym parobkiem, dla nikogo ważnym, mało pożytecznym, żyjącym z dnia na dzień. Retrospekcje mówią o tym, dlaczego chłopaka wyrzucono z rodzinnego domu. Dziś, aby funkcjonować, musi do kogoś przynależeć. Być czyjąś własnością, mieć gotowe zadania do wykonania, działać wedle ustalonych przez kogoś reguł. Kóba stanie się Jakóbem, a ostatecznie nowym Szelą – pewnym siebie, hardym, charyzmatycznym i przede wszystkim bezkompromisowym. To efekt wielu magicznych przemian, jakich bohater doświadczy po tym, gdy zdecyduje się na uratowanie pewnego węża. Rzeczywistość, z jakiej rusza w drogę, zmieni się w pełen tajemniczości świat kolejnych metamorfoz. Kóba doświadczy innych bytów, ale pozna też wiele przepowiedni, które – jeśli się spełnią – mogą wpłynąć na zmianę jakości jego życia. Pośród mówiących węży, czartów, wiedźm i zaskakujących przestrzeni coraz to nowych przemian bohater Raka stanie się postacią szczególnie stygmatyzowaną przez magię. Człowiekiem, któremu dane było ujrzeć i poczuć życie z zupełnie innych, zaskakujących perspektyw. Niebywałe są autorskie fantazje, kiedy czytamy o kolejnej niespodziewanej przygodzie Kóby i o tym, czym w konfrontacji z fantastycznymi stworami i wydarzeniami staje się jego człowieczeństwo.

Z jednej strony odwieczny porządek pór roku wyznacza tu galicyjska przyroda. Z drugiej jednak – konfrontacyjnie względem natury – dzieją się rzeczy nie tylko z piekła rodem. Mamy do czynienia z legendami, które kształtują drogę życiową bohatera. I bohatera ulegającego przemianom gdzieś poza świadomością. Nowy Jakub Szela, który wydobędzie się ze świata upiorów, ciemnej magii i bezkompromisowych zależności, stanie się w połowie sobą. Będzie jak ktoś, dla kogo doświadczona niezwykłość jest powodem do ciągłego zdziwienia. Ale będzie w nim również ta ciągła i narastająca chęć, by ukarać swojego pana za wszystkie niesprawiedliwości, które powiodły go na drogę metafizycznych i mrocznych przeżyć. Był nikim i niósł w sobie tylko frustracje oraz ból. Stał się bytem doświadczonym przez magię i uwiedzionym w kilku nieprawdopodobnych sytuacjach. Jest także kimś, na kogo mają wpływ specyficzne kobiety. W budowaniu ich wizerunku Radek Rak jest naprawdę mistrzem, co udowodnił już w „Pustym niebie” i co ujawnia się w nietuzinkowym wizerunku miłości, kochanek oraz kobiet wpływających na działania i emocje bohatera.

Kiedy więc dociera się do tego, do czego dotrzeć po prostu trzeba, widzi się genezę rabacji galicyjskiej w nie tyle szerszym, ile przede wszystkim oryginalnym kontekście. Bo Radek Rak nie chce pisać historii na nowo, on ją w wyjątkowy sposób interpretuje. Wskazuje, jak okrutny może być świat – ten rzeczywisty oraz ten z wyobrażeń i legend. Pokazuje, jak niemożliwe było wyjście w połowie XIX wieku poza uwarunkowania. Żyłeś tak, jak i gdzie się urodziłeś. Myślałeś to, co narzucała grupa i co stało za prostym poczuciem tego, że świat jest jednak bardzo niesprawiedliwy. W tej baśniowej przestrzeni tych niesprawiedliwości i absurdów również jest bardzo wiele. To jednak przede wszystkim przestrzeń – realna i zmyślona – bardzo licznych konfrontacji. Walka o lepsze życie jest też walką o poczucie bezpieczeństwa oraz własną tożsamość. W pewnym momencie zlewa nam się to, co realne, z tym, co symboliczne w tych trudnych walkach, ale niejednoznaczność przekazu tej powieści ciekawie udowadnia jedno z jej zdań: „Powiadają, że najłatwiej uwierzyć w to, co nieprawdopodobne, i zaakceptować to, czego zaakceptować się nie da”. Rak ze swoimi bohaterami zmierza w stronę pojęcia niemożliwego. Jesteśmy nieustannie zaskakiwani zamianami ról, wewnętrznymi przemianami, spełniającymi się przepowiedniami i nieprawdopodobnymi zdarzeniami, w których kryje się wiele odpowiedzi na pytania o mroczną przyszłość.

Nie jest tak, że autor odczarowuje przerażające zdarzenia. Chce nam oddać baśniową narrację po to, by pokazać, że każde ludzkie działanie może w sobie kryć taką mnogość intencji, jakiej nie spodziewamy się ani w realnym, ani wytwarzanym przez naszą wyobraźnię świecie. To także jedna z tych wyjątkowych powieści, w których wszystkie użyte wulgaryzmy wprowadzają świetny efekt komiczny. Rak buduje bowiem tak przerażającą opowieść, że czytelnikowi należne są chwile oddechu i złagodzenia napięcia. Wychodzi to znakomicie. Podobnie opowiadanie o tym, co w polskości było wstydliwe, a co do dziś budzi zachwyt i zainteresowanie – mam na myśli wyobraźnię i wiarę w ludowe opowieści. Przemyślana, oryginalna i naprawdę frapująca książka. Jedna z ciekawszych, jakie ukazały się w tym roku.

2019-11-11

„Kroniki oporu i miłości” Inga Iwasiów


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 4 września 2019

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Historia i światopogląd

To, co charakterystyczne dla twórczości Ingi Iwasiów – niepowtarzalna fraza z nieoczywistymi doborami słów, motyw kobiety poszukującej własnej tożsamości, czuły portret Szczecina i bezkompromisowość w wyborach bohaterek – ujawnia się w „Kronikach oporu i miłości” w nieco inny sposób. Można pójść za fantazją, że to najbardziej dojrzała powieść tej autorki, ale łamie mnie w tym przekonaniu to, że Inga Iwasiów jak mało która pisarka współczesna od lat doskonale wie, jak i o czym opowiedzieć. Myślę, że jej najnowsza książka staje się trochę odpowiedzią na futurystyczną powieść „Na krótko”, ale także obrazuje inny, kontrastowy sposób poszukiwania doświadczeń cielesnych, bardzo skoncentrowany na tym, co trwałe i powtarzalne, bez eksperymentów i poszukiwań z „W powietrzu”. Najmocniej przykuwa do tej książki jej umiejętność interesującego łączenia tego, co prywatne, z tym, co społeczne, także polityczne. Iwasiów chce ukazać, że za każdym światopoglądowym wyborem stoi jakaś prywatna, nieskończona i trudna historia. Bohaterka posługuje się słowami jak orężem, ale znajduje się także, a może przede wszystkim pośród myśli, czegoś niezwerbalizowanego – czegoś, co odciska swój ślad na tym, jak słowami opisuje się rzeczywistość. Jako aktywistka ma się zająć spisywaniem oblicz wściekłości, żalu i bezradności, ale jednocześnie także musi oddać w słowach przedsiębiorczość, pomysłowość oraz siłę. Bardzo ciekawe jest śledzenie, jak to, co publiczne, rezonuje w niej prywatnie. W jaki sposób ścieżka doświadczeń osobistych prowadzi ku takim, a nie innym wyborom w życiu społecznym. Ale nade wszystko ciekawi śledzenie procesu samostanowienia. Zastanawianie się nad momentami życia bohaterki, które pozwoliły jej uznać, że jest gotowa, by publicznie pokazać, jaki kierunek świata i relacji międzyludzkich staje się jej świadomym wyborem.

Współistnienie tego, co intymne, z tym, co wystawione na widok publiczny, stwarza podobnie opisane dramaty. Jest historią dwóch opowieści o lęku przed tym, jak zostanie się odebranym. Z jednej strony Małgorzata musi pożegnać swoją kochankę i partnerkę. Osobę, z którą dokonywała świadomych wyborów, egzemplifikowanych we wspomnieniach przez pewne rytuały oraz czułostki, które odchodzą w niebyt, są już czasem przeszłym. Bohaterka piekielnie boi się tego rozstania, ale zdaje sobie sprawę, że emocjonalnie sprawa jest już przegrana. Inaczej widzi się jako samotna kobieta, inaczej postrzegała się przez pryzmat swojego związku. Iwasiów proponuje nam fascynujący opis anatomii rozstania, ale zwraca uwagę przede wszystkim na to, co pozostaje po słowach, ocenach oraz komentarzach kogoś najbardziej intymnego. Z drugiej strony otrzymujemy obraz frustracji, lęku i pozorowanej pewności siebie wobec anonimowych aktów nienawiści, które pojawiają się po tym, jak bohaterka działa w przestrzeni publicznej. Folder z mailami pełnymi hejtu uwiera równie mocno co wypowiedziane słowa Anny, za którymi nie stoi już poczucie bezpieczeństwa. Świetna jest ta narracyjna zbieżność w przedstawianiu tego, jak nas opowiadają i nazywają w dwóch zupełnie różnych przestrzeniach.

Ale najbardziej frapujące i chyba najlepsze fragmenty tej powieści to historie rodzinne. Małgorzata szczególnie mocno ambiwalentny stosunek ma do swojej matki. Nie chce jak ona pójść na własny tapczan i odizolować się ze swoimi neurozami od świata, krzywdząc tym nie tylko siebie. W przeciwieństwie do matki unikającej bezpośredniości w nazywaniu siebie jej córka gotowa jest na klarowny i czytelny wyraz własnych oczekiwań, pragnień, potrzeb i poglądów, również politycznych. Matka – opisywana chyba najlepszą frazą i w doskonałych partiach retrospekcji – wydobywa się ze wspomnień oraz życia jako punkt wyjścia do świadomej drogi tego życia. Bez bierności, która krzywdziła wszystkich wokół. Bez jednoczesnej nonszalancji w tym, jak postrzega się otoczenie. Małgorzata chce być uważna, zaradna, empatyczna, ale przede wszystkim – w przeciwieństwie do matki – jakaś. Bardziej jak babka – charyzmatyczna i stanowcza. Tymczasem w jej życiu pojawiają się coraz trudniejsze starcia z mężczyznami. Tak jakby męskość była dla niej wyzwaniem, a matczyna bylejakość kobieca stawała się fundamentem buntu, budowania własnej kobiecości w opozycji, silnej i świadomej. Mężczyźni Małgorzaty sportretowani są w taki sposób, że w relacjach z nimi Iwasiów ukazuje to, co nieodsłonięte do końca, niewyjaśnione i ambiwalentne. W tym enigmatycznym tyglu zależności znajdzie się wycofany ojciec, wczesne macierzyństwo i opieka nad synem, specyficzny związek emocjonalny z bratem czy gorycz rozstania z mężem.

To wszystko bardzo silnie wpływa na to, jaka Małgorzata staje się w życiu publicznym. Widzimy, że żyje wciąż na adrenalinie, jest wszędzie obecna, angażuje się w wiele projektów. Jednocześnie w swej publicznej tożsamości wydaje się osamotniona i sfrustrowana. Obrazuje to rozbita na fragmenty i obecna przez cały czas w powieści scena rozmowy z Panem Afirmatorem, znawcą sposobu życia i myślenia społeczeństwa, który przyznaje sobie prawo omnipotencji w sprawie Polaków, zdobywając wierne grono wielbicieli i deprecjonując obecność Małgorzaty jako prowadzącej spotkanie z nim w dusznej sali, której duchota ma tu oczywiście znaczenie symboliczne. Powracająca co chwilę wymiana zdań jest tu walką na cięte riposty, ale jednocześnie obrazem niemożliwej komunikacji. To bolesne próby obnażenia szowinizmu czy myślowych uproszczeń dotyczących ról społecznych w dzisiejszej Polsce. Małgorzata cierpi, lecz trzyma gardę. Daje radę Afirmatorowi, daje radę frustrującym wspomnieniom, jest gotowa na nowy rodzaj walki, ale przede wszystkim nabierając pewności siebie, wie, w jakiej sprawie chce się wyrażać i co uczyni jej życie wreszcie słusznym oraz zasadnym. Dlatego ta powieść jest tak fascynująca do samego końca i można odnieść wrażenie, że dopiero ostatnie zdania rozwijają ją w kierunku, jaki nie został jeszcze przeanalizowany przez czytelnika.

„Kroniki oporu i miłości” to mądra książka o tym, kim stajemy się dla świata, oswajając swój mikroświat. Podobają mi się czytelnie zarysowane fronty walki bohaterki, ale także strumień retrospekcji wskazujący bardzo trudną drogę do tego, by być tak odważną, bezkompromisową i zdeterminowaną w publicznych działaniach. Inga Iwasiów odsłania tutaj także bolesną stronę rzeczywistości, w której wierzy się wszystkiemu, co nie wymaga większego głębszego zaglądania w siebie. To również powieść o przesycie – emocji, słów, postaw życiowych i niejasnych możliwości, pośród których można zgubić siebie. Jak zawsze z pięknie portretowanym Szczecinem, który jedna z bohaterek nazywa „miastem niemożliwym” w znaczeniu połączenia z resztą Polski. Iwasiów pisze o niemożliwościach oraz alternatywach mówienia o sobie i działaniach w zgodzie ze sobą, ale portretuje też czule stan, w jakim bolesna jest ta „pojedynczość”. Dlatego to książka intymna, a jednak też powieść o charakterze manifestu. Czyta się ją znakomicie.

2019-11-08

„Frankenstein w Bagdadzie” Ahmed Saadawi


Wydawca: Znak

Data wydania: 16 września 2019

Liczba stron: 416

Przekład: Magdalena Zawrotna

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Miasto wojny

Każda wojna to śmiertelnie poważna sprawa. Ahmed Saadawi wie to doskonale, dlatego napisał powieść w groteskowej konwencji, ale motywem przewodnim jest w niej właśnie to, co grotesce ani ośmieszeniu nie podlega – nagła, przypadkowa, niesprawiedliwa śmierć. Ze śmierci wydobywa się tytułowy bohater, widmo i mściciel, nieuchwytny morderca wymierzający sprawiedliwość za tych, którzy musieli umrzeć. Ale są też postacie, które mimo chaosu i zła na ulicach Bagdadu wciąż zachowują życie, wciąż na nowo oglądają obszary zniszczenia i stale widzą odchodzenie innych, same będąc w specyficznej matni – nostalgii albo wyobcowania. „Frankenstein w Bagdadzie” to wnikliwa powieść obrazująca wojnę jako szereg okrutnych zbiegów okoliczności, w których czai się koniec ludzkiego życia, ale także brak poczucia bezpieczeństwa. Właściwie najważniejszym bohaterem jest tutaj miasto. Szaleństwo ogarniające jego ulice to pokłosie amerykańskiej interwencji, ale także brutalności irackich służb specjalnych. W Bagdadzie nie ma miejsca na jakąkolwiek pewność kolejnego dnia, choć są i tacy, którzy na tym chaosie zyskują. Ale to też opowieść o ludziach pragnących wieść normalne, przewidywalne życie. Na przekór śmierci straszącej z każdego miejsca. Boleśnie obecnej wszędzie. Bo wojna to tylko dążenie do eksterminacji, proces niszczenia, destrukcji również tkanki miejskiej i społecznej. Czy przemoc jest narzędziem wyrównywania rachunków? Ukojenia żalu? Uznania za sprawiedliwe, gdy ktoś zginie, bo z jego powodu zginął ktoś inny?

Hadi to miejski gawędziarz i konfabulant. Handluje starociami i sam czuje się jak zabytek. Wychodzi obronną ręką z kolejnych eksplozji i zamachów, choć momentami chciałby w nich zginąć. Jego życie to ciągłe niespełnienie zapijane alkoholem. Żyje w ruinie, którą musi nazwać domem. Jego życie to emocjonalna ruina. Hadi chce jednak zrobić coś dobrego. Zbiera z ulic resztki ciał zabitych i składa z nich nowe ciało. Nie ma pojęcia, że stanie się niezwykłym demiurgiem. Z przerażeniem odkryje pewnego dnia, że stworzone przez niego z ludzkich szczątków ciało znikło. Na przekór śmierci, nieistnieniu, na przekór chaosowi odchodzenia i niezauważalnych dramatów pożegnania z życiem. Monstrum zacznie żyć na specyficznych zasadach. Nazwie się prawdziwie irackim obywatelem. Saadawi w czytelnej metaforze określa, czym jest iracka tożsamość. Pokazuje ją jako konglomerat martwych fragmentów ciał, w których rodzi się życie – i to życie pragnie zemsty. Irak jest wszystkim, co zniszczone. Wielokrotnym zabójstwem, wielokrotną śmiercią. Chce za wszelką cenę walczyć o godność, ale sam w sobie jest dziwadłem. Zniekształconym przez wojnę i przemoc monstrum. Czymś, z czym trzeba walczyć, albo czymś, co musi bezwzględnie podjąć swoją walkę. Dlatego to tak sugestywna metafora bezradności i siły jednocześnie.

Bardzo podoba mi się panoramiczność tej powieści. Śledzimy losy różnych mieszkańców Bagdadu. Każdy z nich musi mierzyć się z tym, że kolejny dzień to pochodna przypadkowości i przemocy. Każdy bohater znajduje też sposób na funkcjonowanie w mieście chaosu. Staruszka, której śmierci chciałoby wielu, wciąż na nowo przypomina sobie syna zabranego siłą do wojska. Daniel jest symboliczną ofiarą wojennej kalkulacji, ale także kimś, kto urasta tu do rangi specyficznego ducha – odpowiedzialnego za to, jak funkcjonuje jego udręczona matka, jak widzi otaczający ją świat, czego jeszcze może od niego oczekiwać. Duże oczekiwania ma ekscentryczny dziennikarz, awansujący w pracy, przyglądający się coraz uważniej sieciom toksycznych zależności między Irakijczykami a Amerykanami. Śledzący uważnie poczynania swojego przełożonego przyjaźniącego się z zachowawczym generałem. Jest także sprzedawca nieruchomości, który umie zwietrzyć intratny biznes pośród ruin powstałych w wyniku wybuchów wciąż na nowo niszczących tkankę miejską Bagdadu. Jest ostatecznie tytułowy potwór. Z bardzo ludzką twarzą, poglądami i przekonaniami. Oni wszyscy tkwią w sieci niemożliwości, wciąż na nowo usiłując zdefiniować normalność życia. Każdy stara się przetrwać. Ale w ekstremalnych warunkach Saadawi hiperbolizuje ich cechy osobowości albo wyglądu. Wynika z tego niezwykła opowieść o miejscu i udręczonych ludziach, gdzie czarny humor łączy się z bezkompromisowością świata, w którym nie ma miejsca na wątpliwości, trzeba być dzielnym, trzeba iść naprzód. Na przekór śmierci mogącej spotkać każdego w każdej chwili.

„Frankenstein w Bagdadzie” to powieść, która obrazuje wojnę w bardzo specyficzny sposób. Nie ma tu miejsca na nadmierny tragizm czy martyrologię. Nie ma tonu pouczenia, brak też charakterystycznych dla opisów oblężonych miast elementów dramatyzujących fabułę. A jednak to wszystko – przedstawione w satyrycznej trochę konwencji – bardzo silnie oddziałuje na wyobraźnię. Bohaterowie są bardzo wyraźni, a jednocześnie wciąż tymczasowi. Jak wszystko w mieście, w którym ścierają się różne siły, ale gdzie także eskaluje przemoc szaleńców. W Bagdadzie pojawia się specyficzny mściciel. Człowiek stworzony ze śmierci, który śmiercią wymierzy sprawiedliwość i da początek innemu życiu w mieście. Saadawi prowokuje i zadaje trudne pytania w specjalnie uproszczonej konwencji. Ale ta powieść mimo wszystko wzbudza grozę. Tak sportretowana wojna nie ma w sobie niczego ludzkiego. Człowiek jest tu przedmiotem rozgrywek zła zmierzających do tego, by odebrać wszystko, co najważniejsze. Odebrać także pewność samego siebie. Bo tożsamość bohaterów wydobywa się z lęku i niepewności. Dlatego ta powieść z jednej strony intryguje swoją ekscentrycznością, z drugiej jednak – dzięki wskazanym środkom wyrazu portretuje chaos przemocy jeszcze bardziej dosadnie, bardziej przerażająco.

To historia tego, jak bolesną transformację przechodzi iracka stolica. Staje się zlepkiem boleści, niesprawiedliwości, absurdu i wspomnianej już parokrotnie przemocy. Miasto jest tym, czym ciało stworzone przez Hadiego. Tyle że nie może uciec od samego siebie. W tak portretowanym Bagdadzie autor zderza ze sobą postępowania etyczne i nieetyczne. Te moralne i całkowicie niemoralne. Nie buduje jednak czytelnych kontrastów. Daje czytelnikowi sporo pola do interpretacji. Pokazuje, że można sankcjonować coś, co wydaje się niemożliwe do sankcjonowania. W tym znaczeniu stolica Iraku jest także miejscem niemożliwości. Ale najbardziej przemawia to, że losy zagubionych, sfrustrowanych i udręczonych ludzi łączą się tu w zaskakującą całość. Całość określoną mianem miasta. Wojna rujnuje pewną zamkniętą przestrzeń. Także przestrzeń ludzkiego pojmowania tego, co zgodne z życiem przeciw śmierci. Zajmująca lektura, której nie sposób przewidzieć. Znakomita do samego zakończenia, przesycona jednocześnie empatią wobec ludzkiego cierpienia i ogromną niezgodą na wojnę, w której cierpienie się ujednolica – a każdy ludzki dramat należy wyodrębnić, nazwać i sprawić, by przestrzegał przed kolejnym.