Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska/ukraińska/białoruska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska/ukraińska/białoruska. Pokaż wszystkie posty

2026-07-28

„Widzę, że interesuje cię ciemność” Illarion Pawliuk

 

Wydawca: Wydawnictwo Insignis

Data wydania: 29 lipca 2026

Liczba stron: 559

Przekład: Iwona Czapla

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 59,99 zł

Tytuł recenzji: W piekle umysłu

Mam wrażenie, że Insignis Media uknuło mroczny plan corocznego nokautowania ambitnych czytelników dzięki powieściom, które na zawsze wchodzą pod skórę. Po znakomitym „O” Mikiego Liukkonena, uznanym przeze mnie za najlepszą książkę ubiegłego roku, przyszła do mnie czarna koperta, a w niej powieść wstrząsająca umysłem podobnie jak wspomniana wyżej. I choć każda z nich porusza zupełnie inną tematykę, to mam wrażenie, że jednak mają wiele wspólnego. „Widzę, że interesuje cię ciemność” – już sam tytuł to wydawniczy strzał w dziesiątkę – także będzie o depersonalizacji, problemach adaptacyjnych ludzkiego umysłu we współczesnym świecie, a także o tym, że świadomość, a jeszcze bardziej podświadomość mogą być piekłem, z którego wydostanie się nie przynosi ekspiacji ani iluminacji. Wręcz przeciwnie: popycha w kierunku czegoś jeszcze bardziej potwornego. Ujrzenia rzeczy takimi, jakie są. Siebie takim, jakim się jest. I bezkompromisowej rzeczywistości, w której Illarion Pawliuk mimo wszystko wciąż mocno utrzymuje swoją surrealistyczno-oniryczną fabułę, której dał mozaikowy, mocno wstrząsający obraz.

Paralela tych dwóch powieści jest – w moim odczuciu – dużo szersza niż wspominam na wstępie, ale po ubiegłorocznej przygodzie czytelniczej z nieżyjącym już fińskim pisarzem otrzymuję książkę, przez którą przechodzi się z narastającym niepokojem i ze świadomością, że nie ma powrotu. Pawliuk konfabuluje, przestrzega, umiejętnie skraca dystans między tym, co niemożliwe, a tym, co trudne do zrozumienia, jednak przede wszystkim proponuje nam przerażającą podróż. W znaczeniu dosłownym jej przebieg wpasowuje się w materiały promocyjne tej powieści. Mnie jednak chodzi o inną podróż. Wchodzenie w głąb siebie, które grozi brakiem powrotu. To historia człowieka, który postradał zmysły w otoczeniu dbającym o to, by wszystkie one były wyostrzone. Przede wszystkim czujność. Jak podczas działań wojennych w Afganistanie, które przyniosły nie tylko syndrom stresu pourazowego. Także coś, co opisać mogą mniej lub bardziej czytelne odniesienia do mrocznej strony kultury starożytnej, religii oraz filozofii. Wszystko z odrobiną klimatu Bułhakowa, który spotkał Alicję z Krainy Czarów i połączono ich przerażającym paktem z autorem „Boskiej komedii”. Nie można jednak „Widzę, że interesuje cię ciemność” porównywać i zestawiać z nimi, choć widać, że autor pełnymi garściami czerpie z tych wszystkich odniesień kulturowych, które osadzają człowieka w bezradności wobec siebie i otaczającego świata.

Wejść w ciemność to według ukraińskiego prozaika: przede wszystkim dotknąć najczulszej struny nas samych trzymających się w pionie rzeczywistości tylko dzięki dopasowaniu. Kiedy kompas moralności i etyki szwankuje, a naszym doświadczeniem granicznym jest śmierć, wszystko rozpada się jak domek z kart i stajemy wobec Bestii – tego, czym się staliśmy, choć nigdy nie spodziewaliśmy się, że jesteśmy tak przerażająco mroczni w środku.

Fabularnie opowieść prowadzi nas do – ukrytej gdzieś pośrodku ukraińskiej pustki – miejscowości, w której skryło się zło, ale nikt z nim nie walczy, bo wygrywa obojętność spleciona z enigmatycznymi sojuszami. Jest pewna hierarchia społeczna, ale role się zmieniają. Dla kijowskiego policjanta, który otrzymuje zlecenie wyjaśnienia zabójstw i odnalezienia zaginionej dziewczynki, wszystko w Busłowym Sadzie będzie przede wszystkim odbiciem lęków, traum, neuroz i tego, co pozostawiły w nim wojenne doświadczenia. Istotne, by podkreślić, że autor to aktywny porucznik Sił Zbrojnych Ukrainy, a także ojciec. Dlaczego? Bo to bardzo ważne, by zrozumieć rozchwianą kondycję psychiczną głównego bohatera i ujrzeć coś więcej poza mgłą, która przepełnia jego krajobraz emocjonalny.

Miasteczko, w którym wszyscy ignorują zbrodnie. Zbrodnie, popełniane z lekceważeniem wszelkich schematów. Rzeczywistość, w której czas jakby się zatrzymał, a może miejsce, gdzie czas nabiera innego znaczenia, płynąc niczym ciemna woda rzeki Lete. Główny bohater znajduje się w potrzasku. Dotarł gdzieś, skąd nie może się już wydostać. Illarion Pawliuk prowadzi nas przez świat groteskowy, nieczytelny, przerażający jak w horrorze, ale też poprzez przestrzeń, w której dokonuje się swoista przemiana wewnętrzna bohatera. Pisarz znakomicie łączy surrealizm i metafizyczną grozę z trzymaniem się ram rzeczywistości. Jest to z jednej strony powieść bardzo realistyczna, z drugiej jednak – mnożąca zagadki, które pozostaną nierozwiązane aż do końca. Warto też zwracać uwagę na tytuły tego przejmującego grozą tryptyku. I podążając za Hajstrem, próbować zapanować nad lękiem o samego siebie. Nad tym, czy kolejny rozdział pochłonie nas i zawładnie nami tak okrutnie jak mijające w dziwnym miasteczku bez cmentarza dni, podczas których dzieje się więcej, niż wydarzyło w całym dotychczasowym życiu żołnierza i policyjnego śledczego. Wobec tylu zagadek i tylu skomplikowanych niedomówień nigdy nie został postawiony.

Kondycję psychiczną Hajstra dobrze określa jedno z jego przemyśleń: „Jeśli nie rozumiesz, co się dzieje, to znaczy, że jesteś w niebezpieczeństwie”. Czy bohaterowi realnie grozi coś w miejscu, w którym ludzie są jak widma, zmieniają wygląd i tożsamości, na przemian są żywi i umarli, a przede wszystkim pojawiają się nagle, tworząc coraz bardziej zagadkową atmosferę? Oczywiście, że tak. I równie oczywiście nie. Co to za miejsce? Kto i jak ukształtował jego ramy? Z kim ma do czynienia główny bohater? A może raczej z czym? Bo to konfrontacja bezkompromisowa. Wejście w obszar, w którym zawodzi zdrowy rozsądek, a pojawia się coraz więcej niepokoju. Po nim strachu. I desperacji, by wydostać się z klatki własnych wyobrażeń o czymś, co może mieć zupełnie inny kształt.

Bardzo ważna jest tu figura dziecka. Motyw ten powiązany jest z rozpaczliwym, ale konsekwentnym poszukiwaniem dziewczynki, która zniknęła. Myślę, że jednak nie w tym kierunku chce nas prowadzić autor, nie o realne uratowanie konkretnego dziecka chodzi. Dzieci nie powinny umierać. Dzieciom nie powinno się odbierać wszystkiego, co przed nimi: życia i możliwości związanych z tym życiem. Tymczasem cały czas mamy w pamięci pewną wojenną konfrontację wspominaną przez samego Hajstra, od której nie może się uwolnić, która zapętliła jego czas i zatrzymała w pewnej pełnej grozy chwili. Andrij czuje do siebie wstręt. Nie może po granicznym doświadczeniu ze sobą wytrzymać. A tymczasem mnożą się kolejne. Dziewczyna, z którą chciałby stworzyć związek, oddala się w kierunku śmierci, od której uratowany zostaje wcześniak. Hajster wspomina, że sam w pewnym stopniu wciąż jest dzieckiem. Osamotnionym jak to, którego ma szukać. Nie minął też dłuższy czas, odkąd został osierocony. Retrospekcje dotyczące jego życia rodzinnego i relacji z matką to moim zdaniem wstęp do prawdziwego piekła, które przeżyje w miejscowości poza czasem i przestrzenią, gdzie dominuje ignorowane zło i gdzie wciąż tkwi samotne dziecko, jakim w gruncie rzeczy bohater był zawsze. Dzieciom nie może dziać się krzywda. Dorosłych to już nie dotyczy? A kiedy dorosły przestaje być dzieckiem? I czym jest tutaj niedoszłe ojcostwo i macierzyństwo rozpisane potem na kilka mrocznych rozdziałów w miasteczku, w którym nikt nie dba o zaginioną dziewczynkę?

Illarion Pawliuk napisał absolutnie nieprzewidywalną historię, w której groza narasta stopniowo, a czytającego zaskakują coraz to nowe i enigmatyczne postacie stające na drodze śledczego. On zaś ma związane ręce i nie jest w stanie ocenić, czy w jakikolwiek sposób uda mu się rozwikłać choć jedną zagadkę nowego otoczenia. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że to otoczenie pełne zmiennych, przesycone raz groteskową, raz porażającą okrucieństwem atmosferą niedopowiedzeń, będzie miało specyficzne znaczenie. Ta powieść to mistrzowski labirynt fobii i idiosynkrazji. Historia przekraczania własnych możliwości, wychodzenia poza zdolność percepcji, zanurzania się w gęstniejącym mroku samoświadomości. Wybierając ciemność, wybiera się tu konfrontację z czymś, czego boimy się, bo tego nie znamy. A nie wydaje mi się, by w ostatnim czasie ukazała się tak sugestywna powieść o tym, że nie znamy siebie i lepiej, żebyśmy się naprawdę nie poznali. Opowieść o tym, że tworzymy wspólnoty niezrozumienia, i o tym, że jesteśmy wciąż pomiędzy lękiem a jego spełnieniem się. Książka o doświadczaniu śmierci i życia, które wydaje się czymś łagodniejszym niż śmierć. Jedna z tych narracji, podczas których czytania boimy się nie o bohaterów i rozwój akcji. Boimy się tego, jak głęboko weszliśmy w ciemność. Bo skoro czytamy, chłonąc kolejne rozdziały, to chyba ją lubimy?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2025-04-30

„Rana” Oksana Wasiakina

 

Wydawca: Wydawnictwo Marpress


Data wydania: 21 marca 2025

Przekład: Agnieszka Sowińska

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka

Cena det.: 59,90 zł

Tytuł recenzji: Po śmierci

 

To nie jest powieść. Tak uzna ktoś, kto poszukuje dopasowania do jakichś konkretnych wzorców, bo być może przez całe życie usiłowano go do takich wzorców dostosować, a teraz pozostała mu już tylko bezradność odtwarzania tego procesu. Taka jest główna bohaterka tej książki. Przez całe życie musiała być częścią czegoś. Być taka sama jak reszta. Ale przede wszystkim była częścią swojej matki. I choć matki już nie ma, nie można użyć czasu przeszłego. W „Ranie” opowiada się wszystko to, co pozostaje w nas po odejściu osoby, która powinna być najbliższa, lecz w ciągu swego życia odtrącała. Dlatego Oksana, wioząca urnę z jej prochami w tej poniekąd enigmatycznej powieści (sic!) drogi, jest tu kimś interesującym przede wszystkim dlatego, że dopiero do tych prochów zbliża się naprawdę. I to jest zbliżenie dosłowne, metaforyczne, metafizyczne i funkcjonujące jeszcze w kilku innych wymiarach. Ta opowieść – elegia prozą, przeplatana wzruszającymi fragmentami wierszy białych – jest próbą odpowiedzi na pytanie o to, czym była kobieca tożsamość w relacji z matką, a czym stała się po jej odejściu. Igranie z różnymi rodzajami form wypowiedzi i trochę autotematyczność tej książki – gdzie autorka sama zadaje sobie pytanie o to, czy ma odpowiednie narzędzia i wrażliwość, by opowiedzieć historię prozą – są jej zasadniczymi atutami. Bo „Rana” będzie się jątrzyć na naszych oczach. W zupełnie zaskakujący nas sposób.

Pisanie Wasiakiny opatrzone jest przedmową i posłowiem. O ile to pierwsze wydaje mi się nieco zbędne, na pewno jest trochę dydaktyczne i odbiera przyjemność odkrywania tej książki po swojemu, o tyle posłowie tłumaczki znaczy tu bardzo wiele, kiedy zrozumiemy, że to historia tożsamości także seksualnej, ale napisana w języku kraju i w kraju, które ją określają mianem ekstremizmu, brutalnie i zdecydowanie ostracyzując. „Rana” to bowiem książka o kobiecie, która z czułością i nadmiernymi oczekiwaniami względem tej czułości wtula się w ramiona kolejnych kobiet. Wraz z całym pożądaniem seksualnym, a o seksualności Wasiakina potrafi opowiadać językiem plastycznym, dosadnym, jednocześnie subtelnie podkreślającym przez cały czas, że Rosjanka kochająca drugą Rosjankę miłością inną niż nakazują normy to związek przestępczy. Tyle że to tylko jedno z wielu poruszanych tutaj zagadnień.

Czytając „Ranę”, wciąż przypominałem sobie książkę „Matka się śmieje” Chantal Akerman. Dlaczego? Przy obu tych publikacjach przez chwilę czułem się poirytowany tym, że czytam coś na kształt zapisu artystycznego ekshibicjonizmu. Obie książki łączy motyw odrzucenia przez matkę, jak również sposób opowiadania o własnej kondycji psychofizycznej po jej odejściu. Także rozważania nad tym, w jaki sposób artystycznie wyrazić własne emocje po takiej utracie. Tutaj jednak nikt ani nic się nie będzie śmiać, nawet uśmiechać – odnoszę się do przekornego w swej artystycznej wymowie tytułu opowieści Akerman. U Wasiakiny mrok jest w zasadzie wszechobecny. U Akerman drażniło mnie coś innego, jednak przy „Ranie” to odczucie było podobne. Że za dużo metaforyki, używania symboli z emfazą, przechodzenia w różne rejestry opowieści czy nadmiar mitologicznych nawiązań, a przede wszystkim dygresyjność. Tyle że po przeczytaniu całości – a zwłaszcza wstrząsającej mną najbardziej ostatniej części – w pełni rozumiem zabiegi poczynione, by oddać zarówno dramaturgię osobistych przeżyć autorki, jak i pokazać, że każde z nich może być uniwersalne, a to daje nadzieję, że nie jest tragicznie osobne. I że ta ekscentryczna nieco podróż z urną jest tu prozą o znaczeniu autoterapeutycznym. Zwłaszcza dlatego że jest prozą, w której narratorka nie czuje się pewnie. Tak jak nigdy nie czuła się pewnie w pobliżu matki, której teraz strzeże z najwyższą uważnością. Opowiadając o tej relacji – zakończonej realnie, lecz zaczynającej się tak naprawdę z chwilą rozpoczęcia tej dziwnej podróży na wschód, na Syberię opuszczonej lata temu, do świata kształtowania tożsamości dziewczynki, która stała się rosyjską kobietą – bohaterka opowiada o tym, że nie rozumie swojej kobiecości. Zwłaszcza w zestawieniu z kobiecością własnej matki.

Zdaniem matki kobieta miała być zawsze piękna. Mieć widoczne i obie piersi (symboliczny motyw okaleczenia fantastycznie połączony z rozważaniami o tak zwanej niepełności bycia kobietą). Zużywać wszystko do końca, niczego nie marnować. Żyć pragmatycznie. Co to oznaczało w jej przypadku? Dorastająca odtrącona córka wie, co matka wybierała w imię tak zwanego pragmatyzmu. A może przerażającego lęku przed samotnością, z którą mierzy się także narratorka, ale potrafi o tym napisać zupełnie inaczej. Bo ona nie nazywa świata i siebie w świecie jak matka. Praktycznie. Pragmatycznie. Rzeczowo. „Rana” będzie o tym, jak silna bliskość tworzy się poprzez zróżnicowanie w poglądach i emocjach kobiet, które są sobie obce.

Bo w pewnym stopniu sama kobiecość jest w „Ranie” wyobcowaniem i obcością względem drugiej kobiecości. Wasiakina nie opowiada po prostu o relacji, w której zawiązały się skomplikowane emocjonalne węzły nierozwiązane przez śmierć. A właściwie ta śmierć je jeszcze bardziej zaplątała. „Rana” to opowieść o zależności, współuzależnieniu i niemożności samostanowienia. Ze świetnie tu włączonym motywem fragmentu pępowiny będącego częścią ciała narratorki. „Rana” jest także historią kobiety, która kluczy w swojej opowieści, nie jest w stanie opowiedzieć linearnie ani o sobie, ani o swojej matce. Dlatego często wraca się myślami do sytuacji już przedstawionej, zarysowanej, przeanalizowanej, ozdobionej symbolami. Szukająca odpowiedniej formy Oksana stawia na ciekawą sprawozdawczość. Mnóstwo tu detali dotyczących innych osób stających na jej drodze – bez względu na płeć, choć mężczyźni mówią głównie o tożsamości wiążącej się testosteronem i o wojnie. Mamy przed oczami, co kto powiedział, co zrobił, jak się zachował, w jaki sposób wpłynął na emocje narratorki. Oksana jest jednocześnie otoczona ludźmi – także kobietami usiłującymi zrozumieć jej egzystencjalny dramat, bo mamy tutaj dodatkowo opowieść o walce z demonami depresji i o różnego rodzaju zaburzeniach emocjonalnych na tle traumatycznych przeżyć – i całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia, rozpaczliwie sama. W tej samotności szukająca niepewnie głosu do wyrażania siebie, bo sama nie wie, czy jej wolno. Czy było jej wolno wcześniej i czy może teraz, gdy matki nie ma, mówić o sobie w relacji z nią i o tym wszystkim, co się stało, bo prawdopodobnie żadnej relacji nie było. Była. Piekielnie mocna. Zabójczo wręcz.

„Rana” to też historia rosyjskich kobiet, które w kilku pokoleniach powielały pewne określone wzorce zachowań, bojąc się – jak Oksana – prawdziwego kontaktu z własnym wnętrzem. Dlatego ta formalnie skomplikowana książka jest tak poruszającym świadectwem wyobcowania. Niekoniecznie żałoby, co wydawałoby się oczywiste, bo główną bohaterką jest tutaj śmierć i ma ona nawet imię – Andżełła. To narracja o kilku rodzajach niewidzialności. O utracie poczucia bycia kobietą, kiedy jednocześnie uznaje się to za dumne, fascynujące i jednocześnie niezwykle trudne. Czyta się „Ranę” ze świadomością, że to proza uderzająca wprost i śmiałe świadectwo cierpień innych niż te, które kojarzone są z żałobą. Także dlatego że to bardzo ciekawy współczesny rosyjski głos literacki. Polina Barskowa w przedmowie niepotrzebnie wylicza, o czym ten głos mówi. Myślę, że o wielu innych sprawach także, lecz głównie o potrzebie sprawczości i użyteczności, sięgania w głąb trudnych emocji i nazywania tego, co pomaga stać się podporą… dla samej siebie. Bo Oksana nie chce i nie będzie z różnych powodów dziedziczyć kobiecości matki. Kobiecość to wzorce, lecz również wątpliwości, dramaty i pytania retoryczne. A także seksualność. I feminizm. Wszystko to w „Ranie” rezonuje naprawdę intrygująco.

2025-02-19

„O wilku mówiono w izbie” Ewa Wieżnawiec

 

Wydawca: Wydawnictwo KEW


Data wydania: 13 lutego 2025

Przekład: Małgorzata Buchalik

Liczba stron: 140

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Demony i pamięć

To jest książka jak petarda. Językowo barwna jak jej okładka. Fabularnie zawikłana w taki sposób, że odkrywamy dwie biografie, jednocześnie poznając prawdę o miejscu, które niezwykle skomplikowało życie babki i wnuczki, każdej na inny sposób. Wieżnawiec fascynuje i przeraża. Z jednej strony aż trudno czytać niektóre fragmenty, ma się już dość okrucieństwa i wstrząsających obrazów. Z drugiej jednak – trudno oderwać się od lektury. Nie chodzi o dynamikę opowieści, lecz przede wszystkim jej język. To, jak portretowane są detale białoruskiej prowincji, a także to, w jaki sposób autorka wykorzystuje narzędzie retrospekcji: tu mają one formę opowieści seniorki, która przeżyła piekło. A piekła egzystencjalnego doświadcza właśnie jej wnuczka.

Znakomita jest już pierwsza scena: w publicznej toalecie kobieta usiłuje odkorkować butelkę wina. Rynie po raz kolejny nie wyszło. Wraca z zagranicy do rodzinnej białoruskiej wioski. Do babci, która była jej bliska od zawsze. Do domu, który przed laty został podzielony i ten podział funkcjonuje tutaj w symbolicznym znaczeniu. Ale zanim zrozumiemy, że to nie powieść o powrocie ani też atrakcyjnie zapowiadające się studium kobiecego alkoholizmu, ujrzymy kobietę w drodze. Najpierw dosłownie. Ostatni odcinek podróży córki marnotrawnej do domu, gdzie nie czeka na nią nic oprócz wciąż dawanej bezwarunkowo czułości, jest jednocześnie barwną opowieścią o białoruskiej pustce. Do wsi pośrodku niczego Ryna idzie niczym mityczna wędrowniczka, a my dzięki barwnym opisom poznajemy szczegóły świata, od którego ten prawdziwy się odwrócił. Bo nikogo nie obchodzą ani Ryna, ani współczesna Białoruś. Tymczasem Ewa Wieżnawiec opowie tragiczną, na poły metafizyczną historię o ludzkiej krzywdzie, o narodzie wykorzystanym i katastrofalnie doświadczonym oraz o społeczności, z której albo kompulsywnie chce się uciec, bo wszystko gdzieś dalej wydaje się lepsze, albo usiłuje się nabrać wprawy w zapominaniu o lęku. Na pewno jednak niczego się nie zapomina. „O wilku mówiono w izbie” to bowiem przejmująca historia białoruskiej tożsamości narodu i terenu wykorzystywanych, poturbowanych, naznaczonych przelewaniem krwi i niesprawiedliwością. Głodem, śmiercią, poczuciem wyobcowania. Kiedy na początku pojawia się teza, że Białorusini to mało emocjonalna nacja, nie spodziewamy się rozwinięcia tej myśli, próby wyjaśnienia, dlaczego tak może być.

Mnóstwo emocji kumuluje się w relacji babci i wnuczki. Darafieja przestaje widzieć świat w sensie dosłownym, bo ślepnie. Ryna nie chce się mu przyglądać, znieczulając się alkoholem, ale ma też inne powody do eskapizmu. Dwie dziwaczki. Pochodzące z różnych pokoleń i z różnych powodów naznaczone wyobcowaniem. Bliskie sobie w sposób szczególny poprzez to wyobcowanie. Ewa Wieżnawiec najpierw opowie kameralną historię o rodzinie, w której nastąpiły emocjonalne deformacje, a silna relacja dostała szansę przetrwania tylko na zasadzie opozycji do całej reszty. A później – głosem seniorki – zaprezentuje opowieść dużo bardziej wstrząsającą. O tym, co z białoruską prowincją zrobiła Historia. Ile zła przetoczyło się przez miejsce, które przetrwało wszystko, ale jakby zahibernowało się w znieczuleniu na to zło.

Zło symbolizowane jest tutaj na kilku poziomach. Oprócz figury tytułowego wilka są również inne elementy magiczne, związane z transcendencją, zorientowane na opowiadanie o świecie poprzez pryzmat wierzeń czy zabobonów. Bo seniorka nie ufa realizmowi i nie chce być jego częścią. Tak jak Ryna ucieka w alkoholowe upojenie, tak wiekowa Darafieja odnajduje spokój jedynie w sferze tego, w co wierzy. Hochsztaplerka, lokalna wiedźma, staruszka rozumiejąca siłę i rolę otaczającej człowieka natury? A może postać, która ma wytłumaczyć, skąd wzięły się wszelkie lęki i traumy wnuczki? Ryna zniknęła z białoruskiej prowincji na osiem długich lat, a jednak wraca, jakby los przywiódł ją w to miejsce specjalnie, bo stąd nie można uciec. Darafieja nie uciekła. Przeżyła ponad sto lat i opowiada o tym, co przeżyła. Potworności doświadczane przez Białoruś są tutaj sportretowane w niezwykle barwnej i przerażającej konwencji. Wieżnawiec celowo rozbija narrację o poczuciu życiowego dyskomfortu Ryny historiami o tym, w jakim egzystencjalnym dyskomforcie od zawsze żyje naród białoruski. W tym wszystkim widzimy niesamowitą dokładność, dosadność i soczystość opisu detali: zarówno natury, jak i ludzkich działań. Znakomicie także poprowadzone są nieliczne dialogi. Całość tworzy zapadający w pamięć obraz Białorusinki, która przeżywa żałobę po tym, co utraciła właśnie jako białoruska kobieta, nie kobieta w ogóle.

„O wilku mówiono w izbie” to historia o tym, że wspólnota może być opresyjna, rodzina rozpada się z przyczyn naturalnych, a naród nie jest męczennikiem pośród innych, tylko przypadkiem staje się miejscem, do którego dociera najwięcej zła. „Tutaj nigdy nic nie będzie” – stanowczo stwierdza Darafieja. Tymczasem dla Ryny wkroczenie w nicość to pokłosie skomplikowanych doświadczeń i relacji odsłanianych nam inaczej niż to, czego doświadczyła babcia, która nie może już więcej oglądać świata i opowiada wnuczce, dlaczego nie warto już tego robić.

Wieżnawiec ciekawie opowiada o egzystencjalnym fatalizmie – człowieczym i narodowym. Jednocześnie o sile przywiązania do miejsca, w którym hulają jedynie dusze zamordowanych, wciąż rezonuje zło, miejscowe bagna sygnalizują jego bliskość, a wszechobecny torf zamiast solidnej ziemi potęguje wrażenie tymczasowości. Tu nic nie może powstać naprawdę, bo wszystko zostało zrujnowane. Czy współczesna Białoruś to przestrzeń oraz kraj, w których nie sposób wydostać się z niemocy, bo tak to uwarunkowała historia? Co tu jest najciekawsze? Postać wiekowej babci przekazującej wnuczce szorstką miłość poprzez okrutne wspomnienia? A może sylwetka młodej kobiety z tendencjami ucieczkowymi, która tak naprawdę nie wie, że historię Białorusi można zrozumieć przede wszystkim wtedy, gdy pojmie się to, co metafizyczne pośród brudu, bylejakości, szarości i poczucia bycia kimś gorszym?

Ewa Wieżnawiec zaprasza nas do świata kobiet mimo wszystko bardzo silnych w porównaniu z postaciami męskimi, padającymi – dosłownie i symbolicznie – jak muchy pod naporem doświadczeń, które unieść mogą świadomie tylko kobiety. Ryna i Darafieja przestały się już czegokolwiek bać; każda z innego powodu i na innym etapie swojego życia. Porzucone, oszukane i nieszczęśliwe próbują w swojej relacji zachować to, co najcenniejsze: solidarność. Białoruska pisarka opowiada o świecie, który ukształtował naród pozornie nieprzejawiający emocji. Tych emocji będzie podczas lektury bardzo dużo. Świetna robota translatorska, bo ta książka iskrzy w każdym detalu. Wieżnawiec wie, w jaki sposób wykorzystać szczegółowy opis, aby konkret przekuć w wizję z pogranicza snu i jawy, której bliżej do snu. Niespokojnego koszmaru, który wciąż śni białoruska kobieta i być może białoruski naród. Mocna powieść balansująca na granicy surrealizmu, dosadności realizmu i ze specyficznym we fragmentach, ale wyraźnie zauważalnym poczuciem humoru. Książka charakteryzująca bohaterów przez ich język, a otoczenie przez jego enigmatyczność. Nie do zapomnienia.