Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rumuńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rumuńska. Pokaż wszystkie posty

2023-12-05

„Pod prąd” Oleg Serebrian

 

Wydawca: Wydawnictwo Amaltea

Data wydania: 30 listopada 2023

Przekład: Radosława Janowska-Lascar

Liczba stron: 580

Oprawa: miękka

Cena det.: 55 zł

Tytuł recenzji: Wojna wewnętrzna

Oleg Serebrian, działający na co dzień na gruncie społecznym i politycznym, proponuje nam epicką podróż po Europie pierwszej połowy dwudziestego stulecia – od czasu, w którym powstanie bokserów wpływa na świadomość małego chłopca, po czas, w którym nękana przez aliantów III Rzesza chyli się ku upadkowi. Konstruując narrację w taki sposób, by przypominała klasyczną powieść dojrzałego realizmu, autor wybiera subiektywny nurt opowiadania o swoim bohaterze, bo mimo panoramicznego ujęcia tego, jak zmieniał się kształt Europy, ile to kosztowało i kto najbardziej traumatycznie doświadczał przemian, „Pod prąd” to książka koncentrująca się na jednostkowym przeżywaniu świata. Tego świata, którego nie sposób pojąć, więc wybiera się drogę najprostszą – naiwnego podążania za prywatnym doświadczeniem i koncentracji na swoich emocjach wywoływanych przez zdarzenia, które być może rujnowały kontynent, jednak bardzo często nie zostawiały żadnego śladu w świadomości bohatera, bo dla niego życie miało przez dekady formę indywidualnego doświadczania najprostszych zdarzeń, lecz także nieustannego gubienia się w nich, tracenia pewności siebie i swoich emocji. Dlatego imponuje to, w jaki sposób Serebrian chce opowiedzieć o okresie od przełomu XIX i XX wieku do okolic końca drugiej wojny światowej, pokazać złożoność świata, który staje się wciąż bardziej upiorny, a jednocześnie wskazać rolę indywidualnego głosu w okresie dziejowych przemian. Będzie to głos kogoś, kto pozornie miał wszystko, co potrzebne, aby być szczęśliwym, jednak nigdy prawdziwego szczęścia i spełnienia w życiu nie zaznał.

Aleks von Randa. Baron. Chłopiec, a potem dojrzewający mężczyzna, który za pieniądze z majątku ojca mógłby kupić wszystko. Nie kupi. Dziecko, które bardzo szybko stało się w swych nieszczęśliwych emocjach dorosłym. Tęskniącym, opłakującym, przeżywającym dojrzałą żałobę w nastoletnim wieku. Człowiek, który zna dziewięć języków, ale nie rozumie rzeczywistości. Ktoś, o kim czytamy następującą opinię: „Matematyk takiego kalibru, a nie wykalkulował dobrze żadnego kroku w życiu”. To tylko punkty zaczepienia, miejsca jakiegokolwiek zakotwiczenia w biografii niezwykle skomplikowanej i niezwykle wrażliwej istoty. „Pod prąd” będzie opowieścią nie tylko o tym, jak brutalnie zderza się romantyzowanie przeżyć z prozą życia codziennego. Nie będzie też tylko o awansie społecznym, klasowym, o umiejętności aklimatyzowania się w miejscach, które wciąż tracą swoją państwową tożsamość. Tożsamość Aleksa von Randy zaś, uwikłana w rozmaite skomplikowane okoliczności, będzie także związana z przynależnością. Od aspektu szerszego, czyli przynależności do konkretnego kraju, która jest tu niezwykle złożona, przez siłę historycznych przemian, do najbardziej intymnego – należenia do samego siebie, swojej wrażliwości, sieci skomplikowanych emocji i emocjonalnej labilności, o której Aleks pisze wprost w swych zeszytach.

„Pod prąd” ma formę zbioru zeszytów z zapiskami dorastającego Randy, które czyta ktoś, dla kogo Aleks jest enigmatycznym przodkiem; ktoś, kto przybywa na niemiecki cmentarz w poszukiwaniu grobu i kto na wstępie deklaruje: „Nie interesują mnie sprawy zbyt powszednie”. Powszednie wydaje się wszystko, o czym czyta potem w zeszytach człowieka, który dodatkowo przez całe życie pisał również listy do tajemniczego odbiorcy, korzystając z języka esperanto, by ukryć rodzaj gramatyczny. Faktyczne i mentalne „później” jest u Serebiana rozpięte między dosyć zagadkową postawą człowieka szukającego śladów istnienia Randy i usiłującego je zrozumieć a portretem głównego bohatera, który jest oczywiście rozwojowy, jednak opisanym w taki sposób, że każde jego „później” staje się sztuką uczenia się pokory wobec strat.

Ta powieść ukazuje nie tylko katastrofalną wizję Europy obywateli tracących wciąż na nowo fundamentalne poczucie bezpieczeństwa i międzynarodowego ładu. Opowiada przede wszystkim o tym, czym jest jednostkowa katastrofa egzystencjalna. Czym staje się ogień wojny wewnętrznej. Jakie skutki może mieć nastawienie konformistyczne – wobec realnego zagrożenia wojennego i wobec wchodzenia w relacje, w których z powodu swojej bierności zazwyczaj wiele się traci, a niewiele zyskuje. Czy Aleks von Randa to syty i nieświadomy skomplikowanej sytuacji Europy potomek bogatego ojca przekonany, że majątek i posiadanie mogą zawsze być znaczącą kartą przetargową w życiu? Czy też może nieświadomy tego, jak bardzo skomplikowane jest jego wnętrze i z jakimi emocjami skonfrontuje go życie, kiedy jemu podobni być może nie przeżywaliby tak intensywnie relacji, które tutaj naznaczają na zawsze, stają się piętnem i melancholijnym wspomnieniem większej lub mniejszej utraty?

Z pewnością Oleg Serebrian dba o detale opisu fatalizmu egzystencji bohatera. Kiedy Aleks się rodzi, niebo płacze. Młodszy brat wspomina, że pokój Aleksa nie pachniał młodym chłopakiem, lecz pogrzebem. Później autor decyduje się, by mrocznego bohatera pokazywać przede wszystkim w kontekście trudnych dla niego relacji. Relacji, w których fascynacja i przywiązanie idą w parze z poczuciem oddalania się od tego, co najcenniejsze. Fatalizm Aleksa to również jego wieczne przeżywanie dziecięcej w zasadzie żałoby. Randa to człowiek, który rusza w dorosłe życie, ciągle rozmyślając o kimś, kto nigdy w to życie nie wszedł. Jest coraz bardziej ponuro i melancholijnie. Dorastający – także politycznie – Aleks staje się figurą zbłąkanego wędrowca, który szuka spokojnej przystani, bezpiecznego punktu zaczepienia, wikła się w druzgoczące go wcześniej czy później relacje, ale jednocześnie szukając spokoju, bliskości, akceptacji i przyjaźni, staje się coraz bardziej wyobcowany, by pod koniec życia uznać wszystko za „spóźnione i niemożliwe”. Co dzieje się pomiędzy momentem chłopięcego wręcz zachwytu kimś a gorzkim przygnębieniem, w którym nie ma już miejsca na poszukiwanie jakiegokolwiek sensu życia? Autor dba o to, by jego bohater, a przede wszystkim jego skomplikowana historia nie były dla czytelnika jednoznaczne ani przewidywalne. Potrafi w bardzo stonowany sposób i używając niezwykle eleganckiej składni opowiedzieć o największej życiowej traumie: rozczarowaniu samym sobą, które jest tu pokłosiem wielu czynników. I to one budują tę fascynującą oraz wielowątkową powieść.

To, co jeszcze wydaje się tu dobrze uwypuklone i co wciąż pozostaje z tyłu głowy podczas lektury, to okrucieństwo licznych zbiegów okoliczności, a także momenty, w których bliskość z drugim człowiekiem może stać się wręcz zabójcza. Czy Aleks nosi w sobie pokłady egocentryzmu, czy też rozpaczliwie próbuje zainwestować swoje uczucia w taki sposób, by uzyskać wzajemność oraz przywiązanie drugiego człowieka? Czy młody i bezradny, a przede wszystkim naiwny student w Getyndze, który po latach robi niesamowitą karierę naukową, nie jest przede wszystkim skazany na samotność z powodu kilku sygnalizowanych w tej powieści uwarunkowań? „Pod prąd” to pełna humanistycznej zadumy nad zdehumanizowanym światem dwóch wojen opowieść o tym, że wrażliwość w połączeniu z pewnymi fascynacjami może otwierać wrota piekła. Być może koszmarniejszego niż dwa konflikty wojenne, bo to piekło znoszenia samego siebie.

2018-12-05

„Wszystkie sowy” Filip Florian


Wydawca: Amaltea

Data wydania: 30 listopada 2018

Liczba stron: 222

Przekład: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Życiowa relacja

Filip Florian zaskakuje po „Dniach króla” – pisze powieść bez odwołań do przeszłości, bez analizy swojego i swoich bohaterów stosunku do Rumunii, konstruuje ujmującą i kameralną powieść inicjacyjną, w której uzupełniają się dwa ciekawe nurty retrospekcji. Wszystkie sowy” to piękna opowieść o niezwykłej przyjaźni, dzięki której można było ujrzeć więcej, dostrzec niewidoczne. Nie tylko wypracować wyostrzony sposób percepcji świata charakteryzujący tytułowe ptaki, ale także godnie odnaleźć się wśród zdarzeń minionych, nadać im po latach właściwe znaczenie. Emil, starszy z bohaterów, zaznacza: „Dobrze, że moja pamięć rdzewieje powoli”. Florian opowiada o tym, jak wielkie znaczenie ma to, z kim dorastaliśmy i poznawaliśmy świat, dzięki czemu możemy stale nosić w sobie tę świeżość pamięci – dowód na to, jakimi ludźmi się staliśmy.

W tej powieści wszystko pozornie wydaje się oczywiste. Senny nieco rytm plastycznej narracji obrazuje nam świat zapamiętany zarówno przez młodego narratora oceniającego po latach status znajomości ze starszym mężczyzną, jak i wspomnienia tego mężczyzny dotyczące tego, co i jak go ukształtowało oraz co być może sprawiło, że pewnego dnia pojawił się na prowincji, gdzie swoim głosem uratował jedenastolatka od pięści. Ten drugi wciąż po latach zadaje pytania o to, czym była ta niezwykła znajomość, i stara się pokazać, w jakiej opozycji stała do jego codzienności, w której istotne były więzi rówieśnicze i odkrywanie świata w dziecięcy sposób. Emil nadał temu odkrywaniu inny wymiar. Przynosząc ze sobą także swoje historie o konfrontacji z czymś nowym, które jego dziecięcy kompan wyczytuje z żółtego zeszytu. Filip Florian portretuje specyficzną więź gdzieś poza pokoleniami, nadając jej konsekwentnie enigmatyczny charakter. Może i pojawia się lekkie rozczarowanie, kiedy motywy postępowania zwłaszcza Emila do samego końca skryte są pośród domysłów i niedopowiedzeń. Myślę jednak, że „Wszystkie sowy” to proza pytań, nie odpowiedzi. Plastycznie i sugestywnie zajmująca się wspomnieniami, męskimi punktami widzenia, męskimi doświadczeniami tego, co zaskakująco różne od siebie. Ale to też książka o porozumieniu i pogodzeniu z tym, czego się doświadczyło.

Emil zastanawia się: „Nie mam pojęcia, jak będzie lepiej: zapomnieć czy pamiętać?”. Zmusza nas do zadawania pytań, które nie dają spokoju jego młodszemu przyjacielowi. Co skierowało go właśnie w ten rejon Rumunii? W jaki sposób jego życiowa podróż ukształtowała taki, a nie inny jej finał? W retrospekcjach Emila nie ma agresywnego rumuńskiego komunizmu i nie ma tak wielu odcieni strachu przed reżimem, które budowały niejedną powieść na przykład Herty Müller. Florian prowadzi nas przez sześćdziesiąt powojennych rumuńskich lat w zupełnie innej tonacji. To, co złe, jest czytelnie sygnalizowane, ale nie narzuca interpretacji opowieści. Czterolatek doświadczający wojennej bezkompromisowości staje się nastolatkiem naznaczonym nieobecnością ojca czy charyzmą dziadka, a następnie mężczyzną podejmującym trudne decyzje, by zachować porządek w życiu, nadać mu proste cele, odnaleźć się pośród nich. Ale nie ma tu żadnej prostej ścieżki czy jednoznacznych rozwiązań. Emil zastyga trochę w czasie przeszłym, jednak ma zaskakująco dużo do zaoferowania młodziutkiemu Lucianowi. Czy oczekuje czegoś w zamian? Czy to relacja podległości, jakiegokolwiek warunku, oczekiwania?

Lucian wie, że przy Emilu można odbierać świat inaczej. Obcowanie ze starszym mężczyzną jest dla niego antidotum na złe męskie wzorce z domu – ucieka od pijącego ojca czy puszącego się brata, obu trzymających Luciana na dystans. Przy Emilu dystansu nie ma. Jest specyficzne partnerstwo oparte na tym, by ujrzeć świat inaczej. Ciekawe jest interpretowanie tęsknot wobec życia – inne ma nastolatek, inne dojrzały mężczyzna. A jednak symbolicznie łączą ich sowy. I pewne poczucie wyobcowania, z którym muszą iść przez życie trochę wbrew sobie.

Florian jest melancholijny, ale nie smutny. Momentami bardzo zabawny – jak wówczas, gdy poznajemy losy pewnej myszy w słoiku czy opowieści o spotkaniach z niedźwiedziami. Istotne jest portretowanie rumuńskiej prowincji jako miejsca, w którym pewne rzeczy widzi się wyraźniej, a niektórych bodźców doświadcza bardziej intensywnie. Bohaterowie tej książki chcą nadać codziennym zdarzeniom ze swojej przeszłości wartość swoistego azymutu – doświadczenia mają wpływać na wybory, jednakże ważne jest również to, co Emil i Lucian dają sobie nawzajem. Dlatego „Wszystkie sowy” to wyjątkowa historia przyjaźni i tego, jak silna może być więź, której początek daje zwykły przypadek. Filip Florian pochyla się nad swoimi bohaterami z empatią i wrażliwością na każdy aspekt postrzegania przez nich świata. Stąd też tak istotne są w tej książce opowieści: Luciana o zdobywaniu świata w gronie rówieśniczym i Emila, który w większości trudnych spraw musiał konfrontować się przede wszystkim sam ze sobą.

Wejście w specyficzny nurt tej narracji pozwala potem odnaleźć się obok bohaterów. Filip Florian zaprasza do wyjątkowej podróży w czasie. Opowie o wszystkim, skupiając się na tych detalach, jakie zwykle nie mają po latach znaczenia. Pokaże, jak intrygująco z przeszłości wydobywa się ludzka indywidualność. Razem z nią tożsamość. Nigdy nie mamy pewności, w którym momencie naszego życia stanie przed nami osoba zasadniczo wpływająca na jego rozwój i kształt. A tu jest zaskakująca relacja pokazana w sposób zwyczajny, normalny, niestawiający też początkowo pytań, co potem jednak się zmienia. „Wszystkie sowy” to bardzo intymna historia, ale także świetna opowieść o tym, jak oswajamy sobie to, co najbliższe, i o tych momentach, kiedy jesteśmy gotowi zmierzyć się z tym, co dalej od nas. Podoba mi się enigmatyczny trochę charakter tej powieści i nie zadaję pytań o to, czy historia jest w jakimś stopniu autobiograficzna. Akceptuję ją taką, jaka jest. W swej podwójności i jednoczesnym ukazywaniu, że prawdziwa męska przyjaźń nie zna granic pokolenia czy mentalności. Wartościowa i ciepła książka o tym, że warto podjąć wysiłek, by bliżej poznać kogoś, kto niezamierzenie zmienia bieg naszego życia. Także lektura obowiązkowa dla miłośników sów, którzy swoją miłość do tych ptaków skonfrontują z ciekawymi metaforami Floriana.  


PATRONAT MEDIALNY

2018-04-06

„Inne historie miłosne” Lucian Dan Teodorovici


Wydawca: Amaltea

Data wydania: 16 kwietnia 2018

Liczba stron: 200

Przekład: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Fantazje o uczuciach

Lucian Dan Teodorovici doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że o miłości napisano już wszystko. Postanowił zatem przyjrzeć się temu, w jaki sposób jej poszukujemy, a także przeanalizować, co dzieje się z miłością „okrzepłą”, taką uznaną za oczywistą i niezmuszającą już do tego, by walczyć lub odkrywać. Portretuje ludzi gotowych poświęcić dla miłości wszystko, a także nieświadomych tego, że właśnie jej doświadczają. Oblicza zakochania także są bardzo różnorodne, łączy się z nimi sporo nieprzewidywalnych wydarzeń. Jedenaście opowiadań z męskimi narratorami – co absolutnie nie zawęża perspektywy opisu – odkrywa przed nami wspomnienia, niepokojący czas teraźniejszy, ale także skryte fantazje o tym, co nas może czekać. Nas, którzy wciąż tak rozpaczliwie szukamy miłości. Nawet wówczas, gdy jesteśmy pewni, że ją znaleźliśmy i oswoiliśmy, bo przecież chodzi o te „motylki w brzuchu”, a może o to, że miłość zmusza, by wciąż zadawać o nią pytania i nigdy nie być pewnym odpowiedzi.

Część bohaterów opowiadań jest już w wieku, w którym – jak wspomina jeden z nich – nie robi się życiowych planów, lecz przede wszystkim się je realizuje. Oni zdają się mieć pewność tego, czym jest miłość, i mogą ją wskazać. Siedzi tuż obok albo jest blisko. Patrzy z czułością i wszystko rozumie. Nie potrzebuje zapewnień, bo jest już zdobyta i pewna wszystkiego. Czy tak jest rzeczywiście? Autor umiejętnie podkreśla iskrzenie w relacjach, kiedy zadawane są pytania o uczucia albo te uczucia w jakiś sposób trzeba obnażyć. Najlepiej widać te wieloznaczności miłosne w momentach, w których związek się rozpada, ale nie jest powiedziane, że każdy ma iść w swoją stronę, bo ta wspólna dotychczasowa okazuje się czymś dużo trwalszym niż można to było przewidzieć. Świetnie pokazane jest to w „Nurkowaniu”, gdzie bohater dopiero pod wodą ujrzy w pewnym stopniu swoją ukochaną naprawdę. Podobny problem – choć inaczej przedstawiony – obrazuje opowiadanie „Noc w hotelu”. Mam wrażenie, że wówczas, gdy rumuński pisarz przedstawia nam anatomię związku po jego rozpadzie, uwypukla te najważniejsze jego kontury. Pokazuje, że odejść to nie zawsze znaczy zapomnieć. Udowadnia, że dystans pozwala spojrzeć na miłość z innej strony, ujrzeć jej siłę w zaskakującym świetle.

Są też opowiadania będące wspomnieniami z dzieciństwa. Z czasu, w którym o miłości niczego się nie wiedziało, a jednak dotknęła, zaznaczyła w sposób do zapamiętania na całe życie. Czy będzie to nieszczęśliwa miłość ze „Szczudeł”, czy też uczucie zakazane ze wszystkimi jego konsekwencjami, jak w „Wyprawie po gęsi”. Ciekawa jest perspektywa chłopca, który koduje wspomnienia i analizuje je po latach. A może do tej analizy zaprasza przede wszystkim czytelnika, albowiem Teodorovici jest w tym zbiorze mistrzem dwuznaczności, specyficznej groteski, także umiejętnie chwytającym bohaterów za słowa i nieprzypadkowo dynamizującym swoje narracje w wartkich dialogach.

W tej książce odnajdziemy bardzo wiele odniesień do muzyki. Dźwięczeć będą popkulturowe hity, ale wraz z nimi ujawni się dodatkowy pokład wrażliwości bohatera lub dwójki ludzi niemogących określić właściwego charakteru swoich relacji. Świetnie widać to w „Wilczku”, w którym pobrzmiewa World Party i Queen i gdzie bohaterowie podejmują się rozmowy na temat nurtujący zazwyczaj wszystkie pary, ale zwykle objęty jakimś zaskakująco silnym tabu. W opowiadaniach Teodoroviciego brzmi też Leonard Cohen, Glenn Gould czy Bob Dylan. Ale te dźwięki i przytaczane słowa piosenek to tylko jedna z proponowanych interpretacji tekstu. Ważne są polifoniczność, suspens oraz taka czytelnicza obecność w rozterkach bohaterów, że z opowiadań wydobywają się jeszcze inne, wyobrażone historie. I dlatego czyta się to z uwagą, lecz jednocześnie z uśmiechem. Widzi się oblicza bezbronności wobec miłości, ale obserwuje także obecność tych trzecich, którzy są problematyczni, lecz jednocześnie pozwalają parze zadać sobie krępujące pytania albo ujrzeć łączące uczucie w innym świetle.

„Inne historie miłosne” to również opowieść o tym, że miłość przytrafia się także złym ludziom. Porywy serca nieobce są byłym ubekom, wszak wszyscy jesteśmy spragnieni miłości, tylko w różnych sytuacjach oraz kontekstach Rumuni postanowili jej zaprzeczać. Teodorovici sygnalizuje mroczną rumuńską przeszłość, w której wychodziły na jaw okrutne ludzkie instynkty, ale także prawdziwe uczucia. Wspomina o tym pierwsze z opowiadań, ale także „Dokumenty” – pasjonujący obraz odkrywania tego, w jaki sposób miłość może przełamać wszelkie bariery i zawładnąć ludźmi, którzy w społeczeństwie nigdy nie mogliby wieść spokojnego życia pary. To miłość, która się wydarzyła i pozostawiła po sobie ślad. Są też bohaterowie, którzy wspominają ją bardzo subtelnie, ale wiemy, że myślą o uczuciu, którego już nie ma i nigdy nie będzie. Przejmujące opowiadanie „Wiele kilometrów stąd” pokazuje, co z nas zostaje, kiedy musimy się mierzyć z niezrozumiałym odejściem i melancholijną samotnością.

Lucian Dan Teodorovici potrafi być okrutny i wulgarny. Język niektórych bohaterów pokazuje ich bezkompromisowość w działaniu oraz myśleniu i wówczas autor zestawia z nią tak, a nie inaczej sportretowaną miłość. Gdzieś obok, ale w silnym związku z tymi, którzy odpychają, sami są odpychający, wydają się nie zasługiwać na subtelność uczucia. Takich zderzeń – różnego rodzaju i w różnych kontekstach – rumuński pisarz proponuje nam bardzo wiele. Cechą charakterystyczną „Innych historii miłosnych” jest różnorodność perspektyw oraz opisów. Zdziwienie tym, jaki kształt ma miłość oswojona. Gniew wobec jej utraty. Bezradność w momencie definiowania, czym ma być i co przynosić. Wszystko w słodko-gorzkiej tonacji tych mężczyzn, którzy na różnym etapie życia i z różnymi doświadczeniami zostali skonfrontowani z własnym wnętrzem, swymi potrzebami i oczekiwaniami. Miłość jest synonimem braku, odwagi, przygnębienia, rozczarowania, ale też specyficznej radości. I siły życia. Teodorovici pokaże nam, że miłość niekoniecznie się odnajduje, ale niezwykle fascynujące są jej wieczne poszukiwania.


PATRONAT MEDIALNY

2016-12-06

"Życie zaczyna się w piątek" Ioanna Pârvulescu

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 272

Przekład: T. Klimkowski, K. Brykner

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,65 zł

Tytuł recenzji: Obcy w Bukareszcie

Ioanna Pârvulescu i Filip Florian stworzyli literacki obraz dziewiętnastowiecznej Rumunii, portretując zarówno jej barwną stolicę, jak i bolączki społeczeństwa przechodzącego bolesny proces transformacji. Florian w „Dniach króla” ukazał wcześniejszy okres, lata 1866-1881, moment wyłaniania się nowoczesnej państwowości Rumunii. W powieści Pârvulescu mamy już rok 1897, a właściwie jego ostatnie dni. Świnie, które musiał przepędzać sprzed swego pałacu Karol Hohenzollern-Sigmaringen, nadal są ubijane w Bukareszcie – mieście, które bardzo chce być europejskie, ale wciąż ma swoje lokalne problemy w postaci braku kanalizacji czy elektryczności, konieczności robienia prania na nabrzeżu Dymbowicy. Nic to jednak. Bohaterowie książki „Życie zaczyna się w piątek” zdają sobie sprawę, że w ostatnie dni roku żegnają to, co warte pożegnania, a przyszłość może mieć niejeden, lepszy kształt. Na fantazjowaniu dotyczącym przyszłości powieść się kończy. Rozpoczyna dość tajemniczo, odnalezieniem pewnego mężczyzny, który nie wie do końca, kim jest naprawdę, oraz postrzelonego jasnowłosego młodzieńca. Obaj skupią na sobie uwagę kilkunastu barwnie zarysowanych bohaterów tej narracji. Bukareszteńczyków, którzy mają nadzieję na to, że ich przyszłość będzie radosnym czasem. Czasem, w którym Rumunia będzie jeszcze lepsza i piękniejsza.

Ioanna Pârvulescu stworzyła niezwykłej urody panoramiczną powieść o ludziach szukających swej przynależności i starających się określać własną tożsamość w kontekstach, które nakreślone są przy okazji portretowania obyczajowości rumuńskiej metropolii końca XIX wieku. Autorka oddaje głos ludziom żyjącym we własnych światach, ale dzielącym ten wspólny. Wszystkich zaczyna łączyć sprawa tajemniczego Dana. Odnaleziony mężczyzna uznaje, że jest stołecznym dziennikarzem. Znajduje też szybko posadę w redakcji gazety. Tymczasem sam nie jest do końca pewien przede wszystkim tego, w jakiej płaszczyźnie czasowej się sytuuje. Dan Creţu jawi się nam jako człowiek poza czasem – bez przeszłości, bez usytuowania w teraźniejszości. Przybysz znikąd, który nie tylko ściąga na siebie uwagę innych, ale także zaskakująco szybko zjednuje sobie ich sympatię. Ioanna Pârvulescu tak jak portretujący swych przybyszów z Niemiec Florian ukazuje jednostkę wyobcowaną, która oswaja różnorodność dziewiętnastowiecznego Bukaresztu. Dan Creţu wkradnie się w łaski kilku osób, jednak swoją tajemnicę zachowa aż do końca. Karol I i jego dentysta   z „Dni króla” staną się integralną częścią miasta, do którego przybyli.

Portretowane dni końca 1897 roku to czas, w którym wiele się dzieje. Lekarze zachwycają się wynalazkiem promieni rentgenowskich, bukareszteńscy policjanci wdrażają do swojej pracy nowoczesną technikę daktyloskopijną. Władze miasta chcą skończyć z barbarzyńskimi pojedynkami odbywanymi z użyciem broni. By zadbać o czystość mieszkańców Bukaresztu, rozdaje się im talony do miejskiej łaźni. W tym wszystkim straszy widmo Kuby Rozpruwacza i niektórzy zastanawiają się przez chwilę, czy nie jest nim właśnie Dan Creţu. Wiele się dzieje. To rzeczy obiecujące, znamionujące postęp i wywołujące niepokój o to, jak w tym postępie odnajdzie się każdy Rumun. Pârvulescu pokazuje realia dziewiętnastowiecznego życia w Bukareszcie, portretując różnorodnych bohaterów tworzących coś na kształt drabiny społecznej. W ich rozmyślaniach dostrzegamy, kto jest kim dla kogo i jak uporządkowane jest społeczeństwo, jakie są hierarchie ważności. Bo sprawa Dana pośrednio lub bezpośrednio dotknie prawie każdego. Ośmioletniego gońca Nicu, który ciekaw jest każdej nowej formy istniejącego świata, a na co dzień zmaga się z urojeniami chorej matki. Zaczytanej w Thackerayu Iulii, córki doktora Leona Margulisa. Pana Costache, poczciwego stołecznego policjanta. Złodziejaszka Inelaru. Nawet samotnego generała Algiu, który cierpi po stracie żony. Nicu chce się zbratać z Danem, Iulię mężczyzna coraz bardziej ciekawi. W jakimkolwiek kręgu towarzyskim pojawi się Dan Creţu, wywołuje dużą ciekawość, bo zdaje się pochodzić spoza drabiny społecznej Bukaresztu i nie jest wrośnięty w miejską tkankę, nie tworzy jej na takich zasadach jak inni bohaterowie.

„Życie zaczyna się w piątek” to barwna powieść obyczajowa, która nieco rozczarowuje wątkiem kryminalnym. Nic to. Ioanna Pârvulescu w naprawdę sugestywny sposób przenosi nas do świata, w którym każdy z bohaterów mógłby snuć swoją opowieść, tworząc nową książkę, niezależną narrację. Wielogłosowość jest najważniejszą zaletą tej powieści. Umiejętność empatycznego ukazania ludzkich bolączek i jednoczesne powiązanie kilkunastu biografii w spójną i pasjonującą całość. Nie chodzi tylko o zagadkowość Dana i jego obecność w wielu miejscach. To przede wszystkim obraz świata, w którym każdy ma przypisane mu miejsce i choć często marzy o lepszym statusie, spełnia się w tym, co robi. Sporo u Pârvulescu wnikliwych obserwacji – bohaterowie lustrują się nawzajem, próbują w sobie czytać, dopowiadać sobie pewne rzeczy. Mnożą się podejrzenia, ale także elementy komiczne – rozmowy, przemyślenia, sposoby budowania zdań i wyrażania opinii. Bukareszt końca XIX wieku brzmi bardzo różnorodnie. Ma też różne oblicza. Codzienności trudnej i pełnej deficytów, ale jednocześnie przepełnionej pewną witalnością, której poddaje się prawie każdy – ze swymi nadziejami i lękami.

Ioanna Pârvulescu z czułością i uwagą portretuje przede wszystkim niziny społeczne. Środowisko tych, którzy muszą walczyć wyjątkowo ciężko, by przekuć każdy kolejny dzień w zwycięstwo. Stąd też charakterystyczna perspektywa ulicy zestawiona z egzaltowanymi niekiedy zwierzeniami z salonu Iulii. Poza tym wszystkim – będzie to powieść o tym, co bardzo ludzkie i niezmienne. O marzeniu posiadania – każdy chce wygrać w loterii. O pokusie łatwego łupu – sprawa zaginionej ikony. O tym, że każdy może sobie wyobrazić lepszy świat dla siebie, ale nie każdy ma możliwość, by cokolwiek zmienić. Dan wchłania w siebie ludzkie bolączki, nadzieje i marzenia. Bukareszt jest dla niego miejscem swojskim i obcym jednocześnie. Dla czytelnika jest to przede wszystkim pasjonująca opowieść o ludziach, czasie i mieście, do których nie można już powrócić. Pârvulescu pisze niezwykle dojrzale, personalizuje dramaty swoich bohaterów i dba o ich wiarygodność. Proponuje odrobinę ekscentryzmu oraz grę z wyobrażeniami o świecie, jakie mają różni ludzie z tego samego miasta. Czyta się to wyśmienicie i to jedna z tych książek, która zabiera do świata przedstawionego, gdzie czujemy się nadzwyczaj swojsko, choć nie do końca go rozumiemy.

2016-11-03

"Dni króla" Filip Florian

Wydawca: Amaltea

Data wydania: 10 listopada 2016

Liczba stron: 236

Tłumacz: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Rumuńskie przemiany

Filip Florian nie rozprawia się już z mroczną komunistyczną przeszłością ani nie pisze z Mateiem o sile więzi braterskiej. „Dni króla” podejmują zupełnie inny temat i zręcznie łączą przełomowe dla Rumunii wydarzenia XIX wieku z fikcją literacką rysującą nam postać drugiego planu na prawach tej najważniejszej – Karola Hohenzollerna-Sigmaringena. Zachodni książę przybywający do dzikiego i chaotycznego kraju, w którym musi przepędzić świnie spod okien swojego pałacu, podejmuje się nie tylko modernizacji państwa, ustanawiania jego autonomii i walki z wszelkimi przejawami społecznej oraz politycznej patologii. Mierzy się też z bólem zębów i każe za sobą podążyć pewnemu niemieckiemu dentyście, który – tak jak Karol I – ujrzy Rumunię oczyma obcokrajowca, a zakocha się w niej bez pamięci na tyle, by ostatecznie zrozumieć, gdzie jest jego dom i miejsce na świecie. Florian opowiada o niezwykle ważnych dla jego ojczyzny latach 1866-1881, snując jednocześnie opowieść o hedoniście usiłującym pożegnać traumatyczne wspomnienia i człowieku, któremu Rumunia zawdzięcza chyba najwięcej. Książę i jego cień, obaj z zewnątrz, przybysze z adorowanej przez rumuńskich polityków zachodniej cywilizacji. Karol wniesie praworządność, koleje, konstytucję i niepodległość. Co przyniesie ze sobą Józef Strauss – wielbiciel kobiecych wdzięków, gęsiej wątróbki i swojego kota Zygfryda o niezwykłych zdolnościach do tworzenia psalmów?

Ważniejsza jest ta historyczna perspektywa opisu, więc od niej należy zacząć. Filip I Koburg z niesmakiem przyjmuje propozycję zaopiekowania się jakimś egzotycznym księstewkiem na wschodzie Europy i nie decyduje na to, by objąć władzę w chylącym się ku upadkowi Księstwie Mołdawii i Wołoszczyzny. Ludzie stamtąd, niezrażeni odmową, poszukują kogoś nowego. Ktoś z Zachodu musi zająć się ich państwem i przywrócić porządek. Kimś takim będzie Karol Hohenzollern-Sigmaringen. Wyrusza do krainy, którą ma się zaopiekować, z mieszanymi uczuciami, ale także w kiepskim samopoczuciu. Doskwierają mu zęby. Ulgę przynosi niemiecki dentysta, któremu zostaje zlecone, by towarzyszył księciu. Podróżują jednak osobno. W zasadzie przez cały czas będą osobno. Zachodni przybysz w 1866 roku zastaje państwo biedne, przesycone korupcją, państwo absurdów i kraj daleki od jakiejkolwiek znanej mu definicji porządku. Zadaniem Karola Rumuńskiego będzie porządkowanie rzeczywistości. Józef Strauss ma zrobić porządek w jego jamie ustnej. Obaj wejdą w specyficzną zależność na lata i obaj przyjrzą się XIX-wiecznej Rumunii oczyma najpierw zdziwionego przybysza, potem człowieka odnajdującego własną tożsamość na emigracji.

Straussa poznajemy w sytuacji korzystania z wdzięków niemieckich kobiet lekkich obyczajów i zaciemniania rzeczywistości napojami alkoholowymi. Józef żyje z dnia na dzień. Przede wszystkim na przekór mrocznym wspomnieniom i utracie najbliższych osób, z którą nie może się pogodzić. Zaskakuje go propozycja księcia Karola, ale w gruncie rzeczy nie ma niczego do stracenia i podróż na wschód traktuje jako możliwość odmiany losu, ucieczki od dręczącej przeszłości i jałowego życia w Niemczech. To nie jest łatwy czas do wędrówek po Europie. Strauss i jego ważny pacjent muszą dostać się do kraju, do którego nie sposób dojechać koleją. Muszą zmierzyć się z obcymi im absurdami. Z zaskakująco inną mentalnością, trudnym językiem i przede wszystkim z różnego rodzaju nieuporządkowaniem. Podczas gdy Karol będzie się zajmował państwem, Józef – pod innym nazwiskiem – zajmie się wreszcie sobą i uporządkuje własne życie na tyle, by miało sens i przystawało do nowych warunków egzystencji, tak bardzo przecież naznaczonych bezsensem i chaosem. A jednak jest w tym dziwnym kraju coś, co przyciąga uwagę Józefa i pozwala mu odnaleźć własne miejsce na ziemi. Pacjent, który niejako zmusił lekarza do podróży, tkwi w szponach uwarunkowań i konwenansów związanych z pełnioną funkcją, ale pokazuje swój charakter i zdecydowanie przeprowadza trudne reformy kraju. Dentysta tymczasem poznaje kobietę życia i przełamuje kolejne bariery, dla których nie ma już miejsca, bo ta konstytuująca się na nowo Rumunia będzie domem, o jakim w przeszłości można było sobie tylko pomarzyć.

Filip Florian opowiada o swej ojczyźnie z miłością. Jeden z przybyszów zmieni oblicze kraju, drugi wejdzie weń mentalnie na tyle głęboko, by zdecydować się na pozostanie. Portretowany czas historyczny to okres wielu dynamicznych wydarzeń, potem kolejnych wojen europejskich, ale przede wszystkim czas, w którym formuje się niezależna rumuńska państwowość. Tymczasem przyglądamy się topografii Bukaresztu – najpierw obcego, potem oswajanego. Wędrujemy ulicami miasta, smakujemy je, wdychamy jego zapachy… a przede wszystkim śledzimy perypetie niemieckiego katolickiego dentysty, który zapała miłością do serbskiej prawosławnej niani. W konsekwencji nie tylko dojrzeje i zrozumie siebie. Pozwoli nam spojrzeć na odradzającą się z chaosu Rumunię z perspektywy kogoś, kto się jej uczy i kto uważnie się przygląda zmianom. Odważnie też podejmuje decyzje, zakochuje się, uczy przedsiębiorczości i porządnieje w każdym możliwym sensie.

„Dni króla” to barwna oraz przesycona humorem opowieść, w której komizm sytuacyjny i słowny stanowi często ironiczną dysproporcję dla wagi prezentowanych faktów. Król ma bardzo ludzkie oblicze, gdy jesteśmy świadkami oddawania przez niego moczu albo obcinania sobie paznokci. Ale to nie wszystko. Kiedy Hohenzollern-Sigmaringen siada u Floriana na fotelu dentystycznym, jest uległy i podległy komuś odpowiedzialnemu za usunięcie jego bólu. Okaże się, że w kraju, który bierze pod opiekę Karol, wiele będzie go boleć – dosłownie i w przenośni. Ale i tak obserwujemy okres, w którym Rumunia diametralnie zmienia swe oblicze na lepsze. Codzienne troski i historyczne decyzje prezentowane są z dużą dozą humoru, dzięki czemu czyta się tę powieść o trudnych czasach nie tyle lekko, ile przede wszystkim z dużą sympatią dla każdej ułomności bohaterów Floriana. Dni króla” to także książka o przełamywaniu barier i uczeniu się siebie na nowo. Niezwykle ujmująca i doskonale ważąca tragizm i komizm – dzięki temu ta historia nieustannie iskrzy i zadziwia, choć w warstwie historycznej nie informuje przecież o niczym, o czym nie można przeczytać w odpowiednich źródłach. Chce się jednak o dziewiętnastowiecznej Rumunii czytać u Floriana. Bo robi to z pasją, niemałym talentem narracyjnym i umiejętnością ukazywania w krzywym zwierciadle wszystkiego tego, co zazwyczaj nie chce się w nim przeglądać.


PATRONAT MEDIALNY

2015-11-17

"Medgidia, miasto u kresu" Cristian Teodorescu

Wydawca: Amaltea

Data wydania: 23 kwietnia 2015

Liczba stron: 314

Tłumacz: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Opowieści czasu minionego

Narracja Cristiana Teodorescu przypominała mi "Łomskie opowieści" Emila Andreeva. Dlaczego? Nie chodzi nawet o geograficzną bliskość, w której bułgarski Łom i rumuńska Medgidia biorą na siebie rolę niemych bohaterów opowieści o miejscach zachowanych w pamięci poprzez ludzi i ich wspomnienia. Te dwie książki łączy wielka czułość w portretowaniu rodzinnych stron. Andreev i Teodorescu chcą ocalić od zapomnienia przestrzeń, która u każdego z nich ukazana jest inaczej. Bułgarski pisarz nieco mitologizuje w konwencji baśniowej i gdzieś na granicy tego, co realne i tego, co zmyślone. "Medgidia, miasto u kresu" to zbiór bardzo realistycznych opowieści, w których czają się niepokój oraz ciągła śmierć w wielu mrocznych odmianach, u Andreeva na przykład zastąpiona znikaniem. Teodorescu składa pożegnalny ukłon miejscu, którego kształty się zatarły i które przepadło gdzieś w rumuńskiej niepamięci, pozostając w sercu i wspomnieniach autora. Andreev natomiast fantazjuje, by stwarzać. Jego koncepcja miasta ma wymiar symboliczny i wynosi je gdzieś ponad codzienność maskowaną konwencją z pogranicza jawy i snu. Cristian Teodorescu pisze, by ocalić pamięć i prawdę. Ta opowieść ma być buntem wobec pokoleniowego zamazywania faktów i odbierania Rumunom możliwości patrzenia na świat taki, jakim był naprawdę. Te bliskie sobie książki dzieli mimo wszystko wiele. W "Medgidii, mieście u kresu" wyczuwa się pewną bezkompromisowość losu i cuchnący oddech Historii, od którego chcą się uwolnić zapomniani przez główny nurt życia mieszkańcy rumuńskiej prowincji.

Autor wyjaśnia celowość skupienia się na dwóch burzliwych dekadach rozpoczynających się rokiem 1938. W historii Rumunii miały wówczas miejsce wszystkie najokrutniejsze dla człowieka zjawiska. Nasilenie antysemityzmu, rozwój neonazizmu, terror, deportacje i masowe zagłady, ale przede wszystkim niebezpieczna orbita wpływów Niemiec i Rosjan, która na zawsze naznaczyła rumuńską codzienność skazą milczenia oraz koniecznością zacierania przykrych faktów. Wojna oraz komunizm destabilizowały Rumunię niczym najbardziej złośliwe nowotwory. Teodorescu opowie historię miasta i jego mieszkańców, którzy na różne sposoby starali się uciec od mrocznej Historii w tle, budując swoje własne prywatne historie i zabezpieczając rodzinne mitologie przed niszczącym wpływem opresyjnego systemu politycznego. To książka - epitafium. Zaskakująco wieloznaczna, ale też brutalnie szczera. Opowieść podzielona na wiele mniejszych. Rzecz niespotykanie czuła i przepełniona melancholią, ale jednocześnie dosadnie przejmująca, drapieżna chwilami, niepokojąca i ujawniająca nie tylko absurdy, lecz przede wszystkim tragizm życia w mieście, które nie uległo najeźdźcom i wiecznym zmianom, a poddało się czasowi - sprawiedliwemu władcy niezwykłej przestrzeni gdzieś na rumuńskiej prowincji.

W Medgidii każdy żyje własnym życiem, ale z różnych powodów wszyscy muszą też podglądać życie innych. W mieście czas się nie zatrzymuje, a drapieżna Historia zaznacza swoje ślady, pustosząc na przykład lokalną społeczność z mężczyzn, którzy znikają na froncie. Medgidia to konglomerat różnorodności ludzkiej. Żyją tu obok siebie przedstawiciele trzech religii monoteistycznych. Codzienność ubarwiają rozmowy, kłótnie, przyjemności w domu uciech czy lokalne rozrywki o zgoła odmiennym niż erotyczny charakterze. Stefanek Theodorescu prowadzi restaurację - wolną od wojny i powojennych wpływów tylko do momentu, w którym może się im oprzeć. U Stefanka można dobrze zjeść przed podróżą albo po niej. Pobliski dworzec to okno ku złowrogiemu światu, którego nikt tak naprawdę nie jest ciekawy, gdyż bezpieczniej jest przycupnąć obok, przeczekać. Medgidia to także symbol ładu rozpadającego się pod wpływem coraz liczniejszych śmierci. Autor boleśnie zaznacza ich różnorodny charakter. Umieranie u Teodorescu jest zaskakujące, groteskowe, zagadkowe i brutalne. Te nagłe odejścia znamionują docierające na prowincję fale terroru. A jednak miasto i jego mieszkańcy trwają w pewnym porządku i we właściwej hierarchii. Opowieści ukazują barwną obyczajowość oraz specyficzny porządek społeczny. Zacierają granice między tym, co bezwzględne i nieuniknione, a całą masą drobnych i ważnych spraw, z którymi trzeba sobie radzić na co dzień.

Codzienność portretowanego miasta ujmuje pewnym rodzajem liryczności oraz zaskakującym dowcipem. Tam, gdzie należy się bać i wyczekiwać czegoś złego, co zburzy porządek, toczy się walka o zwyczajne przedmioty, o sprawy historycznie nieistotne, lecz ważne dla funkcjonowania miasta. Drobne sprawy urastają do rangi najważniejszych przede wszystkim po to, by odepchnąć ten mroczny rys Historii, który odbierał barwy kolorytowi Medgidii wolnej i osobnej. W miasteczku znajdują się ludzie radzący sobie z wielkim trudem i tacy, którzy zyskują na kolejnych zmianach - dostosowawczy i sprytni jednocześnie. Są też tacy, których męczy zaduch prowincji, jak kelner restauracji, niegdyś obsługujący klientów Orient Expressu, dziś niebezpiecznie zatrzymany w czasie i przestrzeni, do których nie może się dopasować. Są tacy, dla których wojna i zmiany ustroju nie są istotne, bo ważna jest dla nich prywatna przestrzeń i szereg osobistych oczekiwań względem samych siebie - świat nie ma im niczego do zaoferowania. Są ludzie, którzy muszą odejść i tacy, co powracają. Zrośnięci z miastem i mocno wrośnięci w nie. Rozpaczliwie samotni, ale jednocześnie na tyle pogodni, na ile można być pogodnym w świecie bez barw, bez smaku i bez nadziei. A jednak jest kolorowo i dynamicznie w świecie Cristiana Teodorescu, który wyraźną kreską i z czułością do szczegółów odmalowuje obraz miejsca, w którym lokalne szczęście ważniejsze jest niż dobro ojczyzny oraz strach o jej kształt w najbliższej przyszłości.

"Medgidia, miasto u kresu" to ponad setka barwnych opowieści, w których mieszają się postacie rzeczywiste i fikcyjne, by zaznaczyć tę wyraźną bliskość brutalnej prawdy i czułego zmyślenia. W tej książce śledzimy losy tych, dla których zmienność jest stanem akceptowalnym, ale sami nie chcą być zmienni, bo utarli sobie szlaki w sieci własnych przyzwyczajeń i dziwactw. Humor w tej narracji jest niezbędny, by oddalić choć na chwilę duszną atmosferę wyczekiwania na kolejną zmianę. Śmiejemy się, ale i gorzko płaczemy z tymi, którym nie udało się albo zbudować albo zachować swej małej stabilizacji. Żegnamy odchodzących z powodów politycznych i tych, którzy dokonali własnych wyborów, biorąc na siebie wszelkie ich konsekwencje. Medgidia ma w sobie witalną moc, ale wiemy dobrze, że to opowieść o nieodwracalnej utracie. Rozumianej bardzo szeroko i bardzo głęboko przejmującej. To nie tylko opowieść o Rumunii, w której większość bohaterów stara się zbuntować wobec zamazywania ich pamięci. To przede wszystkim sentymentalny powrót do czasu i miejsca znanego autorowi z rodzinnych opowieści. Rozdziały są niczym fotograficzne kadry. Zachowują od zapomnienia, kreśląc narracje wzruszające, zabawne i przejmujące w swej bezkompromisowości. Bezkompromisowe są życie i Historia, ale mimo to można znaleźć garść prywatnych zdobyczy, wśród których odnajdziemy miłość, przywiązanie, szacunek i ludzką bliskość.

Ujmująca i niezwykle plastyczna narracja zachowująca koloryt świata, który odszedł na zawsze. Książka będąca dowodem na to, że rumuńska pamięć jest bardzo dokładna i perspektywiczna. Opowieść wciąż zmagająca się z problemem ocalenia czegoś stałego i pewnego. Teodorescu przejmuje do głębi. Piękna i mądra książka, w której smutek nazwany jest na kilka różnych sposób, a poczucie utraty symbolicznie określane w kilku wymiarach.

2009-11-07

"Jestem komunistyczną babą!" Dan Lungu

Jakże opowieść Dana Lungu kontrastuje z twórczością Herty Müller! Mrok komunistycznej codzienności w Rumunii Nikolae Ceausescu, który z tak śmiertelną powagą opisuje niemiecka noblistka, u Lungu nabiera znamion rzeczywistości barwnej, lekkiej i przyjemnej, za którą można tęsknić. Świetnie się składa, że „Jestem komunistyczną babą!” ukazuje się właśnie teraz, gdy czytelnicy masowo sięgają po prozę Müller. Opowieść Lungu jest bowiem specyficznym antidotum na mroczną twórczość noblistki, w której wspomnienia z komunistycznej Rumunii są świadectwem dyktatury strachu.

U Dana Lungu nie ma żadnego strachu, nie ma ponurych opisów życia w państwie, w którym przecież podczas rządów Ceausescu nie dało się żyć – a zarówno tematyka książek Herty Müller, jak i jej decyzja o emigracji do Niemiec świadczą o tym bardzo wyraźnie. Dan Lungu daje zupełnie inne świadectwo. Jego bohaterka kocha komunizm, tęskni za komunizmem, nie może się pogodzić ze zmianami, jakich doświadczyła Rumunia i nie ma właściwie żadnej koncepcji na to, jak żyć w nowym, wolnym i demokratycznym świecie.

Lungu w dowcipnej konwencji przedstawia osobowość typowego „homo sovieticus”. Jest bowiem Emilia Apostoae uosobieniem dziecka komunizmu, które właśnie w nim odnalazło drogę życiową. Pewnie, że jest w tej książce wiele sygnałów, świadczących o tym, iż komunistyczna Rumunia była piekłem. Jest wszechobecne Securitate – ale przedstawiane w dowcipnych opowieściach pana Mitu (który zresztą sam jest donosicielem) i jakby niegroźne. Jest sam wielki przywódca, lecz ośmieszany i ukazywany np. jako mucha wsłuchująca się w głosy obywateli, jawnie kpiących z dyktatora. Są kolektywne zakłady pracy (Emilia to pracownica jednego z nich), kolektywne osiedla, wizytacje, kontrole, patrole i strach. Pewnie, jest to wszystko, ale Rumunia Ceausescu w powieści „Jestem komunistyczną babą!” to wręcz raj, za którym się tęskni. Czy aby na pewno?...

Dla Emilii czas miniony był czasem, w którym z wiejskiej dziewki, która ugniatała z rodzicami kiziak (warto wiedzieć, co to jest!) stała się miastową panią, przykładną robotnicą w warsztacie, żoną, matką i właścicielką mieszkania własnościowego w obskurnym komunistycznym bloku. Ciotka, która ułatwiła Emilii start w mieście, pomogła jednocześnie zrozumieć, czym byłoby dla bohaterki pozostanie na wsi. A przecież jako miastowa stała się kimś. Osiągnęła sukces, nabyła nowych umiejętności, odnalazła się w rzeczywistości, od której do dalekiej Kanady ucieka jej córka Alice. Opozycja matki i córki w powieści Dana Lungu ma bardzo duże znaczenie. Alice wychodzi za mąż za Kanadyjczyka; nie daje matce szansy na to, by uczynić z niej kobietę systemu minionego, panią inżynier w zakładzie pracy podobnym do warsztatu, w którym Emilia przez lata wyrabiała normy ku chwale ojczyzny wielkiego Ceausescu. Matka analizuje poczynania córki, prowadzi z nią dyskusje światopoglądowe, próbuje zrozumieć powody emigracji i fakt, że dla Alice pozostanie w Rumunii byłoby życiową porażką. I choć wydawać by się mogło, że z konfrontacji pokoleniowej i zderzenia dwóch perspektyw widzenia komunistycznej Rumunii wyniknie jakaś przemiana w świadomości Emilii, nie dochodzi do niej. A może tylko takie wrażenie można odnieść i w pisaniu Lungu więcej jest przewrotności niż to się wydaje na początku lektury.

Myliłby się ten, kto uważa, że „Jestem komunistyczną babą!” to apologia systemu, o jakim dzisiejsi Rumuni chcieliby zapomnieć. To książka dowcipna, pozornie lekka i przyjemna, ale jednocześnie wnikliwe świadectwo kształtowania świadomości człowieka, który usiłuje ukryć własną niesamodzielność, oddając swe serce systemowi, który pomyśli i zadziała za niego. Emilia Apostoae to symbol i świadectwo. To postać z krwi i kości, a jednocześnie marionetka w rękach systemu. To kobieta, która oddała serce komunizmowi i która nie może zrozumieć, dlaczego komunizm ją porzucił.

Zbudowana z retrospekcji i opisów życia w nowej, innej Rumunii, jest powieść Lungu z jednej strony sentymentalną opowieścią o tym, co minęło, z drugiej zaś strony ironicznym komentarzem do zmian zachodzących w tym państwie. Myślę, że konstrukcja tej opowieści niesie ze sobą tak wiele niejednoznacznego przekazu, że warto po nią sięgnąć. Bo czy wyznanie „jestem komunistyczną babą” brzmi dumnie, czy też jest w gruncie rzeczy przygnębiającym świadectwem na to, w jaki sposób komunizm może niszczyć? Jest u Lungu zabawnie i strasznie zarazem. Jest przede wszystkim niejednoznacznie. I to główna zaleta tej książki.

Wydawnictwo Czarne, 2009

2009-05-10

"Starszy brat, młodszy brat" Filip Florian,Matei Florian

Zacznę od trawestacji tytułu jednoaktówki Jeremiego Przybory. Otóż czy wyobrażacie sobie Chrystusa chuligańskiego? Takiego, który brata się z Babą Jagą, potrafi porządnie przylać, usiłuje fruwać w powietrzu i nigdy nie nadstawia drugiego policzka? Książka braci Florianów zaczyna się od kilku słów o takim Chrystusie. A dalej jest już tylko coraz lepiej. Niezwykli przyjaciele ze słoika po musztardzie, młodzieńcze zabawy w Indian, różne znaczenia swędzącej głowy, ojczyzna jako upiorna przedszkolanka i… barwnie portretowany Bukareszt, rodzinne miasto Filipa i Mateia. Takiego pamiętnikarskiego dwugłosu jeszcze w literaturze nie było, dlatego jest to książka, którą trzeba koniecznie znać.

Filip Florian to twórca, którego polski czytelnik miał możliwość poznać, kiedy w ubiegłym roku nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego powieść „Małe palce”. Rumuński prozaik tym razem swoje przemyślenia skonfrontował z punktem widzenia młodszego brata. Matei Florian, młodszy brat Filipa, daje specyficzny, liryczny komentarz do słów brata, wchodząc w nim w dialog na temat przeszłości, rumuńskich drużyn piłkarskich, bukaresztańskiego osiedla i nieudanego pożycia małżeńskiego rodziców. Na kartach tej książki opowieści braci są wzajemnie weryfikowane i uzupełniane. Narracyjna dwugłosowość czyni z niej wiarygodne świadectwo życia w Rumunii lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku. Czasów, w których najpierw Filip, a potem Matei dorastali do odpowiedzialności za własne życie.

Myślę, że każdy z mężczyzn koncentruje się na zdarzeniach, osobach i pojęciach, które są wciąż ważne, wciąż nie do końca nazwane, nie całkiem zrozumiane. Mimo tego, że bracia tworzą wspólnie dość spójną opowieść o własnym dzieciństwie i że w tej opowieści dwa różne spojrzenia na te same zdarzenia dowodzą ich ważności, jest to jednak książka, która wyraża mimo wszystko dwa zupełnie inne światopoglądy i sposoby postrzegania świata. Widać wyraźnie, że liryczna narracja Mateia stoi w opozycji do konkretnego i często dosadnego nazywania rzeczy po imieniu przez Filipa. Młodszy brat prezentuje inny typ wrażliwości. Jego narracje zawierają elementy, które Filip pomija – celowo albo przez przypadek. Matei usiłuje ukryć się we własnym wnętrzu, podczas gdy pisanie Filipa jest mocno ekstrawertyczne. Obaj bracia próbują znaleźć wspólny sposób opowiadania o przeszłości, ale widać, że to, jak postrzegają zdarzenia minione jest wyrazem tego, jakimi mężczyznami są obecnie. A są przecież różni. Nie ukrywają tych różnic. Co więcej, podkreślają je i dzięki temu ich książka nabiera dodatkowej wartości.

Wspólnym mianownikiem zwierzeń braci są dwie miłości – miłość do piłki nożnej i miłość do matki. O ile o tej pierwszej potrafią pisać przekornie, dowcipnie i barwnie, o tyle uczucia wobec rodzicielki ujawniają się stopniowo i są bardzo skomplikowane. Z jednej strony Filip i Matei podziwiają matkę, która przez lata podejmowała się coraz to nowych wyzwań podczas nieobecności ojca. Z drugiej zaś, jest w nich żal o to, że w domu zaczął bywać pewien wojskowy, że nie zawsze można było znaleźć w matce wsparcie, że ich dom rodzinny nie był domem ciepłym i że częściowo winę za to ponosi właśnie ona. Dzieciństwo Filipa i Mateia było okresem, w jakim mężczyźni przeżyli wszystkie uczucia, które nie są obce dzieciom. Chociaż inaczej przeżywali niepokój z powodu dziwnej sytuacji rodzinnej, dzieciństwo każdego z nich było okresem oczekiwania. Obaj oczekiwali od rodziców zainteresowania i obaj musieli się mierzyć z tym, że nie zawsze skupiali na sobie ich uwagę. O wyobcowaniu ojca, o jego wiecznych ucieczkach od stabilności i odpowiedzialności szczegółowo opowiada przede wszystkim Filip. Brak ojca – dosłowny i symboliczny – znacząco wpłynął na obu braci i na kształt tej książki.

Opowieści braci Florianów cechuje niezwykła dynamika i plastyczność opisu. Obaj ukazują nam Bukareszt, jakiego nie znamy i obaj zabierają w niezwykłą podróż po zakątkach rumuńskiej stolicy. To jednak książka, która jest przede wszystkim podróżą, jaką bracia odbywają we własnej wyobraźni. I chociaż tak różni ich opisywanie zdarzeń i emocji, są przecież tak podobni do siebie. Bo tak naprawdę to książka o podobieństwach. O więzi między braćmi. I o wspaniałej przyjaźni, jaka ich łączy.

Wydawnictwo Czarne, 2009

2008-02-20

"Dlaczego kochamy kobiety" Mircea Cărtărescu

Nieprzypadkowo tytuł książki Cărtărescu nie jest pytaniem, chociaż zawarte w nim opowiadania intrygują i skłaniają do ustawicznego zadawania pytań. Rumuński autor bowiem nie pyta, a stwierdza i wyjaśnia zarówno złożoność własnej natury, jak i wielobarwność świata, w którym przedstawicielki płci pięknej odgrywają rolę zasadniczą, pobudzając wyobraźnię Cărtărescu, który w pisaniu o nich odkrywa siebie na nowo, rozumie swoją życiową rolę i pojmuje złożoność obyczajowych prawideł rządzących ludzkim życiem. I choć faktycznie o kobietach i dla kobiet pisze (mężczyzna może chwilami poczuć się jak intruz podczas lektury, wszak autor kilkakrotnie z przymrużeniem oka zwraca się bezpośrednio do swoich odbiorczyń – czytelniczek), w motywie spajającym te urokliwe historyjki z jego życia znajduje się jednocześnie wspólny mianownik doznań i wrażeń, jakie ukształtowały Cărtărescu właśnie takim, jaki jest teraz. Przewodniczki, muzy, kobiece źródła inspiracji i fascynacji pozwalają mu określać samego siebie. „Jestem, ostatecznie, poszukiwaniem samego siebie. Nie szukam siebie, aby się odnaleźć: to, że szukam siebie, to znak, że się odnalazłem.” Oddając ukłon poszczególnym kobietom, pisarz kłania się przede wszystkim światu, z jego migotliwością i różnorodnością bodźców, jakie pozwalają mu odnaleźć siebie.

Cărtărescu zaprasza nas w swoich tekstach do różnych okresów swojego życia, w których mniej lub bardziej istotną rolę odgrywały kobiety. Tonacja jest bardzo różnorodna: mamy bowiem wstrząsającą opowieść o miłości pewnego pieśniarza do tragicznie zmarłej Cyganki tuż obok żartobliwej opowiastki o fascynującej Murzynce spotkanej w metrze. Obok nostalgicznego wspomnienia o inicjacji seksualnej z mrocznym widmem Securitate i komunistycznej Rumunii pochłaniającej jego pierwszą kobietę, znajdzie się rubaszna opowieść o szkolnej koleżance, która swym dotykiem uleczyła Cărtărescu z naznaczającej go piętnem gruźlika egzemy. Niespójność nastroju zauważalna jest niejednokrotnie także w obrębie jednego opowiadania, jak na przykład w tym, w którym opisywana jest przelotna znajomość z radosną młódką zmagającą się jednocześnie z cierpieniem własnej choroby.

Autor czyni także odważne i frapujące wyznania osobiste, jak choćby to o wyższości kobiet w wieku balzakowskim: „Szalenie podobają mi się dojrzałe kobiety, często sprawiające wrażenie poważnych, niedostępnych, tak bardzo zamkniętych w schematach swojego życia, które jednak, kiedy zdecydują się z nich wyzwolić, stają się najsłodszymi, najbardziej zmysłowymi kochankami, jakie tylko mogą istnieć.” Szereg aktów miłosnych odbywa się albo obok autora albo w jego wyobraźni, jest to bowiem książka o tym, jak kochać się z kobietą, ale także o tym, jak ją adorować. Pojawia się w zbiorze również wzruszająca etiuda literacka na temat złożoności psychiki kobiet, najważniejszy zaś jednak wydaje się tekst tytułowy, w którym – pół żartem, pół serio – Cărtărescu wyjaśni, dlaczego kobiety tak bardzo są wielbione.

To książka mężczyzny w hołdzie kobietom, ale jednocześnie proza tak subtelna i wyczulona na szczegóły, iż chwilami niepodobna uwierzyć, że napisał ją mężczyzna. Poetycki opis kobiety ze złota spotkanej na plaży czy oniryczna wizja żółtookiej D., która śni z otwartymi oczami są świadectwem wrażliwości niezwykłej, empatycznie nakierowanej na świat doznań i przeżyć kobiecych. Stwarza to wrażenie swoistej gry obyczajowej i jest próbą łamania zarówno myślowych stereotypów, jak i zwyczajowych konwenansów kreślących wyraźną linię podziału między płciami.

„Dlaczego kochamy kobiety” to książka w swej pozornej lekkości dość poważna i stawiająca sobie fundamentalne pytania dotyczącego sensu egzystencji i niezliczonych tropów interpretacyjnych znaków dawanych na co dzień każdemu mężczyźnie w przepełnionym kobietami świecie. Cărtărescu pisze w jednym z opowiadań: „Nie jestem pisarzem „realistycznym” ani „tematycznym” i dlatego zawsze wahałem się, czy opowiadać o tych trzech, czterech zdarzeniach, naprawdę interesujących, których byłem świadkiem.” W mojej opinii jest rumuński prozaik twórcą kuglarsko ekspresyjnym, znawcą kobiecej psychiki i mistrzem budowania wrażenia w skondensowanej, ale nasyconej znaczeniami formie. Jego opowiadania to swoiste bukiety dla kobiet życia, ale także rozdziały egzystencjalnego traktatu, którego celem jest wyrażenie samego siebie poprzez relacje i związki z otoczeniem.

Wydawnictwo Czarne, 2008