Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura słowacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura słowacka. Pokaż wszystkie posty

2025-12-13

„Babunia” Ivana Gibová

 

Wydawca: Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Data wydania: 12 grudnia 2025

Przekład: Izabela Zając

Liczba stron: 184

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zgorzkniałość

To powieść inicjacyjna dla tych, którzy lubią poznawać grupy oryginalnych postaci, w dodatku tutaj przedstawionych wyjątkowo ekscentrycznie. Ale to też powieść bardzo smutna i nie ratują jej fragmenty ze świetnie rozładowującymi napięcie wulgaryzmami. To też pewien literacki eksperyment. Wydaje się, że Ivana Gibová stworzyła pewien mroczny literacki rewers powieści o tym samym tytule napisanej przez Boženę Němcovą, zdzierając z tamtej ponad stusiedemdziesięcioletniej narracji lukier, pozostawiając jednak pewien zarys konstrukcyjny – u Němcovej starsza pani też jest odsłonięta w tym, co robi czy opowiada. Babunia Gibovej to wyjątkowo mroczna istota, do której w zasadzie nie mamy dostępu. Nie do końca rozumiemy, dlaczego stała się apodyktyczną ekscentryczną kobietą, która żałuje, że urodziła swoje dzieci – wszystkie popadające w wolniejszym lub szybszym tempie – w zgubny nałóg picia. Obserwujemy ją z pewnego dystansu: jej surowość, oddalenie od córki i wnuczki, a siarczysty policzek wymierzony tej ostatniej świadczy o tym, że mamy tutaj klasyczną antybohaterkę. Albo kobietę, którą skrzywdzono tak bardzo, że nie umie już żyć inaczej, niż krzywdząc innych.

Świat przedstawiony „Babuni” jest duszny i klaustrofobiczny. Nie sposób się z niego – dosłownie i metaforycznie – wydostać. To miejsce wiecznych kłótni rodziców. Świat, gdzie swoje zasady wprowadza tytułowa bohaterka, której miano zostało tak ironicznie potraktowane przez słowacką autorkę. To ona decyduje, jakie umiejętności są w życiu potrzebne, ona określa status dziecka i innych domowników, w końcu wszyscy żyją w jej domu. Gibová przedstawia przestrzeń anektowaną przez osobę bez wypracowanych umiejętności prospołecznych (na przykład nie znoszącą plotkowania i kontaktu z koleżankami w jej wieku), która decyduje za wszystkich i o wszystkim. Szczególnie podporządkowała sobie córkę. Ale nie wnuczkę. Magdę.

Podobają mi się w „Babuni” płynne przejścia narracyjne (autorka stosuje wszystkie trzy jej rodzaje) w zależności od tego, przez kogo i z jakiej perspektywy prezentowane jest to, co tak zwyczajne i nijakie: życie w biednym domu na słowackiej prowincji, gdzie nie ma szans na żaden rozwój. A jednak jest Magda, której samorozwój obserwujemy. Magda jest wcześniakiem i miało być zupełnie inaczej… A jednak stała się bardzo wrażliwym dzieckiem, wrażliwym na detale, lecz również neurotycznym, odliczającym czas wydarzeń rozmiarami kapci – nie wiem, czy ten motyw jest w „Babuni” zabawny, czy tragiczny, choć niewątpliwie przyciąga uwagę. Dziewczynka dorasta w obecności wciąż skonfliktowanych rodziców, pośród deficytów i prób rekompensowania ich sobie. Przeczytamy o wszystkim: o inicjacji seksualnej, introwertyzmie w przedszkolu, a potem szkole, a także o tym, w jaki sposób dorastająca dziewczyna wrasta w nienawiść do samej siebie. Zwłaszcza z powodu rodziny, z której się wywodzi i w której życie udało się tylko bratu. Reszta utknęła w marazmie dodatkowo potęgowanym tym, w jaki sposób na pozostałych członków rodziny wpływa tytułowa bohaterka.

Nieco mniej ciekawą poznawczo, ale chyba bardziej literacko interesującą postacią jest tu matka Magdy, chwilami jej zajadły wróg, czasami najbliższa przyjaciółka. Tylko ona wie, jak wiele razem przegrały, ale stara się tego nie dać po sobie poznać. Tylko że to widać w pewnych ważnych scenach. Jedna ma znaczenie symboliczne, druga raczej dosłowne. Magda wciąż zdziera sobie strupy z kolan, jakby nie pozwalała zaleczyć się temu, co tak ją boli od lat. Druga scena jest prosta i przejmująca, można ją nawet przeoczyć: wspólnie płaczące matka i córka. Zdegradowane przez postać tytułową, uświadomione, że jej zdaniem nie są częścią jej świata. A jednak zaczynają być. Bo babunia się starzeje.

To książka o krajach, w których panuje przekonanie, że seniorami należy się opiekować, a nie kierować ich do – często ekskluzywnych – domów starości. Dlatego tą, która zawsze wprowadzała mentalny terror w rodzinie już naznaczonej biedą i brakiem możliwości wyjścia z niej, w końcu należy zacząć się opiekować; przestaje być samodzielna, lecz nie przestaje być sobą. Paradoksalnie to właśnie wtedy wnuczka nawiązuje z nią najlepszy kontakt, a w zasadzie szczątki kontaktu. Tytułowa babunia ze swoim zgorzknieniem pozostanie do końca. Tak jakby coś nakazywało jej bycie taką, jaka jest. Bo – jak wspomniałem – z jakichś powodów musiała się taka stać. Może po przeżyciach drugiej wojny światowej? Może paradoksalnie po niej? Magda zbliża się do ruiny człowieka. Opieka nad babką jest dla niej męcząca i frustrująca. Tak jak całe życie.

Bo Magda, jak inne nastolatki, chciała być modelką albo aktorką. Jej pierwsza poważniejsza praca to dorabianie w markecie na fajki. Mimo że więź z matką jest silna, ona też oparta jest na zależnościach i opiekuńczości. Magda jest starą maleńką. Problemy jej matki przerastają ją i powodują, że znajduje się z dzieckiem w matni małżeństwa z alkoholikiem, z którym nigdy nie potrafi dojść do porozumienia. Przyznać jednak trzeba, że autorka stara się w „Babuni” pokazać chwile piękne, sentymentalne, przepełnione poczuciem radości i przekonania, że może kiedyś będzie dobrze. To „kiedyś” nigdy jednak nie nadchodzi. Bo to są tylko chwile; zarysowując je, Gibová stara się rozjaśnić szarość i czerń swojej powieści.

Opowieść o trzech pokoleniach kobiet, które coś zniszczyło, coś powaliło, coś moralnie uszkodziło. „Wadliwe egzystencjalnie”? Bohaterki tej książki cierpią, a obraz cierpienia rozłożony jest w taki sposób, że w centrum zainteresowania Gibovej stoi Magda, gdyż ona dopiero dorasta, może coś zmienić, przerwać łańcuch niepowodzeń i rozczarowań. To w jej życiu może wydarzyć się coś wielkiego. W tej książce istnieje szansa na ekspiację i odkupienie. Jak jest naprawdę? Napisana pięknym językiem historia o świecie, któremu daleko do piękności. Z Marią Callas w tle. Bibelotami, szkodzącymi mentalności mieszkaniami, butelką rozpuszczalnika, także z przemocą, kiedy brat Magdy wreszcie chce oddać ojcu to, co od niego dostał. Gibová nie zadaje pytań o to, dlaczego dzieje się to, co się dzieje. Raczej relacjonuje, szczególnie dojrzewanie Magdy. Dlatego ta książka jest tak ciekawa – bo niejednoznaczna w przekazie. Zwłaszcza że jest w niej wiele detali i każdy z nich może przykuć uwagę innego czytelnika.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawę TUTAJ 

2022-12-02

„Wyspa Ø” Peter Balko

 

Wydawca: Biblioteka Słów

Data wydania: 2 listopada 2022

Liczba stron: 240

Przekład: Miłosz Waligórski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Tworzenie, utrata, poszukiwanie

Żyjąc z wiecznym deficytem obecności ojca, zawsze bardzo chętnie sięgam po narracje, które opowiadają o relacji, jakiej nie miałem, ale w tym opowiadaniu najistotniejsze jest dla mnie to, jak ojcowie modelują swoich synów, ich światopogląd czy postawy życiowe. Na ten temat pojawiła się jakiś czas temu świetna książka „Dziennik upadku” Michela Lauba, w której autor poruszał interesujący mnie aspekt w kontekście Holokaustu. Peter Balko również wykorzysta ten motyw – przyznaję, że dość odważnie, i mam do tego ambiwalentny stosunek – prezentując historię silnej i jednocześnie toksycznej więzi, w której ujawnią się dwie zasadnicze opozycje: stosunku do siebie jako twórcy oraz tego, co i w jaki sposób się tworzy. Wyspa Ø” to historia dwóch pisarzy. Ojca odgrywającego tutaj rolę artystycznego demiurga oraz syna będącego jego cieniem, borykającego się z niemocą twórczą po wydaniu debiutanckiej książki. Balko symbolicznie prezentuje tych dwóch mężczyzn jako tezę i antytezę tworzenia. W tym znaczeniu „Wyspa Ø” jest powieścią autotematyczną i pełnym literackich oraz filozoficznych odniesień metatekstem, którego żywiołem jest ironia – często zgryźliwa, czasami ocierająca się o bolesny sarkazm. Tylko że ta książka nie jest jedynie tym, o czym wspominam na wstępie. Słowacki pisarz zaproponuje nam zaskakującą zmianę tonacji oraz struktury swej powieści i choć nadal będzie ona o tej istotnej relacji, zmieni się zarówno sposób jej interpretacji przez czytelnika, jak i status jego obecności wewnątrz tej fabuły.

Rozprawa z tym, czym jest twórczość, w jaki sposób twórca staje się autonomiczną częścią swego dzieła, łączy nam się z dość senną, ale sugestywną historią o tym, na ilu frontach toczy się walka między dojrzałym pisarzem, sportretowanym tu hiperbolicznie w swych charyzmie i ekscentryzmie (lecz również – co należy podkreślić – szowinizmie), a synem domagającym się uznania swojej tożsamości twórczej. Retrospekcje budują obraz niepełny, a Balko wspina się na wyżyny pomysłowości, aby tę relację będącą walką opowiedzieć w naprawdę zaskakujący sposób. Potem jednak „Wyspa Ø” zmierza w kierunku fantazji dotyczących relacji twórcy z jego bohaterami, a także odpowiedzialności za wykreowane światy. Na naszych oczach tworzy się nowa historia: pełen dynamiki thriller szpiegowski z elementami coraz bardziej wysublimowanego surrealizmu. Peter Balko kreuje z jednej strony przezabawną fabułę o granicach literatury, ale także granicy twórczego zmyślenia. Z drugiej jednak – uśmiech po pewnym czasie znika z twarzy czytających. Zaczyna być groźnie, nieprzewidywalnie, a wszystko umieszczone zostanie w zupełnie nowym wymiarze świata przedstawionego. Wtedy ujrzymy nieprzeciętną konsekwencję syna w próbach zrozumienia motywacji jego ojca. Za tym będzie szła mroczna historia o krzywdzie fikcji literackiej. O przemocy wobec niej, a jednocześnie o tym, jak fikcję literacką odbieramy, jaką część komercyjnego rynku zawłaszcza i czym jest kreacja twórcza, kiedy stanie się przestrzenią buntu, zniewolenia oraz ucieczki.

Druga powieść tego autora, wydana w sporym odstępie czasu po pierwszej, do której z różnych powodów nie byłem w stanie się przekonać, jest z pewnością w dużej mierze autobiograficzną fantazją o tym, czym jest dzisiejsza kondycja pisarza, jak mit i filozofia tworzenia zachowują w ludzkiej świadomości archetypiczny wizerunek twórcy, a także historią o tym, czym jest akt kreacji, w który ingerują pewne siły z zewnątrz. „Wyspa Ø” z pewnością wzbudzi duże zainteresowanie samych piszących, dla mnie zaś – osoby komentującej literaturę oraz tworzącej własną – była szczególnie frapująca, bo postawiła kilka pytań o to, czy tworzymy dla społecznej akceptacji, wewnętrznej satysfakcji, zaspokojenia egocentrycznych ambicji, czy z powodu wiecznych poszukiwań twórczych. Mamy tu same pytania otwarte i sugestie nieoczywistych odpowiedzi na nie. Jednocześnie Peter Balko przesuwa środki ciężkości w fantazjach na ten temat, kierując naszą – oraz bohaterów – uwagę na coś, co wydaje się zdefiniowane i przede wszystkim w swych definicjach przewidywalne. Dość powiedzieć, że napisana sarna i napisany las z wiersza Wisławy Szymborskiej mogą wywołać grozę i niepokój, bo Balko opowie o tym, że radość pisania nie jest tylko satysfakcją tworzenia. Jest również braniem pełnej odpowiedzialności za to, co się stworzyło.

Ta książka już na wstępie zaznacza rozszerzone pole poszukiwań: do inspiracji oraz tworzenia. Młody bohater doświadcza świata bez jednego zmysłu. Jego pierwsza konfrontacja z kobiecością to dotyk piersi, których nie może widzieć. Odnoszę trochę wrażenie, że słowacki prozaik w ogóle sprowadził kobiecość do pewnych oczywistych i krzywdzących wizerunków. Bo jakkolwiek frapująca jest opowieść o twórczości, w której trudno jest zapanować nad nią samą i przekonaniem o słuszności tego, co się robi, kobietę Balko pokaże między innymi jako dwulicową agentkę albo grafomankę, która potrafi skapitalizować męski potencjał twórczy. Jakby historia rozpoczynała się od mężczyzny i na nim zawsze zamykała. Tymczasem całość prezentuje się naprawdę dobrze, bo ta książka we fragmentach, ale również jako całość jest mocno prześmiewcza. Balko korzysta z wiedzy o literaturze, lecz również kontestuje to, co na temat tworzenia literatury ustalono jako drogowskazy. Proponuje nam historię o tym, co się wydarzy, kiedy literat straci panowanie nad swoim tworzywem. I to wszystko opowiedziane jest w bardzo nietypowy sposób, jak również za pomocą nieoczywistej narracji drugoosobowej, która nie jest w tej powieści typowym ekscentryzmem współczesnych twórców, ale ma bardzo ważną i uzasadnioną tu funkcję.

Peter Balko portretuje nam twórcę, którego określa mianem „człowieka nieopowiedzianego”. Konfrontujący się z ojcem twórcą syn wypracowuje przestrzeń porozumienia, obaj idą w swoich fantazjach literackich na pewien kompromis, bo Jakub jest przeciwny tworzeniu wedle praw własnej wyobraźni, a jego syn o wiele mówiącym imieniu Cichomir wie, że literatura to przede wszystkim ucieczka w wyobraźnię. Tego dotyczy również wikłająca się intryga w drugiej części „Wyspy Ø” – zderzenia i konfrontacji zarówno warsztatu pisarskiego, jak i tego, co w jego wyniku powołuje się do życia. Balko zaprowadzi nas do świata, w którym wytwór wyobraźni zapanuje nad tworzącym. Ale również tam, dokąd porywani zostają bohaterowie literaccy. Do piekła dla nich samych i ludzi, którzy ich stworzyli, dając wolność i autonomiczność.

W tej książce przynajmniej trzy razy natkniemy się na czasowniki, które zatrzymają naszą uwagę na dłużej. Tłumacz bardzo intensywnie pracuje tu z tekstem oryginału. Szuka sposobu opowiadania jak zapewne sam autor. Widać ten związek również w posłowiu Miłosza Waligórskiego, które intelektualizuje przesłania tej powieści, a wszystko świadczy o tym, że mamy przed sobą książkę naprawdę niezwykłą. Ekscentryczną, trochę prowokacyjną, przemyślanie proponującą interakcje tekstowe, bawiącą się kilkoma konwencjami i w gruncie rzeczy dość gorzką, bo w tym wszystkim Peter Balko opowiada o twórcy jako samotniku gotowym uwierzyć w to, że jego wyobcowanie to zawsze gloryfikujący go element, a nie coś, co może frustrować oraz niszczyć. Warto zwrócić uwagę, kto i w jaki sposób ponosi tutaj spektakularne ofiary. Ta powieść pokaże, że w żadnym stopniu pisarz nie jest sam w tym, co robi. To również narracja o niebezpieczeństwach ulegania trendom lub koncepcjom, które dla literatury mogą być zabójcze nawet wtedy, gdy starają się w literackim świecie zaprowadzić porządek. Naprawdę absorbująca książka o tym, jak zderzają się historia, teoria oraz filozofia literatury w opowieści, która chce zwrócić uwagę na coś istotnego: najciekawsza relacja opowiadana przez antynomie jest jednocześnie najbliższa. I w tym znaczeniu to, w jaki sposób Balko zaczyna tę powieść, wydaje mi się dużo bardziej istotne niż to, jak ją kończy.

2021-01-06

„Legenda o języku” Pavol Rankov

 

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 22 grudnia 2020

Liczba stron: 412

Przekład: Tomasz Grabiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Historia i młodość

Swoją nową książką Pavol Rankov udowadnia, że jeszcze nie opowiedział całej historii Czechosłowacji. Po „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”, powieści wręcz panoramicznej, ukazującej losy przyjaciół na przestrzeni lat 1938-1968, otrzymujemy dużo bardziej ponurą i tym razem daleką od czarnego humoru opowieść z początku lat siedemdziesiątych minionego stulecia. Tym razem Rankov również zdecydował się na opisanie grupy ludzi, ale młodzi studenci historii ukazani są inaczej niż bohaterowie wspomnianej wyżej książki. Przede wszystkim bez aż tak wnikliwych portretów psychologicznych. Mam wrażenie, jakby Rankov tym razem chciał się skupić przede wszystkim na opresyjnym aparacie władzy oraz na historii Jana Nepomucena, której – przyznam szczerze – jest w tej powieści nieco za dużo. Tu pojawia się zastrzeżenie co do kompozycji książki. Najpierw śledzimy naukowe i pozanaukowe analizy legendy Nepomucena, a potem nazbyt gwałtownie akcja przyspiesza i pojawiają się działania czechosłowackiej służby bezpieczeństwa, które pokazano jedynie punktowo i w taki sposób, żeby wszystko zgadzało się z przesłaniem tej narracji. Szkoda, bo autor „Matek” nie jest pisarzem pośpiechu, uogólnień i stereotypów. W tej powieści wszystko to jednak na chwilę się pojawiło. Tym niemniej „Legenda o języku” to naprawdę wstrząsająca powieść o kształcie czechosłowackiego państwa komunistycznego, w którym – jak twierdzi ojciec jednego z bohaterów – na pewno się nie schowasz.

Najmocniej i najbardziej przejmująco wybrzmiewają jednak te fragmenty powieści, które prezentują narrację pierwszoosobową mężczyzny próbującego zrozumieć tożsamość popadającej w obłęd ciotki nazywanej tu pieszczotliwie Ciotunią. Bardzo szybko zorientujemy się, że jest to jedna z postaci, o których opowiada zasadnicza część książki. Narrator z teraźniejszości nie zdradzi jednak zbyt wiele. Będzie uważnym obserwatorem, a studium obłędu uwiarygodni przede wszystkim w języku, zwłaszcza w jego rwanej i krótkiej frazie, kiedy kończy swoją opowieść. Ciotunia usiłuje wyrazić, co było dla niej ważne w Pradze – mieście ukochanym i przeklętym. Znajduje jedynego uważnego słuchacza, który nie widzi w niej oderwanej od rzeczywistości wariatki. I ten słuchacz mimo wielkiej empatii zawodzi. Pozostawia osamotnioną i egzystencjalnie wyobcowaną kobietę, do której świat nie jest w stanie się już dostać. Jej serce i umysł zamknęły się po traumatycznych doświadczeniach z młodości. Z czasu przerażenia, ale i obsesyjnej chęci powrotu do pewnej średniowiecznej opowieści.

To oczywiście historia Jana Nepomucena, której – jak zaznaczyłem wcześniej – jest tu nieco za dużo, ale rozważania o tym, jak żył, a przede wszystkim – jak zginął, spajają się dość ciekawie z obrazem państwa, które swą tożsamość zrównało ze zniewoleniem. Czechosłowacja początku lat siedemdziesiątych XX wieku to kraj, w którym radość życia tracą już uczniowie siódmej czy ósmej klasy. Miejsce, gdzie narzekać można tylko „na pogodę i piłkę nożną”. Świat szary i ponury. Kraj złodziei, niedobrego jedzenia na stołówce, absurdalnych czynów społecznych i ludzi, którzy nie uśmiechają się na ulicy. W tym dusznym klimacie czechosłowackiej codzienności rodzi się świeża przyjaźń między młodymi bohaterami. Naiwnymi, choć pewnymi tego, kim są. Dumnymi ze swojego statusu młodych wrogów klasowych. Nieświadomymi tego, że zostanie on zinterpretowany przez służby bezpieczeństwa, przestanie być tematem rówieśniczych żartów. Pavol Rankov opowiada o tym, jak młodość zderza się z bezkompromisowością polityki. Jak duże znaczenie ma to, co myślimy i robimy na co dzień w państwie gotowym każde działanie uznać za wrogie.

Mamy więc pełną nadziei na ciekawy czas w życiu czwórkę studentów, którzy spotykają się pod pomnikiem Jana Nepomucena na Moście Karola. Tomáš, Martin, Klára i Táňa. Skoncentrowani na pierwszym uniwersyteckim zadaniu. Odnajdujący się w poszukiwaniach odpowiedzi na trudne pytania dotyczącego tego, kim był Jan Nepomucen i dlaczego musiał zginąć. Pewni tego, że ich młodzieńcza kontestacja systemu pozwala na lepsze w nim funkcjonowanie, a nonszalancja i duża doza naiwności umożliwią realizację własnych celów po swojemu. Rankov koncentruje się głównie na postaci Tomáša. Ten bohater przyjechał wraz z rodziną ze Słowacji, bo w Pradze – jak marzy jego matka – będzie mógł studiować historię, o której opowie bez przekłamań. Słowacka religijna rodzina w stolicy Czechosłowacji to ludzie, którzy wiedzą, jak kwestionować system, ale uczą się także zachowawczości. Taki ma być również ich syn. Zdecydowanie w kontrze do systemu, ale w taki sposób, by sobie nie zaszkodzić. Jego przyjaciele uświadamiają mu, jak wielki jest rozdźwięk między tym, co można myśleć, a tym, co wyrażać. Widać to również w toczonych przez czwórkę studentów potyczkach interpretacyjnych, kiedy na zajęciach zgłębiają legendę Nepomucena. Legendę, którą – wedle opiekuna roku – należy bezwzględnie odczarować.

Ciekawie funkcjonują tutaj nakreślone przestrzenie. W każdej rozgrywa się w zasadzie coś innego. Sala wykładowa, ulice i uliczki Pragi, wypełnione dźwiękami bigbitu lokum buntownika Martina czy też mieszkanie Tomáša, gdzie rodzice komentują rzeczywistość, kwestionując jej złudny blask tworzony przez propagandę i system polityczny. W każdej z tych przestrzeni mamy inne inicjacje młodych bohaterów. Dlatego jest to świeże i intrygujące. Zwłaszcza gdy spojrzy się na to, jak bardzo nie przystają do siebie ludzie, poglądy, nastroje i emocje opisywane w każdym z tych miejsc. Rankov usiłuje także zwrócić uwagę na sytuację egzystencjalną i społeczną Słowaków w stolicy kraju. Dla niektórych nie są nawet dobrymi komunistami. Tomáš jest uosobieniem matczynej nadziei, że zmiana miejsca zamieszkania przyniesie korzyść wszystkim, oraz niepewności ojca, który w finale będzie zadawał sobie pytanie o to, gdzie jest jego syn. Ale „Legenda o języku” wybrzmiewa najbardziej przejmująco, kiedy zrozumie się związek komunistycznej rzeczywistości ze średniowiecznym czasem, w którym zaczęła się tworzyć legenda Nepomucena. Pavol Rankov napisał bowiem książkę o tym, jaki jest związek kłamstwa z kreowaniem legendy. A także o tym, że język trzymany za zębami może tu mieć kilka znaczeń. Dlatego istotna jest opowieść o Nepomucenie, o której szczegółach rozmawia się w sali wykładowej. Reszta nie jest już wykładem, lecz mroczną fantazją słowackiego autora, której ambiwalencję podkreślają między innymi słowa Foucaulta zderzone z nowomową czechosłowackich służb specjalnych.

Rankov proponuje smutną opowieść o śmierci, która wdziera się wszędzie tam, gdzie konieczna jest pamięć i jej zachowanie. „Legenda o języku” to nie tylko kolejne autorskie rozliczenie z czasem minionym. To przede wszystkim ciekawa powieść inicjacyjna z szerokim kontekstem historycznym, która pokazuje, że każdy opresyjny system zniewala tak samo mocno. I zawsze – od średniowiecza po współczesność – konsekwencje walki z tą opresją mogą być podobne.