Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty

2025-07-30

„Coast Road” Alan Murrin

 

Wydawca: Wydawnictwo Bo.wiem

Data wydania: 5 maja 2025

Przekład: Mikołaj Denderski

Liczba stron: 256 

Oprawa: miękka

Cena det.: 56 zł

Tytuł recenzji: Związki i cierpienia

Problem tej skądinąd wstrząsającej książki polega na tym, że umieszcza środek ciężkości nie tam, gdzie być może powinna. Znajdujemy się w Irlandii, która jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zabraniała rozwodów. W związku z tym Alan Murrin skoncentruje swoją uwagę na kobietach, które z różnych powodów odchodzą od swoich mężczyzn, narażając się na ostracyzm. Wiemy jednak doskonale, że także w krajach, gdzie rozwody są dozwolone, kobiety i mężczyźni męczą się w relacjach, nie potrafiąc lub nie mogąc się zdecydować na formalne ich zakończenie. Wiemy również, że gdy coś jest zakazane – jak aborcja – a ktoś zdeterminowany, by tego dokonać, wyjeżdża do miejsca, w którym jest to możliwe. Tymczasem „Coast Road” to powieść ze zmarnowanym potencjałem psychologicznym. Mamy galerię kobiet cierpiących w związkach, ale mamy również mężczyzn, których Murrin kreśli jedną wyraźną kreską: jako tych złych, dominujących i sprawców domowego piekła. Tymczasem jeden z bohaterów wspomina, że jako młody chłopak zmuszony został do podążania ścieżką, którą mu wyznaczono. Czy nie jest tak, że w narzuconych rolach cierpią tu zarówno mężczyźni, jak i kobiety, które w tych rolach dodatkowo są deprecjonowane, uznawane za gorsze?

To, co mogłoby z „Coast Road” uczynić naprawdę fascynującą powieść, to opowiadanie o tym, w jaki sposób dzieci reagują na rozstania rodziców. Nie twierdzę, że ten wątek został potraktowany po macoszemu, bo tak nie jest, jednakże odnosiłem wrażenie, że we wszystkich opisanych bataliach tylko jeden chłopiec ma znaczenie. A najpiękniejsza była dla mnie scena, gdy matka uczy syna, że agresję można wyładować krzykiem pośród fal. Tak, jesteśmy w chłodnym, dżdżystym i nieprzyjemnym pogodowo kraju, który dodatkowo uzupełnia dramatyzm historii. Ale i tutaj – wydaje mi się – autor nie postarał się za bardzo o to, bym jako czytelnik poczuł irlandzki chłód, krople deszczu spadające na kark, powiązania stanów emocjonalnych z tym, w jaki sposób natura działa depresyjnie, jest trudna do zniesienia. Tak jak trudne do zniesienia są emocje bohaterek. Zwłaszcza głównej, najciekawszej, tej niosącej w sobie historię dziecka. Tego dziecka, które jest tu naprawdę podmiotowo potraktowane narracyjne. Reszta gdzieś po prostu jest. I co się z nimi dzieje w trakcie kryzysów lub rozstań rodziców – wiemy niewiele albo nic.

Trochę mnie zmęczyła tendencyjność współczesnych powieści opowiadających o krzywdach, jakie kobietom wyrządzają mężczyźni. Mój thriller „Ciosy”, w którym odwróciłem role, przeszedł zupełnie bez echa, ale to tak na marginesie. Chodzi mi o to, że jakkolwiek różnorodne są tu bohaterki, łączy je jedno: stagnacja w cierpieniu albo poczuciu, że mogłyby żyć inaczej, lecz na przykład z powodu dzieci nie mogą. A jednak są gotowe porzucać i swoich mężczyzn, i swoje dzieci. Te drugie są tu tłem, ci pierwsi dydaktycznie nakreśleni jako oprawcy, którzy odbierają wolność. Tę wolność wybiera Colette – kobieta niezależna i silna, ale jednocześnie zagubiona w swych emocjach bardziej niż te, które tylko podziwiają jej odwagę samostanowienia. W miasteczku wszyscy wiedzą wszystko. Pośród plotek i domysłów tworzą się narracje, ale brakuje wejścia w to, jak bohaterki funkcjonują lub chciałyby funkcjonować. Podoba mi się dramatyczny motyw, od wspomnienia o którym zaczyna się prolog, to jest rzecz faktycznie bardzo mocna, bo pokazująca wyraźnie, co może się stać, jeśli irlandzka kobieta końcówki ubiegłego stulecia postanawia zacząć decydować o sobie. Ale jest też sporo niespójności.

Solidarność kobiet, a z drugiej strony ich osobność. Jest tak, jakby w portretowanej miejscowości nie było w ogóle żadnych szczęśliwych związków, każdy męczy się z każdym, a nieśmiało pojawiająca się publicznie debata o zezwoleniu na udzielanie rozwodów ma być remedium na wszelkie bolączki. Myślę, że Allan Murrin uwypuklił całą gamę istotnych problemów, jednak nie wszedł głębiej, nie zajrzał tak naprawdę do tych domów, w których rodzi się cierpienie i gdzie tak naprawdę nieszczęśliwe są nie tylko kobiety. Mężczyźni także. W tym świecie niedopasowania żyje się tak, jakby żyło się w klatkach, których ramy wyznaczają niepisane, a jednak bardzo wyraźnie w świadomości zasady funkcjonowania prowincji, z jej ostracyzmem nakreślonym także bardzo wtórnie, bo powieści na ten temat powstało bardzo dużo i wiele z nich wkraczało w psychologizację. Tu widzimy tylko pewien zarys funkcjonowania małej społeczności i trzy cierpiące grupy osób: mężowie, żony, dzieci.

Bardzo rozczarował mnie wątek rozwijanej przez główną bohaterkę działalności artystycznej, która w zamierzeniu miała otworzyć kobiety na kontakt z ich emocjami i być może pomóc odnaleźć drogę ku samouzdrowieniu poprzez zrozumienie siebie. Spotkania, podczas których prezentuje się napisane przez siebie prace, przedstawiają się bardzo obiecująco. Widać, że nie jest to tylko kwestia zarobku dla prowadzącej. Blokady emocjonalne są jednak tak duże, że przedsięwzięcie upada. Nie dostajemy w „Coast Road” nic w zamian – jedynie utyskiwanie i próby ucieczki od samych siebie, bo to w gruncie rzeczy robią bohaterki powieści.

To byłaby ciekawa opowieść o emocjonalnych klinczach. Niestety, jest tylko w odniesieniu do tej, która jako jedyna w miasteczku decyduje się żyć po swojemu. Z butelką alkoholu w dłoni. Samotna. Nieprzystawalna. Ale przede wszystkim niechciana przez nikogo. Dramatyzm zbudowany jest tu na tym, że słabość konfrontuje się z determinacją, jednakże nie istnieje siła wewnętrzna umożliwiająca dokonanie zasadniczej przemiany. W tym znaczeniu świat przedstawiony tej powieści niejako stoi w miejscu. Jest tu miejsce na wyzwalanie uczuć i pragnień, ale pojawia się też szybkie ich gaszenie. Zmierzam do tego, że „Coast Road” to kolejna z licznych powieści o solidarności kobiet, którym tym razem brak jest siły, by razem coś zrobić. Mimo tego, co ma miejsce po kluczowym, najbardziej dramatycznym zdarzeniu. Płonący tu ogień również ma swoją symbolikę: siły zarówno dobrych, jak i destrukcyjnych emocji. Nie jest jednak tak, że ciężar cierpienia rozkłada się równomiernie. Są tutaj – jak wspomniałem – postacie drugiego planu cierpiące najbardziej. Kobiety opuszczają mężczyzn, mężczyźni opuszczają kobiety. Dzieci pozostają w pustce opuszczenia. A wszystko ma charakter wyjątkowo fatalistyczny, bo od pierwszych stron domyślamy się, że w tej powieści nic dobrego się nie wydarzy. I tego się nie doświadcza czytelniczo, to jest od początku sugerowane. Świat nakreślony przez Murrina to także świat tendencji ucieczkowych, w którym bohaterom albo brak siły na bezpośrednie konfrontacje, albo są one takie, że odnosimy wrażenie teatralnego przesytu. Książka o bezwzględności życia w związkach, które stworzyło się głównie dla cierpienia. Jak dla mnie za dużo hamletyzowania, za mało realiów w prezentowaniu prowincjonalnej irlandzkiej społeczności.


2020-10-22

„Taki właśnie jest grudzień” Donal Ryan

 

Wydawca: Relacja

Data wydania: 21 października 2020

Liczba stron: 224

Przekład: Ewa Pater-Podgórna

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W samotności

Donal Ryan doskonale wie, że najpiękniejsze opowieści powstają z niewypowiedzianego smutku. Irlandzki fatalista pięknie opowiada o ludzkich ułomnościach, ale tak naprawdę snuje wciąż na nowo narrację o tych ludziach, dla których pozostał już tylko margines – społeczności, miejsca urodzenia, świata. W „Dwudziestu jeden uderzeniach serca” przedstawiał panoramicznie losy tych, którzy z różnych powodów znaleźli się na tym marginesie. Zbędni, niezauważalni, cierpiący do wewnątrz, a w tym wszystkim również niezdolni do tego, by wyjść poza uwarunkowania – poza to, kim się urodzili, w jakich rodzinach. W „Taki właśnie jest grudzień” Ryan skupia się na kameralnym ukazaniu losów człowieka będącego wstydem, kompleksem i nieporadnością, ale tworzy taki rodzaj antybohatera, którego mimo wszystko chciałoby się mocno przytulić. Jest to jednak historia bezkompromisowa. O ile „Dwadzieścia jeden uderzeń serca” cechuje się dużą różnorodnością, niesie w sobie dużo więcej niejednoznacznego przekazu, o tyle nowa powieść Donala Ryana jest bardzo dosadna. Nie jednowymiarowa. Mówiąca o życiu niespełnionym, w którym ma się ze sobą tylko miłość oraz troskę rodziców. Nic ponad to, co przygotowywałoby do tak zwanego dorosłego odpowiedzialnego życia.

Dlatego jest to książka pełna melancholii i można by powiedzieć, że mnogość zarysowanych nieszczęść doświadczanych przez głównego bohatera manipuluje emocjonalnie czytelnikiem. Myślę, że autor nie miał tak niskich pobudek. Chodziło mu chyba bardziej o zintensyfikowanie cierpienia. Cierpisz nie tylko wtedy, gdy odczuwasz ból. Cierpisz, kiedy mimo wielu prób nie jesteś w stanie niczego odczuwać, z niczym się związać. A jeśli już podejmiesz taką próbę – los uzna, że nie warto było ryzykować. Dlatego Ryan pisze o spokoju samotności. Ale też o przejmującym paraliżu emocjonalnym, kiedy wrastanie w samotność oznacza bycie odmieńcem szykanowanym przez małą społeczność.

Irlandzka wieś nie lubi Johnseya Cunliffe’a. Nazywa go nieszkodliwym kretynem. Kimś, kto zawsze był ofiarą i nie umiał w żaden sposób pożegnać się z tą rolą. Wiejski głupek. Istota, którą kochali tylko jego rodzice. Dziś Jonhsey ma dwadzieścia cztery lata i nie ma ich już z nim. Tatuś był prawy, prawdomówny, on stwarzał świat, jego pojęcia, jego rytm i wrażliwość syna. Nawet seksualność stała się czymś ulotnym i nieistotnym, jeśli tak uznał człowiek, którego bohater wspomina z niebywałą czułością. W samej nomenklaturze widzimy, jak bardzo Johnsey chciał być tym, co mówił i robił jego ojciec. Tatuś stoi tu w opozycji do Matki. To ona zajmowała się synem dłużej. Ona miała pewnie większe nadzieje na to, że uda się mu wyjść poza ograniczenia, że będzie kimś lubianym, zauważanym i szanowanym. Ale oboje odeszli. Pozostała pustka i poczucie, że sens życiu młodego bohatera może nadać tylko przewidywalna rutyna. Johnsey wywodzi się ze społeczności w dużej części patologicznej, gdzie niewielu ma jakieś perspektywy życiowe. Irlandzka wieś przynosi jedynie pustkę i rozczarowania, nie pozwala marzyć, nie pozwala mieć planów. A nade wszystko jest przestrzenią, od której nie można się uwolnić. Bohater Ryana nie uwolni się przede wszystkim od swojej bezradności wobec życia.

Rozpisana na dwanaście rozdziałów historia nawiązuje do astronomicznego rytmu, ale też do cyklu natury, w której na wszystko jest właściwy czas. Także na śmierć. Z nią Johnsey konfrontuje się po raz pierwszy, kiedy widzi umierającego krowiego wcześniaka. Potem sam staje się zabójcą królika. Ostatecznie po pożegnaniu rodziców myśli o tym, by popełnić samobójstwo, ale wie, że nie może nikomu stwarzać problemów. Nie chce, by ktokolwiek pomyślał, że żyje po to, aby szkodzić. Tymczasem jemu szkodzi otoczenie. Klaustrofobiczna atmosfera tkwienia w czymś, co nigdy nie odejdzie, skonfrontowana jest ze smutkiem społeczności, która wrosła w niepowodzenia przynoszone przez kolejne pokolenia i pogodziła się z tym, że niczego poza prostotą życia pełnego kompleksów nie otrzyma od losu. Los jest tu bowiem pochodną życiowego pecha oraz trudności w podejmowaniu decyzji. Bohater irlandzkiego pisarza zapada się w sobie, bo nikt nie nauczył go nigdy tego, jak wychodzić sobie naprzeciw. Nie mówiąc o tym, że można stawić czoła życiu. Johnsey musi pogodzić się z tym, co niemożliwe do zmiany, i z pewną cyklicznością rzeczy przyjemnych i nieprzyjemnych. Jego życie definiuje grudzień. Poruszający finał tej historii jest potwierdzeniem autorskiej tezy, że z nieszczęściem niektórzy się rodzą i nigdy się z nim nie rozstają.

A jednak pojawiają się szanse, drobne możliwości. Poza przemocą bohater doświadczy też przyjaźni, także czegoś na kształt uczucia ze strony płci przeciwnej. Wszystko jednak w bardzo ponurym krajobrazie. W miejscu, domu i gospodarstwie, które wciąż są w żałobie, wciąż są śladami po nieobecnych. Donal Ryan konfrontuje swojego bohatera ze stereotypowymi wzorcami męskości, które dodatkowo blokują go w działaniach. Johnsey chciałby być mężczyzną, ale wciąż jest porzuconym przez rodziców chłopcem. Człowiekiem, którego tożsamość to suma przykrych doświadczeń. Odrzucania na wielu różnych poziomach, którego nie może zatrzeć nawet ogrom rodzicielskiej miłości. Dlatego to opowieść o mężczyźnie z różnych powodów niedoskonałym. O symbolice niedoskonałości, w którą wdziera się dodatkowo melancholia. Naprawdę sugestywnie Ryan portretuje emocje kogoś, kto w gruncie rzeczy nigdy nie miał okazji, by te emocje wyrazić albo samemu dla siebie nazwać. A przecież ta narracja sama w sobie jest niezwykle emocjonalna. Rzeczywiście chwilami manipuluje czytelnikiem, ale nie zawęża mu oglądu tego, kim próbuje być nieszczęśliwy bohater tej powieści.

Donal Ryan opowiada przejmującą historię o tym, że aby być gotowym na doświadczenie czegoś wzniosłego, trzeba przede wszystkim pożegnać poczucie niegotowości, przekonanie o byciu egzystencjalnym nieszczęściem, pomyłką czy nawet błędem genetycznym. To książka o tym, że gdzieś tam daleko może istnieć przyjaźń czy miłość, ale z różnych powodów próby zbliżenia się do jednego lub drugiego mogą kończyć się fiaskiem. Są momenty, w których ta opowieść odbiera dech i wywołuje łzy. Ale Ryanowi nie chodzi o proste wzruszenia. To kronikarz irlandzkiego życia, o którym nikt nie chce słuchać i niewielu chciałoby się nim przejmować. Portretując proste ludzkie tęsknoty, buduje wzruszającą symboliczną opowieść o tym, jak wiele znaczeń może mieć niemoc. I jak niewiele z tą niemocą możemy zrobić.

To jedna z książek doskonale wpasowujących się w jesienny klimat, a najbardziej ujmuje w niej to, że bezkompromisowość przekazu łączy ze specyficznym liryzmem. Natura zmienia się, ewoluuje, ale i powtarza wszystko w kolejnych miesiącach. To rzecz o niepowtarzalności trudnych przeżyć, które mimo wszystko są częścią cyklicznej melancholii. Niełatwa w odbiorze, ale naprawdę piękna powieść o smutku i wyobcowaniu. Jedna z tych, które pozostawiają ślad, bo uczą empatii. Bohaterom Ryana brakuje jej bardzo mocno. Irlandzki pisarz pokazuje, że niewiele trzeba, aby pozornie nieistotny człowiek stał się kimś przekazującym ważną i mądrą historię.

2020-03-25

„Nocny prom do Tangeru” Kevin Barry


Wydawca: Pauza

Data wydania: 25 marca 2020

Liczba stron: 224

Przekład: Łukasz Buchalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wspomnienia i oczekiwanie

To kolejna i zupełnie inna po „Normalnych ludziach” Sally Rooney odsłona współczesnej literatury irlandzkiej. Myślę, że ta książka dostarczyłaby inspiracji malarskich Edwardowi Hopperowi. Cały czas miałem w głowie jego obraz, na którym portretuje dwóch mężczyzn czekających w pobliżu terminalu przeładunkowego. Kevin Barry z oczekiwania potrafi zrobić punkt wyjścia do bardzo ciekawej powieści egzystencjalnej. Między innymi o tym, co z bagażu doświadczeń przeszłości zabieramy ze sobą na stałe, co porzucamy i na co mamy nadzieję, czekając w jakimś egzystencjalnym przedpokoju. Tu w przestrzeni burzliwego morza i sennego hiszpańskiego miasteczka, które sprzyja wspominaniu. „Nocny prom do Tangeru” byłby zapewne lepszą powieścią, gdyby autor nie stawiał na fragmentaryczność. W retrospekcjach, ale i opisie czasu teraźniejszego Barry mocno skupia się na konkretnej scenie i jej dekoracjach. Brak tu ambitniejszego postawienia na sekwencje i w gruncie rzeczy dynamikę, której brakuje tej narracji. Ale to jednocześnie zaleta, kiedy chce się czytać małymi fragmentami. Być może dopracowując detale w konkretnych scenach, irlandzki autor trochę się zapomniał, bo całość jest w gruncie rzeczy senna. Co wcale nie znaczy, że to jest zła książka.

Charlie i Maurice mieli bardzo burzliwe życie. Rozpięte gdzieś między ich ojczyzną a Hiszpanią, między sprawami, o których nie warto dzisiaj wspominać, a takimi, co wciąż tkwią w umyśle, wciąż na nowo każą rozmawiać i analizować. Czekając na prom mający ich zawieźć na inny kontynent, Irlandczycy zwracają uwagę na to, co w Irlandii „dopada”, jest intensywne i nieznośne. W stosunku do córki jednego z nich użyte jest określenie „więźniarka przeszłości”. Młoda Dilly zniknęła, a my poznajemy jej problemy rodzinne, zaczynamy rozumieć decyzję o tym zniknięciu. Charlie i Maurice są tu i teraz, wciąż obok siebie, wciąż w tej samej komitywie ułomności swego czasu przeszłego i to chyba oni bardziej są więźniami, bo nie zdecydowali się na dynamiczne działania Dilly. Kevin Barry pokazuje nam swoich bohaterów w takim okresie życia, kiedy mogą już dokonać śmiałych i odważnych podsumowań, a jednocześnie wciąż są dalecy od tego, by ich podsumowania miały być tak kategoryczne. Oczekiwanie na prom to czytelna metafora zawieszenia między tym, co dokonane, a niejasnymi możliwościami, ale to również symbol przemierzania przestrzeni rozdzielającej coś, co oswojone, i coś, czego nie można być do końca pewnym.

Barry indywidualizuje swoich bohaterów, ale cały czas zaznacza, że to razem są pewną jednością, że sporo można odczytać dzięki ich uzupełnianiu się. Charlie zastanawia się bardziej nad sobą – perspektywą śmierci, niesprawnością ciała, poczuciem bezradności wobec tego, co określa biologiczny tryb starzenia się. Maurice koncentruje się na wspomnieniu ludzi z najbliższego otoczenia. To w nich odnajdywał część siebie i poprzez nich definiował, kim jest. Wspomina burzliwe związki z kobietami, ale także nieżyjącego już ojca, z którym relacja była ważniejsza, niż mógł się tego spodziewać. Wspólnie starają się dwugłosem – i dwoma torami wspomnień – pokazać dwoistość ludzkich tęsknot za czymś, co wydaje się oczywiste, ale może mieć właśnie dwa oblicza. Ostatecznie definiuje je zdanie świadczące o tym, że Kevin Barry proponuje też dawkę poczucia humoru w swojej książce. „Jesteśmy jak trzecia po południu w letni dzionek”. Więcej doświadczeń za nimi niż przed nimi? Charakterystyczne zawieszenie w oczekiwaniu wprowadza tutaj pewien dramatyzm. Jednak bohaterowie wydają się pogodzeni z tym, gdzie są i kim się stali.

Sporo jest w tej książce nonszalancji i typowo męskiej szorstkości. Dużo ciekawych połączeń sentymentalizmu z cynizmem. Barry wie, jak odtwarzać ludzkie emocje, prezentując je nie wprost, raczej proponując konkretne sceny, gdzie przedstawione są okoliczności, z których wyłania się to, co nie jest tutaj nazywane wprost. Charlie i Maurice mają powody, by się wstydzić. Samych siebie lub tego, jak zachowali się w stosunku do innych ludzi. Ale poza wstydem pojawia się też niezwerbalizowana, lecz obecna tutaj gorycz poczucia, że to w jakiś sposób pochodzenie uwarunkowało taki, a nie inny kształt życia. Dlatego to też ciekawa opowieść o Irlandii – z pretensjami, ale również z pełnym czułości opowiadaniem o ograniczeniach, wątpliwościach i poczuciu, że życie czasem powinno toczyć się gdzie indziej. We wspomnieniach bohaterów toczy się tam, gdzie dzieje się coś dla nich ważnego. Barry opowiada o tym, czy umiemy się przywiązać do danego miejsca, ale również o tym, co warunkuje, że dane miejsce zabieramy ze sobą na zawsze.

„Nocny prom do Tangeru” to również inteligentna rozprawa z ludzkim poczuciem wyjątkowości i panowania nad wszystkim, co buduje życie. Wielowątkowa opowieść o tych specyficznych rozczarowaniach, za którymi poza bólem stoi sentymentalna refleksja o tym, że były potrzebne, stały się doświadczeniami bardzo ważnymi. Barry nie pozwala jednoznacznie ocenić tonacji swojej książki. Jest tu sporo smutku, ale myślę, że to narracja pokazująca, w jaki sposób oswajamy smutek poprzez zmiany perspektywy. Brakowało mi trochę pogłębienia psychologicznego postaci drugiego planu, co ma związek ze wskazaną wcześniej fragmentarycznością tej książki. Myślę jednak, że została celowo napisana w taki sposób, by wywoływać czytelniczy niedosyt. W gruncie rzeczy historie dwóch mężczyzn, którzy dumnie przekroczyli wiek pięćdziesięciu lat, czując się teraz niezbyt pewnie, nie odzwierciedla niczego niezwykłego, co szczególnie miałoby zwracać uwagę. Dlatego cieszę się, że irlandzki autor potrafi z tuzinkowych w gruncie rzeczy życiorysów wyczarować historię, w której dużo jest niezwykłego zdziwienia tym, co i jak pamiętają bohaterowie. I sporo różnych odpowiedzi na pytanie, dlaczego dwaj mężczyźni ostatecznie siedzą w porcie „ze swoją skruchą”. Niebanalna książka o tym, że najbardziej banalne sprawy mogą być ważnymi życiowymi lekcjami.

Jest jeszcze ważny i ciekawie poprowadzony wątek znikania z życia. Nie tylko o Dilly tutaj chodzi, ktoś z jej najbliższego otoczenia też postanowił zniknąć. Mężczyźni Barry’ego próbują być w pewien sposób niewidzialni. Wolą przyglądać się, zagadywać, kierować uwagę na ludzi, którzy pojawiają się wokół. Sami jakby byli w pewnej przestrzeni, gdzie ich nie widać. Myślę, że „Nocny prom do Tangeru” to także opowieść o tym, jak mocno czasem marzymy o niewidzialności samych siebie. Jak złudne daje to poczucie, że można odejść od problemów. Dystansowanie się wobec siebie wychodzi bohaterom bardzo różnie. Ich wspomnienia przypominają czasem coś, co bezpiecznie jednak zapomnieć. To oczywiście niemożliwe. Zostaje zatem sugestia, że ta książka jest o tym, jak pamiętamy samych siebie i w jaki sposób czasami próbujemy siebie zapomnieć. Nie jest to chyba rzecz dla każdego, bo Barry jest też trochę ekscentryczny. Tym niemniej to taki rodzaj powieści, która staje się wymownym wielogłosem, choć jest w gruncie rzeczy bardzo kameralna.